Dodatek: Nadciągnięcie nocy
Snape słyszał, jak Regulus krąży po sąsiednim pokoju, ale nie podnosił wzroku. Jego dłonie nawet na chwilę nie przestawały się ruszać, mieląc idealną kombinację zmiażdżonych płatków i liści koniecznych do następnego kroku w warzeniu. Przecież eliksir wspaniałych płomieni miał być trudny do wykonania. Snape zdawał sobie sprawę z tego, że główna trudność leżała w okazaniu cieczy cierpliwości i pozwolenie jej na długie i mozolne bulgotanie. Większość warzycieli nie mogła czekać całymi godzinami, obserwując ją niczym przyczajona na kamieniu jaszczurka i mimo to dodać kolejną miazgę liści w idealnym momencie.
Ten moment właśnie nadszedł. Snape wrzucił liście i zamieszał wywar szklanym prętem. Eliksir zadrżał, po czym pojawił się w nim biały kosmyk, rozpoczynający się w środku i rozbiegający się na boki w delikatnie falującej spirali, póki całość nie zrobiła się blada z zaledwie odrobiną błękitu w rogu, który wyglądał jak wpatrzone w niego oko. Snape przyjrzał się mu uważnie. Eliksir nie był równie gęsty, jakby tego chciał, co oznaczało, że płomienie zgasną po jakiejś godzinie, ale i tak wystarczy. Sięgnął po przygotowany wcześniej materiał; wywar trzeba jeszcze będzie odcedzić, co było ostatnim krokiem w celu pozbycia się zanieczyszczeń, o czym zniecierpliwieni warzyciele często zapominali.
– Severusie?
Nie upuścił materiału. Nie upuścił mieszadła. Nie obejrzał się.
– Black – powiedział tylko, witając go tak chłodno, jak tylko jaszczurka mogłaby na widok nadciągającego węża.
– Muszę z tobą porozmawiać.
Też mi nowość, pomyślał Snape, wracając do kociołka i zanurzając gęstą siatkę w eliksirze. Wywar uwiesił się na niej, ociekając, a Snape wycisnął materiał, skręcając dłonie w przeciwnych kierunkach, powoli i subtelnie, pilnując wzrokiem rozpryskujących się kropel i nie zwracając uwagi na Regulusa. Regulus nie miał mu do powiedzenia niczego, co Snape chciałby teraz usłyszeć.
– No to mów – powiedział, kiedy minęło już kilka chwil ciszy i miał już pewność, że odpowiednio odsączył przynajmniej jedną ósmą eliksiru. Rzadka ciecz zaczynała zbierać się przy szczycie kociołka, pływając nad gęstym wywarem. Przypominało to nieco pianę na kubku piwa. Snape zamrugał i szybko schował te wspomnienia, dzięki czemu już z niczym mu się to nie kojarzyło.
– Chcę...
Regulus umilkł. Snape miał wrażenie, kiedy podnosił fiolkę i wypełniaj ją rzadszymi, kremowymi wspaniałymi płomieniami, że Regulus coraz częściej ma do tego tendencję. Nie Snape'a wina, że nie był w stanie dokończyć tego, co chciał powiedzieć.
Wyglądało na to, że miał jakąś tajemnicę, jeśli wnioskować to z jego jąkań, sugestii i rumieńców. Gdyby Snape nie znał go lepiej, doszedłby do wniosku, że Regulus zaczął współpracę z Zakonem Feniksa, zupełnie jak on. Ale Regulus nigdy nie spędzał zbyt wiele czasu w samotności; zawsze szukał Snape'a i zaczynał te swoje urywane zdania. Snape powoli dochodził do wniosku, że pewnie znalazł sobie gdzieś kochanka, albo nabrał przekonania, że w jakiś sposób się „skaził", rzucając nietypowym dla siebie mrocznym zaklęciem w czasie rajdu w zeszłym tygodniu i teraz nie wiedział, jak się do tego przyznać.
– Tak? – zapytał Snape, kiedy cisza przeciągała się już tak długo, że zaczynała skubać mi nerwy. Podniósł na niego wzrok.
– Czy nie masz... – Regulus wykonał bardzo ogólny gest, obejmujący dom Riddle'ów oraz, jak Snape podejrzewał, innych zebranych w nim śmierciożerców. – Czy nie masz czasem wrażenia, że nie jesteś taki jak oni? – wyszeptał. – Że tu nie przynależysz?
Oczy Snape'a nie przymrużyły się, ponieważ nie pozwolił im na to. Tylko Regulus miał jakiekolwiek pojęcie na temat różnic dzielących Snape'a od pozostałych służących Mrocznego Pana. To on zwrócił uwagę Snape'a na piękno i grację, zmusił go do spojrzenia na siebie pod innym kątem, niż tylko ze strony wyniosłej nienawiści i pogardy wobec wszystkich, to przez niego udał się do Dumbledore'a. To, że Snape nigdy nie podzielił się z nim tymi wnioskami, było w tej chwili nieistotne. Regulus zdawał sobie sprawę z tych różnic.
Co oznaczało, że w tej chwili mówił o swoich własnych.
A Snape nie chciał słyszeć, jak Regulus mówi o takich sprawach. Naprawdę nie był szczególnie dobrym aktorem. Tak prawdę mówiąc, Snape miał wrażenie, że Regulus przyłączył się do śmierciożerców, ponieważ jego rodzice chcieli, żeby choć jeden z ich synów podążył za Mrokiem jak należy i został przyjęty, bo był dziedzicem nieskazitelnie czystokrwistej rodziny. Tam, gdzie ludzie tacy jak Snape, półkrwiści, musieli ciężko pracować nad udowodnieniem swojej lojalności, Regulus po prostu zasłonił się swoim dziedzictwem. Ale jego pozycja i tak nie była szczególnie stabilna i jeśli zacznie wygłaszać zbyt śmiałe komentarze, to może runąć na sam dół.
Słuchanie kwestionującego się Regulusa, usiłującego wykluć w sobie sumienie, któremu jak do tej pory nieszczególnie pobłażał, łączyło się również z wizją rychłej śmierci Regulusa, jak tylko nie będzie w stanie już dłużej udawać inaczej, do czego niewątpliwie w końcu dojdzie.
I tak oto nadszedł moment, którego nastanie Snape już dawno przewidział, kiedy to będzie musiał ukryć się ze zmianą w swojej lojalności przed swoim...
Cóż. Swoim. Nie był w stanie nadać nazwy Regulusowi i wszystkiemu temu, co Regulus dla niego zrobił.
– Nigdy nie czułem się w ten sposób – powiedział, kompletnie odbierając swojemu głosowi ton, emocje i fleksję, które mogłyby zostać potencjalnie uznane za zachętę do ciągnięcia wyznań. – Zawsze czułem, że po prostu muszę przynależeć i jeśli nie powiedzie mi się konkretne zaklęcie, albo taktyka na polu bitwy, to powinienem spróbować kolejnych. – Położył dłoń na kociołku. – Przynależę do moich eliksirów. Dobrze wiesz, co by się stało, gdyby nie udało mi się uwarzyć wspaniałych płomieni, czy też dowolnej innego pomysłu naszego Pana.
To było ostrzeżenie, tak jasne jak tylko był w stanie bez wymawiania go na głos, przed tym co stanie się Regulusowi, jeśli spróbuje przekroczyć granice tolerancji ich Pana. A biorąc pod uwagę fakt, że Regulusowi nie pobłażano by tak, jak „oddanemu" Voldemortowi Snape'owi, którego chroniły umiejętności warzenia eliksirów, upadek Regulusa byłby cięższy i bardziej bolesny, niż Snape'a kiedykolwiek.
Twarz Regulusa zamknęła się, a on sam kiwnął głową.
– Masz rację. Oczywiście. Przyjmij moje kondolencje z powodu twojego zmarnowanego czasu, Severusie. – Zawrócił i zamknął za sobą drzwi.
Snape patrzył przez chwilę w miejsce, w którym jeszcze przed chwilą stał i usiłował ukoić cichy głos, który szeptał w nim, że to był błąd. Błędem ze strony Regulusa było rozpoczęcie myślenia. Nie był na tyle inteligentny, żeby przeżyć coś takiego.
– Morsmordre!
Peter Pettigrew zadrżał, kiedy na jego skórze wykwitły, niczym rak, wąż i czaszka. Stojący obok swojego Pana Snape – to jemu kazano złapać mugola, którego Pettigrew przed chwilą zabił, więc otrzymał również zaszczytne miejsce w czasie inicjacji – patrzył z nienawiścią w oczy swojego starego wroga.
Pettigrew pochylił głowę. Wiedział, oczywiście, że Snape był legilimentą, więc spróbuje uniknąć wyczytania z niego wszystkich możliwych tajemnic. Snape nabrał głęboko tchu, powoli, żeby przypadkiem szaty na nim nawet nie zadrżały, ujawniając jego słabość, po czym zatrzasnął swoją nienawiść w tyle umysłu.
No to Pettigrew był jednym z jego dręczycieli w Hogwarcie. Czy to musiało mieć teraz znaczenie? Wszyscy stali tu pogrążeni w ciemnościach. Ale Snape zajmował wyższe miejsce w oczach Mrocznego Pana, niż ten rozdygotany, skulony tchórz by kiedykolwiek zdołał. W dodatku o ile sam wiedział, jak ważny stał się dla Albusa Dumbledore'a, dzięki tworzeniu własnej ścieżki jako szpieg, jedyną satysfakcją jaką Pettigrew mógł wyciągnąć z tego wszystkiego, to że w swoim tchórzostwie zdradził własnych przyjaciół.
Nie działało. Impuls do zaatakowania wciąż w nim był. Snape nie był w stanie nawet zdecydować, w jaki sposób by go torturował, gdyby Pettigrew nagle trafił w jego ręce; istniało po prostu zbyt wiele trucizn, zbyt wiele bolesnych zaklęć i chciał skorzystać z każdego z nich osobno, wyobrażając sobie, że to James Potter, albo Syriusz Black wiją się przed nim. Ale ich zwierzątko też się nada. Naprawdę dobrze się nada.
– Severusie, zostań.
Snape opadł na kolano przy tronie, kiedy wszyscy pozostali śmierciożercy opuszczali pomieszczenie, wraz ze znajdującym się pośród nich Pettigrew, idącym pośpiesznie z opuszczoną głową i zwieszonymi ramionami. Poczuł jak dłoń Voldemorta ślizga mu się po skórze, delikatnie zataczając opuszkami koła wokół gałek ocznych. Nie wzdrygnął się na ten dotyk. Głównie miało to związek z dużym doświadczeniem pod tym względem, ale jego furia i nienawiść też odegrały w tym swoje role.
– Jesteś niezadowolony, że przyjąłem go do służby, Severusie – wyszeptał Mroczny Pan.
– Nie jestem w pozycji, z której powinienem się odzywać, mój panie – powiedział Snape. Oddech. – Jest twój, więc go nie tknę. – Oddech. – Nienawidziłem go, wciąż go nienawidzę, ale powinienem był pozostawić tego rodzaju odczucia w chwili, w której wkroczyłem pośród ciemności i zaprzysięgłem ci swoją lojalność.
– Powinieneś był – powiedział Voldemort. – A ja powinienem cię ukarać za zastraszenie naszego biednego, przerażonego Petera swoim spojrzeniem, przez co ręka mu zadrżała, jak rzucałem Mroczny Znak.
– Ukarz mnie, mój panie – powiedział Snape. Skorzystałby z tego bólu w ten sam sposób co zawsze, do zakotwiczenia swojego ciała i oczyszczenia umysłu, oraz przypomnienia sobie, kim tak naprawdę był i o co właściwie walczył. – Moja nielojalność mnie zawstydza.
Voldemort milczał przez jakiś czas. Snape zastanawiał się, czy to będzie oznaczało użycie niewerbalnych zaklęć. Nieczęsto to robił, ponieważ wolał, żeby jego ofiary i wrogowie wiedzieli, co ich czeka, bo w ten sposób osładzał sobie tortury.
– Nie, Severusie – odezwał się wreszcie Mroczny Pan. – Tak sobie myślę, że nie tym razem. Zamiast tego poproszę cię, żebyś uważnie obserwował Petera. Zdrajca może zdradzić dwukrotnie. Zaraportujesz mi każdą buńczuczność, dasz mi znać o każdym poruszeniu jego szczurzego ogona, którego nie zaaprobowałem.
Snape poczuł, jak zalewa go ogromny spokój, kojący jego nienawiść chłodną pianą. Z rozsądku wiedział, oczywiście, że Mroczny Pan często uciekał się do tej zagrywki, szczując swoich zwolenników na siebie nawzajem, zachęcając do zabiegania o jego względy i przekierowując ich agresywną energię do atakowania się nawzajem, zamiast jego.
Emocjonalnie miał to gdzieś. Wreszcie jeden z Huncwotów znalazł się w jego zasięgu. A jeśli ogon Pettigrew poruszy się choć raz niezgodnie z rozkazami Voldemorta, to Snape będzie mógł go torturować w pełni, radośnie, wdzięcznie i na takie sposoby, że wszyscy powątpiewający w jego lojalność natychmiast odwrócą wzrok – bo przy Pettigrew będzie w pełni śmierciożercą, a nie szpiegiem Dumbledore'a.
– Dziękuję, mój panie – wyszeptał.
Potem w oczach Regulusa pojawiła się sugestia, że prawdopodobnie pozostał pod drzwiami i podsłuchał tę wymianę. Snape odpowiedział mu spojrzeniem, które ostrzegło go przed zadawaniem jakichkolwiek pytań.
Regulus nigdy ich nie zadał.
Severusie!
Snape obudził się, śnięty i zdezorientowany. Nie spał już od ponad dwóch dni, najpierw zajmując się warzeniem, potem potwierdzając, że nowa wersja zarodników Czarnej Plagi Adalrico Bulstrode'a naprawdę nie pozostawiała już nikogo przy życiu, następnie wymykając się, by zdać raport Zakonowi Feniksa i wreszcie biorąc udział w „pozornym pojedynku" z Rabastanem. Snape wiedział, że Rabastan z przyjemnością by go zabił, ale mógł reagować wyłącznie pomniejszymi klątwami, równie groźnymi co klapsy, bo okazanie pełni swoich sił oznaczałoby ujawnienie się ze swoją nienawiścią wobec tego człowieka, co udowodniłoby jedną z jego słabości. Nic dziwnego, że padł do łóżka przy pierwszej możliwej okazji.
Ale i tak zastanawiał się, czemu Mroczny Pan wzywał go własnym umysłem, co nie było techniką, z której zwykle korzystali nawet najbardziej uzdolnieni legilimenci. Snape zerwał się, upewnił że wciąż ma na sobie szaty, po czym wybiegł ze swojego pokoju i ruszył w kierunku sali tronowej, gdzie instynktownie wiedział, że Mroczny Pan musi przebywać, dzięki zewowi tętniącemu w jego umyśle niczym pęknięty ząb.
Severusie!
Snape biegł. Umysł oczyszczał mu się z mgły, kiedy chował swoje zmęczenie do basenów oklumencyjnych, bo wiedział, że coś było nie tak.
Wszedł do pomieszczenia. Nie otrzymał żadnego ostrzeżenia, nie padło nic poza warknięciem Bellatrix:
– Crucio! – I nagle leżał na ziemi, wijąc się w spazmach bólu, a Mroczny Pan pochylił się nad nim, rozrzucając na boki jego tarcze i szukając dowodów na... Snape sam nie wiedział co.
Był na to przygotowany, oczywiście. Tajemnice, które najbardziej chciał zachować dla siebie, włącznie ze swoją prawdziwą lojalnością, już dawno leżały zatopione na dnie jego umysłu, niczym kamienie. Reszta była pianą, wodą i światłem, które Voldemort mógł sobie brać do woli. Jego pazury orały mu umysł, faktycznie biorąc, rozrywając, drapiąc, mieszając i przeszukując.
Wreszcie jego Pan wycofał się z warknięciem i gdzieś ponad swoimi wrzaskami Snape usłyszał jego słowa:
– Wystarczy, Bello. Nie wiedział.
Bellatrix niechętnie, jak przynajmniej wydawało się Snape'owi, wypuściła go spod zaklęcia. Usiadł, dysząc z bólu, ale opanowując się tak szybko, jak tylko był w stanie. W pokoju znajdowali się też inni ludzie, zamaskowani i poruszający się niespokojnie. Nie wiedział kim byli. Nie mógł tak po prostu okazać przed nimi słabości.
– Mój Panie – wyszeptał i skrzywił się. Wyglądało na to, że próbował kontrolować swoje wycie, w wyniku czego przegryzł sobie dolną wargę na wylot i lejąca się krew rozmywała mu słowa. Odczekał chwilę, wyleczył ją sobie bezróżdżkowo i odezwał się wyraźniej. – Co się stało?
– Regulus Black zwrócił się przeciw mnie – powiedział Voldemort szorstko i nieugięcie. – Chciałem się przekonać, czy przyłączyłeś się do niego w jego zdradzie, Severusie. – Jego szkarłatne oczy przymrużyły się. – Ale tego nie zrobiłeś – powiedział. – Wciąż jesteś moim najbardziej lojalnym sługą.
Snape zamarł w miejscu. Wiedział, że wciąż nie dorwali Regulusa, jeszcze nie, inaczej już by tu był i wrzeszczał z bólu. Prawdopodobnie uciekł. Ale przecież nie będzie w stanie zbyt długo uciekać przed łowcami, zwłaszcza że pewnie schowa się w jednej z posiadłości Blacków. Snape dobrze znał Regulusa, Regulus był jego – jego – na swój dziwny sposób, ale Regulus nie był szczególnie inteligentny. A domy Blacków miały mocne osłony. Pewnie czuł się w nich bezpiecznie.
I pewnie nawet byłby, gdyby Bellatrix, urodzona jako Black, nie służyła Mrocznemu Panu.
Ciemność zalała wtedy Snape'a, po raz pierwszy poczuł wokół siebie prawdziwą noc, przeskakującą i wzbierającą wokół niego. Wiedział, że kiedyś do tego dojdzie – stanie się coś strasznego, nie z jego woli, ale czemu nie zdołałby zapobiec, nie ujawniając się, ani nie tracąc swojej pozycji u boku Voldemorta jako jego zaufana prawa ręka.
Regulus tego nie przeżyje.
