A oto jeszcze jeden rozdział przejściowy.

Rozdział czterdziesty piąty: Ponownie przyjęci

Harry wtulił się w Dracona. Poprzedniego dnia nie chciał, jak i niespecjalnie mógł zostawić go na dłużej samego i choć wiedział, że rytuał technicznie zakończył się o północy, to przecież nie istniały żadne prawa, które stanowiłyby, że potem nie powinien przytulać się dalej do swojego chłopaka. Draco nawet się nie obudził. Jego oddech był głęboki i spokojny, a największym ruchem, jaki wykonał, było mocniejsze objęcie Harry'ego.

Miał rację, pomyślał Harry, przechylając głowę, dzięki czemu włosy spłynęły mu po karku Dracona. Po tej części rytuału aż nie mogę doczekać się następnej.

Trzepot skrzydeł wyrwał go z zadumy, więc wyjrzał zza ramienia Dracona. Na parapecie siedziała sowa, przyglądając mu się cierpliwie. Harry zmarszczył lekko brwi. Chyba jeszcze nigdy wcześniej nie widział tego gatunku – popielatego z lśniącymi, pomarańczowymi oczami. Kiedy delikatnie odsunął się od Dracona i wstał, zorientował się, że to wcale nie była sowa. Komuś udało się przekonać jastrzębia do zaniesienia listu. Harry nie miał pojęcia, o co tu mogło chodzić. Z tego, co było mu wiadomo, zaklęcia oswajające zwykle nie działały na jastrzębie, które w rezultacie częściej zwykły kąsać czarodziejów po palcach, niż nosić ich wiadomości.

Ostrożnie, z zaklęciem obronnym przed nagłymi atakami fizycznymi na końcu języka, zbliżył się do ptaka, który patrzył na niego obojętnie, zwłaszcza na jego gardło, po czym pozwolił odebrać sobie list. Harry odstąpił szybko, wciąż przyglądając się ostrożnie jastrzębiowi, po czym rzucił kilka zaklęć wykrywających na list, nim nie poczuł się wystarczająco bezpiecznie, żeby go otworzyć.

Przymrużył oczy i rzucił Lumos i to nie tylko przez wzgląd na ciemności zalegające w pokoju. Charakter pisma był niezwykle roztrzęsiony, jakby pisząca go osoba musiała to zrobić z grzbietu uskrzydlonego konia.

Harry,

Skoro to czytasz, to wiedz, że właśnie ukończyłem moje łowy. Zginął ostatni spośród tych, którzy zamordowali moją bratnią duszę i moja ścieżka niniejszym zrobiła się znacznie węższa, szybsza i nachylona. Wszystko dobiegnie końca wraz z listopadową pełnią, nawet ja.

Ponieważ zająłeś moje miejsce jako alfa watahy, zaproszenie które wysunąłem do nich, obejmuje również ciebie. Kiedy w listopadzie wzejdzie pierwsza pełnia, moja wataha zostanie zabrana do lasu, w którym będę na nich czekał. Możesz przybyć razem z nimi. Magia nie zabierze cię, jeśli się jej oprzesz, ale naprawdę wolałbym cię tam zobaczyć. Pokażę ci, w miarę możliwości, czemu obrałem taką, a nie inną ścieżkę.

Loki

Harry zacisnął usta, po czym zerknął z powrotem na jastrzębia. W dalszym ciągu przyglądał się jego gardłu – Harry zorientował się, że wpatrywał się w miejsce, gdzie usadowiła się obroża z białego światła, kiedy Loki przekazał mu swoją watahę. Potrząsnął lekko głową.

– Czemu ciągle to robi? – wyszeptał. – Czy nie dociera do niego, że raczej nie myślę o nim ciepło po tym, jak na moich oczach zabił Kierana?

Jastrząb pomachał lekko skrzydłami, jakby chciał powiedzieć, że to nie jego problem, po czym obrócił się i wzbił w powietrze, znikając gdzieś pośród nocy. Harry ponownie wbił spojrzenie w list. Gdzieś za nim, Draco spiął się i zamruczał z protestem z powodu zabranego mu ciepła.

– Harry? Chodź do mnie.

Harry musiał uśmiechnąć się na dźwięk jego tonu, mieszanki rozkapryszenia i szczerego pragnienia.

– Już idę, Draco – powiedział, lewitując list na nocną szafkę, po czym wślizgnął się z powrotem za swojego chłopaka i objął go mocno. Draco obrócił się, żeby się wtulić i zasnął z powrotem, zanim zdążył poprosić o cokolwiek więcej. Harry pogłaskał go po plecach i wbił wzrok w miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą siedział jastrząb.

Więcej dobrego zrobiłby, gdyby przekazał się w ręce brytyjskich, albo francuskich władz i pozwolił postawić przed sądem za swoje zbrodnie, jak każdy normalny czarodziej. Ale podejrzewam, że ten rytuał mu nawet na to nie pozwoli. Magia, która okazała się na tyle potężna, by minąć mnie, moje osłony, a następnie zabić Kierana, ma swoją cenę.

Harry zamknął oczy i spróbował zdystansować się od myśli o tym, do czego dojdzie w listopadzie, skupiając się na cieple i ciężarze w swoich ramionach. Draco zamruczał mu do ucha, co też pomogło.

W żaden sposób nie pomógł jednak sen o sosnowych igłach, ostrym zapachu śniegu i wyjących wilkach.


– I nie dasz się przekonać? – Mina Kamelii świadczyła wyraźnie, że dobrze znała na to odpowiedź, ale i tak podeszła do niego, z błagalnymi oczami, lśniącymi od łez i gardłem ściśniętym z bólu.

– Nie. Przykro mi. – Harry nachylił się do niej i złapał za rękę. – Nawet gdybym nie chciał wracać do Hogwartu, wciąż uważałbym, że powinienem, choćby po to by pokazać wszystkim, że staram się dostosować do normalnego życia tak bardzo jak jestem w stanie. Ale wataha nie może tam się ze mną znaleźć. Chcecie mnie strzec na sposoby, które zanadto oddzielą mnie od normalnych uczniów.

– Ale nie jesteś normalny – powiedziała Kamelia, marszcząc nos, jakby „normalny" było brzydkim słowem. – Nie rozumiem, czemu powinieneś się tak zachowywać, albo czemu powinieneś oddzielać się od swojej watahy, Dziki.

Harry uśmiechnął się. Podejrzewał, że Kamelia była zanadto zakręcona wokół ideałów stadnych, żeby uznać dowolne inne rozwiązanie za rozsądne. Z tego, co się od niej dowiedział, krycie się z własną potęgą w watasze nie miało sensu. To najsilniejsi stawali się alfami. Idea ograniczania swojej magicznej potęgi, czy inteligencji, była im całkowicie obca, zupełnie jak udawanie, że ma się więcej magii, niż naprawdę; po co? Dlatego też Kamelia nie pojmowała, czemu Harry miałby chcieć uspokoić ludzi, którzy mogliby myśleć o nim negatywnie. Gdyby tylko chciał, powinien móc otoczyć się swoją watahą i wężami, żeby oddzielić się od potencjalnych zagrożeń, czyhających na niego ze strony reszty szkoły.

– Będę was odwiedzał w weekendy – powiedział. – Obiecuję. Chyba, że jednak wybierzecie sobie innego alfę?

Kamelia potrząsnęła głową.

– Nie jesteśmy z ciebie niezadowoleni, Dziki – powiedziała. – Gdybyśmy byli, ktoś z nas już dawno temu by cię wyzwał na pojedynek. Albo po prostu poprosilibyśmy cię o wyznaczenie innego alfy, oczywiście. Ale dowiedziałbyś się jako pierwszy.

– A gdybym wybrał kogoś, kto okazałby się niewystarczająco silny do sprawowania władzy nad watahą? – zapytał Harry. Wydawało mu się, że znał na to odpowiedź. Po prostu chciał przekonać się, czy miał rację.

Kamelia wzruszyła ramionami.

– No to byśmy go zaatakowali i najsilniejszy z nas przejąłby przywództwo. A przegrany musiałby zająć pozycję tej osoby w watasze i nie żywić o nic żalu – dodała, prawidłowo przewidując kolejne pytanie Harry'ego. – Ludzie, którzy mają za złe zajmowanie miejsca odpowiedniego do ich zdolności, są tacy... ludzcy.

– Nawet, gdyby lek na likantropię był powszechnie dostępny, to i tak byś go nie wzięła, co? – zapytał ją Harry.

– Oczywiście że nie. – Kamelia spojrzała na niego z przyjaznym zniecierpliwieniem, które Harry widział już wcześniej na twarzach wilkołaków, ilekroć któryś z ich ludzkich gości łamał niepisaną zasadę, a nawet czasami przy przemienionych przez Lokiego ludziach, ilekroć usiłowali wypierać się spraw, które dla reszty były oczywiste. Często patrzono tak na George'a. – Zostałam ugryziona, jak miałam niecały rok. Mam już dwadzieścia. Tym właśnie jestem, Dziki. Nigdy bym tego nie poddała. – Milczała przez chwilę, po czym dodała: – Wspaniale było posiadać magię. Ale gdyby kazano mi wybrać między tym, a likantropią, to wybrałabym zachowanie likantropii.

Harry pokiwał głową.

– Rozumiem, Kamelio. Nigdy nie spróbowałbym zmusić cię do podjęcia takiego wyboru. Ale będę szczery. Wciąż mam nadzieję, że kiedyś zdołam przekazać ci choć trochę magii, nawet jeśli nie wiem, kiedy miałoby do tego dojść.

– Wiem. – Kamelia nachyliła się i potarła policzkiem o jego. Harry wciągnął przez zęby zszokowany oddech, po czym zmusił się do pozostania w bezruchu. Wiedział przecież, że wataha polegała na tego rodzaju fizycznych gestach, bo w ten właśnie sposób tworzyli więzy między sobą. To nie była jej wina, że w tej chwili czuł się niewłaściwie, ilekroć dotykał go ktokolwiek poza Draconem. To po prostu pozostałość po wczorajszym rytuale. – Wszystko musiało się bardzo fortunnie poukładać, żebyś w ogóle miał okazję do podarowania mi czegoś takiego. Zaakceptowałam to.

Naprawdę to zaakceptowała, pomyślał Harry, przyglądając się przez chwilę jej twarzy. To musi być częścią mentalności stadnej, o której mi mówiła. Zaakceptuj rzeczywistość taką, jaka jest i przyzwyczaj się do niej. Tak, naprawdę żałuję, że nie ma wokół mnie więcej ludzi z takim podejściem do życia.

– Czy wiesz może, ile czasu będziesz musiał spędzić w szkole, zanim wypuszczą cię na odwiedziny? – zapytała Kamelia, podnosząc kubek herbaty i popijając z niego, jak gdyby nigdy nic.

Harry zerknął na trzymany w ręce oficjalny list. Został podpisany przez McGonagall i wszystkich członków rady nadzorczej. Zgodzili się na przyjęcie go z powrotem do Hogwartu jako ucznia, ale użyty przez nich powściągliwy język sugerował, że nie podchodzili do tego z entuzjazmem. Harry wiedział, że to było głównie podejście rady, nie dyrektorki, ale i tak znajdzie się pod uważnymi spojrzeniami wielu ludzi, przez co będzie musiał zachowywać się cokolwiek ostrożnie.

– Przynajmniej kilka tygodni – powiedział. – Chcę pokazać wszystkim, że już nie jestem zainteresowany rewoltą, a to oznacza przestrzeganie ogólnie przyjętych zasad. A technicznie rzecz biorąc uczniowie nie powinni opuszczać szkoły z wyjątkiem wypadów do Hogsmeade w weekendy, albo przerw świątecznych... albo wizyty w świętym Mungu, jeśli zostali tak ciężko ranni, że nawet Madam Pomfrey nie jest w stanie im pomóc. Nie sądzę, żeby aportacje do Leśnej Twierdzy zostały pod to podpięte. – Spróbował się uśmiechnąć, ale Kamelia nie odpowiedziała tym samym.

– Niby po co miałyby zostać? – zapytała. – Powinni nagiąć dla ciebie zasady.

– Przynajmniej pod tym względem się zgadzamy – powiedział Draco, wchodząc do pomieszczenia i zajmując krzesło obok Harry'ego. Harry podlewitował do niego mleko i kubek z herbatą, po drodze rzucając jeszcze zaklęcie ogrzewające na to drugie. Draco podniósł brew i wlał sobie trochę mleka do herbaty. Następnie objął wolną ręką Harry'ego na poziomie ramion i nachylił się po porannego buziaka. Harry pocałował go, świadom że Kamelia przygląda im się dobrotliwie. Na szczęście magia rytuału, jak to Draco wytłumaczył mu wczoraj, nie dopuściła nikogo w ich pobliże, więc nikt nie znalazł ich przypadkiem w trakcie stosunku w lesie. Głównym celem Burzenia Barier było obniżenie barier zaręczonej pary, a nie wystawienie ich na oczach wszystkich na pośmiewisko.

– Różnisz się od nich – powiedział Draco, odciągając uwagę Harry'ego od wspomnień, za co Harry był poniekąd wdzięczny. – Powinni się do tego dostosować, zamiast udawać, że jesteś taki jak inni.

Harry potrząsnął głową, niemal wybijając kubek z palców Dracona. Odchylił się nieco, żeby więcej do tego nie doszło.

– W tym właśnie problem – wyjaśnił. – Złamałem zbyt wiele zasad. Zachowywałem się, jakbym był już dorosły, jak zbieg, a czasami nawet jak Lord. Zrobili się nerwowi, ponieważ według nich szesnastolatek nie powinien mieć tak wiele swobody i potęgi. Co inne dzieci sobie o tym pomyślą? Dlatego muszę im pokazać, że jestem gotów przyjąć na siebie ograniczenia. Komisja nadzorcza to dobry pomysł, ale to dopiero początek. Muszę pokazać im, że jestem taki jak wszyscy, że mogę otrzymywać szlabany, pojawiać się na lekcjach i słuchać głowy mojego domu.

– O tym właśnie mówię – powiedział Draco, cierpliwie jakby Harry w ogóle niczego nie powiedział. – Może i chcą, żebyś tak właśnie się zachowywał, ale nie jesteś taki jak wszyscy. To ty ich wszystkich uratujesz, kiedy Voldemort przybędzie na kolejne łowy. – Jeśli pozostał w nim jakikolwiek ślad po nawyku wzdrygania się przez to imię, Harry już go nie widział, ani nie słyszał. – Powinni padać przed tobą na kolana i całować cię po piętach, a nie mówić ci, co masz robić.

Harry wywrócił oczami. To nie miało żadnego związku z ich rytuałem, czy dyskusją dotyczącą zasad vatesa, czy etykietą. To było po prostu coś, pod względem czego nigdy nie zgodzą się z Draconem. Kiedy zajrzał wczoraj do jego umysłu, zobaczył młodego człowieka o nastawieniu zaskakująco podobnym do wilkołaczego. Uważał, że siła powinna wieźć we wszystkim prym. W przeciwieństwie jednak do członka watahy nie widział niczego złego w manipulowaniu innymi, żeby zaczęli uważać go za silniejszego niż w rzeczywistości. Był jednak przekonany, że ktoś, kogo nie da się zignorować, powinien mieć specjalne przywileje.

Chcę, żeby kazali mi zachowywać się jak zwykły czarodziej i uczeń – powiedział Harry. – Chcę, żeby nie podziwiali mnie na każdym kroku, a jeśli mogę upewnić się co do tego poprzez zachowywanie się jak uczeń szkolny, jak ktoś mentalnie młodszy niż ja, to to właśnie zrobię.

– Czyli wciąż boisz się rozkazywania innym? – Draco pochwycił jego spojrzenie własnym, co nie było sprawiedliwe, bo jego wzrok niósł w sobie wiedzę, którą wynieśli o sobie nawzajem z Burzenia Barier. – Czy będziesz się uginał, kiedy ich żądania zaczną przeszkadzać ci w prowadzeniu wojny, albo byciu vatesem?

Harry spróbował odwrócić wzrok i odkrył, że nie jest w stanie. Oczy Dracona praktycznie zmuszały go do odpowiedzi.

– Nie – usłyszał w końcu własny głos. – Nie ugnę się. W takich przypadkach złamię zasady i zrobię to, co należy. Przecież mam w tym już mnóstwo doświadczenia.

Draco odchylił się z usatysfakcjonowanym uśmiechem i ponownie sięgnął po swoją herbatę.

– Świetnie. Wydaje mi się, że powinieneś pamiętać o tym, kim jesteś, Harry. Inni ludzie mogą sobie zapominać, jeśli chcą, ale mam zamiar ci przypominać, ilekroć sam będziesz się tego dopuszczał.

– Czasami dobrze by było, gdybym o tym zapomniał – zauważył Harry, wgryzając się w kanapkę. To był jeden z jego ostatnich posiłków w Leśnej Twierdzy, więc usiłował stłumić smutek poprzez skupienie się na racjonalnych dyskusjach. – Jeśli będę zachowywał się jak powinienem przed, na przykład, taką komisją nadzorczą, to w końcu przestaną podejrzewać mnie o planowanie kolejnych rewolt, przez co poluzują swoje ograniczenia.

– Mam swoje plany pod względem komisji nadzorczej – powiedział Draco, uśmiechając się z rozmarzeniem w kierunku ściany.

Harry zakrztusił się kęsem kanapki.

– Draco – powiedział ostrzegawczo, kiedy znów mógł mówić.

Draco przechylił głowę w jego kierunku.

– Tak?

Drogi Merlinie, był taki piękny, promienie słońca wpadające przez okno sprawiały, że jego włosy i twarz lśniły równie intensywnie. Harry zauważył, że jego dłoń zaczęła sięgać ku Draconowi, mimo wciąż trzymanej połowy kanapki. Draco złapał go za kikut lewego nadgarstka, a jego uśmiech nabrał prywatnej i usatysfakcjonowanej głębi. Harry poniekąd zdawał sobie sprawę z tego, że Kamelia w tym momencie wstała i zostawiła ich w spokoju – miał wrażenie, że w ten sam sposób zostawiłaby Lokiego i Gudrun.

– Zrobię wszystko, co uznam za konieczne w sprawie komisji nadzorczej – powiedział Draco tak cichym głosem, że Harry podejrzewał, że pewnie nawet Kamelia miałaby problemy z usłyszeniem go, gdyby pozostała z nimi w kuchni. – A ty mnie nie powstrzymasz, Harry, ponieważ nigdy nie stłamsiłbyś niczyjej wolnej woli, prawda?

– Prawda – powiedział Harry i zmarszczył brwi. Jego własny głos brzmiał jak pozbawione tchu niewielkie westchnienie, a nie sądził, żeby tak miało być. Spróbował odsunąć się, powstrzymać swój umysł od tańcowania na rozmazanej linie, którą ostatnio zaczynał wybierać za każdym razem, kiedy Draco znajdował się w pobliżu, ale i tak udało mu się tylko przenieść wzrok z twarzy Dracona na jego oczy. – Nie chcę, żebyś zniszczył komisję nadzorczą, Draco – powiedział, brzmiąc nieco silniej. Dobrze. – Naprawdę ciężko nad nią pracowaliśmy i w tej chwili to wciąż niezbędny kompromis do zakończenia rewolty.

– Nie śmiałbym jej zniszczyć. – Palce Dracona gładziły go po nadgarstku w delikatnym, bezmyślnym geście, którego Harry zwykle pewnie nawet by nie poczuł, ale teraz zdawał sobie sprawę z każdego miejsca, w którym się dotykali. – Ale śmiem ją ograniczyć. Nie jestem vatesem, Harry, i naprawdę mnie to cieszy w chwilach takich jak ta.

Harry zamknął oczy. Wrażenia jednak nie dobiegły końca. Wciąż siedział w słońcu poranka z Draconem, a w piersi ściskało go coś bardzo przyjemnego i ciepłego, w dodatku dalej przypominał sobie wczorajszy rytuał.

– Przepraszam – powiedział, wstając tak nagle, że jego krzesło odjechało pod szafki kuchenne. – Muszę... muszę iść, skończyć śniadanie.

Draco zachichotał, w ogóle nie brzmiąc, jakby to go zirytowało.

– Tak – powiedział, kiedy Harry wyszedł z pomieszczenia, szurając nogami. – Tak mi się wydawało.


Draco odczekał, póki nie upewnił się, że Harry wyszedł z kuchni i już nie wróci. Oczywiście, byłoby fajnie, gdyby wrócił, ponieważ wówczas mogliby wspólnie zająć się małym problemem Harry'ego. Ale dzięki temu Draco był w stanie zająć się swoimi listami, jednym który otrzymał i drugim, który będzie musiał napisać.

Wyciągnął z kieszeni szat kartkę pergaminu. Otrzymał ją na dzień przed Halloween i odłożył na później, ponieważ, w przeciwieństwie do Harry'ego, wiedział że nie będzie w stanie myśleć w Halloween. Teraz pozwolił sobie przeczytać go jeszcze raz, w ramach upewnienia się, że nie przeoczył niczego, co autorka mogła mieć na myśli. List pochodził od młodej aurorki, która widziała jak Harry i Draco pokonali Dumbledore'a i poniekąd zadeklarowała im lojalność. Od dawna nie mieli okazji do nawiązania kontaktu, najpierw przez Sanktuarium, a potem przez problemy Harry'ego z ministerstwem, więc Draco nie był pewien, czy jeszcze otrzyma od niej odpowiedź. List jednak przyszedł tak szybko, że Draco zaczął się zastanawiać, czy ta biedna sowa miała w ogóle okazję do odpoczynku.

Drogi Malfoyu,

Niczym się nie przejmuj. W ministerstwie wciąż znajdują się ludzie lojalni wobec twojego partnera, nawet jeśli minister byłby w stanie zadeklarować, że są przede wszystkim wierni jemu. Rytuał Cincinnatusa nas zaskoczył. Wydaje nam się, że ministrowi Scrimgeourowi wciąż najbardziej zależy na naszym dobrze, ale wspieranie Harry'ego w żaden sposób nam nie zaszkodzi, zwłaszcza teraz, kiedy rzekomo ponownie zawiązał sojusz z ministerstwem.

Prawa, o jakich sprawdzenie prosiłeś, faktycznie są takie, jakimi je pamiętasz. Za ich pomocą ministerstwo było w stanie nawiązywać kompromisy z czarodziejami o lordowskiej mocy, dzięki czemu Lordowie i Ladies nie musieli bez przerwy wywoływać wojen z ministerstwem o najlżejszą bzdurę. Niektóre kruczki prawne nigdy nie zostały zweryfikowane, a niektóre prawa w książkach nigdy się nie zmieniają. Nikt nawet nie spróbował zakwestionować mojego zainteresowania tymi książkami. Ostatecznie praktykanci na aurorów powinni dogłębnie zapoznawać się z tego rodzaju prawami.

Poniżej znajduje się kopia interesującego prawa o ograniczaniu możliwości czarodzieja, lub czarownicy o lordowskiej mocy, ilekroć podejmują się współpracy z ministerstwem dla dobra Brytanii.

Dekret Hugwooda z 1793: Dowolni czarodzieje czy czarownice o lordowskiej mocy, bez względu na to, czy są zadeklarowani Mrokowi, Światłu, czy żadnemu z nich, którzy nie stawiają się oficjalnie edyktom i dekretom ministerstwa, oraz uznają prawowicie wybranego ministra magii za legalny autorytet, ma pełne prawo do zachowania pełnomocnictwa w zakresie własnego osobistego życia. To dotyczy, choć nie tylko, rajdów aurorów, dochodzeń z ramienia Departamentu Kontroli i Regulacji Magicznych Stworzeń, czy innych departamentów ministerstwa, oraz przesłuchiwania przez niewymownych. Podejrzenia zbrodni muszą zostać udowodnione, zanim jakikolwiek agent ministerstwa spróbuje aresztować Lorda, czy Lady, a nawet wówczas powinni być traktowani z szacunkiem i poważaniem, w dodatku mają wszelkie prawo do jak najszybszego przesłuchania przez obecnego ministra magii.

To oznacza, ze twoje podejrzenia są słuszne: komisja nadzorcza strzegąca Harry'ego jest, pod każdym względem, nielegalna. Podejrzewam, że nawet jeśli wiedzą o Dekrecie Hugwooda, to spróbują wymówić się jego wiekiem, ale prawo jest jasne i oczywiste. Wiek nie ma pod tym względem żadnego znaczenia. Dowolny czarodziej, lub czarownica o lordowskiej mocy, musi być pozostawiona w spokoju i mieć możliwość do działania podług woli. W chwili, w której Harry zakończył swój rokosz i ponownie uznał ministra Scrimgeoura za legalny autorytet, odebrał im wszelkie prawo do założenia komisji.

Oczywiście, już od ciebie zależy, co zrobisz z tą wiedzą. Nie mam zamiaru zrobić niczego, póki nie upewnię się, że komisja nadzorcza stawia naszego vatesa w niekomfortowych sytuacjach czy pozycji i wydaje mi się, że tego rodzaju broń powinna zostać zachowana na sam koniec, ponieważ możliwe, że zdołasz znaleźć własne zastosowanie dla komisji. Ale i tak chciałam zapewnić cię, że nie zawiodła cię pamięć pod względem tych praw.

Draco uśmiechnął się krzywo, po czym złożył list na pół, wygładzając ostrożnie wymięte rogi i chowając go z powrotem do kieszeni. Nie miał zamiaru w najbliższym czasie niszczyć komisji nadzorczej. Jak powiedziała jego przyjaciółka, wciąż może się do czegoś przydać, w dodatku uspokajała chwilowo rodziców Piętnastki Poświęconych, dzięki czemu przestali ciągle włazić Harry'emu pod nogi. No i zajmowała czymś Aurorę Whitestag, którą Draco uważał za najbardziej niebezpieczną spośród przeciwników Harry'ego. Ale jeśli zaczną się zanadto wtrącać, to przynajmniej będzie miał po swojej stronie absolutną pewność, że ministerstwo nie miało żadnego prawa zażądać od Harry'ego tego kompromisu w zamian za zakończenie rokoszu, a Harry złamał własne prawa w ogóle o to prosząc.

A teraz miał jeszcze list do napisania.

Nie musiał być długi, więc i taki nie był. Draco pisał go, podczas gdy ludzie wchodzili i wychodzili z kuchni Leśnej Twierdzy, oraz robili sobie wokół niego śniadania. Czuł, jak rzucają mu czasem zaciekawione spojrzenia. Zignorował ich wszystkich. Niby czemu nie miałby? Był czarodziejem czystej krwi i to, co robił, było absolutnie zgodne z prawem, w dodatku większość przyglądających mu się ludzi była półkrwi, albo szlamami. A nawet gdyby byli jego statusu, nie równali się mu w pewności siebie i pozycji.

Dokończył list i przyglądał mu się przez moment, po czym kiwnął głową i wstał, żeby poszukać sowy. Wyobraził sobie minę swojego ojca, kiedy go otrzyma i już musiał się zaśmiać.

List informował Lucjusza, że Draco był skłonny do przyjęcia z powrotem nazwiska Malfoy, wraz z całym ciążącym na nim dziedzictwem, jeśli publicznie zgodzi się, że wydziedziczenie własnego syna było błędem i obieca, że nigdy więcej nie weźmie czegoś takiego pod uwagę. Mimo że całość była prawnie i formalnie poprawna, nie zawierała w sobie nawet cienia pokory, a Draco nawet podpisał się jako „Draco Black". To powinno zmusić jego ojca do ugięcia karku.

A nawet jeśli tego nie zrobi, to Draconowi i tak nic nie ubędzie. Wiedział, że Harry nie miał żadnych problemów z dzieleniem się swoją fortuną z Draconem i Narcyzą; jego matka miała zamiar pozostać w Srebrnym Lustrze, póki Lucjusz się nie opamięta. Żadne z nich na tym nie ucierpiało. Oboje wiedzieli, że robili coś słusznego.

Czas, żeby Lucjusz wreszcie się przed tym ukorzył.


Ginny przygryzła wargę i machnęła różdżką w kierunku swojego kufra.

Pakuj.

Ubrania zaczęły wskakiwać do niego w schludnym porządku. Ginny kiwnęła głową, przyglądając się jak książki układają się pod szatami. Wszystko było poskładane tak elegancko, że mogłaby się naciąć na krawędziach. Bill miał pojawić się w Leśnej Twierdzy, żeby zabrać ją do Hogwartu... możliwe, po drodze zahaczą jeszcze o Norę.

No i czemu tak się tym denerwuję?

Ginny upomniała się surowo, że przecież zrobiła co należy. Przybyła do Leśnej Twierdzy, ponieważ uważała, że tu się lepiej przyda. I przydała się. Nawet jeśli chodziło o samo gotowanie – Harry zamawiał mnóstwo jedzenia ze sklepów zarządzanych przez charłaki, ale zwykle przybywało nieprzygotowane – czy korzystanie z zaklęć sprzątających, które nie urażały Leśnej Twierdzy, albo rozdzielanie skłóconych ze sobą wilkołaków, czy ludzi, poprzez rzucenie zaklęcia, które odwracało ich uwagę. Robiła to wszystko. Koiła pomniejsze konflikty, dzięki czemu nie miały szansy przerodzić się w nic większego. Dokonywała rzeczy, z których była dumna.

Nie powinna się bać czegokolwiek, co mogłaby usłyszeć od matki, czy Rona, czy kogokolwiek innego, kto mógłby chcieć się na nią wydrzeć.

Zadarła wysoko głowę, pomniejszyła kufer i zaczęła lewitować go za sobą w drodze do wyjścia z domu. Harry ją zauważył i momentalnie obrócił się do niej z wyciągniętą ręką. Ginny uścisnęła ją, przyglądając się jego twarzy, ale nie zobaczyła na niej niczego poza szczerością, spokojem i wdzięcznością.

– Dziękuję za pojawienie się – powiedział cicho Harry. – Nawet jeśli nie wydaje ci się, że zmieniłaś kierunek rewolty, to sam fakt, że byłaś skłonna przyłączyć się do nas i pomóc, pokazuje wszystkim, że ta rewolty miała znaczenie nie tylko dla wilkołaków. Mam nadzieję, że zachowasz w sobie tę odwagę bez względu na czekające cię teraz wyjce.

Ginny odkryła, że znacznie łatwiej przyszło jej się uśmiechać po usłyszeniu tego wszystkiego, mimo że wiedziała, że w domu czeka na nią coś znacznie gorszego od wyjców. Bo teraz już była przekonana, że Bill zabierze ją najpierw do domu, nie do Hogwartu. Głównie dlatego, że od żadnego z powracających dzisiaj uczniów nie oczekiwano pojawienia się od razu na lekcjach, a Ginny wiedziała, że matka będzie chciała się z nią zobaczyć.

– Dziękuję – wyszeptała, po czym zawahała się i ukłoniła przed Harrym lekko na sposób, w jaki świetliści czystokrwiści powinni się żegnać z kimś, kogo szanują. A jej rodzina właśnie taka była, nawet jeśli zdecydowała się nie naciskać na czystość ich krwi. Harry odpowiedział ukłonem, po czym podniósł wzrok.

– Heja, Bill – powiedział.

Ginny obróciła się w kierunku swojego najstarszego brata, który spokojnie przedzierał się przez zatłoczony korytarz, witając się po drodze z goblinami w znacznie cieplejszy sposób, niż to robił z ludźmi. Wreszcie spojrzał na nią i Ginny wzięła się w garść. Bill nigdy nie wysłał do niej wyjca, oczywiście – to było bardziej w stylu mamy – ale potrafił łajać jak mistrz. Ginny prawie złamała sobie kiedyś rękę, wymykając się na miotle Freda i to, co jej wtedy powiedział, bolało bardziej od wszelkich rozhisteryzowanych wrzasków ich matki.

Bill wyszczerzył się do niej.

Ginny zamrugała, przekonana że musiało się jej coś przywidzieć, ale zaraz potem Bill złapał ją za ramiona i potrząsnął lekko. Ginny ponownie zamrugała.

– Spakowana? – zapytał Bill.

– Tak – powiedziała lekko oszołomiona Ginny. Ręka Billa opadła jej na ramię, a on sam zaczął eskortować ją przez tłum. Wymieniła się kilkoma kiwnięciami głowy z mijanymi ludźmi i zatrzymała się, żeby pożegnać z Neville'em, ale Bill praktycznie cały czas starał się ciągnąć ją za sobą. Mimo że nie wyglądał na złego. Właściwie, to kiedy zbliżyli się do krawędzi doliny i osłon anty–aportacyjnych, zaczął nawet pogwizdywać pod nosem. Nie rozumiała tego.

Chyba że naprawdę już nie może się doczekać ochrzanu, jakim oberwie mi się od mamy.

– Czego się tak szczerzysz? – zapytała wreszcie oskarżycielsko, obracając się do niego i krzywiąc nieprzyjemnie. – Bo mi się wydaje, że zrobiłam to, co należało. I gdyby przyszło co do czego, to zrobię tak jeszcze raz. A wiesz przecież, że nie mogłam ostrzec przed wszystkim mamy i taty, bo oczywiście, że by mi nie pozwolili. No i...

– Wiem, Ginny. – Bill ponownie uśmiechnął się do niej szeroko. Ginny rozpoznała tę minę; tak właśnie uśmiechnął się do Charliego, kiedy wygrał w meczu między Gryffindorem i Slytherinem na siódmym roku, oraz do Freda i George'a, kiedy udało im się wymyślić sztuczkę, która rozbawiła ich ojca po długim i męczącym dniu w ministerstwie magii. Ale jeszcze nigdy nie uśmiechnął się w ten sposób do niej. – Też mi się wydaje, że zrobiłaś co należy. – Pocałował czubek jej głowy.

– Serio? – Ginny poczuła, jak ciepło zalewa ją od czubka głowy aż po palce u stóp. – Naprawdę tak myślisz?

– No pewnie. – Bill złapał jej dłoń i ścisnął mocno. – Przecież pracuję z goblinami, Ginny. To też ludzie, a niektórzy z nich są lepsi od wielu znanych mi czarodziejów i myślę, że zasługują na takie same prawa co my. A potem usłyszałem, że moja młodsza siostra uciekła ze szkoły, żeby pomóc w rokoszu, który walczy o prawa goblinów, mimo że wiedziała, że czeka ją za to z tuzin wyjców. Zrobiłaś co należy, Ginny, i w dodatku udałaś się do kogoś, kto był w stanie cię ochronić, zamiast na jakieś pole bitwy. – Puścił do niej oczko. – No i oczywiście, że nie poprosiłaś nikogo o pozwolenie. Nie czeka się na pozwolenie przed podążaniem za własnym sumieniem. Po prostu się za nim podąża.

Ginny wiedziała, że szczerzyła się jak idiotka, ale jeśli idiotki szczerzyły się, kiedy ich starsi bracia byli z nich dumni, to w ogóle nie przejmowała się przyłączeniem do ich szeregów. Ścisnęła mocno jego dłoń.

– Czy to znaczy, że nie przyłączysz się do ochrzanu mamy? – zapytała.

– To znaczy, że mam zamiar przekonać ją do wysłuchania twojej wersji wydarzeń i będę cię wspierał – powiedział Bill. – Ponieważ zachowywałaś się zgodnie z własnym sumieniem, Ginny, i jeśli mama chce cię przed tym powstrzymywać, to równie dobrze może przestać być moją mamą.

Ginny zastanawiała się, czy jej wyszczerz pozostał przez chwilę w powietrzu, kiedy zniknęli.


Remus miał decyzję do podjęcia.

Pogodził się z tym, że przyjdzie mu tylko obserwować biernie cały rokosz, więc przyglądał się uważnie podejmowanym przez Harry'ego decyzjom, jak i sposobom, na jakie je podejmował, jego integracji z watahą, albo wysłuchując słów, jakimi zwracał się do Pustułki i innych alf, którym zniszczono domy. I teraz, kiedy już rokosz dobiegł końca, musiał zebrać wszystkie te obserwacje i wysunąć wnioski.

A wyglądały one następująco: Harry okazał się być całkiem kompetentnym alfą dla watahy Lokiego. Wciąż odmawiał więzi z umysłem stadnym, co oznaczało że ignorował prądy, które wyczuwał Remus, czy taka Kamelia, albo dowolny inny członek watahy, który spędził choć chwilę w formie wilka.

Z drugiej jednak strony, Remus nie był pewien, czy Harry był kompetentnym alfą dla niego. Zwyczajnie zanadto korciło go do poprawiania zachowania Harry'ego. Patrzył na niego i widział dziecko Lily i Jamesa, cichego, zaczytanego chłopca, który zwykle trzymał się z tyłu i zdawał się być Krukonem, który zabłądził do gryfońskiej rodziny. Remus pomagał w jego wychowaniu i teraz nie był w stanie przekonać samego siebie do pochylenia przed nim głowy i ustąpienia.

Ale co to znaczyło, skoro Kamelia i pozostali członkowie watahy z przyjemnością zintegrowali się z Harrym?

To znaczyło, że powinien poszukać sobie innej watahy. Remus doszedł do wniosku, że skoro nikt poza nim nie miał z tym problemu, to problem musiał leżeć w nim samym.

Te słowa bolały, kiedy tydzień temu po raz pierwszy powiedział je do siebie na głos, w ciemnościach własnej sypialni. Ale od tego czasu powtarzał je już sobie wiele razy i za każdym razem ukłucie było coraz lżejsze. A teraz zdążył się już zaprzyjaźnić z innym alfą, Sokołem, który w czasie ataku na swoje legowisko stracił wielu starszych członków watahy – zginęli chroniąc dzieci – i już sugerował, delikatnie tańcząc wokół prawdy, jak to wilkołaki zwykle robiły, ilekroć podejrzewały, że dany wilkołak nie czuje się zbyt dobrze we własnym stadzie, że Remus zawsze będzie mile widziany w jego.

Remus zdawał sobie sprawę, że praktycznie nikt z watahy nie będzie za nim tęsknił. Sam fakt, że zdołał oprzeć się Harry'emu wskazywał, że jego więzi z nimi nie były jakieś szczególnie głębokie. I w sumie czemu miałyby takie być? Remus nie podążał za ścieżką, na którą trafiło wielu innych. Loki go nie adoptował, ale skusił do przyłączenia się. A wcześniej przebywał w swego rodzaju sojuszu z Hawthorn, Delilą i Claudią, ale jedyne co mieli ze sobą wspólnego, to wilkołak których ich pogryzł, a Hawthorn nigdy tak naprawdę nie chciała nauczyć się zachowań zaakceptowanych wilkołaków, przez co ta wataha była skazana na porażkę jeszcze zanim się w pełni rozwinęła.

Nie, Kamelia i pozostali bez trudu pogodzą się z jego stratą i szybko się zaleczą. Sokół go powita, a prowadzone przez niego młode wilkołaki, wciąż wyczuwające się nawzajem i świat wokół siebie, łatwiej zaakceptują Remusa, niż przyszłoby to starszym likantropom, świadomym już swojej hierarchii w świecie.

Może nawet wreszcie nauczy się, jak zachowywać się jak wilkołak, którym chciał być. No i może w chwili, w której nie będzie miał wrażenia, że powinien się stawiać wszystkim poleceniom Harry'ego, Remusowi wreszcie uda się nawiązać z nim bardziej równą więź.

– Remusie?

Remus obejrzał się, zaskoczony. Harry stał w progu jego sypialni, przyglądając mu się niepewnie.

– Kark zaczął mnie swędzieć – powiedział. – A jak zamknąłem oczy, zobaczyłem twoje imię. Kamelia powiedziała, że to znaczy, że chcesz ze mną porozmawiać. O czym? – Jego głos nie był wrogo nastawiony, ale i tak ostrożny i zdystansowany. Remus nie mógł go za to winić. Sam sobie na to zasłużył.

Chciał uśmiechnąć się smutno, ale powstrzymał się przed tym. Tego rodzaju odruchy pojawiały się wyłącznie, kiedy alfa nie nawiązał bliższej więzi z podwładnym. W ogóle nie powinny pojawiać się w zgranym stadzie. Kamelii, czy Brugmansji pewnie nigdy nie będzie korciło do wykonania ich. To był tylko kolejny znak na to, że już nie należał do watahy Lokiego.

– Owszem, chciałem, Harry – powiedział, nachylając się. – Chciałem ci powiedzieć, że przenoszę się do innej watahy.

Harry zamrugał.

– Naprawdę?

Remus kiwnął głową.

– Po prostu... zrobi się za ciężko, dla nas obu, jeśli tu zostanę – powiedział, patrząc Harry'emu w oczy i ignorując pokusę do odwrócenia wzroku. – Zawsze będę pamiętał cię jako dziecko i jakaś część mnie agresywnie sprzeciwia się korzeniu przed kimś, kogo najwyraźniej wciąż uważa za szczenię. No i wciąż nie pogodziłem się jeszcze ze wszystkim, co ci zrobili Lily i James, czy z rolą, którą sam w tym odegrałem. – Potrząsnął szybko głową. – Być może, gdyby prawa w zeszłym roku pozwoliły mi na zeznawanie w sądzie, to nie miałbym z tym tak wielkiego problemu. Ale mam i odnoszę wrażenie, że spięcia w watasze i dodatkowe trudności z mojej strony, to ostatnie czego ci trzeba. Zresztą reszta watahy i tak mnie nie potrzebuje, ani niespecjalnie za mną przepada. Wolałbym udać się gdzieś, gdzie faktycznie mogę się na coś przydać, a potem przyjść do ciebie z ofertą pogodzenia się, kiedy już obaj będziemy na to gotowi.

Harry przyglądał mu się w zamyślonej ciszy. Kiedy chwila zaczęła przechodzić w minuty, Remus zastanawiał się, co od niego usłyszy. Czy może jednak będzie chciał, żeby Remus pozostał przy nim i wspólnie zaczęli pracować nad odratowaniem swojej więzi?

Ale Harry tylko kiwnął głową i wyciągnął do niego rękę.

– Rozumiem. Nie zdawałem sobie sprawę z tego, jak wiele z tego wszystkiego wciąż w tobie gniło, Remusie. Udaj się gdzieś, wykrwaw to z siebie i dopiero wtedy skontaktuj ze mną ponownie. Znacznie bardziej wolałbym cię mieć jako przyjaciela, niż przyrodniego ojca chrzestnego, czy członka watahy.

Remus skrzywił się lekko na to aż nazbyt szczere określenie, ale złapał za nadgarstek Harry'ego i spojrzał mu statecznie w oczy.

– Podążaj za zapachem śniegu w nozdrzach i sosnowymi igłami pod stopami, Harry – powiedział. – I nie przejmuj się, jeśli to błogosławieństwo stanie się dosłowne. Będziesz wiedział co zrobić, kiedy przyjdzie na to czas.

– Co proszę?

Ale Remus i tak już powiedział zbyt wiele. Nie powinien w ten sposób zdradzać tajemnych zwyczajów watahy. Nigdy nie był zbyt dobrym wilkołakiem.

No trudno, czas najwyższy nauczyć się, jak nim być, pomyślał, kiwnął pożegnalnie do Harry'ego i udał się znaleźć Sokoła.


I wreszcie nie pozostało im już nic, poza udaniem się do Hogwartu.

Harry wziął kilka głębokich oddechów, pakując ostatnie ubrania do kufra. To był koniec rewolty i od tej pory będzie mógł zachowywać się jak zwykły uczeń... aż do następnego kryzysu, oczywiście, ale póki będzie myślał, zamiast działać, słuchał komisji nadzorczej i przestrzegał szkolnych zasad, to może w ogóle uda mu się uniknąć kolejnego kryzysu.

Jęknął w chwilę potem. To nigdy nie wypali. Jestem skazany na spędzenie życia pośród kryzysów.

– Gotów, Harry?

Drzwi uchyliły się, odsłaniając Snape'a. Harry kiwnął głową i pomniejszył kufer, po czym obejrzał się na łazienkę, marszcząc lekko brwi.

– Draco!

Draco wyszedł z zamyślonym wyrazem twarzy. Już cały dzień tak wyglądał. Harry zastanawiał się, czy nie zamartwiał się powrotem do Hogwartu bardziej, niż dawał to po sobie poznać.

– Wszystko w porządku? – zapytał.

Draco zarzucił włosami i wrócił do siebie.

– Pewnie – powiedział, podnosząc własny kufer. – Chcę jeszcze pożegnać się z matką, oczywiście, ale ponieważ i tak będzie chciała pożegnać się z nami wszystkimi, to chyba nie będzie problem, prawda, proszę pana? – Zerknął na Snape'a, który po prostu pokręcił głową.

Joseph przyłączył się do nich, kiedy zmierzali w kierunku kuchni, gdzie czekali na nich ludzie, którzy chcieli jeszcze zobaczyć się z nimi przed wyjazdem. Harry zauważył z rozbawieniem, że twarz Snape'a spięła się, ale chwilę potem musiał odwrócić wzrok, kiedy Joseph spojrzał mu w oczy i powiedział bezgłośnie, że niebawem czeka ich kolejna rozmowa. Zastanawiał się, kiedy do wieszcza wreszcie dotrze, że ze śmiercią Kierana już się uporał, za to z przyjemnością porozmawia z nim o sprawach, które faktycznie miały znaczenie.

Narcyza wyszła im na spotkanie jako pierwsza, ale była tylko pierwszą z wielu; w kuchni znajdowało się znacznie więcej ludzi, niż Harry się tego spodziewał. Poczuł jak twarz staje mu w ogniu, mimo że wszyscy póki co tylko patrzyli, a Narcyza głaskała Dracona po głowie i mamrotała mu coś na ucho, co prawdopodobnie było znacznie bardziej zawstydzające od spojrzeń.

Draco kiwnął głową.

– Przemyślałem to, mamo – powiedział. – I to właśnie chcę zrobić.

Harry miał wrażenie, że usłyszał lekkie westchnienie Narcyzy, ale zaraz potem obróciła się do niego, a Harry miał jej coś innego do powiedzenia.

– Mam nadzieję, że zdaje sobie pani sprawę, że zawsze będzie pani mile widziana w Srebrnym Lustrze – powiedział. – Tak długo, jak pani sobie tego życzy.

– Jak sobie tego życzysz, Narcyzo – upomniała go, po czym przytuliła, zamiast po prostu uścisnąć jego wyciągniętą dłoń. Policzki miał już tak czerwone, że aż bolały, ale ostrożnie ją objął, kiedy mamrotała mu do ucha: – Zajmij się nim, Harry, i pozwól mu zająć się sobą. Należę do komisji nadzorczej, więc niebawem się zobaczymy.

– Dobrze, Narcyzo – powiedział automatycznie Harry, ponieważ nie miał pojęcia, co innego miałby w tej chwili powiedzieć, po czym obrócił się, żeby spojrzeć na pozostałych.

Hawthorn dotknęła dłonią jego ramienia w geście bardziej intymnym od dowolnego przytulenia.

– Uważaj na siebie, Harry – powiedziała. – I dziękuję, że zwróciłeś mi życie i wolność, bez którego życie jest nic nie warte.

Harry przyglądał się jej ostrożnie, podnosząc rękę, żeby dotknąć jej ramienia w odpowiedzi. Coś zmieniło się w niej od czasu, kiedy rozszarpała na strzępy swoją pościel po śmierci Claudii, ale wciąż nie był pewien, co to mogło być. Miał jednak nadzieję, że taka już pozostanie i nigdy więcej nie podda się zgorzknieniu i oburzeniu.

– Zasługujesz na wolność – powiedział. – I na znacznie więcej, niż tylko ją. Żałuję, że nie ma jakiegoś sposobu na przypilnowanie, by aurorzy, którzy cię skrzywdzili, zaznali sprawiedliwości, ale...

Hawthorn wzruszyła niedbale ramionami.

– Czasami po prostu nie ma innego wyjścia.

W tym momencie Harry już musiał spojrzeć na nią podejrzliwie, ale Adalrico Bulstrode podszedł i poprosił o uwagę, więc był zmuszony odpuścić. Po ciepłych życzeniach pozostania w dobrym zdrowiu, Adalrico powiedział mu:

– W pierwszej chwili pragnąłem przelewu krwi, chciałem pokazać ci, czemu obawiano się mnie, kiedy jeszcze kroczyłem pośród śmierciożerców. Ale potem uznałem, że wojna słów jest lepsza.

Harry zamrugał.

– Naprawdę, proszę pana?

– Tak. Dzięki temu mam znacznie większe szanse na to, że moi wrogowie mnie nie docenią. – Adalrico zachichotał. – Ich wspomnienia z czasów, kiedy siałem postrach, mają już niemal dwadzieścia lat. Gdybym miał udać się znowu do bitwy, pewnie uznają że zmiękłem, bo nie walczyłem w czasie tego rokoszu, a wtedy pokażę im, jak bardzo się pomylili.

Harry uśmiechnął się, nawet jeśli ta logika wydawała mu się cokolwiek dziwna, po czym uścisnął mu dłoń.

Za Adalrico czekał Pierre Delacour, trzymający się za rękę z Millicentą. Tuż obok niego stała Adrienne, jego wilowa kuzynka, która odezwała się zanim jeszcze Pierre zdążył wypowiedzieć choćby słowo – a może przemawiała w jego imieniu, Harry nie był tego pewien.

– Zaniosę radzie Wili dobry raport, Harry vatesie – powiedziała, patrząc mu prosto w oczy. – Jesteś tym, kogo szukałyśmy.

– Czyli czym? – zapytał Harry. Z tego, co było mu wiadomo, równie dobrze mogło im chodzić o coś równie prostego, jak „magiczną potęgą". Jedyne w sumie, co tak naprawdę wiedział o Radzie Wili, to że musieli podejmować decyzje nieanonimowo, a ponieważ zasiadało w niej kilkuset członków, to osiągnięcie porozumienia potrafiło trwać całymi latami.

– Byłeś oburzony, kiedy usłyszałeś o śmierci wilkołaków – powiedziała Adrienne. – Większość czarodziejów nie przejęłaby się tym. Są... – Tu powiedziała coś po francusku, po czym pokręciła głową. – Mówią, że zależy im na wilach – powiedziała. – Wydaje im się, że zależy im na wilach. Ale bardziej zależy im na ludziach. Nie winimy ich o to. Nie są w stanie niczego na to poradzić. Ale ty jesteś i radzisz sobie z tym. Możesz mieć u swojego boku wilkołaki, centaury, gobliny i wile i wszyscy oni będą dla ciebie równie ważni co ludzie. No, może z wyjątkiem twojej bratniej duszy. – Uśmiechnęła się do Dracona, po czym przerzuciła ten uśmiech na Harry'ego. – Ale przejmujesz się, kiedy ktoś ich krzywdzi, albo wrzuca do więzienia. Nie obchodzi cię, że nie są ludźmi.

– Oczywiście że nie – powiedział bezbarwnie Harry, nie pojmując, czemu Rada Wili potrzebowała wysłać do niego obserwatorkę do odkrycia czegoś tak podstawowego. – Przecież nie mógłbym być vatesem, gdybym inaczej do tego podchodził.

– Wielu już twierdziło, że są vatesami, albo szukali u nas poparcia, kiedy w ogóle im nie zależało – powiedziała łagodnie Adrienne. Tym razem to ona ujęła jego dłoń i ją ucałowała. – Niech podążają za tobą dobre życzenia.

Harry pokiwał głową, wciąż zaskoczony, po czym obrócił się, żeby pożegnać z wilkołakami. Niektóre alfy już przyjęły jego propozycję stworzenia sobie legowisk w Leśnej Twierdzy i podjęcia się pracy w kwaterze głównej, która miałaby swoje miejsce w Londynie, jak tylko Harry ustali, który opuszczony budynek, jeden spośród wielu w pobliżu ulicy Pokątnej, tak na dobrą sprawę należał do Blacków. Pozostali chcieli powrócić do swoich starych domów, bo niektóre z nich wciąż można było odbudować i ponaprawiać i choć formalnie rezygnowały z jego ochrony, to wciąż miały nadzieję na zachowanie więzów przyjaźni.

Harry odpowiadał tak uprzejmie, jak tylko był w stanie, powoli mijając kolejnych przedstawicieli watah, aż w końcu udało mu się dotrzeć do północnych goblinów, stojących praktycznie pod ścianą. Helcas uśmiechnął się krzywo na jego widok. Harry zastanawiał się, czy gobliny ostrzyły sobie kły z jakichś ważnych, klanowych powodów, czy też po prostu po to, żeby straszyć ludzi wokół siebie.

– Przyjmij to jako gest naszej przyjaźni i przyzwij nas na pomoc, kiedy tylko będziesz jej potrzebował – powiedział Helcas, kładąc mu łańcuch na dłoni. – Zakręć nim, to usłyszymy twój zew, zupełnie jak nasi południowi kuzyni słyszą ten ich róg. Przecież nie możemy być sojusznikami bez możliwości usłyszenia się nawzajem.

Harry nie wiedział, jak odmówić z gracją takiemu prezentowi, więc przyjął go z podziękowaniem i owinął sobie łańcuch wokół przedramienia.

– Mam nadzieję, że wy też skontaktujecie się ze mną, jeśli Rada Goblinów z ministerstwa zacznie wam przysparzać kłopoty? – zapytał.

Helcas spojrzał na niego z wyższością.

– Nie jesteśmy czarodziejami, Harry vatesie – powiedział. – Jesteśmy w stanie przyznać, kiedy potrzebujemy pomocy.

Kość kiwnął głową, kiedy Harry pochwycił jego spojrzenie.

– My również – powiedział. – Podążymy za tobą do Hogwartu. Mamy przewagę nad twoimi pozostałymi sojusznikami, vatesie. Jesteśmy w twoim pobliżu. Wezwij nas, jeśli tylko kiedykolwiek spróbujesz ponownie wznieść sztandar rokoszu. – Przez chwilę wyglądał gorliwie i Harry zdał sobie sprawę, że centaury nie miały większej okazji do bezpośredniej walki, poza udaniem się do ministerstwa, kiedy uwolnili z Tullianum Hawthorn i pozostałe wilkołaki. Harry był rozdarty między wyrażeniem sympatii i pragnieniem, żeby już nigdy nie doszło do kolejnej rewolty. Miał nadzieję, że kiedy wreszcie zacznie polować na Voldemorta, to będzie to prywatna wojna, obejmująca wyłącznie jego i tych, którzy mieli wszelkie prawo nienawidzić Mrocznego Pana, a nie potężna wojna, która rozszarpie na strzępy życia wielu niewinnych ludzi.

– Dziękuję – powiedział zamiast tego, po czym wyszedł. Chciał pożegnać się z kimś jeszcze, ale nigdy nie zmieściłaby się w kuchni.

Karkadann zatrąbiła na jego widok. Stała po przeciwnej stronie Leśnej Twierdzy, co nie miało większego znaczenia. Udała się cwałem w jego kierunku, kopytami jak zwykle podrywając za sobą ziemię i zatrzymała tuż przed nim z ostrym poślizgiem. Harry zadrżał. Przebywanie w pobliżu takiej prędkości, ukropu i potęgi zawsze było onieśmielające. Pochyliła łeb i wydała z siebie niski pisk, gładząc go rogiem po barku.

– No wiem – wyszeptał Harry, głaszcząc ją po grzywie. Miał wrażenie, jakby przeczesywał palcami ciężki piasek. – Wybacz. Też żałuję, że nic innego nam nie pozostało, że nie mogę cię zabrać jakoś ze sobą. Ale nie byłabyś w stanie przeżyć w Zakazanym Lesie. Jego sieci spróbowałyby cię spętać, a inne stworzenia – zjeść.

Karkadann parsknęła, ale to był rozbawiony dźwięk, zamiast nadąsanego, którego Harry się spodziewał. Ocierała o niego niespokojnie róg, po czym wreszcie chuchnęła, zalewając mu twarz smrodem gnijącego mięsa.

Harry zamrugał i zorientował się nagle, że ma wizję w głowie, podobną do tych, które kiedyś otrzymywał od Fawkesa. Karkadann biegła przez wydmy, które przypominały Harry'emu pustynię północnej Afryki. Trąbiła, a sieci skakały na nią i owijały się wokół, podczas gdy stopniowo wychodziły jej na spotkanie inne karkadanny. Ta, która odwiedziła Harry'ego, zaprzestała galopu i zaczęła opowiadać pozostałym o vatesie. Wszystkie tupały kopytami w miarę słuchania, po czym jeden z nich uderzył drugiego swoim rogiem i nagle całe zebranie przemieniło się w orgię agresji, która na swój sposób była również tańcem.

Westchnął, kiedy wizja przeminęła, po czym spojrzał surowo na karkadann. Parsknęła na niego, kompletnie nie czując się niczego winna. Przecież i tak jej przed tym nie powstrzyma.

Postaraj się być grzeczna i przynajmniej nie daj się nikomu zobaczyć, jak będziesz opuszczała Anglię – mruknął Harry, po czym patrzył z sercem w gardle, jak przyklękła przed nim na moment, zamiatając ziemię grzywą i rogiem, po czym poderwała się i ruszyła na wschód w eksplozji czystej potęgi.

Czy to znaczy, że wracamy już do domu?

Harry drgnął. To Argutus, zwinięty w kieszeni jego szaty, zadał to pytanie. Harry uśmiechnął się i pogłaskał węża omenu po łbie, kiedy ten wychylił go z kieszeni. Argutus miał naprawdę niewiele do roboty w czasie rewolty, może poza zwiedzaniem Leśnej Twierdzy, czym już był najwyraźniej znudzony. Z przyjemnością zobaczy znowu Hogwart.

Cholera, sam chętnie znowu go zobaczę.

– Tak – odpowiedział Harry, po czym obrócił się, żeby znaleźć Snape'a, kojąc po drodze swoje obawy. Choć raz wydawało mu się, że wszystko dobrze się skończy. Karkadann wydostanie się z Anglii i nikt jej nie zauważy, ani nie spróbuje zastrzelić. Ministerstwo dotrzyma swoich obietnic. Wilkołaki, które nie chciały pozostać w Leśnej Twierdzy, znajdą domy i prace. Jego relacje z watahą przeżyją rozłąkę, a osobliwy list Lokiego oznaczał coś innego, niż nadchodzącą kolejną śmierć, którą zdawał się zapowiadać. Jego więzi z Draconem i Snape'em tylko się pogłębią. Joseph zrozumie, że nie muszą rozmawiać absolutnie o wszystkim. A Hogwart okaże się spokojnym miejscem, w którym przyjdzie mu spędzić resztę szóstego roku.

Chyba wolno mi marzyć, co nie?