OSTRZEŻENIE: Gore w ostatniej scenie.
Rozdział pięćdziesiąty: Biały wilk, biały księżyc
– Wciąż nie rozumiem, czemu właściwie chciałeś ze mną porozmawiać.
Harry ostrożnie odetchnął, bo nie chciał żeby to zabrzmiało jak westchnienie. Rozmowa z Michaelem okazała się być zaskakująco ciężka. Nieszczęśliwe spojrzenia wbijane mu w kark zaczęły pojawiać się coraz częściej, a Harry nie raz słyszał jak Michael i Owen kłócą się, a słowa „obowiązek" i „zaprzysięgły kompan" były wielokrotnie wykrzykiwane. Wydawało mu się, że Michaelowi już znudziła się służba, ale był zbyt dumny, czy też honorowy, żeby się do tego przyznać i przełamać swoją przysięgę. Harry uznał, że w takich okolicznościach najlepiej byłoby go po prostu z niej zwolnić.
Tymczasem Michael zdawał się nie łapać żadnej sugestii Harry'ego. Harry był teraz podwójnie rad, że postanowił rozmówić się z Michaelem w Pokoju Życzeń. Stworzyli tu sobie prywatne miejsce o grubych murach, a osłony powiadomią ich, jeśli ktokolwiek spróbuje wejść do środka. Harry nie zdawał sobie sprawy z tego, jak długo im to zajmie, albo jak bardzo bezpośredni będzie musiał się okazać.
Nachylił się więc i odezwał tak łagodnie, jak tylko był w stanie.
– Michael. Jesteś nieszczęśliwy i chyba domyślam się czemu.
Michael spiął się.
– Jesteś... oczarowany Draco – ciągnął dalej cicho Harry. Nie chciał urazić Michaela, nazywając to zauroczeniem w razie, gdyby jednak chodziło o jakieś głębsze uczucia, ale też nie chciał wychodzić z założenia, że chłopak się zakochał, jeśli to faktycznie tylko coś przelotnego. – Przebywanie w moim pobliżu musi się robić niekomfortowe, ponieważ jestem jego kochankiem i często przebywam w jego towarzystwie. Oferuję ci zwolnienie z przysięgi. To powinno oszczędzić ci nieco cierpień.
Michael wyglądał, jakby tonął, miał otwarte usta, a jego ciemne oczy mrugały od migoczących w nich emocji. Wreszcie pokręcił głową.
– W ogóle mnie nie rozumiesz, Harry – powiedział. – I nie sądzę, żebyś kiedykolwiek zrozumiał, skoro pozostajesz niezmiennie ślepy na wszystko, co masz przed nosem.
Tym razem to Harry zamrugał.
– Czy mógłbyś mi powiedzieć, co masz na myśli, Michaelu?
Pokój stworzył dla nich niewielki stolik i parę krzeseł, wraz z kompletem do parzenia herbaty. Michael wstał tak gwałtownie, że wywrócił swoje krzesło i zatrząsnął stolikiem, przez co filiżanki niemal zleciały z blatu. Harry użył zaklęcia lewitującego, ratując przedmioty, po czym przyjrzał się z namysłem plecom Michaela, który zaczął krążyć po pomieszczeniu. Wygląda na to, że jednak nie doceniłem jego zafascynowania Draco.
– Nie rozumiem, jak możesz go tak ignorować – ciągnął Michael niskim, intensywnym głosem. – Przecież to oczywiste, że chce być podziwiany za swoje piękno, za to jak się z nim obnosi, jak się uśmiecha, ilekroć udało mu się kogoś idealnie obrazić. – Przez chwilę stał w miejscu, wpatrzony w przestrzeń przed sobą, po czym obrócił się szybko i łypnął na Harry'ego. – A ty nawet przez chwilę nie docenisz go od strony fizycznej. Bez końca jesteś w stanie chwalić jego inteligencję, wolę i odwagę, ale jego piękno po prostu ci umyka.
Harry zastanowił się nad tym.
– Tak, podejrzewam że masz rację – powiedział. – Nie zostałem wychowany w myśleniu o innych ludziach w terminach piękna, przez co nie wpływa to na sposoby, w jakich o nich myślę. Z drugiej jednak strony, Draco nigdy nie przyszedł spojrzał na mnie błagalnie, z kapeluszem w dłoni, w nadziei na otrzymanie fizycznego podziwu, na którym, jak twierdzisz, tak strasznie mu zależy.
– Bo nie powinien błagać o coś takiego. – Michael założył ręce na piersi, krzywiąc się lekko. Harry podejrzewał, że blizna w kształcie błyskawicy na lewym przedramieniu zaczynała go boleć. Wielu Lordów zaczynałoby się krzywić na takie zachowanie, nawet jeśli nie było to bezpośrednia niezgoda, czy nienawiść wobec Lorda. – Powinieneś był to zauważyć. Powinieneś dać mu to, czego pragnie... wszystko, czego tylko zapragnie. Nie powinien nawet o to prosić. Gdyby był moim partnerem, nie ustałbym w wysiłkach, żeby go kochać i rozpieszczać.
– To nie to samo – zauważył Harry.
– Przecież wiem, że nie. – Michael zrobił krok w jego kierunku. – I o to właśnie chodzi, Harry. Chcę pozostać w twoim pobliżu, zaprzysiężony, bo ktoś powinien doglądać interesów Draco. Jeśli nikt nie będzie na niego uważał, to nabierze skłonności do osunięcia się z powrotem w depresję, albo nawet zacznie się zachowywać, jakby tylko twoje problemy miały jakiekolwiek znaczenie. A nie mają, tak żeby nie było wątpliwości. Jego problemy też mają znaczenie i jeśli nie zaczniesz zwracać na nie uwagi, to pewnego dnia obudzisz się i odkryjesz, że go przy tobie już nie ma.
Harry zastanawiał się, czy powinien czuć przez te słowa zazdrość, czy niepokój. Zamiast tego poczuł, jak usta mu się poszerzają w rozbawionym uśmiechu.
– Przecież to niedorzeczne – powiedział.
– Naprawdę? – Głos Michaela był niski, głęboki i pewny siebie. – Jesteś tego pewien, Harry? Przecież nie zauważasz nawet połowy jego potrzeb. Skąd ta pewność, że to właśnie ciebie chce w swoim życiu?
– To on zaproponował ten rytuał połączenia – powiedział Harry. – Ma trwać trzy lata. To daje nam mnóstwo czasu na rozważenie innych potencjalnych partnerów. Ale stał się magicznym dziedzicem swojej rodziny po prostu dlatego, że chciał zaoferować mi ten konkretny rytuał. Naprawdę jesteśmy sobie oddani, Michaelu.
– Może po prostu chciał dać sobie trochę czasu na zastanowienie się – odpowiedział z uporem Michael. – Nie mów, że nawet nie przyszło ci to do głowy, Harry. Może cię kochać, a i tak może się w końcu tobą zmęczy. Wymagasz nieskończenie więcej pracy od większości potencjalnych partnerów. Czy nie myślisz, że prędzej czy później zmęczy go ciągłe leczenie ciebie i zbieranie cię z powrotem po kolejnych załamaniach?
– Czasami przychodziło mi to do głowy, owszem – powiedział Harry. – Ale sam mi tego jeszcze nie powiedział.
– Ale też go o to nie zapytałeś. – Michael trzymał teraz głowę w sposób, który przypomniał Harry'emu o białym jeleniu, oglądającym się w czasie Walpurgi na wszystkich łowców. – Tak mi się wydawało. Boisz się tego, co mógłbyś od niego usłyszeć, co?
Harry odchylił się i uważnie przyjrzał się chłopcu. Nie był pewien, co właściwie czuć pod tym względem. Draco nie powiedział niczego, co by sugerowało, że Harry zaczyna go męczyć, albo że potrzebuje więcej podziwu, niż Harry byłby w stanie mu zaoferować. Z drugiej jednak strony nie oznaczało to, że nie chciał z nim o tym porozmawiać. A Michael miał własne powody do wygadywania tego wszystkiego nawet, jeśli nie było to prawdą, bo przecież chciał Dracona wyłącznie dla siebie.
W przeciągającej się ciszy Michael zaczął drapać się po bliźnie w kształcie błyskawicy na swoim ramieniu, a jego mina stopniowo przechodziła z irytacji w pogłębiający się ból.
– Porozmawiam o tym z Draco – powiedział wreszcie Harry. – Ale co, jeśli jednak postanowi pozostać przy mnie, a wspomniany przez ciebie podziw nie okaże się równie ważny, co inne aspekty naszej więzi?
– Wówczas i tak będę chciał pozostać w twoim pobliżu – powiedział Michael. – W razie, gdyby kiedyś zmienił zdanie.
Harry westchnął lekko pod nosem i wstał.
– Dziękuję, że przynajmniej o tym ze mną porozmawiałeś – powiedział. – Ale nie sądzę, żeby zmienił zdanie.
– Tego nie wiesz.
Na to Harry już nie wiedział co powiedzieć, nie kiedy pamiętał samego siebie, pozostającego w upartej nadziei na naprawienie swoich relacji z rodzicami. Kiwnął do Michaela głową i wyszedł z Pokoju Życzeń.
– Dlatego pomyślałem, że cię zapytam – dokończył Harry, po czym oparł się w fotelu i spojrzał na niego wyczekująco.
Draco zagapił się na niego. Harry odciągnął go od przygotowań do rytuału deklaracji, który odbędzie się na zimowe przesilenie, przez co Draconowi wciąż brzęczało w głowie od inkantacji związanych z zimnem, zapachem śniegu, czy myślami związanymi z tym, do czego dojdzie, kiedy już ciśnie różdżką w ziemię i zrobi pierwszy krok w kierunku niekończących się ciemności. Ta sprawa była w porównaniu tak przyziemna i tak wyraźnie znajdowała się poza wszelkim zrozumieniem Harry'ego, że Draco potrzebował nieco czasu na powrót do świata, żeby mógł się z nią rozprawić.
Harry poprawił się w fotelu i postukał stopą o podłogę.
– Zrozumiem, jeśli nie chcesz teraz o tym rozmawiać, Draco, albo jeśli naprawdę potrzebujesz ode mnie więcej, niż jestem w stanie ci dać – powiedział cicho. – Zawsze to rozumiałem.
– Wcale nie rozumiałeś – powiedział Draco, pocierając czoło i stanowczo odrzucając od siebie myśli o płatkach śniegu. Wciąż nie było zimowego przesilenia i miał ponad miesiąc na przygotowania. – Czego nigdy w pełni nie zrozumiałeś, to że ktoś naprawdę chciałby być z tobą pomimo twojego dzieciństwa i wszystkiego innego. Wciąż myślisz o swoich słabych punktach i wszystkich związanych z nimi kłopotach, zamiast nawet przez chwilę skupić się na swoich silnych stronach, albo wszystkim co sprawiło, że się w tobie zakochałem. – Złapał Harry'ego za rękę, kiedy Harry zmarszczył lekko brwi, i ścisnął ją. – Pamiętasz listę, którą ode mnie dostałeś na święta w zeszłym roku, wymieniającą wszystkie powody, przez które cię kocham?
Harry kiwnął głową. Z tak bliska Draco czuł, jak bardzo jego chłopak się trząsł. Czyli ten spokój jest tylko pozorny. Ale po co? Przecież musi zdawać sobie sprawę, że jego obojętność raczej nie będzie szczególnie inspirująca.
Ale Draco szybko odkrył na to odpowiedź i jednocześnie chciał pocałować Harry'ego za jego wspaniałość i przywalić mu za tępotę. Wydawało mu się, że jeśli okaże zbyt wiele emocji, to wpłynie nimi na moją decyzję, a chciał się upewnić, że podejmę ją z własnej woli. Głupi vates.
– Jeśli kiedykolwiek zaczniesz mnie męczyć, albo zaczną nachodzić mnie myśli o zerwaniu zaręczyn – powiedział miękko Draco – to nie dowiesz się tego od zaprzysięgłego kompana, który najwyraźniej lubi wtykać nos w nie swoje sprawy. Sam cię o tym powiadomię, Harry. Obiecuję. – Nie był w stanie powstrzymać swojej drugiej ręki przed wzniesieniem się i pociągnięciem Harry'ego za włosy w zaborczym geście, na który czasem sobie pozwalał, a który najwyraźniej nie przeszkadzał Harry'emu. – Nie, żeby kiedykolwiek miałoby do tego dojść – dodał i przechylił głowę, żeby musnąć ustami policzek Harry'ego.
Harry oparł czoło o ramię Dracona, niczym jakiś kot, co było najbardziej bezbronnym gestem, jaki Draco widział od niego od wielu miesięcy. Kilka chwil później odsunął się, odprężając i uśmiechając do Dracona.
– Dziękuję – wymamrotał. – Tak mi się wydawało, ale... wolałem się upewnić.
– Pewnie że tak – powiedział kojąco Draco. To i tak była spora poprawa w porównaniu do tego, co Harry zrobiłby kilka miesięcy, czy nawet rok temu, kiedy to by dumał nad tymi bzdurami tak długo, aż nie nabrałby przekonania, że powinien przekonać Dracona do zostawienia go dla jego własnego dobra. – A teraz leć poćwiczyć swoją przemianę animagiczną. Powiedz Peterowi, że jesteś rysiem i zmuszanie cię do czekania w ramach upewnienia się, jest już w tym momencie zwyczajnie niepoważne. Jesteś kocurkiem, Harry.
Blady uśmiech i Harry zniknął. Draco wyprostował się i założył ręce za głową zarówno po to, żeby się przeciągnąć – pochylał się nad stołem w bibliotece od ostatnich pięciu godzin – i strząsnąć swój umysł na nowe tory. Nie chciał bawić się tymi myślami w pobliżu Harry'ego na wypadek, gdyby ten zauważył coś przebłyskiem legilimencji i wniósł sprzeciw.
Draco będzie musiał dać nauczkę pewnemu nachalnemu zaprzysięgłemu kompanowi, któremu najwyraźniej ubzdurało się, że odrobina beztroskiego flirtu oznaczała, że Draco jest nieusatysfakcjonowany stosunkami, rozmowami, rytuałami i wszystkim innym, co dzielił z Harrym.
Większość świetlistych rodzin woli, żeby wchodzący do ich domu obcy miał różdżkę położoną na otwartej dłoni. W ten sposób można zobaczyć broń gościa bez konieczności rozbrajania go, co zwykle wywoływało strach i nieufność, przeważnie cokolwiek niefortunne emocje między dwoma rodzinami usiłującymi zawrzeć ze sobą, na przykład, rozejm.
Harry ziewnął i potarł oczy. Aurora wysłała mu książkę o świetlistych czystokrwistych tradycjach, ale okazała się naprawdę nudna, pełna pasywnego głosu i wyjaśnień zwyczajów i rytuałów, których Harry'emu zwykle nie chciało się nawet czytać, bo albo były boleśnie oczywiste, albo podobne do mrocznych tańców, które już znał.
I choć Harry przeczytał już wiele rozdziałów dwukrotnie, wciąż nie znalazł w niej odpowiedzi na bardziej interesujące go pytania, jak na przykład co świetliści mieli zrobić w sytuacji, kiedy czarodziej był bardziej niebezpieczny bez różdżki, niż z nią.
Wsunął książkę do kufra u stóp swojego łóżka. Mógł to zrobić bez obudzenia Dracona, który leżał rozwalony, śpiąc głęboko z szeroko otwartymi ustami i świszczącym nieco oddechem. Draco już od wielu tygodni nie spał równie dobrze, jego codzienna nauka – zwykłe prace domowe zostały zepchnięte na drugi plan w obliczu szczegółów dotyczących rytuału deklaracji i treningu animagicznego – wykańczała go tak bardzo, że jadł i wypoczywał niczym młody granian.
Harry wstał, żeby udać się do kibelka i po drodze spotkał Argutusa. Wąż omenu owinął się wokół ramion Harry'ego, wydając z siebie osobliwy, rozedrgany syk, którego Harry już nauczył się interpretować jako zadowolenie, a które czasem przypominało chrapanie Dracona, albo mruczenie pani Norris.
– Czy wiedziałeś, że Krukoni mają zaklęcie, które próbują przekonać do śledzenia ciebie? – zapytał Harry'ego.
Harry zamarł na chwilę przed lustrem.
– Przecież nie rozumiesz angielskiego – przypomniał Argutusowi.
– Ale uczę się łaciny – powiedział radośnie Argutus. – Znam już większość najbardziej popularnych słów, używanych w zaklęciach i rozpoznaję twoje imię. Mówią coś o widzeniu ciebie, a zaklęcie tworzy złote światełko, które wędruje wokół ich pokoju wspólnego. Oznaczyli ścianę tak, żeby pokazywała im najważniejsze miejsca w szkole. – Argutus przesunął się, kiedy Harry zaczął myć zęby; odzyskał już większość wieku i długości, które stracił przez pył z kuli czasu w hogwardzkim ekspresie i teraz miał nieustanne problemy ze znalezieniem równowagi na ramionach Harry'ego. – Ale wciąż go nie dopracowali. Ciągle używają złej odmiany czasownika. Próbowałem im to wyjaśnić, ale wszyscy mnie zignorowali.
– Pamiętaj, że żaden z nich nie rozumie wężomowy, co? – mruknął Harry, przyglądając się swojemu odbiciu z powątpiewaniem. Czy powinienem się tym przejmować? Przecież to tylko zaklęcie. Ale Snape pewnie powiedziałby, że skoro jeden z domów usiłuje udoskonalić takie zaklęcie, to pewnie pozostałe robią coś podobnego, tylko z mniej niewinnymi intencjami.
– Powinni spróbować. Skoro mogę nauczyć się łaciny, to oni mogą wężomowy. – Argutus zawisł z namysłem na karku Harry'ego. – A może udałoby mi się nauczyć mówić po łacinie?
– Nie wiem, czy to możliwe.
– Czemu nie?
Harry nie znał się wystarczająco dobrze na strunach głosowych i zaklęciach tłumaczących, żeby usatysfakcjonować Argutusa, więc wąż wciąż się nad tym zastanawiał, kiedy owijał się wokół Harry'ego i Dracona po powrocie do łóżka, tworząc sobą dodatkowy, żywy, ciepły koc. Harry przytulił Dracona do siebie i zamknął oczy. Przy odrobinie szczęścia nie będzie miał żadnych snów.
Nie miał nawet tyle.
Sen zaczął się powoli. Harry zdawał się unosić pośród ciemności, spoglądając w dół na przebłyski zieleni gdzieś w oddali. To mogłyby być drzewa, ale wiedział, że nimi nie były. Wiedział, czym się okażą. Już kilkukrotnie widział ten sen. Czekał w cichym cierpieniu, niezdolny do wymówienia tego, póki jego śpiąca świadomość sama się nie zorientuje.
Klątwy zabijające. To były klątwy zabijające. Czarownice i czarodzieje ciskali nimi w siebie nawzajem, biegnąc w kierunku samego centrum rozległej ciemności, jaką wydawał się w tym wszystkim grunt, wrzeszcząc głosami ludzi, w których nie pozostało już nic poza zgrozą i pragnieniem siania terroru. Harry poczuł, jak jego śpiąca świadomość drgnęła i wciągnęła ze strachem powietrze, ale nie obudził się. Niewidzialny łańcuch, na którym został zawieszony, zaczął rozwijać się coraz szybciej, opuszczając go coraz niżej i bliżej w kierunku chaosu.
Gdzie by nie spojrzał, tam ludzie ginęli. Ciemność ustępowała przed płomieniami, przebłyskami innych klątw i migoczącym, białym światłem magii, która pochłaniała wszystko od środka. Czarodzieje i czarownice wili się na ziemi, zwracali przeciw własnym krewnym, przykładali sobie różdżki do oczu i rzucali Avada Kedavry, byle tylko uciec przed koszmarem, w jaki zmienił się ich świat. Harry patrzył, jak niebezpieczne artefakty leżały pośród ruin, które prawdopodobnie kiedyś były ministerstwem magii. Każdy mógł po nie sięgnąć i z nich skorzystać.
I to on był temu winny.
Tak właśnie brzmiało przesłanie snu, wyraźne wszędzie wokół. Wszystko przez jego upór do wytrącania stabilnego świata czarodziejów z równowagi. Wszyscy ucierpią, jeśli dalej będzie działał tak, jak do tej pory. Gdyby tylko zatrzymał się na moment i zaczął zastanawiać się, w jaki sposób powinien władać swoją mocą dla dobra innych, ucierpi bardzo niewielu. I jeśli wziąć wszystko pod uwagę, czy nie do tego właśnie powinien dążyć?
Harry'emu śnił się ten sen raz za razem i za każdym razem nie był w stanie obudzić się przed jego końcem, ani nikomu o nim powiedzieć po obudzeniu. Wyczuwał magię, która otaczała go niczym lejce, przeplatając mu umysł obrazami i zmuszając usta do milczenia. Ostatnio nie przysparzał nikomu kłopotów, ani nie wywołał nowej rewolty, przez co prowadzący go umysł zaczął się robić nieostrożny, najwyraźniej uważając, że obecna cisza oznacza, że Harry zastanawia się nad tymi lekcjami jak grzeczny chłopiec.
Harry wyczuł chwilę, w której unosił się tuż przed rozbudzeniem, kiedy lejce zaczęły osuwać się z jego umysłu.
Złapał za nie i przyciągnął mocno do siebie, jego umysł wierzgnął jak dziki koń i szybko odzyskał nad nim pełnię kontrolę. Harry usłyszał wszędzie wokół siebie zszokowane westchnienie i zauważył przelotnie wirujący, biały kształt, który mógł być orłem bielikiem, ale mógł też być burzą.
– Witaj, Falco – powiedział uprzejmie.
Wirująca, biała postać obróciła się do niego. Harry zobaczył jej lśniące od furii oczy. Przywalił mocno wprost między nie, usiłując wyrwać je z wyobrażonej głowy Falco. Na tego rodzaju polach bitwy zwykle wygrywali czarodzieje, którzy zdążyli wyobrazić sobie najlepsze rozwiązanie, albo lepiej pojmowali psychiczne odbicia magii.
A Falco nie był nawet legilimentą. Sięgał ku niemu magią snów. Scrimgeour napisał do Harry'ego, wymieniając informacje, jakie otrzymał o Falco od kogoś, kto nazywał się Wyzwolicielką, dzięki czemu Harry wiedział, że ta magia była mieszanką Światła i Mroku. To oznaczało, że Falco prawdopodobnie był w stanie ochronić się przed innymi snami, gdyby Harry spróbował na nim takiej samej sztuczki, ale nie było żadnej gwarancji, że miał w umyśle tarcze oklumencyjne, strzegące bardziej wrażliwych sekcji umysłu.
I faktycznie, Harry przebił się przez przeciętne bariery, które nosili w sobie praktycznie wszyscy czarodzieje. Znalazł się w wirującym, zakręconym wzorze przeplatających się ze sobą wiatru, wody i światła. Uderzył mocno w lewo, a przynajmniej w miejsce, które było tu na lewo od niego, po czym pozwolił porwać się prądom. Teraz znajdował się pośród myśli Falco i był w stanie wyciągnąć spośród nich wspomnienia związane z nim samym. Miał tylko nadzieję, że nie będzie to oznaczało wyłącznie chwil, kiedy Falco przyglądał mu się i uważał za wyjątkowo sprośnego dzieciaka.
Harry wiedział, co chciałby tu znaleźć, ale nie miał pojęcia, jak właściwie zabrać się za te poszukiwania.
Prąd przywalił nim o przypominającą rafę barierę i Harry wierzgnął do tyłu, nabierając głęboko tchu. I wtedy właśnie zobaczył przed sobą wspomnienie, więc sięgnął po nie chciwymi palcami i przyciągnął do siebie.
Obraz całkowicie go pochłonął. Harry stał u podnóża wzgórza, mając przed sobą las, który aż błyszczał na zielono. Nie był pewien, czy to był Zakazany Las, czy też jakieś inne miejsce, ale zawarta w nim magia śpiewała do niego... podobnie jak jej sieci. Harry zgrzytnął zębami i odwrócił się od drzew, żeby móc skupić się na tym, o czym rozmawiało dwóch czarodziejów, stojących kawałek dalej, też u podnóża pagórka.
Jednym był Falco, którego twarz wyrażała znacznie więcej cierpliwości, niż Harry kiedykolwiek widział osobiście. Drugim był młody Albus Dumbledore. Nie miał na sobie szat, ale na widok jego garnituru Harry uznał, że to musiało być pod koniec dziewiętnastego wieku. Znaczy, pewnie by tak było, gdyby Dumbledore miał jakieś faktyczne pojęcie o mugolskiej modzie. Harry przypomniał sobie, że przecież nie mógł być tego pewny.
Falco wykonał gest swoją laską, przeplataną lianami i kwiatami.
– Owszem, Albusie, byłem dyrektorem zaledwie przez rok. Pożałowałem przyjęcia na siebie tytułu Lorda Hogwartu, jak tylko zdołałem przekonać radę do zaakceptowania mnie.
– Dlaczego, proszę pana? – Harry zastanawiał się, czy kiedykolwiek wcześniej słyszał, żeby głos Dumbledore'a był tak przepełniony szacunkiem. Być może wtedy, kiedy oglądał inne wspomnienie Dumbledore'a i Falco, z czasów kiedy stary czarodziej tłumaczył mu, że nie da się zostać vatesem bez poświęcania swojej magii.
– Ponieważ odkryłem, że posłuszeństwo było niemal niemożliwe do osiągnięcia. – Falco mówił głosem tak pełnym pogardy i zniechęcenia, że Harry z miejsca nabrał ochoty, żeby dać mu fangę w nos. – Kształtowanie dziecięcego umysłu musi rozpocząć się w młodym wieku. Bez niego dziecko osiąga wiek jedenastu lat, przybywa do Hogwartu i choć możesz próbować uczyć go posłuszeństwa, to i tak zanadto zdążyło już nasiąknąć obrzydliwymi zwyczajami swojej rodziny. Będzie myślało przede wszystkim o sobie, nie o wszystkich wokół. Będzie myślało o celach i ambicjach, nie o ograniczeniach. A jeśli w dodatku okaże się magicznie potężne, to pochwyci przyszłość i spróbuje ułożyć ją pod siebie, zanim w ogóle przyjdzie mu do głowy pytanie, czy taka zmiana faktycznie przyda się komukolwiek innemu.
Dumbledore pokiwał z powagą głową.
– I właśnie dlatego pan się poddał? Ponieważ to było bez sensu?
– Wówczas wydawało mi się to bez sensu – poprawił go łagodnie Falco. – Ale nie wiedziałem jeszcze równie wiele o etyce poświęcenia, co wiem obecnie. Być może, gdybym spróbował ponownie się za to zabrać, znacznie przyjemniej by mi się tam pracowało. Ale teraz już nie mam na to czasu i chęci. Zachęcam cię jednak, Albusie, żebyś nie rezygnował ze swoich ambicji. Pewnego dnia będzie z ciebie wspaniały dyrektor Hogwartu. Ale spróbuj nie przymykać oka na buntownicze zachowanie swoich podopiecznych. To tylko ich rujnuje. Skoro już o tym mowa – dodał z rozbawieniem Falco – to możliwe, że nigdy odniosłem sukcesu za moich czasów w Hogwarcie, ponieważ znajdowało się w nim zbyt wielu uczniów czystej krwi... nawet jeśli wiedziałem o półkrwistych, którzy przemykali się między nimi, udając swoją czystość. Ale możesz mieć więcej szczęścia z mugolakami. Są odizolowani od naszego świata. Jak tylko do niego wchodzą, nikogo jeszcze nie znają i czasami mogą okazywać tendencje do uwieszenia się na czymkolwiek, co mogłoby obiecać im solidne podparcie.
– I nigdy nie powinienem zachęcać ich do łamania zasad, proszę pana? – Dumbledore brzmiał, jakby nie do końca w to wierzył. – Oktawian mówi, że czasem poluzowanie smyczy dobrze robi na duszę.
– Oktawian to Malfoy – powiedział ponuro Falco. – Oczywiście, że powiedziałby coś takiego. Pamiętaj, Albusie, Malfoyom zawsze wydaje się, że to oni powinni trzymać za smycz, a nie że ktoś miałby trzymać ich.
Dumbledore kiwnął głową. Harry przyjrzał mu się niepewnie. Nie wiedział w sumie, co jest dziwniejsze, zobaczenie go żywym, czy też zobaczenie jego twarzy bez tej nieszczęsnej długiej brody.
– Jeśli dziecko ci się stawia, to stawia się całej etyce poświęcenia, jaką ci przekazuję – powiedział Falco. – Kilka potknięć jest dopuszczalne, o ile odkryjesz je wystarczająco wcześnie i zdusisz w zarodku. W dodatku nie okazuj żadnej tolerancji recydywie. Wszelkie błędy zawsze muszą być nowe i świeże. Mam też nadzieję, że też nie popełnisz tego rodzaju błędów, Albusie. A dojdzie do nich, oczywiście, jeśli nie wierzysz w moje nauki.
– Oczywiście, że wierzę, proszę pana – zapewnił go pośpiesznie Dumbledore.
Potężny prąd wiatru i wody wyciągnął wtedy Harry'ego ze wspomnienia, ale Harry już się uśmiechał, mimo że wiedział, że oto właśnie zobaczył nasienie, które zniszczyło jego matkę i zapowiedziało jego własne maltretowanie.
Tak myślałem. Jeśli moi rodzice postawili się trzykrotnie Dumbledore'owi, dzięki czemu zdołał wypełnić rolę Mrocznego Pana w przepowiedni, to również jednocześnie stawiali się Falco. Teraz, oczywiście, muszę się upewnić, że ich nieposłuszeństwo faktycznie opierało się na niechęci wobec tej etyki poświęcenia. Peter powiedział mi o jednym przypadku, który mógł się zakwalifikować, kiedy moi rodzice uciekli w przededniu Pierwszej Wojny. Teraz...
Nagle magia uderzyła w niego z pełnej pary, miotając nim wysoko w powietrze.
Harry odkrył, że nagle wylądował ciężko we własnym ciele. Obudził się z krzykiem, przez który Argutus popełzł na drugi kraniec łóżka, sycząc marudnie, a Draco złapał go i przytulił mocno.
– Harry?
Harry nie odpowiadał mu przez chwilę, przeszukując niespokojnie własny umysł. Nigdzie nie był w stanie wyczuć żadnych śladów po Falco. Oczywiście, wcześniej też nie zdołał go nigdzie wyczuć. Ale przymuszenie do zachowania milczenia w temacie snów powinno już zostać przełamane, więc mógł udać się do Snape'a i poprosić go o wyczyszczenie dowolnego przeoczonego skażenia.
O ile w ogóle powinienem. Czy naprawdę chcę przysparzać mu więcej kłopotów, kiedy ma problemy z własnymi, paskudnymi snami?
– Harry – powiedział Draco, potrząsając nim. – Czego dotyczył ten koszmar?
Harry zorientował się, że wybór został mu odebrany. Musiał znaleźć jakieś rozwiązanie na te koszmary, inaczej Draco uda się do Snape'a, co będzie wiązało się z kolejnym ochrzanem. Harry miał wrażenie, że jego życie było znacznie łatwiejsze, ilekroć rozmawiał o koszmarach i innych sprawach, przez które cierpiał.
Po prostu nie zależy mi na tym równie mocno, co najwyraźniej innym wydaje się, że powinno mi zależeć. Zaledwie poprzedniego dnia Joseph rozmawiał z nim o tym, że Harry powinien zacząć doceniać własne życie poza tym, co mogło ono znaczyć dla innych ludzi. Okazał niezwykłą radość, kiedy Harry niepewnie wspomniał, że czasem przyjemnie mu się ogląda wschody słońca. Harry poczuł wtedy niezwykłe współczucie do Josepha, ale zachował to dla siebie.
– Harry!
Do głosu Dracona zakradło się przerażenie. Harry potrząsnął głową i zmusił się do opowiedzenia o snach. Przynajmniej nie były nawet w połowie tak przerażające, co wizje Voldemorta – Falco był prawdziwym amatorem w kwestii projektowania koszmarów – i teraz mógł mieć nadzieję na oparcie się im.
– Wszystko w porządku? – zapytał Draco, kiedy dotknął Harry'ego po raz trzeci tego dnia, tym razem w ramię, i Harry ponownie podskoczył.
Harry kiwnął głową i schował dłoń do kieszeni szaty.
– Oczywiście. Po prostu jestem jakiś... niespokojny.
Wiedział czemu. To był przeciętny dzień pod koniec listopada. Wiatr skubał mrozem nieco mocniej niż zazwyczaj, w dodatku rankiem okazało się, że w nocy spadło dość śniegu, żeby pierwszoroczni mogli ulepić z niego śnieżki i rzucać w siebie nawzajem. Ale dzisiaj miała też nastać pierwsza noc listopadowej pełni.
Harry od pobudki czuł bulgoczącą w sobie magię. Jeszcze nigdy nie miał do czynienia z taką mocą, nawet kiedy był otoczony swoją przemieniającą się watahą. Przede wszystkim miała w sobie surową brutalność, która zarażała go dzikością, zamiast pozwalać mu na po prostu wyczuwanie i docenianie jej. Po drugie, dawała mu wrażenie, jakby rozciągała się od niej potężna lina, która zdawała się wybiegać daleko w kierunku południowego zachodu. Harry przypomniał sobie teorię Thomasa, że klątwa wilkołacza powstała w starożytnej Ameryce i dostała się do Europy w przeciągu ostatnich dziesięciu tysięcy lat, co było zastanawiające.
Podjął już decyzję. Pozwoli, żeby magia rytuału zemsty Lokiego porwała go dzisiaj ze sobą i zabrała tam, gdzie pojawi się reszta jego watahy... gdziekolwiek Loki by na nich nie czekał. Skonsultował się z Kamelią, która może i nie chciała wyjaśnić mu, do czego właściwie wtedy dojdzie, to i tak zapewniła go, że będzie tam bezpieczny. Przekonała nawet do tego Dracona i Snape'a, którzy potrzebowali znacznie więcej zapewnień od niego. Ostatecznie Harry uciszył ich, zwracając im uwagę, że to było przecież coś jak taniec sojuszu, albo walka z Mrokiem w czasie zimowego przesilenia: dzika i nieokiełznana potęga, nad którą nie miał kontroli, ale póki pozostanie w wyznaczonych dla siebie granicach, to nie powinno mu się nic stać.
Draco poprowadził go przez błonia, ale jak tylko weszli na dziedziniec szkolny, nogi Harry'ego zablokowały się w kolanach i odmówiły zrobienia choć kroku dalej. Przebywanie w czterech ścianach tylko wzmagało jego niepokój. Obrócił głowę, zastanawiając się, czy poczuje się inaczej, jeśli spojrzy w kierunku, w którym teraz znajdował się Loki. Ale naprężona lina ciągnęła go tak samo, choćby nie wiem jak się obrócił.
– Mogę przynieść ci wywaru na uspokojenie, jeśli uważasz, że to pomoże – wymamrotał mu Draco na ucho.
Harry pokręcił głową i potarł dłoń o szaty, żeby otrzeć ją z potu.
– Nie. Po–poradzę sobie z tym, Draco. Choćby nie wiem co to było. – Uśmiechnął się do Dracona. Draco wyglądał, jakby ponownie zastanawiał się, czy puszczenie Harry'ego na tę wyprawę to rozsądny pomysł.
Nawet gdyby teraz zmienił zdanie, to nie sądzę, żeby zdołał cokolwiek z tym zrobić. Naprężenie liny zaczynało szarpać nerwy i rdzeń kręgowy Harry'ego. Snape pewnie mógłby spróbować go powstrzymać, podobnie jak McGonagall, a Draco mógłby przejąć kontrolę nad jego ciałem. Ale za chwilę nic z tego nie będzie miało znaczenia.
Draco ponownie go dotknął, a Harry obrócił się, kłapiąc na niego zębami. Draco wycofał ręce, podnosząc je przed sobą.
– Przepraszam – wyszeptał.
– Ja też. – Harry przycisnął sobie dłoń do czoła. Przecież do wzejścia księżyca pozostało jeszcze kilka godzin. Nie powinien reagować w ten sposób. – Nie rozumiem, czemu...
Naciąg wzrósł tak niepomiernie i agresywnie, że Harry obrócił się i zrobił kilka kroków w kierunku wrót Hogwartu. Wycie wypełniło mu uszy kaskadami, a w powietrzu wyczuł zapach śniegu i sosnowych igieł. Osobliwe błogosławieństwo Remusa nabrało nagle innego znaczenia.
– Harry!
– Nie wiem, gdzie jest Loki, ale tam już jest pełnia – wyszeptał Harry, po czym zrobił kolejny krok przed siebie i zniknął.
To nie była aportacja. Leciał, zamiast przeciskać się przez nicość. Harry'emu skojarzyło się to nieco z przygodą ze zmieniaczem czasu na trzecim roku. Zalewały go uderzające o siebie, rozśpiewane wrażenia. Słyszał urywki starożytnych języków, śmiech ludzi, którzy już od dawna nie żyli i wycie wilków, które już nie biegły po tym świecie. Wycie szybko zrobiło się z tego wszystkiego najgłośniejsze, przyciskało mu się do żeber niczym noże, a potem jednak go wycisnęły, na zewnątrz, w dół i poprzez.
Harry powoli otworzył oczy. Stał na białym śniegu, w samym środku głębokiego, mrocznego lasu. Obrócił głowę, wąchając powietrze. Był wilkiem, futro otaczało mu kończyny niczym ciepła szata. Harry spojrzał po sobie, starając się ustalić, jakiej właściwie był maści, ale przemiana, a może światło księżyca, ukradły mu zdolność do rozróżniania tak subtelnych barw. Wiedział tylko, że ma ciemne futro, może czarne, może po prostu ciemnoszare.
Otaczały ich potężne świerki, których korony wznosiły się wysoko i mieszały między sobą, rozdzielając tylko nad niewielkimi polanami rozsianymi tu i ówdzie. Wataha stała na jednej z nich. Harry napawał się zapachem igieł i śniegu. To była najostrzejsza, najbardziej przytłaczająca obecnie woń. Świat był pełen cyny. Powąchał i wyłapał mieszankę aromatów. Śnieg na ziemi pachniał inaczej od tego, który zalegał na świerkowych gałęziach.
Właściwie to różnił się od dowolnego zapachu, który Harry kiedykolwiek wyczuł, był znacznie bardziej dziki, uduchowiony i intensywny. Nie sądził, żeby mógł przypisać te wrażenia wyłącznie nowemu ciału. Nie sądził też, żeby wciąż znajdowali się w Anglii. Był za to pewien, że przenieśli się do innego stulecia.
Wataha zaczęła krążyć wokół niego, jej członkowie wąchali i pocierali się pyskami, szczękami i nosami. Ogony zatrzepotały w powietrzu, pazury skrobały zmarzniętą ziemię, strugi moczu barwiły śnieg na żółto, bo Harry wiedział że muszą, nawet jeśli jego nos donosił mu w tej chwili znacznie bardziej interesujące informacje. Ten zapach informował go lepiej o wieku, płci, stanie zdrowia, randze i skłonnościach, niż kiedykolwiek zdołałoby imię. Wyczuł gdzieś przed sobą Kamelię, więc ruszył w jej kierunku.
Wyglądała wspaniale, kiedy tak tam stała, rzucając na ziemię długi i zbuntowany cień. Harry zawsze uważał, że wilkołaki wyglądały nienaturalnie w porównaniu do wilków, miały za długie łapy i zbyt kwadratowy pysk; nawet Remus to powtarzał. Tymczasem Kamelia wyglądała, jakby przynależała do tego lasu. Przyjrzała się wszystkim, poruszając lekko uszami, podnosząc wysoko ogon i patrząc tak spokojnie, że Harry aż się odprężył. Nie miał pojęcia, do czego zaraz miało dojść, ale ona dobrze wiedziała. Był tego pewny.
I wtedy wataha obróciła się. Harry wyczuł otaczające go i pomijające strumienie wspólnego umysłu, łączącego wszystkich poza nim. Zaskomlał żałośnie, ale wtedy zobaczył, kto pojawił się na polanie i zamarł.
Loki stał przed nimi w swojej wilczej formie, blady, tak biały, że jego futro rozmywało się w miejscu, w którym zlewało się ze światłem księżyca. Jego bursztynowe oczy były w tym wszystkim parą lśniących, jasnych punktów. Jego zapach ogłaszał go jako wybrańca, naznaczonego i już nie część watahy.
Ogłaszał też coś innego, ale Harry miał w tej chwili problemy z zaakceptowaniem tego.
Loki zawrócił i pomknął w głąb lasu. Wataha podążyła za nim w niemal bezgłośnej pogoni, uderzenia łap o śnieg okazały się znacznie cichsze, niż Harry kiedykolwiek przypuszczał. Odkrył, że biegnie razem z nimi, jego nozdrza były pełne wiedzy, żebra pełne siniaków, kiedy ocierał się o znacznie większe i silniejsze ciała, a gardło pełne żalu.
To nie był pościg. Nie biegli za nim w kierunku jakiegoś majestatycznego miejsca, w którym Loki zatańczyłby taniec śmierci i umarł, jak Harry'emu wydawało się jeszcze, kiedy był człowiekiem.
To były łowy.
A zapach Lokiego naznaczył go jako zdobycz.
Biegł szybko. Harry widział gdzieś przed sobą jego cień, nawet jeśli tylko przez chwilę. Zaraz potem zniknął, przeskakując ponad igłami niczym sokół w locie, zagrzebując się w porzuconym przez świerki syfie natury. Harry miał wrażenie, że gdyby na drodze stanęło im poszycie, pewnie nie zdołaliby go dogonić.
Ale ten las był pełen otwartej przestrzeni i celowo pozbawiony wszelkiego poszycia. Został stworzony do tego rodzaju łowów. Harry zastanawiał się, czy ktokolwiek w ogóle używał go do czegokolwiek innego.
Kamelia zawyła. W chwilę później reszta watahy podłapała ten dźwięk, ujadając jak gończe psy, zawodząc jak bitewne rogi i nie szczędząc głosu. Loki pozostał cicho. Oczywiście że tak, pomyślał Harry, kiedy jego własny, niepewny skowyt zmieszał się z innymi; jeszcze nigdy wcześniej tego nie robił. Jeleń nie odzywa się w czasie łowów. To była rola wilków, które śpiewały swój salut i chwałę zdobyczy.
Oraz żegnaj, żegnaj, żegnaj.
Harry mijał drzewa i wspinał się po wzgórzach, które pozostawiłyby go wycieńczonego i dyszącego, gdyby był człowiekiem. Prowadziły go zapachy i dźwięki, bardziej niż widoki, a ciepło niedaleko informowało go, że przynajmniej jeden członek watahy biegł w jego pobliżu. Futro chroniło go przed zimnem. Cienie pojawiały się szybko i umierały, co Harry zauważał dzięki instynktom, z których istnienia nawet nie zdawał sobie sprawy, a które teraz osądzały okolice i ignorowały praktycznie wszystko, co nie było jedzeniem, wrogiem, czy bratem. Biegł, kosztując radości, jaką mogła przynieść wilkołacza transformacja, przynajmniej pod wpływem wywaru tojadowego. Umysł i ciało śpiewały tę samą pieśń, bez śladu samokrytyki, bez osądów, bez wątpliwości.
Problem w tym, że gdzieś pod tym wilkiem miotał się umysł bardzo ludzkiego chłopca, który zdawał sobie sprawę z tego, co się stanie, kiedy już łowy dojdą końca i desperacko usiłował znaleźć jakiś sposób na ucieczkę przed tym.
Harry zorientował się, kiedy przeskakiwał nad wąwozami i ślizgał się po głazach, a świerki śmigały wokół nich, że ta magia była dla niego zbyt potężna, za stara. Przemieniła go w wilka. Przyniosła go tu, wraz z pozostałymi, przecinając czas niczym wodę. Nie był w stanie się jej oprzeć. W dodatku Loki sam wybrał sobie ten los, kiedy zdecydował się na powzięcie zemsty. Ta magia miała zdolność do minięcia osłon Harry'ego i oparcia się jego zaklęciom.
I teraz przybyła po swoją cenę.
Harry zastanawiał się, czy to jakieś zboczenie, zwyczaj, czy też osobisty upór nakłonił Lokiego do zaoferowania mu wzięcia udziału w czymś takim, rytuale z którego wataha ewidentnie zdawała sobie sprawę, a on nie.
Zew watahy znowu zaczął rozlegać się wokół niego, wzbierając, wirując i opadając niczym śnieg. Grunt przed nimi urywał się nagle, opadając w głęboki jar, zbyt szeroki żeby ktokolwiek zdołał go przeskoczyć. Gdyby jelenia, dumnego władcę lasu, zagoniono w takie miejsce, to obróciłby się, tupiąc kopytami i obniżając poroże, gotując się do walki.
Loki nie był jeleniem, ale i tak był zdobyczą. Obrócił się plecami do jaru, dysząc ciężko. Jego wywieszony język wydawał się wyjątkowo ciemny na tle tak jasnego futra. Harry zobaczył, jak na widok wszystkich podnosi łeb, obnażając gardło i pierś przed kłami pierwszego, kto zdoła go dorwać.
Poświęcenie z własnej woli.
Magia zawyła wszędzie wokół nich, zalewając falą ciężką i gęstą niczym krew, starożytnym głosem który dał, by ponownie odebrać. Tak jak Harry wyczuwał samoświadomość od ptaka o jaszczurczym ogonie, reprezentującego należącą do Voldemorta, zawistną moc, tak tutaj nie wyczuwał tego wcale. Ta magia była już stara, kiedy czarodzieje uczyli się jeszcze tworzenia różdżek i rozumiała wyłącznie warunki układu, który zawsze zawierała i którego zawsze dotrzymywała, układu którego nie dało się złamać po zawarciu.
Harry znalazł wreszcie dla niej nazwę i był nią głód.
Kamelia wysunęła się na prowadzenie i zawirowała, dobiegając do Lokiego i wbijając kły w futro na jego piersi. Harry zobaczył, jak szarpie łbem w bok. Futro rozdarło się. Krew wyleciała śpiewnie z jego ciała i rozprysnęła się po śniegu. Loki zachwiał się, ale pozostał na nogach.
Kamelia ponownie zarzuciła szczękami i zaczęła przeżuwać.
A Harry poczuł, jak poświęcenie wpływa w nią i zrozumiał nagle, czemu Loki zdecydował się właśnie na taki układ. Tu nie chodziło wyłącznie o pomszczenie śmierci swojej bratniej duszy, choć niewątpliwie było to dla niego decydujące.
Każdy kęs rozprzestrzeniał po watasze jego błogosławieństwo. Każdy wilk, który zje kawałek Lokiego, zaabsorbuje część jego mocy, a ponieważ poświęcał się z własnej woli, przekazywana magia była nieraz dwu, a nawet trzykrotnie potężniejsza. Loki przekazał Harry'emu watahę, ponieważ nie wierzył, że będzie w stanie być dla niej dobrym alfą. Ale i tak ich na swój sposób porzucił i teraz wynagradzał im to porzucenie.
Harry nie rozumiał, czemu uświadomienie sobie tego wszystkiego spłynęło na niego jako szok. Przecież nawet ludzie miewali legendy o zjadaniu wroga i przejmowaniu jego mocy.
Wiedział jednak, że nie może wziąć w tym udziału. Gdyby był w pełni przesiąknięty magią rytuału, to może... może. Ale wciąż był czarodziejem, a nie wilkołakiem, więc znalazł w sobie siłę do odzyskania kontroli nad własnymi łapami i wycofania się na sam skraj watahy.
Leżał tam z nosem zagrzebanym w śniegu, chroniąc go w miarę możliwości przed zapachem krwi, podczas gdy jeden wilk za drugim podchodził, żeby wziąć udział w uczcie. Nie był pewien, kiedy Loki zginął. Być może życie pozostawało w nim, póki nie zostały pożarte wszystkie jego kawałki, albo póki nie zjedzono całej krwi, mięsa i organów, pozostawiając tylko futro i kości.
Harry zdał sobie nagle sprawę z przykucniętego obok siebie, bladego kształtu. Obejrzał się i zobaczył zwiewną postać Gudrun, bratniej duszy Lokiego, która towarzyszyła mu w czasie mordu Kierana.
Harry przyglądał się jej w milczeniu. Spojrzała na niego swoimi ogromnymi, ciemno–srebrzystymi ślepiami, po czym wysunęła język i polizała go po policzku, jak to zrobiła, kiedy przybyła z Lokim po Kierana. Harry poczuł jak jej ślina ścieka mu po futrze i mimo to wyczuwał jej chłód, zimny niczym stal, albo śmierć.
Zastanawiał się, czy Gudrun starała się w ten sposób wyjaśnić mu, jak wspaniałe, przerażające i ogromne było to zakończenie rytuału, ale i tak było zbyt przerażające i wspaniałe, żeby był w stanie je pojąć.
Harry zamknął oczy i położył się na śniegu, chowając pod sobą łapy i kryjąc nos pod ogonem. Nie był w stanie powstrzymać tego poświecenia. Już pomijając potęgę magii rytuału, Loki sam zdecydował się na tę ścieżkę. Harry powiedział Josephowi, że nie spróbowałby powstrzymać kogoś przed popełnieniem samobójstwa z własnej woli i naprawdę miał to na myśli.
Po prostu nie spodziewał się, że tak szybko zostanie mu to udowodnione.
Nie wiedział, jak długo to trwało, tylko tyle że zdawało się trwać wieki. Księżyc zachodził, kiedy Kamelia szturchnęła go nosem i postawiła go na nogi, ale ponieważ prawdopodobnie właśnie wznosił się nad Anglią, Harry miał wrażenie, że czeka ją dzisiaj długa przemiana, bo jeszcze cała noc w domu.
Dom. To słowo jeszcze nigdy nie brzmiało dla niego równie dobrze.
Przeszedł kilka kroków u boku Kamelii, po czym – nie będąc w stanie się powstrzymać – obejrzał się za siebie.
Nie zobaczył maleńkiej, wymiętej sterty, która prawdopodobnie była wszystkim, co pozostało po Lokim. Zobaczył za to ducha Gudrun, podrywającego się, kiedy srebrzysty cień pomknął w jej kierunku, po drodze nabierając kształtu i wyrazistości. To był Loki, wilk o potężnej piersi, wreszcie wyzwolony ze swojej rozpaczy i życia, który skubnął swoją bratnią duszę kłem w bark, zachęcając do zabawy.
Harry patrzył, jak się przewracają i ścigają nawzajem, para bladych wilków pod pełnią księżyca, wirujące nad samym skrajem jaru. Kiedy dotarli do klifu, unosili się przez chwilę, dotykając się nosami i merdając ogonami.
Następnie skoczyli, przemykając ponad głazami i gwałtowną przepaścią, wznosząc się ku gwiazdom. Niknęli po drodze. Harry wiedział, że nigdy więcej ich nie zobaczy i nie dowie się, gdzie się udali.
Pochylił głowę i ruszył się, kiedy Kamelia delikatnie, choć nieugięcie szturchnęła go nosem, po czym udał wraz ze wszystkimi na polanę, w którym magia przemieni go z powrotem w czarodzieja i zaniesie do bardziej zrozumiałego świata.
