Rozdział pięćdziesiąty trzeci: Zemsta spoczywa w uśpieniu
– Pemberley, chodź no tu i zerknij na ten artykuł.
Honoria wywróciła oczami, zbierając swoje szaty, żeby przecisnąć się między prasami. Choćby nie wiem ile czasu spędziła w Prasie Menad, Dionizos Hornblower wciąż nie chciał zwracać do niej inaczej jak po nazwisku. Codziennie zdawał się też zmieniać o niej zdanie. Raz była rzecznikiem w prasie, tak jak poprosił ją o to Harry, raz była szpiegiem na rzecz rokoszu i sojuszniczką prasy, raz była szpiegiem vatesa, który się zaprzedał na rzecz współpracy ze świetlistymi czarodziejami w ramach zyskania legalnego autorytetu, na którym Dionizosowi zależało mniej niż na pęknięciach na skorupce chleba. Życie nigdy nie było nudne, ale czasami Honoria żałowała, że tak nieustannie się zmienia.
Przynajmniej jego niechęć do zwracania się do mnie po imieniu jest czymś stałym w tym wszystkim, może na tym powinnam się skupić, pomyślała, przeskakując wreszcie nad porzuconym kawałkiem metalu i podchodząc do Dionizosa, który niecierpliwie cisnął w nią artykułem.
Honoria przyjęła go ostrożnie. Został napisany na dobrej jakości pergaminie, co świadczyło, że nie przybył od, na przykład, takiego ucznia w Hogwarcie; potwierdzała to również poprawna gramatyka. Ale wiele czystokrwistych miało dostęp do tego rodzaju pergaminów. Honoria nie była pewna, co innego miała wywnioskować.
– Treść, dziewczyno, treść – powiedział Dionizos.
Przeczytała artykuł, tłumiąc w sobie jęknięcie na dźwięk jedynego innego sposobu, w jaki się do niej w ogóle zwracał. W końcu Szalonooki Moody też tak ją nazywał, a Honoria w sumie nawet go lubiła, nawet jeśli uważała, że przydałoby mu się odprężyć i nauczyć tańca. Przynajmniej Dionizos nie postanowił ogłosić wszystkim jej głupoty, jak to również miał w zwyczaju.
DEPARTAMENT TAJEMNIC „NIEWYMOWNY" W SWOJEJ LOJALNOŚCI
W żaden sposób nie różniło się to od innych artykułów, które drukowali praktycznie codziennie... z wyjątkiem, jak zauważyła Honoria, jego tonu, wyważonego i spokojnego, pozbawionego histerycznego wydźwięku, który rozbrzmiewał w większości historii o zdradzie Harry'ego, zdradzie ministerstwa, zdradzie wilkołaków, czy zdradzie Voldemorta. „Vox Populi" zwykle bardzo lubiło zdradę.
W tym artykule zostały wyjaśnione sposoby, w jakie Departament Tajemnic otrzymuje swoje fundusze, nad czym Honoria nigdy wcześniej nawet się nie zastanowiła. Zaczynał od opisu Kamienia i wyjaśniał w trakcie, że bez względu na pozorne pretensje, niewymowni wciąż służyli właśnie jemu, a nie ministerstwu. Pewnie nawet Dionizos nie zdawał sobie sprawy z tego wszystkiego, biorąc pod uwagę jak szybko zakończył się jego „trening" pośród niewymownych. Autor artykułu zakończył go paroma zdaniami, od których Honorię przeszły ciarki.
Póki co Departament Tajemnic musi mierzyć się z powszechnym potępieniem i utratą twarzy, więc pozostaje cicho. Ale to nie będzie trwało wiecznie. Jeśli nie będziemy ostrożni, to w końcu wrócą, filtrując nasze sny, nastawiając nas przeciw każdemu cieniu. Jedyny sposób, w jaki możemy okiełznać ich i ten ich Kamień, to poprzez stateczne trzymanie ich w świetle i negocjacje, a nie pogrążanie się w bezsensownej wojnie.
Honoria odłożyła pergamin i potarła się bezmyślnie po przedramionach, na których pojawiła się gęsia skórka. Zamrugała, kiedy zauważyła, że Dionizos się krzywi.
– No co? – zapytała. – Przecież uwielbiasz takie artykuły.
– Ale wiem, od kogo ten pochodzi. – Dionizos przyglądał się pergaminowi pożółkłym okiem. – Nasi czytelnicy nie będą wiedzieli, oczywiście, ponieważ wydrukujemy go bez podpisu, a jeszcze nigdy nie dopuściłem do tego, żeby źródło historii powstrzymało mnie przed wpuszczeniem czegoś do druku. Ale.
– Ale? – zachęciła go Honoria.
– Ten jest od Scrimgeoura. – Dionizos praktycznie wywarczał to słowo, po czym wyzywająco spojrzał jej w oczy.
Honoria zamrugała, po czym nabrała ochoty do parsknięcia śmiechem. Tak się domyślała, że pewnego dnia nawet sam minister spróbuje wyrazić swoją opinię za pomocą „Vox Populi". W końcu wszyscy to robili. Ale nie spodziewała się, że akurat Dionizos, champion wolności i praw pozwalającym wszystkim na wyrażenie własnego zdania, zawaha się w takiej chwili.
– I co z tego? – zapytała łagodnie. – Przecież wiesz, że wolno mu napisać artykuł i przysłać go do ciebie. A już z całą pewnością jego styl i gramatyka pozwalają na przyjęcie go do druku. – Jedyne artykuły, jakie Dionizos odrzucał z ręki to te napisane tak koszmarnie, że nie sposób było się domyślić, co autor mógł mieć na myśli.
– Jest wrogiem wolności. – Dionizos obrócił głowę do góry nogami, przyglądając się artykułowi kątem oka, jakby ten miał stanąć w płomieniach, jeśli ktoś będzie zbyt długo na niego patrzył. – Co by powiedział o tym twój vates, Pemberley? W końcu uważam go za championa wolności.
Tylko kiedy ci to pasuje.
– Powiedziałby, że powinieneś to wydrukować – powiedziała Honoria, oddając Dionizosowi pergamin. – Jeśli minister planuje zdradę, to i tak zrównoważy go ilość głosów przemawiających wbrew niemu w Populi. A wiesz przecież, że Harry zawsze oferuje swoim wrogom szansę na wypowiedzenie się, nawet jeśli ma to mu zaszkodzić.
– A potem wykorzystuje to dla własnego zysku – powiedział Dionizos nieobecnym głosem, już pokazując brak jakiejkolwiek ciągłości w swojej filozofii. W dalszym ciągu patrzył się podejrzliwie na artykuł, nie odbierając go. – A co jeśli to jakiś kod? Wydrukuję go, a on przekaże komuś informacje o tym, jak zaatakować Prasę Menad, albo przekaże informacje, które zaszkodzą czyjejś wolności?
Honoria powstrzymała się przez wywróceniem oczami, ale naprawdę wiele ją to kosztowało.
– No to zmień ułożenie słów.
– Nie mogę tego zrobić! Nie w czymś, co zgodziłem się wydrukować.
– No to nie drukuj. – Honoria wzruszyła ramionami. Paranoja Dionizosa trzymała go przy życiu, ale ciężko się z nią pracowało. – Jestem wykończona. Idę do domu, posiedzieć trochę z Ignifer. – Obróciła się, żeby przemienić się w mewę i wylecieć spomiędzy pras. Nie skorzystała ze swojej formy animagicznej, żeby dotrzeć do Dionizosa, bo wokół niego było zbyt niewiele miejsca, żeby zdołała zmienić się z powrotem w człowieka.
Dionizos złapał ją za ramię i jego ręka była na tyle ciężka, że nie sposób było się spod niej wymknąć.
– Nie rozważyłabyś napisanie tej diatryby, o którą cię prosiłem?
– Nie – powiedziała Honoria, tonem ucinającym wszelkie dyskusje. Dionizos chciał, żeby napisała mu coś zabawnego o tym, jak to jest, żyć z Apollonis na wygnaniu, czy też, alternatywnie, świetlistą czarownicą, która zadeklarowała się Mrokowi. Honoria wymieniła mu już własne powody do odmowy, ale najwyraźniej nie trafiały. Musiała znaleźć takie, które jednak dadzą mu do myślenia. – Musiałabym zanadto opierać się na statusie krwi Ignifer, przez co wszyscy znowu zaczną myśleć, że czystokrwiści są specjalni i więcej warci od zwykłych ludzi. A chyba nie chciałbyś tak podminowywać Wielkiej Ujednoliconej Teorii, co nie? – Jedynym prądem, za którym Dionizos wciąż uparcie podążał, była Wielka Ujednolicona Teoria.
Ramiona mu się spięły.
– Oczywiście że nie. – Zarumienił się lekko i puścił ją. – Wracaj do swojej kochanki. Sara!
Honoria transformowała się i wzniosła pod sufit. Niemal wyleciała z budynku, kiedy przypomniało jej się, że jeszcze nie miała dzisiaj okazji do zrobienia swojego żartu, więc zawróciła i dyskretnie podniosła ogon nad jedną z pras. Napędzająca ją magia była w stanie uporać się z większością problemów, ale wciąż nie ustalili zaklęcia, które zdołałoby zapobiec wszystkim problemom wywołanym przez ptasie odchody.
Ponownie wzmocniona w swoim postanowieniu, żeby tu jutro wrócić i dalej cieszyć się swoim zadaniem, Honoria radośnie wyleciała oknem i zniknęła.
Ignifer znajdowała się w niezwykle osobliwej pozycji, ponieważ po raz pierwszy od czasu przeklęcia rozmawiała ze swoim ojcem i nie była na niego nieskończenie wściekła. Siedziała sztywno przed kominkiem z rękami założonymi przed sobą i patrzyła, jak Cupressus patrzy na nią bystrze spomiędzy płomieni. Musiał uklęknąć, żeby móc włożyć między nie głowę. Już to samo w sobie było na tyle niemożliwe, że Ignifer postanowiła się zainteresować i zostać. Cupressus Apollonis nigdy nie dokonał gestu, który mógłby zostać przez kogokolwiek zinterpretowany jako usłużny. Nigdy.
– I na tym się skończyło – podsumował Cupressus. – Niewymowni grozili mi opublikowaniem wszystkiego, czego dopuściłem się w przeszłości, zwłaszcza za czasów mojej głupiej młodości. – Jego powolne spojrzenie sugerowało, że byłby skłonny rozważyć objęcie głupotą młodości to, co zaszło między nimi jak miał trzydzieści sześć lat. Ignifer zignorowała te implikację i po prostu kiwnęła głową. – Powiedziałem im, że w ogóle mi to nie przeszkadza, ale wiedziałbym już, skąd nadszedł tego rodzaju atak i z pewnością nie użyczyłbym im swojego czasu i skarbów. – Odchylił się nieco, wyglądając na zadowolonego z siebie. – Ale nie wszyscy mieli równie wiele szczęścia, by uniknąć tej pułapki – dodał. – Niektórzy wręcz jej szukali, jakby celowo dążyli do współpracy z Departamentem Tajemnic.
Ignifer przechyliła głowę. Znany był jej ten ton w głosie ojca. Znajdował się w posiadaniu informacji, w tym przypadku imion, i nie miał zamiaru ich wydać bez otrzymania czegoś w zamian. Po raz kolejny poczuła pokusę zawarcia z nim układu.
Nie rób tego, podpowiedział jej głos doświadczenia. Jego układy to żelazne łańcuchy, które tylko wsiąkną ci pod skórę.
Ale tak, jak kiedyś stawiała mu czoła sama, okaleczona przez koszmarne pragnienie powrotu do domu, tak teraz była chroniona i już nie czuła się jak wyrzutek. Miała Harry'ego i Przymierze Słońca i Cienia, gdzie mogła szukać schronienia, jeśli ojciec spróbuje ją skrzywdzić.
– Czy imiona tych nieszczęsnych głupców znane są pospólstwu? – zapytała ostrożnie.
– Nie pospólstwu jako takiemu – powiedział Cupressus. – Jednemu często przyglądamy się w Irlandii przez wzgląd na jego istotną rolę w naszym społeczeństwie, ale nikomu nie przyszło go głowy, że okaże się takim głupcem i popełni tego rodzaju błąd. Drugi lśni jeszcze jaśniej, ale przemyka nad nim cień niewymownych, który jest w stanie już na zawsze stłumić jego blask.
To powiedziało Ignifer, że głupiec był istotnym czystokrwistym czarodziejem, podczas gdy drugi świetlisty czarodziej dopiero rozwijał skrzydła i nawiązywał koneksje, ale jeszcze nie był szczególnie istotny. Tym niemniej podążenie za tą linią ataku tylko przysporzy ją o obrożę. Na jej minie pojawiła się absolutna obojętność.
– Czy ogłaszają jakoś te swoje porażki?
Cupressus zaśmiał się cicho.
– Och, córko, każdy ogłasza swoje porażki na swój sposób, wystarczy tylko wiedzieć, gdzie szukać. I czytać.
Ignifer przez chwilę przygryzała wargę, starając się znaleźć jakieś wyjście między zacieśniającymi się nićmi dyskusji. Ważny czystokrwisty, który zrobił coś głupiego. W dodatku Cupressus sugerował, że konsekwencje tej porażki mogły zostać opisane w „Proroku Codziennym", nawet jeśli większość czytelników po prostu by je przeoczyła.
Następnie zamrugała, ponieważ w tej chwili istniał tylko jeden czarodziej pasujący do tego opisu, a Ignifer zaskoczyło, że była wystarczająco zainteresowana polityką, żeby ustalić, o kogo mogło chodzić.
Nie powiedziała o tym swojemu ojcu, oczywiście.
– Doceniam twoją skłonność do podzielenia się ze mną tą wiedzą, ojcze – powiedziała tylko, kiwając głową – i chylę czoła przed twoim oporem pod względem niewymownych planów dotyczących twojego domu i własności.
– Mogłabyś kiedyś odzyskać prawo do nazywania ich własnymi – powiedział cicho Cupressus.
Ignifer nie zareagowała. Ojciec bez końca powtarzał jej, jaką cenę musiałaby zapłacić za możliwość powrotu do domu i odzyskania aprobaty swojej rodziny. Wystarczyłoby, żeby zadeklarowała się Światłu, a otrzymałaby wszystko, czego kiedykolwiek pragnęła.
Czy to upór przytrzymywał mnie tak długo po stronie Mroku, czy honor? Cóż, teraz to już jest honor. Nie porzucę sojuszu, który dopuścił mnie do Przymierza Słońca i Cienia, który pozwolił mi zasiadać w komisji nadzorczej, który pozwala mi na zyskanie wszystkiego, czego mogłabym chcieć od życia, zamiast tego, czego chciałby dla mnie ojciec.
– Prędzej zmienię nazwisko, niż zdanie – powiedziała ojcu, po czym rozwiała płomienie. Teraz już Cupressus byłby w stanie zaoferować jej wyłącznie nieprzyjemne, albo ironiczne pożegnanie. Ignifer nie widziała powodu do dawania mu satysfakcji w wysłuchaniu dowolnego z nich.
Jak tylko płomienie zniknęły, objęła dłońmi swoje policzki i pochyliła głowę. W brzuchu zwijało jej się z podenerwowania, miała wrażenie jakby ledwie powstrzymywała się od wymiotów.
Tylko jeden czarodziej pasował do opisu Cupressusa i jeśli miał rację – a mógł nie mieć, co Ignifer powtarzała sobie raz za razem – to oznaczało, że ten czarodziej spiskował z niewymownymi zaraz pod nosem Harry'ego.
Lucjusz Malfoy.
Oficjalnie zerwał kontakt z Harrym i praktycznie nikt nie wiedział czemu. Nawet Ignifer wątpiła, że poszło wyłącznie o wydziedziczenie syna. Ostatecznie dlaczego właściwie miałby zniechęcać go przed udaniem się do Harry'ego? Przecież to łączony partner Harry'ego, a przynajmniej powinien być, w dodatku korzystał z rytuału, który wymagał od niego poziomu woli i oddania, z których większość rodziców byłaby dumna. Lucjusz Malfoy był po prostu zanadto praktyczny, żeby wydziedziczyć Dracona w wyrazie nadąsania, albo dlatego żeby ukarać go za nie posłuchanie jakiegoś życzenia. Potrzebowałby naprawdę porządnego powodu i pasowałoby splątanie interesów z niewymownymi, od których teraz mógł obawiać się szantażu.
Jeśli było tak, jak sugerował jej ojciec, to Lucjusz nie tylko zdradził Przymierze Słońca i Cienia, ale też osobiście i bezpośrednio zdradził Harry'ego. Niewymowni próbowali kontrolować Harry'ego. Usiłowali przymusić vatesa. Jeśli Lucjusz podjął się z nimi współpracy, to równie dobrze mógłby ogłosić, że wcale nie wierzy w ideały, które pozornie wspierał.
Ignifer spróbowała uciąć tę linię spekulacji. Bardzo możliwe, że ojciec celowo nastawił ją na ten tor rozumowania. W końcu nie miała żadnych dowodów, poza słowem ojca, dziwnym zbiegiem okoliczności w czasie zerwania Lucjusza z Harrym z bliżej nieznanych nikomu powodów, oraz własnego przekonania, że Lucjusz był na tyle obślizgłym draniem, żeby dopuścić się do czegoś takiego. Równie dobrze Cupressus mógł nastawiać ją przeciw Lucjuszowi, co w jakiś sposób potem pomoże jego własnym planom.
Oczywiście, że chodzi mu tylko o własne plany. Ignifer otarła policzki i spróbowała uspokoić swój oddech. Przecież jemu nigdy nie chodzi o nic innego. Może po prostu chcieć, żebym zaczęła podejrzewać i oskarżać Lucjusza, powodując rozłam w przymierzu i osłabiając pozycję Lucjusza przy Harrym. Przecież jest wrogiem Lucjusza choćby przez samą deklarację. Chciałby przyłożyć rękę do zniszczenia Lucjusza po prostu dlatego, że to mroczny czarodziej. Wciąż nie wiem niczego na pewno.
Ale podejrzenie zatonęło głęboko w jej żołądku i nabierało na sile choćby dlatego, że Cupressus już miewał rację pod dziwnymi względami. Przewidział na wiele lat wcześniej, że Korneliusz Knot zostanie ministrem, który okaże się słaby i na tyle godny pogardy, że zacznie szukać „rad" ze strony wybitnych świetlistych rodzin, jednocześnie tak bardzo obawiając się mrocznych, że będzie trzymał się od nich z daleka. W dodatku zwykle nie wygłaszał takich teorii, jeśli nie miał pod ręką konkretnych dowodów. A Lucjusz naprawdę był jedynym kandydatem, który pasowałby do wyznaczonych parametrów, choćby nie wiem ile Ignifer nie usiłowała obrócić je w głowie.
Drzwi otworzyły się z hukiem i rozległ się wesoły głos Honorii:
– Ignifer? Jesteś…
I wtedy weszła do pokoju i przebiegła go miękko. Objęła Ignifer mocno w pasie, a kiedy Ignifer podniosła wzrok, na jej ramionach tańczyły iluzje żonglujących lwów. Ignifer uśmiechnęła się krucho i niepewnie.
– Kto ci to zrobił? – wyszeptała Honoria, głaszcząc ją po włosach. – Zdzira czy łajza?
Ignifer zaśmiała się na ten opis jej rodziców, ale zaraz potem poczuła z tego powodu wyrzuty sumienia. Jeśli ojciec naprawdę starał się pomóc... ale przecież nie wiedziała, czy w ogóle o to mu chodziło, w dodatku mógłby spróbować pomóc przymierzu na sposoby, które tylko jemu by się przydały. Nie wiedziała, nie mogła wiedzieć, a skaczące jej po głowie podejrzenia tylko sprawiały, że robiła się coraz bardziej nerwowa.
Oblizała usta i zrobiła to, co zwykle robiła w takich chwilach: opowiedziała o wszystkim Honorii.
Honoria coraz bardziej zamierała w bezruchu, w miarę jak Ignifer wymieniała powody, przez które zaczęła myśleć, że Lucjusz mógł wejść w układ z niewymownymi, a potem jeszcze powody, dla których nie warto ufać Cupressusowi. Jak skończyła, Honoria poderwała się i wyrzuciła ręce w powietrze, klnąc szpetnie. Wokół jej palców pojawiły się trzaskające iluzje płomieni.
– Kurwa jebana mać – powiedziała wreszcie, kiedy skończyły się jej bardziej elokwentne przekleństwa. – Nie postawimy się temu, nie z naszej pozycji. A przynajmniej nie będzie to łatwe. Jeśli oskarżymy fałszywie Lucjusza, to stracimy wiarygodność, przez co Harry straci swoje dwie najlepsze sojuszniczki, w dodatku sytuacja praktycznie zmusi go do ponownego wysłuchania Lucjusza. A jeśli okaże się, że mamy rację, to w przymierzu i tak nastąpi rozłam, co postawi Harry'ego w bardzo ciężkiej pozycji. Czy będzie w stanie wchłonąć magię własnego teścia?
– Nie wiem – powiedziała Ignifer i taka była prawda. Dotrzymała własnych obietnic, nawet kiedy w rezultacie straciła rodzinę, ale też przy okazji jej duma stała się w rezultacie zgorzkniałą, wydrążoną skorupą. W dodatku podjęła swoją decyzję, kiedy była starsza od Harry'ego i miała dość czasu na przemyślenie swojej pozycji, w dodatku ludzie, którymi pogardzała, błagali ją o zmianę zdania. Nic tak nie wzmacniało woli, jak otwarte ataki opozycji. Bez względu na to, które zasady Harry postanowiłby wesprzeć, sprawiedliwości czy łaski, to i tak będzie w dalszym ciągu otoczony ludźmi, którzy go kochają i dbają o niego, nie zostanie wzgardzony przez wszystkich na raz.
– Może powiedzenie mu o tym nie jest jeszcze najlepszym pomysłem – powiedziała Honoria. – Przynajmniej do chwili, w której będziemy miały więcej dowodów. – Zamilkła na dłuższą chwilę, po czym na jej twarzy zaczął pojawiać się powolny, maniakalny, oszałamiający uśmiech.
– No co? – zapytała Ignifer.
– Minister Scrimgeour wysłał dzisiaj do Populi artykuł, w którym poważnie zniesławiał niewymownych – powiedziała Honoria, zajmując inny fotel i machając nogą. – Przekonałam Dionizosa do wydrukowania go. Mogłybyśmy wysłać Scrimgeourowi wieści o potencjalnej zdradzie Lucjusza, skoro już wiemy, że sam wciąż nie ufa Departamentowi Tajemnic. Będzie mógł się temu bliżej przyjrzeć, w końcu ma znacznie lepszą siatkę szpiegowską niż my.
Ignifer uśmiechnęła się. Wiedziała, że minister nie lubił Lucjusza Malfoya. Rozwiązanie Honorii był praktycznie idealne w ich sytuacji. Przynajmniej w ten sposób będą wiedziały, że ktoś pracuje nad tym problemem i ten ktoś znacznie lepiej będzie wiedział, co zrobić z ewentualnymi odkryciami – a co więcej, byłby to ktoś, kogo nie ograniczałyby przysięgi Przymierza Słońca i Cienia.
– Jesteś genialna.
Honoria zarzuciła głową, pozornie nabzdyczona.
– Wolę określenie oświecona.
Rufus potarł czoło. W dni takie jak ten naprawdę nie lubił bycia ministrem.
Och, wszystko było fajnie, kiedy mógł podpisać traktat kończący rokosz, albo wysłuchiwać zapewnień, że Gloriana Griffinsnest zostanie skazana za morderstwo i trafi do Tullianum na bardzo długi czas. Ale te dni były wyżynami ostrego, lśniącego światła w bagnie jego życia. Prędzej czy później zawsze dochodziło do chwili, w której będzie musiał z powrotem znaleźć się pośród trzęsawisk i dolin.
Najpierw otrzymał wieści, że pojawiły się problemy z Komitetem Centaurów, który Rufus chciał przygotować do pierwszych zadań nie później jak szesnastego listopada. Niektórzy z pierwszych wolontariuszy odmówili wprost w chwili, w której usłyszeli, że ich praca nie ograniczałaby się do przekładania papierów, tylko musieliby wejść w faktyczny kontakt z centaurami. Rufus napisał wszelkie zapewnienia, jakie tylko mógł, ale ostatecznie odpowiedzią okazało się po prostu zatrudnienie mniej uprzedzonych czarodziejów, których nigdzie nie mogli znaleźć. To znacznie opóźniało jakiekolwiek funkcjonowanie komitetu.
Potem usłyszał o ruchu w ramach założenia nowego banku, kontrolowanego przez czarodziejów, bo nie wszyscy byli w stanie zaufać Gringottowi. Hanarz południowych goblinów przysłała Rufusowi uprzejmą notatkę, że jej ludzie uważali takie działania za niesprawiedliwe współzawodnictwo, więc oczekiwała od ministerstwa wsparcia, kiedy złożą legalne pozwy przeciw takim buntom.
Jako trzecia przyszła informacja, że niektórzy mugole, którzy zaobserwowali lot Brytyjskiej Czerwono–Złotej, umknęli uwadze obliviatorów. I teraz mugolskie gazety były pełne spekulacji odnośnie tego, czym ten smok właściwie mógł być. Najbardziej zagorzała debata pojawiła się między ludźmi, którzy uważali to za polityczną zagrywkę premiera, a tymi którzy twierdzili, że to jakiś tajemniczy projekt królowej. Istniała jednak mniejszość, która stanowczo uważała, że widziała smoka i nie obchodziło ich, czy to był wynik wszelkich zagrywek czy projektów, i to właśnie przez nich Rufus otrzymywał teraz sowy z przeróżnie ułożonymi listami od ministerstw z innych krajów, w których pytali go, czemu, do licha, Brytania zdaje się być tak zdeterminowana do złamania Międzynarodowego Kodeksu Tajności.
A teraz to.
Rufus patrzył na leżącą na środku blatu notkę, jakby była to kobra Wielu. Właściwie, to nawet rój Wielu nie były równie niebezpieczny, ponieważ większość zdawała się pracować dla Harry'ego. Notka tymczasem pochodziła od Ignifer Apollonis i jej kochanki, w której wyjaśniały swoje powody, które sprowokowały je do podejrzewania, że Lucjusz Malfoy mógł wejść we współpracę z niewymownymi, zdradzając tym Przymierze Słońca i Cienia, ale nie miały żadnych dowodów – czy mógłby przyjrzeć się sprawie w ich imieniu?
Zaledwie rok temu Rufus z radością porwałby się na coś takiego. Ale teraz nawet nie mógł na to patrzeć, bo złożone w dziesiątej sali sądowej przysięgi wieczyste nie dopuszczały do tego, żeby w jakikolwiek sposób zdradził Lucjusza.
Po pierwszym przeczytaniu notatki posłał Percy'ego po herbatę, żeby mógł spędzić trochę czasu na wbijaniu wzroku w ścianę.
Pomyślał z goryczą, że w tym kontekście słowa mężczyzny miały znacznie więcej sensu. Kiedy Lucjusz pojawił się z Flintem i złożył przysięgi to wspomniał, że sprawy nie potoczyły się po jego myśli. I nie potoczyły się, prawda? Niewymowni nie zdołali przejąć kontroli nad Harrym, zapobiec rozpętaniu rokoszu, a Lucjusz zerwał kontakt z Harrym na samym początku rokoszu, przez co Rufus był w stanie bez trudu powiązać to z motywem. Nie przyszło mu do głowy wzięcie pod uwagę słów Lucjusza pod tym właśnie kątem, przez co teraz siedział w swoim gabinecie ze związanymi rękami, a Lucjusz chodził sobie po ulicach czarodziejskiego świata, wciąż zdolny do robienia wszystkiego, czego tylko chciał.
To bolało Rufusa.
Żałował, że nie mógł po prostu przekazać tej notatki komuś, kto byłby w stanie poddać Lucjusza pełnemu dochodzeniu. Wilmot byłby idealny. W kilka dni po odrzuceniu praw anty–wilkołaczych powiedział Rufusowi na osobności, kim tak naprawdę był i jedyne, o co Rufus zdołał go wtedy zapytać w swoim zdumieniu, to jak udawało mu się przetrwać pełnie i jakim cudem sam nigdy nie zauważył. Był lojalny ministerstwu i Harry'emu – jakimś cudem godził to ze sobą – i dowiódł swojej dyskretności. Byłby w stanie znaleźć dowody na zdradę Lucjusza bez ogłaszania się ze swoimi zamiarami na pierwszych stronach „Proroka Codziennego".
Ale nawet przekazanie komuś notatki byłoby zdradzeniem Lucjusza; Rufus już czuł, jak przysięga wieczysta zaciska mu się na szyi, niczym powróz, od samego myślenia o tym. Pokręcił głową i zmiął pergamin w kulkę. Nacisk nieco zelżał. Jeśli Honoria i Ignifer zapytają o postępy w dochodzeniu, Rufus powie im po prostu, że nie był w stanie znaleźć żadnych dowodów, co było prawdą.
Czy Lucjusz znowu zrobi coś na szkodę Harry'ego? Rufus nie miał co do tego żadnych wątpliwości. Jeśli wierzyć „Vox Populi", Lucjusz odstąpił już nawet od Przymierza Słońca i Cienia. A jego własne przysięgi wieczyste powstrzymywały go przed działaniem wbrew ministrowi, nie vatesowi.
Jedynym pocieszeniem Rufusa był fakt, że jego artykuł w „Vox Populi" stanowczo oddzielał go od niewymownych, a w związku z tym również dowolnym knuciem Lucjusza. Przynajmniej pod tym względem jego ślepa wiara i współpraca z Departamentem Tajemnic mu nie zaszkodzi.
Lucjusz stukał szybko palcem o kolano, czytając opis rytuału deklaracji ze strony trzysta sześćdziesiątej trzeciej, w książce zatytułowanej „Deklaracje dla dzieci". Następnie pokręcił głową. Nie był w stanie wyobrazić sobie, żeby Draco kiedykolwiek zdecydował się na taki rytuał. Nie tylko był wymagający, długi i krwawy, ale wymagałby od niego pewnego stopnia dominacji, biorąc pod uwagę wszystko, do czego dojdzie po rytuale. Lucjusz nie wierzył, że jego syn zdołał ją w sobie rozwinąć. Nie, Draco spróbuje znaleźć rytuał, który pozwoli mu na zachowanie czystości w oczach swojego partnera.
Lucjusz poczuł kolejny napływ irytacji na myśl o Harrym. Gdyby tylko zrobił to, czego od niego oczekiwano, i zareagował na uwięzienie Hawthorn Parkinson w jakikolwiek mniej ekstremalny sposób od wywoływania rokoszu, to nie doszłoby do wydziedziczenia Dracona. Lucjusz wiedziałby, jaki rytuał jego syn planował wykonać, dzięki czemu byłby w stanie wpłynąć na niego subtelnymi wskazówkami.
Żaden z chłopców nie zareagował na list, w którym zasugerował, że chciałby się z nimi pogodzić. Lucjusz po raz kolejny zalecił sobie cierpliwość. Będzie musiał znacznie ciężej się napracować, żeby odzyskać zaufanie Harry'ego i Dracona. Wymagało to od niego wielu miesięcy idealnego zachowania, a może nawet żenującego płaszczenia się.
Nie lubił się płaszczyć, a już na pewno nie przepadał za żenadą. Ale robił tak przed Mrocznym Panem, kiedy jeszcze wierzył, że może otrzymać od niego coś wychodzącego poza piętno na przedramieniu.
Lucjusz bezmyślnie podrapał się po Mrocznym Znaku. Kilkukrotnie na przestrzeni ostatniego tygodnia budził się z nieprzyjemnych snów ze swędzącym znamieniem i raz, kiedy przyjrzał się wężowi i czaszce w świetle księżyca, zobaczył że są otoczone czerwonymi liniami. Lucjusz rzucił na niego kilka zaklęć, usiłując ustalić, czy Mroczny Pan próbował sięgać ku niemu, ale zaklęcia niczego nie wykryły. Łaskotanie wreszcie ustało. Lucjusz przyjrzał się też samym snom, ale nie był w stanie ustalić, w jaki sposób miałyby one okazać się użyteczne dla Voldemorta. To były wspomnienia czasów, kiedy karał swoich wrogów, albo nadziei na przyszłość, jak na przykład wszystkiego, do czego dojdzie, kiedy wreszcie udowodni, że Wielka Ujednolicona Teoria jest nic nie warta, co pokaże szlamom gdzie ich miejsce. Często o tym śnił. Voldemort nie zmienił go w żaden sposób, nie zmusił go do oglądania wizji, jak to miał w zwyczaju z Harrym.
Myśl o Wielkiej Ujednoliconej Teorii przypomniała mu, że już od dawna miał zamiar wysłać pewne zaproszenie. Spędził kilka przyjemnych minut na komponowaniu listu do Thomasa Rhangnary, zapraszając go na wizytę w rezydencji. Chciałby omówić z nim wszystkie komplikacje, wynikające z Wielkiej Ujednoliconej Teorii i co one oznaczają dla dziedzictwa Malfoyów i Blacków.
Kiedy Juliusz zabrał list, Lucjusz obrócił się i sięgnął po kolejną książkę na półce. Gdzieś znajdzie w tym wszystkim coś, co będzie pasowało do temperamentu i ambicji Dracona. Dowie się, na jaki rytuał zdecydował się jego syn i przygotuje się na wykorzystanie go do własnych celów, kiedy uda się do Hogwartu na zimowe przesilenie.
Nigdy nie spróbowałby zmusić swojego syna do zadeklarowania się wobec Światła, oczywiście; rytuał i tak nie dopuściłby do tego rodzaju ingerencji, a ponieważ to będzie najdłuższa noc w roku, dziki Mrok niemal na pewno zabiłby czarodzieja, który podjąłby się czegoś tak głupiego. Nie, Lucjusz planował zrobić coś... niewielkiego, tak w gruncie rzeczy. Sugestia tu, poprawka tam. A dzikiemu Mrokowi się to spodoba, ponieważ Lucjusz pracowałby zgodnie z zaaprobowanymi przez niego metodami podpuchy i oszustwa.
Connor uśmiechnął się, kiedy kolejna szaro–czarna sowa zniżyła lot i wylądowała mu na łóżku. Znaczek ciągle znajdował naprawdę pięknych przedstawicieli tego gatunku, żeby wysłać nimi listy. Młody wilkołak już opuścił Leśną Twierdzę, ale nieustannie pisał do Connora, ostatnio głównie o trudności w znalezieniu pracy teraz, kiedy już wszyscy zdawali się wiedzieć, że był wilkołakiem.
Ten list nie różnił się niczym od innych.
Siema Connor!
Spróbowałem dzisiaj twojej propozycji i udałem się do Gringotta. Okazało się, że już nie zatrudniają w nim czarodziejów! Wiedziałeś o tym? A przynajmniej zatrudniają tylko tych, którzy znają się na łamaniu klątw i innych niebezpiecznych sprawach. No i trzeba mieć sporo doświadczenia. Jeden nadęty goblin powiedział mi, że w żaden sposób im się nie przydam i powinienem odbyć u kogoś prywatny trening, trwający przynajmniej dwa lata, zanim ponownie zaaplikuję. Uprzedzone skurczysyny. Teraz już mogę ich tak nazywać, bo sam jestem wilkołakiem, co oznacza, że nie mogę być uprzedzony.
Załączam w tym liście kolejny prezent. I tak, wiem, że zawsze musisz je sprawdzać na zaklęcia śledzące i świstoklikowe i takie tam. Ale to tylko drewniana figurka miotły. Wspomniałeś kiedyś, że trochę zazdrościsz bratu jego Błyskawicy, więc zrobiłem ci twoją własną!
Trzymaj się,
Znaczek
Connor potrząsał paczuszką, póki na jego łóżku nie wylądowała maleńka drewniana miotła. Tak jak zapowiedział Znaczek, była to Błyskawica, wyrzeźbiona ze szczegółami aż do swoich skrzydełek. Connor podejrzewał, że miał czas przyjrzeć się miotle Harry'ego, bo przecież mieszkali razem w Leśnej Twierdzy.
Nucąc wesoło pod nosem, Connor zaczarował drewnianą miotłę i znicz, po czym złapał za Nimbusa, żeby pościgać je wokół boiska. Jeśli spotka po drodze Harry'ego, zapyta czy nie chciałby się z nim pobawić. Ostatnio Harry spędzał strasznie dużo czasu bez Dracona, mimo że jego kara za tak chamskie potraktowanie Michaela już dawno się skończyła.
Draco nabrał głęboko orzeźwiającego oddechu. Stał na szczycie wieży astronomicznej, pozostając na miejscu po tym, jak cała klasa owutemowej astronomii już dawno sobie poszła. Profesor Sinistra spojrzała na niego ze zrozumieniem, kiedy zapytał, czy mógłby jeszcze trochę zostać. Dobrze wiedziała, jak bardzo kochał gwiazdy i pewnie uznała, że po prostu chciał skorzystać z okazji do poobserwowania ich w spokoju.
Ale nie o to chodziło. Tu chodziło przede wszystkim o słuchanie. Przebywając na tej wysokości, tak blisko zimowego przesilenia, Draco był w stanie usłyszeć zew dzikiego Mroku, sunącego w czarnych miejscach między gwiazdozbiorami, polującego na Światło. Zbliżał się dzień, kiedy wyląduje i przegryzie rok na pół, deklarując swoją potęgę oszałamiającym ryknięciem, który pewnie nawet mugole byliby w stanie usłyszeć, gdyby tylko słuchali.
Wzrok już mu pływał od gwiazd w ciągu dnia i ciemności w nocy. Czuł, jak wiatr szarpał mu za serce, usiłując przekonać go do podążania za nim w niebo. Draco oparł się temu – nie zatraci się do tego stopnia – ale wciąż był w stanie podziwiać agresywne piękno dzikiego Mroku.
Gdyby nie było to aroganckie, powiedziałby że ton i nastrój dzikiego Mroku w tym roku był bardzo podobny do jego własnego, a przynajmniej do sposobu, na jakie się postrzegał: piękny, okrutny, chłodny, obojętny na próby zniszczenia jego oziębłości.
Z kolei ta obserwacja sprawiła wreszcie, że przyjrzał się porządnie temu, jak zachowywał się przy Michaelu i postanowił, że nigdy więcej nie zrobi czegoś takiego. To było go niegodne. Mógł wyglądać zagrożeń, mógł je zwalczać i mógł wykorzystywać innych do własnych celów, ale pobłażanie sobie w zemście było po prostu haniebne. Draco zastanawiał się, czy ojciec kiedykolwiek uważał to za dobry pomysł. Znacznie lepiej działało chłodne wyzwisko, albo ciche zwrócenie się do Harry'ego, żeby zajął się tym problemem.
Draco poczuł, że uśmiecha się coraz szerzej, kiedy przeskakiwał wzrokiem od gwiazdy do gwiazdy, praktycznie widząc coś ciemniejszego od czerni tańczącej między nimi.
Nie przeszkadzało mu wspieranie się potęgą Harry'ego, ilekroć nie byłby w stanie załatwić czegoś sam. Tak długo jak wiedział, kim był naprawdę, percepcja innych nie miała znaczenia, a pozostawanie w cieniu Harry'ego, przynajmniej pozornie, tylko zachęci innych do niedocenienia go.
Ale zimowe przesilenie będzie jego nocą. Wybrał sobie rytuał, który prawdopodobnie zaskoczy wszystkich świadków.
Z całą pewnością zaskoczy Harry'ego i posłuży jako odpowiedź Dracona na te dwa dni kary, kiedy nie był w stanie go dotknąć, ani nawet wyczuć jego magii.
Uważaj, Harry. Zaraz przekonasz się, jak to jest mieć mrocznego kochanka, mrocznego zarówno w sercu, duszy, jak i magii.
