Ostrzeżenie: BARDZO ciężkie sceny seksualne w siódmej scenie. Pomińcie ją, jeśli wam to nie pasuje.

Rozdział pięćdziesiąty czwarty: Jego noc

Harry spóźnił się tego dnia na śniadanie, ale i tak był zadowolony z tego, co już udało mu się dzisiaj osiągnąć. Pierwszą sową poleciał list do Kamelii, informujący że Harry chce spędzić święta w Srebrnym Lustrze, a potem przyjedzie w odwiedziny do watahy. Potem wysłał zaproszenia do kilku sojuszników, którzy mogli nie brać nawet pod uwagę kontaktowania się z nim o tej porze roku. Ale chciałby mieć przy sobie w czasie świąt Ignifer, Honorię, Hawthorn, jak i rodziny Adalrico i Thomasa, o ile byliby skłonni się pojawić. Oczywiście, Snape, Narcyza, Peter, Connor i Draco byli automatycznie zaproszeni.

Zamarł, kiedy zobaczył siedzącego przy stole Slytherinu Dracona. Następnie potrząsnął głową i ruszył przed siebie. Przecież Draco zawsze siedzi przy stole Slytherinu, powiedział sobie. Siedzi dokładnie tam i wygląda dokładnie tak samo. Czemu się nagle zatrzymałeś?

– Masz zamiar się dzisiaj dobrze bawić? – mruknął, zajmując miejsce obok Dracona. Akurat wtedy przybyła sowa z Hogsmeade i przyniosła mu jego własne śniadanie, pomniejszone paczki z płatkami i mlekiem. Harry przywrócił je do normalnych rozmiarów, po czym podlewitował sobie płatki i nalał do nich mleka.

– Tak. I ty też.

Harry zamarł na dłuższą chwilę. Krzywy uśmiech w tonie Dracona nie zasługiwał na podskoczenie w miejscu i obejrzenie się na niego, nawet jeśli Harry właśnie tak chciał się zachować. Zamiast tego obrócił powoli głowę, w pełni spodziewając się, że Draco momentalnie zmieni wyraz twarzy, jak tylko Harry na niego spojrzy.

Draco jednak dalej uśmiechał się krzywo. Harry potrząsnął lekko głową.

– Przeczytałem opis wybranego przez ciebie rytuału – wymamrotał. – Nie było tam nic o moim udziale, choć, oczywiście, i tak się pojawię. Ale czy deklaracja nie polega na stawieniu czoła dzikiemu Mrokowi za pomocą swojego własnego? Czy też dzikiemu Światłu, skoro już o tym mowa?

– Ach. – Draco zjadł kiełbaskę i zerknął na Harry'ego z lekkim niezadowoleniem. – Nie zdecydowałem się na ten rytuał. Wybrałem inny.

– W takim razie jaki? – zapytał wymagająco Harry, starając się przypomnieć wszystkie książki, jakie przejrzał z Draconem w bibliotece. Ale było ich po prostu zbyt wiele i Harry zwykle tylko przeglądał je pobieżnie. Miał swoje własne problemy, a Draco chciał się przygotować do tego, w miarę możliwości, sam.

– Niebawem się przekonasz. – Draco rozejrzał się po Wielkiej Sali. Harry podążył za jego spojrzeniem. Był to poranek zimowego przesilenia. Większość uczniów wróciła już do domów, chyba że mieli zamiar pozostać w Hogwarcie na czas świąt. Tylko Michael i Luna siedzieli przy stole Ravenclawu, a przy Hufflepuffie zebrała się niewielka garstka, w składzie której pojawił się Zachariasz Smith. Hermiona wyjechała, ale Ron i Ginny pozostali z Connorem. Harry miał zamiar zaprosić ich do Srebrnego Lustra, o ile rodzice pozwolą im na świętowanie pośród mrocznych czarodziejów. Większość nauczycieli siedziało przy stole prezydialnym, ale zarówno profesor Sprout, jak i profesor Sinistra wyjechały, żeby spędzić święta z rodziną. Draco pociągnął nosem. – Niewielka publiczność, ale będzie musiała wystarczyć. Wszyscy dowiecie się w tej samej chwili.

– I ten rytuał wymaga mojej pomocy? – Harry przeżuł łyżkę płatków, marszcząc brwi. – Draco, jeśli nie powiesz mi, co mam zrobić, to to spartolę, a wiesz przecież, że chcę, żeby twoja deklaracja poszła idealnie.

– Rewelacyjnie poradziłeś sobie w czasie ostatniego rytuału, Harry, mimo że otrzymałeś naprawdę niewiele wskazówek – powiedział Draco, niskim, droczącym się i intymnym głosem.

Harry przełknął ślinę, czując jak twarz robi mu się cieplejsza.

– To co innego – powiedział. – Tamten rytuał skupiał się na nas obu. Ten chyba ma się skupić wyłącznie na tobie?

– Podejrzewam, że mogę ci coś o nim powiedzieć, ponieważ z tak niewielkim strzępkiem informacji i tak nie będziesz w stanie odgadnąć, co to za rytuał – powiedział lekko Draco. – Ta deklaracja pomoże mi otrzymać wszystko, czego chcę i potrzebuję, Harry. A jesteś jedną ze spraw, których potrzebuję w życiu.

Harry wciąż starał się dopasować to ogólne określenie do dowolnych wymogów, kiedy nagle wszystkie światła w Wielkiej Sali zgasły.

Kilkoro uczniów zaskrzeczało z zaskoczeniem i podobne dźwięki rozległy się od strony stołu prezydialnego, choć Harry miał wrażenie, że profesorowie by się potem tego wyparli. Siedział nieruchomo w ciemnościach, zawierzając swoim uszom i magii. Spróbował, odruchowo, stworzyć wokół dłoni Lumos, ale bez powodzenia.

Wyczuwał przebywający z nimi Mrok.

Otarł mu się o dłoń, dając wrażenie ostro zakończonego futra, które zabolałoby, gdyby je pogłaskać pod włos; Harry słyszał, że rekinia skóra tak miała, gładka w jedną stronę, ale w drugą tak ostra, że mogłaby okaleczyć. Mrok zaśmiał mu się w głowie, rozwijającym się chichotem, który przeszedł w szum morskich fal i zaciskał mu się wokół kręgosłupa, niczym palce, które zdawały się przeniknąć przez skórę i kości. Harry wyczuwał nacisk nad sobą, dławiący ciężar opadającej jaskini. Ramiona ugięły mu się pod kamieniami, sercu było ciężko bić.

Ale potęga i tak pozwoliła mu na obrócenie głowy, żeby mógł sprawdzić co z Draconem. Dech mu zaparło na ten widok.

Wokół Dracona unosił się puls światła... albo puls ciemności tak znacznie mroczniejszej od wszystkiego wokół, że okolice wydawały się lśnić. Draco miał zamknięte oczy, kark odchylony do tyłu i lekki uśmiech na ustach. Wokół jego głowy widniały szczęki, delikatnie obejmując czaszkę i powoli nakreślając przyczajoną za jego plecami bestię. Harry wiedział, że te szczęki mogły się w każdej chwili zamknąć i zmielić twarz Dracona na papkę.

Ten żywy obraz tkwił w zawieszeniu przez wiele długich chwil, przeszywanych od czasu do czasu okrzykami innych uczniów. Harry wyczuwał, jak jego własny oddech przyśpiesza w miarę czekania. Obawiał się tego dnia, bo wiedział, że przypomni sobie o Fawkesie i wydawało mu się, że dziki Mrok spróbuje go choć odrobinę ukarać za ich walkę w zeszłym roku.

Ale powinien był pamiętać, że dziki Mrok nigdy nie był taki sam, zmieniał się z dnia na dzień, a co dopiero z jednego przesilenia na drugie. Wyczuwał zaledwie dumę, wychodzącą na spotkanie wyjątkowo dumnej potędze. Stłamsiła myśli o Fawkesie i pieśni feniksa i wyciągnęła jego własny mrok na powierzchnię. Harry poczuł, jak smoła zalewa mu pole widzenia, a mięśnie drżą z potrzeby znalezienia się w ruchu, jak wtedy na Walpurgę, kiedy biegł za białym jeleniem.

Ale tym razem nie pojawi się żaden biały jeleń, nie dzisiaj, nie coś tak jasnego. Dzisiaj był czas Mroku.

I Dracona.

Noc zniknęła, jak tylko o tym pomyślał, a Draco odchylił się lekko na krześle, kiedy wraz z nią zniknęły szczęki wokół jego głowy. Harry słyszał zaskoczone okrzyki innych, widział jak rozglądają się, usiłując ustalić źródło ciemności. Wiedział, że go nie znajdą. Dziki Mrok zabrał z Wielkiej Sali całe światło, ponieważ tego właśnie chciał, po czym przywrócił je równie niespodziewanie. Nie miało to źródła, bo i go nie potrzebowało, ponieważ dzisiejsze ciemności będą wszędzie.

Draco otworzył oczy i obrócił głowę, nawet nie oglądając się wcześniej na Harry'ego. Widział, że na niego patrzę, pomyślał Harry i coś w jego umyśle – pozostałość po dzikim Mroku, albo świadomość, którą zbudował wokół Dracona od czasu halloweenowego rytuału, czy też okrucieństwo, na które czasem zwracał uwagę, ale szybko zakopywał z powrotem pod łóżkiem – zamruczało z satysfakcją w jego umyśle.

Krew ciekła Draconowi po głowie z dwóch, idealnych nacięć na czaszce, plamiąc jego jasne włosy. Harry nie musiał pytać, żeby wiedzieć, że to potężne kły tych ogromnych szczęk go zraniły. Wyciągnął do niego z powagą dłoń i pogłaskał ranę po lewej, nie pytając nawet, czy Draco chce, żeby mu je zaleczyć. Nie można było ich wyleczyć i dalej udawać, że wciąż oznaczały determinację Dracona.

– Boli? – Był zaskoczony, jak cicho brzmiał jego własny głos, zupełnie jakby wciąż przyglądał się bestii, trzymającej głowę Dracona w swoich szczękach.

Draco odwrócił się i pokręcił głową.

– Nie. Nie boli. – Złapał za dłoń Harry'ego i ściągnął ją w dół. Harry wyczuł na skórze nacisk zębów, dość mocny, żeby przebić mu skórę. – Nie w porównaniu do tego, do czego dzisiaj dojdzie.

Harry przyglądał mu się półprzymkniętymi oczami, czując jak ciemność tańczy mu po ciele. Nie był zadeklarowany. Nigdy się nie zadeklaruje. Miał w sobie pieśń feniksa i wolał świetlistą etykę, co wystarczało, żeby nigdy nie zwrócił się w tym kierunku.

Ale był też bliski Mrokowi. I minęło już wiele miesięcy, odkąd naprawdę pozwolił sobie to odczuć... w sumie aż od Walpurgi. Większość magii, z którą pracował od czasu powrotu z Sanktuarium, była świetlista. Rytuały połączenia, w jakich wziął udział z Draconem na Halloween i swoje urodziny, dopuszczały obecność Mroku, ale nie korzystały z niego.

Nie zaszkodzi mu pobłażanie własnej dzikości, która miotała się w nim, pragnąc jakiegoś ujścia. O ile rytuał w ogóle mu na to pozwoli.

Draco obejrzał się na niego i pochwycił jego spojrzenie. Momentalnie uśmiechnął się szeroko, gwałtownie i nagle, co Harry już kiedyś widział, choć nie był pewien, czy akurat na twarzy Dracona, czy kogoś innego.

– Nie musisz się nad tym zastanawiać, Harry, ani przejmować żadnymi zasadami – wyszeptał. – Wczoraj wezwałem do siebie dziki Mrok. To, że się teraz pojawił oznacza, że mój zew został zaakceptowany. Od teraz wszystkim zajmie się rytuał. – Sięgnął wolną ręką i pociągnął Harry'ego za włosy, na tyle mocno, żeby zabolało, jak to czasem lubił robić. – Odpuść sobie.

Harry powstrzymywał się jeszcze tylko przez chwilę.

– Jesteś pewien, że ten rytuał nikogo nie skrzywdzi?

– Tak. – Skoro już o tym mowa, głos Dracona też był osobliwie cichy. – Bo tego nie chce. W tym roku dziki Mrok nie interesuje się łatwymi zdobyczami. Poddałem mu się i chce się bawić.

Harry kiwnął głową i usłyszał, jak w głowie wzbiera mu zwycięski śmiech, za którym podążyła słodkość, a zaraz za nią świadomość, że mógłby oderwać się teraz od podłogi i wylecieć oknem Wielkiej Sali, gdyby tylko chciał.

Zawsze mógł to zrobić, o dowolnej porze roku. Ale ta świadomość wróciła do niego i uderzyła w twarz niczym jaszczurczy ogon tamtego ptaszyska, więc nabrał głęboko tchu, dopełniając ją inną wiedzą: że pewnego dnia może nawet tego zechcieć.


Snape wiedział, na jaki rytuał zdecydował się Draco, mimo że nigdy wcześniej nie widział go w użyciu.

Spędził ten dzień na obserwowaniu chłopców w ciszy. Pomogli mu w warzeniu typowych eliksirów, które przydadzą się Madam Pomfrey, kiedy uczniowie wrócą po przerwie świątecznej, spędzonej na zabawie magicznymi zabawkami, spadaniu z mioteł i pozostawaniu zbyt długo na zewnątrz, gdzie ich płuca chłonęły mroźne powietrze. Harry warzył, połowicznie poświęcając swoją uwagę eliksirowi i co chwila oglądając się na Dracona. Nie popełniał przy tym żadnych błędów, więc Snape tego nie skomentował. Ale wyłącznie dlatego.

Draco warzył niczym smok w locie, z determinacją nachylając się w kierunku swoich łowów, tak kompletnie im poświęcony całym sercem i duszą, że nie sposób wyobrazić go sobie przy czymkolwiek innym. Snape wiedział, że ta perfekcja nie pochodziła od rytuału, została po prostu przez niego wzmocniona. Zazwyczaj coś rozpraszało Dracona do takiego stopnia, że nie był w stanie skupić się na eliksirach. Teraz jednak mełł, ciął, ucierał i rzucał zaklęcia stabilizujące, jakby nic innego na świecie nie miało znaczenia. Nie jak szaleniec, ale też nie jak maszyna. Bardziej jak tancerz w samym środku własnej muzyki, kiedy każdy ruch był sztuką samą w sobie, przechodzącą w inną.

Snape potrząsnął głową, nakazując sobie zaprzestanie tak poetyckich porównań.

Dwa lata temu pożyczył Draconowi „Medicamenta Meatus Verus", ponieważ wydawało mu się, że dzięki temu chłopak znajdzie sobie ścieżkę, która wyprowadzi go z cienia Harry'ego i w ten sposób zyska przynajmniej jakieś własne hobby. Jasne, prędzej czy później Draco i tak by je znalazł, ale jego obsesja na punkcie Harry'ego niepokoiła Snape'a. Gdyby tylko zdołał spędzić choć kilka godzin, skupiony na tym, co sam kochał, to z pewnością wyjdzie to obydwu na zdrowie.

To okazało się spektakularnym błędem, niosącym ciężkie konsekwencje. Snape był w stanie to przyznać.

Ale dopiero teraz powoli zaczynał pojmować, czemu to był błąd, poza faktem że książka narzuciła przymuszenie na Dracona, przez co Snape utracił zaufanie Harry'ego. To był błąd, ponieważ Draco był absolutnie zdolny do odnalezienia niezależności na własną rękę. W dodatku Snape podejrzewał, że miałoby to znaczenie dla niego wyłącznie, jeśli sam wyzwoli się spod wpływów Harry'ego. Mentor mógł zachęcać, jak to często Snape widział w przypadku Josepha wpływającego na Harry'ego, ale ostateczna decyzja zawsze musiała należeć do ucznia.

I oto jawiła się przed Snape'em kulminacja wszystkich cichych decyzji, dyskusji, debat i złych pomysłów. Draco wybrał sobie rytuał, który postawi go na ścieżce, z której nie było już odwrotu. Uzasadnienie, bo tak się on oficjalnie nazywał, zmusi go do stanięcia twarzą twarz z samym sobą. A Draco, wzywając do siebie dziki Mrok i decydując się na odbycie tego rytuału właśnie podczas zimowego przesilenia, postanowił zaakceptować wszystkie swoje mroczne, jak i Mroczne strony.

To nie była przyszłość, którą Snape by dla niego wybrał, zwłaszcza jako partnera Harry'ego. Był też niemal przekonany, że to nie była przyszłość, którą chciałby dla niego Lucjusz Malfoy.

Ale to była przyszłość, której pragnął Draco, więc taką właśnie otrzyma. Snape widział delikatne ślady po otaczających go czarnych płomieniach – możliwe, że to one właśnie co chwila zwracały na siebie uwagę Harry'ego, choć Snape nie był pewien, czy Harry w ogóle zdawał sobie z tego sprawę – i wiedział, że to one właśnie zaciągną go do samego końca tej ścieżki. Nie dało się powstrzymać Uzasadnienia, nie po wezwaniu i otrzymaniu odpowiedzi.

Można było tylko przez niego przejść i przeżyć.

I to czeka ich obu, pomyślał Snape, ale wiedział, że to była po prostu kolejna sytuacja, zupełnie jak w przypadku komisji nadzorczej, kiedy będzie musiał odstąpić i pozwolić im działać. Harry to przeżyje, zarówno rytuał, jak i posiadanie takiego partnera, w którego Draco powoli się przemieniał. Chciał, żeby Draco miał własną wolę? Takie były tego konsekwencje.

W dodatku, nawet jeśli dziwnie patrzyło się na fizyczne pożądanie w oczach własnego syna, Snape musiał przyznać, że Harry zdecydowanie nie wyglądał, jakby mu to przeszkadzało.


– Witaj, matko.

Narcyza przymrużyła oczy, kiedy Draco przybył do Srebrnego Lustra, zmuszając się do nie zwracania uwagi na jego osobliwą, nieokreśloną atrakcyjność, ale faktyczny, obecny płaszcz z czarnych płomieni. Kiedy już skończyła się mu przyglądać, wstała z lekkim uśmiechem i ukłoniła się, nie wyciągając ręki. Draco wejdzie tego dnia w kontakt fizyczny wyłącznie z ludźmi, z którymi sam będzie chciał i choć Narcyza była przekonana, że już dotknął Harry'ego, byłaby naprawdę zaskoczona, gdyby zrobił to z kimkolwiek innym.

I faktycznie, Draco po prostu kiwnął głową na powitanie, po czym usiadł w fotelu naprzeciw i założył nogę na nogę. Jego spojrzenie było bystrzejsze, niż Narcyza kiedykolwiek pamiętała. Oczywiście, gdyby przymrużyła oczy, zobaczyłaby kręcące się w jego źrenicach czarne kuleczki. No, czarne albo ciemnozielone. O tej porze dnia nie sposób ich było rozróżnić.

– Czy ojciec ma zamiar pojawić się na mojej deklaracji? – zapytał Draco.

Narcyza kiwnęła głową.

– Zdajesz sobie sprawę, że prawdopodobnie spróbuje w jakiś sposób spętać rytuał – ostrzegła Dracona. To nie było takie niespotykane. Wiele rytuałów deklaracji było wyjątkowo delikatnych i znajdujący się w samym ich środku człowiek musiał poświęcić całą uwagę czekającemu na niego Mrokowi czy Światłu, przez co nie zwracał jej na to, co robili goście. Rodzicom udawało się w takich chwilach przepleść wzorzec rytuału posłuszeństwem, a ich dzieci nie miały nawet czasu, ani okazji do zauważenia. Czasami wrogowie wplatali w nie słabość pod postacią choroby, która stopniowo wykańczała serce ofiary. Narcyza miała zamiar uważać na tego rodzaju ingerencje ze strony Lucjusza. Ale nie była w stanie zagwarantować, że złapie wszystkie.

Draco zaśmiał się cicho.

– Jestem pewien, że spróbuje – powiedział. – Ale nie da się spętać Uzasadnienia, matko, chyba że spróbuje się tego jeszcze zanim dziki Mrok odpowie na zew.

Narcyza podniosła brwi.

– A skąd pomysł, że tego właśnie nie zrobił?

Draco nachylił się do niej.

– Ponieważ ojciec mnie nie docenia – powiedział. – Bez przerwy tego dowodzi. Na przykład nawet nie spróbował zmusić mnie do złożenia mu przysięgi, że nie udam się do Harry'ego w czasie rokoszu. Po prostu wyszedł z założenia, że go posłucham, ponieważ jestem jego synem i to magicznie od niego słabszym. I nie sądzę, żeby zmienił zdanie. Przybędzie gotów na wstrzymanie wielu słabszych rytuałów, ale nie tego. Bo nie sądzi, żebym się na niego zdecydował. – Uśmiech Dracona pojawił się przez chwilę, przypominając Narcyzie coś, co zwykle mieszkało w bagnie i miało w paszczy zdecydowanie zbyt wiele kłów. – Wyjdzie z założenia, że jest dla mnie zbyt krwawy. Zbyt agresywny. – Przechylił głowę. – Zbyt dominujący.

Narcyza może i by zaprotestowała, ale przypomniała sobie zdecydowanie zbyt wiele słów, które Lucjusz przy niej wymamrotał, kiedy jeszcze wychodził z założenia, że dzielili serce i duszę pod względem wychowywania Dracona. Faktycznie martwiła go pozorna uległość, jaką Draco okazywał Harry'emu i zdecydowanie nie doceniał jego woli. Zapominał czasami, że Draco już okazywał mu w pełni swoją wolę – na drugim roku, kiedy odkrył, że Harry otrzymał pamiętnik Toma Riddle'a właśnie od swojego ojca, albo kiedy zmusił wszystkich do uznania się magicznym dziedzicem rodziny, czy też ilekroć odmawiał ojcu, na wiele niewielkich i subtelnych sposobów. Draco może i zwykle nie korzystał z siły swojej woli, ponieważ wolał ją pozostawiać na sprawy, które według niego faktycznie były warte wysiłku.

Ale ilekroć się tego podejmował, Narcyza nie sądziła, żeby cokolwiek było w stanie go powstrzymać.

Spojrzała synowi w oczy i pochyliła głowę.

– Wydaje mi się, że masz rację, Draconie – powiedziała. – A Harry? – Nie musiała rozwijać tego pytania.

– Będzie cieszył się tym razem ze mną – powiedział obojętnie Draco, co zakończyło ten temat.


Harry zadrżał, kiedy wyszli na błonia Hogwartu. Słońce już zachodziło, co oznaczało, że nadciągał czas na dokończenie rytuału Dracona i zwrócenie na siebie bezpośredniej uwagi dzikiego Mroku. Harry, Snape i Henrietta mieli pojawić się jako neutralni mroczni obserwatorzy. Prócz nich nie został zaproszony nikt poza rodzicami Dracona.

Harry musiał przyznać, że niemal żałował, że ten rytuał musiał się skończyć. Ten dzień był fascynujący, bo magia wskazywała mu wszystkie drobne sprawy, których wcześniej nie zauważał w Draconie. Dokładny kolor jego oczu, sposób w jaki przygryzał wargę, ilekroć się czymś martwił, albo zastanawiał, albo mocno skupiał na warzeniu eliksiru, sposób w jaki twarz rozpogadzała mu się ze śmiechu nawet, jeśli nie wydał z siebie żadnego dźwięku. W pewnej chwili Draco stał w bladych promieniach zimowego słońca, wpadających przez okno i uśmiechnął się, jakby stawiając się Światłu, starającego się przekonać go do siebie. To światło sprawiło, że krańce jego twarzy rozmyły się lekko, a włosy nabrały niewzruszonego i zimnego poblasku.

A Harry przekonał się, nawet jeśli tylko przez chwilę, co to znaczy uważać kogoś za fizycznie pięknego.

Szli teraz przez śnieg, owiewani tak ostrym i kąsającym powietrzem, że Harry w końcu się poddał i rzucił zaklęcie ogrzewające, uznając że nawet trening nie jest w stanie go zawsze ochronić. Snape był obok Harry'ego, a Henrietta po jego drugiej stronie rozglądała się z wyciągniętą różdżką w poszukiwaniu wszelkich zagrożeń. Draco szedł nieco przed nimi.

A potem się obrócił.

Harry spojrzał mu w oczy.

Dech mu zaparło. Twarz Dracona wyglądała na... uniesioną, przemienioną, pełną płonących, miotających się płomieni, które Harry do tej pory widział wyłącznie w świetlistych kontekstach, na przykład kiedy uwolnił jednorożce, które w odpowiedzi obrzuciły swoją chwałą i pięknem wszystkie zeschnięte liście, drzewa i całą resztę lasu. Skoro już o tym mowa, do tego też doszło zimą, już niemal dwa lata temu.

To nie dzieliło się swoją chwałą z niczym. Raczej wrzeszczało ze zniecierpliwieniem, żeby jego własna chwała została wreszcie dostrzeżona. Draco spojrzał na powoli pojawiające się gwiazdy i Harry zobaczył, jak słaby promyk czerwonego światła opada mu na twarz ze strony zachodzącego za chmurami słońca.

Nie musi krzyczeć, żeby zwrócić na siebie całą moją uwagę, pomyślał Harry. I tak ją ma.

Czuł, jak zwijają się w nim troski i niepokoje, przypominające mu o wszystkich okazjach, kiedy ranił, albo ignorował Dracona, czy też fakcie, że Draco ostatnio skrzywdził Michaela, bo był zły o nie otrzymywanie odpowiedniej uwagi od odpowiedniej osoby. Ale Harry wzruszył nimi i odrzucił je od siebie, nawet nie zanurzając ich w basenach oklumencyjnych. Draco powiedział mu, że ma dzisiaj odpuścić i się odprężyć.

Był w stanie to zrobić. Troski dominowały jego umysł praktycznie każdego dnia, chyba że brał udział w jakimś rytuale. I to właśnie miało dzisiaj nastąpić. Zmartwienia mogły sobie poczekać na jutro.

Dotarli do wybranego przez Dracona miejsca, naznaczonego już tego ranka, choć Harry nie wiedział nawet, czym właściwie. Teraz już widział. Na ziemi znajdował się niewielki wał śniegu, tworzący krąg. Draco rzucił zaklęcie – a może to dziki Mrok to zrobił – które wypaliło w nim ziemię. Ilekroć opadała na nią choć odrobina śniegu, ta odrobina momentalnie jaśniała i syczała, zmieniając się w parę, zanim w ogóle zdołała wylądować w kręgu.

Po drugiej stronie czekali na nich Lucjusz z Narcyzą. Harry przyglądał się im przez chwilę. Narcyza miała na sobie ciemnoniebieskie szaty, w kolorze szafirów, najstarszego możliwego koloru zimy. Wspierała Dracona i wyrażała to poprzez okazanie swojej aprobaty względem wybrania pory roku dla jego deklaracji.

Szaty Lucjusza były białe.

Harry poczuł, jak warga podrywa mu się z rozdrażnienia. Lucjusz po prostu nie potrafił się poddać, co? Biel ogłaszała, że Lucjusz był osobą z zewnątrz, ubraną jak świetlisty czarodziej, mimo drzemiącego w nim mroku. Okazywał wsparcie, ale wyłącznie takie, jakiego się po nim spodziewano. Draco zrobił coś, co go rozczarowało.

Mam nadzieję, że chodzi o dobór rytuału, pomyślał zjadliwie Harry. Na prośbę Dracona w końcu przestał pytać, do czego właściwie dojdzie pod wieczór. Nie sądził, żeby powstrzymało to jakoś Lucjusza, ale że też nie był w stanie odpuścić nawet przy takiej okazji...

Harry uciął te myśli potrząśnięciem głowy i spojrzał na wypalony krąg, do którego wkroczył Draco. Szedł z wysoko uniesioną głową, dumny i pewny siebie. Nie patrzył na żadnego z nich, mimo że jego wzrok musiał przemknąć po Lucjuszu i Narcyzie, kiedy odwracał się w kierunku zachodzącego słońca.

– Wezwałem cię – Draco odezwał się głosem tak niskim, ciepłym i intymnym, że ciało Harry'ego aż przeszły dreszcze – przed świtem tego ranka, w chwili najgłębszego mroku, kiedy chmury zasnuwały niebo i śnieg zakrywał ziemię. Odpowiedziałeś mi. Czy odpowiesz mi i teraz, żebym mógł usprawiedliwić się przed tobą?

Harry zauważył, jak Lucjusz marszczy brwi, a potem otwiera szeroko oczy. Powtórzył bezgłośnie wypowiedziane przed chwilą przez Dracona słowa, po czym zrobił krok przed siebie, jakby faktycznie miał zamiar wejść do wypalonego kręgu i nie dopuścić do ukończenia rytuału.

I wtedy wszyscy oślepli.

Harry widział to jako czarną dłoń, która przemknęła mu przed oczami, kradnąc wzrok. Zamarł ze spiętymi ramionami, a przyspieszające bicie serca skłaniało do impulsywnego zachowania, zwłaszcza w miarę narastającej paniki. Ale wiedział, że musiał pozostać cicho i zaufać Draconowi. Nikomu nie wolno było się wtrącić. Wyglądało jednak na to, że nikomu też nie wolno było zobaczyć, do czego teraz dojdzie. Może poza Draconem.

Harry usłyszał cichy, skrzypiący dźwięk, jakby śnieg był wdeptywany przez naprawdę ciężkie łapy. Dłoń Snape'a spoczęła mu na barku. Harry przytulił do niej policzek, nasłuchując jak ogromna bestia zmierza w kierunku jego kochanka. Tup, tup, tup, tup i łup. Cztery łapy, pomyślał Harry, i długi ogon.

Wyczuł chwilę, w której bestia zatrzymała się na skraju wypalonego kręgu. Cisza wzbierała wokół nich, ciężarna niczym godzina przed burzą.

Kiedy wreszcie rozległ się głos, Harry niemal drgnął konwulsyjnie z radości.

No dobrze. Pokaż mi, że jesteś wart zachowania cię przy życiu.


Pozwól, że usprawiedliwię się przed tobą.

Lucjusz nie miał pojęcia, jak bardzo się mylił, póki nie usłyszał tych słów. Wypalony krąg i zachodzące słońce były typowe dla wielu rytuałów deklaracji. Spodziewał się, że Draco się ukorzy, spokornieje, padnie na kolana przed Mrokiem w szczególnej wersji Pomniejszego Muzycznego Rytuału, co do którego Lucjusz był przekonany, że to właśnie na niego padł wybór.

Nigdy nie oczekiwał, że jego własny syn zdecyduje się na Uzasadnienie.

Nie może. Zginie.

Lucjusz ruszył w kierunku kręgu, w pełni zamierzając położyć kres temu szaleństwu. Mrok nie przyjął jeszcze zaproszenia Dracona, jeszcze nie przybył. Póki do tego nie dojdzie, istniała niewielka szansa na przerwanie deklaracji poprzez wyciągnięcie go z kręgu.

Męczyła go już postawa Dracona, irytowała ostatnia buńczuczność i był zdeterminowany przejąć z powrotem nad nim kontrolę, ale przecież nie chciał stracić syna. A do tego by właśnie doszło, gdyby pozwolił Draconowi na dokończenie rytuału.

I wtedy oślepł i musiał się zatrzymać. Przeżyłby, gdyby przekroczył ponad linią wypalonej trawy, ale nie jeśli postawi na niej stopę.

W przytłaczającej ciszy, jaka nastąpiła zaraz po oślepieniu, do umysłu zakradła mu się wątpliwość. Draco nie był na tyle głupi, żeby podjąć się czegoś takiego, nie mając gwarancji na własne przeżycie, choćby nie wiem jak był zdesperowany, żeby udowodnić swoją wartość Harry'emu, czy własnym rodzicom. Był Ślizgonem, znanym ze swojego instynktu przetrwania. Nie porzuciłby tak po prostu swojego życia.

Co oznacza, że musiał być pewien, że poradzi sobie z Uzasadnieniem.

Wątpliwości rozbiegły się po Lucjuszu niczym wzór na pękającym lodzie. A potem przybył Mrok i musiał skupić się na słuchaniu, ale wątpliwości tylko się rozrastały, wgryzając niczym robaki w jego najwyżej cenione przekonania.


No dobrze. Pokaż mi, że jesteś wart zachowania cię przy życiu.

Draco czekał na ten moment.

Mrok przybył do niego pod postacią chimery. Wpatrzony w niego lwi łeb był osadzony na ogromnym ciele czarnej kozy, podczas gdy sunący za nią ogon wyglądał na smoczy. Z barków wyrastały ostro zakończone, lodowe skrzydła o wachlarzowym kształcie, niczym te na karkach niektórych jaszczurek. Draco wiedział, że jego zębiska mogłyby rozszarpać go na strzępy, ogon rozgnieść żebra w pył, a podkowy były tak ostre, że mogłyby go oskalpować. I wszystko to mogło nastąpić z przerażającą prędkością. Chimery były najszybszymi, najbardziej zwinnymi żyjącymi stworzeniami.

Nie był w stanie przewidzieć tego kształtu. Oczywiście że nie. Dziki Mrok nie był znany z niezmienności.

Lwie ślepia były głębokie i chorobliwie czarne, niczym kropki, które Draco wiedział, że pływały mu cały dzień w źrenicach. Nie odwracając od nich wzroku, wyciągnął rękę przed siebie.

Nie nastąpiło żadne poruszenie, ale kły chimery nagle zaczęły zaciskać się wokół jego palców. Draco wyobraził sobie zabliźniony kikut na końcu nadgarstka Harry'ego. Wiedział, że Mrok był w stanie odciąć mu dłoń. Mógł zmiażdżyć mu palce, póki nie zaczną przypominać konsystencją masła. Kości krążyłyby w nim w maleńkich i lśniących odłamkach.

Odetchnął głęboko.

Chimera wyśmiała go. Przeszedł pierwszą próbę Uzasadnienia, pokusę do ucieczki i ukrycia się, ale zawsze istniały kolejne. I nie zdołał jej zaimponować. Draco wiedział, że nic nie było w stanie zaimponować dzikiemu Mrokowi. Można było z nim walczyć, ale zawsze wracał, ponownie cały i zdrów, kompletnie nie pamiętając o porażce.

Zupełnie jak mój ojciec.

Zupełnie, zgodził się głos, pulsująca radość z lotu w trakcie burzy. Mrok znalazł się w jego umyśle. Draco zaprosił go głębiej.

Mrok zaczął rozszarpywać mu umysł.

Nurkował, atakował i bawił się wszystkimi znalezionymi wspomnieniami. Wywlekł na wierzch niewielkie i samolubne okrucieństwa, jakich Draco dopuścił się jako dziecko, i wyśmiał je. Zarechotał na wspomnienie jego dumnego i okrutnego ojca, stojącego bezsilnie nad bałaganem w pokoju Dracona, owinięty jego pierwszym wybuchem przypadkowej magii, przez co skrzaty domowe nie mogły niczego tknąć. Złapał go za głowę i wcisnął mu twarz we własne zakłopotanie, kiedy zaczął pożądać seksualnie, zupełnie jak właściciel kuguchara mógłby wytrzeć mu nos o odchody pozostawione na dywanie.

Draco zniósł to wszystko. Wiedział przecież, że to w nim istniało, a teraz kiedy wezwał do siebie Mrok, nie miał wyjścia i musiał pozwolić rytuałowi na kontynuację. Z własnej woli pokazywał Mrokowi wszystko w sobie, słuchał jego słów, pozwalał mu sobą pomiatać.

Czemu mnie wezwałeś? Draco zadrżał na dźwięk tego głosu, ale nie z zimna, czy strachu. To było to samo podniecenie, jakie czasem czuł przez magię Harry'ego na czwartym roku, ilekroć Harry wściekał się do stopnia, w którym zaczynało to mieć znaczenie. Nie masz mi niczego do zaoferowania. Za kogo ty się masz? Jesteś po prostu rozpieszczonym i samolubnym gnojem.

Rozpieszczonym i samolubnym gnojem, który dopuścił się tego, odpowiedział Draco, wznosząc wspomnienia swoich wykroczeń.

Wiedział, nawet kiedy jeszcze flirtował z Michaelem, że w pewnej chwili ta sytuacja może się zwrócić przeciw niemu i ugryźć w dupę. Ale nie był w stanie przestać. Niby czemu miałby? W ten sposób otrzymał to, czego chciał, docenienie jego fizycznego wyglądu, podziw którego mu brakowało, no i był pewien, że będzie w stanie przeżyć wszystko, co może potem nastąpić. Gardził karą Harry'ego; zmusiła go do przemyślenia swoich czynów, ale tylko dlatego, że zachował się głupio i naprawdę nie powinien robić tego ponownie po prostu przez tę głupotę. Nie uważał, żeby Harry miał jakiekolwiek prawo do ukarania go. Nie uważał też, żeby jego pierwotne impulsy, pragnienie flirtowania i zostania zauważonym, były w jakimkolwiek stopniu niewłaściwe. Powinien był lepiej dobrać sobie cel i lepiej panować nad emocjami, żeby podziw nie zmienił się w obsesyjną miłość.

I były inne takie sytuacje. Draco naprawdę miał na myśli to, co powiedział Michaelowi o swoim opętaniu. Dziwnie było przeskakiwać między głowami śmierciożerców podczas bitwy na letnie przesilenie, dziwnie wynosiło się świadomość, że umierali w chwili, w której ich opuszczał, że z zimną krwią prowadził ich na śmierć. Ale nie myślał o nich więcej poza tą krótką chwilą. Nie pamiętał nawet ich imion, kształtów ich umysłów. Zaraz po bitwie bardziej przejmował się bólem tych, którzy byli dla niego ważni, czyli własnym i Harry'ego, jak tylko już ustalił, że jego rodzice i profesor Snape nie odnieśli poważniejszych obrażeń.

Czyli na tym polega największa różnica. Głos dzikiego Mroku brzmiał ochoczo. Znam tego, który nazywa się vatesem i znam ciebie. Obchodzi go ból tak wielu stworzeń. Ale ty kochasz bardzo niewielu.

Draco przyznał, że to prawda. Wiedział, że Lucjusz kochał tylko jego i Narcyzę. Był niemal przekonany, że matka kochała wyłącznie jego ojca, jego samego i Harry'ego. Wywodził się z rodziny o długiej tradycji kochania agresywnego, opiekuńczego, zaborczego... i obdarzania tym uczuciem wyłącznie ludzi, których się musiało.

Szerokie kręgi były dla Harry'ego. Współczucie wobec wszystkiego, co żyje, było dla Harry'ego. Miłość dla czarodziejskiego świata, której wymagała od niego przepowiednia do pokonania Mrocznego Pana, była dla Harry'ego. I niech je sobie zatrzyma.

To nie znaczyło, że Draco nienawidził całej reszty świata. Oczywiście że nie. Mógłby się z nim zadawać, gdyby to miało przynieść mu jakąś korzyść, jak to coraz częściej okazywało się w przypadku brata Harry'ego, albo mógłby zrobić czasem dla nich coś, co by mu nie zaszkodziło, albo okazało się zabawne, albo pomogło jego własnym planom, albo zadowoliło Harry'ego.

Ale jego współczucie i miłość były zarezerwowane dla bardzo niewielu ludzi. Nie widział powodów, dla których miałby poszerzać ten krąg.

Prawdopodobnie kiedyś starał się kochać więcej ludzi. Istniały takie czasy, na przykład, kiedy kochał Pansy jako przyjaciółkę, a przynajmniej tak mu się wydawało. Jej śmierć koszmarnie bolała. Ale doszedł po niej do siebie i nawet się na nią nie oglądał. Widział, co żałoba była w stanie zrobić z umysłem Harry'ego, ilekroć okazywała się dostatecznie głęboka. Ciskała nim na ziemię, wprowadzając zamęt do umysłu. Cierpiał w ten sposób po stracie swojego feniksa.

Draco się tym tak nie przejął. Nigdy by się nie przejął aż do tego stopnia. Gdyby ludzie, którzy byli dla niego ważni, zginęli, to by go prawdopodobnie kompletnie zdewastowało, ale właśnie dlatego trzymał ich przy sobie z całych sił. Rozrysuj krąg i chroń tylko jego... a nawet lepiej, wychodź poza krąg i manipuluj ludźmi tak, żeby mniejsza liczba wrogów w ogóle oglądała się w jego kierunku. Bo w ostatecznym rozrachunku chronienie swoich najbliższych oznaczało ochronę samego siebie.

Są tacy, którzy uważają, że przynależność do Slytherinu oznacza nieodwracalne zło, odezwał się dziki Mrok w jego umyśle, owijając Dracona wokół siebie niczym nić na kołowrotku. Chyba wiesz, że to nieprawda?

Tak, Draco wiedział. Żaden Ślizgon nie był nieodwracalnie zły. Z jego domu wychodzili nawet Świetliści Panowie.

Co zwykle oznaczał przydział do Slytherinu, to samolubność na większą czy mniejszą skalę. Samolubność ambicji, samolubność miejsc i precedensów, oddanie własnym celom i uwieszanie się na nich. Ślizgon nie rozdawał pieniędzy i współczucia każdemu obcemu, jaki się napatoczył, chyba że mogło to oznaczać zabezpieczenie czegoś znacznie cenniejszego, jak szczęścia czy poczucia własnej wartości. I Ślizgoni najlepiej kochali i byli najszczęśliwsi, kiedy mogli zabrać swoich ukochanych i ukryć ich przed światem, zamknąć i traktować jak najdroższe skarby.

Draco nie był w stanie zrobić tego z Harrym. Ale z drugiej strony zawsze wiedział, że przyjdzie mu dzielić Harry'ego z resztą świata. Wciąż mógł jednak wziąć pod uwagę własne szczęścia w tym wszystkim, cieszyć się sprawami, które będą dla niego na wyłączność w relacji z Harrym – w ten sam sposób podchodził do ludzi, których absolutnie musiał kochać – i zignorować te, które nie miały znaczenia. A ilekroć ktoś wkraczał na jego terytorium, następował czas do walki niczym rozwścieczony smok.

A Harry nie był tylko kimś, kogo należało chronić. Był partnerem, który był w stanie chronić w zamian, który był w stanie poradzić sobie na polu bitwy. A ponieważ Draco uwielbiał, kiedy się go chroniło, głaskało i rozpieszczało, to był z tego naprawdę zadowolony. Magia Harry'ego go podniecała. Jego piękno sprawiało, że Draco go pożądał. Jego przeszłość wywoływała w nim nieczęste dla niego skłonności do okazywania sympatii. W dodatku był na tyle szczery, że zazwyczaj byli w stanie wyjaśnić sobie wprost, jak wyglądały sprawy między nimi.

Jedyne, czego Draco pragnął, to żeby Harry częściej był skłonny do opuszczania swoich barier – co oznaczałoby częstszy seks, więcej zwracania na niego fizycznej uwagi, okazje kiedy Harry wypalałby pierwsze, co mu przychodziło do głowy, zamiast się powstrzymywać i układać to wszystko w dyplomatyczne frazy. Burzenie Barier było pierwszym krokiem na tej ścieżce. Joseph zachęcił Harry'ego do podążania nią. Draco miał nadzieję, że Uzasadnienie pokaże Harry'emu coś tak wspaniałego, że już nigdy nie spróbuje wrócić do tej swojej ciasnej i sterylnej egzystencji, którą wciąż prowadził.

Dziki Mrok roześmiał się w jego umyśle. Draco drgnął. Niemal zapomniał o jego obecności, bo znacznie bardziej interesowało go odkrywanie siebie na nowo.

Jesteś samolubnym i rozpieszczonym gnojem. Dziki Mrok brzmiał na niezwykle rozbawionego. Bawisz mnie, Draconie Malfoyu. Otrzymasz to, czego szukałeś, moje uznanie i swoją deklarację. Jesteś mrocznym czarodziejem.

Dłoń Dracona zaczęła nagle promieniować okrutnym bólem. Otworzył oczy, które najwyraźniej zamknął w którymś momencie Uzasadnienia i zobaczył jak chimera zabiera swoje szczęki. Fale zimna i nacisku szybko przemieniły się w ekstazę, zupełnie jak to było w przypadku śladów po zębach z tego ranka. Draco zamknął ponownie oczy i jęknął.

Zabierz gdzieś swojego kochanka, powiedział dziki Mrok. Nie, nie tak po prostu gdzieś. Zmieniłem zdanie.

Draco otworzył z oszołomieniem oczy i zobaczył jak chimera odchyla łeb w kierunku gwiazd i zaczyna ryczeć. Momentalnie z nieba opadła spirala śniegu, lśniąc tak olśniewająco, że Draco był przez chwilę przekonany, że to same gwiazdy opadły. Wiatr przywalił w niego, zwalając z nóg, a następnie podrywając w powietrze.

Mknął przez ciemność, ważki i bez-kościsty, póki nie uderzył o powierzchnię wyściełaną materiałem. Pozbawiony tchu, odbił się i spróbował podnieść, kiedy uderzyło w niego coś ciężkiego, przygniatając z powrotem. Draco zamrugał i odgarnął kurtynę dzikich włosów, odsłaniając zaskoczoną twarz Harry'ego, którego zielone oczy zostały w bardzo wyraźny sposób uwolnione spod zaklęcia oślepiającego.

Bawcie się dobrze, rozległ się głos, po czym chimera zniknęła.

Draco wiedział, że to był pokój, w którym stało łóżko. Mogła to być ich własna sypialnia, albo miejsce stworzone specjalnie dla nich przez dziki Mrok. Nie wiedział. Miał to gdzieś.

Pocałował agresywnie Harry'ego, rozpoczynając swój atak.


Harry przetoczył się, dysząc, a żebra bolały go nie tylko od niespodziewanego lądowania, ale też przez to, że wylądował akurat na Draconie. A potem okulary wbiły mu się w twarz, kiedy Draco go pocałował.

To coś nowego.

Harry jednak zorientował się, kiedy wił się pod dłońmi Dracona i kiedy Draco przewrócił ich obu z zaskakującą siłą, żeby znaleźć się na górze, że to wcale nie było nic nowego. To był ten sam rodzaj pasji, albo agresji, którą Draco zainspirował w nim, kiedy po raz pierwszy zrobili cokolwiek poza całowaniem się, ten sam rodzaj porzucenia wszystkiego, kiedy Draco cieszył się z nim Burzeniem Barier. Różnica polegała na tym, że tym razem nie było żadnego gniewu czy magii, które wytrącałyby Harry'ego z równowagi. Sam mógł zadecydować, jak chce na to zareagować.

Oblizał usta, czy też spróbował – całowali się tak mocno, że język po prostu wyślizgnął mu się z ust i wślizgnął do draconowych – zastanawiając się, co powinien zrobić. Nie musiał się na to godzić. Mógłby się uprzeć, że powinni zwolnić, albo przynajmniej uprawiać nieco łagodniejszy seks. Albo w ogóle stąd wyjść. Harry nie sądził, żeby kopulacja była częścią deklaracji. To było raczej coś, czego Draco teraz chciał.

I czego on też chciał. Już czuł, jak kutas spina mu się, jak podniecenie napręża mu zmysły niczym gorące druty, a myśli, na które zwykle sobie nie pozwalał, zaczynały unosić się na powierzchni jego umysłu niczym piana morska.

Mógłby stąd wyjść.

Ale mógł też po prostu odpuścić.

Zamknął oczy i to właśnie zrobił.

Poczuł jak magia rozwija się wokół nich niczym kolczaste skrzydła, wyjąc z radości. Wiedział, że gdzieś w oddali ptaszysko o jaszczurczym ogonie skrzeczało z aprobatą. Ale Harry nie był w stanie go słyszeć, ponieważ dłoń Dracona znalazła to miejsce na jego karku, którego Harry zwykle nienawidził i mocno je uszczypnęła.

Ciało Harry'ego podskoczyło niczym marionetka, przez co zakrztusił się językiem Dracona. Draco wyprostował się, wyglądając na zadowolonego z siebie.

Harry skorzystał z okazji i zniknął ich ubrania. Źrenice Dracona poszerzyły się znacznie, kiedy odkrył, że siedzi nagi na swoim, równie nagim, chłopaku. Na chwilę zniknęła nawet mgła podniecenia w jego oczach i spojrzał na Harry'ego pytająco.

– No. – Harry widział jak magia za głową Dracona zaczyna tworzyć serię intensywnych i bardzo drobiazgowych obrazów na ścianach, ale bardziej interesował go sposób, w jaki pociemniały Draconowi oczy. – Też tego chcę.

Odczekał jeszcze jedną, pełną napięcia i przyglądania się sobie nawzajem chwilę, po czym wyciągnął rękę i objął głowę Dracona, ściągając go na dół tak mocno, że rozciął mu zębami wargę. Harry przewrócił ich, starając się znaleźć z powrotem na górze. W połowie przewrotu Draco oparł nogę o łóżko i odepchnął się kolanem. Harry stęknął, lądując z powrotem na plecach, bo sprężyna materaca wbiła mu się między łopatki.

– Chcę zrobić ci to, co zrobiłeś mi już dwukrotnie – powiedział Draco, unosząc się nad nim. – Już dwukrotnie mnie dotykałeś, nie pozwalając dotknąć się w zamian. Tym razem podzielisz się sobą ze mną, Harry, i nie będzie wolno ci się poruszyć. Ani w żaden sposób się zrewanżować. – Jego spojrzenie było przeszywające, kiedy nachylił się i spojrzał Harry'emu w oczy. – Chyba że jesteś na to zbyt altruistyczny?

Harry zgrzytnął zębami. Pragnął tego i to nie tylko dlatego, że zadowoliłoby to Dracona. Przynajmniej tyle mógł mu powiedzieć. Myśl o leżeniu w bezruchu pod Draconem i pozwalaniu mu na dotykanie się sprawiała, że przebiegał go ciepły dreszcz, rywalizujący z chłodnymi, których nabawił się w czasie wizyty dzikiego Mroku.

– Kiedy ja chcę, żebyś mnie dotykał – powiedział.

Uśmiech Dracona wyrażał czysty tryumf i był niewątpliwie najpiękniejszym, jaki Harry kiedykolwiek widział na jego twarzy. Zniżył głowę i przyssał się do tego znienawidzonego punktu na karku Harry'ego. Harry zaklął, kiedy Draco go ugryzł. Powstałe przez to drżenie zdawało się zaciskać mu więcej mięśni w kroczu, niż w ogóle wiedział, że ma. Zarzucił niecierpliwie głową, rozkładając przed Draconem ręce i nogi, a głosy w jego głowie, które zawsze mówiły mu, że tak nie wolno, były teraz tak zagłuszone, że równie dobrze nigdy mogły nie istnieć.

– Ja pierdolę, Draco.

– Nie, to teraz moja robota, umówiliśmy się – mruknął Draco i zassał ukąszone miejsce, przez co Harry wydał z siebie zdławiony krzyk. Ciało już lśniło mu od potu i zapomniał, czym w ogóle jest chłód. Wił się na łóżku, ale pilnował, żeby jego ręce nie próbowały nawet dotykać Dracona, zgodnie z jego prośbą.

Draco przesunął się niżej, co zaskoczyło Harry'ego, który był przekonany, że będzie wolał zrobić to powoli. Ale wówczas objął dłonią chuja Harry'ego i Harry pozwolił swojej głowie opaść z jękiem, uznając że pośpieszny seks w ogóle mu nie przeszkadza.

Ciało już dygotało mu konwulsyjnie z przyjemności. Harry stracił kontrolę nad ustami i nie zależało mu na odzyskaniu jej, nawet jeśli wydawał z siebie wyłącznie stek bzdur. Nie przypominał sobie, żeby seks kiedykolwiek był tak przyjemny, niczym dźgnięcia włóczni wzdłuż całego ciała, kiedy pragnienie do poruszania, naciskania biodrami zostało zredukowane do absolutnie niezbędnych ruchów, podczas gdy kiedyś kojarzyło mu się z ruchem w tańcu.

To dlatego, że nigdy wcześniej tak naprawdę sobie nie odpuściłeś, zorientował się. Tak właśnie czułbyś się od samego początku, gdybyś tylko sobie zaufał. To...

A potem krzyknął, ponieważ poczuł coś kompletnie nowego, och tak. Nie usta i nie dłoń. No, niech będzie, tak, to była dłoń, ale w kompletnie niewłaściwym miejscu, a przynajmniej nie w miejscu, w którym się jej spodziewał, głaszcząca go łagodnie po tyłku, a potem rozchylająca pośladki.

– Draco. – Harry był pewien, że to powiedział. Choć mógł to też wyjęczeć.

– Nie ruszaj się. Obiecałeś mi – powiedział Draco, a przynajmniej tak się się Harry'emu zdawało, bo unosił się właśnie we mgle, zasnuwającej mu umysł i magię. – I wydaje mi się, że już minęliśmy punkt, w którym omawialibyśmy każde możliwe posunięcie w czasie seksu przed wykonaniem go. Ale powiedz mi, jeśli zaboli. – Miał coś mokrego i śliskiego na palcach, kiedy jeden z nich wślizgnął się do ciała Harry'ego. Harry zauważył jego intensywny wyraz twarzy tylko przez ułamek sekundy, po czym odrzucił głowę do tyłu. Całe ciało wydawało mu się dziwnie lekkie i tak, bolało, ale zaraz potem został zaatakowany przez kującą przyjemność, bo wyglądało na to, że Draco wcale nie zapomniał o jego erekcji. Zakwilił.

Palec przestał się ruszać, ale po chwili podjął pracę. Harry miał wrażenie, że wspierał się na piętach, nogi go bolały, w dodatku miał wygięty kręgosłup. Ale nie był pewien. Wszystkie sensacje zdawały się go trafiać tylko na chwilę, bo zaraz pojawiały się kolejne, przez co był zakopany pod zalewającymi go emocjami, które naciskały i ciągnęły, statecznie niczym fale.

Wybełkotał coś, co miało w sobie słowo „czysty", to pamiętał, a Draco odpowiedział na to „I właśnie dlatego wziąłem ze sobą różdżkę". Czy coś w tym stylu. Harry obecnie starał się pamiętać o oddychaniu i tym, że miało mu być przyjemnie w tym samym czasie. Co wydawało się niemożliwe.

Ale mógł się odprężyć, prawda? Zwiotczeć? Wtedy by go pewnie aż tak nie bolało. I tak burzył bariery. Był tu z własnej woli. Joseph byłby ze mnie taki dumny, pomyślał Harry, starając sobie wyobrazić swoje mięśnie jako wiotkie kałuże.

Podziałało. Nagle palec Dracona – teraz to już chyba palce – wślizgnęły się nieco głębiej i Harry czuł, jak zwijając się w nim i uderzają o ścianki. To w jakiś sposób skojarzyło mu się z wężami, co było zaskakujące. Harry wydał z siebie pijany chichot i zobaczył, jak jego magia niewłaściwie splata arras, który tworzyła na suficie nad nimi.

– Cicho – wyszeptał Draco i pocałował go w bok żeber, co Harry uznał za dziwne miejsce na pocałunek, po czym wcisnął palce głębiej. Harry miał wrażenie, że Draco miał niesłychanie dziwny wyraz twarzy, jakby macał dno swojego kufra w poszukiwaniu źle położonej książki.

No, macanie z pewnością tu pasuje...

I wtedy wrzasnął i w ogóle go nie obchodziło, czy ktoś go słyszał. Kompletnie się tym nie przejmował. Przyjemność uderzała go niczym rozgrzany do czerwoności ołów, a parzące druty, które zdawały się zastąpić mu nerwy, ożyły wszystkie na raz. Harry był pewien, że wykonywał wyjątkowo zwierzęce ruchy biodrami i bełkotał nieskładnie.

– To się nazywa prostata, Harry. – Draco brzmiał na niesprawiedliwie opanowanego i zdystansowanego. – Domyślam się, że ci się podoba?

Tak – powiedział Harry, co też było niesprawiedliwe, bo chciałby dodać coś w stylu, „A jak to wygląda?", ale przyjemność miała inne pomysły, podobnie jak palce Dracona. Harry podejrzewał, że jego biodra też, jeśli wnioskować cokolwiek z ich ruchów.

Czuł jak skóra w kroczu zaczyna mu się zacieśniać, więc z całych sił skoncentrował się czymkolwiek innym, dzięki czemu zdołał powiedzieć z kilkoma tylko przerwami na dyszenie:

– Jak tak dalej... będziesz robił... to dojdę zanim... się we mnie... znajdziesz, Draco. – Tak, było to powiedziane z wysiłkiem i często uciekało pod koniec w jęk, ale przynajmniej udało mu się złożyć pełne zdanie. Harry czuł się z tego absurdalnie dumny. A potem uznał, Jebać to, leżę tu, Draco wbił mi palce w dupę i zaraz zastąpi je chujem. Mam prawo być z siebie tak dumny, jak mi się podoba.

– Cóż – powiedział Draco, a Harry w nieskończonej uldze usłyszał w jego głosie drżenie z wysiłku. – Nie możemy do tego dopuścić. – Wycofał się, co nieco poluźniło szczęki przyjemności, dzięki czemu Harry mógł przesunąć głowę i spojrzeć na Dracona.

Ciemność, która wcześniej tego dnia transmutowała mu twarz, powróciła. Harry nie sądził, żeby kiedykolwiek wcześniej zauważył te wszystkie cienie i kąty, a już z pewnością nigdy nie widział, żeby Draco patrzył na niego w ten sposób. Nawet tamto spojrzenie człowieka umierającego z pragnienia i stojącego tuż przed wodą, jakie zobaczył w czasie Burzenia Barier, nie porównywało się do tego. To właśnie było spojrzenie świadczące, że Draco pragnął go przelecieć i wyjdzie zaraz ze skóry, jeśli tego nie zrobi.

– Jesteś piękny – powiedział mu Harry, po raz pierwszy tak naprawdę to widząc.

Draco przesunął się ostrożnie po łóżku, żeby go pocałować, przygryzając przy okazji dolną wargę Harry'ego, prawdopodobnie w rewanżu za nacięcie własnej.

– Nigdy nie spodziewałem się, że kiedyś powiesz mi to z taką pasją.

Szybko wrócił na pozycję, podnosząc ostrożnie nogi Harry'ego i przekładając je ponad swoimi ramionami, podczas gdy Harry miał wrażenie, że lada moment zrobi mu się koszmarnie niewygodnie, ale to nie miało znaczenia; ostatecznie teraz już żaden z nich nie wytrzyma zbyt długo.

– Też powinienem wygłosić długą mowę na temat twojego piękna – powiedział Draco.

Harry zastanawiał się, czy Draco zauważył, że magia w tym momencie chwilowo przestała rysować po ścianach i zawisła nad nim, celując swoimi pazurami.

Ale szybko przestał się tym przejmować, bo Draco ostrożnie zaczął się w niego wciskać.

Bolało. Ale Harry znosił już znacznie gorszy ból i nigdy nie towarzyszyło mu równie wiele przyjemności. Ilekroć ból starał się przeważyć, wykręcał się od niego i przetaczał pod spodem. Nie śmiał teraz ryzykować wrzucania go do basenów oklumencyjnych. Chwilowo kompletnie wyrwał się na wolność i nie miał czasu na powrót do tego więzienia.

Draco naciskał, naciskał i naciskał, póki Harry'emu nie zaczęło się wydawać, że nogi mu się zaraz oderwą z bioder, a jego prostata zwyczajnie zwinęła manatki. Następnie zamarł tam gdzie był i odchylił głowę do tyłu. Harry patrzył, jak ciemność zbiera się i zaczyna wirować mu wokół twarzy, polując na każdą kroplę opadającego potu, każdą zmarszczkę na czole, każdą nadwyrężoną linię na gardle.

A potem Draco odsunął się lekko i zaczął szybko poruszać biodrami.

I wtedy właśnie okazało się, że prostata Harry'ego wcale nie zwinęła manatków, tylko zrobiła sobie chwilową przerwę. Harry podsuwał się równie mocno, co Draco się w niego wsuwał, i zaśmiał się, ponieważ, cholera jasna, słowo „manatki" w czasie czegoś takiego wydawało mu się po prostu zabawne.

Draco sapnął i spróbował coś powiedzieć, prawdopodobnie zapytać co go tak rozśmieszyło. Harry nie dał mu na to szansy. Wezwał swoją magię, żeby uniosła jego tułów ponad łóżkiem, dając mu przewagę, której Harry nie był w stanie mieć bez jednej z dłoni. Draco jęknął przez zmianę kąta, a potem nagle sam zaczął krzyczeć. To usatysfakcjonowało Harry'ego, najwyraźniej zareagowało na ten dźwięk coś dzikiego i samolubnego, co zwykle leżało na samym dnie umysłu, bo nie chciał się do niego przyznać i teraz wyglądało mu przez oczy.

Ale tym razem mógł się do tego przyznać, skoro i tak przyznawał się do wszystkiego. W tej chwili nie był vatesem, czy zbawcą świata. Był po prostu Harrym. Co za wspaniałe uczucie.

Nie sądził, żeby kiedykolwiek zdołał odpowiednio podziękować Draconowi za sprawienie, że poczuł się w ten sposób.

To naprawdę nie zajęło długo. Harry wychodził Draconowi naprzeciw, ruch za ruch, niezmienne współzawodnictwo, podniecenie przebiegające przez niego, jakby leciał na Błyskawicy. Ale to było znacznie bardziej zajebiste od dowolnej przejażdżki na Błyskawicy i Harry odkrył nagle, że znowu się śmieje, ilekroć był w stanie znaleźć na to oddech, bo czysta radość i zabawa szukały w nim jakiegoś ujścia.

Draco pochwycił jego spojrzenie i Harry zobaczył, jak znowu otwiera usta, po czym je zamyka, najwyraźniej pojmując, że Harry wcale nie śmiał się z jego starań. Zamknął oczy i po prostu przyśpieszył.

Harry czuł zachwyt, radość, miłość i to, jak Draco go przyciągał do siebie, starając się zmusić do dojścia przed sobą.

I pierwszy raz w życiu pozwolił sobie za nimi podążyć.

Zatrzęsło nim, kiedy moczył sobie brzuch i krocze, a ciało reagowało tak, jak do tej pory reagowało wyłącznie na złapanie znicza, albo tętnienie magią. Pośród tego całego oszołomienia przemknęła mu myśl: Czyli to dlatego ludzie tak lubią orgazmy. Są naprawdę przyjemne, prawda?

Draco wciąż napierał na niego, kiedy Harry już skończył, więc Harry nie miał zamiaru się jeszcze odprężać. Draco kazał mu leżeć w bezruchu i przyjmować bez oddawania, ale Harry uznał, że i tak złamał tę zasadę, siadając. Złapał Dracona za bark i z całej siły przycisnął się do niego.

Ramiona Dracona wykręciły się, jak u kogoś robiącego Zwrot Wrońskiego i też doszedł, przez co głowa mu opadła do tyłu i opadła się o nadgarstek Harry'ego z szeroko otwartymi ustami. A mimo to wciąż piękny, pomyślał Harry, nawet kiedy ciemność zdawała się już znikać z jego twarzy i pozostawiała ją usmarowaną światłem.

Przyciągnął Dracona do siebie, kiedy już było po wszystkim i porządnie go wycałował. Gdzieś w międzyczasie Draco doszedł do siebie na tyle, żeby zacząć odpowiadać tym samym. Wyszedł z Harry'ego bez przerywania pocałunku; Harry zorientował się dopiero, kiedy obrócił się i zarzucił mu nogę na biodra.

– Masz już dość? – zapytał.

I Harry zobaczył w jego oczach, że naprawdę przyjąłby potwierdzającą odpowiedź. Niemal było mu przykro, że mu jej nie dał.

– Chyba sobie jaja robisz – odpowiedział i z satysfakcją zobaczył, jak na twarzy Dracona pojawia się radość tuż przed tym, jak ponownie pochylił się po kolejny głęboki pocałunek.


Dracona obudziło zimowe słońce, więc zamrugał powoli. Leżał spleciony z Harrym na łóżku, które nie należało do nich. Wychodził z założenia, że dziki Mrok wrzucił ich z powrotem do sypialni w Slytherinie, ale wyglądało na to, że jednak nie.

Podniósł głowę i rozejrzał się powoli, przynajmniej na tyle, na ile był w stanie z leżącym na sobie na wznak Harrym, którego plecy przyciskały się do klatki piersiowej Dracona, a dzikie czarne włosy przesłaniały widoki przy każdym chrapnięciu. Draco przyjrzał się otaczającym ich kolorom, po czym zaczął się śmiać.

To rozbudziło Harry'ego, który wymamrotał:

– Co?

– Jesteśmy w pokoju, w którym składuje się stare meble – mruknął mu Draco na ucho – na wypadek, gdyby jeszcze kiedyś miały się przydać, bo nie zawsze w szkole był kompetentny nauczyciel transmutacji, zdolny do stworzenia wygodnych mebli. Pieprzyliśmy się wczoraj na gryfońskim łóżku. – Wskazał gestem na zakurzone, podarte, czerwone zasłony wokół nich.

Harry prychnął i przeciągnął się, krzywiąc lekko, kiedy napotkał niespodziewany ból w mięśniach. Draco nie był w stanie powstrzymać się przed odczuwaniem zadowolenia z siebie na ten widok, mimo że sam miał całkiem sporo zakwasów. To on zrobił to Harry'emu. Zmusił go do odpuszczenia sobie...

Nie, to nie była tak do końca prawda. To dzięki niemu Harry doszedł, owszem. Ale Harry zrobił to samo dla niego. To wszystko było naprawdę specjalne głównie dlatego, że Harry przełamał się i zrobił to, o co Draco go poprosił, ponieważ sam tego chciał, pławił się we własnej, samolubnej przyjemności i zdecydowanie nie przejmował się w tamtej chwili czyjąkolwiek opinią.

Draco nie spodziewał się, że tak będzie już każdego dnia, tak jak nie spodziewał się, że każdy dzień okaże się zimowym przesileniem. Ale ponownie się zmienili i jeśli teraz zawrócą z powrotem po tej spirali, to prędzej czy później wrócą do tego punktu.

Jeszcze nigdy nie był czegoś równie wściekle pewny, usatysfakcjonowany i dumny z siebie, co teraz.

– Draco?

Przechylił głowę w kierunku Harry'ego.

Harry opierał się na łokciu, podnosząc klatkę piersiową i głowę, ale wszystko poniżej wciąż było komfortowo owinięte wokół Dracona. Uśmiechał się w sposób, którego Draco nigdy wcześniej nie widział, a jego oczy były pełne światła.

– Wciąż myślę, że jesteś piękny – mruknął.