Rozdział czterdziesty szósty: Nie jestem Lordem
Kilka dni później Connor przytulił go, kiedy zobaczyli się w drodze na śniadanie i Harry obejrzał się na niego z zaskoczeniem. Connor przez chwilę mrugał na niego w odpowiedzi, po czym zaśmiał się i ponownie go przytulił.
– Co, już nie mogę się cieszyć, że mój brat wrócił cały i zdrowy? – mruknął Harry'emu w kark.
– Nie no... oczywiście że możesz – powiedział Harry, obejmując go jedną ręką. W dłoni trzymał kurczowo swoją odpowiedź do Lokiego, którą miał zamiar wysłać z sowiarni zaraz po posiłku. – Ale jak do tej pory przytulałeś mnie już codziennie.
– Stęskniłem się – powiedział po prostu Connor, wzruszając ramionami, po czym znowu go ścisnął. Harry czuł na sobie spojrzenie Dracona, wbijające mu się w kark. Zignorował je. Kiedy Draco nie lubi Connora za to, co działo się między nimi w przeszłości, to jedno, ale zazdrość o dotykanie Harry'ego to zupełnie co innego.
– Gdzie Parvati? – zapytał wreszcie Harry, kiedy Connor odsunął się od niego. Odciągał to pytanie tak długo jak mógł, ale zastanawiał się, czy spędzany ostatnio czas z Connorem nie zaczynał doprowadzać jego dziewczyny do szału.
Connor zerknął na podłogę.
Harry wydał z siebie zaniepokojony dźwięk, zawiesił list w powietrzu obok i złapał Connora za podbródek, żeby podnieść mu twarz.
– No więc? – zapytał, kiedy już patrzyli sobie w oczy i nie sądził, żeby Connor był w stanie ukryć przed nim cokolwiek istotnego.
– Powiedziała... powiedziała, że musi sobie to wszystko przemyśleć i że ja też powinienem – powiedział Connor, wzruszając lekko ramionami. – No i nie wiem, lubię ją, ale za często się kłócimy. Bała się, że wrócisz do szkoły cały napuszony po tym, co udało ci się osiągnąć i że już teraz nie będziesz się wahał przed używaniem magii na innych ludziach. – Wyjrzał na Harry'ego zza swojej grzywki. – Mówiłem jej, że tak nie będzie i kiedy zobaczyła to na własne oczy, odwróciła się ode mnie. Chyba nie lubi, kiedy się jej udowadnia, że się pomyliła.
– Dopiero teraz to do ciebie dotarło? – prychnął Draco zza Harry'ego.
Harry obejrzał się na niego karcąco, po czym wrócił do swojego brata.
– Naprawdę mi przykro, Connor. Mogę z nią porozmawiać i wyjaśnić, że nie mam zamiaru używać mojej magii na innych, jeśli tylko uznasz, że to by mogło pomóc?
Connor pokręcił głową.
– Już wystarczy, że źle przyjęła to ode mnie, Harry. Wydrze się na ciebie, po czym będzie jej wstyd, że narobiła afery.
– Niech będzie. – Tym razem to Harry przytulił Connora, po czym odprowadzał go współczującym wzrokiem do stołu Gryffindora. Następnie złapał ponownie za list do Lokiego i ruszył z Draconem do stołu Slytherinu.
Głowy obracały się za nimi, kiedy przemierzali Wielką Salę. Harry nie uważał tego za nic dziwnego i ze wszystkich sił starał się zachować spokój. Przebywali w Hogwarcie dopiero od trzech dni. To nie było dość czasu na to, żeby reszta uczniów zaczęła znowu myśleć o nich jak o domownikach, a nie buntownikach. No i czy Harry mógł ich winić, jeśli część z nich czytała uważnie artykuły w „Proroku Codziennym", które deklarowały, że Harry przysłużył się światu czarodziejów, kończąc swoją rewoltę, podczas gdy inni czytali artykuły z „Vox Populi", które twierdziły, że Harry dobił cynicznego politycznego targu ze świetlistymi czarodziejami w zamian za większe uznanie wobec jego ulubionych magicznych stworzeń? Przecież pod pewnymi względami obie gazety miały rację.
– Naprawdę chciałbym, żeby wreszcie przestali się tak gapić – powiedział zjadliwie Draco, kiedy usiedli i przyjęli płatki kukurydziane i sok dyniowy od Millicenty.
Harry spojrzał na niego z zaskoczeniem. Nie przypominał sobie, żeby Draco kiedykolwiek narzekał na uwagę, bez względu na to, czy byłaby pozytywna, czy negatywna.
– Czemu? Nie lubisz, jak się na ciebie patrzy? – Dodał do swojego tonu nieco droczenia i był jeszcze bardziej zaskoczony, kiedy Draco pokręcił głową.
– Co jeszcze masz zrobić, żeby wreszcie uwierzyli, że nie zaczniesz ich przeklinać na prawo i lewo? – burknął Draco, przygarbiając się w ponurym namyśle.
Harry wzruszył ramionami.
– Niektórzy nie uwierzą w to bez względu na to, czego bym nie zrobił, czy powiedział – powiedział, nalewając sobie mleka do płatków. – Staram się nie dopuścić do tego, żeby mi to przeszkadzało, Draco. Przynajmniej tym razem moja przeszłość nie pojawia się na pierwszych stronach gazet, jak to było w zeszłym roku, a ludzie nie atakują mnie klątwami zza węgła. No i teraz mam jeszcze ciebie i to znacznie mocniej, niż w zeszłym roku. – Ścisnął pocieszająco nadgarstek Dracona.
Pochmurna mina nie zniknęła. Harry jadł, od czasu do czasu zerkając na swojego chłopaka.
Nie pojmuję, czemu mu to tak przeszkadza. Przecież jeśli coś, to nasze role powinny być teraz odwrócone. To on rozumie, jak działa polityka i to znacznie lepiej ode mnie, w dodatku zdaje sobie sprawę, że ludzie nie zawsze będą podchodzili do wszystkiego rozsądnie, zwłaszcza kiedy ich opinia opiera się na pozostaniu w kłamstwie.
Draco faktycznie lepiej rozumiał, jak działa świat polityki i przyglądał się uważnie artykułom „Vox Populi", tak jak Harry go o to prosił. I wydawało mu się, że wiele z nich zostało napisanych w tym samym stylu, choć oczywiście, typowo dla tej gazety, żadne nie zostało podpisane.
Ta autorka – z jakiegoś powodu Draco myślał o niej jak o kobiecie – była jednak spośród nich wszystkich najbardziej ostrożna i przebiegła. Zamiast stwierdzać wprost, że Harry brał udział w jakiejś rozległej konspiracji, by odebrać świat czarodziejów ich prawowitym właścicielom i przekazać go we władanie magicznym stworzeniem, jak to miały w zwyczaju co bardziej zuchwałe głosy, ta tutaj sugerowała, że chyba, być może, ewentualnie może dojść do czegoś takiego, jeśli odpowiedni przedstawiciele opinii publicznej nie zaczną uważnie wypatrywać odpowiednich znaków. Aprobowała komisję nadzorczą i od czasu do czasu wskazywała na to, że zwiększenie jej mocy tylko wyjdzie wszystkim na zdrowie. Czasem sugerowała też, że Harry zdobył wszystko co chciał, włącznie z zagonieniem świetlistych czarodziejów do swojego przymierza, za naprawdę niewielką cenę. Co jeszcze mógłby osiągnąć ktoś z takim darem przekonywania ministerstwa do siebie? Jak wiele mógłby zmienić w politycznej sytuacji Brytanii na szerokim świecie? Przecież istniały dowody na to, że miał już kontakty w innych krajach, włącznie z ich ministerstwami magii.
Draco wreszcie znalazł sobie przeciwniczkę, którą był w stanie szanować, ale nie znaczyło to, że go przy okazji koszmarnie nie frustrowała.
Irytacja nabrała tylko na sile, kiedy zobaczył jak ta zdzira Patil, wraz z wieloma innymi uczniami, którzy już naprawdę powinni dawno temu nauczyć się wyciągania własnych wniosków, unikali Harry'ego. Przecież nie zmiażdżył ministerstwa swoją magią, ani nie wrócił do szkoły, żądając ustępstw od dyrektorki. Draco uważał, że pewnie wtedy, jak na ironię, łatwiej by im przyszło pogodzić się z sytuacją. Lordowie mieli już długą historię zachowywania się w ten sposób, bez względu na swoją deklarację. Jedyne, co się w sumie między nimi różniło, to czego żądali.
Ale Harry o nic nawet nie prosił, dlatego teraz wszyscy zdawali się być przekonani, że pogrywa sobie w coś znacznie rozleglejszego, a wilkołaki były zaledwie pierwszym z magicznych gatunków, które zyskały sobie równe prawa. Draco słyszał jak ludzie mamroczą między sobą, że pewnie skrzaty domowe mają być następne.
Zerknął na Harry'ego, jedzącego swoje płatki z obojętną miną, równie obojętnie przekonanego, że wszystko jakoś się ułoży. Draco pokręcił głową. To nie znaczy, że Harry nie przejmował się wszystkim, co działo się wokół niego, albo nie reagował na potencjalne zagrożenia. Ale zwykle nie reagował na nie aż do chwili, w której stawały się zagrożeniami. Zbyt często leczył choroby, zamiast im zapobiegać.
Gdyby tylko chciał, mógłby wykorzystać oddanie, jakie sobie zebrał pośród bardziej poczytalnej części Brytanii i poprosić o cokolwiek. Mógłby chociażby poprosić o pomniejsze przysługi swoich domowników, na przykład ponowne przyjęcie do drużyny quidditcha na stanowisko szukającego. Zamiast tego powiedział Draconowi, że wybrany przez nich szukający, uczeń z czwartego roku o imieniu Sam, latał teraz znacznie lepiej od niego, bo na przestrzeni paru ostatnich miesięcy Harry nie miał nawet czasu, ani okazji poćwiczyć jak należy.
Akceptował praktycznie wszystko, co mu się przytrafiało.
Doprowadzało to Dracona do szału.
Jego uwagę odwrócił potężny ptak, który wleciał przez okno Wielkiej Sali i skierował się wprost na niego. Wyróżniał się nawet spośród wszystkich sów, dostarczających „Proroka Codziennego", „Vox Populi" i listy do poszczególnych domów; to był ogromny puchacz wirginijski, których zwykle nie używa się do zwykłych przesyłek. Serce zabiło mocniej Draconowi, kiedy rozpoznał w nim Juliusza, którym Lucjusz Malfoy wysyłał wyłącznie swoją formalną pocztę.
Juliusz wylądował przed nim, rozrzucając na boki talerz i miskę Dracona, jakby nie miały najmniejszego znaczenia, po czym spojrzał na niego potępiająco swoimi żółtymi ślepiami, przez co Draco stracił większość nadziei na to, co przeczyta w liście. Ostrożnie wziął od niego kopertę, ale i tak nie udało mu się do końca uniknąć ataku potężnego dzioba, który go skubnął, rozcinając mu palec aż do kości. W tym momencie był naprawdę wdzięczny swojemu ojcu za trening nie okazywania emocji w miejscu publicznym; jego twarz pozostała chłodna i obojętna nawet, kiedy krew zaczęła się lać na obrus, a Harry krzyknął i rzucił na niego zaklęcie lecznicze.
– Czego on znowu chce? – zapytał Harry, rzucając Juliuszowi wrogie spojrzenie. Draco przypomniał sobie, że ta sowa kiedyś rozcięła Harry'emu nadgarstek i przedramię, ale wówczas po prostu zaakceptował ten ból. Wyglądało na to, że kompletnie inaczej do tego podchodził, kiedy to Draconowi przyszło ucierpieć, przez co Draco poczuł niedorzeczne ilości ciepła w sercu, mimo że akurat usiłował otworzyć list bez zalewania go krwią.
– Podejrzewam, że czeka aż to przeczytam i odpiszę – mruknął Draco.
List był prosty i napisany złotym atramentem. Draco przez chwilę przeszukiwał swoją pamięć, starając się ustalić, co to może znaczyć. Malfoyowie pisali złotym atramentem do zdradzieckich narzeczonych i zbuntowanych dzieci.
4 listopada 1996
Drogi Draconie Blacku,
Nie ma mowy, żebym zaakceptował proponowany przez Ciebie „kompromis". Dotrzymuję danych obietnic.
Nie dojdzie do żadnych publicznych przeprosin, chyba że z Twojej strony. Spotkamy się prywatnie i wyjaśnię Ci, jak wygląda sprawa między nami. To, co zaszło między mną, a Twoją matką, to nasza własna sprawa i zapewniam, że zorganizuję z nią odrębne spotkanie. Ale póki co zapraszam, żebyś przybył w sobotę do rezydencji i wyjaśnił mi swój punkt widzenia. Wysłucham Cię bez przerywania, po czym wyjaśnię Ci swój. Jestem przekonany, że wówczas przejrzysz na oczy.
Nie porzuciłbyś wszystkiego, czym się stałeś, na co Cię wytrenowałem, po prostu przez wzgląd na chęć dzielenia łóżka z półkrwistym.
Lucjusz Malfoy
– Do mnie też coś przyszło – powiedział Harry.
Draco poderwał wzrok. Harry trzymał w dłoni pergamin, jakby nie chciał dotknąć samych liter i posłał Draconowi hardy, niewielki uśmiech.
– To jego formalna rezygnacja z członkostwa w Przymierzu Słońca i Cienia – powiedział Harry.
Mój ojciec oszalał.
Draco nie sądził, żeby tak było naprawdę, ale nabrał przekonania, że upór i duma Lucjusza przeszkadzały mu w wykonaniu nawet najprostszych gestów pojednania. Ale i tak chciał tego, co zawsze miał, włącznie z dobrą opinią Harry'ego i podziwem w oczach swojego syna. I nie chciał nawet zgiąć w tym celu swojego sztywnego karku.
– Jak daleko może się od ciebie odsunąć? – zapytał Harry'ego. – Przecież nawiązał z tobą sojusz, dzięki czemu byłeś w stanie przekazać mu dar wężomowy, a on w zamian podczepił cię pod osłony Malfoyów.
– Tak daleko, jak tylko chce – powiedział Harry, patrząc na niego z niedowierzaniem – tak długo, jak nie skrzywdzi tym mnie, czy któregoś z moich sojuszników, czy coś w tym stylu. – Kiwnął głową w kierunku trzymanego przez Dracona listu. – Gdyby zagroził ci jakoś fizycznie, to mógłbym oskarżyć go o pogwałcenie tańca sojuszu. Ale podszedł do ciebie w kontekście wydziedziczonego członka rodziny, a nie mogę się wtrącać w sprawy czystokrwistych, o ile sami mnie o to nie poprosicie. – Skrzywił usta. – Ciekawe, czy to nie właśnie dlatego tańczył wyłącznie ze mną, jako indywidualnym członkiem rodziny i nie zrobił żadnych innych ustępstw, poza podpięciem mnie do rezydencji. Chciał się upewnić, że nie byłbym w stanie zająć stanowiska równego jego własnej rodzinie, przez co teraz nie mam autorytetu, żeby zapytać go, co on sobie kurwa wyobraża, tak wydziedziczając swojego jedynego syna i magicznego dziedzica.
– Tak właściwie to nie jestem jego magicznym dziedzicem – mruknął Draco, zastanawiając się szybko nad tym wszystkim. – Jestem magicznym dziedzicem Malfoyów. Tego nie może mi odebrać. Ale tylko konkretne dziedzictwa należą się magicznym dziedzicom, spokrewnionym z daną rodziną. Dziedzice krwi i legalni otrzymują co innego, a może sobie wybrać kogoś na swojego legalnego dziedzica po prostu po to, żeby mnie wkurzyć.
– Draco.
Miał dość doświadczenia, by teraz rozpoznać ton w głosie Harry'ego, więc pośpiesznie pokręcił głową, nawet się na niego nie oglądając.
– To niczego nie zmieni w naszym rytuale zaręczynowym, Harry, ani w czymkolwiek co już mamy między sobą – powiedział, obracając dłoń, żeby złapać Harry'ego za nadgarstek. – Podjąłem decyzję, udając się do ciebie. Nie jest w stanie tego zniszczyć. Pozostaje mu tylko ustąpienie przed tym, czego chcemy od niego z matką, albo spędzenie reszty życia w samotności i izolacji.
I pewnie nawet by to wolał. Draco pamiętał, że jak miał pięć lat, jego rodzice pokłócili się o coś i nie byli w stanie pogodzić przez dziewięć miesięcy. Wszystko skończyło się wyłącznie dlatego, że Narcyza ustąpiła, ponieważ nie zależało jej równie mocno na tym, o co się w ogóle pokłócili. Draco miał wrażenie, że jedynymi sprawami, pod względem których nigdy nie ustępowała, były związane z nim.
No cóż, w końcu to jego matka. Ale tym razem nie miał zamiaru się poddać. Czas najwyższy, żeby do Lucjusza dotarło, że jego syn nie był Narcyzą, czy jakimś bezmyślnym pionkiem i naprawdę bardzo zależało mu na tej kłótni.
– Bez odpowiedzi – powiedział Juliuszowi.
Sowa zamachała na niego skrzydłami i zasyczała z irytacją. Z tak bliska Draco widział wyraźnie lśniące zagięcie jego ostrego dzioba i bez problemu był w stanie wyobrazić sobie, jak skończyłaby jego twarz, gdyby Juliusz potraktowałby ją tak samo, jak wcześniej palec. Miał to gdzieś. Zmusił się do patrzenia wprost w te niemrugające, żółte oczy i w końcu puchacz wirginijski odwrócił się i wzbił w powietrze, zataczając krąg wokół Wielkiej Sali, nim wreszcie wyleciał przez okno.
Draco siedział w bezruchu, oddychając ostrożnie jeszcze przez kilka chwil i czerpiąc pocieszenie z solidnego uścisku dłoni Harry'ego wokół własnej. Następnie potrząsnął głową, pozbierał porozrzucane naczynia i wrócił do jedzenia.
Postanowił chwilowo wyrzucić z głowy Lucjusza Malfoya i wszystko, co było z nim związane. Jego odmowa i żądania były wyjątkowo proste. Polityczne problemy Harry'ego były znacznie bardziej skomplikowane i wymagały jego uwagi.
Lucjusz wstał, kiedy zauważył Juliusza krążącego nad rezydencją; osłony podpięte pod sowę informowały właściciela, kiedy znajdowała się w pobliżu. Ale Juliusz udał się do swojej sowiarni, nawet nie oglądając się na okno, przez co Lucjusz zamarł w miejscu przez jedną, druzgocącą, przepełnioną ciszą chwilę.
Wreszcie dotarło do niego, do czego musiało dojść, ale i tak nie chciał przyjąć tego do wiadomości.
Jego własny syn zdradził go dla kochanka półkrwi, nazwiska splugawionego szaleństwem i żony, która również odmówiła powrotu, choć Narcyza przynajmniej okazała mu dość szacunku, by przysłać o tym notatkę. Draco nie byłby bardziej bezczelny nawet, gdyby jednak pojawił się na spotkaniu, zaoferował Lucjuszowi wyłącznie „Pierdol się", po czym wyszedł.
Lucjusza kusiło, nawet jeśli tylko przez chwilę, żeby usiąść i ukryć twarz w dłoniach, albo poddać się dziecinnemu impulsowi ciśnięcia o ścianę jednym z kruchych i bezcennych skarbów, stojących na półkach jego gabinetu. Momentalnie jednak stłamsił te pragnienia. Ojciec wyjawił mu prawdę, że jeśli nie opanuje do perfekcji zachowania na osobności, to prędzej czy później to wyjdzie w miejscu publicznym.
Dlatego zamiast tego Lucjusz wziął kilka głębokich oddechów i zamknął oczy. Kiedy je otworzył, wiedział że znowu są klarowne i spokojne, niczym jezioro zimą. Co więcej, jego umysł zdystansował się i unosił swobodnie, dzięki czemu był w stanie uważnie i klinicznie przyjrzeć się najbardziej bolesnym sprawom, zamiast podchodzić do nich jak do problemów, które pożarłyby go żywcem, gdyby tylko im na to pozwolił.
Ostatnio przyszło mu się zmierzyć z kilkoma komplikacjami. Dość szybko zorientował się, że niewymowni go zdradzili, kiedy wykonał swoje comiesięczne sprawdzanie umysłu i odkrył zobliviatowaną sekcję, przez którą nie był w stanie się przebić. W dodatku nie otrzymał obiecanej mu nagrody w zamian za zaoferowaną im dywersję – wilkołaczyca podana na srebrnej tacy i mimo to nie dali rady odciągnąć uwagi Harry'ego od polityki? – przez co jego zaufanie wobec nich spadło do minimum. Dlatego przyłączył się do rytuału Cincinnatusa, z którego wciąż spodziewał się pozbierać zdobycze.
A potem wydziedziczył Dracona, żeby dać mu nauczkę, a chłopak podszedł do tego tak dziecinnie, że teraz nie był w stanie ukorzyć się i przeprosić jak mężczyzna. Lucjusz zorganizowałby wszystko ostrożnie w prywatnym spotkaniu, gdyby tylko Draco zgodził się na nim pojawić, dzięki czemu cała sprawa dobiegłaby końca i wreszcie zdołaliby naprawić pęknięcie w fasadzie rodziny Malfoyów, która obecnie ziała na oczach wszystkich.
Ale był w stanie podjąć się jeszcze innej ścieżki. Lucjusz skrzywił się. Nie podobał mu się ten plan i to nie tylko dlatego, że po wszystkim będzie miał niesmak w ustach.
To był jednak jedyny sposób, dzięki któremu zbliży się do Dracona i Harry'ego na tyle, żeby ponownie mogli mu zaufać, przez co zdoła potem poukładać sobie wszystko satysfakcjonująco. Narcyza to co innego. Sam fakt, że mu odpisała oznaczał, że Lucjusz mógł podejść do niej w kompletnie inny sposób.
Ale chłopcy...
Lucjusz pokręcił delikatnie głową, myśląc ze smutkiem o bezczelnej młodości, po czym ruszył, żeby wprowadzić wszystko w ruch.
– Potter.
Harry szedł dalej przed siebie, wychodząc z obrony przed mroczną magią, mimo że rozlegające się za nim kroki i uparte nawoływanie oznaczały dość wyraźnie, że wołano właśnie jego. Obrócił się na chwilę przed tym, jak opadająca dłoń złapała go za ramię. Uznał, że zobaczenie Krukona, Terry'ego Boota, nie było w tym momencie aż takie zaskakujące.
– To już nie jest moje nazwisko – powiedział obojętnie, przez co Terry zalał się rumieńcem. Wziął jednak kilka głębokich oddechów i zdołał się uspokoić. Harry zobaczył zbliżającego się do nich Dracona i praktycznie wyczuwał nadbiegających Syrinx, Owena i Michaela. Najwyraźniej ich blizny w kształcie błyskawicy bolały, ilekroć był wystarczająco zirytowany, przez co Harry pożałował, że w ogóle wyraził zgodę na zaprzysiężenie ich.
– Wiem że nie – powiedział Terry. – Ale nie chciałem zwracać się do ciebie po imieniu, a to drugie brzmi jak tytuł.
Harry spojrzał na niego z nieco większym zainteresowaniem. Przynajmniej okazał się na tyle inteligentny, żeby zorientować się, jak często ludzie korzystali z vatesa jako synonimu „Lorda". I był też na tyle inteligentny, żeby również tego nienawidzić.
– No dobrze, więc masz uwagę, której tak desperacko potrzebowałeś – powiedział. – Czego chcesz, Boot?
– Wszyscy gadają o tym, co chcesz zrobić z komisją nadzorczą i innymi posunięciami politycznymi – powiedział Terry. Zerknął ponad głową Harry'ego, przez co Harry domyślił się, że przynajmniej jeden z jego zaprzysięgłych kompanów zdążył już się pojawić. – Ale nie zauważyłem, żeby ktokolwiek spróbował zapytać cię o to bezpośrednio. Dlatego ja to robię. Co właściwie masz zamiar z nimi zrobić?
Harry poczuł, jak ostrożny uśmiech ciągnie go za kąciki ust.
– Dokładnie to, co mówiłem – powiedział. – Od czasu do czasu będę spotykał się z komisją nadzorczą. Będę pracował ze świetlistymi czarodziejami, żeby odzyskali wreszcie trochę politycznego gruntu, który stracili po wszystkim, o co został oskarżony Dumbledore. Będę chronił prawa wilkołaków i innych magicznych stworzeń, włącznie z poprowadzeniem przez Zakazany Las członków Komitetu Centaurów. – Skontaktowali się z nim w weekend i praktycznie błagali, żeby Harry pomógł im w znalezieniu centaurów – jak i pewnie upewnieniu się, że rzeczone centaury ich nie zjedzą, nawet jeśli nie zawarli tego w samym liście. – Pytał kolejnych ludzi, czy nie chcą przyłączyć się do mojego przymierza. Skoro już o tym mówimy, chcesz może?
Terry pokręcił głową.
– Przed przyłączeniem się do kogokolwiek, wolałbym go najpierw zrozumieć – powiedział. – A ciebie wciąż nie rozumiem, Pott... Harry. – Skrzywił się, jakby ciężko przychodziło mu wymawianie tego imienia. Harry był prywatnie uradowany. Właśnie tego rodzaju ludzi chciał uspokoić poprzez wyrażenie akceptacji wobec komisji nadzorczej, tych nie w pełni zdecydowanych, którzy teraz będą czuli się na siłach po prostu porozmawiać z nim, zamiast się chować. To, że praktycznie słyszał warkot Dracona, było w tej chwili nieistotne. – Co w tym wszystkim jest dla ciebie?
– Prawa dla wilkołaków – powiedział Harry. – Więcej ludzi składających przysięgi Przymierza Słońca i Cienia. Więcej zaufania ze strony świetlistych czarodziejów, którzy najwyraźniej zapomnieli o toczącej się wojnie z Voldemortem i zamiast tego postanowili zacząć walczyć ze mną.
Terry w żaden sposób nie wzdrygnął się na dźwięk imienia Voldemorta, przez co ocena Harry'ego podskoczyła o kilka stopni, zwłaszcza kiedy Krukon po prostu w dalszym ciągu przyglądał się jego twarzy.
– I nie masz zamiaru się zadeklarować? – zapytał powoli po kilku minutach.
Harry zajadle pokręcił głową.
– Nie. Nigdy tego nie zrobię. Tak samo jak nie mam zamiaru przyjmować nazwiska tylko po to, żeby ułatwić innym życie – powiedział, a Terry zdawał się uśmiechnąć wbrew własnej woli. – Nie jestem Lordem. Będę powtarzał to tak długo, aż uszy ludziom nie zwiędną i wreszcie wszyscy przyjmą to do wiadomości. Będę pomagał w zamian za zaoferowaną pomoc. Naprawdę chcę zniszczyć Voldemorta. Wydaje mi się, że tylko w ten sposób ocalimy nasz świat przed jego szaleństwem. Ale nie chcę nikim rządzić.
Terry przechylił głowę.
– Hmmm – mruknął. – Cóż. Będę musiał się jeszcze nad tym zastanowić i porozmawiać o tym z innymi ludźmi. Ostatecznie politycy są znani ze swoich kłamstw. Ale jedna z moich ciotek zasiada w komisji nadzorczej. Porozmawiam z nią i zobaczę, co o tobie myśli.
– Która? – zapytał Harry. Nie znał większości świetlistych czarodziejów i czarownic, których przedstawiono mu w komisji nadzorczej. Byli to kandydaci, na których zgodziła się zarówno Gryzelda, jak i Aurora, w dodatku wszyscy złożyli przysięgi, co mu w zupełności wystarczało.
– Elena Gilliam.
Harry'emu wydawało się, że ją kojarzy, była czarownicą półkrwi o włosach w kolorze piasku i aurze pewności siebie.
– Porozmawiaj z nią, Boot – zachęcił go. – Naprawdę chcę, żeby wszyscy mieli dość przestrzeni i czasu, by byli w stanie podejmować własne decyzje.
– Sam fakt, że to robisz, już podnosi cię w moich oczach – powiedział Terry i nawet ukłonił się przed nim płytko przed odwróceniem.
– Jak możesz znosić takie wyzwiska? – zapytał Draco, jak tylko Terry znalazł się poza zasięgiem słuchu. A może zrobił to nawet wcześniej. Harry nie był pewien i w sumie go to nie obchodziło. Był przepełniony światłem słonecznym na myśl, że ludzie o nim myślą, zamiast po prostu wychodzić z własnych założeń w oparciu o to, co zrobił dla wilkołaków, albo o to, co przeczytali w „Proroku", albo tego co czuli, jak to miało miejsce pod wpływem zaklęcia Dumbledore'a w zeszłym roku. Tak właśnie wyglądała powódź wolnej woli, no i oczywiście że przynajmniej jej część zostanie zwrócona przeciw niemu. Był gotów wysłuchać swoich przeciwników.
Harry zorientował się nawet z lekkim zaskoczeniem, że już nie mógł doczekać się pierwszego spotkania z komisją nadzorczą.
– Jakich wyzwisk? – zapytał Dracona, wciąż odprowadzając wzrokiem Terry'ego. Jak i niektórych ludzi, którzy słuchali ich rozmowy z zamyślonymi wyrazami twarzy, zamiast tępymi, czy pełnymi podziwu. Harry miał ochotę się śmiać, tańczyć i śpiewać. – Przecież był po prostu szczery. To nie znaczy, że starał się mnie obrazić.
– Kwestionował twoje motywy. – Draco praktycznie wibrował obok niego. – Ile razy masz im wszystkim powtarzać, że nie zostaniesz Lordem, nim cię wreszcie nie zrozumieją?
– Wolałbym powtórzyć to setki tysięcy razy, niż zastraszyć nawet jedną osobę i zniechęcić ją do zadawania mi pytań – powiedział cicho Harry, przyglądając się Draconowi z lekko zmarszczonymi brwiami. To prawda, poprosił Dracona o zwrócenie uwagi na polityczne realia wokół niego i Draco zauważał znacznie więcej od niego, ale teraz zachowywał się, jakby... – Draco, czy naprawdę wydaje ci się, że chcę, żeby ludzie zwracali na mnie uwagę tak, jak zwracaliby na Lorda i nigdy nie kwestionowali moich decyzji? – zapytał. – Przepraszam, jeśli dałem ci takie wrażenie. Bo to wcale nie jest prawda.
– Wydaje mi się, że masz wszelkie prawo, żeby wreszcie zaczęli wierzyć ci na słowo. – Oczy Dracona były ciemne. – I do nie odpowiadania więcej na tak oczywiste i niegrzeczne pytania.
Harry potrząsnął głową i ruszył w kierunku klasy od transmutacji. Profesor Bulstrode nie miała żadnej litości dla spóźnialskich.
– Oszczędziłoby to mi trochę czasu. Ale chcę, żeby zadawano mi pytania, Draco. Czego nie chcę, to żeby wypierali się rzeczywistości, którą mają tuż przed nosem i nie obchodzi mnie, czy będą przez to moimi przeciwnikami, czy nie.
Draco wziął nosem kilka głębokich oddechów. Harry czuł za sobą swoich zaprzysięgłych kompanów, przyglądających się wszystkiemu intensywnie. Najbardziej uważne było spojrzenie Michaela. Pewnie zastanawia się, czy kłótnia między Draconem i Harrym nie zwiększy czasem jego własnych szans z Draconem. Harry'emu było go żal, ale co więcej, był całą sprawą naprawdę zafascynowany. Skąd, do licha, w Michaelu w ogóle znalazło się przekonanie, że miał u Dracona jakąkolwiek szansę?
– Chyba jednak przyjdzie nam pogodzić się z tym, że się nie zgadzamy pod tym względem, Harry. – Głos Dracona był zrezygnowany. – Zgadzam się z Kamelią. Powinieneś być w stanie mieć wszystko, czego tylko chcesz, czego tylko pragniesz, nawet w Hogwarcie. Uratowałeś nasz świat już parę razy, chyba ci się należy? Jeśli uznasz, że wolisz obywać się bez komisji nadzorczej, albo że chcesz odwiedzić swoją watahę, to kto właściwie ma w tej chwili prawo ci tego odmówić?
– Kiedy ja chcę mieć nad sobą komisję nadzorczą. – Harry obejrzał się na niego w korytarzu. Przyjmie szlaban od Henrietty, albo ochrzan, albo prawdopodobnie mieszankę obydwu. To pomoże mu w zademonstrowaniu, że miał zamiar przestrzegać zasad jak każdy normalny uczeń. – To część kompromisu, owszem, ale również szansa dla ludzi takich jak Terry na podjęcie własnych decyzji. Już o tym rozmawialiśmy, Draco. Czemu nie jesteś w stanie zaufać mi na słowo, skoro tak strasznie przeszkadzało ci to w Terrym?
Draco pobladł gwałtownie, po czym rzucił osłonę prywatności, która odcięła ich nawet od zaprzysiężonych kompanów. Harry obejrzał się na nich i zobaczył, jak Owen łapie Michaela za ramię i kręci głową, a Syrinx opiera się o ścianę i przygląda im cierpliwie. Nie zaatakuje, póki Harry nie da jej w jakiś sposób znać, że nie życzy sobie tej osłony.
– Znalazłem dekret, który świadczy, że samo istnienie komisji nadzorczej jest nielegalne – powiedział stanowczo Draco, wbijając w niego wzrok. – Czarodzieje o lordowskiej mocy powinni mieć swego rodzaju swobodę w nawiązywaniu stosunków z ministerstwem. Nigdy nie powinno było dojść do takiej sytuacji.
Harry skrzywił się. No cóż. Podejrzewam, że to nieunikniona konsekwencja, skoro poprosiłem go o uważanie na polityczną stronę moich interesów.
– Nie wtrącaj się, Draco – powiedział. – Proszę cię, żebyś tego nie robił.
– Nie miałem zamiaru, póki nie spróbują w jakiś sposób ograniczyć twojej wolności – powiedział Draco. – Ale ilekroć mówisz, że chcesz kogoś, kto by kwestionował twoje decyzje... Harry, oni wcale tego nie chcą. Nie są wobec ciebie tak szczerzy, jak ci się wydaje. Nie mają zamiaru stworzyć tam miejsca, w którym każdy będzie w stanie korzystać ze swojej wolnej woli. Zamiast tego zaczną się upewniać, że jedyne kompromisy będą padały z twojej strony.
Harry poruszył się niespokojnie.
– Czy masz jakieś dowody na to, że nie są tak szczerzy, jak ci się wydaje, Draco?
– Jeszcze nie – powiedział Draco. – Poza paroma artykułami w Populi, bo wydaje mi się, że są pisane przez członka komisji.
– Przecież one nigdy nie są podpisane!
– Tym niemniej.
Harry westchnął i przeczesał dłonią włosy, po czym uznał, że w tym przypadku sprawdzi się wyłącznie absolutna szczerość. Podszedł i złapał Dracona za ramię, patrząc mu prosto w oczy.
– Chcę komisji nadzorczej – powiedział cicho. – Wiem, że jej nie chcesz. Doceniam, że pilnujesz moich interesów pod kątami, z których nawet nie zdaję sobie sprawy, Draco. Kocham cię. Nie wiem, czy zdołam wyjaśnić ci samymi słowami, jak bardzo cię kocham, a całowanie w środku korytarza nie jest w tej chwili najlepszym wyjściem.
W tej chwili Draco już się rumienił, ale Harry pokręcił głową, kiedy jego chłopak otworzył usta, żeby się odezwać.
– Ale pod tym względem chcę cię poprosić, żebyś powstrzymał się z działaniem, póki nie będziesz miał jakichś konkretnych dowodów na to, że komisja nadzorcza źle mi życzy – powiedział Harry. – Nie jestem Lordem, Draco. Nigdy nie będę chciał nim być. Nigdy nie zacznę oczekiwać wygórowanych cen od moich politycznych przeciwników, a poproszenie o rozwiązanie komisji nadzorczej, którą sam zaproponowałem byłoby w tej chwili wyjątkowo nierozsądne. A to oznacza, że na nic mi się nie przyda znaleziony przez ciebie wyjątek od reguły. Opiera się na mojej magicznej potędze, czy też raczej na groźbie mojej magicznej potęgi i precedensach, z których inni ludzie o wyjątkowej mocy korzystali, żeby wymknąć się z tarapatów. Nie chcę się wyślizgiwać z tego dzięki jakimś kruczkom.
– Jesteś zbyt gryfoński dla swojego własnego dobra – mruknął Draco, brzmiąc jakby miał gardło pełne pajęczyn. – Zanadto zainteresowany leczeniem problemów, przez co nie skupiasz się na zapobieganiu.
Harry uśmiechnął się smutno.
– Może i tak. – Ostatecznie i tak pocałował Dracona, szybko i delikatnie w kącik ust, przez co nabrał niefortunnych myśli. Już musiał zbudować sobie kilka barier, żeby powstrzymać się od ciągłego myślenia o seksie; wyglądało na to, że Burzenie Barier roztrzaskało te najpotężniejsze, nałożone przez jego trening, które blokowały hormony. Harry uważał to za wyjątkowo niewygodne. – Ale i tak chcę cię poprosić, żebyś zaczekał. To wszystko. Nie mogę cię do tego zmusić. Ale mogę poprosić.
Nastąpiła dłuższa chwila, kiedy Draco po prostu patrzył na niego bez słowa. Wreszcie kiwnął szybko głową.
– Skoro muszę – powiedział.
– Dziękuję – powiedział Harry, po czym rzucił zaklęcie Tempus i zaklął. – No i spóźniliśmy się na transmutację, Draco.
Rozwiał osłonę prywatności i ruszyli biegiem. W połowie drogi Owen i Michael musieli skręcić na własne zajęcia, bo byli z siódmego roku. Harry był przekonany, że Michael odprowadzał go wzrokiem aż do ostatniej możliwej chwili i że jego spojrzenie było pełne oburzenia.
Pokręcił głową. Może powinienem z nim w końcu o tym pogadać, choć miałem wrażenie, że Owen już to zrobił. Zaraz potem Harry'emu przyszło coś lepszego do głowy. Może po prostu powinienem zaoferować mu wypuszczenie spod zaprzysiężenia. W ten sposób obaj przestaniemy się czuć niekomfortowo.
Draco postukał palcami o ławkę, momentalnie zwracając na siebie uwagę Henrietty Bulstrode.
– Panie Malfoy – powiedziała. – Może przestanie się pan nudzić, jeśli podejdzie pan pod tablicę i spróbuje pokazać nam, jak najlepiej byłoby odtransmutować pana Pottera z powrotem ze ślimaka?
Draco poczuł, jak twarz zalewa mu się tępą czerwienią, ale i tak wstał. Wyglądało na to, że Bulstrode nie wybaczyła mu jego rozkojarzenia w czasie zajęć na kilka dni przed zniknięciem ze szkoły, kiedy to postanowił przyłączyć się do Harry'ego. To, że podejmował wtedy jedną z najważniejszych decyzji w swoim życiu, najwyraźniej nie było dla niej żadną wymówką.
Kiedy usiłował odwrócić transmutację, którą wykonała na bracie Harry'ego, umysłem wrócił do myśli tak frasujących, że nie miał nawet czasu na docenienie w pełni, że Potter był w tej chwili pozbawionym kręgosłupa stworzeniem, które wszędzie pozostawiało po sobie śluz.
Harry poprosił go o nie wtrącanie się w pracę komisji nadzorczej.
Ale Draco był przekonany, że tak będzie dla wszystkich najlepiej, bo wtedy zastawi własne pułapki, w które pochwyci wszelkie skierowane w Harry'ego groźby.
Ale stawianie się pragnieniom Harry'ego nie tylko wiązałoby się z kolejnymi kłótniami, ale też odwracaniem uwagi od innych problemów z polityką, czy ich wspólnych wrogów. W dodatku, jeśli faktycznie pomylił się pod tym względem, to Harry prawdopodobnie zignoruje kolejne zagrożenie, które mu potem zidentyfikuje.
Będę musiał mu po prostu pokazać, czemu najlepiej jest zapobiegać, zamiast leczyć, uznał Draco, po raz szósty mając problemy z odpowiednim wymówieniem inkantacji, która przywróci Pottera do odpowiedniej postaci. Dobrze byłoby zacząć od odkrycia, kto stoi za tymi artykułami w Vox Populi, bo wówczas pokażę mu, że komisji nadzorczej wcale na nim nie zależy.
– Panie Malfoy.
Poderwał wzrok. Spojrzenie Henrietty nie było w żadnym razie mniej przerażające, kiedy pochodziło z jej młodszego przebrania.
– To jest proste zaklęcie, które powinien pan bez problemu wykonać – powiedziała oschle. – Jest wyjątkowo proste dla czarodziejów o pańskiej mocy. Do środy rano napisze mi pan wypracowanie długie na stopę, w którym wyjaśni pan, co robił źle.
Draco zacisnął zęby i pochylił głowę.
– Tak, proszę pani – wymamrotał, po czym wrócił na swoje miejsce, podczas gdy Henrietta zawołała do siebie Granger. To, że udało jej się odczarować Pottera przy pierwszej próbie, wcale nie pocieszyło Dracona.
Jak tylko usiadł, Harry ścisnął go za nadgarstek, a kiedy Draco zerknął na niego, zobaczył jego przepełniony sympatią uśmiech, ale nie spróbowali się do siebie odezwać. Bulstrode już udowodniła, że jest wyjątkowo irytująco dobra w wyczuwaniu, kiedy ktoś próbuje na jej zajęciach nawiązać rozmowę.
Draco poczuł, kiedy tak przyglądał się uśmiechowi Harry'ego, jak jego postanowienie wykręca się ze szczęk rozdrażnienia i popada w absolutną pewność. Harry mógł sobie wierzyć w co tylko chciał o własnym statusie i problemach. Draco nie będzie się mu otwarcie stawiał i nie spróbuje niczego zrobić za plecami Harry'ego, jak to Lucjusz spróbował zrobić z Narcyzą. Zamiast tego po prostu odkryje prawdę i pokaże ją Harry'emu.
Przynajmniej w prawdzie możemy być sobie równi. Czy nie o to właśnie walczyliśmy?
Draco miał w tym momencie najlepsze intencje, ale ta myśl i tak odesłała go do marzeń o innych sprawach, o które osobiście walczył w związku z Harrym, przez co oberwał szlabanem, kiedy profesor Bulstrode kazała mu odpowiedzieć na pytanie i niemal powiedział coś sprośnego. Przynajmniej Harry znowu głaskał mu dłoń, tłumiąc własny śmiech.
