Druga scena zawiera ciężki slash, więc pomińcie ją, jeśli niekomfortowo wam się czyta coś takiego.

Rozdział czterdziesty dziewiąty: Kwestia równości

Harry z przyjemnością zobaczył, że Snape spojrzał na niego, jakby faktycznie nie mógł doczekać się kontynuowania rozmowy, nawet jeśli widok zarumienionej twarzy Dracona i jego luźno splecionych dłoni nieco go zaniepokoił. No trudno, bez względu na to, co by to nie było, musi mi o tym sam powiedzieć. I tak zwykle nie jestem w stanie odgadnąć, z czym się przede mną kryje.

– Zastanowiłem się nad tym, co mi powiedzieliście – przyznał. – Wciąż nie sądzę, żebym był w stanie rozwiązać komisję nadzorczą. Ale poproszę panią Whitestag o przekazanie Madam Marchbanks dowodzenia nad komisją. I mam zamiar powiedzieć pani Whitestag czemu ją o to proszę. – Snape otworzył usta, więc Harry podniósł rękę w cichej prośbie, żeby pozwolił mu skończyć. Zaskakująco, Snape faktycznie zamknął się z powrotem. – Wydaje mi się, że ją rozumiem. Chce jakiejś władzy nade mną. Straci tę możliwość, jeśli degradacja oburzy ją na tyle, żeby opuściła komisję. Ale z drugiej strony, jeśli pozostanie w moim pobliżu, możliwe że uda mi się ją ściągnąć na swoją stronę, jak to zrobiłem już z wieloma innymi ludźmi po prostu poprzez pokazanie im moich zasad i jak wiele jestem skłonny zdobić, by osiągnąć własne cele. Mam wrażenie, że po prostu przeprosi za niewłaściwe zachowanie i od tego czasu zrobi się znacznie subtelniejsza, ale to nie znaczy, że spróbuje czegoś nowego. Teraz jednak już będę wypatrywał jej zagrań i nie sądzę, żeby to okazało się cięższe od dowolnych innych politycznych walców, które już zdążyłem zatańczyć.

Snape podniósł brwi, ale odczekał jeszcze chwilę, jakby upewniając się, że Harry naprawdę skończył. Harry kiwnął głową.

– I naprawdę wierzysz, że zdołasz przekonać Madam Marchbanks do podjęcia się tego obowiązku?

– Tak – powiedział Harry. – W ogóle nie podobało jej się to, co dzisiaj zaszło. No i powiedzieliście mi, że nie jest nastawiona przeciw mnie. Jest zadeklarowana wobec Światła, więc nikt nie będzie w stanie uznać, że degraduję panią Whitestag tylko po to, żeby wrzucić na jej miejsce któregoś z moich mrocznych sojuszników.

Snape pokiwał powoli głową. Harry zerknął na Dracona.

– A ty co o tym myślisz? – zapytał

Draco przez chwilę pocierał dłońmi o siebie.

– Podejrzewam, że jednak nie możesz tak od razu pozbyć się komisji nadzorczej – przyznał. – Nie pomyślałem o szerszych perspektywach. – Harry ugryzł się w język, żeby powstrzymać przed powiedzeniem, że Draco często o nich nie myślał. – Ale i tak wydaje mi się, że przydałoby się ustalić jakieś określone limity jej działania. Czy mają pilnować cię przez kilka miesięcy? Póki nie będziesz pełnoletni? Póki nie uznają, że już nigdy więcej nie zrobisz niczego nieodpowiedzialnego? – Draco prychnął na to i wymamrotał pod nosem coś o tym, że skoro Harry nie zdołał przekonać do tego Dracona i Snape'a, to na pewno nie zdoła komisji nadzorczej.

– To dobry pomysł – powiedział zaskoczony Harry. Do jakich doszedł wniosków, kiedy mnie nie było? – W dodatku będę się czuł znacznie bardziej komfortowo, pytając o to Madam Marchbanks, niż panią Whitestag, która pewnie znalazłaby jakąś jakąś wymówkę, żeby nie odpowiedzieć mi jasno i rzeczowo.

Draco ewidentnie wciąż był bardzo rozproszony, pochłonięty czymkolwiek, nad tym myślał kiedy Harry'ego nie było i teraz zastanawiał się nad tym bardziej, niż odpowiedzią Harry'ego. Harry czekał, czekał i czekał, ale wciąż nie nadchodziła żadna odpowiedź, tylko ciche pocieranie dłoni Dracona. Harry zerknął na Snape'a, który skrzywił się i wskazał głową na Dracona, jakby chcąc powiedzieć, że tylko jego partner może mu o tym opowiedzieć. Harry wyprostował się więc i czekał tak cierpliwie, jak tylko był w stanie.

– Harry – odezwał się wreszcie Draco. – Czy przeszkadzałoby ci, gdybym się zadeklarował wobec Mroku?

– Czy... – Harry musiał się nad tym przez chwilę zastanowić, ale ostatecznie mógł powiedzieć tylko jedno. – Pewnie że nie, Draco – powiedział. – Czyżby przesilenie zimowe wzywało cię do siebie?

Draco skrzywił się.

– Nie podoba mi się to – powiedział, jakby Snape'a nie było już z nimi w pokoju; jak do tej pory Harry tylko słyszał od niego ten ton, kiedy znajdowali się na osobności. – Zadeklarowałbym się tej samej wersji dzikiego Mroku, która zabiła Fawkesa i spróbowała zrobić z ciebie Lorda.

– Dziki Mrok był wtedy zirytowany – powiedział Harry, zmuszając się do przedarcia przez rozmyte wspomnienia, pełne feniksowych płomieni. – No i przecież nie jesteś w stanie poradzić, że akurat o tej porze roku poczułeś ten zew, Draco. Bardzo rzadko się go w ogóle czuje. Powinieneś czuć się wyróżniony. – Wyciągnął rękę i delikatnie pogłaskał Dracona po ramieniu. – Nigdy by mi nie przeszkadzała twoja deklaracja, a już na pewno nie to, wobec kogo zdecydowałbyś się to zrobić.

Draco kiwnął głową bez słowa. Harry przyglądał mu się przez chwilę, po czym podjął się dedukcji, która nie miała absolutnie żadnego związku z legilimencją.

– Czy to między innymi dlatego byłeś dzisiaj taki niegrzeczny wobec pani Addlington? Bo byłeś pochłonięty myśleniem o dzikim Mroku i co by to mogło oznaczać, gdybyś mu się zadeklarował?

Kolejne przytaknięcie. Harry objął Dracona, czując w sobie narastające poczucie troski, którą Draco czuł o niego już nie raz.

– Nie musisz kryć się przede mną z takimi problemami – wyszeptał Draconowi na ucho. – Przecież nakrzyczałbyś na mnie, gdybym sam to zrobił. Nie będę na ciebie krzyczał – głaskał teraz Dracona po kręgosłupie, żeby szybciej go uspokoić – ale na przyszłość wolałbym się dowiedzieć o czymś takim znacznie wcześniej.

Draco odetchnął cichutko, po czym odprężył się i wtulił w niego. Harry w dalszym ciągu go głaskał i zerknął przy okazji na Snape'a. Spojrzenie jego opiekuna było ostre i przeszywające, jakby chciał zapytać, czemu Harry nie przyjmuje częściej tego rodzaju pocieszeń, ale i tak kiwnął głową, jakby aprobował jego metodę uspokojenia Dracona.

Harry usiadł z Draconem z powrotem na kanapie. Odkrył, że nie chce przestać go obejmować, ale i tak trzymał ręce na kręgosłupie i ramionach. Przesunięcie ich niżej wywoływało niefortunne myśli, z którymi i tak miał już wystarczająco wiele problemów, odkąd bariery na jego hormonach pękły w czasie rytuału halloweenowego. Nie miał pojęcia jak Draco, czy też dowolny szesnastolatek, skoro już o tym mowa, radził sobie z nieustannymi falami myśli o seksie.

– Czy mamy udać się z tobą na następne spotkanie komisji nadzorczej? – zapytał Snape, jakby potrzebował usłyszeć na to odpowiedź właśnie teraz.

Draco spiął się nagle i odsunął od Harry'ego, żeby na niego spojrzeć. Harry zmarszczył brwi. Wiedział, że Draco nie miał treningu w oklumencji, dlatego nie powinien być w stanie tak szybko i skutecznie zakopać swoich emocji. To oznaczało, że uważał odpowiedź Harry'ego za ważniejszą od własnego kryzysu w temacie deklaracji.

Harry nie był w stanie patrzeć im obu w oczy na raz, więc po prostu wbił wzrok w Dracona.

– Nie, nie idziecie tam razem ze mną.

Draco podniósł lekko wargi, odsłaniając zęby, ale się nie odezwał.

– Wyjaśnij – powiedział Snape.

Harry upomniał się, że nie powinien brzmieć, jakby usiłował bronić własnych decyzji. Tę konkretną podjął z absolutnie rozsądnych powodów. Tylko dlatego, że nie miał pojęcia o tym, jak strasznie Draco nakręcał się wokół idei deklaracji, albo że wciąż nie pojmował, jakim cudem Snape tak dobrze to wszystko przyjmuje, nie znaczyło, że jego wybór nie był logiczny.

– Ponieważ chcę się tam udać sam – powiedział. – Ponieważ obiecałem pani Whitestag, że was tam nie będzie i jeśli się pojawicie, to z miejsca będzie wiedziała, że coś jest nie tak, przez co wybuduje zawczasu swoją obronę. Ponieważ czasami muszę popełniać własne błędy, włącznie z błędami na polu polityki. Chcę zobaczyć, jak wiele taktyk i wrogów zdołam rozpoznać, kiedy nikt nie będzie mnie pilnował.

Kiedy Harry obejrzał się na Snape'a, zobaczył że ten przyglądał mu się ponuro, a jego ciemne oczy były pełne czegoś, co Harry mógł uznać wyłącznie za wspomnienia. Następnie kiwnął głową, jakby to właśnie one przekonały go o słuszności decyzji Harry'ego.

– Wydaje mi się, że to błąd – powiedział. – Wydaje mi się, że marnie sobie tam bez nas poradzisz. – Harry zjeżył się na te słowa, pomimo swojego postanowienia, że spędzi to spotkanie w absolutnym spokoju, ale Snape nie dał mu okazji do okazania tego gniewu. – Ale to błąd, który musisz popełnić sam. Zahamujemy twój rozwój, jeśli zmusimy cię do polegania na nas. Zmusiliśmy cię do zrozumienia, że potrzebujesz się wyleczyć, a potem pomogliśmy ci w samym leczeniu. A teraz przyszedł czas, żebyś zaczął sam podejmować kroki w tym kierunku.

– Zdaję sobie z tego sprawę, proszę pana – powiedział Harry, niepomiernie wzruszony. Co takiego przyszło mu do głowy, że o tym pomyślał? Zupełnie jakby był w mojej głowie, kiedy latałem na miotle. – Już rozumiem, że będę musiał z własnej woli zacząć udawać się na rozmowy z Josephem i pracować nad przełamaniem klątw na moim nadgarstku. Znaczy, wciąż będę potrzebował pomocy od Argutusa i wszystkich innych, ale wola do uporania się z tym powinna być moja własna.

– Właściwie to gdzie poszedłeś, żeby pomyśleć? – zapytał Draco, którego ciekawość najwyraźniej przezwyciężyła pragnienie do zachowania chłodnej ciszy.

– Na miotłę. – Harry uśmiechnął się do niego blado. – Najlepiej mi się myśli, kiedy znajduję się z daleka od ziemi. No i... cóż. – Wzruszył ramionami. – Naprawdę czasem muszę popełniać własne błędy. Jestem już niemal dorosły, a nie przypominam sobie czasów, kiedy nie miałbym do czynienia z dominacją ze strony przynajmniej jednego innego umysłu. Najpierw to była moja matka, albo Connor, ilekroć nie było jej w pobliżu. Potem Tom Riddle. A potem wpływy ludzi, których nie byłem w stanie opuścić, jak mojego ojca, jak i te, których nie chciałem porzucić, czyli ciebie i profesora Snape'a...

Urwał, kiedy zauważył minę Snape'a, w której pojawiła się nuta nagany. Nabrał głęboko tchu i zmusił się do wymówienia tego.

– Ciebie jak i Severusa. – Odrzucił od siebie wrażenie, że był zbyt nieformalny i zasługiwał na karę za pogwałcanie takich granic, poprzez upomnienie się, że przecież Snape sam chciał, żeby Harry zwracał się do niego po imieniu. – I to było naprawdę wspaniałe, ale zanadto ułatwiliście mi życie. Zawsze miałem kogoś, kogo byłem w stanie obwinić za jakiś błąd, albo komu mogłem zaufać, ilekroć nie byłem w stanie zaufać samemu sobie, albo kogoś, kto był w stanie zerwać ze mnie kolejną warstwę treningu. Zawsze pojawił się ktoś, chętny do bycia moimi rękami, oczami, uszami. Zacząłem to zmieniać już w zeszłym roku, ale nie skupiłem się chyba na tym wystarczająco, inaczej nie doszłoby do czegoś takiego. Powinienem być na tyle inteligentny, żeby zorientować się, czym tak naprawdę było to spotkanie komisji nadzorczej, tak samo jak powinienem był okazać się na tyle silny, żeby samemu powstać po żałobie po Piętnastce Poświęconych, albo zorientować się, że Sanktuarium naprawdę było najlepszym wyjściem. – Kiwnął do Snape'a, a potem do Dracona. – Jak do tej pory większość moich błędów była nieświadoma. Chcę przypilnować, żeby stały się błędami popełnionymi świadomie, choćby w ramach ćwiczenia na czas wojny.

– Godne podziwu, Harry. – Głos Snape'a był miękki i pełen dziwnego tonu. Harry był w stanie wyłącznie porównać go do fal rozbijających się o kamienie, ponieważ jeszcze nigdy nie słyszał tego rodzaju emocji. Ale kiedy spojrzał na Snape'a, zobaczył że jego oczy lśnią z dumy tego samego rodzaju, jaką Narcyza mogłaby czuć wobec Dracona, ilekroć dokonał czegoś niezwykłego.

Harry pochylił nisko głowę, czując jak policzki rumienią mu się wściekle. Nie zasłużyłem sobie na to. Większość innych dzieci już dawno temu ustaliła, że to część dorastania i nie musiały nikomu o tym mówić.

Nabrał głęboko tchu i kazał spierdalać temu poczuciu winy. Niby czemu miałbym sobie tego odmawiać? Profesor Snape mnie kocha i jest ze mnie dumny. Jestem w stanie zaakceptować to i pławić się w tym, tak samo jak każde inne dziecko pławiłoby się w aprobacie rodzica.

– Dziękuję, Severusie – powiedział, dumny że tym razem udało mu się pamiętać o imieniu. Spojrzał na Dracona. – Rozumiesz już, co miałem na myśli, Draco? Dlaczego potrzebuję pojawić się na następnym spotkaniu komisji nadzorczej sam?

Draco westchnął i spojrzał na swoje zaciśnięte dłonie. Harry'emu nie spodobało się to westchnienie. Wolałby krzyk. Wsunął palce pod podbródek Dracona i podniósł mu głowę, żeby mogli spojrzeć sobie w oczy.

Wreszcie Draco kiwnął lekko głową, mimo że spojrzenie wciąż miało w sobie więcej uporu, niż to by się Harry'emu podobało. Harry uśmiechnął się i wstał, obejmując swojego chłopaka na poziomie ramion. Miał ochotę odprowadzić go z powrotem do sypialni w Slytherinie i po prostu go rozpieścić.

– Dziękuję wam obu – powiedział i zaczekał tylko na kiwnięcie Snape'a, po czym wymknął się z Draconem.


Draco leżał na brzuchu na łóżku i bardziej czuł mamrotanie Harry'ego, niż je słyszał, bo słowa opadały mu na włosy i ściekały po uszach niczym skondensowana mgła.

– Ty durny gnoju, czemu mi nie powiedziałeś? – Wbił palce w ramię Dracona, rozluźniając drzemiące w nich napięcie, z którego Draco nawet nie zdawał sobie sprawy. Podejrzewał, że nic nie powstrzymywało Harry'ego przed obserwowaniem ludzi i odkrywaniem, co już wiedzieli. – Powinieneś był – wyszeptał Harry. – Powinieneś był. Dziki Mrok to nie jest tylko wcieleniem tego, co zabiło Fawkesa. Jest też białym jeleniem, który uciekł przed nami w czasie Walpurgi, Mrokiem który Voldemort starał się pochwycić, Mrokiem który tańczył wokół mnie w czasie mojej pierwszej Walpurgi, który wciągnął mnie do siebie, rozłożył na kawałki i poskładał z powrotem. Jest zbyt potężny, żeby mógł pozostać w jednym kształcie. No i oczywiście, że nie będę miał ci za złe zadeklarowania się wobec niego, Draco, tak samo jak nie byłem zły o deklarację Connora wobec Światła.

Draco nie sądził, żeby zdołał się odprężyć, kiedy Harry miał zamiar porównywać go do swojego brata. Zdołał podźwignąć się na łokciu, przez co palce Harry'ego dźgnęły go przypadkiem w niespodziewanie delikatne miejsce na barku. Odrzucił głowę do tyłu, wciągając szybko powietrze, a Harry pochylił się i pochwycił jego usta w pocałunku.

Kąt był dziwny i kark zaczynał od niego boleć. Draco odkrył, że w ogóle go to nie obchodzi. Przewrócił się na plecy, objął Harry'ego i przyciągnął do siebie. Harry zanucił pod nosem, po czym podniósł się z cichym dźwiękiem protestu.

– Draco, a nie wolałbyś...

– Nie w tej chwili – wymamrotał Draco.

Harry kiwnął głową, po czym odsunął się nim Draco zdołał go zmusić do pozostania w miejscu, żeby mogli kontynuować pocałunek. Draco poczuł ciepłą dłoń na swoim biodrze, a potem Harry znowu coś mruknął, choć tym razem nie zawierało to w sobie imienia Dracona, ale za to sprawiło, że zniknęły mu spodnie i majtki.

A potem otoczyły go usta Harry'ego i Draco westchnął głośno, ponieważ to w żaden sposób nie przypominało dzikiego, intensywnego stosunku, jaki miał miejsce w czasie halloweenowego rytuału. To było bardziej miękkie, delikatne i wzrok mu się od tego rozmywał, a towarzyszące mu dźwięki mieszały się z zewem, który słyszał na skraju percepcji już od ponad miesiąca i przez cały czas usilnie wmawiał sobie, że to wcale nie jest dziki Mrok.

Teraz, kiedy zamknął oczy, zew wezbrał wokół niego niczym chmura burzowa, porywając go ze sobą na wysokie, lśniące wyżyny, podczas gdy słodkość i ciepło ust Harry'ego trzymały go zakotwiczonego na ziemi. Plecy Dracona roztopiły się, miał wrażenie jakby wyrosły mu skrzydła. Ale był też przekonany, że reszta jego ciała wcale nie topniała, wręcz robiła się coraz twardsza i gwałtowniejsza, zarówno w kwestii erekcji, jak i wykonywanych przez niego ruchów. Nie miał pojęcia, jak Harry sobie z tym radził, ponieważ po raz kolejny nie wiedział, gdzie właściwie były jego dłonie, czy kończyny, czy...

Doszedł, a w uszach przebrzmiało mu uderzenie gromu. Draco opadł ciężko na poduszki, wycieńczony i świadom, że decyzja została podjęta. Harry delikatnie odsunął się od niego. Draco usłyszał więcej zaklęć, wszystkie wypowiedziane tak cicho, że nie zakłóciły jego rozleniwienia; umyły go, zniknęły mu koszulę i ułożyły pod kocami. Dłoń Harry'ego przeczesywała mu włosy, więc Draco obrócił głowę, żeby ucałować mu nadgarstek.

– Zadeklaruję się – wyszeptał.

– W czasie zimowego przesilenia? – Głos Harry'ego był równie cichy, jakby obaj obawiali się, że jeśli zaczną rozmawiać o rytuale deklaracji normalnym tonem, to zakłócą coś świętego.

– Tak – powiedział Draco, bo nie był pewien, czy głowa zdoła mu się poruszyć nawet gdyby spróbował nią kiwnąć. – I Harry? Kocham cię.

– A to już wiedziałem. – Usta Harry'ego musnęły mu policzek tak delikatnie co jego dłoń i Draco wreszcie osunął się w pierwszy od tygodnia, nieprzerwany i głęboki sen. Nie musiał się niczym przejmować, a deklaracja zaspokoi potrzeby jego duszy bez zakłócania relacji z Harrym.


Harry oparł się o ścianę w korytarzu lochów i zadrżał. Wiedział, że musiał to zrobić. Nie mógł wziąć tylko połowę szczerości i zignorować drugą połowę. Nie będzie mógł pławić się w pełnych aprobaty spojrzeniach ze strony Dracona i Snape'a, jeśli nie wesprze swoich słów czynami.

Ale naprawdę nie miał na to ochoty. Opór był tak silny, że niemal sprowokował go do zawrócenia i powrotu do pokoju wspólnego Slytherinu. Harry był pewien, że Draco wciąż spał. Mógłby się do niego przyłączyć. Wyobraził sobie wsuwanie się pod koce, oplatanie swojego chłopaka ramionami, ciepło jego ciała, miękkość i zapach jego włosów...

A potem przypomniał sobie, że przecież stał po środku dostępnego dla wszystkich korytarza, gdzie nie mógł sobie pozwolić na takie myśli. Zapukał mocno do drzwi przed sobą.

Joseph otworzył je w chwilę potem. Zamarł, kiedy zobaczył Harry'ego, po czym przyjrzał mu się uważnie. Harry zarzucił głową, niczym nerwowy koń – nie był w stanie powstrzymać się przed wykonaniem tego gestu – ale spojrzał mu w oczy i Joseph kiwnął głową, jakby gest albo spojrzenie pomogło mu zdecydować.

– Jesteś gotów na rozmowę ze mną, Harry – powiedział, otwierając szerzej drzwi. – Wejdź, proszę.

Harry wszedł. Kwatery Josepha nie zostały udekorowane równie drobiazgowo, co Very, kiedy pozostawała z nim w Hogwarcie, ale z drugiej strony, Vera nie mieszkała nawet w lochach. Joseph zawiesił na ścianach swoje mapy i narzucił na nie zaklęcia, które chroniły je przed wilgocią kamieni. Pod i ponad nimi wisiały sztandary, których Harry nigdy wcześniej nie widział. Przymrużył oczy, ale nie był w stanie rozpoznać żadnego z symboli. Od czasu do czasu wydawało mu się, że widział coś, co przypominało herb jednego z hogwardzkich domów, ale zanim zdołał się przyjrzeć, kształt rozmywał się w morzu chaosu.

– No i jesteśmy. – Joseph kiwnął głową i Harry odwrócił się od zaskakujących ścian, dzięki czemu zauważył stojący pośrodku pokoju stół, z krzesłami poustawianymi naprzeciw siebie. Harry zajął miejsce najbliższe drzwiom, a Joseph uśmiechnął się lekko, zajmując drugie. Nachylił się, przyglądając mu intensywnie. – Podejrzewam, że powinniśmy zacząć od tego, o czym sam chciałbyś ze mną porozmawiać, Harry.

– Pewnie powinniśmy zacząć od śmierci Kierana – powiedział niechętnie Harry. – Przynajmniej dlatego, że wydawałeś się tym zaniepokojony i w sumie nie rozumiem dlaczego.

Joseph odchylił się na swoim krześle.

– Jak byś zareagował, Harry, gdyby ktoś powiedział ci, że chciał popełnić samobójstwo, nawet jeśli to pragnienie trwało tylko kilka chwil?

Harry przełknął ślinę.

– Martwiłbym się o niego.

– I?

– Nie jestem taki, jak wszyscy inni. – Harry zacisnął dłoń przed sobą, czując jak odłamki emocji kują go niczym połamane kości. W tym momencie naprawdę żałował, że Burzenie Barier nie odbudowało z powrotem wszystkich ścian. – No i to naprawdę było tylko kilka chwil – dodał. – Nie popełniłbym samobójstwa, chyba że... – Cholera jasna. Nie chciał mówić tego ostatniego.

Joseph podniósł brwi i niczego nie powiedział.

Harry odwrócił wzrok.

– Chyba że bardziej zaszkodziłbym światu żywy, niż martwy – powiedział miękko. – Pewnego dnia może nastąpić chwila, kiedy okaże się to nieuniknione. Zawsze zdawałem sobie z tego sprawę. Gdyby Voldemort zdołał zrobić ze mnie swoją broń, gdyby zdołał mnie opętać, albo gdybym oszalał i został Mrocznym Panem, to już wolałbym śmierć. Nie chcę obciążać przyjaciół rozpaczą konieczności zabijania mnie.

– A czemu chciałeś się zabić po śmierci Kierana? – zapytał Joseph.

Na to mogę odpowiedzieć.

– Obiecałem, że go ochronię – powiedział po prostu Harry. – Teraz już wiem, że nic nie byłoby w stanie powstrzymać Lokiego przed dorwaniem go, nie po tym jak Loki rozpoczął rytuał zemsty, ale wtedy jeszcze nie zdawałem sobie z tego sprawy. Powinienem był stworzyć jakieś osłony, zaklęcia, własny rytuał, no cokolwiek, co mogłoby go ochronić. Tak samo, jak z tymi dziećmi uwięzionymi pod siecią życia. Powinien istnieć jakiś sposób na uratowanie ich.

– Nie wszystko jest możliwe – powiedział Joseph. – Chyba zdajesz sobie z tego sprawę, Harry? – Brzmiał na lekko rozbawionego. Harry podejrzewał, że nieczęsto musiał wyjaśniać to ludziom, z którymi rozmawiał.

– Kiedy właśnie powinienem być odpowiedzią na niemożliwe – wypalił Harry. – Powinienem być w stanie robić wszystko to, czego inni nie są w stanie. To właśnie oznacza posiadanie lordowskiej mocy. Nie chcę rzucać mrocznych zaklęć, torturować ludzi, albo manipulować nimi, żeby robili to, co chcę. Wolę korzystać ze swojej potęgi, żeby im pomagać i leczyć. A ludzie zaczęli przyzwyczajać się do myślenia o mnie jak o kimś, kto jest w stanie pomóc i wyleczyć, ilekroć jest to konieczne. Dlatego też cierpię, ilekroć zderzam się z czymś, czego nie mogę zmienić.

– Samobójstwo to wciąż cokolwiek ekstremalna reakcja na tego rodzaju porażkę – zauważył Joseph. – Zwłaszcza że nie pozwoliłaby ci na ratowanie i leczenie innych w przyszłości.

Harry syknął, żałując że nie ma uszu, które mógłby położyć po sobie. Gówno prawda, a nie pozostałości po truciźnie, jaką były sny o Voldemorcie. Moją formą animagiczną jest ryś i im szybciej Peter to zaakceptuje, tym szybciej będzie w stanie mnie wytrenować.

– Zdaję sobie z tego sprawę – powiedział.

– Harry?

Założył ręce na piersi i skrzywił się w kierunku podłogi.

– Harry?

– Nie... nie chcę być tego rodzaju człowiekiem, który łamie dane obietnice – powiedział Harry podłodze. – Nie chcę być tego rodzaju człowiekiem, który krzywdzi przyjaciół. Nie chcę być tego rodzaju człowiekiem, który rani świat tak, jak to robi Voldemort, jak to robił Dumbledore.

– I?

– Tak bardzo chcę uniknąć stawania się tego rodzaju człowiekiem, że gdybym tylko uznał, że już nikomu się nie przydam, pozostając przy życiu, tylko bym wszystkich krzywdził... to tak, zabiłbym się. – Harry podniósł głowę i spojrzał na Josepha. – Tak już po prostu mam. I wiem, że pewnie powiesz, że samobójstwo jest samolubne, ale ja tu mówię o ekstremalnych sytuacjach, a nie o tym, co zaszło z Kieranem, czy siecią życia. Nie, mówię o czymś jeszcze bardziej ekstremalnym, ponieważ nawet gdybym już nikomu się wtedy nie przydał, Draco i Snape wciąż mogliby korzystać z mojej obecności. Ale jeśli kiedykolwiek dojdzie do chwili, w której bardziej samolubnym z mojej strony byłoby pozostanie przy życiu, to oczywiście że umrę.

Joseph siedział tak długo w ciszy, że Harry zaczął mieć nadzieję, że może jednak nie wie, jak się z tym uporać i będzie musiał go wypuścić. Nigdy wcześniej nie wyraził w ten sposób swoich przekonań, ale oczywiście że zawsze w nim tkwiły. Jakże mogłyby nie? Może nakładać na siebie zabezpieczenia, takie jak komisja nadzorcza; może mieć przy sobie ludzi, którzy kochają go dla niego samego, jak Draco i Snape. Był znacznie bardziej zaleczony niż pięć lat temu. Wiedział, jak kochać ludzi, którzy nie byli Connorem. Rozumiał już, że rodzice się nad nim znęcali.

Ale wciąż nie pojmował, jak można cenić życie po prostu dla niego samego. Harry miał nadzieję, że nigdy się tego nie dowie. W tej chwili najważniejszym było dla niego, w jaki sposób żył, a nie że w ogóle żył. Bo pod koniec, kiedy wszyscy strażnicy znikną, ostateczny osąd pod względem tego, jaki ślad pozostawia po sobie na tym świecie, będzie musiał pochodzić od niego samego. A jeśli okaże się, że tylko go rani, to jak zdoła usprawiedliwić sobie pozostawanie przy życiu?

– A inni? – zapytał Joseph.

– Nie mam pojęcia o co ci chodzi – poinformował go uprzejmie Harry.

– Gdyby wydawało ci się, że twój brat tylko szkodzi światu – powiedział Joseph – to czy poleciłbyś mu samobójstwo?

– Oczywiście że nie – powiedział Harry, czując odrazę na samą myśl. – Ale nie sądzę, żeby kiedykolwiek był w stanie dotrzeć do tego punktu. Poza tym, nawet gdyby zaczął rozważać samobójstwo, to musiałby sam podjąć tę decyzję. Nie mogę aż tak mocno wpływać na jego wolną wolę.

Joseph jeszcze przez chwilę przyglądał mu się w milczeniu.

– Masz naprawdę niezwykłe podejście do życia i śmierci, Harry – powiedział wreszcie.

– Ale to chyba dobrze, nie? – upierał się Harry. – Bo skoro samobójstwo jest fundamentalnie samolubne, to chyba dobrze, że zaczynam okazywać samolubność?

Joseph ukrył na chwilę twarz w dłoniach i westchnął. Harry przyglądał się mu, nieco zirytowany. Wyglądało na to, że ilekroć udawało mu się wreszcie dotrzeć i uwierzyć we wnioski, na które starali się go nakierować, to nagle okazywało się, że za nimi znajduje się cały kolejny zestaw i wszyscy byli na niego źli, że Harry sam jeszcze do nich nie doszedł.

– A gdyby twój Malfoy rozważał samobójstwo? – odezwał się wreszcie Joseph.

Harry wzdrygnął się.

– Nie chciałbyś tego, co? – Joseph nachylił się do niego. – A mimo to siedzisz tu i mówisz, że jesteś gotów osądzać własne życie, jakby to był podatek opłacany światu i gdyby okazało się, że jest niewłaściwie wykorzystywany, to przestałbyś go płacić. – Głos lśnił mu z pasji, której Harry kompletnie nie rozumiał.

Przełknął kilka razy ślinę.

– Tak, bolałoby – powiedział ostatecznie. – Merlinie, ależ to by bolało. – Sama myśl o Draconie celującym w siebie różdżką, albo z nożem w dłoni, sprawiała że ciarki przebiegały Harry'emu po kręgosłupie, jakby starały się uciec. – Ale to wciąż musiałaby być jego decyzja. Wykłócałbym się z nim, gdybym uważał że może znajdować się pod klątwą Imperiusa, albo ludzie z jego otoczenia wpłynęli na ten osąd i potrzebowałbym całego mnóstwa dowodów na to, że tak nie jest. Ale gdyby podjął tę decyzję z własnej, wolnej woli, to pozwoliłbym mu na to. Musiałbym. Nienawidziłbym tego, ale musiałbym.

Zaskakująco, Joseph uśmiechnął się.

– Przynajmniej pod tym względem faktycznie postrzegasz siebie i innych w tym samym świetle – mruknął. Następnie ponownie nachylił się do przodu. – A teraz chciałem cię zapytać, co mogłoby sprawić, żebyś uznał, że jednak warto żyć, poza przyjemnością jaką czerpiesz z pomagania i leczenia innych.

Harry westchnął.

– Tu znowu chodzi o to, jak smakują różne rzeczy, prawda?


Harry czekał cierpliwie pod zamkiem na Connora, powracającego z zajęć z opieki nad magicznymi stworzeniami. Był to niespotykanie piękny dzień w środku listopada, chmury śmigały po niebie, polerując je niczym diament, a promienie słońca przylegały do ziemi, jakby nie chcąc jeszcze jej opuścić, mimo przecinających je smug. Harry czuł zapach mrozu w powietrzu i zaczął się bezmyślnie zastanawiać, czy niebawem nie spełni się błogosławieństwo Remusa o śniegu i sosnowych igłach.

Na samym skraju percepcji usłyszał śmiech, szalony, uradowany śmiech. Zignorował go. Dziki Mrok mógł wzywać Dracona do woli, bo Draco już przygotowywał się do rytuału, który odbędzie się na zimowe przesilenie. Ale to nie oznaczało, że Harry musiał tego słuchać. Kazał śmiechowi się odwalić.

Przyszło mu do głowy, kiedy odchylił się, żeby głębiej odetchnąć dmuchającym w niego wiatrem, że za parę dni minie cały rok od rozprawy jego rodziców. Pokręcił głową. Był wówczas tak rozbity, że nie byłby w stanie nawet sobie wyobrazić, że właśnie tak czułby się w zaledwie rok później. Ale też wówczas nie był chyba nawet w stanie myśleć o jakimkolwiek życiu, wybiegającym poza tych kilka dni, kiedy miało dojść do rozprawy. Tak bardzo skupiał się na uratowaniu Jamesa i Lily, że w ogóle nie myślał o czymkolwiek, do czego miałoby dojść później.

– Harry!

A oto i jego brat. Harry odsunął od siebie te nieszczęśliwe myśli i wstał, uśmiechając się ciepło. Następnie podniósł brwi, zastanawiając się czy jednak powinien był uprzedzić brata, że miał zamiar pobawić się z nim w szukającego. Parvati szła za Connorem, nie tak do końca obok niego, ale na tyle blisko, że Harry był w stanie cieszyć się przez chwilę myślą, że może jednak nawiązali znowu jakiś kontakt.

– Connor – powiedział, po czym kiwnął do Parvati. Spojrzała na niego ze strachem, po czym pokręciła głową i minęła go, ruszając szybko w stronę zamku. Harry zmusił się od odpuszczenia sobie i tych myśli, podobnie jak to przed chwilą zrobił z popękanymi wspomnieniami o rozprawie rodziców. Miał nadzieję, że za parę dni jego bariery oklumencyjne wreszcie zaczną dochodzić do siebie po Halloween. Z przyjemnością powita je, kiedy znowu pojawią się w pełni sił, dzięki czemu będzie w stanie kontrolować swój umysł na sposoby, do których zdążył się już przyzwyczaić. – Pomyślałem, że moglibyśmy dzisiaj razem polatać, jeśli ci to nie przeszkadza.

– Pewnie że nie. – Connor wyszczerzył się do niego. – Pokażę ci, w jaki sposób wygrałem wyścig po znicz w czasie meczu między Gryffindorem i Slytherinem.

– Założę się, że znajdę na niego kontrę – powiedział Harry, czując jak zalewa go proste szczęście, które dla odmiany nie miało związku z niczym skomplikowanym, ani pomaganiem światu. Uśmiech jego brata przypomniał mu o czasach, kiedy wspólnie latali w Dolinie Godryka. Harry się wtedy powstrzymywał, jasne, dzięki czemu ani jego rodzice, ani brat nigdy nie domyślili się, jak bardzo był utalentowany na miotle, ale to stało się jego drugą naturą, nim nie skończył ośmiu, czy tam dziewięciu lat, kiedy to zaczął cieszyć się grą pomimo swoich instynktów. Ciekawiło go, czy zdoła teraz poczuć to ponownie, bez cichej, wibrującej satysfakcji pochodzącej ze świadomości, że przestrzegał w ten sposób nakazów Lily.

– Właśnie że nie. – Connor wywrócił oczami. – Wymyśliliśmy go z Ronem, jeszcze nigdy nie widziałeś czegoś takiego.

– Ale Rona tu teraz nie ma – zauważył Harry.

Connor przymrużył oczy.

– To nie ma znaczenia. I tak cię pokonam.

Harry prychnął i ruszyli w kierunku szopy quidditcha, kłócąc się po drodze.


Tym razem Connor był zdeterminowany. Sobotni mecz był wspaniały, produktywny, rewelacyjny. Drużyna Gryfonów jeszcze nigdy tak nie latała, a już planowali swój następny popis.

Connor jednak czułby się znacznie lepiej, gdyby widział taką grę oraz pokonał przy okazji Harry'ego. Drużyna Slytherinu miotała się bez niego tak nieskładnie, że pokonanie ich nie dawało tej samej satysfakcji. Harry miał rację, Ślizgoni przegrali tak haniebnie, że naprawdę nie zasługiwali na Puchar Quidditcha.

Ale teraz Harry zaoferował mu okazję do pokazania, na jak wiele było go stać kiedy miał stawić czoła bratu na miotle.

Connor podniósł swojego Nimbusa, czując jak podniecenie przebiega mu przez dłonie, jakby komunikowało się z drewnem. Gdyby tylko posłuchał, w uszach przebrzmiałby mu głos Katie Bell, kiedy motywowała ich podczas ostatniego treningu przez meczem.

Wielu ludzi powtarza, że latanie jest jak pojedynkowanie się, ale nie mają na myśli tego samego co ja. Chodzi im bardziej o to, że jeśli coś pójdzie w powietrzu nie tak, to upadek z miotły czy cokolwiek innego może okazać się sprawą życia lub śmierci. Dla mnie jednak najważniejsza jest szybkość i spryt. Słabszy czarodziej może wygrać pojedynek z potężniejszym, jeśli tylko pomyśli szybciej o jakimś zaklęciu, albo skorzysta z pomniejszej klątwy, która nawet nie przyjdzie do głowy przeciwnikowi przyzwyczajonemu do niewybaczalnych. Do tego samego dochodzi w quidditchu. Wasz przeciwnik może mieć lepszą miotłę, a i tak będziecie w stanie z nim wygrać. Właściwie to nawet wiemy, że to możliwe.

Jej zerknięcie ugodziło Connora. Z całej siły wyprostował się i kiwnął głową do Katie. Wiedzieli, oczywiście, że nie będą grali w sobotę przeciw Harry'emu, ale Connor zdawał sobie sprawę, że Katie wierzyła w niego tak bardzo, że była pewna wygranej nawet gdyby jego brat pojawił się wtedy na boisku. Błyskawica Harry'ego nie powinna mieć aż takiego znaczenia, podobnie jak jego trening bitewny. To był quidditch, a Connor był dobry w quidditchu. Nie powinien przegrać tylko dlatego, że Harry był szukającym przeciwników.

Harry zdążył już złapać własną miotłę i obejrzał się jeszcze na odległą ścianę szopy.

Accio znicz – mruknął. Connor poczuł, jak kilka zaklęć pęka z wysiłku, po czym znicz śmignął przez ciemności i zaczął krążyć mu wokół głowy.

Connor zachichotał.

– Czy tak wolno? – zapytał.

– Och, przynajmniej dzięki temu komisja nadzorcza będzie miała jakąś wymówkę, żeby na mnie nakrzyczeć. – Harry wzruszył ramionami, po czym przerzucił nogę nad Błyskawicą. – No chodź. – Wyleciał przez drzwi szopy, zanim Connor zdążył zareagować, czy nawet zapytać, czemu komisja nadzorcza miałaby przejmować się takim głupstwem. Znicz poleciał za nim, jakby prowadzony na smyczy.

Connor wskoczył na Nimbusa z nową determinacją i również śmignął przez drzwi, mimo że o mały włos zahaczył ramieniem o framugę. Ale skoro Harry był w stanie to zrobić, to on też. Wola naprawdę miała wielkie znaczenie.

Właśnie, odezwał się niewygodny głos gdzieś z jego wnętrza. To właśnie wola powstrzymywała Harry'ego, ilekroć mógł cię bez trudu pokonać w czasie waszych dziecięcych gier.

Connor kazał się zamknąć niewygodnemu głosowi. Czasami naprawdę oburzało go, że w ogóle nachodziły go takie myśli. Zanadto przypominały mu o tym, jak było kiedyś. Nigdy więcej nie chciał żyć w ten sposób, bezmyślnie polegając na tym, że czułość Harry'ego pozwoli mu na wygrywanie gier i zajmowanie się wszystkimi ważnymi sprawami. Skoro miał zamiar pokonać Harry'ego, to zrobi to na własnych warunkach.

Kiedy Connor wyleciał z szopy, Harry już krążył wokół boiska, czekając na niego. Kiwnął głową, po czym wypuścił znicz spod swojej kontroli. Złota kuleczka momentalnie śmignęła w dal, zabłyszczała i zamigotała, po czym zniknęła. Connor uśmiechnął się. Pochmurny dzień tylko wszystko utrudniał, bo promienie słońca nie mogły zdradzić położenia znicza.

Jego brat przylgnął do Błyskawicy, rozglądając się przed sobą. Connor zaczął krążyć w przeciwnym kierunku, oddychając głęboko i pozwalając sobie na osunięcie się w swego rodzaju połowiczny trans, który przydawał mu się do zlokalizowania znicza. Starał się sięgnąć ku niemu, myśleć tak jak on, postawić się na jego miejscu i uświadomić sobie, jak by to było, musieć unikać niezgrabnych, zachłannych rąk wypatrujących go szukających.

Stracił przy okazji Harry'ego z oczu, ale to nie miało znaczenia. Najważniejszy był złoty blask pod nim i sposób, w jaki zaczął nurkować, zanim jeszcze chęć zanurkowania w ogóle pojawiła mu się w głowie. Dobrze, to było dobrze. Jeśli miał pokonać Harry'ego samą szybkością, to musiał myśleć mięśniami, nie głową.

Z boku zauważył ruch, który go zaskoczył i wyrwał z transu. Poderwał głowę i zobaczył, że Harry nurkuje ostro i gwałtownie, trzymając miotłę tylko kolanami i niecierpliwie wyciągając rękę przed siebie. Znicz w ostatniej chwili śmignął w bok, a Harry zaklął szpetnie, tracąc go z oczu.

Nie chcę też wygrać tylko dlatego, że ma tylko jedną dłoń, pomyślał Connor.

– Czy chcesz, żebym związał sobie rękę za plecami, Harry, żeby ci to nieco ułatwić? – zawołał, rozglądając się desperacko za jakimkolwiek śladem po zniczu.

Harry wywrócił na niego oczami, jakby to w ogóle nie było warte odpowiedzi i Connor podejrzewał, że faktycznie mogło nie być. Zakręcił po raz kolejny, rozglądając się bystro, przekonany że lada moment znów zauważy znicz.

Ale nigdzie go nie było, więc chwile przeszły w minuty, a minuty zaczęły się rozciągać w kwadranse i półgodziny. Connor zadrżał, kiedy wiatr zaczął przeszywać mu ubrania. Mieli na sobie po prostu zwykłe szaty, a nie strój do quidditcha, może z wyjątkiem rękawic. Kiedy znaleźli się w szopie nie wyglądało na to, żeby dowolny z nich chciał tracić czas na ubranie się jak należy. Teraz Connor zaczął żałować, że tego nie zrobili, przynajmniej równie mocno, co faktu, że znicza wciąż nigdzie nie było.

Harry śmignął obok niego w długim, eleganckim półkolu, kończącym się zanurkowaniem, kierującym go raptownie w kierunku ziemi. Connor miał chwilę, tylko jedną, na zdecydowanie, czy to przypadkiem nie był zwód, mający na celu odciągnięcie go od prawdziwego znicza.

Spojrzał na głowę Harry'ego, jej nachylenie, napięcie mięśni na jego karku, sposób w jaki jego dłoń po raz kolejny puściła trzonek, jakby nie była w stanie wysiedzieć w miejscu. On tak na serio, pomyślał.

Ruszył szybko za Harrym, prawie depcząc mu po piętach, ale lecąc odrobinę pod nim, żeby Nimbus nie musiał ścigać się z Błyskawicą, a po prostu trzymać się jej cienia. Poruszał szybko głową, niczym ptak poszukujący robaków, mając nadzieję zobaczyć smugę światła przynajmniej kątem oka.

Wiatr zawył mu w uszach, a potem nagle zobaczył znicz, kręcący się w leniwej spirali między nim a ziemią. Connor zawył ze szczęścia. Czyli zanurkowanie Harry'ego jednak było zwodnicze, ale i tak poniosło go w dobrym kierunku. Opadł raptownie, udając się za nim w pościg.

Zobaczył jak mija go cień i zorientował się, że Harry zanurkował pod znicz i teraz wznosił się, żeby go złapać.

Serce zabiło mocno Connorowi, kiedy sięgał po niego z góry, podczas gdy Harry starał się go złapać od dołu. Obydwu nie uda się ten manewr, jeśli tylko znicz uskoczy w bok, ale póki co po prostu tam wisiał, jakby na nich czekał. Już czuł złoto w dłoni, posmak zwycięstwa w ustach. Palce mu drgnęły. Złapie go. Uda mu się. Musi mu się udać. Upewni się, że mu się uda.

Opadł, kompletnie przekazując wiatru kontrolę nad swoją miotłą. Znicz zalśnił, ale nie wyglądało na to, żeby chciał się ruszyć. Ręka Connora wystrzeliła, jego palce były zakrzywione niczym pazury.

A Harry śmignął nagle obok niego w oszałamiającej prędkości i odebrał mu zwycięstwo.

Connor zaklął i nagle zaczął przeklinać coś innego, bo wiatr porwał mu Nimbusa i niemal grzmotnął nim o jedną z bramek. Zakleszczył z desperacją nogi na miotle i obrócił nią pod wiatr, pozwalając mu się zatoczyć raz i drugi, po czym wystrzelił z powiewu. Nimbus zakręcił się dwukrotnie, po czym uspokoił. Connor westchnął i obejrzał się na Harry'ego.

Dowolny żal i desperacja roztopiły się na widok jego brata. Usta Harry'ego były otwarte i pełne śmiechu, oczy mu aż od niego lśniły. W dodatku machał zniczem, jakby to wcale nie był znicz, ale odpowiedź, która pomoże mu w pokonaniu Voldemorta. Connor uznał, że dla czegoś takiego warto poddać nieco satysfakcji.

– Pokonałem cię – zawołał śpiewnie Harry, przez co Connor podważył nieco poprzednią myśl.

– Po prostu miałeś fart – powiedział. – Zero zdolności. No i masz szybszą miotłę.

– Szybkość równa się zdolnościom w quidditchu. – Harry pogłaskał Błyskawicę bez puszczania znicza i wyszczerzył się do niego. – Chcesz spróbować jeszcze raz?

Nagle obejrzał się i zmarszczył brwi. Connor rozejrzał się z obawą wokół boiska. Ilekroć Harry tak wyglądał, śmierciożercy zwykle nagle wyskakiwali dosłownie znikąd.

– Co jest? – zapytał.

– Ktoś właśnie wszedł na teren szkoły – powiedział rozkojarzony Harry, wpatrując się coś niewidocznego dla Connora. – Ktoś potężny. Nie Voldemort, jego rozpoznałbym od razu. Ale też nie Falco. Nie wiem, kto inny mógłby...

– Harry!

Connor spojrzał w dół. Rozpoznał stojącego na skraju boiska czarodzieja: był to Thomas Rhangnara. Pomachał do nich i ułożył dłonie wokół ust. Connor nie był w stanie określić, czy facet miał z natury donośny głos, czy też może użył jakiegoś zaklęcia do wzmocnienia, ale mogli go usłyszeć, jakby siedział obok nich na miotle.

– Jing–Xi tu jest – zawołał Rhangnara. Connor obejrzał się na brata, zastanawiając czemu Harry tak strasznie pobladł na to imię. – Za pozwoleniem dyrektorki, oczywiście. Chce cię poznać.

Harry przełknął głośno ślinę.

– Już lecę, Thomasie! – zawołał w odpowiedzi, po czym skierował miotłę w dół w leniwych kręgach, które choć były bezpieczniejszą metodą lądowania, to zwykle z niej nie korzystał, bo uważał ją za zbyt powolną. Connor szybko go dogonił i złapał za witki Błyskawicy, zmuszając Harry'ego do obejrzenia się na niego.

– O kim on mówi? – zapytał.

Harry ponownie przełknął ślinę.

– O Chińskiej Świetlistej Pani – powiedział. – To magiczna badaczka, pomogła Thomasowi przy Wielkiej Ujednoliconej Teorii. Wspomniała kiedyś, że chciałaby się ze mną spotkać. Po prostu... nie wiem... nigdy nie spotkałem nikogo o lordowskiej mocy, kto nie spróbowałby mnie zabić, albo zmanipulować. No i nie wiem, czy istnieje jakaś konkretna etykieta, którą powinienem przy niej zastosować. – Podrapał się po karku, a Connor musiał złapać znicz, który wyślizgnął mu się przy tym z palców.

– Jeśli zacznie cię krytykować, to powiedz jej, żeby sama uratowała najpierw świat – powiedział stanowczo Connor, klepiąc brata po plecach. – Mam iść z tobą?

– Jing–Xi chce, żebyś przyszedł sam – zawołał Rhangnara, odpowiadając na to pytanie.

Harry rzucił mu szybki uśmiech, po czym zanurkował. Connor ruszył za nim, nie pojmując czemu Harry się tak denerwuje. Przecież nawet nie znał praw i kurtuazji Panów i Pań, więc nie mógł ich celowo pogwałcić. A nikt nawet nie spróbował go ich nauczyć.

Skoro współpracowała z Rhangnarą, to na pewno okaże się rozsądna.


Harry nie wiedział w sumie, czego się spodziewać, kiedy zatrzymał się przed pokojem, który służył za biuro Syriusza w latach, kiedy pomagał gryfońskiej drużynie quidditcha. Wyczuwał bijącą zza drzwi potęgę Jing–Xi, ale nie znajdował się jeszcze wystarczająco blisko, żeby móc określić, jaka jest naprawdę – ani nawet, czy miała wokół siebie jakieś bariery, dzięki którym go nie przytłaczała. Nie wiedział, co powiedzieć, co zrobić, jakiego rodzaju etykieta byłaby w tym momencie odpowiednia.

Zmusił się do wzięcia kilku głębokich oddechów, po czym schował emocje do basenów oklumencyjnych. Bariery utrzymały. Będą musiały utrzymać. Zapukał do drzwi i poczuł, jak ta potęga skupia na nim swoją uwagę. Czy też nie, nie potęga, umysł. Harry zastanawiał się, czy to było normalne. Wyczuwał własną magię, jak i magię Voldemorta, jako coś kompletnie od nich odrębnego. Mocy Dumbledore'a nie wyczuwał zbyt często, ale w przypadku Falco zarówno jego magia, jak i umysł, były już tak nieludzkie, że ciężkie do pojęcia. Możliwe jednak, że magia miała reprezentować osobowość Lorda albo Lady, zamiast być po prostu darem.

Nie miał pojęcia.

– Wejdź, proszę – rozległ się przyjemny głos o kilku odcieniach akcentów. Harry ostrożnie popchnął drzwi.

Jing–Xi siedziała w fotelu przed kominkiem, przez który fiuknęła do Hogwartu za zgodą McGonagall. Jej strój wyglądał po części jak szata, a po części jak suknia, stworzona z jaskrawej jasnej zieleni, pomieszanej ze złotem. Miała długie, czarne i proste włosy, które krążyły wokół niej, jakby unosiła się w głębokiej wodzie. Jej oczy były ciemne i lśniące i momentalnie skupiły się z wyczekiwaniem na Harrym.

Ale to jej magia najbardziej zainteresowała Harry'ego. Miał wrażenie, że nawet bez ostrzeżenia byłby w stanie określić, że zadeklarowała się Światłu. Jej magia owinęła się wokół niego, szturchając go z dziecięcą ciekawością, ale nie okazując żadnych chęci do wędrowania tam, gdzie nie byłaby mile widziana. Od czasu do czasu tworzyła wokół nich obraz kota, czy uskrzydlonego konia, cienie które wzburzały się wokół Jing–Xi i rozbijały o siebie nawzajem.

– Witaj, Harry – odezwała się Jing–Xi.

Harry spojrzał jej niepewnie w oczy. Nagle prawe ramię opadło mu pod nieoczekiwanym ciężarem, a kiedy obejrzał się, zorientował że to ptak na nim wylądował. Machał swoim jaszczurczym ogonem i kłapał uzębionym dziobem, wbijając swoje szkarłatne ślepia w Świetlistą Panią.

– Witaj – powiedział, ponieważ wydawało się to wystarczająco uprzejme i nie wyglądało też na to, żeby ptak miał zamiar ją zaatakować. – Przepraszam, ale nie wiem, jak właściwie miałbym panią powitać.

Jing–Xi wstała. Harry z zaskoczeniem zorientował się, że była strasznie wysoka; wydawała się niezwykle drobna, kiedy siedziała pośród swojej sukni i unoszących się wokół włosów, ale jak tylko się wyprostowała, okazała się być wzrostu przynajmniej Billa Weasleya. Pochyliła przed nim głowę z powagą, po czym wyciągnęła rękę.

– Uściśnij mój nadgarstek – poinstruowała go, kiedy Harry przyglądał się niepewnie jej dłoni. – I pozwól swojej magii zmieszać się z moją. Tak standardowo witają się ci o naszej potędze. – Jej oczy wciąż lśniły czymś zdecydowanie zbyt łagodnym, by można to było uznać za współczucie. – Było mi dane poznać twoją przeszłość, więc nie dziwi mnie, że nikt cię tego nie nauczył.

Harry poczuł, jak twarz mu się nagrzewa, ale przecież nie mógł udawać, że nigdy się nad nim nie znęcano, albo że kiedykolwiek wcześniej poznał na równi kogoś takiego jak Jing–Xi. Uścisnął jej nadgarstek i spróbował odprężyć bariery na swojej magii na tyle, by zdołała zrozumieć jaki był, nie topiąc jej przy okazji.

Szybko zorientował się, kiedy został zalany jej mocą, że wcale nie martwi się utonięciem i on też nie potrzebował. Jej morze magii było kompletnie oddzielne od jego i to nie tylko dlatego, że była świetlista. Jing–Xi nie chciała go skrzywdzić, ani go kontrolować. Harry nie spodziewał się, jak wielką to sprawi różnicę. Czuł się, jakby przyglądał się lustrze pełnym światła i wzbierającej wody, podczas gdy cierpliwa dłoń pisała na tafli słowa, żeby mógł ją lepiej zrozumieć.

Jing–Xi nie chciała go skrzywdzić. Była zainteresowana unikalną sytuacją Harry'ego, włącznie z wiekiem, w jakim przyszło mu się zmierzyć z pełnią swojej mocy, jak i faktem że był magicznym dziedzicem innego Lorda, do czego czasem dochodziło, choć niezbyt często. Chciała się dowiedzieć, jak to jest być vatesem i chciała zobaczyć, jak jedyny poczytalny Lord Brytanii, za którego go uważała, zajmuje swoje miejsce w magicznym społeczeństwie. Dwie ostatnie kwestie dotyczyły każdego o lordowskiej mocy, ale dwie pierwsze były okraszone dociekliwą, samonapędzającą się, skupioną wersją thomasowego pragnienia wiedzy. Chciała się dowiedzieć, ponieważ chciała się przekonać, w jaki sposób te sprawy miały znaczenie dla Harry'ego, a nie dlatego, że w pewnym momencie mogłaby musieć stawić im czoła.

Komunia dobiegła końca, a Harry zamrugał i odstąpił o krok. Przyjrzał się twarzy Jing–Xi, starając się ustalić, co właściwie zdołała w nim zobaczyć. Miała szeroko otwarte oczy; nie był pewien, czy powinno mu to schlebiać, czy nie. Zdecydowanie nie wyglądała na znudzoną, ale raczej jakby odpowiedzi na jej pytania po prostu okazały się przerażające.

– Siadaj, proszę, Harry – powiedziała, zajmując z powrotem swoje miejsce i potrząsając po drodze nieco głową, co posłało jej włosy w przeróżnych kierunkach. Harry zauważył jednak, że nigdy nie odlatywały zbyt daleko; niewidzialna sieć zdawała się je przyciągać z powrotem do głowy. Jing–Xi zauważyła jego wzrok i uśmiechnęła się.

– Podoba ci się? – zapytała. – Obawiam się, że nie mogę sobie przypisać tego zaklęcia. Dostałam je od Stormgale.

– Stormgale? – powtórzył bezbarwnie Harry, zajmując drugi fotel. Wymówiła to nazwisko, jakby wydawało się jej, że wszyscy je znają, ale choć teraz miał wrażenie, że osobiście znał nieco lepiej samą Jing–Xi, to i tak nie miał pojęcia, o kim mówiła. Kiedy Jing–Xi przyglądała mu się uważnie, Harry zaczął się zastanawiać, czy nie pogwałcił właśnie jakiejś niepisanej zasady. Naprawdę wiele kosztowało go usiedzenie w miejscu.

– Kanerva Stormgale – powiedziała powoli Jing–Xi. – Mroczna Pani Finlandii. Wydawało mi się, że jest ci znana. To między innymi właśnie jej potędze musiałeś stawić czoła, kiedy walczyłeś w dzikim Mrokiem w czasie ostatniego przesilenia zimowego.

Harry pokręcił głową, nie tylko w zaprzeczeniu znajomości, ale też podziwie.

– A chciała zniszczyć Wyspy Brytyjskie?

– Tak właściwie – powiedziała Jing–Xi – to owszem. – Uśmiechnęła się do Harry'ego smutno. – Trzeba naprawdę specjalnej Lady, żeby mogła poddać się Mrokowi i nie zatracić kompletnie swojej poczytalności – wymamrotała. – Poczytalność Stormgale nie przetrwała deklaracji. Chce, żeby dziki Mrok zniszczył cały świat; pomoże mu w tym, ale nie krzywdzi innych tak, jak Tom Riddle. To mogłoby komuś w jakiś sposób pomóc, na przykład satysfakcjonując wrogów ludzi, których zabiła. Woli obdarować dziki Mrok swoją potęgą w nadziei, że pewnego dnia przezwycięży on Światło. Jej specjalnością jest zima, wiatry, lód i burze. Pewnego dnia zatonie w nich tak głęboko, że już nigdy nie wróci. Była strasznie rozdrażniona, kiedy pokonałeś dziki Mrok. – Jing–Xi postukała się palcem w zęby tak głośno, że Harry aż podskoczył. – Ale teraz, jak o tym myślę, to by tłumaczyło, czemu nigdy się z tobą nie skontaktowała. Jestem poniekąd jej przyjaciółką, ale fizyczna odległość nic dla niej nie znaczy. Najważniejsze dla niej jest znalezienie kogoś, kto by ją zrozumiał. I jak do tej pory, z tego co mi wiadomo, wyczuła tylko mnie.

– Czy powinienem się martwić o jej potencjalny atak na Wyspy Brytyjskie? – zapytał nerwowo Harry. Tego jeszcze mi trzeba, szalonej Mrocznej Pani obok Falco i Voldemorta.

– Nie sądzę – powiedziała spokojnie Jing–Xi. – Jak już mówiłam, jest strasznie samolubna. Nawet nie ma żadnych zaprzysięgłych kompanów. Nie chce z nikim dzielić się swoim życiem, poza bardzo rzadkimi przypadkami. Ale na swój własny sposób, przestrzega zasad Paktu.

– Jakiego Paktu? – Harry usłyszał dużą literę, ale wciąż nie miał pojęcia, o czym mówiła Jing–Xi.

– Paktu między wszystkimi Panami i Paniami na świecie – powiedziała Jing–Xi. – Większość z nas nie życzy sobie wojny, Harry. Zdajemy sobie sprawę, jak wiele świata byśmy zniszczyli, gdyby do niej doszło. Mroczni Panowie i Panie nie chcą jej, ponieważ zniszczyłaby ona władane przez nich ziemie i ludzi, a Świetliści Panowie i Panie nie chcą ich z oczywistych względów. Wyjątkiem jest Voldemort. Podobnie jak Grindelwald. No i jest jeszcze, oczywiście, dwóch Lordów w Australii, ale oni walczą tylko między sobą i pilnują, żeby mugole ich czasem nie zauważyli. – Jing–Xi wzruszyła ramionami. – Dlatego też, mimo że mieliśmy Voldemorta na oku, kiedy dwadzieścia sześć lat temu powrócił do Brytanii i ogłosił się Lordem, nie spróbowaliśmy mu przeszkodzić. Miał już przeciwnika na własnych ziemiach, Świetlistego Pana Albusa Dumbledore'a i to on miał się nim zająć. Byłoby to ograniczone tylko do ich dwóch, chyba że wojna rozrosłaby się i przeniosła na inne magiczne społeczności.

– Ale to właśnie zrobiła – powiedział Harry, zastanawiając się co, do licha, Pakt pomyśli sobie o nim jako vatesie. Nie miał przecież zamiaru przestać wyzwalać magiczne stworzenia tylko dlatego, że te żyły w Afryce, Azji, czy reszcie Europy, a nie w Brytanii. – Rekrutował śmierciożerców z innych krajów.

– To nie podpada pod definicję podboju, jaki ustalił między sobą Pakt – powiedziała Jing–Xi. – Musiałby zaatakować czarodziejów, kiedy jeszcze przebywali w swoich społecznościach i to osobiście, a nie po prostu wysłać swoich śmierciożerców, czy innego rodzaju reprezentantów.

Harry powoli kiwnął głową. Nie do końca mu się to podobało, ale możliwe, że ten układ trzymał już od dawna właśnie dlatego, że po prostu działał.

– A co z tym, że jestem vatesem i przez moją obecność sieci na całym świecie zaczynają się roztapiać? – zapytał. – W jaki sposób to pasuje do Paktu?

– Nie pasuje – powiedziała Jing–Xi. – Pakt istnieje dopiero od kilku stuleci i został ułożony, kiedy jeszcze nikt nie myślał o vatesach. Minęło znacznie więcej czasu, odkąd ktoś zdołał osiągnąć tak wiele jak ty, Harry, a nawet ona popadła w sidła przymuszenia. – Jing–Xi zamknęła na chwilę oczy i potrząsnęła głową. – Czytałam jej pamiętniki – mruknęła. – Dokonała naprawdę niezwykłych rzeczy. Ale potem spróbowała zademonstrować kontrolę nad swoją magią, przez co bardziej zainteresowała się nią, niż służeniem i wyzwalaniem innych i w przeciągu miesiąca zaczęła przymuszać. W niedługo potem się zadeklarowała.

Harry zadrżał lekko.

– Nie dopuszczę do tego, żeby coś takiego mi się przytrafiło – powiedział.

Jing–Xi przyjrzała mu się z namysłem.

– Widać po tobie, że nie chcesz, żeby coś takiego ci się przytrafiło – odparła. – Ale musisz też zrozumieć, że wielu Panów i Pań nie jest z ciebie zadowolonych, Harry.

Harry prychnął.

– Sama mi pani powiedziała, że nie pasuję do Paktu. Ale jak do tej pory nawet nie zdawałem sobie z niego sprawy, ani nie wiedziałem, jak go przestrzegać.

Jing–Xi nachyliła się i ścisnęła jego dłoń.

– I właśnie dlatego pojawiłam się, żeby ci pomóc – powiedziała. – Jesteś unikalny... magiczny dziedzic innego Lorda, vates, najmłodszy czarodziej o lordowskiej mocy w znanej nam historii, który nie ma zamiaru się zadeklarować. Pozostali nie wiedzą właściwie, co o tobie myśleć i są gotowi narobić ci kłopotów przez swoją niepewność, albo będą kisili się przez bardzo długi czas, zanim się na cokolwiek zdecydują, albo w ogóle niczego nie zrobią, jak Stormgale. Ale okazali się skłonni do powierzenia mi problemu skontaktowania się z tobą. Co mi w ogóle nie przeszkadza, Harry – dodała, zanim Harry zdążył otworzyć usta. – Jesteś młody. Jak masz uporać się z własną ignorancją, skoro nikt nie chciał ci pomóc? Dzięki temu wszelkie twoje dotychczasowe błędy są kompletnie zrozumiałe i do wybaczenia. A ponieważ masz lordowską moc, ale nie jesteś Lordem, to istnieją pewne sprawy, do których nigdy nie podejdziesz tak jak my. Chcę pomóc ci pogodzić się z warunkami Paktu – co jest niezbędne, ponieważ pozostali są zaprzysiężeni, żeby powstać przeciw tobie, jeśli odmówisz przestrzegania go i zaczniesz osobiście wyzwalać magiczne stworzenia poza Brytanią – przy jednoczesnym zachowaniu dostatecznej swobody, żebyś nie miał wrażenia, że powinieneś poddać to, czym się zajmujesz. Bo to jest ważne dla świata. – Ścisnęła jego rękę. – Naprawdę w to wierzę.

– Jeśli pani pozwoli, że zapytam...

– Proszę mów mi po imieniu. Zwykle tak właśnie się do siebie zwracamy, Harry.

Harry kiwnął głową.

– Ile miałaś lat, kiedy zamanifestowała się twoja moc?

Jing–Xi zaśmiała się. Wokół jej głowy pojawiła się iluzja fali, która szybko rozpierzchła się we wszystkich kierunkach i zniknęła.

– Naprawdę ciężko odpowiedzieć na takie pytanie, Harry. Moja magia po prostu nigdy nie przestała się rozrastać. Powinnam była znać już swoją potęgę w wieku dwudziestu lat, ale nawet moi rodzice nie byli w stanie tego określić. A potem zrobiłam się jeszcze jeszcze potężniejsza w wieku trzydziestu lat, a na czterdzieste urodziny okazało się, że mam jej dość, by zostać Lady. – Uśmiechnęła się do niego tęsknie. – Moimi najbliższymi sąsiadami są Lordowie w Australii. Stormgale, oczywiście, kontaktuje się ze mną wyłącznie, kiedy sama tego chce, a moje najbliższe przyjaciółki, Świetliste Panie z Ameryki i Meksyku, są tak zapracowane, że nieczęsto mam okazję do zobaczenia się z nimi. Naprawdę docenię możliwość nauczania cię, choćby po to, by zyskać połączenie, a może nawet przyjaźń, z kimś sobie równym.

– Nie jestem tak do końca pani... ci równy, Jing–Xi – zauważył Harry. Był w stanie wyczuć, że była nieco od niego silniejsza.

– Jesteś mi równy na wszystkie sposoby, które mają znaczenie, Harry. – Jing–Xi ponownie ścisnęła mu dłoń. – Na tym poziomie trzeba zaprzestać ciągłego porównywania i przyjąć to, co się ma. Jest nas tak niewielu na tym świecie.

Harry poczuł, jak ramiona opadają mu z ulgi.

– Czyli nie przeszkadza ci, że mogłem zachować się niekulturalnie w czasie tego spotkania, albo pogwałciłem Pakt, zanim się w ogóle o nim dowiedziałem – mruknął.

– Nie. – Jing–Xi wstała. – Nie mogę teraz długo zostać, ale też nie muszę cię uczyć wszystkiego od razu. Czy mogę otrzymać twoją zgodę na powrót i ponowne odwiedzenie cię, Harry vatesie?

Harry zamrugał, zaskoczony nagłą formalnością.

– Czemu potrzebujesz na to mojej zgody?

– Ponieważ tak się składa, że tak na dobrą sprawę jesteś Lordem Wysp Brytyjskich – powiedziała Jing–Xi. – Voldemort jest szalony, a Falco Parkinson abdykował z tej odpowiedzialności poprzez wycofanie się ze świata na tak długi czas. Zazwyczaj nie wolno nam pojawiać się na terytorium innego Lorda bez wyraźnego zaproszenia.

Harry ucałował wierzch jej dłoni.

– Zawsze będziesz tu mile widziana, moja pani. – Serce waliło mu mocno w podziwie i radości, że może wreszcie uda mu się zrozumieć, kim tak naprawdę był. Ptak na jego ramieniu zniknął. Harry wyczuwał, że aprobował Jing–Xi i nie spróbuje jej skrzywdzić.

– Dziękuję, Harry. – Jing–Xi uśmiechnęła się do niego. – Bez względu na twoją deklarację, czy jej brak, i tak czuję w tobie bratnią duszę. Myślę, że naprawdę dobrze będzie nam się pracowało. – Uśmiechnęła się jeszcze szerzej. – Może nawet pewnego dnia uda mi się przekonać Stormgale do złożenia ci wizyty.

Po samobójczych myślach i ostrożnie okrawanej teraźniejszości, która prześladowała go już od tygodnia, Harry'emu naprawdę dziwnie się myślało teraz o przyszłości nieskalanej obecnością Voldemorta, przyszłości w której mógłby faktycznie robić to, na co ma ochotę.

Jeszcze dziwniej myślało mu się o tym, że oto pojawił się ktoś równie potężny co on, skłonny pomóc mu w osiągnięciu tej przyszłości.

– Z przyjemnością się z nią spotkam – powiedział i ukłonił się przed Jing–Xi i jeśli wykonał ten gest w niewłaściwy sposób, to i tak go nie poprawiła.