Ten rozdział jest kluczowy dla fabuły. Wyjaśnia, poniekąd, czemu siódmy tom będzie taki mroczny. Wyjdą też na jaw niektóre tajemnice, które ciągnęły się za nami jeszcze z drugiego i trzeciego tomu. Naprawdę nie mogłam doczekać się napisania go, bez względu na wszystkie związane z nim komplikacje.

Rozdział pięćdziesiąty szósty: Horkruksy

– Ale to przecież może nie być prawdziwy Regulus. – Draco brzmiał na spokojnego, ale głos chwiał mu się na krańcach, rozbijając w okruchy złości i niepokoju.

Harry prychnął i obejrzał się przez ramię. Usiłował ułożyć na sobie szaty tak, żeby zakrywały wszystkie ugryzienia, jakie pozostały mu na karku po minionej nocy, ale ostatecznie przyszło mu się poddać. Niektóre znajdowały się zwyczajnie za wysoko. I musiał przestać wreszcie myśleć o sytuacji, w której się ich nabawił, inaczej przysporzy sobie nowego problemu. Wzdrygnął się i skupił.

– Czyli co, to nieprawdziwy Regulus?

Draco przeszedł przez pokój i położył ręce na ramionach Harry'ego, wpatrując mu się w oczy.

– Nie wiesz, co właściwie spotkał w tych obrazach – powiedział. – Sam przyznałeś, że nie wiesz dokąd tak naprawdę prowadzą.

– Ale nikt tego nie wie – zauważył Harry. – Żaden Black nie zwiedził ich w całości. Regulusowi znane były niektóre ich funkcje – na przykład tego, w którym w ogóle dowiedział się o medalionie, albo tego leczniczego. A nawet wtedy mi powiedział, że taka wyprawa jest niebezpieczna. I tak go puściłem, bo w tamtej chwili skażenie Mrocznego Znaku stanowiło największe zagrożenie dla jego życia. Ale jestem pewien, że gdyby istniało ryzyko, że jeden z tych obrazów może potencjalnie odesłać jego kopię, która zachowywałaby się i wyglądała dokładnie jak on, to raczej by mnie uprzedził.

– Może sam nie wiedział – zauważył cicho Draco, głaszcząc kciukiem jedno ze śladów po ukąszeniach przy nasadzie karku. Harry musiał ugryźć się w język, żeby nie zareagować. – Czy widziałeś, z jakiego wyszedł obrazu?

Harry pokręcił głową.

– Obudziło mnie drgnięcie osłon, więc zszedłem na dół, żeby zobaczyć co mogło je wywołać. Kiedy się obróciłem, już tam stał. Wyczułem jego powrót.

Draco objął Harry'ego i położył podbródek na jego ramieniu.

– Tak czy inaczej chcę wziąć udział w tym spotkaniu i poznać tę ważną informację, którą chce ci wyjawić, choćby nie wiem co to było – powiedział. – Pozwolisz mi na to?

– No pewnie – powiedział Harry, powstrzymując się przed wymówieniem na głos wszystkich myśli, które sugerowały, jak wiele mogliby już osiągnąć bez tych durnych podejrzeń.

Wiedział, że to Regulus. Już pomijając wszystko inne, wyczuwał sposób, w jaki tańczyły wokół niego osłony, wirując i witając z powrotem dziedzica Blacków. Harry był legalnym dziedzicem, ale Regulusa łączyła z nimi historia krwi i magii, spędził tu wiele dni w czasie swojego dzieciństwa i znał te obrazy tak dogłębnie, jak Harry pewnie pozna je dopiero z upływem czasu. Wiadomo było, że dom uraduje się z jego powrotu i momentalnie odrzuci od siebie podróbkę, albo przynajmniej da Harry'emu znać, że nie był prawdziwym Regulusem.

Czasami Draco naprawdę przesadza z tą swoją paranoją.


Snape stał bardzo nieruchomo, kiedy Harry powiedział mu tego ranka, że Regulus powrócił i w pewnym sensie miał wrażenie, że ten bezruch pozostał w nim, mimo że od tego czasu wstał i chodził po pokoju. Nie zszedł na śniadanie, bo wiedział że nikt nie będzie tego po nim oczekiwał na drugi dzień świąt. Spędził większość czasu na siedzeniu w fotelu i wyglądaniu przez okno, z którego roztaczał się magiczny widok niewielkiego lasku, pełnego bezlistnych drzew.

Ktoś zapukał do drzwi.

Snape nabrał głęboko tchu, potrząsnął głową i wstał. Unikał Regulusa, ponieważ nie chciał, żeby zobaczył on wypisaną w jego oczach przeszłość. Snape przeżył w swoich snach sceny, przez które zaczynał powątpiewać w to, jak powinien zachowywać się przy Regulusie. W przeciągu ostatnich kilku miesięcy prowadził kompletnie inne życie od tego, przez co przechodził Regulus. Niesprawiedliwym byłoby od niego oczekiwanie, że Regulus zachowa się tak, jak Snape miał nadzieję, że by się zachował, niesprawiedliwym byłoby obciążanie go przyjacielem pełnym wspomnień z czasów, kiedy ich ówczesna przyjaźń bardzo różniła się od tego, co teraz było między nimi.

Joseph pewnie powiedziałby mu, że zachowuje się jak tchórz. Ale Josepha tu nie było.

Snape otworzył drzwi i kiwnął głową na powitanie. Regulus uśmiechnął się do niego, co rozjaśniło jego szare oczy w ten sam sposób, w jaki kiedyś świeciły Syriuszowi Blackowi, ilekroć miał wywinąć jakiś numer. To nieco ustabilizowało Snape'a. Zdoła zachować emocjonalny dystans, jeśli będzie myślał o Regulusie jak o drugim wcieleniu jego brata.

– Severusie. – I wtedy Regulus dokonał niemożliwego i go przytulił.

Snape spiął się cały i zamarł, póki nie dotarło do niego, że Regulus nie ma zamiaru się ruszyć, póki nie dostanie takiej samej odpowiedzi. Czując się z tym wyjątkowo niekomfortowo, Snape objął go, po czym odsunął ręce tak szybko, jak to było możliwe.

– Severusie?

Snape naprawdę wolałby, żeby przestał się tak do niego zwracać. Zanadto przypominało mu to o snach. Ale tym bardziej chciał przestać zachowywać się jak taki koszmarny tchórz, więc obejrzał się i kiwnął do Regulusa, a nawet udało mu się skrzywić tak, że to niemal wyglądało na uśmiech, co opracował w tygodniach, które poprzedzały zniknięcie Regulusa w obrazach.

– Witaj.

– Cokolwiek długo kazałeś mi na to czekać. – Regulus rozwalił się na jednym z obitych foteli w pokoju. Snape niemalże słyszał, jak duchy ślizgońskich prefektów obsobaczają go za niezdolność do utrzymania odpowiedniej postury. – Harry opowiedział mi nieco o bitwie na letnie przesilenie i swoim pobycie w Sanktuarium, ale powiedział, że to od ciebie powinienem usłyszeć części historii, które dotyczą, cóż, ciebie. No to dajesz. – Wbił w Snape'a wyczekujące spojrzenie.

Snape zajął miejsce naprzeciw niego. Może jednak sobie z tym poradzi. Przynajmniej zdoła wyjaśnić Regulusowi swoje osobliwe zachowanie i może nawet dojdą do jakiegoś wspólnego porozumienia pod względem tego, jak ta relacja powinna od teraz wyglądać.

– Sanktuarium zmusza do leczenia każdego, kto pojawi się w jego obrębie – powiedział, słysząc jak drwina zakrada mu się do głosu. – Czy im się to podoba czy nie.

– Ale ty go potrzebowałeś – powiedział Regulus.

Snape odetchnął przez zaciśnięte zęby, przypominając sobie, czemu zawsze ciężko mu się rozmawiało z Regulusem, kiedy był w tym nastroju. Rozbawienie Syriusza Blacka miało w sobie okrucieństwo, które często równało się temu okazywanemu przez Ślizgonów. Regulus nie był w żadnym razie niewinny, ale często, jak i teraz, pomijał subtelniejsze wątki w rozmowie, uwieszając się na tym, co uważał za rzeczywistość.

– Tu nie chodzi o to, czy go potrzebowałem czy nie – powiedział ostro Snape. – Radziłem sobie bez niego.

– Nie najlepiej.

Teraz już zęby zgrzytnęły mu o siebie, przez co Regulus gwizdnął cicho z sympatią.

– Musiało ci być naprawdę ciężko – powiedział, podbijając sobie dłoń na kolanie – kiedy zorientowałeś się, że otaczający cię ludzie nie dadzą się zastraszyć, czy przekonać ładnymi słowami, że nic ci nie jest.

Snape żałował w tym momencie, że nie ma daru parszywego spojrzenia, starożytnej zdolności do krzywdzenia innych samym łypnięciem.

– Byłem prześladowany przez sny – powiedział. – Mogłem wypić eliksir bezsennego snu, żeby ich uniknąć. Nie zrobiłem tego. Ale naprawdę ciężko było je znieść.

– Sny? – Regulus przechylił głowę, podnosząc brwi.

– Wspomnienia. – Snape powiedział mu też coś, co wolałby zachować dla siebie, ale nie był już w stanie znieść sceptycznego wyrazu twarzy Regulusa, jakby uważał, że każdy powinien być w stanie znieść byle sny. – Wspomnienia z czasów, które spędziłem jako śmierciożerca. Obecnie dośniłem do momentu, w którym udałeś się za tym cholernym medalionem, przez co Mroczny Pan poddał mnie torturom, bo wydawało mu się, że mogę coś wiedzieć na ten temat.

Regulus zassał z zaskoczeniem powietrze i wyprostował się w fotelu. Rozgoryczona satysfakcja Snape'a, że wywołał w nim jakąkolwiek reakcję, nie potrwała długo. To była słabość, pęknięcie w masce. Powinien był to znosić w milczeniu. Nie chciał, żeby Regulus się o tym dowiedział. Tylko Josephowi mówił do tej pory o swoich snach, a Joseph przynajmniej wiedział co oznaczały i był w stanie je z nim rzeczowo omówić. Snape odwrócił się.

– Wiesz przecież, czemu niczego ci nie powiedziałem – wyszeptał Regulus, niesamowicie łagodnym głosem. – Wiesz, Severusie. Nie byłem pewien twojej lojalności, a musiało mi się udać, w dodatku nie chciałem żebyś zginął, albo ucierpiał jeszcze gorzej, gdybyś jednak się czegoś ode mnie dowiedział i nie zdołał potem ukryć tego przed jego legilimencją.

– Do tego czasu – powiedział Snape, nie oglądając się na niego – już od roku ukrywałem przed nim fakt, że regularnie składałem raporty Zakonowi Feniksa.

Regulus prychnął.

– I kryłeś się z tym na tyle dobrze, że nie miałem najmniejszego pojęcia. – Uderzył ostro dłonią o coś, prawdopodobnie było podłokietnikiem, albo bezużytecznym, delikatnie zdobionym stolikiem, który jakiś debil postawił obok fotela. – Byłeś znakomitym aktorem, pamiętasz Severusie? Po prostu czasami korzystałeś ze swoich zdolności jednocześnie na oczach swoich wrogów i przyjaciół, przez co nikt nie był w stanie zauważyć różnicy. Ani przyjaciel, ani wróg.

Urwał. Snape siedział w ciszy, wbijając wzrok w podłogę. Czuł na sobie spojrzenie Regulusa.

– Naprawdę mi przykro, że musiałeś ponownie przez to przejść – zaoferował wreszcie cicho Regulus. – Ale uwierz mi, Severusie, nie uważam cię przez to w jakikolwiek sposób za słabszego i nie obchodzi mnie, jak teraz zaczniesz mnie przez to traktować.

Snape poczuł, jak ramiona mu się spinają.

– Jesteśmy przyjaciółmi – powiedział Regulus. – Nawet wtedy nimi byliśmy, nawet jeśli nie chciałeś tak tego nazywać. I nimi pozostaliśmy. A ja właśnie wróciłem z… miejsca, w którym dowiedziałem się naprawdę okropnych rzeczy, o których będę musiał zaraz opowiedzieć Harry'emu. – Do głosu zakradła mu się nuta tak głębokiego żalu, że Snape już musiał się na niego obejrzeć. Miał strasznie zmęczoną twarz, a pod oczami rozciągały mu się kręgi, niczym popołudniowe cienie. – Chcę przyjaciela. Potrzebuję przyjaciela.

– Zmieniłem się – ostrzegł go Snape, co przyszło mu cokolwiek ciężko, ale szybko zastanowił się nad tym określeniem. – Nie. Wciąż się zmieniam. Kiepskie ze mnie towarzystwo…

– Czyli to się nie zmieniło. – Regulus miał czelność wyszczerzyć się do niego.

Snape potrząsnął głową z frustracją.

– Nie. W pewnej chwili było ze mną tak źle, że zaatakowałem jednego z wilkołaków Harry'ego, Regulusie. Nie zachowywałem się jak opiekun, ale kolejne bezsilne dziecko, którym Harry musiał się zająć. Powoli robimy kroki w kierunku ponownego nawiązania więzi ojca i syna, ale…

– Wiem, że się zmieniasz – przerwał mu spokojnie Regulus. – Wszyscy się stale zmieniają, Severusie. Do czego tak naprawdę doszło, to że wreszcie zmuszono cię do zauważenia, że to przytrafia się i tobie. – Zaoferował mu swoje ramię. – A teraz pozwól. Wiem, że Draco uprze się przy wysłuchaniu wszystkiego, co mam Harry'emu do powiedzenia. Uważam, że to po prostu sprawiedliwe, żeby jego ojciec również mu przy tym towarzyszył i był w stanie pocieszyć go w chwili kryzysu.

Snape wywrócił oczami i złapał Regulusa pod ramię. Wiedział, że gdyby tego nie zrobił, Regulus ruszyłby za nim, przez całą drogę oferując mu swoje ramię, przez co obaj wyglądaliby kompletnie niedorzecznie.

A potem uszy dogoniły mózg i zatrzymał się nagle.

– Czasu jakiego kryzysu? – zapytał wymagająco, przemykając wzrokiem po twarzy Regulusa. – Czegoś ty się dowiedział w tych obrazach?

Regulus uśmiechnął się słabo i z goryczą, która bardziej pasowała do jego śmierciożerczych czasów, niż obecnych.

– Złych wieści – powiedział.


Regulus poprosił, żeby spotkali się w jednym z gabinetów w Srebrnym Lustrze, poświęconym książkom dotyczącym mrocznych zastosowań świetlistych zaklęć. Harry kompletnie wypatroszył tam jedną z półek dotyczących magii leczniczej, kiedy wydawało mu się, że śmierciożercy mogliby zwrócić przeciw nim zaklęcia medyczne na polu bitwy, ale wszystkie pozostałe książki wciąż tam były. Harry kręcił się przy półkach, wyglądając czegokolwiek interesującego, podczas gdy Draco pozostał przy drzwiach, siedząc w fotelu znajdującym się naprzeciw wejścia.

Jego głośne westchnienie sprawiło, że Harry obrócił się szybko, wznosząc magię wokół siebie. Zobaczył, jak Snape i Regulus zamierają w progu, patrząc na Dracona, który zerwał się na nogi i wycelował różdżką.

W Regulusa, zorientował się Harry z irytacją. Westchnął i zrobił krok przed siebie.

– Draco…

– Spójrz na podłogę, Harry. – Głos Dracona był spięty i zduszony. – Na jego cień.

Harry spojrzał. Zamrugał, kiedy cień Regulusa faktycznie wydawał się cienki i rozciągnięty, ale to prawdopodobnie przez wiele lamp, które oświetlały gabinet. Wzruszył ramionami.

– Co z nim? Draco, nie ro…

Regulus zrobił krok przed siebie.

I wtedy Harry zobaczył. Cień Regulusa podążył za nim posłusznie, jak każdy cień powinien, ale nie był już ludzkiego kształtu. Zamiast tego kroczył za nim czarny pies.

Ponurak. Omen śmierci.

Harry poderwał wzrok na twarz Regulusa i zagapił się. Regulus zatrzymał się i patrzył na niego spokojnie, ignorując różdżkę Dracona, ignorując sposób, w jaki Snape puścił jego ramię i odsunął się z warknięciem.

– Miałem zamiar ci o tym powiedzieć – zaczął Regulus. – Po prostu nie uważałem, żeby poprzednia noc była do tego najlepszym momentem. Chciałem, żebyśmy po prostu spędzili ją radośnie, Harry, przynajmniej przez kilka godzin. – Harry jeszcze nigdy nie widział na jego twarzy równie smutnego uśmiechu. – Zanim zostanę zmuszony do odebrania ci tego szczęścia.

– Łże jak pies – syknął Draco. – To nie jest prawdziwy Regulus. Spójrz na niego, Harry. Czy Regulus kiedykolwiek brzmiał w ten sposób? Wyglądał w ten sposób?

Harry w dalszym ciągu przyglądał się oczom Regulusa, zamiast odpowiedzieć Draconowi. I wciąż widział w tych szarych oczach światło, iskrę kiedyś znanego mu człowieka. Wiedział, że to był prawdziwy Regulus, po prostu…

– Wyglądałby tak, gdyby przyszło mu dorosnąć, Draco – powiedział miękko Harry, nawet na moment nie przerywając kontaktu wzrokowego z Regulusem. – Gdyby spotkał w tych obrazach coś, co kompletnie zmieniło mu światopogląd. – Zamilkł na dłuższą chwilę, po czym dodał: – Ale i tak powinieneś wyjaśnić swój psi cień.

– Tak zrobię. – Regulus podszedł do ustawionych w trójkąt foteli. – Czy możecie być tak mili, panowie, i zająć swoje miejsca?

Snape usiadł, ale na twarzy miał wyraz tak dogłębnej i osobistej zdrady, że Harry aż się skrzywił i odwrócił wzrok. Draco pozostał na nogach. Harry obszedł go i położył dłoń na jego prawym ramieniu, delikatnie go głaszcząc i mamrocząc bezsensowne, kojące słowa. Draco zadrżał i oparł się bardziej na piętach, przyciskając plecy do piersi Harry'ego. Nie opuścił różdżki, ale przynajmniej Harry mógł być pewien, że nie przeklnie zaraz kogoś bez ostrzeżenia.

Kiwnął do Regulusa głową.

Regulus nabrał głęboko tchu i sięgnął po swój lewy rękaw, po czym zaczął go podwijać. Następnie wyciągnął rękę przed siebie i pokazał ją Harry'emu.

Harry martwił się, że zobaczy Mroczny Znak, otoczony infekcją, w ogóle nie wyleczony, mimo że Regulus powiedział mu wczoraj coś innego. Ale znak nie był niczym otoczony. Byłoby to dla niego wyjątkowo ciężkie, ponieważ w ogóle go nie było.

Zamiast tego, w tej samej czerni w jakiej kiedyś widniał wąż z czaszką, na przedramieniu Regulusa lśnił pies. Harry musiał przyznać, że ten wzór był wyjątkowo dobrze wykonany. Był w stanie zobaczyć poszczególne kosmyki futra, a ciemne ślepia psa – Ponuraka – wydawały się wyjątkowo niepokojące.

– Pierwszy obraz wyleczył mnie z infekcji – powiedział cicho Regulus. – Pod tym względem cię nie okłamałem, Harry. Drugi… – Zerknął na Dracona i Snape'a. – Niewiele mogę powiedzieć o jego naturze w obecności ludzi, którzy nie są dziedzicami Blacków. Ale powiedziałem ci, że potocznie nazywa się go obrazem egzekucyjnym.

– Czyli cię zabił – powiedział Draco i zaczął odsuwać się od Harry'ego, usiłując znaleźć się między nim a Regulusem. – Zabił cię i przysłał tu z powrotem twoje martwe ciało, zamiast prawdziwego Regulusa. Wiedziałem.

Na twarzy Regulusa pojawiło się przez chwilę szczere zaskoczenie, ale szybko zostało zastąpione szczeknięciem śmiechu. Harry odniósł wrażenie, że jego echa niosły się nieco zbyt długo, jakby gdzieś w oddali znajdował się zawodzący pies.

– Myślisz, że jestem inferiusem? Nie, Draco. Nie zginąłem tam. Ale spotkałem Śmierć.

– I jak ci poszło? – zapytał Harry, nieustannie przerzucając wzrok między psim cieniem Regulusa i jego znamieniem.

– Jak mówiłem, nie mogę zbyt wiele ci powiedzieć przy takiej publiczności – mruknął Regulus. – Ale w tym przypadku najbardziej odpowiednim określeniem byłoby „jak ci z nią poszło", Harry. W świecie, do którego zabrał mnie obraz, była kobietą. I to bardzo, bardzo okrutną.

Zadrżał, po czym pokręcił głową i ogłosił:

– Skoro żaden z was nie chce usiąść, to sam to zrobię. – Zajął fotel obok Snape'a, pozornie nie zwracając uwagi na wbite w siebie spojrzenia. Różdżka Dracona śledziła go. Harry spróbował się odsunąć i zająć inne miejsce, ale Draco zacisnął wolną rękę na kołnierzyku jego szaty. Harry wywrócił oczami i pozostał na miejscu. Jeśli poczuje się od tego lepiej.

– I to ona zmieniła ci cień i znak? – zapytał Harry.

Regulus kiwnął głową.

– Żebym nie zapomniał czasem o naszej umowie. Zawarła ze mną układ, Harry. Nie mogę powiedzieć ci o wszystkich warunkach. Jak już wspomniałem, niewłaściwa publiczność. Ale w zamian za to – ponownie podniósł lewe przedramię – otrzymałem wiedzę, której potrzebowałem. – Harry odniósł wrażenie, że Ponurak zaczął się wić i wyginać w świetle lamp. – Jestem teraz własnością Śmierci. Jeśli kiedykolwiek usłyszę w moim znamieniu zew, to będę musiał się go posłuchać. – Wziął głęboki oddech, widocznie zbierając się w sobie. – Umrę, kiedy mnie do siebie wezwie.

Harry zacisnął pięść, przez co Draco zamamrotał pod nosem i przesunął się, bo Harry nagle mocno zmiął mu szaty.

– Czy to jest jak dar nekromancji? – zapytał. – Czy wiesz, kiedy umrzesz i po prostu nie możesz nam powiedzieć?

Regulus momentalnie pokręcił głową.

– Nie, Harry. Nic w tym stylu. Mogłaby zawołać mnie do siebie za pięć minut, albo za sto lat. Obiecuję. Niczego pod tym względem przed tobą nie kryję. – Uśmiechnął się szerzej, przez co Harry musiał już uznać jego minę za szczerą. Nie sądził, żeby nawet Regulus był w stanie wyglądać tak pogodnie, gdyby zdawał sobie sprawę z szybko nadciągającej śmierci. Nie zauważył też nigdy żadnych oznak, które świadczyłyby, że Regulus był dobrym kłamcą. Nawet kiedy krył się z faktem, że wiedział o medalionie, to i tak bardziej kłamał przez niedomówienie, zamiast wypierać się tego wprost. – Dlatego to tak na dobrą sprawę niczym nie różni się od tego, co wszyscy wiedzą o własnej śmierci. Mój przypadek jest… po prostu bardziej osobisty od innych.

Harry kiwnął głową, usiłując zignorować tętnienie pulsu w gardle.

– I w zamian otrzymałeś wiedzę, której potrzebowałeś.

– Tak.

– No to co to było? Czy medalion i pamiętnik były broniami Voldemorta, czy czymś jeszcze innym?

Regulus pochylił głowę i złapał za podłokietniki swojego fotela. Kiedy wreszcie podniósł wzrok, odezwał się cichym i pozbawionym fleksji tonem, który brzmiał, jakby wielokrotnie przećwiczony.

– One nazywają się horkruksami, Harry. To fizyczne przedmioty, zawierające w sobie odrobinę duszy swojego twórcy. Ekstremalnie mroczna magia. Można je wzmocnić wyłącznie za pomocą morderstwa. Morderstwo dzieli duszę rzucającego na kawałki, dzięki czemu może ją pochwycić i schować w… czymś w miarę możliwości niezniszczalnym. Takie fragmenty są w stanie rozwinąć w sobie odrębne osobowości i często do tego właśnie dochodzi. Dlatego właśnie spotkałeś Toma Riddle'a w pamiętniku, albo dlaczego fragment Voldemorta zdołał opętać mojego brata. Horkruksy żyją i to nie tylko na sposób, w jaki okazuje to zegar rodzinny, czy monitor wrogów. Mają własną inteligencję i ludzką świadomość. Nie posiadają całej wiedzy swojego twórcy. Tom Riddle miał szesnaście lat, kiedy Voldemort stworzył ten pamiętnik, więc fragment jego duszy pozostał w tym wieku. Są jednak w stanie uczyć się na własną rękę, o ile zyskają kontakt z kimś z zewnątrz, albo kogoś opętają. Mogą też wyhodować sobie kompletnie nowe ciało.

Harry zamknął oczy. Przypomniał sobie szare wybrzuszenie wyrastające z boku Syriusza, opętanie które Syriusz zakończył swoim samobójstwem. Pamiętał jak Tom Riddle usiłował osuszyć Connora i Harry'ego z magii, żeby mógł w stanie ponownie żyć poza stronami pamiętnika, albo czyjegoś umysłu. Och tak, Harry'emu dobrze były znane potrzeby i pragnienia horkruksów pod względem ciał.

– I w ten właśnie sposób Voldemort stał się nieśmiertelny – ciągnął dalej Regulus nieugiętym, cichym głosem. – Każdy z horkruksów zawiera kawałek jego duszy, podczas gdy jego ciało zawiera w sobie ostatni. Śmierć pokazała mi numer siedem. To ma sens. Siódemka jest magicznie potężną liczbą. Podzielił swoją duszę na siedem kawałków – po jednym na sześć horkruksów i ostatni dla siebie. Nie mógł, oczywiście, pozostawić własne ciało bez choćby odrobiny. Ale w ten właśnie sposób przeżył, kiedy odbiłeś jego klątwę zabijającą, Harry. Zniszczyłeś mu ciało i klątwa zwykle rozwiałaby również duszę, ale ten fragment był już tak niewielki, że nie zdołała go trafić. Uciekł więc i ukrył się, po czym opętał Quirrella – praktycznie robiąc z niego horkruks, tylko że ta część miała w sobie więcej inteligencji i wiedzy od wszystkich pozostałych i zawsze wiedziała, co się jej przytrafiło. A teraz wrócił w pełni sił, ale wciąż ma w sobie tylko ten jeden, niewielki kawałek duszy.

Harry otworzył oczy i zobaczył, że Regulus przygląda mu się z powagą.

– Właśnie dlatego rzucona przez ciebie Avada Kedavra w Komnacie Tajemnic nie podziałała, Harry. Będzie żył – o ile można nazwać to życiem – póki istnieje przynajmniej jeden z jego horkruksów.

– Czyli musimy znaleźć i zniszczyć pozostałe – powiedział Harry.

Regulus przytaknął.

– Jeszcze cztery.

Regulus ponownie przytaknął.

Harry zadrżał lekko. Walki z Tomem Riddle'em i Voldemortem opętującym Syriusza były nieziemsko trudne. Być może kolejne okażą się łatwiejsze, ponieważ był już starszy i wiedział czego się spodziewać, ale nie bardzo na to liczył. Niech nam Merlin pomoże, jeśli pozostałe cztery horkruksy spróbują wyhodować sobie ciała.

– Czy wiesz, czym są? Gdzie?

– Śmierć zawarła ze mną układ – powiedział Regulus, wyglądając na zdegustowanego. – To nie była wyprzedaż. Zaoferowała mi wiedzę, czym były, albo gdzie były, ale nie oba na raz. – Westchnął. – Poprosiłem o lokacje, Harry. Uznałem, że niewiele by nam się przydała świadomość tego jak wyglądały, gdybyśmy nie wiedzieli, gdzie Voldemort je ukrył. Ostatecznie gdybym dowiedział się tylko o istnieniu medalionu, a nie o naturze otaczających go pułapek, to nigdy nie udałoby mi się go ukraść.

Harry kiwnął zachęcająco głową. W uszach mu szumiało. Zawsze się zastanawiał, na czym polegała tajemnica nieśmiertelności Voldemorta i jak, na Merlina, uda im się to odkryć. A teraz odpowiedź znajdowała się niemal w ich zasięgu. Nawet częściowa wiedza była lepsza od żadnej.

– Nawet wówczas usiłowała oszukiwać, przynajmniej na tyle, ile była w stanie – powiedział Regulus. – Pokazała mi cztery obrazy, ale tylko dwa z nich wydawały się jakkolwiek użyteczne. Jeden przedstawiał Hogwart. Drugi pokazywał biurko stojące w jakimś starym pokoju, który wyglądał na mugolski… pewnie gdzieś w Londynie, ale nie byłbym w stanie powiedzieć tego na pewno nawet, gdybym zobaczył ten budynek z zewnątrz. Większość mugolskich domów wygląda dla mnie tak samo. Trzecie miejsce było jakieś ciemne, jakby nora czy coś, ale nie byłem w stanie zobaczyć żadnych szczegółów…

– A czwartym był ciemny dom – dokończył Harry, czując jak na skórze pojawia mu się gęsia skórka. Takie same obrazy pokazał mi ptak. To właśnie starał się mi przekazać.

Regulus zamrugał na niego.

– No, tak, znaczy, prawie. Właściwie to była chata, praktycznie szopa, otoczona drzewami. Stała na wzgórzu. – Zadrżał. – Wydawała się najbardziej niepoważną i wrażliwą kryjówką, ale mam wrażenie, że Voldemort naprawdę porządnie ją ochronił. Aż widziałem skaczące wokół niej klątwy.

I Harry zrozumiał nagle, gdzie musi znajdować się jeden z horkruksów i przeklął się za to, że nie zorientował się już wcześniej.

– Chata – wyszeptał, obracając się do Snape'a. – Ta chatka przy domu Riddle'ów, obok Little Hangleton. Pamięta pan? Minęliśmy ją po drodze na cmentarz w poprzednie zimowe przesilenie. Miała tak potężne osłony i pułapki, że nawet nie próbowałem ich przełamać. Poza tym wtedy po prostu pomyśleliśmy, że to dziwne i nie zwróciliśmy większej uwagi.

Twarz Snape'a na chwilę straciła wszelki wyraz, po czym pojawiło się na niej zaskoczenie. Po chwili zostało ukryte surowością, a Snape kiwnął głową.

– Mroczna magia – mruknął. – Potężna mroczna magia, chroniąca coś, co wyglądało na ruiny. Teraz już wiemy czemu.

– Czemu pozostawił po sobie zaklęcia, ale nie czemu wybrał takie właśnie miejsce. Być może gdybyśmy zdołali to ustalić, to łatwiej przyszłoby nam odkryć położenie innych. – Harry obrócił się z powrotem do Regulusa. – Śmierć pewnie nie wyjawiła ci, czemu Voldemort zdecydował się schować coś tak ważnego w tych konkretnych miejscach?

Regulus pokręcił głową.

– Jak już powiedziałem, zaoferowała mi tak niewiele wiedzy, jak tylko była w stanie. Cieszę się, że rozpoznałeś ten domek i że sam byłem w stanie rozpoznać Hogwart. Nie wiem jednak, co zrobić z pozostałymi dwoma.

– Chyba mam pewien pomysł – mruknął Harry, myśląc o tym szybko. Ptak mógłby pomóc. Być może. Bo gdyby naprawdę chciał pomóc, to już dawno powiedziałby mi o horkruksach i czym właściwie są. Przecież wyraźnie zdaje sobie z nich sprawę. Ale zagadam go o to, jak pojawi się następnym razem. – Dziękuję, Regulusie. Nie… Przyznam, że wciąż nie podoba mi się, że zaryzykowałeś dla czegoś takiego życiem. – Spojrzał Regulusowi w oczy. – Ale naprawdę niesamowicie nam pomogłeś. Dziękuję.

– Powiedziała mi jeszcze coś – powiedział cicho Regulus.

Harry momentalnie się spiął. Dłonie Regulusa zaciskały się na podłokietnikach, jakby usiłował utrzymać się w fotelu w samym środku huraganu. Harry przełknął dwukrotnie ślinę, zanim zdołał wycisnąć z siebie słowo.

– Co? – wyszeptał.

Draco oparł się znowu o niego i przechylił głowę, dzięki czemu mógł położyć policzek na ramieniu Harry'ego i zaczął szeptać niemal bezgłośne, kojące słowa. Harry prawie nie zwracał na niego uwagi. Pocił się, przez co miał wrażenie, jakby skóra pokryła mu się śluzem, a oddech przyśpieszył w miarę przyglądania się Regulusowi.

Regulus długo się wahał, aż w końcu Harry chciał się już na niego wydrzeć, żeby się nieco pośpieszył. Ale wreszcie się odezwał.

– Voldemort wiedział, że nie zdoła ochronić horkruksów przed każdym możliwym fizycznym zagrożeniem – wyszeptał. – Pomysłowy wróg zawsze mógłby wpaść na sposób zniszczenia, który nie przyszedł mu do głowy. Dlatego też nie dość, że ochronił je przez typowymi klątwami, ale też rzucił zaklęcie należące do rodziny arbitralnych, których nawet twórca nie jest w stanie cofnąć, zakończyć, czy przełamać na sposób, który nie został odgórnie ustalony. – Wbił spojrzenie w Harry'ego. – To może być nawet coś tak prostego jak klątwa kichania, którą można cofnąć wyłącznie za pomocą Finite Incantatem. Trzeba by było rzucić Finite, bo nawet zatkanie komuś nosa by nie podziałało, i tak kichałby dalej. A klątwa Voldemorta oznacza, że horkruksy można zniszczyć wyłącznie, jeśli ktoś przy tym zginie, poświęcając się dobrowolnie albo z intencją zniszczenia horkruksa, albo z miłości wobec osoby, która chce go zniszczyć.

Harry zagapił się na niego, po czym pokręcił głową.

– Ale to nie…

Syriusz. Sylarana.

Harry zamarł, słowa przykleiły mu się do gardła, a wspomnienia rozgorzały w głowie. Syriusz rzucił na siebie klątwę zabijającą, zginął z własnej woli, poświęcił się przez wzgląd na miłość wobec Harry'ego i Connora, jak i chęć powstrzymania Voldemorta przed powrotem w ten sposób na świat. Jego ostatnie cztery słowa przed rzuceniem Avada Kedavry były pożegnaniem z nimi.

I byłby w stanie zobaczyć, gdyby tylko zamknął oczy, Sylaranę odwijającą mu się z ręki i skaczącą w kierunku bazyliszka, jej wrzask wciąż rozbrzmiewał mu w uszach. Mój! Mój człowiek! Chronię go przed innymi wężami!

A potem świat zadrżał i rozpadł się, a on znowu siedział na zajęciach Acies z obrony przed mroczną magią w zeszłym roku. Jej słowa o poświęceniu z własnej woli krążyły mu w głowie niczym ptaki łowne.

Poświęcenie życia, kończyna odcięta z własnej woli, przywilej poddany bez narzekania, wszystko to tworzy kształt i rdzeń poświęceń, którym ufa większość czarodziejów. Bez tego kształtu i rdzenia, poświęcenie jest zwykle postrzegane jako zła, a w najlepszym przypadku, wątpliwa magia. Co można osiągnąć z krwią, ciałem i innymi rzeczami nie poddanymi z własnej woli? Naprawdę wiele, ale nie tak wiele jak można by zyskać, gdyby poddano je z własnej woli. Wola czarodzieja dodaje potęgi zaklęciu, eliksirowi, czy rytuałowi, przeprowadzonemu z chętnym poświęceniem. Ten, dla którego poświęcenie zostało przeprowadzone, sam staje się bardziej potężny, gotów do działania. Być może nawet zdolny do przetrwania dowolnej burzy, która mogłaby nastąpić po tym poświęceniu.

I nawet zastanawiał się, czy poświęcenia Syriusza i Sylarany sprawiły jakąś różnicę w późniejszej walce z Voldemortem.

Sprawiły. To dzięki nim w ogóle okazały się możliwe.

Harry potrząsnął głową. Zdawał sobie sprawę z tego, że odsunął się od Dracona, że obił się o ścianę, że zawadził o coś kostką, pewnie o nogę fotela. Nie myślał teraz o tym. Miał to gdzieś. Jedyne, co przychodziło mu do głowy, to wyparcie się tego, co właśnie usłyszał od Regulusa.

– Nie – wyszeptał.

– Tak. – Nastąpiło ciche skrzypnięcie – pewnie Regulus za mocno zacisnął rękę na podłokietniku. – Przykro mi, Harry. Nie ma innego wyjścia. Śmierć jest okrutna, ale Voldemort przebija ją pod tym względem. Jeśli masz zniszczyć horkruksy, to będzie musiała zginąć przy tym czwórka kochających cię ludzi.

Harry usłyszał, jak jego oddech ucieka z niego z jękiem. Najgorsze w tym wszystkim, najgorsze w tym było to, że faktycznie miał wokół siebie ludzi, którzy nawet byliby skłonni się tego podjąć i poddać dla niego życie.

To nie… nie tak miało być. Tylko ja miałem się poświęcać. Czemu oni by mieli? To jest walka między mną a Voldemortem. Nie podejmuję się jej sam, ale czemu ktoś miałby towarzyszyć moim poświęceniom? Czemu ktokolwiek miałby to zrobić?

– Albo zginąć z intencją zniszczenia horkruksa – powiedział ostro Snape gdzieś ponad szumem w uszach Harry'ego. – Przecież sam to powiedziałeś.

– Owszem – zgodził się Regulus. – Tak czy inaczej Harry niemal na pewno będzie musiał być tego świadkiem. Voldemort przypieczętował swój los, robiąc z Harry'ego swojego magicznego dziedzica i przekazując mu dar absorbere. Jest w stanie wchłonąć magię horkruksa, która zostanie po poświęceniu i w ten sposób zniszczyć kawałek duszy, albo po prostu rozwalić przedmiot. Bez magii i jakiejkolwiek magicznej kotwicy, dusza po prostu się rozwieje.

Harry przypomniał sobie, jak po zniszczeniu pamiętnika, dusza Toma Riddle'a rozwijała się, malejąc i kurcząc, aż w końcu zniknęła.

To było…

To było niesprawiedliwe. To było podłe. Ale zrobi wszystko, co będzie w jego mocy, żeby upewnić się, że takim nie pozostanie.

– Nie wierzę, że rozmawiacie o tym, jakbyśmy tak właśnie mieli walczyć w tej wojnie – powiedział, odsuwając rękę od twarzy i patrząc gniewnie na Snape'a i Regulusa. – Bo nie będziemy. Znajdziemy jakiś sposób, żeby to obejść. Musi coś się znaleźć.

– Nie ma innego wyjścia – powiedział Regulus łagodnym głosem. – Przykro mi, Harry, ale tę konkretną arbitralną klątwę można zniszczyć wyłącznie dzięki poświęceniu z własnej woli, jak ci to opisałem.

– Może Śmierć cię okłamała – postawił się Harry. – Przecież sam przyznałeś, że była okrutna.

– To możliwe – powiedział Regulus. – Ale wówczas okłamała by mnie również pod względem ich położenia, podczas gdy wygląda na to, że one były ci już znane z jakiegoś innego, niezależnego ode mnie źródła. Poza tym wszystkie inne informacje, jakie moi przodkowie wynosili z tego obrazu, okazywały się prawdziwe.

Draco nagle znalazł się przed Harrym i przytulił go. Harry położył głowę na jego ramieniu, ale nie przestał łypać na Regulusa i Snape'a.

– Nie mam… nie dopuszczę do tego, żeby ludzie umierali po prostu dlatego, że mnie kochają – powiedział surowo. – Nigdy więcej takich poświęceń. Znajdziemy na to sposób.

– A co, jeśli go nie ma? – zapytał cicho Regulus. – Znamy sposób na zniszczenie Voldemorta, Harry. Wiemy, że działa. Podziałał już dwukrotnie. Też podchodziłbym do tego sceptycznie, gdyby tak się zdarzyło tylko w przypadku Sylarany albo mojego brata, ale mamy już dwa takie przykłady. Za pierwszym razem Tom Riddle zniknął po śmierci twojej wężycy. Za drugim, fragment Voldemorta zdołał przeskoczyć do ciała Rudolfa – być może dlatego, że był starszy i miał więcej doświadczenia w opętaniu – ale jak tylko go zniszczyłeś, to przepadł. Czy naprawdę ośmielimy się zignorować wszystkie wnioski, jakie się z tym wiążą? Czy będziemy woleli pozwolić Voldemortowi na sianie zniszczenia tylko dlatego, że nie potrafimy pogodzić się z własną śmiercią?

– Poddam własne życie – powiedział stanowczo Harry. Zignorował piorunujące spojrzenie Snape'a i ramiona Dracona, które ścisnęły go tak mocno, że prawie pozbawiły tchu. – Poddam swój wolny czas, naukę zaklęć, które nie są związane z mrocznymi sztukami, albo sposobami na zniszczenie horkruksów, zrezygnuję z nauki w szkole. Ale nie dopuszczę do tego, żeby ludzie ginęli tylko dlatego, że mnie kochają.

– Nawet jeśli chcą to zrobić z własnej woli? – powiedział Regulus. – Pamiętaj, Harry, to musi być z własnej woli, jeśli ma zadziałać. Kompletnie z własnej. Wróg nie byłby w stanie rzucić na nas Imperio i zażądać od nas poświęcenia za horkruksa. To nie działa nawet w przypadku innych sytuacji, w których potrzebne jest dobrowolne poświęcenie; magia po prostu tego nie akceptuje. Dlatego to zależy od naszej wolnej woli. Czy nie powinieneś tego uszanować? Jako vates?

Harry zdał sobie sprawę z tego, że płakał, ale nie był w stanie otrzeć łez, bo ramię Dracona stało na drodze jego własnego. Ale Merlinie, jak on nienawidził płakać, okazywać słabość przed wszystkimi. Przecież to oni mieli ponieść koszt tego poświęcenia, rozmawiali właśnie o ich śmierci.

– Nie jestem… nie jestem wart takiego oddania – powiedział. – Regulusie, nikt by nie był. Chyba to rozumiesz? Nie mogę tego od kogoś zażądać.

– Żądanie też by nie podziałało. – Głos Regulusa był niczym woda opadająca na kamienie i drążąca w nim dziurę, niczym głos Josepha. – To zawsze, zawsze musiałby być nasz wybór.

Nie.

– Po prostu… chcę popracować nad odnalezieniem jakichś sposobów na ominięcie tego. – Harry przesunął się, żeby wtulić twarz w bark Dracona i otrzeć nieco łzy. – Ale nie chcę po prostu powiedzieć ludziom, że mają się pozabijać dla dobra pokonania Voldemorta i tyle.

To nieprawda. To nie może być prawda. Błagam, niech to nie będzie prawda. Kochanie mnie i tak już prowadzi ludzi na śmierć, ilekroć podążają za mną do bitwy. Błagam, niech to się nie sprawdzi.

– Przeprowadzimy własne badania, Harry – powiedział Regulus. – Nigdy nie proponowałbym, żebyśmy wszyscy zaczęli popełniać samobójstwa tylko dlatego, że Śmierć to zasugerowała. Musimy też przecież znaleźć horkruksy i przełamać chroniące je zaklęcia. Ale jak już je znajdziemy…

Harry potrząsnął dziko i uparcie głową, przez co Regulus umilkł z cichym westchnieniem. Harry stał tam jeszcze przez chwilę z mocno bijącym sercem, po czym łagodnie odstąpił od Dracona, wysuwając się z jego objęć.

– Chciałbym teraz pobyć przez chwilę sam – powiedział, po czym wyszedł z pokoju, zanim ktokolwiek zdążył zaprotestować.


Pięć godzin później Harry stał na niewielkiej wieży, wznoszącej się ponad Srebrnym Lustrem, w której jakiś przodek Blacków wybudował obserwatorium. Przyglądał się gwiazdom z twarzą skrzywioną z determinacji.

Musi istnieć jakieś wyjście. Po prostu musi. W czasie bitew i tak zginie znacznie więcej, niż tylko czwórka kochających mnie ludzi. Nie dopuszczę, żeby dołączyły do tego jeszcze cztery samobójstwa.

Wydawało mu się, że spędził w tej wieży wystarczająco wiele czasu, żeby wreszcie móc postawić się przeciw przebiegłemu, cichemu głosowi, który szeptał mu z tyłu głowy i brzmiał zdecydowanie zanadto jak Joseph.

Powiedziałeś, że dopuściłbyś do samobójstwa, gdyby było z własnej woli. Zszedłbyś z drogi nawet Draco, gdybyś uwierzył, że nie został do tego w jakiś sposób przymuszony.

Harry przywalił dłonią w poręcz balkonu, biegnącego wokół wieży. Magia rozwaliła ją na kawałki, więc Harry nabrał głęboko tchu, przywołał z powrotem wszystkie elementy i rzucił Reparo.

To co innego. Takie samobójstwo popełniliby, ponieważ sami by tego chcieli. Albo takie jak to Lokiego, które wzmocniło innych.

Ale ja… nie chcę, żeby ludzie dla mnie umierali. Nie zaakceptuję tego. Musi istnieć jakiś sposób. Sylarana i Syriusz byli gotowi się dla mnie poświęcić, ale przecież Sylarana sobie tego nie zaplanowała. Więc może jednak będzie jakieś obejście. Musimy to sprawdzić.

Nie jestem wart tego, żeby ktoś w ten sposób się dla mnie poświęcał. Bitwa to co innego, bo tam wszyscy znajdują się w takim samym zagrożeniu, ale coś takiego? Nie. Nie. Nie pozwolę.

Harry zamknął oczy, po czym obrócił się szybko od poręczy i wszedł z powrotem do domu.

Znajdą jakiś sposób na obejście tego... tego potwornego zaklęcia Voldemorta i wtedy nikt nie będzie musiał dla niego umierać.

Mogę sam się poświęcać. Jestem do tego przyzwyczajony. Ale to niesprawiedliwe, podłe i niesłuszne, oczekiwać od kogoś poświęceń tylko dlatego, że mnie kochają. Draco zasługuje na coś lepszego. Snape i Connor zasługują na coś lepszego. Regulus zasługuje na coś lepszego. Wszyscy moi sojusznicy zasługują na coś lepszego.

Nie jestem tego wart.