Witam w rozdziale, który powinien być zatytułowany „Przed zimowym przesileniem dojdzie do tylko jednej ważnej sytuacji, więc oto macie wiele pomniejszych przebłysków innych ludzi".
Rozdział pięćdziesiąty drugi: Wgląd
Snape zamknął oczy i nachylił twarz ku słońcu. Był w stanie wyobrazić sobie, co powiedzieliby na ten widok jego uczniowie. Znacznie lepiej potrafił wyobrazić sobie, co powiedzieliby na ten temat Ślizgoni. Zobaczyliby słabość, a tam gdzie widzieli słabość, zwykle albo atakowali bezpośrednio, albo szukali wymówek do przegonienia danej osoby od siebie. Snape był w stanie wyobrazić sobie pogardę w oczach Millicenty Bulstrode, słowa które napisze po cichu do swoich rodziców, a następnym razem kiedy Snape pojawi się na spotkaniu komisji nadzorczej, albo zebraniu Przymierza Słońca i Cienia, Adalrico Bulstrode będzie przyglądał mu się uważnie, wypatrując wszelkich dowodów na to, że Snape już nie jest w stanie dłużej opiekować się Harrym.
Dlatego wyszedł na zewnątrz i usiadł, zgodnie z sugestią Josepha, ale zrobił to bardzo wczesnym rankiem, przyzwyczajając się do świadomości otaczającego go świata na długo, nim ktokolwiek zdąży obudzić się i zobaczyć tę słabość. Obecnie siedział przy jeziorze, gdzie szum wody wyciągał na wierzch stare wspomnienia, podobnie jak zamarznięta pod nim trawa – chwilowo śnieg stopniał i jeszcze nie wrócił, choć wciąż mógł zalegać gdzieś pod drzewami w Zakazanym Lesie – czy kąsający chłód powietrza.
Nie myśl o nich.
Ale Joseph kazał mu wyjść i zastanowić się nad nimi i kiedy niby Snape miałby do tego okazję, jak nie teraz? Skupił się więc i wyciągnął wspomnienia z powrotem. Zimna woda, zimne powietrze i zimna trawa, która łamała się pod nim... a może to była cienka warstwa lodu. Miał dziewięć lat i matka zabrała go na jedną z ich lekcji dotyczących brudu i szkaradności świata. Przeszli się nad kanał melioracyjny.
To była jedna z niewielu lekcji, które nie wywołały w nim odpowiedniej reakcji. Wiedział, że chciała pokazać mu niesiony wodą syf i porównać go ze szlamowatą krwią, która płynęła mu w żyłach. Chciała zaimponować mu szkaradzieństwem błotnistych zboczy kanału, wodą zbyt zamuloną, by była w stanie odbijać niebo, obumarłą i brązową trawą.
Ale tego dnia świeciło słońce, którego promienie odbijały się w powierzchni wody i porastającego ją lodu. I to właśnie Snape zapamiętał, brzydką scenę przemienioną dzięki słońcu w nieoczekiwanie piękny, praktycznie święty obraz.
Zarumienił się, myśląc o tym wszystkim. Jak mógłby mieć takie myśli? Jak ktoś, kto przeszedł tyle co on, mógł nazywać w życiu cokolwiek „świętym" bez kpiny czy ironii w głosie?
Ale i tak miewał takie myśli, a wiedział, że jeszcze pięć miesięcy temu w ogóle nie wziąłby pod uwagę piękna tego wspomnienia. Zamiast tego skoncentrowałby się na słowach swojej matki i odciąłby od faktu, że wtedy odciął się od nich, wpatrując się w niewielki cud przyrody, wody mknącej zbyt szybko by zamarznąć, jesieni wciąż nie poddającej się zimie, które widział na własne oczy.
Przeszłość i teraźniejszość zmieszały się tak bardzo, że nie był zaskoczony, ani nawet zaniepokojony, kiedy usłyszał obok siebie kroki. Oczywiście, przecież matka z nim tam była. Obrócił głowę i otworzył oczy, żeby ją powitać, pewien że w tym nastroju nawet ona nie zdoła wywrzeć na nim wrażenia.
Ale to nie była Eileen Prince. To był Harry, który spokojnie usiadł obok Snape'a, jakby codziennie oglądali razem wschody słońca. Złapał swojego opiekuna za rękę i spojrzał w kierunku wody.
Snape przyglądał mu się, czekając na nadciągające pytania. Nie rozległy się żadne. Istniał tylko głęboki spokój, który zdawał się pochodzić zarówno z cichego oddechu Harry'ego, jak i westchnień wiatru i pieśni wody, witającej nadchodzącą zimę.
Obrócił rękę i ścisnął dłoń Harry'ego. Harry obejrzał się na niego szybko i z wdzięcznością, jakby właśnie doczekał się niesłychanego przywileju, po czym wahał się przez dłuższą chwilę. Snape wyczuwał jego debatę, nawet jeśli nie wiedział, czego konkretnie dotyczyła i nie sądził, żeby był w stanie udzielić mu teraz odpowiedzi, kiedy sam był pochłonięty głęboką ciszą, która ciągnęła go coraz niżej.
I wtedy Harry oparł głowę na ramieniu Snape'a i zamknął oczy.
To był gest dziecka szukającego ochrony, a nie kogoś potężnego udzielającego wsparcia swojemu podopiecznemu, ale Snape nie czuł żadnych wymówek ani nacisku, jakby w głębi ducha tak naprawdę wciąż wolał, żeby Harry przyjął z powrotem rolę, którą obrał z konieczności, kiedy Snape nie był w stanie adekwatnie się nim zająć. Zamiast tego poczuł satysfakcję równie cichą i głęboką, co jego własny spokój i objął ramiona Harry'ego.
Oddech Harry'ego powoli spowolnił i uspokoił się, kiedy znikało w nim dowolne podenerwowanie, które sprowokowało go w ogóle do wyjścia przed szkołę. Snape obrócił głowę i patrzył jak promienie słońca lśnią na tafli wody, przytłumione ale nieugięte.
Owen leżał na łóżku, wpatrując się w sufit i przeklinał wszystkich idiotów. Co i tak było lepsze od wyciągnięcia różdżki i przeklinania wszystkich idiotów.
Michael pewnie leżał teraz na swoim łóżku w wieży Ravenclawu, albo rozmawiał z Krukonami, którzy wciąż nie ufali Harry'emu i szukał pośród nich pocieszenia i zrozumienia. Dla dobra swojego brata, Owen miał nadzieję, że nie robi tego drugiego. Zgodnie z rytuałem, którym zaprzysięgli się Harry'emu, blizna w kształcie błyskawicy ugryzie go, jeśli spróbuje zrobić coś wbrew Lordowi, czy też czarodziejowi o lordowskiej mocy, któremu obiecał swoją lojalność. Owen nie wiedział, czy ukąszenie miało być dosłowne czy nie. Nie chciał się o tym przekonywać.
Najlepiej by było, gdyby Harry wypuścił go spod przysięgi, ale Michael powiedział, że woli pod nią pozostać, bo w ten sposób będzie w stanie chronić interesów Dracona.
Który jest kolejnym idiotą. Owen powtarzał sobie raz za razem, że jego brat źle się zachował. Przecież wiedział, że Draco był w związku z ich Lordem i choćby nie wiem, ile Draco z nim by nie flirtował, czy się nie śmiał, to odpowiadanie tym samym było kiepskim pomysłem, podobnie jak zabujanie się w nim, albo w ogóle mówienie komukolwiek o swoich uczuciach. Nie można nic poradzić na emocje, ale można było kontrolować swoją mimikę i działanie. W końcu Michael nauczył się tego w Durmstrangu, nawet jeśli nie miał do tego okazji w domu. Dlatego też to, że w ogóle doszło do tej sytuacji, było zarówno z winy Michaela, co kogokolwiek innego.
Ale druga połowa tej winy zdecydowanie leżała po stronie Dracona. Draco go zachęcał. Draco zachowywał się przy nim tak, jak żaden partner, oddany swojemu Lordowi, nie powinien. Czasami Owen żałował, że nie żyli w starych i prostszych czasach, albo że Harry nie był Lordem, ściśle przestrzegającym antycznych protokołów, które kazały partnerom Lordów złożyć przysięgę podobną do tej zaprzysięgłych kompanów. Panie i Panowie byli zbyt ważni i rzadcy, żeby pozwolić rozpraszać się machinacjom znudzonych, albo zazdrosnych ludzi. Powolne przypalanie dłoni, połączone z utratą palców, jeśli partner z uporem zachowywał się jak idiota, zwykle zniechęcały zarówno do nudy, jak i zazdrości.
Harry nigdy by się nie zdecydował na coś takiego i między innymi właśnie dlatego Owen i Michael zdecydowali zaprzysiąc się wobec niego – ponieważ Harry był również tego rodzaju człowiekiem, który przybył do Durmstrangu, żeby uratować dzieci torturowane przez reprezentantów innego Lorda, czego nie zrobiłaby większość starych władców, chyba że dany Lord byłby ich osobistym wrogiem. Harry przyjął ich w ten sam sposób, w jaki zaakceptował Dracona, nie starając się ich zmienić, a jego cierpliwość i pobłażliwość były prawdziwymi zaletami. Owen zdawał sobie z tego sprawę.
Ale czasami to było takie frustrujące. I wyglądało na to, że to właśnie jemu przyjdzie to wszystko rozwiązać, bo nikt inny nie przejmował się tym wystarczająco. Draco był zadziornie przekonany o własnej racji. Harry powstrzymywał się przed zrobieniem czegokolwiek, oferując Draconowi i Michaelowi przestrzeń, żeby sami mogli to załatwić. A Michael nie chciał nawet nawet zdradzić, co nim tak wstrząsnęło kilka dni temu; Owen podejrzewał, że po prostu nie chciał zdradzić ukochanego.
Piękny i okrutny. Michael miał przecież mnóstwo okazji do znalezienia sobie kogoś takiego w Durmstrangu. Czemu musiał zaczekać z tym aż do Hogwartu?
Owen usiadł, westchnął i położył dłoń na bliźnie w kształcie błyskawicy, która przecinała mu lewe przedramię. Gdyby tylko skupił się wystarczająco, mógłby dowiedzieć się, gdzie w tej chwili przebywał Harry. Nieczęsto z tego korzystał, ponieważ i tak spędzał większość czasu w jego towarzystwie, w dodatku dostawał potem migreny z wysiłku. Ale potrzebował go teraz znaleźć, pozostać przy jego boku, póki nie będzie jakiejś okazji do odbycia rozmowy na osobności. W Slytherinie było naprawdę niewielu chłopców na siódmym roku. Owenowi wydawało się, że nikt nie wróci do tej sypialni jeszcze przez kilka godzin, dzięki czemu mogliby schować się tu z Harrym i porozmawiać.
Ktoś zapukał do drzwi, zanim jeszcze zdążył się odpowiednio skoncentrować. Owen zmarszczył brwi i wstał. Gdyby wracał jeden z chłopaków, to i tak miałby fatalne wyczucie czasu, ale przecież inne chłopaki nie pukałyby do własnej sypialni, co pewnie oznaczało, że to jego bliźniak. To znaczyło, że Owenowi przyjdzie wysłuchiwać, jak Michael wychwala Dracona pod niebiosa, albo jak okrutnie została zniszczona jego iluzja, podczas gdy jego własne, sensowne sugestie, napotykałyby się z nadąsaną ciszą.
Otworzył drzwi i zamrugał. To był Harry.
– Wszystko w porządku? – zapytał. Naprawdę ciężko przychodziło mu powstrzymywanie się przed dodawaniem tytułu. Magia Harry'ego lśniła wokół niego w statecznej burzy z błyskawicami, przynajmniej dla oczu Rosier–Henlinów, a ostatnimi czasy poblask ten robił się coraz jaśniejszy i jaskrawy, w miarę jak Harry nabierał pewności siebie i robił się coraz bardziej nieostrożny w kwestii kontrolowania własnej mocy. Owen uważał, że kogoś takiego powinno nazywać się Lordem, albo przynajmniej vatesem, skoro nie chciał zaakceptować tamtego słowa. Tak już po prostu się mówiło.
– Ze mną tak – powiedział Harry. Wciąż był nieco niższy od Owena, ale stał wyprostowany i patrzył mu prosto w oczy, przez co wyglądał na wyższego. – Ale nie z twoim bratem, czy Draco. Doceniłbym, gdybyś pomógł mi pod ich względem, bo byłbyś w stanie odpowiednio reprezentować interesy Michaela.
Owen po raz kolejny zamrugał, a potem jeszcze parę razy i wreszcie cofnął się, wpuszczając go do pokoju.
– Nie sądziłem, że zauważyłeś – zwrócił się do ramion Harry'ego, po czym potrząsnął głową. Nie chciał mówić czegoś takiego. Ojciec przecież uczył go, jak szkodliwa może być taka bezpośrednia szczerość. Ale magia Harry'ego zmieniała wszystko wokół siebie, powietrze robiło się od niej dziksze i ostrzejsze. Otwieranie ust zdawało się nie nieść równie srogich konsekwencji.
Harry obejrzał się i uśmiechnął lekko.
– Bo zwykle nie zauważam. Ale Michael ewidentnie miał jakiś powód, żeby uważać, że ma jakąś szansę u Draco, tak jak teraz ma powód do unikania go jak ognia. Co to za powody?
Owen opadł z ulgą na swoje łóżko. Jego vates zadał mu bezpośrednie pytanie. To oznaczało, że Owen mógł wyjawić mu prawdę bez zdradzania własnego brata.
Opowiedział cicho Harry'emu o flirtowaniu Dracona, jak i sytuacji, która musiała zajść kilka dni temu, a o której Michael nie chciał z nikim porozmawiać. Owenowi wydawało się, że musiała mieć jakiś związek z darem opętania Dracona; Michael nigdy nie zdołał w pełni przyjąć do wiadomości, co to oznaczało, że jego ukochany był w stanie przejmować kontrolę nad ciałami innych ludzi, podobnie jak, według Owena, nigdy w pełni nie wziął pod uwagę wszystkich komplikacji związanych z magią Harry'ego. Owen naprawdę bardzo kochał swojego bliźniaka, ale Michael zawsze będzie jego młodszym bratem. Nawet śmierć ich ojca i zniszczenie Durmstrangu nie zdołały tego zmienić. Wciąż bardziej widział w nim chłopca, który pojedynkował się z matką na patelnie, zamiast doświadczonego wojownika.
W miarę opowiadania, Owen zorientował się, że Harry dobrze to rozumiał. Sam też był, oczywiście, starszym bliźniakiem, w dodatku wytrenowanym do chronienia swojego brata – choć musiał do tego wywyższać Connora ponad wszystkich, podczas gdy Owen po prostu dowiedział się, że to i tak będzie jego obowiązkiem, bo był magicznym dziedzicem swojego ojca, w dodatku silniejszy od Michaela, a przecież obowiązkiem silnych jest chronienie tych, którzy są od ciebie słabsi. Owen nie powinien był martwić się tym, że Harry by go nie zrozumiał.
Kiwnął głową, kiedy Owen skończył.
– Porozmawiam z Draco i zmuszę go do przeproszenia Michaela jak należy – powiedział. – Wiem też, jak go ukarać za coś takiego. – Uśmiechnął się ponuro. – A potem zwolnię Michaela z przysięgi. Może to okazać się niebezpieczne, ponieważ będzie mógł wówczas zaatakować mnie, czy Draco, ale wolałbym go widzieć na wolności, niż przywiązywać do siebie ze strachu.
– Tak naprawdę byłoby dla niego najlepiej – powiedział momentalnie Owen. – W ogóle nie powinien był składać ci tej przysięgi. Chyba nie wiedział, co tak naprawdę oznaczała.
Harry przyglądał mu się, przechylając lekko głowę na bok.
– A co z tobą, Owenie? Czy nie będzie bolała cię świadomość, że znajdziesz się z bratem w gruncie rzeczy po przeciwnych stronach konfliktu?
Owen pochylił głowę.
– Jestem bratem Michaela – powiedział. – I jestem też twoim zaprzysięgłym kompanem i głową rodziny Rosier–Henlin. Te dwa sojusze i tak zawsze będą ciągnąć w przeciwnych kierunkach. Umiem sobie z tym radzić.
Harry uśmiechnął się.
– Dziękuję, Owenie.
I wyszedł. Owen pozwolił sobie opaść plecami na łóżko i zamknąć oczy. Wciąż będzie musiał być przezorny na przyszłość, ponieważ zawsze będą mogły pojawić się problemy, które to on zauważy, a nie Harry.
Ale to było takie odświeżające, takie odprężające, tak odmienne od wszystkiego, co sobie kiedykolwiek wyobrażał, że Harry jednak zauważy przynajmniej niektóre z problemów i spróbuje je rozwiązać na swój własny sposób.
Draco czuł spojrzenie Harry'ego na karku, niczym przyłożenie ostrza.
Ciągnęło się przez cały obiad, na który Harry się spóźnił. Draco miał problemy z jedzeniem. Nawet nie chodziło o to, że zdawało się mieć posmak prochu i osiadało mu ciężko w żołądku; bardziej miało to związek z tym, że trzymająca widelec ręka drżała mu tak, że nie sposób było utrzymać na nim cokolwiek. Draconowi niemal ulżyło, kiedy Harry wstał, pochwycił jego spojrzenie i kiwnął głową w kierunku drzwi do sali.
Ruszył za nim nie szybko i niezbyt wolno, oferując dowolnemu obserwatorowi darmową lekcję gracji. Musiał się ugryźć w język, żeby powstrzymać przed podskoczeniem, kiedy Harry złapał go za ramię, ale przynajmniej podziałało.
– Słucham cię, Harry? – zapytał tak spokojnie jak tylko mógł.
– Opętałeś Michaela – powiedział Harry. – Po tym jak z nim flirtowałeś.
Draco otworzył szerzej oczy, zanim zdążył się powstrzymać. Następnie odchrząknął.
– Harry, nie wiem co on ci naopowiadał...
– To Owen mi o wszystkim opowiedział.
Draco zamknął usta. Owen był Ślizgonem. Harry miał znacznie mniej powodów do powątpiewania w jego dar obserwacji.
– W dodatku zrobiłeś to celowo – powiedział Harry, niskim i statecznym głosem. – Jestem w stanie zrozumieć twoje pragnienie, żeby ktoś cię podziwiał, Draco. Większość tego potrzebuje. – Poza tobą, pomyślał Draco, połowicznie wściekły i odbywający przy okazji żałobę, nie po raz pierwszy, z powodu braku tej konkretnej więzi z Harrym, dzięki której Harry znacznie lepiej by to wszystko zrozumiał. – Ale flirtowanie z kimś, kto nie był nawet w stanie odpowiednio na to zareagować, bo jesteś mi znacznie bliższy od niego i w dodatku zobowiązałeś się do odbycia ze mną rytuału połączenia... jak mogłeś zrobić coś takiego?
Draco parokrotnie spróbował odpowiedzieć, ale za każdym razem język przywierał mu do podniebienia. Po raz pierwszy tak wyraźnie widział tę emocję w oczach Harry'ego. To nie była złość, na którą był przygotowany i był gotów znieść.
To było rozczarowanie.
Harry patrzył na Dracona, jakby pozostawił go w idealnie czystym pokoju i po powrocie okazało się, że Draco wszystko zniszczył. Miał tak strasznie zmęczone oczy. Jego postawa sugerowała, że to też w końcu minie, oczywiście że tak, ale i tak wolałby, żeby Draco zrobił w międzyczasie coś pożytecznego ze swoim czasem, zamiast przysparzać Harry'emu kłopotów, które będzie musiał potem za niego posprzątać.
– Po prostu chciałem, żebyś zrobił się o mnie choć trochę zazdrosny – wyszeptał Draco. – A on już tam był, z tą swoją obsesją na moim punkcie, skłonny dać mi wszystko czego tylko bym chciał. Nie rozumiałem, czemu miałbym z tego nie skorzystać.
Przecież tak właśnie zachowałby się dobry Ślizgon. Tak właśnie zachowałby się zaniedbany narzeczony. Czemu teraz było mu z tym tak źle?
– Zrozumiałbym to, gdybyś był zwykłym nastolatkiem – powiedział Harry. – Ale, stety lub niestety, musimy podejść do tego bardziej jak do przesłuchania, Draco. Ostatnio musiałem naprawdę sporo dorosnąć i zorientowałem się, że chowałem się przed odpowiedzialnością i konsekwencjami mojej mocy. Wydaje mi się, że czas najwyższy, żeby dotarło do ciebie, do czego może dojść, kiedy z kimś flirtujesz, do jakiego rodzaju zniszczeń może przez to dojść. Co by było, na przykład, gdyby Michael tak się na mnie wściekł w czasie rewolty, że wydałby nas ministerstwu?
– Nie zrobiłby czegoś takiego...
– Jesteś pewien?
Draco zmarszczył brwi i wbił wzrok w podłogę, czując się niekomfortowo. Nie, cholera by to, nie był pewien. Michael był zaprzysiężony Harry'emu, ale przecież istniały sposoby na obejście przysięgi kompana, zwłaszcza gdyby sam zdołałby się przekonać, że robi to dla dobra Harry'ego. A w Leśnej Twierdzy przebywali ludzie, którzy naprawdę nienawidzili swojej klątwy i położenia, przez co mogliby przejść na jego stronę, gdyby zaczął szukać sobie zwolenników.
Wydawało mu się, że znał Michaela. Ale nie wiedział, jak bardzo rozrosła się jego obsesja.
Co jeszcze mi umknęło?
I nagle wstyd zanurzył w nim swoje pazury, ponieważ co innego tańczyć i pokonać kogoś, kto był zbyt słaby i źle dobrał sobie przeciwnika, nie przewidując kroków w walcu, a co innego robienie z siebie skończonego debila. Draco poczuł, jak policzki mu się rozgrzewają. To było złe, choćby przez wzgląd na konsekwencje. Tak, łatwo było to potępiać z perspektywy, ale powinien ją też zachować na przyszłość, bo nie wolno mu było więcej popełniać tego rodzaju błędów. Wiedział że Harry, w przeciwieństwie do jego ojca, mu je wybaczy. Ale gdyby tylko udał się do Harry'ego w chwili, w której wszystko się zaczęło, to mógłby tego uniknąć. Albo powinien był się domyślić konsekwencji i nigdy nie dopuszczać, żeby cokolwiek się rozpoczęło.
– Przepraszam – wyszeptał.
Harry niczego nie powiedział. Draco poderwał wzrok i zobaczył, że Harry machał dłonią, a w powietrzu między nimi zawisały utkane z płomieni litery.
Masz nie przeprosić tylko mnie, ale też Michaela. Będę się trzymał od ciebie z daleka i nie będę się do ciebie odzywał przez dwa dni. Jeden za flirtowanie i jeden za opętanie Michaela.
– Dlaczego? – zapytał wyzywająco Draco.
Kara. Nie jestem w stanie ukarać cię odpowiednio za takie zachowanie, Draco, ponieważ nie zacznę przecież nagle z kimś flirtować. Ale mam zamiar przestać dzielić z tobą cokolwiek, przynajmniej na czas kary. Za dwa dni dobiegnie końca i będziemy mieli to za sobą. Mam nadzieję, że Michael wybaczy ci równie łatwo, kiedy już wypuszczę go spod przysięgi.
Harry przymknął lekko oczy, po czym Draco poczuł, jak między nimi opada coś w rodzaju szklanej bariery. Szybko zorientował się, co zostało mu odebrane. Nie był w stanie wyczuwać magii Harry'ego, słyszeć jego oddechu, czuć ciepła jego skóry.
– Harry – powiedział, świadom że jego głos brzmi na zdesperowany.
Harry ponownie spojrzał na niego z rozczarowaniem, po czym odwrócił się. Draco spróbował go złapać, ale dłoń zatrzymała mu się na cal ponad ramieniem Harry'ego i nie była w stanie opaść niżej.
– Ile to ma trwać? – wyszeptał Draco. – Pełne dwa dni, czy czterdzieści osiem godzin od tej chwili?
Czterdzieści osiem godzin od tej chwili.
Draco przełknął ślinę, rad że przyjdzie mu spać samemu tylko przez dwie noce, ale i tak obawiając się ich, po czym opuścił rękę. Harry kiwnął głową i ruszył przed siebie.
Draco zaczął się odwracać, kiedy nagle Owen Rosier–Henlin podszedł do niego i przyłożył mu dłoń do pleców. Draco spojrzał na niego z obawą.
– Przyszedłem zaprowadzić cię do mojego brata i upewnić się, że przeprosisz go jak należy – wyjaśnił Owen.
Draco stłumił w sobie jęk i powstrzymał się przed obejrzeniem na oddalającego się Harry'ego. Nie spodziewał się, że jego brak wydrze w nim tak ogromną dziurę. Przecież nawet w przeciągu kilku ostatnich dni spędzali wiele godzin oddzieleni od siebie, na przykład w czasie zajęć.
Ale to było coś innego, bo zawsze wiedział, że gdyby tylko mu się znudziło, mógłby pójść i znaleźć Harry'ego, dotykać go ile tylko chciał.
Ruszył posłusznie za Owenem, mając nadzieję, że Harry nieczęsto będzie się decydował na taki rodzaj kary. Była okropna.
Oczywiście, może nie będzie musiał, jeśli Draco nigdy więcej nie zrobi niczego, żeby sobie na nią zasłużyć. Draco stłumił swoje wzdrygnięcie i skrzywienie, po czym postanowił, że od teraz zacznie się nieco lepiej zachowywał. Czasami.
Osłony wokół rezydencji były rozluźnione. Różdżka leżała na stole w sporej odległości od niego. Wokół unosił się gruby i szczelny werbalny urok, kryjący głosy z zaklęcia Narcyzy, które wciąż mamrotały i zrzędziły na temat jego emocji. Lucjusz odchylił się w fotelu i kiwnął do stojącego obok skrzata domowego, który pokłonił się i zniknął.
Poderwał wzrok, kiedy usłyszał lekkie kroki w korytarzu prowadzącym do gabinetu; zdjął tak wiele osłon, że nie miał jak jej usłyszeć, czy zobaczyć zaraz po pojawieniu się. Narcyza zamarła w progu na jego widok z wysoko uniesioną głową i blond włosami owijającymi się wokół szyi. Jej oczy były równie nieugięte co jezioro zimą.
Lucjusz pochylił lekko głowę.
– Witaj, Narcyzo.
Wiedział, że nie zwrócenie się do niej pieszczotliwie zostanie odnotowane. Narcyza usiadła na wyściełanej ławce, ustawionej po przeciwnej stronie pokoju, w bezpiecznej odległości od niego. Poza odległością ławka oferowała również prostą linię ucieczki przez drzwi, podczas gdy Lucjusz siedział w kącie między regałami, w które uderzy jeśli spróbuje uskoczyć. Tego rodzaju niekorzystne położenie nie miałoby większego znaczenia w przypadku wielu innych gości, ale Narcyza była niemal równie potężna co on, co mocno przechylało szalę. Lucjusz zdawał sobie z tego sprawę i ona też, i wiedział, że ona wiedziała, a ona wiedziała, że on wiedział, że ona wiedziała.
Przyglądali się sobie nawzajem w ciszy przez dłuższy czas, aż w końcu Narcyza poruszyła się.
– Czy postanowiłeś wreszcie odpokutować, Lucjuszu? – zapytała.
Idea pokuty powinna go oburzyć. W pewnych kątach duszy wciąż tak o niej myślał. Ale Lucjusz ostrożnie przygotował się na to spotkanie. Potrzebował rozprawić się z Narcyzą inaczej od dowolnego z pochopnych i impulsywnych chłopców. Narcyza miała znacznie mniej do stracenia z powodu jego wrogości, w dodatku zgodziła się na spotkanie, podczas gdy ani Harry, ani Draco nie chcieli nawet znaleźć się w jego pobliżu.
– Za to, że nie powiedziałem ci wcześniej? Tak, tego pożałowałem już dawno temu. Za to, że cię tu zaprosiłem? Nie sądzę, żeby była taka potrzeba. – Lucjusz zamilkł, przyglądając się jej. Narcyza lśniła we wpadających przez okna gabinetu promieniach słońca, jakby była zrobiona ze szkła. Odkrył, że naprawdę cieszy się na jej widok, bo od dawna nie miał okazji przyjrzeć się jej jak należy. Była piękna i ten dom już zdecydowanie zbyt długo musiał się bez niej obywać. Dwa miesiące wyjęte z dwójki żyć to zbyt długo. – Za walkę z tobą? – dodał miękko. – Nie mogę, moja piękna. Zbyt długo się nie kłóciliśmy.
W odpowiedzi zobaczył w jej oczach iskrę, niemal niechętną. Wiedziała, podobnie jak on, że ostatnim razem pokłócili się równie poważnie, kiedy Lucjusz chciał, żeby przyjęła Mroczny Znak. Wygrała wtedy, a biorąc pod uwagę jak szalony okazał się Voldemort po powrocie, miała rację. Prawdopodobnie zastanawiała się teraz, czy insynuował, że tym razem również ją miała.
Lucjusz tak nie sądził. Ale przy Narcyzie mógł być niemalże szczery, a już z całą pewnością zachowywać się przy niej bardziej szczerze, niż przy kimkolwiek innym. Znał jej silne strony, jej słabości, jej obrony przeciw tym słabościom, a ona znała jego. Spędzili wiele długich lat, owinięci wokół siebie niczym para śpiących żmii.
Kiedy jedna z nich postanawia pokazać drugiej piękno swoich łusek, to nie próbuje jej zwodzić. Po prostu druga musi być na tyle rozsądna, by pamiętać o istnieniu kłów.
– Jeszcze nie wrócę do Rezydencji Malfoyów – ogłosiła Narcyza, kiedy wykonali kilka cichych kroków w tańcu, składających się z wyrazów twarzy i niewielkich gestów.
Lucjusz pochylił głowę.
– Pojawię się ponownie na zimowe przesilenie – dodała Narcyza, wstając. – Bez względu na to, jak chcesz do tego podejść, powinniśmy oboje pojawić się na deklaracji Dracona wobec Mroku.
Lucjusz głęboko ukrył w sobie szok i oburzenie. Nie miał pojęcia, że Draco miał zamiar się zadeklarować. Nie spodziewał się, że to możliwe, nie po otrzymaniu daru empatii od Julii Malfoy, a nigdy nie przyszło mu w pełni odkryć, na jakie sposoby ten dar zmutował. Draco nigdy mu tego w pełni nie wyjawił, oczywiście, ponieważ musiał uważać to za słabość.
– W takim razie będę cię wypatrywał – powiedział, przechylając głowę i odsłaniając przed nią gardło i obojczyk.
Narcyza machnęła różdżką, próbując rozwiać urok, który krył głosy wokół niego, trajkoczące o jego stanie emocjonalnym. Lucjusz jednak zbyt mocno je wygłuszył, żeby dało się to zdjąć prostym zaklęciem, przez co pokój pozostał cichy. Usta Narcyzy skrzywiły się w niewielkim uśmiechu, po czym dygnęła przed nim lekko, upuszczając szaty jeszcze zanim zdążyła je w pełni złapać.
– Naprawdę mam nadzieję, że okażesz się interesującym towarzyszem dwudziestego pierwszego grudnia, mój drogi mężu – mruknęła, po czym odwróciła się do drzwi.
Lucjusz odprowadził ją wzrokiem, po czym wstał i ruszył do regałów. Skorzysta ze starożytnych tekstów i swojej znajomości umysłu Dracona, żeby odgadnąć, na jaki rytuał zdecyduje się, żeby zadeklarować się wobec Mroku.
Był pewien, że zdoła się tego domyślić i obrócić to jakoś na własną korzyść. Draco wciąż był niewielkim wężykiem z miękkimi kłami, a nie w pełni rozwiniętą żmiją.
– Harry, czy można cię prosić?
Peter przyglądał się mu, kiedy Harry szedł pod tablicę w klasie obrony przed mroczną magią, gdzie zaczekał cierpliwie. Jego magia była znacznie spokojniejsza, niż Peter ją widział przynajmniej od tygodnia, a on sam rozglądał się od czasu do czasu, jakby nie pojmując, czemu ludzie się na niego patrzą. Peter uważał, że to naprawdę zaskakujące, jak szybko wszyscy przyzwyczaili się do jego brakującej lewej dłoni; zaklęcie lewitujące wystarczająco ją rekompensowało.
– A teraz – odezwał się Peter – spędzimy tę konkretną lekcję na ćwiczeniu zdolności i kreatywności na polu bitwy. Zróżnicowanie znanego wrogowi zaklęcia może przysporzyć mu więcej kłopotów, niż rzucenie takiego, którego w ogóle nie zna. – Kątem oka zobaczył podrywającą się rękę, więc obrócił głowę. Zdolności, jakie wyćwiczył w sobie w czasie szpiegowania śmierciożerców, teraz pomagały mu w wychwytywaniu przeróżnych sygnałów, które powinny być oczywiste dla nauczyciela. – Tak, panno Granger?
– Profesorze Pettigrew – powiedziała, opuszczając rękę i marszcząc na niego brwi – jak to możliwe? Przecież jeśli ciśniemy we wroga nieznanym mu zaklęciem, to przecież nie będzie w stanie domyślić się, co zaraz nastąpi. Mogłoby nawet rozwalić mu tarczę.
– To prawda – przyznał spokojnie Peter. – Ale widzi pani, wariacja znanego mu zaklęcia może wywołać w nim nadmierną pewność siebie. Nie spróbuje zwalczać jego efektu, bo wydaje mu się, że dobrze wie co się stanie. – Patrzył jak usta Hermiony układają się w O zrozumienia, po czym kiwnął do niej i zwrócił się do Harry'ego. – Czy mógłbyś zademonstrować nam jakieś zmodyfikowane zaklęcie, Harry?
Harry przyjrzał się mu. Jego oczy pytały równie głośno, co mogłyby słowa, Jesteś pewien, że chcesz zobaczyć moją magię w pełni sił?
Peter nieznacznie kiwnął głową. Harry widocznie nabrał tchu i wyprostował się, wyciągając rękę przed siebie. Peter pomyślał krytycznie, że Harry powinien był przynieść ze sobą różdżkę, bo dzięki temu pokazałby ruchy reszcie klasy, ale ostatecznie naprawdę nieczęsto ją ze sobą nosił.
Przynajmniej wymówił zaklęcie na głos, zamiast po prostu o nim myśleć. Peter zaczął wyjaśniać im niewerbalne zaklęcia, ale nie miał zamiaru od razu wrzucać ich na wody wariacji.
– Praestigiae – powiedział Harry, z naciskiem na pierwszą sylabę, zamiast na drugą.
Peter przyglądał się z zaciekawieniem, jak w powietrzu pojawia się kilka mglistych kul, które zaczęły wirować wokół siebie. To zaklęcie zwykle tworzyło iluzję, ale tylko poprzez dodanie drugiego słowa pod koniec inkantacji, które uściślało, jakiego rodzaju iluzji życzył sobie rzucający. Peter podejrzewał, że Harry celowo pominął drugie słowo, przez co zaklęcie zagrało na drugim znaczeniu tego słowa, czyli żonglowaniu.
Kule nabrały prędkości i materialności, a Peter zorientował się, że każda kręciła się po wspaniałej, białej osi, mknąc po niej tak szybko, że wyglądały jakby lada moment miały się rozwiać we wszystkich kierunkach. Ale nie doszło do tego. Zamiast tego białe osi wyostrzyły się i pojaśniały, uderzając wokół niczym błyskawice. Jedna z nich pękła na pół na oczach Petera. Zaraz za nią rozciągały się szerokie połacie zieleni, które przechodziły w głęboki błękit, za którym...
Niespodziewanie wizje dobiegły końca. Peter zamrugał i potrząsnął głową. Kiedy się odwrócił, zobaczył że Harry wygląda na zakłopotanego.
– Ee, przepraszam pana – powiedział. – Nie chciałem tak wszystkich oczarować. Chyba trochę zanadto popuściłem mojej magii.
Peter momentalnie na to zareagował. Harry wreszcie pozwalał swojej mocy na rozciągnięcie skrzydeł i osiągnięcie równowagi między niekontrolowaną furią i ograniczeniami, nad którymi ostatnio pracował, a przez które Peter miał ochotę nim potrząsnąć. Nie dopuści do tego, żeby Harry'ego przeraziło teraz jak dobrze wyszło mu zaklęcie, bo mógłby przez ponownie zabrać się za zamykanie swojej magii za barierami.
– Stało dokładnie to, co miało się stać, Harry – powiedział stanowczo. – To zaklęcie miało oszołomić i zahipnotyzować przeciwnika, prawda?
Harry wyjrzał na niego zza kosmyka włosów, jakby wciąż oczekiwał opadnięcia topora, po czym kiwnął powoli głową.
– Podczas gdy zwykłe Praestigiae po prostu tworzy iluzje, które mogą, choć nie muszą oszukać przeciwnika, bo głównie polegają na tym, jak dobrze zostaną wykonane, tak? – przepytywał go dalej Peter. Zauważył, że Hermiona i kilku innych uczniów szybko sobie to wszystko zapisują.
– Tak, proszę pana – powiedział Harry.
– Użyteczna wariacja – powiedział Peter. – Zrobiłeś dokładnie to, o co cię poprosiłem. Dziesięć punktów dla Slytherinu, Harry. Siadaj, proszę.
Harry wrócił na swoje miejsce, wyglądając na niego zaskoczonego, ale to zaskoczenie zmieniło się w namysł, jak tylko usiadł. Peter miał nadzieję, że chłopak myślał. Jego magia nikogo nie skrzywdziła, a jeśli ktokolwiek czuł się upokorzony tym, jak łatwo Harry'emu przyszło ich wszystkich oszołomić, to przynajmniej mogli teraz też pomyśleć, że profesor dał się złapać w ten sam sposób. To powinno zapobiec kłótniom.
No i dobrze. Peter chciał, żeby Harry o tym myślał, zamiast się kryć. Jego magia różniła się od mocy innych uczniów i powinien zachowywać się zgodnie z nią, zamiast kompletnie się jej wypierać, ponieważ ta ścieżka wydawała się zbyt długa, albo miała tendencje do skręcania w niespodziewanych momentach.
Znowu się obudził i nawet, jeśli nie czuł się jakoś szczególnie żywy, to przynajmniej miał dobre towarzystwo. Pulsujący w pucharze fragment też nie był jakiś szczególnie żywy.
– Indigeno.
Momentalnie znalazła się przy nim, mniej przyzwana przez jego głos, lecz przez puls bólu, który przemknął po jej Mrocznym Znaku. Spojrzał na nią z aprobatą poprzez ślepia swojego węża. Jej oczy zrobiły się kompletnie zielone, nie miały źrenic, ani tęczówek. Poddała się własnej magii, co tylko pogłębiło jej oddanie wobec wielkiego Lorda Voldemorta. Wszyscy powinni postępować w ten sposób, nie odwracać się od swojej magii, choćby nie wiem jak była szkaradna, ale podążać tam, gdzie by ich zaprowadziła.
– Mój Panie?
Lord Voldemort spiął się z namysłem, poruszając palcami. Zawsze trzymał puchar przynajmniej w jednej z dłoni; w chwili poluzowania jednej, musiał zaciskać mocno drugą. Był bezbronny, w jego magicznym rdzeniu znajdowała się rana, przez którą wypływała wszelka moc.
Ale właśnie dlatego był mądry. Wielki Lord Voldemort zawsze był mądry. Skoro nie mógł korzystać z magii we własnym ciele, znajdzie dla niej miejsce, w której będzie w stanie to robić, dzierżąc innych jako swoje kończyny, dłonie i stopy.
– Stopniowo narasta nasza kontrola nad tą dwójką – ogłosił. – Niebawem będę wymagał przeprowadzenia przez ciebie pierwszego testu. Przynieś „Odi et Amo" i przeczytaj mi ponownie jedenasty rozdział.
– Tak, mój panie – wymamrotała z szacunkiem Indigena, po czym poszła po książkę.
Lord Voldemort nakazał swojemu wężowi spojrzeć na sufit ich ziemistego ukrycia, po czym bardzo delikatnie uśmiechnął się. Niebawem je opuści i przeniesie się w miejsce, które zostało dla niego przygotowane. Będzie miał już dość władania, dość magii by się ochronić i pozostać niewykrytym w czasie podróży.
A potem rozpocznie nową wojnę.
Harry Potter nie był po prostu kimś naznaczonym, żeby go pokonać. Nie był po prostu osobistym wrogiem, który ukradł Voldemortowi trzynaście lat życia, które przyszło mu spędzić bez ciała, w nieustannym bólu i cierpieniu. Był również człowiekiem, który skrzywdził Voldemorta tak dogłębnie, że w porównaniu do tego wszystko, co Albus Dumbledore starał się mu zrobić, wyglądało jak nieporadne miotanie się żywopłotowego czarodzieja.
A mimo to Lord Voldemort i tak będzie żył wiecznie. Wciąż miał zamiar podbić czarodziejski świat i już na zawsze usunąć z niego zmazę szlam.
Ale najpierw zniszczy Harry'ego Pottera.
Będzie musiał podejść do tego ostrożnie. Nie mógł go tak po prostu zabić, czy torturować jego najbliższych na jego oczach. Wszystkie tortury będą musiały być inne, a przynajmniej wystarczająco odmienne, żeby odpowiednio ukarały Harry'ego. A Lord Voldemort będzie musiał być ostrożny, dokładny w odbieraniu Harry'emu wszystkiego co kiedykolwiek pokochał, żeby dopiero pod koniec zabrać mu magię, morały i poczytalność.
Musiał się nad tym zastanowić. Ale miał na to czas.
Już zawsze, pomyślał, głaszcząc puchar, będę miał czas.
