I wtedy historia rzekła „Tak oto przyszedł czas na fluff".

Rozdział pięćdziesiąty piąty: Przesiąknięte wiatrem święta

Pozwoliłaby nam, gdyby tylko zrozumiała – powiedziała Ginny, której policzki tak się rumieniły, że Harry się martwił, że zaraz zemdleje. – Ale nie chce nas puścić. Powiedziała, że święta to czas dla rodziny i że Bill, Charlie i Percy wracają do domu, więc my też mamy pojawić się w Norze. – Zarzuciła włosami. – Co z tego, że przecież mogliśmy zabrać się z wami rano, po czym udać do Nory po południu, nie?

Harry miał wrażenie, że uparte protesty Molly Weasley przeciw udzieleniu Ronowi i Ginny pozwolenia na spędzenie Bożego Narodzenia z nim i Connorem, mniej miały związku z miłością rodzinną, a więcej z troski o to, że dwójka jej najmłodszych dzieci miałaby przebywać w pobliżu mrocznych czarodziejów, ale nie chciał mówić o tym Ginny, bo to tylko jeszcze bardziej skwasiłoby jej nastrój.

– Przykro mi, że nie możecie z nami pojechać – powiedział zamiast tego, po czym podał jej paczkę, którą podlewitował do siebie w czasie jej narzekań. – Mimo wszystko, wesołych świąt.

Zagapiła się na niego przez chwilę, kompletnie zaskoczona, po czym ostrożnie otworzyła swój prezent. Już w połowie zaczynała się uśmiechać i poderwała na niego wzrok, szczerząc się szeroko.

– Dzięki, Harry.

Kupił jej rękawice dla ścigających, stworzone do łatwiejszego chwytania kafla i nawet utwardzające się niczym kamień, jeśli tłuczek kiedykolwiek spróbuje trafić ją w dłoń. Harry miał wrażenie, że to był mało osobisty prezent, ale wciąż nie znał Ginny za dobrze.

Skąd je wytrzasnęłaś, Ginny? – Ron schodził po schodach do pokoju wspólnego Gryffindoru ze wzrokiem wbitym w rękawice, ale odprężył się na widok Harry'ego i kiwnął do niego głową. Harry uśmiechnął się z zakłopotaniem i podał mu kolejną paczkę.

– Prawie żałuję, że je zobaczyłeś – westchnął, kiedy Ron pośpiesznie odwijał swój prezent.

Ron wydał z siebie mruknięcie pełne zrozumienia i zadowolenia, kiedy zobaczył własne rękawice, tym razem specjalnie dla obrońcy, które automatycznie narzucały dodatkowe zaklęcia rozgrzewające na dłonie; obrońcy zwykle znacznie mniej latali od innych graczy, więc palce często zamarzały im w czasie zimnych, jesiennych i zimowych meczów. Kiwnął do Harry'ego.

– Dzięki, stary. – Zamarł na moment, jakby zawstydzony, a Harry zorientował się, że pewnie chodziło o to, że nie miał prezentu dla niego.

– Nie szkodzi, Ron – zapewnił go Harry. – To naprawdę nie ma znaczenia. Chciałbym spędzić z wami święta, ale i tak nigdy nie zdołałbym odpłacić ci się za wszystko, co oferujesz Connorowi w czasie reszty roku i co Ginny zrobiła dla mnie w Leśnej Twierdzy. – Kiwnął w kierunku rękawic. – To po prostu niewielki wyraz wdzięczności, jedyny na jaki mnie teraz stać.

– Coraz lepiej sobie radzisz w szlachetnych przemowach, Harry – powiedziała Ginny, której oczy lśniły ze śmiechu. – Jeszcze trzy lata temu brzmiałbyś, jakbyś kompletnie nie zdawał sobie sprawy ze wszystkich podtekstów tego, co właśnie powiedziałeś. Teraz wyglądasz niemal jak człowiek.

– No, to w dużej mierze zasługa Draco – powiedział Harry, ciekaw jak na to zareagują. Ron otworzył usta, po czym je zamknął. Ginny po prostu wywróciła oczami.

– Jest dla ciebie ważny – powiedziała. – Ale to wciąż palant. Miałby znacznie więcej przyjaciół, jakby rzadziej zachowywał się jak idiota. Możesz mu to ode mnie powiedzieć.

– Chyba raczej się tym nie przejmie – powiedział Harry i z zaskoczeniem usłyszał, jak do głosu zaczyna mu się zakradać obrończy ton, przez który zasłużył sobie na kolejne wywrócenie oczami.

Wiem że nie – zauważyła cierpliwie Ginny. – Ale też niech nie narzeka, że ludzie nie padają mu bez przerwy do stóp, wychwalając go tak, jak ewidentnie tego od wszystkich chce.

I to musiało usatysfakcjonować Harry'ego. Connor jadł na dole obiad, ale i tak jutro się zobaczą, bo jechali razem na święta do Srebrnego Lustra, więc Harry miał zamiar odczekać chwilę z prezentem dla niego. Przytulił Rona i Ginny, po czym wyszedł z wieży Gryffindoru i oparł się na chwilę o ścianę, zamykając oczy.

Naprawdę czuł się inaczej. Jasne, minęły zaledwie trzy dni od czasu Uzasadnienia Dracona, więc może to po prostu wciąż efekty poboczne rytuału. Ale to i tak okazało się na tyle niezwykłe, że w końcu musiał zwrócić na to uwagę. Ukojenie tętniło mu w każdej żyle, a ilekroć ktokolwiek wyrażał się źle o Draconie, Harry miał ochotę natychmiast ich poprawić. No i ciągle zauważał... cóż, piękno. Jak do tej pory znajdowało się ono głównie na twarzy Dracona, ale oczami śledził też promienie słońca, wpadające przez ogromne okna Wielkiej Sali, a wczoraj zatrzymał się nagle przed obrazem i wpatrywał się w niego, po raz pierwszy kompletnie oczarowany jego kolorami.

Harry'ego lekko przerażało to odkrywanie, jak potrafił się zachowywać bez swoich barier. Czy zrobił się od tego słabszy? Z pewnością tak fundamentalna zmiana nie mogła być wyłącznie pozytywna. No i powinien zachować zdolność do swobodnego wznoszenia barier, gdyby wymagała tego od niego sytuacja, jak na przykład jakaś bitwa.

Powiedział sobie, że pewnie efekty prędzej czy później zaczną zanikać. Ostatnio coraz częściej spędzał czas nie tylko z Draconem, ale i w łóżku, ale to tylko przez przerwę świąteczną. Co wzmagało zakrawające na obsesję zainteresowanie, jakie odkrywał w sobie Harry na temat Dracona. Tak, im dalej od Uzasadnienia, tym powinno być z nim lepiej.

Otrząsnął się rześko, po czym ruszył na poszukiwania Luny, żeby dać jej prezent.


Luna dotknęła kamienia w ścianie i kiwała z powagą głową, nasłuchując. Tak, ten wielki blok był nieszczęśliwy pośród tych wszystkich mniejszych. Próbował to powiedzieć założycielom, kiedy wznosili Hogwart, ale żadne z nich nie było w stanie słuchać przedmiotów. Dlatego tak tu ugrzązł, niechciany i osamotniony. Potrzebował się skurczyć, albo inne powinny urosnąć, żeby się do niego dostosować.

Luna odstąpiła i położyła ostrożnie na podłogę księgę zaklęć, którą znalazła w bibliotece, po raz ostatni przyglądając się uważnie rycinom i inkantacjom. Jeśli poprawnie to wykona, to powinna być w stanie dostosować kształt kamienia bez zmienienia kompozycji całej ściany. Kamienie dadzą jej znać, jeśli zaklęcie zacznie robić coś niebezpiecznego, przez co ta część ściany mogłaby się zachwiać i zawalić. Luna uśmiechnęła się. Naprawdę cieszyło ją, że była w stanie słuchać przedmiotów. Zawsze zaskakiwało ją, a nawet trochę smuciło, że nie podejmowało się tego więcej ludzi.

Wycelowała różdżką w kamień i wyszeptała:

Aliquantus.

Z różdżki wystrzelił różowy promień, który momentalnie otoczył blok. Ten zadrżał i zaczął dopasowywać się do innych. Luna przyglądała się temu z zapartym tchem, poruszając co chwila różdżką i przyspieszając pomniejszanie innych, albo rozrost kolejnych. Zrozpaczony płacz kamienia cichł coraz bardziej, aż wreszcie nabrał kształtu i rozmiarów, które były w stanie współpracować z innymi. Luna zakończyła zaklęcie i delikatnie go pogłaskała.

– Luna?

Harry tu był. Oczywiście że tak. W końcu miał mapę szkoły, mógł ją znaleźć w każdej chwili. Luna obróciła się i kiwnęła do niego.

– Harry. Chcesz już swój prezent na święta.

Harry zamarł, jakby zaskoczony, po czym poprawił sobie okulary na nosie.

– Ee. Nie, nawet nie... nie wiedziałem, że jakiś dla mnie masz, Luna. – Owijający mu się wokół ramion wąż omenu, którego Luna często widziała w pokoju wspólnym Ravenclawu, przechylił łeb, żeby na nią spojrzeć, po czym syknął przewlekle. Harry od-syczał w odpowiedzi, wysłuchał reakcji i przytłumił swój chichot. – Ale Argutus mówi, że tylko głupiec nie przyjąłby prezentu – dodał.

– Oczywiście że tak – powiedziała Luna, sięgając do kieszeni szaty i przeczesując palcami zawartość, składającą się między innymi z kamyczków i strzępków pergaminu, które podniosła, bo pamiętały interesujące historie. W końcu znalazła sznurek, na który naplotła naszyjnik dla Harry'ego. – To pióra białozora – powiedziała mu. – Potężnie chronią, wiesz?

– Przed czym?

Potrafi być taki irytująco specyficzny, pomyślała Luna, ale była skłonna mu to wybaczyć. Większość ludzi miała do tego tendencję, póki nie nauczyli się jak słuchać.

– Plotkom i złym pomysłom – powiedziała stanowczo, po czym poczekała, aż nie pochylił głowy, żeby nałożyć mu naszyjnik na kark. Harry dotknął go lekko i uśmiechnął się.

– Też przyniosłem dla ciebie naszyjnik, Luna – powiedział, sięgając po niego.

Luna wyciągnęła po niego ręce i przyjęła, kompletnie urzeczona. Sznurek był z nici, których nigdy wcześniej nie widziała, ale które kiedyś tworzyły lamówkę szaty... być może Harry zerwał je z jakichś starych ubrań Blacków, ponieważ potrafiły być z materiałów, których już nikt obecnie nie splatał. Na nici wisiały płatki słonecznika, zaczarowane do zachowania świeżości. Luna wiedziała, że słonecznikami życzyło się komuś szczęścia, zdolności do olśniewających czynów nawet pośród wiatrów i kryzysów. Naprawdę było jej miło, że Harry o nich pomyślał.

Ale Harry uczynił ten naszyjnik wyjątkowy poprzez wplecenie kosmyków własnych włosów między płatki. Luna dotknęła jednego z nich i kiwnęła głową. Otrzymała od niego wizje podskakiwania na głowie Harry'ego i przemykania tuż obok tłuczka. Bardzo odważnym było z jego strony przekazanie jej czegoś takiego, sam musiał wiedzieć, do jak wielu niebezpiecznych zaklęć i eliksirów można wykorzystać czyjeś włosy.

– Dzięki, Harry – powiedziała. Podlewitowała naszyjnik sobie nad głową i ułożyła na obojczyku. W ten sposób pozostanie lekki i przewiewny i nie nabierze chęci do podduszania jej. – Powodzenia w zwalczaniu Sprzysiężenia Zgniłego Kła.

Harry przez chwilę wyglądał na zaskoczonego. Ale nie spróbował ją o to wypytywać, a następnie wyglądać na znudzonego wyjaśnieniami, co przytrafiało się Lunie zdecydowanie zbyt często i zawsze było rozczarowujące. Konspiracje były jak przedmioty; znacznie bardziej fascynujące, gdyby ludzie tylko nauczyli się ich słuchać.

– Dzięki, Luna – powiedział. – Powodzenia z... dopasowywaniem wielkości kamieni w tunelach?

– Tak – powiedziała Luna. – Założyciele nie poskładali należycie Hogwartu, kiedy go budowali, wiesz? Czasami w ścianach znajdują się płaczące z bólu kamienie, albo cały pokój płacze, ponieważ ludzie w kółko ćwiczą w nim takie same zaklęcia. Przecież muszę im pomóc. – Rzuciła Harry'emu surowe spojrzenie. Nawet on nie przestrzegał wszystkich zaleceń od własnych przedmiotów. – Twoim szatom byłoby miło, gdybyś odzyskał lewą dłoń. Już męczy je takie powiewanie nad nadgarstkiem.

– Ee – powiedział Harry.

Luna nasłuchiwała przez chwilę, po czym uśmiechnęła się.

– Och, ale próbujesz odzyskać lewą dłoń – powiedziała. – To dobrze. I Harry? Cieszy mnie, że dzielisz łóżko z Draco Malfoyem. To naprawdę miłe z waszej strony. Czy rozkładacie swój ciężar po równo na całym materacu, kiedy się na nim odbijacie? Ponieważ to ważne, wiesz, żeby łóżko nie zmęczyło się w pewnej chwili od dźwigania was ciągle na tych samych sprężynach.

Twarz Harry'ego zrobiła się bardzo czerwona. Luna zmartwiła się, czy przypadkiem nie ukąsiły go Ukropne Pchły. Już miała rzucić inkantację, która by to sprawdziła, kiedy Harry wymamrotał „Wesołych świąt, Luna" i uciekł.

Luna odnotowała sobie, że powinna sprawdzić się potem na Ukropne Pchły, po czym wróciła do pracy.


Harry rozbudził się powoli. Spanikował na chwilę, zanim przypomniał sobie, że wcale nie muszą się zbierać do Srebrnego Lustra; już wczoraj przybył do niego z Draconem, Connorem, Peterem, Owenem, Syrinx i Snape'em, zjedli późny obiad z Narcyzą i poszli spać. Draco powiedział, że nie chciał takiej nagonki jak w zeszłym roku i faktycznie tak było lepiej.

Przewrócił się i przeciągnął, co obudziło Dracona, który ostatnio polubił obejmowanie go zarówno rękami i nogami w czasie snu, jak jakaś małpka. Harry'emu przychodziły na to określenia takie jak „urocze", ale nie wymawiał tego na głos. Draco lubił, kiedy podziwiano jego piękno, ale nawet to miało swoje granice.

– Wesołych świąt – wyszeptał Draco i przysunął się, żeby go pocałować.

Harry z przyjemnością to odwzajemnił. Nie wiedział nawet, o której się obudzili, ale przecież nie odwróci się od pocałunku, żeby rzucić Tempus. Obrócił się, kładąc się klatką piersiową na Draconie, po czym wślizgnął dłoń pod jego piżamę.

Drzwi otworzyły się z hukiem.

Harry skrzeknął głośno, ale na szczęście zdążył odsunąć się od Dracona zanim ugryzł go w język, choć naprawdę niewiele brakowało. Obejrzał się i łypnął na Connora, który stał w progu z szerokim uśmiechem, wyglądając jak Syriusz w naprawdę szampańskim humorze. Z różdżki sypały mu się czerwone i białe iskry.

– Co ty wyprawiasz? – zapytał oskarżycielsko Harry.

– Co on wyprawia? – zapytał Draco praktycznie w tym samym momencie, starając się ukryć swoją nagość za Harrym. Harry ścisnął jego dłoń i spojrzał złowrogo na brata, który wciąż sobie nie poszedł.

– Czas zejść na dół i otworzyć prezenty – ogłosił z powagą Connor. – Wiedziałem, że nie śpicie, bo Draco już wcześniej był na zewnątrz. – Kiwnął spokojnie do Dracona, jakby już byli szwagrami i Connor nieustannie wpadał na tego rodzaju sceny. – Wyszedłeś na zewnątrz, pooglądać z matką wschód słońca, prawda? Wspaniały zwyczaj. No i stawia naprawdę wcześnie na nogi. Postanowiłem okazać wam zrozumienie i dałem jeszcze trzy godziny snu. Powinniście mi podziękować, naprawdę. Takie leżenie w łóżku nie otworzy wam żadnych prezentów.

Zatrzasnął drzwi za sobą. Harry zamrugał na Dracona. Draco zamrugał na Harry'ego.

– Chyba faktycznie powinniśmy zejść na dół – powiedział niechętnie Harry. – Bo jeszcze tu wróci.


Connor oparł się o drzwi w głębi korytarza i panicznie starał się powstrzymać przed wybuchnięciem śmiechem. Zastanawiał się, ile Harry'emu i Draconowi zajmie odkrycie, że narzucił osłonę na ich pokój, która informowała go, ilekroć sytuacja w środku zaczynała się robić zbyt „intymna", dzięki czemu dobrze wiedział, kiedy im niewinnie przerwać.

Tylko kilka dni zajęło mu ustalenie, jakie dowcipy mu pozostały w chwili, w której nie mógł już dłużej antagonizować Dracona. Teraz mógł droczyć się z bratem. Skoro zaczęli uprawiać seks, to znaczyło że Harry już nie był pod tym względem aż taki wrażliwy i kruchy, a to oznaczało mnóstwo potencjalnego materiału na dowcipy. W dodatku raczej nie zacznie reagować na to tym samym przynajmniej jeszcze przez jakiś czas, bo nie tylko będzie musiał pogodzić się z myślą, że sam uprawia seks, ale też że ludzie wokół niego robili dokładnie to samo.

Connor lubił myśleć, że jego braterskim obowiązkiem było upewnienie się, że życie Harry'ego będzie choć odrobinę normalne i poczytalne.

Zbiegł na dół, rechocząc, po czym z usatysfakcjonowanym uśmiechem spojrzał na zniecierpliwionych ludzi, siedzących już wokół choinki.

– Zaraz zejdą – powiedział.

Bo jak nie, to następnym razem zabiorę ze sobą Snape'a.


Harry przyglądał się uważnie twarzy Connora, kiedy jego magia lewitowała prezenty spod choinki i podawała je właścicielom. Zobaczył, jak jego brat mruga i mina mu nieco rzednie, kiedy zorientował się, że żaden nie leciał do niego.

– Wybacz, że nie położyłem go z innymi, Connor – powiedział Harry na tyle wyraźnie, że wszyscy usłyszeli. – Ale jakbym nie próbował go owinąć, to i tak od razu byś odgadł, co dla ciebie mam. – Obrócił się w kierunku ukrytych drzwiczek i posłał nieme Accio. Prezent Connora wyleciał z przyległego pokoju, w którym Harry go zostawił, do którego wejście znajdowało się też przy obrazach Neptuna Blacka.

Twarz Connora wszystko mu wynagrodziła – nawet to wtargnięcie z rana. Ręce mu drżały, kiedy położył sobie Błyskawicę na kolanach i głaskał jej trzonek, a kiedy spojrzał na Harry'ego, wdzięczność tak jasno lśniła mu w oczach, że praktycznie przytłaczała wszystko w pokoju.

Harry wyszczerzył się.

– Wesołych świąt, Connor.

Connor spojrzał na miotłę z rozmarzeniem, jakby to była Parvati. Harry oparł się o ramię Dracona, ledwie powstrzymując się przed impulsem obrócenia się i pocałowania go, bo nie chciał odrywać wzroku od rozanielonej miny swojego brata. Connor naprawdę starał się nie okazywać swojej zazdrości o jego Błyskawicę, ale i tak była ona cokolwiek oczywista. No i czemu nie powinien mieć dobrej miotły? Przecież grał w tym roku w quidditcha, podczas gdy Harry latał tylko rekreacyjnie. Zarówno potrzebował jej, jak i pragnął znacznie bardziej od niego.

– One kosztują fortunę – syknął mu Draco na ucho. – Nawet teraz.

– Wiem – powiedział spokojnie Harry.

– Lepiej, żeby mój był równie dobry – powiedział ponuro Draco.

Harry podparł się na łokciu, żeby móc zobaczyć twarz Dracona. – Nie jest równie drogi – przyznał. – Ale wydaje mi się, że będzie nawet lepszy. Pieniądze to nie jest jedyny wymiar jakości, Draco. Już dawno temu pomogłeś mi się o tym przekonać.

Draco zamrugał, wyglądając na zarówno zaskoczonego, jak ostrożnie zadowolonego, po czym odpakował swój prezent. Harry przyglądał się jego twarzy, wypatrując momentu, w którym zorientuje się co to jest. I oto nastąpił – lekkie drgnięcie brwi, szybkie wciągnięcie oddechu, cień w oczach.

– Myślodsiewnia – wyszeptał. – Ale już pełna.

Harry kiwnął głową. Myślodsiewnia zawierała w sobie zaklęcie zamykające, dzięki czemu srebrny płyn nie miał szans na wycieknięcie.

– To wspomnienia moich najbardziej bolesnych wspomnień w życiu – powiedział. – I tych najprzyjemniejszych. – Dopiero w chwilę potem przyszło mu do głowy idealne określenie, więc pokręcił z zakłopotaniem głową. – Chciałem powiedzieć, najbardziej intensywnych. I na wszystkie narzuciłem wynalezione przez ciebie zaklęcie, które pozwala na spojrzenie na czyjeś wspomnienie z jego punktu widzenia.

Spojrzenie Dracona oczekiwało od niego więcej informacji.

Harry pocałował go, nie przejmując się, że matka Dracona, jak i jego własny opiekun, siedzieli po drugiej stronie pokoju.

– Wciąż nie powiedziałem ci o wielu sprawach – wyszeptał. – Jak właściwie czułem się podczas rozprawy rodziców, na przykład. Inne potrafią być nieco bardziej tajemnicze. Chyba nigdy tak naprawdę nie zrozumiałeś w pełni, jak postrzegałem Connora na pierwszym roku. Nie chcę już dłużej trzymać przed tobą tajemnic, Draco. Dlatego proszę. Jeśli kiedykolwiek chciałeś się czegoś o mnie dowiedzieć, to powinno już tam być. Jeśli nie ma, poproś.

Draco wydał z siebie nieskładny dźwięk i cisnął myślodsiewnią na bok, po czym rzucił się na niego i pocałował mocno. Harry praktycznie wylądował na plecach, kiedy Snape wreszcie odchrząknął.

– Być może – odezwał się Snape, głosem tak suchym, że Harry'emu skojarzył się z pustynią – pozwolicie, że będziemy kontynuować tę niegodną orgię wymieniania się prezentami, a inne niegodne orgie pozostawimy na później?

Harry usłyszał śmiech Connora, ale i tak już miał własne podejrzenia pod względem tego, skąd jego brat wiedział, kiedy właściwie wbić im do pokoju. Usiadł prosto, odkaszlnął i spróbował przygładzić włosy, zerkając przy okazji na Snape'a. Rozumiejąc jego niemą zachętę, Snape rozwinął owiniętą paczkę na swoich kolanach.

A następnie kompletnie zamarł.

Harry wziął głęboki oddech. To był jeden z tych bardziej ryzykownych podarków, zupełnie jak list wybaczenia, który napisał do Snape'a w zeszłym roku. Wyglądało na to, że ich relacja była już skazana na takie wzloty i upadki, że nigdy chyba nie wymienią się normalnymi prezentami. Harry miał jednak wrażenie, że jeśli kiedykolwiek dotrą do punktu, w którym zaczną wymieniać się skarpetkami, to pewnie będzie to oznaczało zawiść tak okrutną, że nawet się do siebie nie odezwą.

Snape otworzył książkę, przekartkował ją, przyglądając się, przynajmniej pozornie, każdej stronie, albo każdemu działowi. Harry czekał, z sercem tętniącym mu w gardle i wyjątkowo mile widzianą dłonią Dracona na swoim ramieniu.

– Niektóre strony pod koniec są puste – odezwał się wreszcie Snape.

Harry odchrząknął.

– Ach... tam powinien pan napisać, co najlepiej pasuje dla nas – powiedział. – A nie mam wątpliwości, że w tym momencie byłby pan w stanie napisać o tym już całą książkę.

Snape spojrzał mu w oczy. Harry odpowiedział tym samym tak nieustraszenie, jak był w stanie, kiedy strach pożerał go żywcem. Prezent – książka zatytułowana „Co począć z potężnym czarodziejem: Tworzenie zdrowych relacji między magicznie potężnymi rodzicami i dziećmi"' – był mniej dosłowny i bardziej symboliczny. Harry miał nadzieję, że symbolika jego pragnienia do uważania Snape'a jako swojego rodzica, a nie po prostu opiekuna, była wystarczająco oczywista.

Snape uśmiechnął się lekko chwilę potem, więc podejrzewał, że albo była, albo Snape po prostu odczytał ją z jego oczu za pomocą legilimencji.

– Dziękuję, Harry. – Snape odłożył książkę na bok. Gest mógł wydawać się dla wszystkich wokół całkowicie normalny, ale Harry zauważył jak drżały mu ręce. Odprężył się.

Pozostałe prezenty poszły znacznie łatwiej; dla Petera, Narcyzy, Owena i Syrinx kupił książki. Ta dla Petera była jedyną, która mogła dotyczyć wrażliwego tematu, ponieważ dokumentowała techniki rzeźbienia w drewnie wynalezione w latach, które spędził w Azkabanie, ale Peter tylko pogłaskał okładkę, przyglądając się jej tęsknie. Syrinx już wczytała się w swoją książkę, która zawierała w sobie zaawansowane techniki treningowe dla magów bojowych i nie wyglądało na to, żeby w tej chwili obchodziło ją cokolwiek innego.

Skoro miał to już z głowy, to mógł się zająć resztą prezentów. W ogóle nie zaskoczyło go, że od Petera otrzymał książkę o docenianiu sztuki. Teraz, kiedy zauważał piękno fizycznych przedmiotów, podejrzewał że Peter zacznie go cierpliwie uczyć również piękna drewnianych rzeźb, obrazów, arrasów i takich tam. Harry zastanawiał się, czy to oznacza dla niego koniec osuszania magii z pięknych, ale poza tym kompletnie bezużytecznych artefaktów Blacków.

Narcyza podarowała mu coś dziwnego, co wydawało się dziwnie ciężkie i wyślizgnęło mu się z palców, kiedy je rozwijał, przez co chwilę mu zajęło zorientowanie się, co to tak naprawdę było. Uśmiechnął się ponad nim z zakłopotaniem, kiedy zobaczył przelotnie imiona Syriusza i Regulusa, przez co zrozumiał naturę prezentu: to była kopia rodzinnego arrasu Blacków, z dodanym jego imieniem. Nie był magiczny, więc nie zacznie się zmieniać, odzwierciedlając status żywych i martwych członków rodziny, jak to robił oryginał, ale i tak pojawił się na nim, połączony srebrną linią z Regulusem, jako adoptowany dziedzic.

– Dziękuję, pani Malfoy – powiedział, ale spojrzała na niego surowo i poprawiła go na „Narcyzę" zanim jeszcze zdążył skończyć. Harry niemal wyczuwał kręcące się w jej głowie koła. Im szybciej przyjmie w pełni do wiadomości, że jest adoptowanym dziedzicem Blacków, tym szybciej zacznie myśleć o sobie jak o moim zięciu.

Arras był pięknym darem, obszytym na jakimś niezwykle czarnym materiale, na którego Harry nie znał nazwy, a wszystkie imiona zostały wykonane srebrną nicią, ale Harry i tak nagle strasznie zatęsknił za Regulusem. Ostrożnie odłożył go na bok, po czym spojrzał na następny prezent, tym razem od Owena.

Była to drewniana tabliczka, pusta poza czymś co wyglądało na opis najnowszego pokolenia Rosier–Henlinów. Harry zamrugał na nią, po czym spojrzał z zaskoczeniem na Owena.

Owen ze spokojem przyjął na siebie jego wzrok.

– Moja matka jest w ciąży – powiedział. – Już ci o tym mówiłem. Ma termin za trzy miesiące. Chciałaby, żebyś został ojcem chrzestnym dziecka, Harry. Czy też... no, jeśli się zgodzisz, to nawiąże się między wami nawet coś trwalszego. Byłbyś dla niej tym, kim jesteś obecnie dla Marian Bulstrode. Pojawiłbyś się w czasie pierwszego dnia życia mojego rodzeństwa i pokazał, że nie musi się bać, ani podziwiać potężnej magii. Świat się zmienia. Moja matka chce, żeby jej córka lub syn wyrośli w świecie takim, jaki będzie, a nie jaki był.

Harry miał wrażenie, że już wiedział, czemu miała służyć ta tabliczka.

– I jeśli się zgodzę, to ona odzwierciedli mój nowy status w odniesieniu do twojej rodziny?

Owen kiwnął głową.

Harry jeszcze przez chwilę mu się przyglądał. Nie spędzał specjalnie wiele czasu ze swoimi zaprzysięgłymi kompanami. Wciąż praktycznie nie znał Syrinx. Nawet Michaela nie znał dość, żeby zapobiec na czas takiej sytuacji jak ta z Draconem. Naprawdę chciałby to zmienić.

– Dziękuję, Owenie – powiedział wreszcie. – To prawdziwy zaszczyt. – Spojrzał na tabliczkę i chuchnął na nią, przypominając sobie pośrednio, co właściwie powinien zrobić z czymś takim. Niektóre były tak wrażliwe, że podłapywały magię z samych słów, ale większość potrzebowała bardziej skoncentrowanego powiewu powietrza. – Zgadzam się.

Powierzchnia tabliczki zamigotała i niewidzialna dłoń wyrzeźbiła jego imię w drewnie. Harry z zaskoczeniem zobaczył, jak odbiegają od niego trzy linie. Jedna łączyła się z imieniem Medusy, co Harry podejrzewał, że oznaczało ich przyszłą relację, jako kogoś bardzo ważnego dla jej dziecka. Grubsza, bardziej zakręcona linia prowadziła do Owena – więź zaprzysięgłego kompana. Harry nie miał pojęcia, co sobie pomyśleć o cienkiej linii, która owijała się wokół miejsca na tabliczce pod imionami Medusy i Charlesa, w którym prawdopodobnie miało się pojawić imię dziecka.

Owen wychylił się i spojrzał mu ponad ramieniem.

– Och – powiedział, brzmiąc na zaskoczonego. – Nie wiedziałem, że matka to zrobiła. Ewidentnie chce, żebyś nazwał dziecko.

– Że co? – Harry momentalnie się na to zjeżył. Głowę wypełniły mu myśli o obarczaniu magicznego dziecka jakimś niefortunnym imieniem, które przyczepi się do niej albo niego już do końca życia. Co jeśli zrobi coś nie tak? Co jeśli pogwałci jakąś nieznaną mu tradycję imienną w rodzinie Rosier–Henlinów? Co jeśli...

Dłoń Owena ścisnęła mu pocieszająco ramię.

– Nie przejmuj się tym tak – mruknął. – Jestem pewien, że świetnie sobie z tym poradzisz.

Harry nie był co do tego taki przekonany, ale i tak kiwnął głową, po czym otworzył prezent od Syrinx. But? Harry po chwili zrozumiał. Na tym etapie treningu magowie bojowi powinni wyrzec się praktycznie wszystkich swoich doczesnych dóbr. Musieli nauczyć się niezależnego funkcjonowania od nich i związanych z nimi emocji, jak i uświadomić sobie swoje prawo do poddania ich w każdej chwili swojego życia. Odzyskiwali je dopiero po ukończeniu treningu. Syrinx musiała przekazać mu coś osobistego, zarówno w ramach pokazania, jak bardzo go sobie ceniła, jak i jako praktyczny prezent.

Uśmiechała się do niego, kiedy się na nią obejrzał.

– Jest zaczarowany, żeby podskoczyć i kopnąć przeciwnika w szczękę – powiedziała. – Powinien ją złamać, jeśli dobrze wykonałam zaklęcie. – Na jej brwi pojawiło się lekko zaniepokojone drżenie. – Ale jestem pewna, że tak.

– Ee... dzięki. – Harry ostrożnie położył but na tabliczce Rosier Henlinów. Na szczęście wyglądało na to, że nie uznał tabliczki za wroga.

Od Connora otrzymał zegarek z brązu, który po otwarciu obracał się w trójwymiarowej reprezentacji planet. Connor wyszczerzył się do niego.

– Piękny, nie? – zapytał. – Znalazłem go za jedną z osłon w Lux Aeternie. Informuje obecnego dziedzica Potterów, jeśli nosiciel znajdzie się w niebezpieczeństwie.

– Co jeszcze? – Harry wyczuwał w zegarku naprawdę ogromne pokłady skoncentrowanej magii, ale była na sobie tak poukładana, że nie był w stanie ocenić, do czego właściwie służyła.

Connor wzruszył ramionami, ewidentnie bardziej zainteresowany prezentem, który otrzymał od Petera – książką o treningu animagicznym.

– Bo ja wiem?

Harry uznał, że póki co noszenie zegarka może okazać się kiepskim pomysłem. Owinął go wokół buta, po czym spojrzał na prezenty od Snape'a i Dracona.

Niewiele się z tego dowiedział. Pudełko od Snape'a brzmiało, jakby zostało wypełnione miękkim pergaminem, przez co Harry nie był w stanie nawet odkreślić kształtu zawartości. Otworzył i krzyknął cicho.

– Nie wiedziałem, że pan warzy takie rzeczy – powiedział, przechylając na boki fiolkę. Złote lśnienie wyraźnie wskazywało na to, że ten eliksir to Felix Felicis, którego Harry jeszcze nigdy nie spróbował sam uwarzyć; najdrobniejszy błąd zwykle oznaczał znacznie gorsze konsekwencje, niż to zwykle bywało w przypadku niestabilnych wywarów.

Snape prychnął.

Harry obejrzał się na niego i z zaskoczeniem zobaczył lekki rumieniec na jego policzkach. Jest mu... głupio?

– Dziękuję panu – powiedział. – Naprawdę.

Snape kiwnął sztywno głową i odwrócił wzrok. Harry uznał, że nie będzie już więcej zwracał na to niczyjej uwagi. Snape był przeciwny tego rodzaju eliksirom co Felix Felicis, czy eliksiry miłości, przynajmniej powierzchownie; może i sam był nie fair, ale nigdy nie dopuściłby do tego, żeby ktoś na jego zajęciach korzystał z niesprawiedliwej przewagi. Harry ostrożnie owinął fiolkę z powrotem w pergamin i spróbował zakopać własne emocje, które pojawiały się na myśl, że Snape zrobił dla niego coś takiego mimo swoich oporów.

Kiedy otworzył prezent od Dracona, w pierwszej chwili go nie zrozumiał. Przedmiot aż nucił od skoncentrowanej magii, ale wyglądał na absolutnie normalne lustro. Harry obrócił je wprzód i w tył, ale wciąż widział w nim tylko własną twarz. Rama była piękna, wyrzeźbiona w kości słoniowej z niewielkimi zdobieniami wokół maleńkich pereł, ale nie było na nim żadnego symbolu, ani wyjaśnienia do czego ma służyć. Harry spojrzał z powątpiewaniem na Dracona.

Draco uśmiechnął się do niego i przyłożył mu dłoń do karku, nachylając mu twarz z powrotem w kierunku lustra.

– Patrz – powiedział niemal bezgłośnie. – Co widzisz?

Harry posłusznie przyjrzał się uważnie, przez cały czas marudząc pod nosem.

– No, siebie – powiedział.

A potem westchnął, ponieważ obraz przeszły zmarszczki, zmieniając wszystkie kolory i kształty, a rozchodziły się w miejscu, w którym Draco dotknął ramy. A kiedy zmarszczki wreszcie się uspokoiły, zobaczył...

Nie.

Harry spróbował położyć lustro, odsunąć je od siebie. Draco mu na to nie pozwolił, nie poluźnił uścisku ani na ramie, ani na karku Harry'ego. Jego mamrotanie brzmiało dla uszu Harry'ego na rozgorączkowane.

Tak. To właśnie widzę, ilekroć na ciebie patrzę, Harry. Kiedy dotyka go tylko jedna osoba, odzwierciedla tylko to, co dana osoba myśli o odbijanym przedmiocie. Ale jeśli dotknie go jeszcze ktoś inny, to dopasowuje się do jego rzeczywistości. A ty jesteś dla mnie piękny. Naprawdę. – Draco pocałował go w ucho.

Harry spróbował odwrócić wzrok od obrazu, ale było to zaskakująco ciężkie. Ta twarz... nie należała do niego. Nie mógła być.. Podświetlała mu oczy, włosy i praktycznie nawet skórę światłem w taki sam sposób, w jaki wydawało mu się, że twarz Dracona lśniła od ciemności w czasie Uzasadnienia. Ten obraz był fascynujący, ale to nie był on. Nie mógł być..

Ukrył twarz w szatach Dracona, przytłoczony tym wszystkim.

– Nie szkodzi, Harry – powiedział Draco kojąco mu na ucho. – Przyzwyczajaj się do tej świadomości tak długo, jak tylko chcesz. – Przeczesał wolną dłonią grzywkę Harry'ego, od czasu do czasu ciągnąc go za włosy. – Już i tak znaleźliśmy się na tej ścieżce. Jesteś w stanie przyznać, że jestem piękny. Zauważyłem też, że zacząłeś oglądać się na niektóre przedmioty, jakbyś je widział po raz pierwszy. To w końcu się w tobie uspokoi, Harry. Może nawet w przeciągu kilku lat sam dojdziesz do wniosku, że jesteś piękny, ale i tak chciałem ci pokazać, jakiego tak naprawdę cię widzę.

Harry zdołał wydusić podziękowania, ale nie podniósł wzroku. Nie miał teraz odwagi na spojrzenie w oczy Dracona i zobaczenie ich zaborczej, płonącej przyjemności.

Draco ponownie go pocałował.

– Wesołych świąt – powiedział bardziej w kierunku skóry Harry'ego, niż jego ucha.

Connor uratował sytuację, a przynajmniej ocalił swojego brata przed kompletną kompromitacją.

– Wciąż mamy trochę czasu przed przybyciem pozostałych – powiedział wesoło i ze zniecierpliwieniem. Harry wiedział, że Connor miał rację; reszta sojuszników pojawi się dopiero po południu, ponieważ większość chciała spędzić świąteczny poranek ze swoimi rodzinami, a Hawthorn potrzebowała dojść do siebie po wczorajszej pełni. – Chodźmy polatać w powietrznym basenie!

Harry zakrztusił się, zwłaszcza kiedy usłyszał naburmuszone mamrotanie Dracona, który nie zabrał ze sobą miotły. Pocałował jego obojczyk i usiadł, wciąż bardzo ostrożnie unikając spojrzenia swojego chłopaka, jak i lustra. Niektóre zmiany były cięższe od innych.


Harry obudził się w środku nocy. Przez dłuższą chwilę tylko leżał w łóżku, starając się ustalić, co właściwie go obudziło. Skóra go swędziała, ale to nie było to. To nie był też Draco, który nawet nie drgnął, a jego ciche pochrapywania wciąż unosiły się nad łóżkiem. I zdecydowanie to nie był Connor, który chciał im wyciąć jakiś numer; Harry na wszelki wypadek zerknął w kierunku drzwi, ale wciąż były solidnie zamknięte.

Ale coś się zmieniło.

Nieco zaniepokojony, zastanawiając się czy ktoś zdołał aportować się w obręb osłon Srebrnego Lustra, Harry wysunął się ostrożnie spod ochronnego ramienia Dracona. Draco obrócił się i wtulił w poduszkę. Harry został jeszcze przez chwilę, żeby pogłaskać go po policzku i potrząsnął głową; miał nadzieję, że wróci zanim jeszcze chłód obudzi Dracona.

Ostrożnie zszedł po schodach. Świętowanie z sojusznikami okazało się znacznie głośniejsze i rozbestwione, niż Harry się tego spodziewał, choćby dlatego, że Thomas przyprowadził ze sobą wszystkie dzieci, a Marian Bulstrode umiała już chodzić. Harry przekonał się, że niemal dwuletnie dziecko, wraz ze swoją przypadkową magią, kompletnie nie obawiające się żadnych artefaktów Blacków, czy magii dorosłych, mogło wpakować się w naprawdę wiele kłopotów. A potem Thomas został do późna, opowiadając o tym, jak to otrzymał od Lucjusza zaproszenie do Rezydencji Malfoyów, ale nie skorzystał, ponieważ był zanadto zajęty pisaniem artykułu o magii centaurów, w dodatku znajdował się w samym środku bardzo wrażliwych badań. Zabawnie się tego słuchało, ale tak rozproszyło Harry'ego, że potem nie było kiedy posprzątać. Miał tylko nadzieję, że nic nie walało się na schodach.

Dotarł do głównego pokoju w Srebrnym Lustrze, oświetlonego jak zawsze przez złoty basen na suficie, który wiecznie kapał płomieniami do lamp. Harry rozejrzał się uważnie. Nic nie wyskoczyło na niego z cieni. Harry zmarszczył brwi.

I wtedy usłyszał głos, znajomy, choć nie słyszany już od bardzo dawna:

– Harry?

Serce zabiło mu mocniej, kiedy się obracał. Regulus stał przy jednym z obrazów, opierając dłoń lekko o ścianę obok. Na twarzy pojawiał mu się coraz większy uśmiech na widok Harry'ego.

Możliwe, że nawet powtórzył jego imię, ale Harry już tego nie słyszał, bo praktycznie podlewitował się na drugą stronę pokoju i przywalił w Regulusa, obejmując go mocno. Regulus stracił na chwilę oddech, ale potem zaczerpnął go wystarczająco, żeby się roześmiać i zareagować przytuleniem.

Harry wtulił twarz w klatkę piersiową Regulusa, plamiąc mu koszulę głupimi łzami wdzięczności. Nie śmiał nawet zbyt długo zastanawiać się nad wszystkim, co prawdopodobnie Regulus przechodził w świecie obrazów. Nie było go i Harry nie był w stanie mu pomóc w żaden inny sposób, jak po prostu upewniając się, że ktoś dba o domy i artefakty Blacków podczas jego nieobecności. Nie miał jak się z nim skontaktować, ustalić czy leczenie skażenia wokół Mrocznego Znaku zakończyło się powodzeniem czy nie, albo ustalić, czemu medalion Slytherina był taki ważny dla Voldemorta.

Nie miał żadnych możliwości, ale teraz już wrócił, żywy, ciepły, prawdziwy i Harry wreszcie mógł go przytulić. Wrócił.

Regulus zachichotał nad nim.

– Próbowałem automatycznie odczytać ci z głowy myśli i dowiedzieć się, co się działo jak mnie nie było – wyszeptał. – Wciąż czasami zapominam, że mam już własne ciało.

– Powiem ci – powiedział Harry, odsuwając się i patrząc mu w oczy, oszołomiony ze szczęścia. – Z przyjemnością ci o wszystkim opowiem. Ale najpierw ty mi powiedz. – Nabrał głęboko tchu. – Jak poszło leczenie?

– Dobrze. – Twarz Regulusowi pociemniała na moment, ale nawet to nie zdołało powstrzymać uśmiechu, który od razu się pojawił. – Wyleczyłem mój znak ze wszelkiego skażenia.

– W takim razie nic innego mnie w tej chwili nie obchodzi – powiedział stanowczo Harry, uwieszając się znowu na nim.

Wiedział, że Regulus pewnie chciał przekazać mu naprawdę niepokojące wieści, albo dowiedział się czegoś niepokojącego o samym sobie. Można to było wywnioskować chociażby z cieni wokół jego oczu i ust. Harry wiedział, że może się w ogóle okazać, że Regulus przyniesie im wyłącznie złe wieści.

Ale w tej chwili miał to gdzieś. Nie zależało mu na niczym, jak na fakcie, że Regulus stał obok niego i głaskał go ciężką dłonią po plecach. Był tam. Wrócił do domu.