Interludium: Szósty list Wyzwolicielki

3 listopada 1996

Drogi ministrze Scrimgeourze,

Przepraszam, że nie jestem w stanie częściej się z panem kontaktować. Doszło do najgorszego. Jak tylko wysłałam mój poprzedni list, ojciec zorientował się, że pozostawałam w kontakcie z kimś bez jego zgody. Nie udało mu się wyciągnąć ze mnie pańskiego imienia.

Ucierpiałam. Ale tylko na sposoby, do jakich już jestem przyzwyczajona i które umiem znosić, wbijając wzrok w dni, kiedy wreszcie będę wolna.

Ojciec uwolnił mnie z wybranej przez siebie trumny, kiedy uznał, że wszystko zmieniło się dostatecznie na korzyść Światła. Pierwsze, co zrobił jak tylko doszłam do siebie, to opowiedział mi o układzie, jaki świetliste czystokrwiste rodziny zawarły z Harrym vatesem. Zadałam tak wiele pytań o ten układ, jak tylko śmiałam i wydawał mi się szczery. Przynajmniej ze strony Harry'ego.

Świetliści czarodzieje, tacy jak moi rodzice, którzy nie byli w stanie odżałować upadku i straty Albusa Dumbledore'a, spróbują zabezpieczyć sobie więcej, niż im się prawnie należy. Mówię to panu jako przyjaciółka, ministrze. Ojciec nie ma jeszcze solidnych planów jako takich, ale na przestrzeni ostatnich paru miesięcy nie udało mu się też zdobyć tak wiele, jak mu się wydawało, że powinien był, a to zawsze go irytuje. Knuje równie często, co taki Lucjusz Malfoy... choć on, oczywiście, mówi sobie, że to zupełnie co innego, bo jest innej deklaracji. Żałuję, że nie mamy pod ręką Zwierciadła Ain Eingarp, czy innego legendarnego szkła, w którym mógłby zobaczyć swoje własne ambicje wypisane tam w łatwo rozpoznawalnej prozie. Być może wówczas dotarłoby do niego, że Mrok i Światło nie różnią się tak bardzo, jak mu się wydaje, zwłaszcza ilekroć uważa się za najlepszego przedstawiciela Światła pod słońcem.

Szklanica, z której korzystali moi rodzice do kontaktowania się, czy też szpiegowania Falco Parkinsona, zniknęła. Tak strasznie mi przykro, ministrze. Pozostaje mi się tylko domyślać, że robili się coraz bardziej nerwowi, mając ją w posiadaniu, więc przekazali ją kolejnemu członkowi Zakonu Feniksa.

Im bardziej się rozglądam i nasłuchuję, tym większego nabieram przekonania, że Falco Parkinson nigdy tak naprawdę nie skontaktował się ani z moimi rodzicami, ani z kimkolwiek z Zakonu Feniksa. Inaczej nie porzuciliby go tak szybko na rzecz układu z Harrym vatesem. To nie oznacza, że stał się dzięki temu jakkolwiek mniej niebezpieczny, ale przynajmniej nie musi pan się przejmować potencjalnymi atakami ze strony jego fanatycznych wielbicieli.

Proszę mieć na oku Harry'ego i tę jego komisję nadzorczą, ministrze. I proszę przyjrzeć się bliżej własnym sojusznikom. Jeden z nich nosi przy piersi żmiję i nawet nie zdaje sobie z tego sprawy.

Niech cienie pana chronią.

Z uszanowaniem,

Wyzwolicielka