Dodatek: Wykrycie oznacza śmierć
– Severusie.
Snape nie przerwał warzenia, ponieważ wiedział kto to był. Tylko trzech ludzi zwracało się do niego po imieniu. Jednym z nich był Mroczny Pan, którego magię Snape wyczułby z daleka i już dawno temu by klęczał. Drugim był Regulus, którego głos był już dobrze znajomy i zdawał się sięgać do zaniedbywanych, porzuconych krańców duszy Snape'a – nie, żeby im wolno było przetrwać w takim miejscu jak to.
A trzecim był Lucjusz, który zaczął się tak do niego zwracać bez żadnej zachęty. I to właśnie był on, brzmiąc na niezwykle zadowolonego z siebie, kiedy opierał się ramieniem o framugę drzwi, prowadzących do laboratorium Snape'a w domu Riddle'ów.
– Czego sobie życzy nasz Pan, Malfoy? – zapytał wreszcie Snape, kiedy wydawało mu się, że minęło już wystarczająco wiele czasu, żeby Lucjusz zaczął się wkurzać, ale nie dość, by okazać brak szacunku. Nie chciał brać udziału w pokręconych gierkach, które ten człowiek prowadził z innymi śmierciożercami, nie teraz kiedy musiał skupić się na swoich trzech najważniejszych zadaniach. Musiał szpiegować dla Dumbledore'a, musiał przekonać Voldemorta, że wciąż jest mu lojalny i musiał zająć się Regulusem, który niemal załamał się po intensywnych torturach, przez jakie przeciągnął go Mroczny Pan za jego reakcję na piętnastominutowe Crucio, które przyszło znieść Snape'owi. Jeszcze nigdy tak nie obchodziła go polityka, jak teraz.
– Czemu musi chodzić o prośbę naszego Pana, Severusie? – Głos Lucjusza był delikatny i płytki i pewnie jeszcze ze dwa lata temu Snape faktycznie uwierzyłby, że skrzywdził mężczyznę. Ale od tamtej pory został śmierciożercą. Przyjazny człowiek, który zachęcił go do przyłączenia się do armii Mrocznego Pana, który nauczył go wyczuwania magii jako bólu, przepadł jak kamień w wodę. – Czemu nie może chodzić o moją?
– Nieczęsto życzysz sobie czegokolwiek, co byłbym skłonny ci dać, Malfoy – powiedział spokojnie Snape, zauważając że eliksir powoli zaczyna wrzeć. Wrzucił do niego ostatnią garść żywokostu i ciecz zasyczała jak Nagini. Kiedy się uspokoiła, po jej powierzchni zaczęły rozchodzić się zmarszczki, rozbiegające się ze środka z nienaturalną prędkością. Snape podniósł różdżkę i rzucił zaklęcie stabilizujące na eliksir, po czym kiwnął głową. Dziesięć minut chłodzenia i zabierze ją do Regulusa. Powinna ukoić rozdygotane ruchy jego kończyn, które przypominały niemalże konwulsje.
Cichy krok był całym jego ostrzeżeniem, zanim różdżka Lucjusza została przyciśnięta do nasady jego karku. Snape podniósł wzrok i przeklął się. Tak, w czasie warzenia miał tendencję do wpadania w trans i rozważania wyłącznie znajdującego się przed nim eliksiru, a nie ludzi wokół siebie, ale zwykle zdawał sobie sprawę z tej słabości i jakoś ją równoważył. Tak samo powinien był zrobić teraz. Snape był znacznie bardziej zły na siebie, niż Lucjusza. Lucjusz po prostu był sobą. Już do końca życia będzie miał obsesję na punkcie demonstracji sił i tworzenia precedensów.
– Nie będziesz mnie ignorował, kiedy do ciebie mówię – wyszeptał Lucjusz.
– Nie będę – zgodził się Snape, nie pozwalając, by jego lodowata maska zsunęła się z twarzy czy głosu. Jeśli pozwoli eliksirowi stygnąć dłużej, niż dziesięć minut, to przyjdzie mu go przyrządzić jeszcze raz, a wówczas Regulus będzie cierpiał jeszcze przez wiele godzin – które były tylko minutami dla tych, którzy nie cierpieli równie mocno, co on, ale oznaczały nieskończoność dla tego, kto musiał to przechodzić. Snape zdawał sobie z tego sprawę, nawet jeśli zwykle był powalany psychicznymi sztyletami, nie fizycznymi. Czasami wydawało mu się, że gdyby tylko przechylił odpowiednio głowę, poczułby jak ich ostrza wbijają mu się w nasadę głowy. Niektóre wbili w niego James Potter z przyjaciółmi, inne Eileen Prince, parę nawet sam Tobiasz.
Lucjusz jeszcze nigdy się na to nie odważył. Ale będzie miał do tego okazję, jeśli to wszystko zajmie ponad dziesięć minut, a Snape znowu będzie musiał uwarzyć ten eliksir. Dlatego upewni się, że nie spędzą tu zbyt długo na tej rozmowie.
– Czego sobie życzysz, Lucjuszu? – zapytał, upewniając się, że jego głos brzmi odpowiednio pokornie.
Zwykle, ilekroć znajdował się na skraju otrzymania tego, czego chciał, Lucjusz zaczynał okazywać fałszywą skromność. Oczywiście, prawdopodobnie wyczuł, że ta chwila była naprawdę ważna dla Snape'a, przez co wcale mu się nie śpieszyło. Okręcił różdżkę przy nasadzie jego karku. Snape liczył uderzenia serca i przetłumaczył je na minuty. Minęły już trzy.
– Wiem, gdzie się udajesz – odezwał się wreszcie Lucjusz, mruknięciem tak cichym, że pewnie nawet Greyback miałby problemy z usłyszeniem go za drzwiami – ilekroć uciekasz gdzieś sam.
Snape zawsze oddalał się od wszystkich sam, ilekroć musiał zaraportować coś Dumbledore'owi. Nie śmiał użyć do tego sowy, ale też nie uciekał zbyt często. Było to niezbędne, jeśli miał odnieść sukces u boku Mrocznego Pana jako jego warzyciel eliksirów, zwłaszcza teraz, kiedy musiał zajmować się też Regulusem. Miał alibi na każdą z tych misji.
Ale jeśli Lucjusz wiedział, co oznaczały...
Ale nie wiedział, Snape był co do tego pewien. Gdyby wiedział, to już dawno temu udałby się z tym do Voldemorta. Lucjusz związał swoje życie z Voldemortem za pomocą tego swojego Mrocznego Znaku na bladym, smukłym przedramieniu. Nie mógł dopuścić do tego, żeby jego strona przegrała wojnę.
Chyba że naprawdę chce ode mnie czegoś więcej, jak po prostu zobaczyć, czy nasz Pan zwycięży ze starym głupcem.
Ale nie, Snape nie mógł myśleć w ten sposób. Uzna w takim razie, że Lucjusz po prostu blefuje. A jeśli naprawdę tak się okaże, to Snape użyje swojej własnej, potężnej broni. Nie spodziewał się, że tak szybko przyjdzie mu z niej skorzystać, w zaledwie parę miesięcy po stworzeniu, ale skoro była potrzebna, to była potrzebna.
– Nie wiesz, Lucjuszu – powiedział spokojnie.
– A to niby czemu nie? – Głos Lucjusza wezbrał z rozochocenia. Niewątpliwie miał nadzieję, że Snape przez zwykłą nieuwagę wygada się, gdzie nie zdołałby go znaleźć.
Chyba że już wie.
Snape powiedział sobie stanowczo, że Lucjusz nie miał pojęcia i w tej chwili ma przestać myśleć inaczej. Zatopił emocje i te myśli pod powierzchnią basenów oklumencyjnych, dzięki czemu mógł łatwiej oddychać. Nawet zdołał się uśmiechnąć, nawet lekko zaśmiać, na tyle cicho, żeby jeszcze nie sprowokować Lucjusza do przeklęcia go.
– Powiedz mi. – Różdżka wbiła mu się w kark tak mocno, że odchyliła mu głowę do tyłu.
Siedem minut. Zostały mu trzy. I doprawdy, Snape nie znosił, kiedy tak go naciskano, w dodatku niechętnie podchodził do wyjawiania swojej najpotężniejszej broni, no i tylko potwierdzi w ten sposób Lucjuszowi, że faktycznie robił coś ważnego, ilekroć wymykał się sam, a naprawdę tego nie chciał. Ale czasami trzeba poświęcić coś w zamian za możliwość brania udziału w dalszej grze.
Pomyślał o niewerbalnym zaklęciu i użył bezróżdżkowej magii; był na to wystarczająco zły. Maleńka fiolka wysunęła mu się z kieszeni szaty. Lucjusz przechylił głowę, żeby się jej przyjrzeć.
Trzeba było mu przyznać, momentalnie rozpoznał zawartą w niej ciecz. I czemu by nie miał? Voldemort kazał mu stworzyć ten eliksir, po czym użyć go na więźniu, a następnie rozkazał Lucjuszowi warzyć go raz za razem, póki go wreszcie nie opanował.
Przez dłuższą chwilę za Snape'em nie było niczego, nawet oddechu. Wreszcie Lucjusz odsunął różdżkę od jego karku. Kiedy Snape obrócił się, zobaczył jak Lucjusz kłania się przed nim. Jego mina była pełna nienawiści, ale wymieszany z nią był szacunek, jak i chłodna kalkulacja, którą Snape rozpoznawał i był nawet w stanie mu zaufać. Lucjusz nie przestanie na niego polować, spróbuje jakoś odegrać się za to upokorzenie, ale teraz już rozumiał, jak daleko Snape był gotów się posunąć we własnej obronie, przez co nigdy więcej nie spróbuje czegoś równie głupiego.
– Proszę o wybaczenie, Severusie – powiedział. – Nie miałem pojęcia, że jesteś taki zajęty. – Kiwnął lekko głową, po czym obrócił się i wyszedł.
Snape schował zaczarowaną fiolkę z powrotem do kieszeni szaty, po czym sięgnął po kubek i zanurzył go w chodnej cieczy dokładnie w dziesięć minut po wygaszeniu ognia, po czym zabrał go do Regulusa.
Regulus był pół–przytomny z bólu, nawet kiedy Snape napoił go już swoim eliksirem i opuścił go z powrotem na posłanie. Wyłącznie dlatego teraz wygadywał takie niesłychane bzdury, albo tak niesłychanie mocno trzymał go za rękę.
– Jesteś takim dobrym przyjacielem, Severusie – wymamrotał, nie mogąc utrzymać oczu otwartych. Eliksir nie tylko koił ból, ale też działał usypiająco. – Takim dobrym przyjacielem.
– Wcale nie. – Snape siedział nieruchomo z kubkiem w wolnej dłoni, monitorując roztrzepotany puls na szyi Regulusa i w żaden sposób nie próbując odwzajemnić uścisku. Nieczęsto do tego dochodziło, ale czasem wypicie eliksiru wywoływało u pijącego tak ogromne przyśpieszenie tętna, że to mogło się zrobić niebezpieczne. No i co by było, gdyby ktoś tu wszedł i zobaczył, jak trzyma Regulusa za rękę? Co, gdyby uznał to za słabość? Nie mógł sobie na to pozwolić, nie teraz kiedy był szpiegiem. Dowolne odsłonięcie się mogło oznaczać śmierć. – Twój brat upewnił się, że nigdy nie zaprzyjaźnię się z kimś o nazwisku Black.
Regulus zaśmiał się i zmusił do otwarcia oczu. Snape spojrzał na niego chłodno.
– Co ja ci mówiłem o zwalczaniu efektów eliksiru? – zapytał z irytacją.
– Jesteś... znacznie lepszy, niż oni wszyscy razem wzięci – wymamrotał Regulus, patrząc na niego ciepło. – A czasami zachowujesz się, jakby wydawało ci się, że jesteś dokładnie taki sam. Ty chyba tego nie zauważasz, co, Severusie? Wydawało mi się, że zdawałeś sobie z tego sprawę i kryłeś w sobie ten skarb, żeby przypadkiem nie skaził się całą tą ciemnością. Ale właśnie zdałem sobie sprawę, że w ogóle tego nie dostrzegasz. Naprawdę wydaje ci się, że jesteś jak cała reszta.
– Bredzisz – poinformował go obojętnie Snape.
– Nie, po prostu mówię prawdę, na co zwykle mi nie wolno – powiedział Regulus, którego uśmiech zrobił się lekko szalony. – Masz w sobie siłę do przetrwania, której nie ma tu nikt poza tobą. Masz w sobie odwagę, która cię stąd wyniesie. Wszyscy tu zginiemy, ale nie ty, ty wylecisz stąd, jak... jakaś ćma. Albo nie, lepiej, feniks.
– Teraz to już ci odbiło – powiedział Snape, marszcząc brwi. Eliksir potrafił czasem poluźnić bariery umysłowe, ale zwykle nie do tego stopnia. Ponownie spojrzał na puls Regulusa.
– Wcale nie – powiedział z uporem Regulus. – Jesteś kimś więcej, jak po prostu śmierciożercą, kimś więcej jak po prostu służącym Voldemorta.
Snape nie spojrzał na niego z obawą, ponieważ ktoś ich obserwował. Ktoś zawsze obserwował. Mroczny Pan polegał na tym, że śmierciożercy obserwowali się nawzajem.
– Oczywiście że tak – mruknął. – Jestem jego najbardziej zaufanym służącym. – Położył słabnącą dłoń Regulusa z powrotem na posłaniu.
– Feniksem – wymamrotał Regulus wreszcie zamykając oczy. – Na tyle silny, żeby nie tylko przeżyć, ale i żyć.
Snape pokręcił głową i patrzył, jak jego niespokojne drgnięcia wreszcie zaznają ukojenia we śnie. W międzyczasie myślał o trzymanej w kieszeni szaty fiolce, migoczącej, przezroczystej, zielonej cieczy z unoszącym się w niej, bardzo delikatnym blond włosem.
Jakiś czas temu Lucjusz przybył i z radością poinformował wszystkich o narodzinach swojego syna. Snape miał wrażenie, że pierwszy raz w życiu widzi na jego twarzy szczere emocje. Kiedy świętował pośpiesznie stworzonym winem ze śmierciożercami, którzy akurat przebywali w domu Riddle'ów, Snape zauważył zagubiony włos, uczepiony jego szaty, więc uwolnił go prostym ruchem dłoni.
Ten eliksir, obdarzony włosem ofiary, był w stanie utopić ją we własnej krwi. Pracowała na wszelką odległość, a im młodsza była ofiara, tym lepiej.
Snape nie sądził, żeby Lucjusz był skłonny zrobić teraz cokolwiek, kiedy Snape tak na dobrą sprawę przyłożył ostrze miecza przy gardle bezbronnego Dracona, śpiącego u piersi Narcyzy. Miło by było trzymać tę broń w ukryciu jeszcze przez jakiś czas. Było jednak jak było i Snape wiedział, że teraz będzie musiał na siebie uważać. Lucjusz zabije go przy pierwszej możliwej okazji.
Być może najlepiej byłoby, pomyślał Snape, przyglądając się śpiącej twarzy Regulusa, jeśli powiem mu o drugim włosie, którego nie noszę przy sobie przy każdej okazji.
Mylisz się, Regulusie. Żaden ze mnie feniks. A nawet gdyby tak było, płonąłbym na czarno.
