OSTRZEŻENIE: Sugestie ogromnego gore. Wiem, że ciężko wywołać w Was ciarki, ale zdaję też sobie sprawę z tego, że niektórzy czytelnicy są bardziej wrażliwi.
Dodatek: Wyparcie
To właśnie wtedy.
To właśnie wtedy, kiedy klęczał ze spuszczoną głową i wzrokiem wbitym w podłogę…
Jego Pan zakazał mu patrzenia. I choć Severus Snape przynajmniej już od roku nie przejmował się rozkazami swego Pana, a przynajmniej nie mentalnie, to teraz klęczał, nie patrzył i słuchał.
To właśnie wtedy.
To właśnie wtedy, kiedy usłyszał rozdzierające się skórę i mięśnie, kiedy klątwa szczurzego pazura przemykała w górę i w dół po ciele Regulusa, jakby była strumieniem krwi samym w sobie…
Mroczny Pan nieczęsto korzystał z klątwy szczurzego pazura. Naśladowała szczury stopniowo żywiące się ciałem ofiary. Nie zabijała, nie osuszała z krwi i była w stanie trwać dłużej od dowolnej innej klątwy bólu. Jak tylko ofiara słyszała inkantację, wiedziała że czekają ją długie godziny cierpienia. Crucio było w stanie przełamać co wrażliwsze umysły po zaledwie trzech minutach ciągłego aplikowania, a większość bolesnych klątw zwykle znikała po dziesięciu minutach, ale szczurzy pazur trwał i trwał i trwał.
To właśnie wtedy.
To właśnie wtedy, kiedy wiedział, że Voldemort karał Regulusa za zbrodnię, o której Snape nie miał pojęcia i której kompletnie nie rozumiał…
Nie pojmował, jak Regulusowi, ze wszystkich ludzi, udało się utrzymać coś takiego w tajemnicy. Przecież Regulus nie umiał kłamać. Unikał konfrontacji i korzystał ze swojego statusu krwi, ile tylko mógł i niechętnie zabijał, ale ponieważ nie starał się zyskać prestiżu i potęgi wśród śmierciożerców, to większość z nich i tak się nim zwykle nie przejmowała. Nikomu nie chciało się go torturować, bo wiedzieli że ich Pan nie byłby szczególnie zadowolony, gdyby przypadkiem im umarł w czasie zabawy, pozbawiając tym Dom Blacków dziedzica, a Mrocznego Pana dostępu do ich rzadkich artefaktów. Regulus zbyt często udawał się do Snape'a, był zbyt rozmowny. To, że udało mu się powstrzymać przed odwiedzeniem Snape'a i porozmawianiem z nim o tym, było nie do pomyślenia.
To właśnie wtedy.
To właśnie wtedy, kiedy Regulus wygiął plecy w łuk i wrzeszczał i wył i skrzeczał, a Snape zdawał sobie sprawę, że jedyna osoba, o której w ogóle myślał od czasu przyłączenia się do śmierciożerców cierpiała, cierpiała i nie przeżyje…
To właśnie wtedy sercem tak naprawdę porzucił Voldemorta i przyjął coś w rodzaju osobistej lojalności wobec Dumbledore'a.
To nie była dobroć. To nie było współczucie wobec szlamowatych i mugolskich ofiar śmierciożerców. To nie było ponowne ukształtowanie się jego sumienia, zerknięcie na przeszłość i odczucie odrazy na myśl o własnym udziale. To nie było nagłe olśnienie, w czasie którego odwiedziło go samo Światło, nakłaniając do odsunięcia się od Mroku. Wiedział, że niektórzy członkowie Zakonu Feniksa tak uważali. Wiedział, że Albus też chciał tak o tym myśleć i Snape pozwoli mu użyć na sobie legilimencji i zobaczyć mniej więcej taką odpowiedź. Ale to nie było nic wspaniałego, szlachetnego, czy filozoficznego.
To była czysta, niczym nie skażona odraza, że jedyna nuta gracji, jaką znalazł pośród śmierciożerców, była właśnie wyrywana ze swojej skorupy.
To właśnie wtedy i wyłącznie dlatego Severus Snape przestał być śmierciożercą. Dumbledore zniszczy człowieka, który zniszczył Regulusa. Snape wsiądzie do jego pociągu. Potem splecie wszystkie piękne wyjaśnienia i zmusi się do uwierzenia w nie.
W odwecie przeciw wrogowi, którego nie był w stanie pokonać sam, był gotów wykorzystać zemstę innego potężnego czarodzieja. Tak samo myślał o Huncwotach, kiedy po raz pierwszy zdecydował przyłączyć się do Voldemorta.
Nawet nie drgnął, kiedy Regulus zawył z bólu, bo sobie na to nie pozwolił.
To było wtedy.
