Rozdział pięćdziesiąty pierwszy: Ideały ograniczania się
Łatwo przyszło mu pochwycić spojrzenie Michaela, zwłaszcza że chłopak niemal zaślinił się na widok Dracona. Już rozumiem, czemu matka nie lubiła, kiedy ludzie się do niej podlizywali, pomyślał Draco, machając do Michaela, żeby stanął z nim przed wejściem do Wielkiej Sali. Ileż można czyścić sobie szaty?
– Chciałeś czegoś ode mnie, Draco? – Michael wyglądał, jakby miał ochotę sięgnąć po różdżkę. Chwilę potem poddał się temu pragnieniu i rzucił wokół nich osłonę prywatności.
– Owszem. – Draco przechylił głowę i wyprostował się. Do tej pory opierał się o ścianę, choćby po to by zachęcić Michaela do niedocenienia go, ale do tej rozmowy potrzebował stać tak prosto, jak to było możliwe. Im dłużej o tym myślał, tym bardziej postrzegał wnioski, jakie Michael wysunął co do jego więzi z Harrym, a zwłaszcza wobec ich rytuału, za uwłaczające jemu samemu. Michael zakochał się w kimś, kto nawet nie istniał. Czas najwyższy, żeby Draco pokazał mu, kto istnieje. – Wiem, że parę dni temu rozmawiałeś o mnie z Harrym.
Michael poderwał głowę.
– To on rozmawiał o tym ze mną – uściślił. – Od samego początku chciałem pozostawić wszystko takim, jakim było, Draco. Nie przeszkadza mi przyglądanie ci się z daleka i wyczekiwanie dnia, w którym cię skrzywdzi.
– I wydaje ci się, że faktycznie do tego dojdzie? – Głos Dracona dziwnie brzmiał w jego własnych uszach – znajomo, ale i tak nie spodziewał się usłyszeć takiego tonu od siebie. Chwilę później zorientował się czemu. Już od miesięcy nie brzmiał jak Lucjusz.
– Oczywiście że tak – powiedział Michael. – Sam zachęciłeś mnie do podziwiania się, Draco. Potrzebujesz, żeby ktoś docenił twoje piękno. Och, potrzebujesz też, żeby ktoś kochał twój umysł i zdolności, ale jestem w stanie to zrobić oraz kochać cię pod wieloma innymi względami, za które zasługujesz na miłość. Harry nie jest do tego zdolny. Sam mi powiedział, że przez swoje wychowanie nie jest w stanie myśleć o czyimś wyglądzie.
Nachylił się, patrząc na niego lśniącymi oczami, a Draco powstrzymał się przed odruchowym odsunięciem od niego, mimo narastającej w nim furii. Brzmi na obłąkanego, ale chyba naprawdę wierzy w to, co mówi. Wydaje mu się, że jest w stanie dać mi wszystko to, co Harry, wraz ze wszystkim, z czym Harry zawsze będzie miał problemy.
Ale chyba nie pomyślał o tym, co chcę w zamian, hm?
Draco pozwolił swoim ustom skrzywić się, a oczom przemknąć w górę i w dół po ciele Michaela.
– Hm. Cóż, chyba mogę zrozumieć, skąd zrodziło się w tobie takie przekonanie – powiedział, pozwalając swojemu głosowi ociągać się z niechętnym zainteresowaniem. – Ale dzielę z Harrym przynajmniej jedną więź, której nigdy nie nawiązałem z tobą.
– Jaką? – Michael wyprostował się, niemal wibrując z przejęcia. – Powiedz mi, o co chodzi. Jestem pewien, że możemy to zduplikować.
Nie mógłbyś. Nigdy nie byłbyś w stanie. Dracona najbardziej zaskakiwało w tym wszystkim nie to, że ktoś spróbowałby się do niego zalecać w czasie rytuału zaręczynowego – oczywiście, że znalazłby się ktoś, kto nie byłby w stanie mu się oprzeć, a rytuał był otwarty na innych partnerów aż do następnego Halloween – ale że ten człowiek nie zastanowił się nawet, co Draco czerpie z tego związku. Jak ktokolwiek miałby się równać potędze Harry'ego, jego śmiechowi, temu jak wyglądał, kiedy wyrwał się spod sieci feniksa, albo kiedy zmiótł Fenrira Greybacka z powierzchni ziemi za zbrodnię skrzywdzenia Dracona? Podziw nie był wystarczający; Draco widział go każdego dnia na twarzach otaczających go ludzi. Najważniejsze dla niego było to, co mógłby otrzymać w zamian jako dar, te wszystkie drobne sprawy, których nie byłby w stanie wyciągnąć z kogoś samą gracją czy charyzmą.
A Michael nie miał mu niczego do zaoferowania pod tym względem.
– Potrafię opętywać ludzi – powiedział Draco. – Wielokrotnie zaglądałem do umysłu Harry'ego, ćwicząc na nim kontrolę mięśni i myśli. Czy byłbyś w stanie pozwolić mi na coś takiego? Już nie potrzebuję równie wiele ćwiczeń, ale między innymi dlatego tak dogłębnie ufam Harry'emu, bo nigdy nie odmawia mi wstępu do swojego umysłu. Pozwoliłbyś mi na to samo?
– Oczywiście – powiedział Michael, nachylając się i utrzymując kontakt wzrokowy. – Nie wyobrażam sobie nawet, jak ktokolwiek mógłby ci odmówić.
Zaraz się przekonasz.
Draco oparł się z powrotem o ścianę, żeby zyskać jakieś wsparcie na wypadek, gdyby ciało mu się zachwiało, po czym wskoczył do umysłu Michaela. Był w stanie unosić się pośród myśli, pozwalając Michaelowi na zauważenie jego obcego wpływu. To była świetlista strona jego daru.
Ale on sam – zrodzony, z tego co było Draconowi wiadomo, z jego zmutowanej empatii, zmieszanej z dziedzicznym przymuszeniem Blacków – był absolutnie mroczny i okazał się absolutnie znakomitym narzędziem do dominacji i kontroli. Draco zmusił ministra do czegoś, czego sam nigdy by nie zrobił, sparaliżowania siebie i innych aurorów, dzięki czemu Harry zdołał bezpiecznie uciec w czasie włamania do więzienia. A teraz miał zamiar pokazać Michaelowi swoją prawdziwą naturę. Cenił sobie przymuszenie i kontrolę wyżej od wolnej woli, chyba że chodziło o wolną wolę bardzo niewielkiej garstki ludzi i nie miał problemów z zademonstrowaniem tego.
Wystrzelił w bok, przeszywając umysł Michaela i przejmując kontrolę nad jego ciałem w najbardziej bolesny możliwy sposób. Spiął mu wszystkie mięśnie i odciął dostęp do tlenu. Michael zachwiał się, siny na twarzy, desperacko starając się nabrać tchu. Draco okazał kompletną obojętność wobec idei, że Michael mógłby tutaj zginąć. Ostatecznie, gdyby faktycznie do tego doszło, Draco zawsze mógłby przeskoczyć do kolejnego ciała. Był w stanie mordować niewidzialnie, niewykrywalnie i to właśnie robił na polu bitwy w czasie letniego przesilenia, kiedy przejmował kontrolę nad jednym śmierciożercą za drugim i wykorzystywał swoje ofiary do zbierania innych i prowadzenia ich do słabych punktów w osłonach – które okazywały się być pułapkami, najeżonymi śmiertelnymi zaklęciami.
Draco zabijał. I tego nie żałował. Przez jakiś czas było mu niedobrze, ale potem nie czuł żadnych wyrzutów sumienia. Pozwolił, żeby te emocje przesiąknęły umysł Michaela, ta bezwzględna obojętność.
Łagodny chłopiec, w którym Michael się zakochał, który potrzebował zapewnień i podziwu, by móc przeżyć kolejny dzień, nie istniał. Istniał za to mroczny czarodziej, który lada moment się zadeklaruje i nie zawaha się przed wykorzystaniem wszelkich możliwych narzędzi do osiągnięcia własnych celów, ukarania wrogów, a nawet oferowania śmiertelnie niebezpiecznych lekcji tym, którzy go zirytowali. Draco nie był Harrym. Nie miał najmniejszych intencji do powstrzymywania się i ograniczania, chyba że wymagały od niego tego jego cele, podczas gdy Harry zawsze był gotów zaoferować innym miejsce do przemyślenie, wycofanie się i obranie innej taktyki.
Wreszcie Draco wyrwał się na wolność, świadom że pozostawia Michaela z ogromnym bólem głowy. Wrócił do własnego ciała, a kiedy uścisk na gardle Michaela zelżał, Draco zaoferował mu chłodny uśmiech, na widok którego chłopak się wzdrygnął.
– Powinieneś poprosić Harry'ego o zwolnienie cię z przysięgi – wyszeptał Draco. – Może jeszcze okaże się skłonny do dania ci kolejnej szansy, ale teraz już obaj wiemy, że nigdy nie otrzymasz jej przy mnie.
– Mógłbym mu powiedzieć, że to ty ze mną flirtowałeś, to ty mnie do tego zachęciłeś – powiedział Michael. Następnie odkaszlnął, bo głos mu rzęził. Draco przyglądał mu się z satysfakcją. Odczuwał pełen ból duszenia, ale na jego gardle nie było teraz żadnych śladów po palcach, które mogłyby wpakować Dracona w kłopoty.
– Mógłbyś – zgodził się Draco. – I niewątpliwie będzie na mnie zły. Mógłbyś też powiedzieć mu, że cię opętałem i zmusiłem do zobaczenia prawdy. To również go rozzłości. – Zrobił krok w jego stronę. – Ale gniew w końcu mu minie. Harry jest we mnie zakochany. Chyba nie dociera do ciebie co to znaczy. Mógłby być zły na mnie przez wiele miesięcy, ale prędzej czy później mi wybaczy. W moich oczach jesteś niczym w porównaniu do niego.
Zaczekał, aż pełen rozgoryczenia wzrok Michaela – Draco miał wrażenie, że bardziej miał mu za złe zniszczenie iluzji, niż cokolwiek innego – spoczął w pełni na nim, po czym dodał:
– Poza tym, jeśli się dowie, to będę wiedział kto mu powiedział. A wówczas to, co ci przed chwilą zrobiłem, będzie wydawało ci się czarem rozbawiającym.
Michael wzdrygnął się od niego z twarzą pełną zgrozy. Draco prychnął.
– Naprawdę uwłaczająco do mnie podchodziłeś, wiesz – powiedział mu. – Przecież mam na nazwisko Malfoy. Za kogo ty mnie miałeś? Kota?
Odwrócił się od Michaela i ruszył w kierunku lochów, gdzie wiedział, że Joseph pracuje z Harrym. Spojrzenie Michaela wbijało mu się w plecy przez całą drogę. Draco nie sądził, żeby pozostała w nim nawet odrobina miłości. Zastanawiał się wcześniej, czy Michael odmówi przyjęcia sobie tej nauczki do serca i w dalszym ciągu będzie w z uporem pozostawał w pobliżu, gotów pozbierać wszystkie kawałki, jakie pozostałyby po Draconie, gdyby Harry kiedykolwiek spróbował z nim zerwać. I tak czekałby w nieskończoność, bo przecież nigdy by do tego nie doszło.
Ale zamiast tego wyglądało na to, że postanowił znienawidzić Dracona za tak doszczętne zniszczenie jego fałszywego lustra.
Draco wzruszył ramionami, ciesząc się z tego drobnego, eleganckiego ruchu. A niech sobie mnie nienawidzi. To niczego nie zmieni. Jestem od niego silniejszy, tak samo jak Harry. Może Harry nie chce zauważać ukrytego w trawie węża, póki ten nie wbije mu kłów w kostkę, ale zawsze pozostanę bardziej ostrożny od niego. I wspólnie jesteśmy niemożliwi do zniszczenia przez kogoś takiego jak Michael.
– Powiedz mi ponownie, czemu chcesz istnienia komisji nadzorczej.
Harry spiął się niespokojnie i spojrzał na swoją dłoń.
– Czy naprawdę musimy przez to przechodzić? – zapytał. – Powiedziałem ci już wszystko co wiem, Josephie. Nie moja wina, że tego nie rozumiesz.
– Rozumiem – powiedział Joseph. – Czy też, rozumiem twój sposób myślenia. Nie sądzę jednak, żebyś sam siebie rozumiał.
Harry z wysiłkiem powstrzymał się przed warknięciem. Cholerny wieszcz.
– Niech będzie – pilnując by jego głos był tak obraźliwie znudzony, jak to tylko możliwe. Dostałby szlaban za taki ton od Henrietty, pewnie nawet od Petera. Z zaskoczeniem zauważył, że na jego dźwięk Joseph uśmiechnął się, jakby go doceniał. – Chcę komisji nadzorczej, ponieważ w ten sposób dotrzymam układu danego Światłu, dzięki któremu w ogóle dojdzie do rozprawy Gloriany Griffinsnest.
– Nie tylko dlatego – powiedział Joseph. – Inaczej z przyjemnością rozwiązałbyś ją zaraz po rozprawie.
I tego właśnie nie rozumie.
– Chcę też zachęcać ludzi do stawiania mi się – powiedział cierpliwie Harry. – Nie jestem pewien, czy bez nich będzie mogło do tego dojść. Rewolta wydawała się zbyt wielu ludziom przytłaczającym zwycięstwem z mojej strony, przez co teraz tylko mamroczą i wzdychają po kątach. Opozycja Voldemorta jest szalona. Nie sądzę też, żeby Falco Parkinson był tak do końca poczytalny... poza tym pracuje sam, nie próbuje zbierać sojuszników. Chcę, żeby komisja nadzorcza stała się dla mnie tym, czym ministerstwo powinno być dla Scrimgeoura. Szansą na to, żeby zwykli czarodzieje i czarownice ośmielili się do mnie zbliżyć, zorientować że nie mam zamiaru ich przytłoczyć i zaczęli myśleć, zamiast po prostu reagować.
– I te wszystkie ideały są naprawdę godne podziwu – powiedział Joseph. – Czy też byłyby, gdybyś był gotów wskazać swoim nowym wrogom, kiedy zaczynają zachowywać się nieracjonalnie. Powiedziałeś mi, że cenisz sobie komisję nadzorczą jako łańcuchy na swojej mocy, ograniczenia samego siebie. Dlaczego, Harry?
– Ponieważ mimo wszystko wciąż jestem czarodziejem o lordowskiej mocy – powiedział Harry. – Nie zadeklarowanym Lordem i nigdy nim nie zostanę, ale wciąż straszę innych i powstrzymuję przed wygłoszeniem absolutnie rozsądnych argumentów, które przeoczyłem. Chcę pokazać wszystkim, że nie ignoruję ich celowo, że cenię sobie ich perspektywę, że jestem skłonny do stłumienia i okaleczenia własnej magii, jeśli okaże się to konieczne, byle tylko poczuli się przy mnie na tyle bezpiecznie, żeby mogli odetchnąć głęboko i zastanowić się nad własnymi potrzebami.
Chwilę potem podskoczył, klnąc zajadle. Na jego ramieniu pojawił się ptak, który momentalnie i bez żadnego ostrzeżenia przejechał pazurami wzdłuż jego twarzy, co było wyrazem kary, której Harry już od dawna nie doświadczył. Ostrożnie dotknął palcami zamarzających strupów i łypnął na krążące w pokoju ptaszysko, kłapiące dziobem i syczące na niego.
Jego zimny głos przeszył powietrze tak, jak nie robił tego od miesięcy. Związany z tobą. Nienawidzę cię. Kocham cię. Nienawidzę związania.
– Wiem o tym – mruknął Harry. – Ale właśnie dlatego nie mogę cię wypuścić na wolność. Wywołasz same szkody, jak się ciebie nie ograniczy.
Ptak zanurkował na niego, rozkładając szeroko pazury. Harry pochylił się, przez co stworzenie przemknęło mu nad głową w podmuchu magii i wiatru, po czym wsiąknęło w ścianę. Harry pokręcił głową.
– Wygląda na to, że twojej magii nie podoba się idea tłamszenia i okaleczania. – W głosie Josepha pojawił się najlżejszy ślad rozbawienia.
– I co ja jej na to poradzę? – wypalił Harry, prostując się. – Nie mogę po prostu pozwalać jej na wpływanie na wszystkich wokół mnie. Zaczęłaby zachęcać ludzi do przyłączenia się do mnie po prostu przez wzgląd na potęgę mojej magii. To podświadome przymuszenie, ale i tak rodzaj przymuszenia. Zaczną decydować, że chcą się do mnie zbliżyć z pragnienia znalezienia się w pobliżu takiej mocy.
– Nawet kiedy wiesz, że opieranie się, ograniczanie i więzienie twojej magii może odesłać ją z powrotem do Voldemorta? – zapytał spokojnie Joseph.
Harry spuścił wzrok.
– Nie jesteś winny tego, w jaki sposób ludzie reagują na twoją magię – powiedział Joseph. – Zwłaszcza w chwili, w której pętanie jej prowokuje ją do stworzenia własnej osobowości, która nieustannie knuje jak wyrwać się z powrotem na zewnątrz. Już kiedyś widziałeś, do jak katastrofalnych skutków może wówczas dojść, Harry. Wierzę, że nazywało się to siecią feniksa.
Harry poderwał się gwałtownie na nogi i zaczął krążyć po pokoju. Przynajmniej kwatery Josepha były rozległe i miał na to mnóstwo miejsca.
– No to nie wiem, co mi pozostało. Próbowałem zaoferować innym ludziom okazję do kwestionowania mnie, mimo że zarówno Draco jak i Snape mówili mi, że komisja nadzorcza to zły pomysł... a potem dowiedziałem się, że sprowokowałem w ten sposób ludzi do knucia przeciw mnie. Próbowałem powstrzymywać moją magię, ale to ją tylko wkurza, przez co zaczyna uciekać do moich wrogów. Próbowałem nie wtrącać się w sprawy ministerstwa i patrz, gdzie mnie to doprowadziło. Nie wiem jak zachować równowagę między oferowaniem innym wolności, a pozwalaniem mojej magii na dość, żeby nie oszalała. – Przeczesał ręką włosy.
– I właśnie to miałem nadzieję od ciebie usłyszeć – powiedział Joseph tonem pełnym tryumfu. Harry zmarszczył na niego brwi. Joseph uśmiechnął się w odpowiedzi. – Wreszcie przyznałeś, że wciskanie się pod ograniczenia, do których nigdy nie spróbowałbyś zmusić nikogo innego, jest bez sensu. Nie działa ze względów praktycznych i powinieneś się tym też przejmować od strony etycznej, bo co z ciebie za vates, skoro chcesz poddać własną wolność?
Harry oparł się o ścianę i zamknął oczy. Magia wystrzeliła wokół niego w serpentynach, trzęsąc mapami i sztandarami.
– A teraz – powiedział Joseph – pozostaje jeszcze pytanie czemu. Przecież nie oczekiwałbyś jakiegokolwiek ograniczania się po Falco Parkinsonie, czy Voldemorcie.
– To Mroczni Panowie, a przynajmniej mają takie tendencje – wymamrotał Harry, pocierając dłonią twarz. – Oczywiście, że nie spróbowaliby się w żaden sposób ograniczyć.
– A Jing–Xi? Twoja Świetlista Pani? Czy przeszkadza ci, że za każdym razem jak się pojawia, możesz czuć jej moc poprzez drzwi? Mówiłeś, że już kiedyś interweniowała, pomagając rozwiązać problemy w chińskiej magicznej społeczności, nawet z chińskim mugolskim rządem. I jakoś jej za to nie nienawidzisz.
Harry skulił ramiona.
– Sprowadza się to do narzucania sobie standardów, których nikt poza tobą nie musi spełniać – ciągnął niewzruszenie Joseph. – I nawet nie próbuj się wymawiać tym, że czarodzieje o lordowskiej mocy mają więcej magii, przez co muszą się z nią ostrożniej obchodzić. Nawet nie próbujesz wymagać tego standardu od innych Panów i Pań. Wciąż postrzegasz siebie jak innego od wszystkich i chcę się dowiedzieć dlaczego.
Harry oparł się impulsowi zwinięcia się w kłębek i schowania głowy w ramionach. To nie zabrałoby od niego kujących słów Josepha, wyciągających z niego prawdę niczym biczowanie dziewięcioogonowego kota i nie ukryłoby go przed faktem, że wreszcie musiał się przed kimś przyznać. Nie wspomniał wcześniej o tym, bo wiedział, że zarówno Draco jak i Snape zareagowaliby przesadnie, nie biorąc jego słów na poważnie i zapewniając go, że to nic wielkiego.
– Bo sobie nie ufam – wyszeptał.
– Taka jest prawda – powiedział Joseph, a Harry był boleśnie wdzięczny, że nie powiedział, że oczywiście że Harry powinien być w stanie sobie zaufać. – A dlaczego sobie nie ufasz, Harry? Chciałbym to usłyszeć.
– Nie odpuścisz, co? – zapytał Harry swoich ramion.
– Nie.
Harry westchnął.
– Wciąż pamiętam wszystkie czasy, kiedy coś mnie popchnęło, nawet tylko trochę, i momentalnie zwracałem się ku Mrokowi.
Usłyszał ostry ruch i poderwał wzrok. Joseph kręcił głową.
– Nie pozwolę ci się tak okłamywać – powiedział. – Te prowokacje w żadnym razie nie były niewielkie. Minister spróbował ukraść ci magię. Własna matka spróbowała cię przekonać, żebyś wrócił z nią do Doliny Godryka i nigdy więcej nikomu się nie pokazywał. Bellatrix Lestrange odcięła ci rękę. – Joseph przechylił głowę. – Nieludzkim byłoby oczekiwanie od ciebie opanowania w takich sytuacjach, Harry. Ale też straciłeś nad sobą panowanie do tego stopnia, ponieważ nakładałeś na siebie zbyt ostre ograniczenia. Chyba to rozumiesz, prawda? Że odrobina rozluźnienia z twojej strony może ukoić te problemy i rozwiązać je dla wszystkich zainteresowanych?
– A co, jeśli wpakuję się przez to w kłopoty? – wyszeptał Harry. – Co jeśli kogoś przez to skrzywdzę, nawet jeśli tylko przypadkiem?
– Teraz już bawisz się hipotetycznymi sytuacjami – powiedział Joseph. – Po tym wszystkim co usłyszałeś od matki, wciąż na swój sposób wierzysz, że możesz zostać Mrocznym Panem. Ale hipotetyczne sytuacje są ostatnim azylem tchórzy, Harry. Znasz prawdę. Kryłeś się przed nią już od dłuższego czasu. Chciałeś rozwiązać komisję nadzorczą, wypuścić wolno swoją magię. Ale uznałeś, że te pragnienia muszą być w jakiś sposób nieludzkim dziełem pokręconego umysłu. – Zniżył głos, przez co dla uszu Harry'ego jego ton stał się przerażająco kuszący i kojący. – Czemu chcesz pozwolić na wolność wszystkim, Harry, tylko nie sobie? Czemu vates musi sobie nie ufać, bać się siebie, podczas gdy wszyscy wokół niego mają mieć absolutną pewność co do własnych myśli i motywów?
Harry odwrócił wzrok.
– Harry?
– Nie ma na to odpowiedzi – odezwał się wreszcie Harry, łamiącym się głosem. – Już... od dawna kryłem się przed faktem, że nie ma na to odpowiedzi, że w moim rozumowaniu znajdowała się sprzeczność, której nie chciało mi się nawet wypatrywać. Po prostu wygodniej mi jest pozostawać w okowach i zachowywać się zgodnie z wyznaczonymi regułami.
– Wiem – powiedział Joseph, którego głos zrobił się łagodny i pełen współczucia. – Ale to nie jest dla ciebie zdrowe, Harry, już nie. – Harry niemal słyszał, jak wieszcz zwalcza w sobie pokusę dodania „o ile kiedykolwiek było". Na szczęście zrobił to z powodzeniem. – Musisz pozwolić sobie na poluzowanie tych ograniczeń, zarówno dla dobra własnej magii, jak i dla dobra swoich najbliższych, skoro wciąż nie uważasz własnego zdrowia psychicznego za wystarczająco ważne. Powiedziałeś mi, że świat potrzebuje vatesa. Ale świat potrzebuje, żeby jego vates był szczęśliwy i poczytalny.
Harry kiwnął powoli głową. Wciąż czuł ogromny opór przed zrobieniem tego, o czym mówił Joseph, bo zdawał sobie sprawę z tego, do czego może dojść, jeśli podejmie niewłaściwą decyzje i rozluźni zbyt wiele barier. Ale nie mógł już dłużej taki pozostać. Wydawało mu się, że już na czwartym roku utracił zdolność do wypierania się sprzeczności we własnym rozumowaniu, kiedy to Vera zobaczyła prawdziwe przyczyny jego zachowania. Mógł odmówić przyglądania się im, ale kiedy zostały wywleczone na wierzch i machano mu nimi przed nosem, nie miał już innego wyboru jak się zmienić.
Joseph objął go nagle. Harry spiął się, po czym zmusił do rozluźnienia mięśni. Mogę zacząć od tego, powiedział sobie. Mogę zacząć od faktu, że są tacy ludzie, którym przyjemnie się mnie dotyka. Być może prędzej czy później zaakceptuję nawet, że to całkiem przyjemne.
– A teraz – Joseph powiedział mu cicho na ucho. – Nie prosiłem cię jeszcze o żadne zobowiązania, Harry, poza regularnym rozmawianiem ze mną i myśleniem o wszystkim, co tu przedyskutowaliśmy. Teraz jednak chciałbym poprosić, żebyś zaniósł ze sobą to nowe zrozumienie na następne spotkanie z komisją nadzorczą, żebyś mógł zobaczyć co się stanie.
Harry spiął się nieszczęśliwie, ale nie spróbował wyrwać z objęć Josepha.
– Muszę obiecywać?
– Tak. Musisz.
Harry przełknął ślinę.
– No to obiecuję.
Joseph odstąpił od niego z uśmiechem, po czym machnął różdżką, zagrzewając dla nich dzbanek z herbatą. Harry opadł tępo na krzesło, z którego wcześniej się zerwał, po czym spojrzał na swoją dłoń, obracając ją swobodnie.
Co jeśli nie chcę spędzać już czasu na treningu animagicznym, albo badaniu innych spraw, które mogłyby okazać się użyteczne dla wojny? Co jeśli wystarczy nieco skupienia, żebym odzyskał drugą rękę? Chwila spędzona nad książkami? Co jeśli inni ludzie nie będą ze mnie niezadowoleni, jeśli się tym tak po prostu zajmę?
Harry przełknął ślinę. Pozwolił sobie ostrożnie sprawdzić własne myśli dotyczące odzyskania drugiej dłoni.
Zaskoczyło go, jak strasznie tego pragnął.
Westchnął. Ze wszystkich emocji pragnienie było prawdopodobnie najcięższe dla niego, zarówno pod względem odczuwania, jak i akceptowania. Ale teraz miał obietnicę, która go uziemiała, a kolejne spotkanie z komisją nadzorczą miało nastąpić pierwszego grudnia.
Ponuro zaczął się przekonywać, że wszystko będzie dobrze. W końcu zdołał powstrzymać się w czasie poświęcenia Lokiego, prawda? Był w stanie ograniczyć swoje pragnienie do wtrącania się, kiedy chodziło o naprawdę ważne sprawy.
Może nawet nie musiał się siebie bać. Być może. Kiedyś.
– Wypij herbatę – powiedział cicho Joseph, stawiając przed nim kubek.
Ostatecznie Harry musiał skorzystać z zaklęcia lewitującego. Ręka zbyt mocno mu się trzęsła, kiedy zobaczył zaledwie przebłysk tego, jak bardzo będzie musiał się zmienić, jeśli faktycznie zacznie sobie ufać i jak radykalnie i głęboko będą musiały sięgnąć te zmiany.
Aurora poderwała głowę niczym pies gończy, kiedy Harry wszedł do pokoju.
Coś się zmieniło. Nikt nie musiał jej o tym mówić. Trzeba było nauczyć się rozpoznawać takie sprawy, albo pogodzić się z porażką w polityce i znaleźć sobie kogoś, kto cię poprowadzi. Aurora uśmiechnęła się przelotnie, ale przede wszystkim przyglądała się Harry'emu, usiłując ustalić, na czym konkretnie polegała ta zmiana.
Już nie szedł, jakby był świadom każdej możliwej ścieżki przed sobą, albo jakby ktoś trzymał go za rękę i prowadził. Zamiast tego poruszał się jak dziecko, które po raz pierwszy uczy się chodzić i jest tym przerażone, ale to w żaden sposób nie tłumi jego determinacji. Spojrzeli sobie w oczy i Aurora zobaczyła, jak jego powieki otwierają się szerzej, po czym zawężają tuż przed tym, jak Harry ostrożnie odwrócił od niej wzrok. Na jego twarzy pojawiły się aż nazbyt dobrze znane jej linie, bo nieraz widziała je na twarzy jego opiekuna.
Aurora nabrała przelotnych i okropnych podejrzeń, że nawet jeśli profesora Snape'a i młodego pana Malfoya tu nie było, zgodnie z jej prośbą, to i tak towarzyszyli Harry'emu duchem. Odrzuciła to od siebie, bo w końcu były to tylko podejrzenia. Harry przecież okazał już swoją chęć do współpracy z komisją nadzorczą. Ryzykowała gonienie własnego ogona, jeśli nie skończy z tą paranoją.
– Harry – odezwała się, kiwając do niego na powitanie. Większości komisji nadzorczej jeszcze nie było, tylko Madam Marchbanks, która spojrzała na Harry'ego z takim samym zaciekawieniem, co prawdopodobnie sama Aurora. Marchbanks była jednak znacznie bardziej wokalna.
– Czy możemy ci jakoś pomóc? Może chciałbyś zapytać nas o jakieś szczegóły dotyczące twojego treningu ze świetlistych czystokrwistych rytuałów?
– Właściwie to pojawiłem się wcześniej, bo chciałem porozmawiać tylko z waszą dwójką. – Harry przeczesał włosy palcami, a Aurora odprężyła się nieco na ten widok. Znała ten gest jako wyraz podenerwowania, co oznaczało że jego rozdygotana pewność siebie była tylko mirażem. Harry nie był w stanie nie być sobą nawet, kiedy tego chciał. – Chciałem poprosić, żeby Madam Marchbanks przejęła kontrolę nad komisją nadzorczą.
Aurora poczuła, jak słowa więzną jej w gardle, kiedy spojrzała dziko na Harry'ego.
Ale tylko na moment. Jej plany zapasowe szybko wysunęły się naprzód, więc przechyliła głowę.
– To naprawdę niefortunne, Harry – wymamrotała. – Czyżbym cię w jakiś sposób nie zadowoliła? Chyba zdajesz sobie sprawę z tego, że wielu świetlistych czarodziejów czuje się komfortowo ze mną jako przewodniczącą komisji i woleliby nie zakłócać tego porządku.
– Nie widzę żadnych powodów, dla których mieliby nagle zrezygnować tylko dlatego, że to Madam Marchbanks przejęłaby kontrolę, Madam Whitestag, w końcu jest zadeklarowana wobec Światła. – Harry kiwnął do Marchbanks, która przyglądała mu się przymrużonymi oczami. – O ile Madam Marchbanks w ogóle się zgodzi, oczywiście.
– Zgadzam się – powiedziała starucha. Aurora ledwie powstrzymała się przed rzuceniem jej potępiającego spojrzenia, ale niewiele brakowało. Upomniała się, że Marchbanks była niezbędna. No i przynajmniej Harry nie upierał się, że to jeden z jego mrocznych sojuszników powinien przejąć kontrolę – choć pewnie nie zaproponował tego, bo zdawał sobie sprawę, że nie zaimponowałby tym świetlistym czarodziejom, którzy jedli Aurorze z ręki.
– Wciąż chciałabym usłyszeć dlaczego – powiedziała Aurora, barwiąc swój głos pokrzywdzeniem. – Co ci takiego zrobiłam, żeby zasłużyć sobie na tak okrutne odrzucenie, Harry?
– Poszczuła pani swoich świetlistych czarodziejów na mnie i moich. – Głos Harry'ego nie wyrażał żadnych emocji. Aurora przyjrzała się jego twarzy. Jego oczy były puste niczym pole pełne trawy. – Lisa Addlington miała rozproszyć Draco, sprowokować go i upewnić się, że zgodzę się nie zapraszać go na kolejne spotkania komisji. Cień miał rozkaz zaatakować Snape'a. Chciała też pani, żeby Marvin Gildgrace odciągnął uwagę Narcyzy, ale nie zareagowała tak, jak miała pani na to nadzieję.
Skąd on... No tak. Oczywiście. Legilimencja. Aurora podejrzewała, że powinna była się domyślić, że rozkojarzenie Snape'a w czasie ostatniego spotkania nie było spowodowane wyłącznie jego gniewem. Gdyby raporty o nim były prawdziwe, to złapałby za różdżkę i przeklął kogoś w trakcie spotkania, zamiast warczeć nieefektywne wyzwiska w odpowiedzi na znacznie bardziej cięte uwagi Cienia.
– Czy to prawda, Auroro?
A teraz jeszcze Marchbanks odezwała się, jakby była przerażona. Aurora ledwie powstrzymała się przed wywróceniem oczami. Zupełnie jakby sama nie dokonywała za swoich czasów politycznych kompromisów! Jak ona śmie ochrzaniać mnie za upewnienie się, że komisja nadzorcza będzie mogła funkcjonować jak należy.
– To prawda – powiedziała Aurora. – Ale tylko pozornie. Źle zrozumiałeś intencje kryjące się za tymi prowokacjami, vatesie. Naprawdę mam wrażenie, że profesor Snape i Draco Malfoy nie mają na ciebie najlepszego wpływu. Mogą spróbować zaciągnąć cię głębiej w stronę Mroku, przez co zacząłbyś zachowywać się bardziej jak oni, a nie ktoś niezadeklarowany.
– W takim razie powinna była pani przyjść do mnie z tymi wnioskami. – Głos i spojrzenie Harry'ego w dalszym ciągu pozostawały obojętne. Aurorę zaczynało to już wytrącać z równowagi. Swobodna gra emocji należała do jego tonu i twarzy. – Przecież jedną z zalet Światła jest szczerość, czyż nie, pani Whitestag? Ale pani jej nie zachowała. Zamiast tego spróbowała mnie pani od nich oddzielić. Przecież mówimy tu o moim opiekunie i partnerze. Ich deklaracja nie powinna mieć znaczenia, nie miała pani prawa odciągać mnie od nich.
Aurora pokornie pochyliła głowę. Wyglądało na to, że faktycznie spierdoliła tę sprawę. Może jednak wciąż zdoła uratować sytuację jako taką.
– Czy pozwolisz mi, mimo wszystko, na pozostanie w komisji nadzorczej, vatesie? – zapytała cicho. – Mam nadzieję, że przekonałam cię już z jaką pasją podchodzę do twojej edukacji i sposobów, na jakie wpłyniesz na przyszłość w czarodziejskim świecie. Po prostu nie skorzystałam z najlepszych metod do zaprezentowania jej.
Odpowiedziała jej cisza. Aurora podniosła wzrok i zobaczyła, że Harry przygląda się jej uważnie. Wreszcie jego oczy przemówiły, ale były tak intensywne, że zawierały w sobie więcej niż jedną i specyficzną emocję. Aurora zmusiła się do pozostania bierną i po prostu patrzyła na Harry'ego, podnosząc stopniowo coraz wyżej brwi w miarę mijających chwil.
Nawet nie spróbowała oglądać się na Madam Marchbanks. Starucha przeszła już w pełni na stronę Harry'ego. Pewnie byłaby oburzona myślą pozostawienia Aurory w komisji.
Ale Aurora znała polityczne realia, a Harry znał własne realia. Prawdopodobnie uzna, że powinna zostać choćby po to, żeby miał przy sobie choć jedną osobę w pełni poświęconą powstrzymaniu go, gdyby doszło do najgorszego i stracił nad sobą kontrolę.
– Jeśli chce pani pozostać, pani Whitestag – odezwał się wreszcie Harry – to będę wymagał od pani przysięgi.
Nie tak to miało wyglądać. Ale Aurora utrzymała swoją twarz spokojną i uważną, nie okazując zaniepokojenia w żaden inny sposób jak przechyleniem głowy i podniesieniem tylko jednej brwi.
– Tak?
– Przysięgę wychodzącą ponad przysięgi przymierza – powiedział Harry. – Przysięgę, która zaświadczy mi, że będzie pani działała wyłącznie w trosce o moją edukację i wpływ na przyszłość czarodziejskiego świata, a nie przez wzgląd na własne polityczne podboje.
To niemożliwe. Aurora spojrzała na niego z takim żalem, na jaki tylko mogła sobie pozwolić.
– Nie mogę tego zrobić, vatesie, chyba że wszyscy inni też złożą tę samą przysięgę.
Przyglądała się przyglądającemu się jej Harry'emu, a jej oczy wyglądały, jakby należały do gonionego przez łowców jelenia. Nogi się jej nie trzęsły i nie miała poroża, ale wiedziała, że została zagoniona w kozi róg. Zawaha się przed naciskaniem na nią, nie każe składać tej przysięgi wyłącznie jej, nie spróbuje w ten sposób ograniczyć jej wolności.
– Nikt poza panią nie spróbował odebrać mi moich najbliższych. – Głos Harry'ego był niski, ale bardzo wyraźny. – Albo faktycznie dobrze mi życzą, albo słuchają pani rozkazów. Pani Whitestag, albo zobowiąże się pani wobec mnie w ten sposób, albo nie życzę sobie pani obecności w komisji nadzorczej.
Nie mógł jej wyrzucić. Nie mógł. Aurora trzymała usta przy zbyt wielu właściwych uszach. Wystarczyłoby wyszeptać jedno słowo, a cały świetlisty sojusz z Harrym odsunie się od niego niczym flaga na wietrze. Musiał zdawać sobie z tego sprawę. Musiał zdawać sobie sprawę z tego, że mogłaby sprawdzić jego blef i wszystko by się sypnęło.
Ale wydawał się tak naprawdę nie zdawać z tego sprawy. Jego spojrzenie pozostało jasne i nieugięte. I wróciła jego rozdygotana pewność siebie. Aurora zorientowała się nagle, że jeśli popchnie go do skoczenia z klifu, to zabierze ją ze sobą.
Ich walka na spojrzenia trwała kilka chwil, po których Aurora pochyliła głowę. Harry nie mógł pozwolić sobie na stracenie jej w komisji nadzorczej, choćby dlatego że wolałby mieć ją na oku, ale ona też nie mogła pozwolić sobie na odsunięcie się od niego. Harry albo przekonałby do siebie w tym czasie jej sojuszników, albo ci zrobiliby bez jej przewodnictwa coś na tyle głupiego, że zostaliby wyrzuceni z komisji. Aurora była też pewna, że wówczas mroczni sojusznicy, wraz z Madam Marchbanks, momentalnie zamknęliby wokół niego krąg. Musiała znajdować się w pobliżu, żeby subtelnie wpływać na ludzi i przypominać im o możliwościach wykraczających poza ślepe podążanie za Harrym vatesem.
– Złożę przysięgę, Harry – powiedziała wreszcie, zabarwiając swój głos żalem. – Jeśli naprawdę wydaje ci się, że to niezbędne.
– Owszem – powiedział Harry.
Wyglądało na to, że w ogóle tego nie żałował. Aurora, choć zirytowana, nie miała innego wyjścia jak wyciągnąć różdżkę i przysięgnąć na magię i Merlina, podczas gdy Harry przyglądał się jej tymi swoimi jasnymi oczami. Następnie nachylił się nad stołem i włączył w swoje spojrzenie również Madam Marchbanks.
– Powinniśmy omówić też, jak długo ma trwać opieka komisji nadzorczej nade mną – powiedział.
Aurora stłumiła w sobie jęk. Kto mu to zrobił?
Muszę się dowiedzieć, żebym mogła zabrać ten wpływ z jego życia.
Harry oparł się o budkę telefoniczną na zewnątrz ministerstwa i zamknął oczy. Rzucił na siebie urok Extabesco plene, dzięki czemu nikt z wychodzących go nie zauważył. Był z tego rad. Nie chciał, żeby ktokolwiek go zobaczył i to nie ze zwykłych powodów. Wyglądał teraz jak uosobienie słabości, jego blada twarz lśniła od potu, nogi mu się trzęsły, w dodatku dyszał jakby przebiegł milę.
I skończył tak przez coś, co naprawdę niewielu ludzi poza nim uznałoby za trudne do wykonania. Zmusił Aurorę Whitestag, która traktowała go jak wroga nawet, jeśli nie miała takiego zamiaru, do odstąpienia od stanowiska przewodniczącej komisji nadzorczej. Kazał jej oficjalnie potwierdzić swoje zobowiązania wobec niego. Wykłócał się z komisją nadzorczą, która chciała nad nim czuwać póki nie opuści Hogwartu, póki nie zgodzili się przenieść tej daty na trzydziestego pierwszego lipca następnego roku, jego siedemnaste urodziny i oficjalne osiągnięcie pełnoletności. Walczył o swoje prawa, które wszyscy normalni ludzie prawdopodobnie uważali za zwykły rozsądek i poprosiliby o nie już pierwszego dnia.
Ale udało mu się. A ludzie krzywili się, jęczeli, próbowali wywołać w niego poczucie winy, ale ostatecznie się zgodzili. Nikt nie wybiegł z oburzeniem z pokoju. Nikt nie spróbował nawet posunąć się do czegokolwiek więcej, jak po prostu zadawania mu nieco przebiegłych pytań. Nikt nie oskarżył go o następowanie na ich wolną wolę i nie kazał mu się wycofać.
Zawalczył o siebie, nic nie poszło źle i nikt nie zginął.
Harry przytknął twarz do ramienia, drżąc lekko, kiedy pot na jego skórze zaczął schnąć i chłodnieć. Ależ to bolało. Uciekł ze skorupy jednego rodzaju więzienia, ale nowy i szeroki świat okazał się być znacznie bardziej przerażający. Przynajmniej w czasie zajęć z Jing–Xi, albo rozmów z Josephem rozumiał zasady, nawet jeśli obawiał się złamania ich w jednym przypadku i nie znosił czegokolwiek słuchać w drugim.
Ale to.
To.
Harry dygotał na skraju ataku paniki, póki wreszcie nie poczuł się lepiej. Wtedy nabrał głęboko tchu i wstał. I jemu też nic złego się nie stało, przede wszystkim wciąż żył.
Ale będzie musiał to robić raz za razem, przynajmniej póki nauczy się nie podciągania siebie do nierozsądnych oczekiwań i nierozsądnego ograniczania się.
Musiało do tego dojść.
Przeczesał dłonią swoje wilgotne od potu włosy, wymamrotał zaklęcie osuszające i obrócił się, żeby aportować z powrotem do Hogwartu. Zauważył jednak, kiedy ptaszysko o jaszczurczym ogonie, przyczajone wysoko nad alejką na jednej ze ścian i przyglądające się mu z czymś w rodzaju aprobaty, rozwinęło skrzydła i wzbiło się w powietrze.
