Rozdział czterdziesty siódmy: W poszukiwaniu równowagi
– Nie rozumiem, czemu masz się na to zgadzać.
– Bo mnie o to poprosili – powiedział Harry, zerkając na Dracona. – A ja nie mam żadnych powodów, żeby im odmówić. – List leżał między nimi na łóżku. Harry starał się skończyć pracę domową z transmutacji, włącznie z dodatkowymi linijkami, które Henrietta przydzieliła mu za spóźnienie na zajęcia. Draco już od dobrej półgodziny marudził na temat listu. Przynajmniej odpuścił sobie przekonywanie Harry'ego, że komisja nadzorcza to zło wcielone i teraz dla odmiany upierał się, że nie mieli prawa oczekiwać od niego pojawienia się na spotkaniu w najbliższy weekend.
– Przecież Gryffindor gra wtedy ze Slytherinem w quidditcha – spróbował Draco.
Harry uśmiechnął się.
– I nie muszę się tam pojawiać, pamiętasz? Jestem pewien, że Sam sobie poradzi.
– Ale on nie... – zaczął Draco, po czym urwał i odwrócił wzrok.
– Czyżbyś chciał powiedzieć, że nie lata równie dobrze co Connor? – Harry nie był w stanie powstrzymać bulgoczącego mu w gardle śmiechu. – Czy może dobija cię, że Gryfon okazał się w czymś lepszy od Ślizgona?
– Chciałem powiedzieć, że nie jest równie dobrym szukającym co ty. – Draco łypnął na niego. – Wiesz przecież, że drużyna przyjęłaby cię z powrotem, gdybyś tylko o to poprosił.
– Ale tego nie zrobiłem. – Harry'ego naprawdę zaczynało to już męczyć. Rozumiał, czemu to miało takie znaczenie dla Dracona; już pomijając wszystko inne, było to również dobrą wymówką do nie myślenia o niepoważnym zachowaniu Lucjusza, czy zamartwianiu się o wszystko, co jego ojciec może potencjalnie zrobić, powodowany swoją upartą dumą. Ale Harry nie miał w sobie tego samego rodzaju dumy i zaczynało go już drażnić, ilekroć Draco zaczynał się upierać, że naprawdę powinien. – Sam już lepiej z nimi lata. A ja już odpisałem Madam Whitestag, że pojawię się na spotkaniu w sobotę. To będzie pierwsze pełne zebranie komisji nadzorczej, ponieważ pojawią się też mroczni czarodzieje i czarownice, których nie było ostatnim razem. To ważne.
– Czy powiedziała, że nie mogę się pojawić? – Draco zadarł podbródek do góry.
Harry pokręcił głową.
– Zarówno ty, jak i Snape jesteście mile widziani. To chyba pokazuje, że nie ma złych zamiarów? Gdyby chciała mnie osłabić, to w pierwszej kolejności spróbowałaby mnie od was oddzielić.
– Przyczaiła się – powiedział Draco, zakładając ręce na piersi. – Zaatakuje jak tylko jej zaufasz, jak tylko spuścisz ją z oczu, jak tylko poczuje się przy tobie bezpiecznie.
– Jak tylko zaatakuje – powiedział Harry, mając wrażenie, że powinien uchodzić za świętego cierpliwości – to będzie musiała się odsłonić. Naprawdę wydaje ci się, że okaże się subtelniejszą tancerką od twojej matki, Draco? Przecież Narcyza zasiada w komisji. Tak samo jak Hawthorn, Adalrico i Ignifer. Wydaje ci się, że Madam Whitestag byłaby w stanie zrobić cokolwiek, co wszyscy by przeoczyli?
Chyba o tym zapomniał, zorientował się Harry, widząc jak Draconowi rzednie mina. Tak często tylko on o mnie dba, że zapomina czasem, że nie jest moim jedynym ochroniarzem.
Draco przez chwilę żuł wargę, po czym westchnął.
– Nie – powiedział. – Ale powiedziałem ci już, czemu nie podoba mi się ta cała komisja, Harry. Jest nielegalna i minister rozwiązałby ją, jakbyś go tylko poprosił.
– O nic nie będę go prosić – powiedział Harry, odwracając się do niego plecami, dzięki czemu łatwiej przyjdzie mu się skupić na pracy domowej z transmutacji. – A jeśli ktoś go o to poprosi, to będę wiedział kto.
Odpowiedziała mu nadąsana cisza. Harry skoncentrował się na słowach przed sobą tak agresywnie, że prawie zaczęły mu się rozmywać przed oczami.
Nie pojmuję, czemu nie jest w stanie po prostu zaakceptować, że to mój wybór. Potrzebuję ograniczeń i kwestionujących mnie ludzi. Komisja nadzorcza może nie okazać się jakoś szczególnie rozsądna w najważniejszych kwestiach, ale dzięki nim rozsądni ludzie wreszcie mają okazję na wzięcie się w garść i zastanowienie nad wszystkim, zanim zaczną reagować.
A Harry był stanowczo przekonany, że do tego właśnie dochodziło. Ostatecznie przyszedł do niego Terry Boot, jak i kilku Puchonów, którzy jeszcze w zeszłym roku mu się stawiali, jak Susan Bones, czy Ernie Macmillan. Odzywali się chłodno, ale uprzejmie, oraz zadawali pytania, włącznie z jednym bardzo dobrym od Susan, na które Harry nie był w stanie jeszcze w pełni odpowiedzieć. I był jej za to naprawdę wdzięczny.
– Co się stanie, jeśli ktoś poprosi cię o dokonanie poświęcenia dla dobra czarodziejskiego świata i to poświęcenie skrzywdzi niewielką jego część? – Jej głos wciąż odbijał mu się echem w głowie, a jej oczy przyglądały mu się uważnie i oskarżycielsko. – Co by się stało, gdyby przyszło ci wybrać między poświęceniem wilkołaków i wszystkich innych?
Harry, oczywiście, znał na to odpowiedź. Przede wszystkim wszystko zależało od tego, kim mieli być „wszyscy inni" i co właściwie zagrażało wilkołakom. W następnej kolejności musiałby wziąć pod uwagę swoją przysięgę chronienia praw wilkołaczych, bo jeśli jej nie dotrzyma, to krew zmieni mu się w srebro. Ale nie mógł się wyłącznie tym zasłaniać, to byłoby żałosne z jego strony. Powinien być ponad praktycznymi potrzebami. Powinien być w stanie etycznie wyjaśniać swoje decyzje, przedstawiać argumenty przekonujące nawet tych, którym nie zależy na jego obowiązkach jako vatesa, jak i ludzi nie zainteresowanych hipotetycznymi sytuacjami.
Harry miał tendencję do uważania, że jeśli nie był w stanie nawiązać rozmowy z ludźmi, którzy regularnie czytali „Proroka Codziennego" i „Vox Populi", to problem musiał leżeć w nim, nie w nich.
Dlatego to dobrze, że teraz mu się stawiano, zmuszano go uważnego przyglądania się własnym morałom i błędom. Dobrze, że wymagano od niego wzięcia odpowiedzialności. A ponieważ to właśnie Madam Whitestag zajmowała się komisją nadzorczą, mógł mieć pewność, że wszystko zostanie w czasie spotkania szczere i bezpośrednie.
Szkoda tylko, że nie wiedział jeszcze, w jaki sposób przekazać Draconowi to poczucie nadziei i podekscytowania.
Aurora podniosła brwi, kiedy Harry wszedł do niewielkiego pokoju znajdującego się w Atrium ministerstwa, w którym wcześniej zbudowali fundamenty komisji nadzorczej. W żaden sposób nie spróbowała go zniechęcić do przyprowadzenia ze sobą opiekuna i kochanka, ale nie spodziewała się, że naprawdę to zrobi. Miała nadzieję, że zorientuje się, jak niewielkie szanse są na poprowadzenie szczerej dyskusji w pomieszczeniu, w którym Snape będzie łypał na wszystkich podejrzliwie, a Malfoy uśmiechał się krzywo na każde przejęzyczenie.
No trudno, w końcu to wciąż dziecko. Możliwe, że nawet nie dali mu pod tym względem wyboru. Bez względu na to, jak bardzo nie chciałby z nami współpracować, gdyby zaczęli się upierać, że powinien zabrać ich ze sobą, to pewnie nie miałby serca im odmówić.
Dobrze, że miała już plany na tę okoliczność, bo nie wszyscy mroczni sojusznicy Harry'ego byli równie bystrzy i przebiegli, co Narcyza Malfoy. W komisji zasiadało jedenastu świetlistych czarodziejów, Aurora, Madam Marchbanks, północny goblin Helcas, centaur Kość, południowy goblin Griphook i jedenastu mrocznych czarodziejów. Aurora już powiedziała Marvinowi, żeby zajął się Narcyzą Malfoy, podczas gdy pozostali będą musieli ściągnąć na siebie uwagę Hawthorn Parkinson i Adalrico Bulstrode'a. Teraz potrzebowała jeszcze, żeby ktoś rozproszył Snape'a i postawił się Draconowi Malfoyowi.
Przyglądała się Malfoyowi przymrużonymi oczami, kiedy zasiadał po lewej stronie Harry'ego, przez co zauważyła, że zerknął w kierunku Lisy, jak wspomniała przelotnie o „niedoskonałych czystokrwistych" i zaśmiała się głośno. Jego zęby błysnęły w krzywym uśmiechu tylko przez moment, ale to wystarczyło Aurorze.
Jeśli zaś chodzi o Snape'a... cóż, był śmierciożercą i fakt, że odpokutował swoje zbrodnie, wcale nie zmienił jego przeszłości. Cień, świetlisty mugolak, który porzucił swoje imię i nazwisko, kiedy śmierciożercy zamordowali mu rodzinę na jego oczach, będzie miał Snape'a na oku.
Kiedy ludzie wciąż zajmowali swoje miejsca i paplali ze sobą o oczekiwaniach wobec ministerstwa i samego Scrimgeoura, Aurora przeszła na drugą stronę pokoju. Lisa pochwyciła wzrokiem jej spojrzenie i przesunęła się z nią do kąta, podnosząc po drodze brwi.
– Draco Malfoy – mruknęła Aurora. – Gardzi każdym, kto nie zachowuje się jak czystokrwisty. Pytaj i nawiązuj do Wielkiej Ujednoliconej Teorii. Nie odzywaj się tak, jak twoje wychowanie czystokrwistej czarownicy ci nakazuje. Powstrzymaj go przed podążaniem za Harrym, kiedy zaproszę go na prywatną rozmowę pod koniec spotkania.
Lisa uśmiechnęła się blado i kiwnęła głową. Aurora wiedziała, że Lisa była dumna ze swojego rodowodu na swój własny sposób, ale śmierć syna potężnie zatrzęsła wszelką wiarą, jaką kiedykolwiek mogła pokładać w Harrym. W dodatku nie znosiła czystokrwistych takich jak Malfoyowie, którym wydawało się, że mogą ustanawiać pewien standard zachowania i udawać, że tylko on ma znaczenie, jakby uprzejmość w jakiś sposób tłumaczyła ich z niemoralnego zachowania.
Zajęła swoje miejsce po drugiej stronie stołu. Aurora udała się, żeby usiąść naprzeciw Harry'ego. Po jednej stronie miała Madam Marchbanks, a po drugiej południowego goblina. Zastanawiała się, czy nie usiłowali jej w ten sposób wytrącić z równowagi. Jeśli tak, to na pewno nie uda im się to w ten sposób.
Usiadła i wbiła wzrok w Harry'ego. Jego własne spojrzenie w żaden sposób nie było wyzywające, wręcz pełne nadziei i nawet odprężone.
Naprawdę chce z nami współpracować. Wszystko powinno się udać, jeśli tylko oddzielimy go od pozostałych. Aurora miała już przygotowaną przemowę, która mogłaby zadziałać, zwłaszcza że Harry w bardzo wyraźny sposób uważał, że komisja nadzorcza jest naprawdę znakomitym pomysłem.
Nachyliła się, uśmiechnęła do Harry'ego i zaczęła przesłuchanie.
– Opowiedz nam, jak ci minął ostatni tydzień, vatesie.
Harry przechylił głowę. Proste pytania. Z tym sobie poradzę. Czuł obecność Snape'a za swoim ramieniem, czekającą tylko aż ktoś zrobi coś nie tak, jak i Dracona uśmiechającego się krzywo w kierunku Lisy Addlington, która nie zajęła swojego miejsca w najbardziej zgrabny możliwy sposób. Miał nadzieję, że żaden nie spróbuje się wtrącać w przebieg spotkania. Chciał to zrobić po swojemu, a ich podejrzenia w żaden sposób nikomu nie pomogą.
– Wydaje mi się, że robię dobre postępy w dopasowywaniu się z powrotem do Hogwartu – powiedział Aurorze, która kiwnęła głową. – Uczęszczam na te same zajęcia, w których brałem udział przed rozpoczęciem rewolty. Między innymi owutemowa transmutacja, owutemowa obrona przed mroczną magią i owutemowe eliksiry.
– Mam pytanie – odezwał się nagle czarodziej z drugiego końca stołu. Harry obejrzał się na niego. To był mężczyzna o białych włosach i młodej twarzy. Harry poniekąd kojarzył go jako ich symbolicznego mugolaka, który nazywał siebie Cieniem. – Czy twój udział w owutemowych eliksirach jest w ogóle sprawiedliwy, Harry? Przecież to profesor Snape ich naucza, który nie dość, że faworyzuje Ślizgonów, to jeszcze jest twoim opiekunem. – Jego oczy wyglądały jak płonące dziury, kiedy skupiły się na Snape'ie.
– Wydaje mi się, że byłoby jeszcze mniej sprawiedliwie, gdyby profesor Snape spróbował dawać mi dodatkowe zajęcia – powiedział Harry. – To sugerowałoby specjalne traktowanie i przywileje, na które nie zasługuję.
– Są inni, którzy mogliby cię uczyć eliksirów. – Cień machnął ręką, wyraźnie nie przejmując się jego obawami. – Na przykład taki Horacy Slughorn. Przecież jeszcze niedawno nauczał w Hogwarcie eliksirów?
– Owszem, proszę pana – powiedział Harry, zastanawiając się, do czego on właściwie zmierza. – Na prośbę dyrektorki przejął też obowiązki głowy domu Slytherina.
– Wydaje mi się, że okazałby się dla ciebie znacznie lepszym nauczycielem. – Teraz już na twarzy Cienia pojawiły się głębokie linie złości. – Przynajmniej wówczas mielibyśmy pewność, że śmierciożerca nie próbuje nauczyć naszego przyszłego vatesa jak zrobić delikatne trucizny i wybuchowe mieszanki.
Harry wyczuwał furię Snape'a jako kosmyki, szarpiące mu lekko skórę.
– Jestem byłym śmierciożercą – powiedział Snape, którego każde słowo brzmiało jak pęknięcie czarnego lodu. – Służyłem jako szpieg Światła i zostałem uniewinniony w czasie swojej rozprawy.
– Właśnie. – Cień nachylił się nad stołem z założonymi rękami. – Dzięki słowu Albusa Dumbledore'a, tego samego człowieka, który dręczył i maltretował dziecko, któremu teraz służysz jako opiekun. Wciąż robisz wszystko jak należy, co? Przekazujesz Harry'ego swojemu kolejnemu panu, przez co nigdy nie zdoła w pełni uciec spod wpływów Dumbledore'a?
– Cień! – odezwała się ostro Aurora. – Nie będę tego tolerować. Profesor Snape mówi prawdę. Został uniewinniony. – Odwróciła się od mugolaka, kręcąc lekko głową, po czym wbiła wzrok w Harry'ego, ignorując ciężki oddech Snape'a. – Tym niemniej udało mu się zadać dobre pytanie, Harry. Czy uważasz, że profesor Snape sprawiedliwie cię traktuje? Czy może jednak czułbyś się lepiej, otrzymując oddzielne zajęcia z eliksirów?
– Mogę tylko powtórzyć to, co powiedziałem już wcześniej, Madam Whitestag. – Harry z trudem powstrzymywał własną furię przed zakradnięciem się do głosu. Cień najwyraźniej nienawidził śmierciożerców. Harry nie mógł podchodzić do tego jak do ataku na Snape'a. Pewnie w ten sam sposób potraktowałby Hawthorn, czy Adalrico. – Wydaje mi się, że oznaczałoby to przywileje, których wolałbym uniknąć. Chcę być tak normalny, jak to tylko możliwe. Chcę, żeby pozostali uczniowie widzieli, że profesorowie traktują mnie dokładnie tak samo jak ich. Otrzymałem w tym tygodniu karę napisania dłuższego wypracowania od profesor Belluspersony, bo spóźniłem się na jej zajęcia z transmutacji. Uczy mnie dokładnie tak, jak chcę być nauczany. Jeśli zaś chodzi o profesora Snape'a... – Harry przełknął ślinę. Nie mógł powiedzieć, że Snape nigdy nie traktował go niesprawiedliwie w czasie zajęć; robił to wiele razy na początku, kiedy usiłował oddzielić Harry'ego od Connora. – Może i robił tak kiedyś, ale przestał już naprawdę dawno temu.
Aurora westchnęła, wydając z siebie niewielki, delikatny i rozczarowany dźwięk.
– Rozumiem, Harry. Po prostu martwię się, bo często dochodzi do niezręcznych sytuacji, kiedy profesorom przychodzi nauczać własne dzieci. – Może i by to ciągnęła, ale ktoś przerwał jej, uderzając pergaminem o blat. Harry zauważył jej szczerą irytację, kiedy zerknęła wzdłuż stołu. – Tak, panie Gildgrace, co się stało?
– Jeśli wolno – powiedział Marvin, półkrwisty czarodziej, do którego Harry nie pałał szczególną sympatią, ale i tak został poniekąd zmuszony do zaakceptowania w komisji. Aurora zwróciła mu uwagę, całkiem słusznie, że nie mieli zbyt wielu kandydatów mieszanej krwi, w dodatku Marvin upierał się, że wcale nie był uprzedzony wobec goblinów i centaurów, więc Harry nie miał żadnych oczywistych powodów do nie ufania mu. – Sprawdziłem, jak wielu mrocznych czarodziejów zaprzysięgło się Przymierzu Słońca i Cienia, w porównaniu do liczby świetlistych i przyznam, że wciąż jest nas tam żałosna garstka. – Spojrzał na Harry'ego. – Czemu nie spróbował pan zrekrutować więcej świetlistych sojuszników, panie Pott... vatesie?
– W tej chwili jestem w trakcie negocjacji – powiedział Harry, uradowany że może dodać coś pozytywnego do dyskusji. – Rozmawiam z dziećmi wielu znanych świetlistych rodzin w Hogwarcie, które wcześniej porzuciły wszelką nadzieję na zawarcie ze mną sojuszu w świetle oskarżeń wysuniętych przeciw Albusowi Dumbledore'owi. Wydaje mi się, że niebawem będę w stanie zaprezentować wam znacznie dłuższą listę sojuszników.
Marvin pociągnął nosem i przymrużył oczy, przyglądając się swojemu pergaminowi.
– Muszę przyznać, vatesie, że niektórzy z twoich sojuszników są naprawdę godni podziwu. Na przykład rodzina Rosier–Henlin. Nawet jeśli nie zdobyłeś ich w pełni... legalnie, to i tak mają naprawdę dobrą reputację. Przynajmniej w ich przypadku jedynym problemem jest deklaracja, a nie popełnione w przeszłości zbrodnie.
Narcyza wyprostowała się.
– A co określiłby pan jako legalny sposobem nawiązywania sojuszy, panie Gildgrace? – zapytała słodko.
– Ależ, gdyby tylko Harry sam się z nimi skontaktował, oczywiście – powiedział Marvin, zerkając na nią. – Zamiast tego wygląda na to, że skorzystał z okazji i przekonał kogoś to tańczenia w jego imieniu. Kogoś o wielu politycznych koneksjach i znakomitym darze przekonywania, ale mimo wszystko reprezentanta. Obawiam się, że to nie podziała w przypadku świetlistych czarodziejów. Potrzebują zobaczyć, że tak powiem, produkt na własne oczy. – Uśmiechnął się blado do Harry'ego. – Spotkać się z tobą twarzą w twarz, Harry. Większość wierzy, że tylko w ten sposób będą w stanie naprawdę kogoś wycenić.
Harry pokiwał głową.
– Rozumiem.
– To ja nawiązałam kontakty z jego mrocznymi sojusznikami – powiedziała cicho Narcyza.
Marvin podniósł brwi.
– O nic pani nie oskarżałem, pani Malfoy, ale to naprawdę interesująca informacja. – Zapisał coś szybko na swoim pergaminie. – Obawiam się jednak, pani Malfoy, że potencjalni świetliści sojusznicy nie dadzą się przekonać w ten sam sposób... z powodów, które już wymieniłem. – Spojrzał na nią przepraszająco. – W dodatku nazwisko Malfoy już nie jest nieskalane w ich oczach, o ile kiedykolwiek było, biorąc pod uwagę rozłam między pani mężem a Harrym.
– Nie jestem moim mężem. – Harry miał wrażenie, że Narcyza jeszcze nigdy nie wyglądała na bardziej opanowaną i elegancką, kiedy tak siedziała i spokojnie odrzucała wszelkie oskarżenia, którymi Marvin starał się ją zaatakować. – Postanowiłam podążyć za moim synem i jego narzeczonym i w ogóle tego nie żałuję.
– W dodatku zdecydowała się pani przyłączyć do tej komisji. – Marvin pokiwał głową. – Absolutnie to doceniam, pani Malfoy. Mam nadzieję, że nie odbierze pani źle moich słów. Po prostu chciałem się upewnić, że Harry zdaje sobie sprawę z potrzeby posiadania wokół siebie większej liczby świetlistych sojuszników i nie będzie już w stanie polegać pod tym względem na pani.
Narcyza kiwnęła lekko głową i oparła się na krześle, ale Harry zauważył jak przymrużyła oczy. Pewnie zastanawiała się, jak wiele właściwie Marvin o niej wiedział i skąd udało mu się odkryć, że to ona zatańczyła wokół rodziny Rosier–Henlinów i pozostałych. W dodatku, oczywiście, od kogo otrzymał te wszystkie informacje. Będzie bardziej ostrożna przed wykonaniem kolejnego ruchu.
Oczywiście, jeśli ma rację, to lepiej żebyśmy dowiedzieli się o tym już teraz, bo dzięki temu nie urazimy żadnych potencjalnych świetlistych sojuszników, pomyślał Harry.
– Mam nadzieję, że nie wszyscy z tych sojuszników będą czystej krwi – zaoferowała Lisa Addlington z drugiego końca stołu. – Dzięki Wielkiej Ujednoliconej Teorii wiemy, że to nie są jedyni wybrańcy magii. A przynajmniej mam nadzieję, że wszyscy obecni zdają sobie z tego sprawę? – Rozejrzała się z wyższością wokół stołu, a Harry poczuł jak Draco spina się obok niego.
– Oczywiście, że nie wszyscy będą czystej krwi – powiedział ze znudzonym wyrazem twarzy. – Ale to nie oznacza też, że czystokrwiści należący do Przymierza Słońca i Cienia powinni zostać zignorowani, albo przyjąć pomniejsze role, które nie odpowiadają naszym osiągnięciom.
– Nie zauważyłam, żeby ktoś pana pytał, panie Malfoy. – Lisa przymrużyła oczy. – Nie jest pan członkiem komisji nadzorczej, ani nie znajduje się pan pod jej opieką. Aż zastanawia mnie, czemu pojawił się pan tu dzisiaj z Harrym. Czyżby mroczni czystokrwiści byli już tak zdesperowani, że chcą mieć wszędzie tak wiele oczu, jak tylko się da?
– Pojawiłem się ponieważ to mój kochanek, partner w rytuale połączenia i ktoś mi równy w każdej strefie życia – powiedział Draco, którego głos zrobił się nieco oschlejszy. – Chcesz, żebym zostawił go w spokoju tylko przez waszą komisję, Addlington?
– Naprawdę łatwo zapominasz o tytułach, jak na kogoś tak dumnego ze swojego obeznania w kurtuazji. – Lisa zarzuciła głową, a Harry zobaczył jak odraza na twarzy Dracona niepomiernie wzrasta. – Wolę, żeby zwracano się do mnie per pani Addlington, a nie po prostu nazwiskiem mojego męża. Nie muszę się kryć w jego cieniu.
Draco zaczął na to odpowiadać, ale Harry złapał go delikatnie za ramię.
– Zgadzam się, że potrzebuję więcej świetlistych sojuszników i to nie tylko czystej krwi – powiedział. – Czy wie pani, gdzie mógłbym zacząć, pani Addlington?
Lisa uśmiechnęła się do niego.
– Oczywiście że tak. – Wyjęła z kieszeni pergamin, który Harry przyciągnął do siebie, szepcząc zaklęcie przywołujące. Kiedy go otworzył zobaczył, że zawiera listę nazwisk. – Zaczyna się od mojej półkrwi kuzynów – dodała Lisa – ale zapewniam, nie wszyscy na tej liście są ze mną spokrewnieni.
Harry kiwnął głową, przeglądając szybko listę. Kilka osób rozpoznał z Hogwartu i uznał, że równie dobrze może zacząć właśnie od nich.
– Dziękuję, pani Addlington – powiedział, składając pergamin i chowając go do kieszeni szat. Ponownie spojrzał na Aurorę. Gdyby udało mu się prowadzić rozmowę głównie z nią, to może zmniejszy w ten sposób szansę na dalsze ataki, czy też atakowanie Dracona i Snape'a. – Wiem, że komisja nadzorcza miała mnie uczyć kurtuazji i zwyczajów świetlistych czystokrwistych – powiedział. – Czy mogłaby pani polecić mi jakiegoś nauczyciela pod tym względem, Madam Whitestag?
– Miałam zamiar podzielić się tym zadaniem z Madam Marchbanks – powiedziała Aurora, mrugając jakby nie spodziewała się tego pytania. – Z pewnością nie chcielibyśmy dalej trzymać cię w niewiedzy, Harry. Może i nie jestem zadeklarowana, ale i tak znam zwyczaje Światła znacznie lepiej od Mroku. A Madam Marchbanks, oczywiście, ma dosłownie ponad wiek doświadczenia. – Uśmiechnęła się do starej czarownicy, która, jak Harry zauważył, nie odwzajemniła gestu.
Harry przyjrzał się uważnie Madam Marchbanks. Marszczyła brwi na kilku siedzących przy stole świetlistych czarodziejów, jakby chciała ich powyrzucać z pokoju, ale nie była w stanie znaleźć do tego odpowiedniej wymówki.
– Madam? – zagaił, dzięki czemu spojrzała na niego. – Czy zgadza się pani nauczać mnie wraz z Madam Whitestag?
Kiwnęła głową.
– Mogę cię widywać dwa razy w miesiącu – powiedziała. – Albo mogę ci wysyłać sową pytania i listę instrukcji dotyczących rytuałów. Albo mogę ci wysłać książki.
– W miarę możliwości wolałbym wszystkie trzy opcje – powiedział Harry i z rozbawieniem zauważył na twarzy Aurory zaskoczenie. Chwilę później uśmiechnęła się do niego. Harry pochylił głowę, bo na jego twarzy też pojawił się uśmiech. Wreszcie zobaczy, że naprawdę chcę z nimi współpracować. – Spotkania mogą okazać się najcięższe do zorganizowania, ale spróbuję przeorganizować moje obowiązki tak, żeby się do pani dopasować, Madam.
Aurora rozejrzała się spokojnie wokół stołu.
– Czy ktoś jeszcze chciałby zadać vatesowi jakieś pytania? Chyba wszyscy mogą się zgodzić, że Harry podejmuje się odpowiednich wysiłków w ramach nawiązywania kolejnych sojuszy pośród świetlistych rodzin, jak i nauczenia się świetlistych rytuałów, oraz że powinien w dalszym ciągu brać udział w takich samych zajęciach co wcześniej? – Pochyliła się nad pergaminem przed sobą, notując coś szybko. Harry wychodził z założenia, że to była jakaś prywatna lista spraw, które prawdopodobnie chciała załatwić w czasie spotkania i wolała je mieć pod ręką, żeby niczego nie przeoczyć.
– Właściwie, to mam sugestię – powiedział Cień, po raz kolejny nachylając się nad stołem. – Chciałbym odwiedzić w którymś momencie zajęcia z eliksirów, w czasie których profesor Snape będzie uczył vatesa. A przynajmniej wydaje mi się, że powinien to zrobić ktoś z komisji nadzorczej, choć nie wyobrażam sobie, czemu profesor Snape czy Harry mieliby wyrazić sprzeciw przeciw konkretnie moim odwiedzinom. – Skrzywił się z kpiną w kierunku Snape'a, co zaowocowało warknięciem, jak Harry się tego spodziewał.
– Jeśli wydaje się wam, że wpuszczę do klasy kogoś, kogo jedynym zamiarem jest rozpraszanie i denerwowanie mojego syna...
– Cień wcale nie ma zamiaru denerwować Harry'ego, profesorze – powiedziała ostro Aurora. – Jeśli tak bardzo przeszkadzałaby panu jego obecność, możemy wysłać innego obserwatora. W dodatku... proszę o wybaczenie, ale nie zdawałam sobie sprawy z tego, że formalnie zaadoptował pan Harry'ego. To z pewnością zmieniłoby jego status, o czym komisja nadzorcza powinna była zostać powiadomiona. – Spojrzała na Harry'ego, który był zmuszony do pokręcenia głową.
– Wciąż jestem podopiecznym profesora Snape'a, Madam – powiedział. – To mój prawny opiekun. Ale nazywa mnie swoim synem, a ja uważam go za ojca. – Czuł, że twarz piecze go od rumieńca, kiedy cała komisja nadzorcza przyglądała mu się w milczeniu, nawet mroczni czarodzieje. Po raz pierwszy powiedział coś takiego w miejscu publicznym.
– Gratulacje dla was obu – powiedziała Hawthorn, brzmiąc naprawdę szczerze. Harry zauważył, że pozostali mroczni sojusznicy szybko dodali własne pochwały, podczas gdy ze strony świetlistych tylko Lisa Addlington zaklaskała cicho.
– No i, oczywiście, sugestia wysłania obserwatora na zajęcia profesora Snape'a jest kompletnie niedorzeczna – ciągnęła beztrosko Hawthorn. – Taka wizyta byłaby bezcelowa. Zarówno profesor Snape, jak i jego syn, będą zachowywali się inaczej na oczach obserwatora, który przez to nie będzie w stanie sprawdzić, jak wygląda ich zwykły dzień. Już nie mówiąc o tym, jak zareagowaliby na to inni uczniowie.
– Możemy posłać kogoś pod zaklęciem niewidzialności – zasugerowała Lisa.
– Ono się nazywa zaklęciem kameleona, ty niedouczona...
– Draconie – syknął Harry pod nosem. Zerknął z ukosa na przymrużone oczy swojego chłopaka i jego rozchylone szeroko nozdrza. Pokręcił głową. Nie zdawał sobie sprawy z tego, jak koszmarnie Draco wciąż był uprzedzony wobec osób, które wspierały Wielką Ujednoliconą Teorię. Nie mogę dopuścić do tego, żeby znalazł się sam na sam z Hermioną. – Przepraszam, pani Addlington – dodał, bo Lisa patrzyła na nich w niemym oburzeniu. – Nie to miałem na myśli, kiedy zgodziłem się dzisiaj na obecność mojego partnera. – Zacisnął palce wokół ramienia Dracona i potrząsnął nim lekko.
Draco spojrzał na niego chłodno, po czym obejrzał się na Lisę i kiwnął do niej sztywno.
– Proszę o wybaczenie, Madam. – Harry zauważył, że to wciąż nie był tytuł, o jaki go wcześniej poprosiła.
Harry westchnął i spojrzał na Aurorę, dzięki czemu zauważył jak podsuwa mu kawałek pergaminu, na którym wcześniej pisała. Ani Snape, wciąż rozglądający się podejrzliwie po pomieszczeniu, ani Draco, wciąż łypiący na Lisę, zdawali się tego nie zauważyć. Harry przeczytał szybko zdanie na samej górze.
Czy pozwolisz, że po tym wszystkim porozmawiamy na osobności?
Harry spojrzał Aurorze w oczy i kiwnął głową. Nie był w stanie jej o to winić, biorąc pod uwagę wszystkie przerwy i bezsensowne kłótnie, do jakich doszło w czasie spotkania. Oparła się na swoim krześle, odprężając się i uśmiechając do niego, dzięki czemu upewnił się, że zrobił coś jak należy. Harry uważał, że naprawdę przydałoby mu się zaprzyjaźnić z główną potęgą w komisji nadzorczej. W najlepszym przypadku większość świetlistych czarodziejów przyłączyłaby się razem z nią.
W najgorszym przynajmniej wiem, że Draco i Snape nie odstąpią mnie na krok.
Ale kiedy przypomniał sobie, jak się dzisiaj zachowywali – no, a przynajmniej jak Draco się dzisiaj zachowywał; kłótnia z Cieniem nie była w żadnym razie z winy Snape'a – Harry poczuł, jak policzki zaczynają go piec. Dlatego tym razem odezwał się jako pierwszy, korzystając z chwilowej przerwy w rozmowach.
– Naprawdę uważam profesora Snape'a za ojca – powiedział stanowczo – i nie zgadzam się na żadne wizyty, których celem byłoby podważenie jego praw wobec mnie. – Wstał i rozejrzał się wokół stołu. – Czy ktoś jeszcze ma do mnie jakieś pytania?
Nikt nie miał. Draco wstawał, jakby był gotów wyciągnąć Harry'ego siłą z tego pokoju, więc Harry ciągnął dalej.
– W takim razie Madam Whitestag, wreszcie mogę porozmawiać z panią o prywatnej sprawie. Czy pozwoli pani, że porozmawiamy przez chwilę na osobności?
Draco obrócił głowę, przyglądając mu się intensywnie ze zmarszczonymi brwiami, ale ponieważ to Harry wysunął tę sugestię, nie wykonał żadnego innego gestu. Harry pokręcił głową i Draco westchnął. Wyglądało na to, że zdawał sobie sprawę z tego, że się raczej dzisiaj nie popisał, więc nie stawiał się dłużej.
Snape był bardziej wokalny pod tym względem.
– Wolałbym być obecny w czasie dowolnej rozmowy Harry'ego – powiedział.
Harry dotknął jego przedramienia i lewej dłoni, póki Snape nie spuścił, choć niechętnie, wzroku na niego.
– Proszę cię, Severusie – wymamrotał Harry, przypominając sobie w porę, by zwrócić się do niego po imieniu. – Tu nie chodzi o nic legalnego. – Wyjdzie, jeśli tylko okaże się, że to o to chodzi. – Naprawdę chcę to załatwić sam.
Snape spojrzał mu w oczy i Harry pozwolił, by kilka jego barier oklumencyjnych opadło. Musiał w tym celu powściągnąć nieco własne zniecierpliwienie. Czemu są wobec mnie tacy nadopiekuńczy? Czemu nie mogą po prostu uwierzyć, że jestem w stanie sam zdecydować się na współpracę z komisją nadzorczą, albo na rozmowę z jedną osobą? Co im się wydaje, że mogłaby mi zrobić, przecież nie zmieni się nagle w Świetlistą Panią i nie przywali mną w ścianę.
Być może Snape wyczuł jego zniecierpliwienie, albo przeplatające się z nim myśli, ponieważ kiwnął płytko głową i odsunął się na bok. Harry odetchnął z ulgą.
– Dziękuję wszystkim za przybycie – rzucił jeszcze do reszty komisji nadzorczej, po czym wyszedł z Aurorą do Atrium.
Zanim się odezwał, rzucił wokół nich osłonę prywatności i sprawdził samego siebie na zaklęcia tropiące. Kochał Dracona i Snape'a, ale w ogóle by się nie zdziwił, gdyby zdecydowali się podsłuchiwać jego rozmowę z Aurorą.
– O czym chciała pani ze mną porozmawiać, Madam Whitestag? – zapytał.
Aurora przyglądała mu się przez chwilę. Harry patrzył na nią spokojnie, a jego oczy były intensywne i lśniące. Aurora już musiała się uśmiechnąć, bo to było już boleśnie oczywiste, że Harry naprawdę pragnął swobody dyskusji ze wszystkimi, zupełnie jak to mówił wcześniej; wydawał się podchodzić do tego inaczej głównie przez swoich nadopiekuńczych sojuszników i możliwe, że i tych mrocznych, którym głównie zależało na zabezpieczeniu sobie ciepłego miejsca u jego boku dla własnych korzyści. Zbuntował się przeciw ministerstwu wyłącznie dlatego, że nie pozostawiono mu innego wyboru, a nie dlatego że miał obsesję na punkcie wojny, albo stawiania na swoim.
Jej strategia musiała ulec zmianie nawet w czasie tego spotkania, kiedy zorientowała się, że kilku mrocznych sojuszników Harry'ego jednak zdecydowało się odezwać; wciąż poznawali imiona wszystkich zainteresowanych i nie wiedzieli do końca, jak zareagują. To oznaczało, że wszelkie skomplikowane pułapki i podchody były w takiej sytuacji praktycznie bezużyteczne. Ale ich zachowanie drażniło Harry'ego niemal równie mocno, co zachowanie Cienia i Marvina. Aurora wciąż miała nadzieję na osiągnięcie zwycięstwa poprzez poświęcenie obecności kilku świetlistych czarodziejów w komisji.
– Harry – powiedziała, składając przed sobą ręce. – Naprawdę mi przykro, ale nie sądzę, żeby komisja była w stanie działać w ten sposób.
Zauważyła, jak na jego twarzy pojawia się niepokój.
– Dlaczego nie, Madam? – zapytał, przeczesując dłonią włosy. Wyglądało na to, że tak właśnie zazwyczaj wyrażał podenerwowanie. – Wiem, że Draco i Snape pokłócili się z paroma członkami komisji, ale...
– O ile nie będę usiłowała wytłumaczyć zachowania twoich sojuszników, to i tak muszę przeprosić za moich – przerwała mu cicho Aurora. – Nie miałam pojęcia, że okażą się tak wrogo nastawieni. Insynuacje, plotki i zerknięcia potrafią skrzywdzić bardziej od bezpośrednio wypowiedzianych wyzwisk. Martwi mnie na przykład, co Marvin zasugerował o pani Malfoy.
Harry wzruszył ramionami.
– To prawda, że tańczyła i zebrała dla mnie mrocznych sojuszników, Madam. Ale jestem absolutnie skory do nawiązania kontaktów ze świetlistymi rodzinami osobiście.
Jak udało mu się przyciągnąć do siebie tak potężną kobietę w tak młodym wieku? Aurora jednak podejrzewała, że przywiązanie Dracona Malfoya do Harry'ego musiało mieć z tym jakiś związek, więc nie przejmowała się tym zbytnio. Harry nie będzie w stanie powtórzyć tej sztuczki z nikim innym.
– Cieszę się – powiedziała. – Ale i tak wolałabym, żeby nasze kolejne spotkania nie kończyły się równie nieproduktywnie. Wolałabym stworzyć dla ciebie środowisko, w którym możemy swobodnie ze sobą rozmawiać. Jestem skłonna do wyrzucenia Cienia i Marvina z komisji, jeśli tylko uznasz to za dobry pomysł.
Harry wyglądał na zakłopotanego. Otworzył usta, po czym zamknął je i pokręcił głową. Aurora czekała.
– Ale wówczas musielibyśmy znaleźć kolejnych świetlistych czarodziejów na ich miejsce, prawda? – powiedział wreszcie. – A w międzyczasie komisja nadzorcza nie będzie w stanie działać jak należy.
– To prawda. – Aurora przechyliła głowę. – Tylko że...
– Tak?
– Technicznie rzecz biorąc – powiedziała Aurora – razem z Gryzeldą liczymy się jako świetliste czarownice, co oznacza że komisja i tak jest niezrównoważona pod tym względem. Nie jestem zadeklarowana, oczywiście, ale większość ludzi traktuje mnie jakbym była, bo większość moich znajomych i zwyczajów jest blisko związanych ze Światłem. Byłabym skłonna wyrzucić Cienia i Marvina, wliczając siebie i Gryzeldę do jedenastki koniecznej do zrównoważenia mrocznych sojuszników. O ile się na to zgodzisz, oczywiście. Jestem przekonana, że zdołam przekonać do tego moich sojuszników.
Wstrzymała na moment oddech, starając nie dać po sobie poznać, gdzie z tym zmierzała. Podjęła się ryzyka, ale jeśli wystarczająco dobrze zrozumiała Harry'ego, to zwycięży w ten sposób coś znacznie potężniejszego.
Harry westchnął.
– Ale pani i Gryzelda miałyście być neutralne – powiedział. – A przynajmniej równoważyć się nawzajem. Z początku uważałem Madam Marchbanks za przyjaciółkę, a panią za przeciwniczkę. – Aurorze było miło, że nie użył słowa „wróg". – Jeśli wyrzuci pani dwóch świetlistych czarodziejów, to powinienem wyrzucić dwóch mrocznych.
– Nie sądzę, żeby dobrze to przyjęli – powiedziała łagodnie Aurora. Prawda była taka, że chciała utrzymać w komisji mrocznych sojuszników Harry'ego tak długo, jak to będzie możliwe, póki nie ustali którzy z nich potrzebują faktycznej przeciwwagi, których można zignorować, a których wykorzystać do własnych celów. Czy jej się to podobało czy nie, należała do Przymierza Słońca i Cienia i tak właśnie wyglądał rdzeń organizacji, z którą będzie musiała współpracować. Wierzyła, że ten układ wypali bez konieczności pogwałcania przysiąg, siania w nich strachu, przy jednoczesnym zastanawianiu się nad własnymi czynami. – Naprawdę jestem skłonna wyrzucić Marvina i Cienia, Harry. Dobrze współpracują z innymi świetlistymi czarodziejami, ale nie z mrocznymi. Bardzo mi przykro. Powinnam była uważniej się im przyjrzeć, zanim zaproponowałam ich jako kandydatów do komisji nadzorczej.
Harry poruszył się nieszczęśliwie w miejscu.
– Mógłbym... – powiedział wreszcie – mógłbym następnym razem zostawić Draco i Snape'a w Hogwarcie, Madam. Jako gest dobrej woli. Wydaje mi się, że powinno odbyć się przynajmniej jedno spotkanie bez ludzi, którzy wywołali dzisiaj najwięcej kontrowersji.
Tak. Aurora dokładnie tego chciała. Wiedziała, że miała wielkie szczęście, że akurat dzisiaj Snape i Malfoy byli tak strasznie rozkojarzeni. To było pierwsze spotkanie z komisją w pełnym składzie i na przyszłość z pewnością okażą się ostrożniejsi i szybciej będą ostrzegali Harry'ego przed wszelkimi zagrożeniami. Nawet jedno spotkanie bez nich będzie błogosławieństwem.
– Naprawdę cieszę się, że tak myślisz, Harry – powiedziała. – A co z panią Addlington? Czy...
– Nie. – Twarz Harry'ego spięła się ze zmęczonej irytacji. – Większość problemów wynikała wtedy z postawy Draco. Później się z nim rozmówię jak należy, Madam. – Podniósł głowę i spojrzał jej intensywnie w oczy, przypominając Aurorze, że przecież był legilimentą. – Chcę z wami współpracować – wyszeptał. – Naprawdę, Madam. Proszę. Niech mi pani na to pozwoli.
Aurora kiwnęła powoli głową. Odczuwała w tym momencie szczere opory. Harrym chwilowo trzeba będzie pokierować jak rybą, która już złapała przynętę, ale której wciąż powinno się pozwolić na miotanie w wodzie. Gdyby ściągnąć go zbyt gwałtownie, poprosić o zbyt wiele poświęceń na raz, to żyłka pęknie i albo on, albo któryś z jego sojuszników zacznie się stawiać. Wolała działać wolniej, niż zaryzykować zbyt wiele i stracić wszystko na raz.
– Niech i tak będzie, Harry. Możesz powiedzieć profesorowi Snape'owi i młodemu panu Malfoyowi, że z przyjemnością ich zobaczę na trzecim spotkaniu.
– Dziękuję – powiedział Harry. – I proszę się nie martwić. Zmuszę ich do zrozumienia. Cień sprowokował profesora Snape'a, ale zachowanie Draco było niedopuszczalne.
Aurora uśmiechnęła się i pozwoliła, by światło zajaśniało w jej oczach.
– A jak ty się trzymasz, Harry? Wysypiasz się? Jesz jak należy? Masz dla siebie jakikolwiek czas w ciągu dnia?
Co dziwne, to właśnie okazało się błędem; zorientowała się o tym, jak tylko zadała te pytania. Spojrzenie Harry'ego odcięło się od niej, a on sam zerknął na nią, jak jakieś dzikie zwierzę, pragnące odsunąć się od pułapki. Kiedy się odezwał, jego głos był szorstki.
– Jem trzy posiłki dziennie, Madam, śpię osiem godzin każdej nocy i odpoczywam, ilekroć tego potrzebuję.
Aurora westchnęła.
– Przypomniałam ci o czymś złym, prawda? Naprawdę nie miałam takiego zamiaru. Przepraszam, Harry.
Odprężył się nieco i zaczął wyglądać na zakłopotanego.
– To ja przepraszam, Madam Whitestag. Po prostu mam ciągle do czynienia z takimi pytaniami ze strony profesora Snape'a, Draco i wieszcza, który z nami mieszka.
Doprawdy? W ten sposób Aurora otrzymała kolejny element układanki, jaką był Harry vates.
– W takim razie nie będę już więcej cię o to pytać – powiedziała. – Chcę, żeby komisja nadzorcza okazała się tym, czego potrzebujesz, Harry. Skoro już inni doglądają twoich fizycznych i emocjonalnych potrzeb...
– To pani może pomóc mi z politycznymi i intelektualnymi. – Harry wyprostował się, uśmiechając swobodnie. – Naprawdę potrzebuję w tej chwili rozsądnych przeciwników, Madam, którzy byliby skłonni ze mną współpracować.
Jest dokładnie tym, czego świat potrzebuje w walce z Voldemortem. Potrzeba mu tylko odrobinę nakierowania na właściwą drogę, to wszystko. Aurora odprężyła się.
– W takim razie postaram się być dla ciebie dokładnie tym, Harry, choć jeśli w dalszym ciągu będziesz taki rozsądny, to możliwe że niebawem nie będę w stanie już być dla ciebie przeciwniczką – powiedziała, na co Harry roześmiał się.
– Dziękuję – wymamrotał, po czym opuścił osłonę prywatności i ruszył z powrotem do swojego kochanka i opiekuna.
Aurora odprowadzała go wzrokiem z głębokim poczuciem zadowolenia. Może nigdy się nie zadeklaruje, może nigdy nie nazwie siebie Lordem, może nawet nie trenował równie wiele, ile według niej powinien, by pokonać Mrocznego Pana, ale zaczynała dochodzić do wniosku, że będzie z niego lepszy przywódca, niż jej się początkowo wydawało.
A jeśli zdołam odegrać choćby niewielką rolę w utrzymywaniu bezpieczeństwa w naszym świecie, to naprawdę niczego więcej mi nie potrzeba. Nic nie wynagrodzi mi utraty dzieci, tak samo jak nic nigdy nie wynagrodzi Harry'emu straconego dzieciństwa. Jedyne co nam pozostaje, to pogodzić się z tym, jak i z nadchodzącą przyszłością i koniecznością podążania naprzód.
