Nazywam to rozdzialikiem, bo technicznie rzecz biorąc, wszystkie dodatki miały być snami Snape'a.
Rozdzialik: Kolekcja mignięć
Lucjusz siedział przed kominkiem w swoim gabinecie w Rezydencji Malfoyów i obracał powoli kielich z zimnym winem. Mógłby kazać skrzatom domowym go podgrzać, albo transmutować wino tak, żeby zachowało swój alkohol i jednocześnie smakowało słodziej. Ale w tej chwili wydawało mu się, że potrzebował, a przynajmniej powinien potrzebować, surowej i niczym nie zmienionej rzeczywistości.
Odniósł porażkę.
Upił wina w długim łyku, póki nie zagroził sobie zadławieniem. Następnie wzniósł kieliszek przed sobą i patrzył jak płomienie błyszczą na kroplach, tworząc delikatne, wspaniałe kolory, na których widok nie zasługiwał.
Pomylił się.
Kolejny łyk wina, tym razem niemal wypił resztę kielicha. Lucjusz poczuł, jak warga mu drży, a w głowie mu się kręci od zapowiadającego się pijaństwa. Zwykle nigdy nie pozwoliłby sobie na coś takiego, ale znajdował się pośród naprawdę potężnych osłon, w pokoju, w którym nawet skrzaty domowe nie spróbowałyby mu przeszkodzić. A to była kara, kara za niezauważenie, za popełnienie błędu. Do tej pory po prostu brnął przed siebie, tłumaczył sobie każde potknięcie, wyjaśniał sobie, że tak naprawdę wcale nie miał jakichś wielkich problemów. Wręcz otwierały się przed nim nowe możliwości. Gdyby zawiodły go plany związane z niewymownymi, to zwróci się do Scrimgeoura. Gdyby to zawiodło – a nie mogło, nie było w stanie, nie w chwili, w której byli spętani przysięgami wieczystymi – zakradłby się z powrotem w łaski Harry'ego. Ugłaskałby ponownie syna i przyzwyczaiłby go do karności. Każda porażka oznaczała po prostu kolejne szanse na zrobienie postępów w innym kierunku. Być może czasem przyszłoby mu zmienić taktykę, ale nie oznaczałoby to, że się pomylił.
A teraz pojął, że właśnie tak było.
Popełnił najgorszy możliwy grzech, za który pogardzałby własnym ojcem, gdyby Abraxas okazał się kiedykolwiek na tyle słaby albo głupi, żeby go popełnić. Sprawił, że Draco uznał go za zbędnego. Być może pojawiały się chwile, kiedy jego syn z przyjemnością wsparłby się na nim, potrzebując jego siły, ale Lucjusz pokazał mu, że mu na to nie pozwoli. Dlatego Draco wejrzał wgłąb siebie i znalazł własną siłę.
Już nie był od niego zależny. Był kimś, kto stawił czoła Uzasadnieniu i przeżył.
Lucjusz nie wiedział nawet, co właściwie sprawiło, że jego syn zdecydował się na coś takiego. Och, domyślał się. Mogło chodzić o udowodnienie swojej wartości przed własnym partnerem, albo pragnienie zademonstrowania odwagi. A może chciał znaleźć rytuał deklaracji, w który Lucjusz absolutnie nie zdoła ingerować. Ale istniały inne rytuały, na które rodzice nie byli w stanie wpływać, a wciąż niosły ze sobą mniej ryzyka. Lucjuszowi wydawało się, że to właśnie ryzyko najbardziej skłoniło Dracona do wybrania Uzasadnienia.
Ale wciąż nie był w stanie wyobrazić sobie, co z tego wszystkiego zyskał.
Draco stał się człowiekiem, którego Lucjusz nie znał, co samo w sobie było niebezpieczne.
Co gorsza, zobaczył jak Harry'emu oczy lśniły, ilekroć mu się przyglądał. Jeszcze jakiś czas temu Lucjusz po prostu uznałby to za znak, że Harry był po prostu zauroczony jego synem i jak tylko odzyska Dracona, to automatycznie odzyska też Harry'ego.
Ale teraz rozpoznał, co to tak naprawdę było. Harry podziwiał siłę Dracona, a człowiek, który zdołał osiągnąć coś takiego, nie potrzebował siły Lucjusza.
Znalazł się w pułapce, zatrzasku bez wyjścia. I sam ją sobie splótł. Już nigdy więcej nie będzie bezpieczny. Nawet jeśli zakradnie się w łaski Harry'ego i Dracona, oraz zdoła zachować w tajemnicy wszystko, czym niewymowni chcieli go szantażować, to i tak nie był w stanie sobie wyobrazić, do czego dojdzie, kiedy Harry i Draco odkryją, że to właśnie on wydał Hawthorn Parkinson Departamentowi Tajemnic.
Lucjusz wypił więcej wina.
Narcyza mogła chodzić po Srebrnym Lustrze, przygotowując wszystko na przyjazd gości. Ostatecznie do świąt nie zostało już wiele czasu. W dodatku wiedziała, że jej syn był bezpieczny i nie musiała się o niego martwić.
Ale nie robiła tego. Zamiast tego siedziała przed kominkiem we własnej niewielkiej czytelni, w której lubiła spędzać większość czasu, wpatrywała się w płomienie i uśmiechała.
Udało jej się.
Zajęło to wiele lat nieustannych wysiłków, lat manewrów, organizowania i ustępowania w mniej istotnych kwestiach, a czasem nawet bezpośrednich walk. Ale udało jej się. Wychowała Dracona na czarodzieja, który był w stanie zająć własne miejsce w czarodziejskim społeczeństwie, który radził sobie na tyle dobrze, że był w stanie zdecydować się na rytuał, na który prawdopodobnie nie zgodziliby się ani jego ojciec, ani partner, gdyby znali wszystkie szczegóły. Draco nie polegał na ich aprobacie. Wyrwał się z okowów, które martwiły Narcyzę od chwili, w której zobaczyła, w jak wielką obsesję wpadł na punkcie Harry'ego, łańcuchów które nie pozwoliłyby mu zrobić czegokolwiek wbrew jego opinii.
A teraz miał jeszcze swojego ojca jako przykład, możliwe nawet że przykład porażki, jeśli Lucjusz nie przestanie naciskać. Już go nie czcił tak, jak to miał w zwyczaju w wieku jedenastu lat.
Narcyza uważała swoją pracę za skończoną.
Och, z przyjemnością zobaczy nadchodzące lata, kiedy Draco, wraz z Harrym, będą wspinać się po swojej spirali życia. Chciała zobaczyć, gdzie ich doprowadzi i jak wspaniałych osiągnięć dokonają. Ale gdyby ktoś rzucił na nią klątwę zabijającą zaraz po zakończeniu z powodzeniem Uzasadnienia Dracona, umarłaby z uśmiechem na ustach.
Uznała, że jednak nie chce siedzieć w miejscu. Wstała i ruszyła po lampkę wina, ciesząc się echem własnych kroków. Często nasłuchiwała w Srebrnym Lustrze duchów, duchów jej sióstr, kuzynów i siebie samej, jak była dzieckiem.
Ale dzisiaj w domu rozlegały się wyłącznie jej własne.
Snape delikatnie stuknął szklanym mieszadłem o kociołek, co było ostatnim krokiem w warzeniu eliksiru słonecznikowego. Wywar zalśnił, zabulgotał i zawrzał, po czym uspokoił się. Snape odstąpił od kociołka, po czym ściągnął z rąk ciężkie rękawice, które chroniły go przed przypadkowo rozlanymi kroplami.
Gdzieś w Hogwarcie, być może nawet w lochach, może nawet w środku pokoju wspólnego Slytherinu, jego syn prawdopodobnie przeżywał najlepszy seks w swoim życiu.
Snape upuścił tę myśl do basenu oklumencyjnego. Nie chciał o tym myśleć.
Ale też powiedział sobie stanowczo, że nie miał powodów do przejmowania się czymkolwiek. Widział przecież wyraz twarzy Harry'ego w ciągu dnia, pełną podziwu, odkryć na temat samego siebie i kompletnego zaabsorbowania obserwowanym cudem. Być może Uzasadnienie rozbudziło w Harrym nagłe i intensywne zainteresowanie Draconem, ale Snape nie sądził, żeby po rytuale miało się to jakkolwiek zmienić. To był niezbędny rozdział w życiu jego syna, którego odmówiła mu kobieta, która go urodziła, nakazując mu się skupić wyłącznie na służbie bratu. To, że w ogóle do tego doszło, było tryumfem ich wszystkich. Snape był w stanie myśleć w ten sposób nawet jeśli nie chciał wgłębiać się w szczegóły.
Ale jego myśli rozwidlały się w przeróżnych kierunkach, wychodząc daleko ponad sam problem, jak to już miały w zwyczaju. Snape zdawał sobie sprawę z tego, że ta tendencja już męczyła Josepha. Jego umysł jednakże zbyt długo pracował w ten sposób, by się od tego odciąć.
Zobaczył dzisiaj, jak Draco przebija się przez barierę, której Harry pewnie nawet nie potrafiłby nazwać. Ta bariera pozwalała Harry'emu na zdystansowanie się od problemów innych ludzi, pozwoliła mu na podjęcie takich decyzji jak zabicie tamtych dzieci znajdujących się pod siecią życia i poświęcania się na sposoby, które mogłyby zaniepokoić innych, ale okazywały się właściwymi metodami na załatwienie niektórych spraw.
Teraz Draco znajdował się w obrębie tej bariery. Harry był z nim związany. Wyjątkowo ciężko przyjdzie mu się zdystansować od niego emocjonalnie. A jeśli Draco wzniesie sprzeciw wobec poświęcenia się, Snape wiedział, że Harry przynajmniej weźmie to pod uwagę.
Narcyza pewnie to aprobowała, ponieważ zależność Dracona od Harry'ego wreszcie została w pełni zwrócona.
Snape nie był pewien, czy też był w stanie tak do tego podchodzić.
Bał się tego, do czego mogłoby dojść, gdyby Draco zginął w wojnie. Martwiłby się tym nawet za czasów pokoju, ale w takiej sytuacji Harry doświadczyłby takiego wyniszczenia emocjonalnego, że...
Mógłby zapomnieć o wszystkim i wszystkich po śmierci Dracona, włącznie z tym, że był też kochany przez innych ludzi. Mógłby nawet podążyć za swoim partnerem, zamiast zrobić tak, jak powiedział Snape'owi w zeszłym roku, kiedy to spróbował odciąć się wystarczająco od śmierci swoich najbliższych, żeby był w stanie dalej funkcjonować, walczyć i rozwijać się.
A ten związek, to splątanie ze sobą, od teraz będzie robiło się tylko coraz zacieklejsze. Snape obawiał się, że to mógł być kolejny błąd, na którego popełnienie musiał pozwolić swojemu synowi.
W dodatku mogło to się okazać niebezpieczne i na inny sposób. Snape miał wrażenie, że Draco może w pewnej chwili zrezygnować z tego związku i poszukać sobie nowego partnera. Nie, to nie było prawdopodobne, ale Snape już widział bardziej nieprawdopodobne rzeczy. A to zniszczyłoby Harry'ego równie doszczętnie co jego śmierć.
Miłość w czasach wojny nigdy nie była prosta. Snape coś o tym wiedział. Gdyby doszło do takiego zakończenia miłości w czasach wojennych...
Spojrzenie Snape'a zabłądziło na drugi koniec pokoju i wbiło się w kociołek pełen fioletowego eliksiru, którym czasem się bawił, dodając więcej składników i sprawdzając, jak bardzo zdoła go wzmocnić bez przelewania, albo rujnowania go.
Obecnie to była najpotężniejsza trucizna, jaką kiedykolwiek stworzył i prawdopodobnie nie wyleczyłoby jej nic poza bezoarem. Snape początkowo wyobrażał sobie zaaplikowanie jej wilkołakom, ale byłby skłonny do zaaplikowania go gdziekolwiek indziej, gdyby Draco kiedykolwiek okazał się... nierozsądny.
Connor poderwał z zaciekawieniem wzrok, kiedy Harry i Draco weszli następnego ranka do Wielkiej Sali na śniadanie. Nie został zaproszony na Uzasadnienie, oczywiście, ponieważ był zadeklarowany Światłu; podobno nawet obecność Harry'ego, który był niezadeklarowany, nadwyrężała granice. Ale Peter powiedział mu, że będzie w stanie wyczuć deklarację Dracona, jeśli rytuał dobiegnie z powodzeniem końca. Connor zastanawiał się, w jaki sposób.
Teraz już wiedział. Czuł się, jakby drapało go tysiące maleńkich rączek, jakby żuki łaziły mu po rękach w te i z powrotem. Connor skrzywił się i podrapał, po czym zmusił do pozostania w bezruchu, kiedy Harry uśmiechnął się i ruszył w jego kierunku. Draco poszedł za nim. Jego spojrzenie było wystarczająco przepełnione zadowoleniem z siebie. Connor nie okaże przy nim żadnego dyskomfortu.
– Dzień dobry, braciszku.
Connor poczuł, jak brwi podnoszą mu się praktycznie wbrew jego woli. Harry wyglądał na uradowanego, jakby lada moment miał się roześmiać, a przecież normalnie nigdy tak nie brzmiał. Nawet jego powitania w spokojnych i wesołych czasach były pełne rezerwy, jakby nie chciał kusić złego, okazując zbyt wiele szczęścia. Ale teraz miał zarumienione policzki i oczy mu lśniły.
Draco założył ręce na piersi i opadł podbródek na prawym ramieniu Harry'ego. Harry oparł się o niego, zataczając wesoło głową, na widok czego Connor po prostu się zagapił. Czy Draco rzucił na niego jakieś zaklęcie? Przecież on się nigdy tak nie zachowuje!
I wtedy Draco pochwycił wzrokiem jego spojrzenie, uśmiechnął się lekko, krzywo i chłodno, po czym objął Harry'ego zaborczo, a Connor zobaczył w nim coś więcej, niż po prostu zjeżone swędzenie po nowej deklaracji.
Przeleciał wczoraj Harry'ego.
Connor po prostu tam siedział, mrugając. Nie był pewien, co go bardziej zaskoczyło: że w ogóle do tego doszło, że Harry na to pozwolił, czy też że efekty najwyraźniej pozostały nawet po zakończeniu rytuału. Wiedział, że Harry potrafił nieco zdziczeć w obecności potężnej magii. Miał do tego tendencję, w końcu swój wołał do swego. Ale coś takiego? Scena, w której Harry zachowuje się jak młody kochanek, jak rozchichotany nastolatek, jak...
Jakby po prostu przebywanie w pobliżu Draco go uszczęśliwiało.
Draco go uszczęśliwia.
Connor powstrzymał się od potężnego westchnienia. Wyglądało na to, że właśnie stracił wszelkie prawa do pogrywania sobie z Draconem i podejmowania się prób do nastroszenia go przeciw sobie. Nie miał zamiaru się przed nim kłaniać, a jeśli znowu zacznie bredzić o pieprzonej czystości krwi, to Connor jako pierwszy sprowadzi go do pionu. Ale Draco stał się częścią życia Harry'ego i Harry był przy nim cholernie szczęśliwy, a naprawdę nie miał w tej chwili przy sobie wystarczająco wielu ludzi, żeby Connor mógł pozwolić sobie na bezczelność przegonienia jednego z nich.
Poza tym, wydawało mu się, że w ten sposób zyskał sobie nową okazję do żartów.
Wstał i wyciągnął do Dracona dłoń.
– Gratulacje – powiedział z powagą.
Oczy Dracona otworzyły się szeroko w wyjątkowo satysfakcjonujący sposób. Connor pozwolił sobie tylko na niewielki uśmieszek. Nie spodziewał się, że podejdę do tego jak dorosły. Pewnie myślał, że zacznę protestować jak jakiś gówniarz. To oznacza, że jeśli teraz źle zareaguje, to będzie to jego wina.
Powoli, jakby spodziewając się ukrytych w ręce Magicznych Psikusów Weasleyów, Draco uścisnął mu dłoń. Connor potrząsnął nią, nawet na chwilę nie odrywając wzroku od jego oczu i starając się przekazać mu, że doskonale zdawał sobie sprawę z tego, co Draco zrobił wczoraj jego bratu – no, może nie tak dokładnie, bo naprawdę nie potrzebował szczegółów – i wcale mu to nie przeszkadzało.
Draco wyglądał na niesłychanie rozczarowanego. Connor uśmiechnął się do niego po raz ostatni i usiadł.
– Gratulacje dla was obu – dodał w kierunku Harry'ego.
Harry wyszczerzył się szeroko, po czym zaciągnął Dracona ze sobą w kierunku stołu Slytherinu. Draco obejrzał się na niego jeszcze kilka razy, jakby spodziewał się, że Connor pokaże mu język, czy coś.
Connor nie miał takiego zamiaru. Miał lepsze rzeczy do robienia, biorąc pod uwagę nową rolę, którą przyjdzie Draconowi Malfoyowi odegrać w jego życiu, jak i vice versa. Istniała na przykład kwestia tego, co powinien zrobić, jeśli Draco kiedykolwiek skrzywdzi Harry'ego. Przypomniał sobie jak Hermiona wspomniała kiedyś, że znalazła zaklęcie zdolne do zawiązania komuś jaj za uszami w kokardkę i że rozważała rzucenie go na Zachariasza.
Connorowi przyszło do głowy, że powinien napisać do niej i poprosić o to zaklęcie.
Tak na wszelki wypadek.
