Rozdział czterdziesty ósmy: Herbata z filiżanką filozofii
Harry utrzymywał swoje ramiona tak odprężone, jak tylko był w stanie, kiedy Snape zagonił go Draconem do swoich prywatnych kwater i zamknął za nimi drzwi. Nie miał nawet szansy porozmawiać z Connorem o meczu między Gryffindorem i Slytherinem, ale zauważył przelotnie jego uradowaną twarz, więc domyślał się już, kto wygrał. Nowy szukający Ślizgonów był dobry i prawdopodobnie szybszy od Connora, bo był od niego drobniejszy, ale Harry przyglądał mu się i wiedział, że chłopak zwyczajnie nie miał szans ze zdolnościami Connora do wykonywania ostrych zakrętów, zawieszania w miejscu i nurkowania na sposoby, dzięki którym przeciwnicy tracili go z oczu.
– Siadajcie, proszę – powiedział Snape, tonem którego Harry już dawno od niego nie słyszał. Właściwie, kiedy obejrzał się z niepokojem na Snape'a, był niemal przekonany, że jeszcze nigdy go nie słyszał. Ale zajął miejsce na kanapie, a wciąż nabzdyczony Draco usiadł obok niego. Harry poprosił go o formalne przeproszenie Lisy, kiedy wychodzili z ministerstwa, ale otrzymał w zamian spojrzenie pełne niedowierzania, wraz z warknięciem, że jedne przeprosiny to i tak za dużo.
– Siedzę, proszę pana – powiedział Snape'owi. – Co się stało?
Snape ignorował go przez chwilę, machając różdżką w celu stworzenia filiżanek herbaty i tacki, a następnie kiwając głową w kierunku szafki w kącie pokoju. Otworzyła się i wyleciała z niej karafka z mlekiem oraz czajnik pełen herbaty, które wylądowały elegancko na tacy. Harry poprawił się niespokojnie na miejscu.
– Naprawdę nabrał pan wprawy w transmutacji od czasu mojej ostatniej wizyty – spróbował.
– Zaparzyłem tę herbatę, nie stworzyłem jej – powiedział Snape, nawet nie oglądając się na niego.
Harry odprężył się. I tak z przyjemnością by ją wypił, ale naprawdę miło było mu usłyszeć, że herbata nie była dziełem niewolniczej pracy skrzatów domowych, bo wówczas prawdopodobnie stanęłaby mu w gardle. Czekał cierpliwie, kiedy Snape nalewał im herbaty, ponieważ wyglądało na to, że tego właśnie było mu w tej chwili trzeba, po czym łyknął z własnej filiżanki. Herbata była idealnie słodka i gorąca. Harry nigdy nie zrozumie, czemu Draco tak często zalewał własną strasznymi ilościami mleka.
Snape zajął fotel naprzeciw i spojrzał mu wreszcie w oczy. Harry przyjrzał mu się uważnie. Linie na jego twarzy tworzyły zwykłą dla niego ponurą maskę. Czyżby przyśniło mu się wczoraj coś wstrząsającego? Przecież mógł mi powiedzieć. Z przyjemnością pozwoliłbym mu na pozostanie w Hogwarcie.
– Nie powinienem był się tak rozpraszać, pozwalając się wciągnąć w kłótnię z człowiekiem, który miał wszelkie prawo mnie nienawidzić – powiedział Snape głębokim i spokojnym głosem. – Ale moje rozkojarzenie nie było bezcelowe, Harry. Korzystałem z legilimencji, żeby odczytać z ich myśli tak wiele jak tylko mogłem, bez wywoływania w nich niepokoju. Większość wie, że jestem do tego zdolny, więc udawało mi się pochwycić ich spojrzenia tylko przelotnie i musiałem korzystać z tych momentów tak często, jak byłem w stanie.
Harry poczuł, jak dłoń tak szybko zaciska mu się wokół filiżanki, że niemal cudem było, że się nie rozbiła. Ostrożnie odłożył ją na płaski, szeroki podłokietnik kanapy i wyprostował się. Draco oparł się o niego ciężko, jakby chcąc powstrzymać go przed wstaniem. Harry nawet tego nie spróbował. Miał zamiar powiedzieć tu i teraz, co myśli o takim zachowaniu Snape'a.
– Przecież ci ludzie mieli być naszymi sojusznikami. – Nie uciekał się do wyzwisk, ale jego tonem i tak można było ciąć szkło. Nie mógł przecież okazać Snape'owi mniej szacunku, niż takiej Aurorze. – Jak się o tym dowiedzą, to będą mieli wszelkie prawo do zażądania, żebym nie przyprowadzał was ze sobą na żadne spotkania komisji nadzorczej, a nie tylko następne.
– Pierwszy raz słyszę o takiej bzdurze – wypalił Draco.
Wiem i wcale nie chciałem wam o tym mówić w takiej sytuacji. Ale już się stało i Harry nie mógł się z tego wycofać, tak jak nie mógłby wyjaśnić im swojego układu z Aurorą, kiedy już zbieraliby się na kolejne spotkanie komisji nadzorczej.
– Madam Whitestag zaoferowała wyrzucenie Marvina Gildgrace'a i Cienia z komisji, pozwalając sobie i Madam Marchbanks na zajęcie stanowisk świetlistych – powiedział Harry. Musiał wcisnąć całe mnóstwo emocji do basenów oklumencyjnych i potrząsnąć głową, kiedy zaczęły bulgotać z wysiłku. Jego bariery jakoś nie były w stanie w pełni odbudować się od czasu halloweenowego rytuału. – W zamian zgodziłem się na pozostawienie was w Hogwarcie na czas następnego spotkania.
– Przecież dokładnie o tym rozmawialiśmy, kiedy wymieniałeś mi zachowania, które wywołałyby u ciebie podejrzenia! – Draco naskoczył na niego, jak tylko Harry skończył mówić. – Powiedziałeś, że gdyby naprawdę chciała cię osłabić, to w pierwszej kolejności spróbowałaby cię od nas oddzielić.
Harry otworzył usta, po czym je zamknął. Zaciskał przez chwilę dłoń na podłokietniku kanapy, niemal zrzucając z niego filiżankę.
– Nie sądzę – powiedział, ostrożnie dobierając słowa – żeby jej o to chodziło...
– Chodziło – powiedział Snape. – To był dobrze skoordynowany atak. Cień miał zająć się mną, pani Addlington Draco. Wydaje mi się, że Gildgrace miał odciągnąć uwagę Narcyzy, ale bez powodzenia. Madam Marchbanks była za bardzo zestresowana wszystkim, co działo się wokół niej, żeby zorientować się, że coś było nie tak, albo powiązać zachowanie własnych sojuszników ze zgranym atakiem wymierzonym właśnie w nas. – Przez dłuższą chwilę milczał, oddychając tylko głęboko i nie spuszczając oczu z twarzy Harry'ego. – A to i tak tylko tyle, ile zdołałem ustalić dzięki mojemu rozkojarzeniu – dodał. – Jestem pewien, że pod powierzchnią znalazłoby się znacznie więcej. Rozumiesz już, Harry? To nie są twoi sojusznicy. Starają się cię osłabić. Chcą narzucić na ciebie ograniczenia, które będą cię powstrzymywać przed działaniem jako vates, jako skuteczny sojusznik wilkołaków, czy skuteczny mroczny czarodziej.
– Nie jestem mrocznym czarodziejem – zauważył Harry. Był jednak zbyt oszołomiony, żeby wydusić z siebie cokolwiek innego.
– Dla wielu świetlistych czarodziejów używanie mrocznych zaklęć robi z ciebie mrocznego czarodzieja. – Snape upił herbaty, nawet na chwilę nie spuszczając Harry'ego z oczu. – Słyszałem nawet, że niektórzy z nich powątpiewają w lojalność Scrimgeoura wobec Światła, ponieważ skorzystał z rytuału Cincinnatusa, kiedy byłbym gotów stwierdzić, że obecnie nie istnieje żaden inny czarodziej, w którego warto bardziej wierzyć. W dodatku twój mentor jest mroczny, twój partner jest mroczny, większość twoich najbliższych sojuszników jest mroczna. Nie da się przywrócić Światła do pełni sił poprzez po prostu oferowanie im politycznej potęgi, Harry. Będą pracowali nad zwiększeniem swoich wpływów i w tym przypadku oznacza to ograniczanie cię i prowadzenie konkretnymi tunelami. – Jego ton nabrał osobistej wrogości. – A ty im na to pozwolisz, jeśli dopuścisz do tego, żeby oddzielili cię od kochających cię ludzi. Już ci kiedyś powiedziałem, że czasem zdajesz się bardziej przejmować swoimi wrogami, niż przyjaciółmi.
Harry zadrżał, ale niczego nie powiedział.
– Właściwie to też chciałbym usłyszeć odpowiedź na to pytanie – powiedział Draco lekkim i kruchym głosem. – Czemu właściwie oferujesz swoim sojusznikom szanse, których nigdy nie zaoferowałbyś nam, Harry? Czemu nie byłbyś równie zły, gdyby to świetlisty legilimenta odczytał moje myśli, czy Snape'a? Bo podejrzewam, że spróbowałbyś go w jakiś sposób wytłumaczyć. Dlaczego?
Harry znał na to odpowiedź. Ale im się nie spodoba. Z drugiej jednak strony, od kiedy to podobają im się moje odpowiedzi?
– Ponieważ im bardziej ktoś jest obiektywny, tym łatwiej przyjdzie mu zauważenie moich błędów – powiedział cicho Harry. Mówił szybko dalej, bo zauważył że Draco otworzył usta, żeby to jakoś skomentować. – Zdaję sobie sprawę z tego, że obaj chcecie mnie ochronić. Ale obaj jesteście skłonni to atakowania zawczasu, nawet jeśli ktoś ma wobec mnie niewinne intencje, albo po prostu chroni własnych interesów tak, jak sami byście to robili na jego miejscu. W dodatku macie skłonność do pobłażania mi. – Spojrzał na Dracona. – Ty, na przykład, chcesz żebym rozwiązał komisję nadzorczą. I co wtedy?
– Zostałaby rozwiązana – powiedział Draco. – A ty byłbyś wolny.
Harry pokręcił głową.
– Komisja nadzorcza była kompromisem, który zakończył rewoltę i doprowadził do rozprawy Gloriany Griffinsnest – powiedział. – W najlepszym wypadku świetliści czarodzieje wycofają swoje dowody, dzięki którym istnieje w ogóle szansa na skazanie Gloriany. W najgorszym zaczną rozgłaszać, że złamanie jednej obietnicy oznacza, że nie można wierzyć mojemu słowu. A wtedy runie wszystko, nad tym tak długo pracowaliśmy.
– Nie wszystko – powiedział Draco, któremu oczy lśniły zajadle. – Nie wiem jak ty, Harry, ale osobiście pracuję głównie nad tym, żebyś był szczęśliwy i wolny. Zniknięcie komisji nadzorczej będzie oznaczało pozbawienie cię kolejnego obowiązku, którego nigdy nie powinieneś był przyjmować.
– Nie mogę jej tak po prostu rozwiązać – powiedział mu Harry.
– Nawet jeśli wszyscy świetliści czarodzieje, którzy w niej zasiadają, są przeciw tobie? – Snape zadał to pytanie, jakby po prostu prowadził dyskusję o składnikach eliksirów. – Nawet po otrzymaniu dowodów na to, że twoje życie zyska na jakości, jak tylko komisja zniknie?
– Powiedział pan, że Madam Marchbanks nie jest nastawiona przeciw mnie – przypomniał mu Harry. – Jest bliską przyjaciółką południowych goblinów. Kiedy jej o tym powiedzą, to stanie po naszej stronie, nie świetlistych czarodziejów.
– To wciąż nie zmienia faktu, że komisja jest pełna węży i Madam Whitestag jest z nich wszystkich najbardziej niebezpieczna. – Filiżanka Snape'a zadźwięczała, kiedy ją odstawił. – Rozwiązanie jej tylko zwiększy twoją wolność, a vates musi być wolny.
– Obaj podchodzicie do definicji wolności w kompletnie inny sposób niż ja – powiedział Harry, w którego głosie zaczynała przebrzmiewać frustracja. – Wydaje wam się, że tu chodzi głównie o to, jak wiele jestem w stanie zrobić. Podczas gdy sam myślę o tym w terminach tego, jak wiele nie jestem w stanie zrobić.
– Dlaczego? – zapytał wyzywająco Draco.
Harry spojrzał na niego ponuro.
– Bo i tak już zbyt często korzystam z magii do pomagania sobie w codziennych sprawach i wolałbym oferować ludziom wybór, jak i możliwość podjęcia go – odpowiedział. – Ponieważ nie bawi mnie zastraszanie innych; tak w gruncie rzeczy, to tego nienawidzę. Ponieważ chciałbym zobaczyć, jak na świecie powstaje i rozkwita wiele różnych sojuszy, nie tylko Przymierze Słońca i Cienia. Bo nawet jeśli pominąć już wszystko inne, naprawdę chciałbym zobaczyć, jacy ludzie zostaliby przygarnięci przez takie sojusze, bo jestem pewien, że nasza rekrutacja pominie wielu, którym przyjdzie skończyć po stronie naszych wrogów. Na przykład żałuję teraz, że nie wysunąłem jako pierwszy propozycji sojuszu wobec Indigeny Yaxley.
– W ogóle cię nie rozumiem. – Draco założył ręce na piersi i zmarszczył brwi, wyglądając na zdeterminowanego, żeby nie zrozumieć.
– I to twój wybór. – Harry pokręcił głową, wstając. – Muszę zdecydować, co mam zamiar teraz począć z tym wszystkim. Dziękuję, że mnie pan o tym poinformował. – Nie był w stanie podziękować Snape'owi za odczytanie ich umysłów i miał nadzieję, że Snape rozumiał czemu. – Ale teraz muszę wyjść i to przemyśleć. Sam – dodał, kiedy Draco wstał, żeby mu towarzyszyć.
– Nie powinieneś być sam – powiedział Draco. – Na wypadek, gdyby ktoś spróbował cię zaatakować na terenie szkoły, Harry.
Harry wezwał swoją magię i pozwolił, by przelotnie otuliła mu ramiona zrobionym ze śniegu płaszczem. Roztopił się niemal momentalnie w gorącu kominka Snape'a, ale Harry odniósł wrażenie, że dowiódł swego. I tak postanowił wymówić to na głos.
– Jeśli nie jestem bezpieczny w obrębie osłon Hogwartu, otoczony własną magią, to znaczy że nigdzie nie będę bezpieczny, Draco, a już na pewno nie w łóżku w twoich ramionach.
Obrócił się i wyszedł z pokoju, przez całą drogę czując na sobie ich spojrzenia.
Rufus przyglądał się wilkowi, który stał przed jego biurkiem. I który na niego patrzył.
Jego ciało było zrobione z gęstej, szarej mgły, przez co bardziej przypominał naturalnego wilka, niż Rufusowi to wydawało się możliwe. Od czasu do czasu oblizywał szczęki i choć jego język był biały, nie różowy, to i tak wyglądał naturalnie. Kiedy Rufus niczego nie zrobił, ani nie powiedział, wilk położył się i zamknął swoje blade, oszałamiająco niebieskie oczy.
Rufus zerknął do filiżanki z herbatą, jakby tam miały znajdować się odpowiedzi. Nie zobaczył niczego poza herbatą.
Kiedy spojrzysz w herbatę, herbata patrzy w ciebie, pomyślał Rufus, po czym zamknął oczy, nabrał głęboko tchu i kazał sobie przestać. Wiedział, co powinien zrobić. Nie miał innego wyjścia, zwłaszcza jeśli nie chciał łamać zasad, które go tu w ogóle przyprowadziły.
Ale przerażało go wszystko, co może nastąpić po tej decyzji. Rokosz dobiegł końca, zawarł traktat pokojowy z Departamentem Tajemnic, a komisja nadzorcza wciąż nie eksplodowała w fontannie krwi i mięsa.
Oczywiście, zawsze istnieje szansa, że za parę dni obudzi się i zobaczy nowy rokosz, przekona się, że Kamień znowu zaczął potajemnie wysyłać swoich niewymownych na misje, a jemu samemu przyjdzie odseparować kawałki Aurory Whitestag od tuzina innych czarownic i czarodziejów. Oraz dwójki goblinów i centaura, oczywiście.
Rufus wziął kolejny głęboki oddech i powiedział sobie, że przecież nie może obawiać się przyszłości. Zrobił wszystko, co było w jego mocy i po prostu dotarł do kresu możliwości. Do czegokolwiek dojdzie w przyszłości, będzie musiał zastosować jakąś inną taktykę.
I dobrze. Wiesz przecież, że znudziłbyś się, gdybyś miał zbyt długo robić jedno i to samo, w dodatku twoi przeciwnicy zyskaliby szansę na wykorzystanie tego przeciw tobie i przewidzenia twoich ruchów.
Wilk niespodziewanie rozwinął się ze swojego kłębka i wstał, po czym zrobił krok w kierunku biurka i spojrzał na niego. Rufus kiwnął głową, odpuszczając kontrolę nad rytuałem Cincinnatusa i rezygnując z kontroli nad całą magią w ministerstwie.
Poczuł, jak osłony odwijają się i odczepiają od jego głowy, niczym pękające bicze. Poczuł, jak znajomość przeróżnych zaklęć wycieka z niego, aż nie został dokładnie tym, kim był kiedyś, niczym więcej jak przeciętnym czarodziejem, któremu zaklęcia były znane, ilekroć tworzyły się i błyszczały mu w ciele. Poczuł, jak ministerstwo oddycha z ulgą i jak ten dźwięk zamiera w połowie. Już nie jemu było słuchać dłużej jego westchnień.
Wilk, uosobienie rytuału, nabrzmiał od mocy i zaczął układać na powrót zbierającą się w nim magię. Spojrzał na niego swoimi błękitnymi oczami, tak przepełnionymi skupioną mocą, że aż wydawały się świadome i gdyby magia była w stanie błogosławić, Rufus był przekonany, że właśnie by to zrobiła.
Zrezygnował z jej potęgi, zanim zrobiło się to absolutnie konieczne. Nie zmusił magii do zażądania oddania jej części siebie i zdecydowanie nie zmusił jej do zabicia siebie, czy swoich kompanów.
Wilk zawrócił i skoczył w kierunku ścian, rozwiewając się po drodze, kiedy jego potęga ponownie odzyskała swoją wolność. Rufus oparł się w fotelu i popijał herbatę, zastanawiając się, kiedy wszyscy zauważą.
I ile czasu pozostało mu na sprawianie psikusów.
Harry poderwał miotłę nad boiskiem quidditcha, śmigając między rozśpiewanym wiatrem. To nie był dobry dzień na latanie, ciemne chmury wisiały nisko nad ziemią, zapowiadając deszcz, ale promienie słońca wciąż usiłowały się przebić, a Harry podziwiał głęboki, podmokły kontrast między odcieniami szarości i zieleni, wciąż zalegającej uparcie w Zakazanym Lesie.
Poza tym, zawsze znacznie lepiej mu się myślało w locie, niż na ziemi.
Zatrzymał Błyskawicę dopiero na wysokości mniej więcej trzystu stóp, po czym zaczął zataczać nią leniwe kręgi, tylko nieco szersze od boiska. Spojrzał w dół i przez chwilę wyobraźnia zapełniła mu się wspomnieniami z czasów, kiedy złapał tu znicz, tamtego dnia w czasie trzeciego roku, kiedy Syriusz próbował go zabić, albo na drugim roku, kiedy tłuczek złamał mu rękę, albo na pierwszym roku, kiedy Lestrange'owie pojawili się na boisku i Harry walczył z nimi, jednocześnie poddając grę Connorowi...
Prychnął i pokręcił głową. Nie przyszedłem tu, żeby myśleć o przeszłości. Przynajmniej na to jedno mogę sobie wreszcie pozwolić, nie dumać bez przerwy nad przeszłością.
Położył się plecami na miotle, machając leniwie nogą. Podejrzewał, że nie powinien tak robić, bo jakby go ktoś zobaczył, to pewnie pomyślałby że to niebezpieczne, ale tak dla odmiany, Harry kompletnie się tym nie przejmował.
Musiał pomyśleć.
Zamknął oczy i skupił się na konsekwencjach wszystkiego, co powiedział Draconowi i Snape'owi. Rozwiązanie komisji nadzorczej równałoby się zerwaniu wszystkich układów ze świetlistymi czarodziejami. Jak mieliby mu znowu zaufać? I czemu mieliby? W dodatku Madam Whitestag, która była naprawdę przebiegłą przywódczynią, zdolną do zjednoczenia ludzi, którzy normalnie rozbiegliby się w tuzin różnych kierunków – i która zdołała wybaczyć Harry'emu śmierć swoich dzieci na tyle, żeby spróbować podjąć się z nim współpracy – byłaby tym niezwykle urażona.
Bez względu na to, co Snape i Draco o tym myśleli, zwykłe rozwiązanie komisji nadzorczej po prostu nie wchodziło w grę.
Harry kiwnął lekko głową. No to co mu pozostało? I jak się za to zabierze?
Jedna z decyzji pojawiła się niemal momentalnie w jego głowie. Madam Marchbanks nie próbowała działać przeciw niemu i była zdecydowanie bliższa Światłu... właściwie to była mu zadeklarowana, czym Aurora nie byłaby się pochwalić. Mogłaby przejąć dowodzenie nad komisją nadzorczą w miejscu Aurory. Aurora wciąż będzie w stanie pracować z nim na warunkach, które już omówili – wysyłając mu instrukcje i książki o świetlistych, czystokrwistych rytuałach – ale Harry miał zamiar poprosić ją o przekazanie przywództwa nad komisją.
I powie jej prawdę, kiedy zapyta go dlaczego – że zorientował się, że poszczuła swoich sojuszników na jego, przez co nie mógł zaufać komuś takiemu.
I co wtedy zrobi?
Harry otworzył oczy i przyjrzał się leniwym pasmom chmur nad sobą. Chciał zanurkować nagle w kierunku ziemi, znaleźć się jak najdalej od nich, żeby jakoś zużyć nadmiar tętniącej w nim energii, ale zamiast tego zmusił się do pozostania w bezruchu i zastanowienia, co właściwie wiedział o Aurorze.
Zdeterminowana. Przywódczyni. Oba te fakty sprawią, że jeśli przyjdzie jej nagle pracować z komisją nadzorczą z niższego stanowiska, to będzie bardzo niezadowolona.
Ale z drugiej strony była też bardzo ostrożna i sprytna, w dodatku była w stanie wybić się ponad ideę pomszczenia śmierci własnych dzieci i podejść do Harry'ego jak do politycznego przeciwnika, a nie osobistego wroga. No i pomimo oburzenia Snape'a i Dracona pod względem tego, jak dowodziła komisją, Harry nie sądził, żeby zachęcili go do jakiegokolwiek innego podejścia do Aurory, gdyby sami przewodzili komisją.
Najprawdopodobniej po prostu zamruga, kiedy usłyszy, że Harry chce by Madam Marchbanks przejęła władzę nad komisją, przeklnie pecha, przez którego ją wykryto, po czym wróci do współpracy z nim. Harry nie będzie przecież oczekiwał od niej zaprzestania podchodów. Tym razem po prostu będzie na nie uważał. Wplecie jej plany we własne, a te które nie będą mu pasowały, po prostu odrzuci.
Był niepoważnie ufny w czasie dzisiejszego spotkania. Ale nabranie takiej nieufności, że kompletnie mógłby stracić szansę na przekonanie do siebie Aurory, byłoby równie głupie. Z jakiegoś powodu, im bardziej odsłaniał się przed ludźmi wokół siebie, im więcej dla nich robił, tym chętniej darzyli go sympatią i odsłaniali się przed nim w odpowiedzi. Harry nie próbował udawać, że to rozumie, ale przecież widział, jak podejście Snape'a zmieniło się do niego, kiedy zaczęli treningi oklumencji i kiedy Snape zobaczył mozolne odbudowywanie jego umysłu po śmierci Sylarany. Hawthorn opowiedziała mu historię o tym, jak prosta oferta Harry'ego wysyłania jej regularnych dawek wywaru tojadowego, zmieniła jej życie po ukąszeniu Greybacka i przywróciła jej siły – i ewidentnie coś podobnego przytrafiło się jej ostatnio, jeśli można cokolwiek wnioskować po sposobie, w jaki podziękowała mu po jego przejażdżce na smoczycy. Adalrico nabrał do niego takiego zaufania, że powiedział mu o tym, jak torturował i zgwałcił Albę Starrise. Harry może i nie pojmował natury tego daru do wyciągania ręki do innych, ale głupio byłoby to kompletnie zignorować.
W dodatku mam już wystarczająco wielu wrogów, pomyślał, myśląc o Lucjuszu, myśląc o niewymownych, myśląc o Philipie Willoughbym i wszystkich innych rodzicach Piętnastki Poświęconych, którym nie spodoba się ten kompromis, myśląc o Falco, myśląc o Voldemorcie. Aurora może na stałe przyłączyć się do ich szeregów, ale najpierw chcę spróbować wyciągnąć do niej rękę i sprawdzić, czy nie przekonam jej do stanięcia po mojej stronie.
Harry uśmiechnął się blado. Prawda była taka, że jeśli przyjdzie mu zrobić cokolwiek poza zwykłym poproszeniem Aurory do zrezygnowania z taktyk, które zagrażają ich sojuszowi – a wątpił, żeby z nich zrezygnowała, nawet gdyby mu to obiecała – to wolał taką formę manipulacji. Pokaże jej, kim tak naprawdę jest. Harry nieczęsto starał się z tym kryć i zwykle nie kończyło się to najlepiej. Był w stanie zachowywać tajemnice. Był w stanie kłamać poprzez niedomówienia. Ale nie mógł już powiedzieć, że nie był vatesem, już nie teraz, no i nie mógł udawać, że nie cenił sobie wolnej woli i wyborów innych. Cenił je sobie.
Ale teraz, oczywiście, pozostał problem z tym, w jaki sposób powinien poradzić sobie z Draconem i Snape'em, którzy eksplodują, jak tylko o tym usłyszą.
Harry westchnął, złapał za trzonek miotły i obrócił się, po czym zawisł z niej ponuro, przytrzymując się wyłącznie kolanami. To posłało mu krew do głowy, ale tylko w ten sposób był w stanie w tej chwili wyrazić emocje, którym nie był w stanie się oprzeć.
Jedyne, co mi pozostaje, to powiedzieć im prawdę, wyjaśnić moje rozumowanie i dać im szansę na reakcję. Wyjaśnienia są w porządku. Protesty są w porządku.
Ale prędzej czy później muszę mieć szansę na popełnienie własnych błędów. Sam powinienem był się zorientować, co Aurora dzisiaj wyprawiała. W końcu też jestem legilimentą i jeśli moja głupota powstrzymuje mnie przed korzystaniem z tego, albo wyciąganiem z niej taktyk, to sam jestem sobie winny. Draco nie znosiłby, gdybym spróbował chronić go przed każdym możliwym błędem, a wysłanie Snape'a do Josepha niczego nie zrobiło, póki Snape nie był gotów na leczenie.
Tyle czasu leczyłem się razem z nimi, korzystałem z ich wsparcia, że porzucenie ich teraz byłoby niewdzięczne. Ale działanie we własnym zakresie, uczenie się jak mam się zachowywać, kiedy nikt na mnie nie uważa, też nie jest takie złe. Przecież tak właśnie musiałem zrobić przy Rosierze, w umyśle Voldemorta, w Zakazanym Lesie, albo na grzbiecie Acies. A jeśli mam zacząć się leczyć na więcej, niż jednym poziomie, jeśli mam zacząć żyć jednocześnie, to potrzebuję zacząć się leczyć zarówno z Draco i Snape'em, jak i bez nich.
Nie spodobały mu się wnioski, które momentalnie wskoczyły mu przez to do głowy. Jeśli miał zamiar być ze sobą szczery, to by oznaczało, że powinien podjąć się znowu pracy nad leczeniem swojego nadgarstka i rozmowami z Josephem i musiałby to zrobić nie tylko wtedy, kiedy Draco i Snape go o to proszą, ale z własnej woli.
Nie chcę, jęknął do siebie. Przecież radzę sobie bez lewej dłoni. Radzę sobie bez rozmawiania o śmierci Kierana. To nie jest równie ważne, co inne sprawy. Bez trudu mógłby w tej chwili wymienić przynajmniej dziesięć innych ważniejszych spraw.
Ale musiał. A jeśli czasem nie będzie mu się to podobało i będzie przez to jęczał we własnej głowie, to przynajmniej będzie mógł dopilnować, żeby niechęć i marudzenie pozostały w jego głowie. Snape i Draco naprawdę nie powinni brać na siebie absolutnie wszystkiego, a ewidentnie uważają to za swój obowiązek, skoro pomogli mu się leczyć po wszystkim i teraz starają się chronić go przed każdym możliwym błędem.
W głowie zaczęło mu szumieć od krwi, więc Harry obrócił miotłę, siadając na niej, po czym wzleciał ostro w górę. Leciał tak, póki tętnienie w uszach nie ustało, po czym zawrócił i opadł w kierunku ziemi.
Mięśnie mu się naciągnęły, a uszy rozgrzały nagle nieprzyjemnie, kiedy boisko zbliżało się i zbliżało, póki nie zdawało się wypełniać całego świata. Harry poderwał miotłę w chwilę potem, mocno nadwyrężając tym mięśnie rąk, po czym zaczął się kręcić do tyłu.
Leciał w ten sposób, póki większość niepewności przemieniło się w coś innego, w ostrożną, zniechęconą determinację do kroczenia przed siebie. Czasami naprawdę wiele by dał, żeby móc być równie pewnym wszystkiego, co Draco i Snape, bez względu na to, czy chodziłoby o politykę, czy wszystko na co zasługiwał czarodziej o lordowskiej mocy.
Ale wygląda na to, że pewność siebie po prostu do mnie nie pasuje. Nie szkodzi.
Przeciągnął się, póki mu nie strzeliło w kręgosłupie, po czym wylądował i ruszył do szopy quidditcha, żeby odłożyć Błyskawicę.
Connor wyszczerzył się, kiedy zobaczył jak jego brat opuszcza boisko. Harry wyszedł polatać i pewnie myślał o quidditcha, żałując że nie latał dzisiaj z nimi. No trudno, Connor z przyjemnością opowie mu o meczu... chyba, że Harry musi się gdzieś udać już teraz, natychmiast.
Connor spróbował stłumić swój przebłysk żalu, kiedy zawołał brata po imieniu. Harry poderwał głowę i zobaczył go. Wyszczerzył się szeroko i odmachał.
Zawsze taki zajęty. Tak rzadko ma dla mnie czas.
Ale Connor zawsze mógł postawić przeciw temu dwanaście lat, kiedy Harry praktyczne nie miał czasu na cokolwiek i kogokolwiek poza nim. Przegonił od siebie przebłysk żalu, każąc mu się zamknąć, a kiedy dotarł do Harry'ego, kręcili się przez chwilę w kółko, usiłując ustalić, w którą stronę powinni teraz udać się wspólnie, kiedy jeszcze przed chwilą szli w kompletnie przeciwnych kierunkach.
Harry zaśmiał się, kiedy wreszcie im się udało.
– No dobra, to o ile Gryffindor pokonał Slytherin? – zapytał.
Connor bardzo ostrożnie poukładał swoją twarz, żeby wyrazić czystą neutralność.
– Och, nie tak wiele – powiedział. – Wciąż macie szansę na Puchar Quidditcha, jeśli zdołacie kompletnie zniszczyć Hufflepuff i Ravenclaw. No i Ravenclaw ma teraz nowego szukającego, który jest całkiem niezły i możliwe, że do czasu naszego meczu zrobi się tak dobry, że go nie pokonam.
– No powiedz wreszcie – powiedział łagodnie Harry.
Connor naprawdę starał się uszanować uczucia Harry'ego jako Ślizgona, naprawdę, ale i tak nie zdołał powstrzymać się przed wybuchnięciem śmiechem.
– Sześćset dwadzieścia do stu – przyznał. – Tak mi przykro Harry. Obawiam się, że nie macie najmniejszych szans na puchar w tym roku.
– Jeśli pokonaliście nas na ponad pięćset cholernych punktów, to nawet na niego nie zasługujemy – powiedział Harry, którego głos aż dudnił z oburzenia. – Gdzie Sam szukał tego znicza? We własnej dupie?
– Właściwie, to najbardziej zawinił wasz obrońca – zaoferował Connor. – Jakoś nie był w stanie w ogóle powstrzymać nas przed strzeleniem gola, Harry. Podczas gdy Ron latał, jakby go sam Merlin dotknął i Ślizgoni chyba nie wiedzieli nawet, co się właściwie tam stało. Tak bardzo przyzwyczaili się do uważania Rona za słaby punkt drużyny, bo tym właśnie był, kiedy jeszcze ostatnim razem grałeś przeciw nam. – Connor zachichotał na wspomnienie min pałkarzy Slytherinu, kiedy zaczęli ciskać w Rona tłuczkami, których unikał bez żadnego problemu. – W ogóle nie zorientowali się, jak bardzo się zmienił.
– Zasłużyliśmy sobie na tę przegraną – powiedział Harry stanowczo. Milczał przez dłuższą chwilę i Connor zaczął się zastanawiać, jaki temat wyjdzie w następnej kolejności. Cokolwiek by to było, nie sądził żeby zdołało przytłumić jego radość. W wieży Gryffindora trwała rozszalała impreza. Wygrali i to nie tylko dlatego, że Harry już nie należał do drużyny Slytherinu. Po prostu naprawdę dobrze zgrali się ze sobą. Connor ledwie pamiętał samą grę, poza kilkoma momentami. Bardziej zaimponował mu sposób, w jaki cała drużyna pracowała ze sobą, niemo się komunikując, krążąc i zawsze, zawsze wiedząc, gdzie znajduje się inny członek i do czego powinno dojść w następnej kolejności.
– Connor – odezwał się wreszcie Harry.
– Tak?
– Czy myślisz... – Harry podrapał się po karku. – Nie mówię tego przez twoją kłótnię z Parvati, czy dlatego że myślę, że miała rację co do mnie i Draco, albo coś w tym stylu. Ale chciałbym spędzać z tobą więcej czasu. Naprawdę. Bawić się z tobą w szukającego. Albo zorganizować wspólny wypad do Hogsmeade, kiedy będziemy się po prostu wydurniać i gadać o głupotach. Myślisz, że moglibyśmy?
Przez chwilę Connor nie wiedział nawet co powiedzieć. Czuł, jak szczęście wzbiera mu w piersi, gotowe wybuchnąć gardłem. Kiedy wreszcie nadeszło, sam nie wiedział, czy wyjdzie jako śmiech, czy wesoły okrzyk. Okazało się mieszanką obu, co ewidentnie zaskoczyło Harry'ego, podobnie jak uścisk, w jaki Connor pochwycił go w chwilę później.
– No pewnie, palancie – wymamrotał mu do ucha. – To nie musi mieć niczego wspólnego z Parvati, czy Draco. Jesteśmy braćmi, Harry.
Poczuł, jak Harry się odpręża i obejmuje go w odpowiedzi.
– Świetnie – powiedział Harry. – A teraz muszę iść i powiedzieć Snape'owi i Draco coś, co ich bardzo unieszczęśliwi.
– Chcesz wsparcia? – zapytał Connor.
– Wyśmiałbyś ich, gdybyś zobaczył ich miny – powiedział Harry.
– Myślę, że by się im to przydało – zauważył Connor. Czasami był naprawdę oburzony tym, jak niewiele humoru było w życiu Harry'ego. Przecież nie mógł liczyć ciętych komentarzy Dracona, czy sarkazmu Snape'a. Nie robili tego, by rozbawić Harry'ego, ale by zniszczyć jego przeciwników.
– Może i tak – powiedział Harry. – Ale nie tym razem.
Connor odsunął się i przez chwilę przyglądał się swojemu bratu. Harry miał zaciśnięte szczęki i poruszał się, jakby lada moment miał wskoczyć na miotłę, znaleźć Voldemorta i odbyć z nim ostatni pojedynek.
– Daj im popalić – powiedział Connor, schodząc mu z drogi.
Harry rzucił mu ulotny uśmiech, ruszając w kierunku lochów.
– Tylko opowiedz mi potem o wszystkim! – zawołał za nim Connor. Choć raz nie czuł, że jest pozostawiany w tyle. Harry ewidentnie był w stanie poradzić sobie z tym sam.
Snape czekał. Po wyjściu Harry'ego, siedzieli z Draconem w ciszy, co zastanawiało Snape'a; wydawało mu się, że Draco zacznie marudzić i chodzić po pokoju. Tymczasem zamiast tego objął rękami kolana i wbił wzrok w podłogę. Snape podejrzewał, że nie mógł go o to winić.
Sam też wracał myślami do ostatnich słów Harry'ego.
Jeśli nie jestem bezpieczny w obrębie osłon Hogwartu, otoczony własną magią, to znaczy że nigdzie nie będę bezpieczny, Draco, a już na pewno nie w łóżku w twoich ramionach.
Zawsze istniała szansa na to, że Harry nie będzie bezpieczny, bez względu na to, kto by mu nie towarzyszył, co by się nie stało, jak wcześnie nie zwrócono by mu uwagę na zagrożenie. Już wielokrotnie udawał się sam w serce niebezpieczeństwa, nawet kiedy wiedział, że to niebezpieczne. No i trzeba było też wziąć pod uwagę jego przeciwników. Jeśli ci świetliści czarodzieje byli na tyle głupi i uparci, żeby zażądać komisji nadzorczej, to nie można było zignorować obaw Harry'ego, że pewnie w swojej głupocie i uporze wycofają własne obietnice w chwili, w której komisja nadzorcza zostanie rozwiązana.
Mówiłem przecież, że go wypuszczę, pozwolę na popełnianie błędów. Nie załamie się tak samo, jak po stawieniu czoła własnej matce. W dodatku nie wierzę, że Aurora Whitestag zdoła go skrzywdzić bez jego czynnej współpracy. Zrobiła dzisiaj coś takiego. Czy naprawdę wydaje mi się, że zrobi coś takiego ponownie?
Snape musiał ostatecznie uznać, że nie. Przyglądał się oczom Harry'ego, kiedy przyznał się do użycia legilimencji i za oburzeniem, że w ogóle do tego doszło, pojawiła się zawiść wobec Whitestag, że takie zagrywki w ogóle okazały się konieczne. Teraz już wiedział. Został ostrzeżony.
I Snape też został, przez co więcej nie spróbuje tak skupiać się na legilimencji i nie da się podejść tak kretyńskim podpuszczeniom jak te Cienia.
Ale był też jeszcze Draco.
– Właściwie to jakim cudem pani Addlington tak łatwo cię podeszła? – zapytał nagle Dracona.
Draco drgnął. Następnie spojrzał na Snape'a, jakby mu kompletnie odbiło.
– Bo w tak oczywisty sposób starali się skrzywdzić Harry'ego – odpowiedział. – No, wszyscy poza moją matką i innymi sojusznikami, oczywiście – dodał lekceważąco. – A kiedy zaczęła jeszcze robić uwagi o czystokrwistych i Wielkiej Ujednoliconej Teorii, wiedziałem po prostu, że Harry niczego na to nie odpowie, bo przecież akceptuje te cholerne bzdury. Ale przecież nie mogłem puścić jej tego płazem i pozwolić na myślenie, że wszyscy w pokoju się z nią zgadzają.
– To możliwe, że nie wszyscy obecni chcieli skrzywdzić Harry'ego – powiedział Snape, przyglądając mu się uważnie. Draco był sfrustrowany, to było oczywiste, ale dzisiaj pozwolił się temu problemowi rozwinąć do niepoważnego poziomu. Snape uważał nawet własną reakcję na prowokację Cienia za niedopuszczalną, a to, jak Draco zareagował na Addlington, było jeszcze gorsze. – Na przykład Madam Marchbanks.
– Jest świetlista.
Snape parsknął wbrew sobie, aż nie wierząc w to, co słyszy.
– Przecież to nie znaczy, że jest zła.
Draco wreszcie poderwał się na nogi i zaczął chodzić.
– Komisja nadzorcza musi zostać rozwiązana – powiedział niskim i przepełnionym pasją głosem. – Będę to powtarzał tyle razy, ile będzie trzeba. Zrobię wszystko, żeby Harry to wreszcie zrozumiał. Nie wierzę, że nie zaczął tego jeszcze sam podejrzewać. Przecież powinien być w stanie zachowywać się zgodnie z własną wolą.
Snape przechylił głowę.
– Czy tu chodzi bardziej o opiekę nad Harrym, Draco, czy też wygranie kłótni?
Och, tym zasłużył sobie na łypnięcie. Ale Draco nie był Lucjuszem, więc to spojrzenie nie przyniosło wystarczająco wielu wspomnień, by wytrącić Snape'a z równowagi. Snape ciągnął dalej, bez problemu wczuwając się w rolę głowy domu.
– Wydaje mi się, że powinieneś zdystansować się na moment od tej całej sytuacji i zastanowić nad własnym zachowaniem, zanim weźmiesz jego pod uwagę. Przecież nie chcesz być dla niego obciążeniem, Draco.
– Wcale nie jestem...
– Jak nie byłeś dzisiaj?
Draco założył ręce na piersi i odwrócił się od niego.
Snape wywrócił oczami, zastanawiając się po cichu, czemu to zawsze jemu przychodziło wymówienie na głos takich oczywistych prawd.
– Pomyśl o sobie, Draco – powiedział. – Przyjrzyj się własnym emocjom i reakcjom w ten sam sposób, do jakiego ciągle zachęcasz Harry'ego. – Zamilkł na moment, zauważając napięcie w ramionach Dracona, po czym dodał miękkim tonem: – Harry nie znienawidzi cię, jeśli zadeklarujesz się wobec Mroku.
Draco obrócił się tak szybko, że aż się potknął. Snape zauważył jego upokorzony rumieniec, kiedy chłopiec zbierał się z podłogi.
– Skąd pan wiedział? – wyszeptał.
Przypadkiem zgadłem i wspomogłem się nieco legilimencją. Ale Draco nie musiał o tym wiedzieć.
– Ponieważ twój sentyment wobec Światła coraz głębiej się w tobie zakorzenia – powiedział Snape. – Ponieważ po raz kolejny próbujesz się odnaleźć w sytuacji i tym razem nie jesteś w stanie się zdefiniować wyłącznie jako partner i kochanek Harry'ego. Ponieważ jesteś mrocznym czarodziejem, Draco, masz zdolności do tych zaklęć, żywisz głęboką niechęć do ludzi z przeciwnej deklaracji i uwielbiasz stosować taktyki, których Harry wolałby w miarę możliwości unikać. Powiedz mu, że chcesz się zadeklarować. Zrozumie.
– Wydawało mi się... że powinienem pozostać niezadeklarowany...
– To ścieżka Harry'ego – powiedział Snape. – Niewielu czarodziejów jest w stanie nią podążać. Ale nie znienawidzi cię, jeśli to zrobisz.
Draco przez chwilę skubał zębami swoją wargę, wbijając wzrok w podłogę. Snape podejrzewał, że pewnie nie spodziewał się, że akurat teraz dojdzie do tak decydującego momentu w jego życiu. Ale doszło do niego i musiał wyjść mu na przeciw, zamiast ciągle się mu sprzeciwiać i doprowadzać siebie i Harry'ego do szału poprzez usilne prowadzenie własnego życia poprzez jego. To właśnie przez to zachowywał się dzisiaj w ten sposób. Mówi się, że Światło i Mrok nawołują dusze czarodziejów, którzy się im podobają. Snape w to wątpił, ale gdyby to była prawda, to Mrok z całą pewnością wzywał do siebie Dracona. W dodatku zbliżało się zimowe przesilenie, kiedy to dziki Mrok będzie najpotężniejszy. Jego głos z pewnością robiłby się coraz głośniejszy.
– Powinienem – wyszeptał Draco. – Chciałby, żebym zrobił to, co mnie najbardziej zadowala, a nie to, co by mu się podobało.
Snape kiwnął głową i niczego więcej nie powiedział. Draco już podjął decyzję. Od teraz sam będzie się zachęcał do dalszego podążania tą ścieżką.
Rozległo się pukanie do drzwi, po którym Harry wszedł bez oczekiwania na odpowiedź, czy zaproszenie. Snape podniósł brwi, kiedy zobaczył wypisaną na jego twarzy determinację.
Cóż. Wygląda na to, że ta rozmowa okaże się naprawdę interesująca.
Wyprostował się w fotelu, wychodząc jej mentalnie na spotkanie.
