OSTRZEŻENIE: Po raz kolejny sugestia gore.

Dodatek: Odrodzenie

Cmentarz oddychał wokół niego i to była prawda, to była rzeczywistość, której już zbyt długo sobie odmawiał, a która znowu istniała wokół niego. Miał wrażenie, że tak naprawdę umarł te trzynaście lat temu, kiedy przestał to odczuwać i nie żył, nie tak jak wtedy, kiedy dane mu było kroczyć w jej towarzystwie.

Moc jego Lorda była wszędzie, rycząca, przywiązana z powrotem do konkretnego ciała, przeskakująca i przelewająca się ponad nagrobkami niczym czarna woda, trzęsąca jego umysłem w rozszalałej uciesze uwięzionej bestii, której okowy wreszcie zostały zerwane. Roześmiał się, albo przynajmniej zorientował się, że się śmieje i nie był pewien, kiedy właściwie zaczął.

Ruszył żwawo, choć niespiesznie, w kierunku środka cmentarza. Jego Lord utworzył tam wokół siebie dwór, wciąż dumny i potężny mimo braku swojego tronu i wężycy. Pozostali śmierciożercy rozstąpili się na boki, kiedy zobaczyli nadchodzącego Snape'a.

– Severusie. – Głos Voldemorta wysyczał to imię bardziej przeciągle, niż Snape kiedykolwiek to pamiętał. – Mój wierny sługo.

Snape opadł na klęczki, raniąc sobie przy tym kolano. Już nie był tak młody jak kiedyś. Ale to nie miało znaczenia. Najważniejsze było w tej chwili to życie, które się w nim ponownie przebudzało. Merlinie, jak był w stanie wcześniej bez tego żyć, tego kręgu ciemności pulsującego wokół niego, śpiewającego mu dziko w głowie i odbijającego się echem w ciemności jego własnej duszy i spoczywającej na jego przedramieniu?

– Czy pozostałeś mi wierny, Severusie? – zapytał Mroczny Pan. – Czy służyłeś mi nawet, kiedy temu durniowi, Dumbledore'owi, wydawało się, że przeszedłeś na jego stronę?

Już znał na to odpowiedź. Co mądrzejsi spośród zebranych wokół śmierciożerców również znali na to odpowiedź. Ale Voldemort chciał usłyszeć, jak wypowiada ją na głos. Snape wiedział, że to było bardziej dla dobra tych mniej bystrych, jak i dla przypieczętowania na nowo układu między nimi.

Podniósł głowę i spojrzał w lśniące, szkarłatne oczy swojego Pana. Przytaknął.

– Owszem, mój Panie – wyszeptał. – Dumbledore przyjął mnie blisko do serca, przekazał mi swoje dzieci pod opiekę i niczego mi nie odmawia. Ale zawsze byłem twój. – Pochylił głowę, żeby ucałować szaty Voldemorta.

I wiedział, że dzika i agresywna radość Mrocznego Pana odbijała się echem w jego własnej. Nawet Voldemorta z czasem zaczęli nudzić ci, którzy kulili się przed nim, jęczeli i nie robili niczego innego, albo ci zbyt szaleni, jak Bellatrix i Evan, żeby był w stanie rozpoznać różnicę między szacunkiem i strachem. Pragnął właśnie czegoś takiego jak to dobrowolne poddanie Snape'a, ponieważ Snape ustępował przed nim z własnej woli, korząc się przed jego siłą i, jak w tym przypadku, powracając do boku swojego Lorda.

– W takim razie powstań, mój wierny sługo.

I tak też zrobił, dopuszczając do tego, żeby na ustach pojawiło mu się skrzywienie przechodzące nieco w krzywy uśmiech, kiedy zobaczył jak pozostali śmierciożercy odsuwają się od niego. Najlepszy widok pozostawił sobie na koniec, rozglądając się po półkręgu śmierciożerców i wreszcie pozwalając swojemu spojrzeniu opaść na twarz chłopca, przywiązanego do czerwono-czarnego kamienia i przyglądającego się mu z przerażoną zdradą.

– Profesorze – powiedział niemal bezgłośnie.

Voldemort położył dłoń na ramieniu Snape'a.

– Och, drogi Harry – odezwał się z kpiną w głosie, którą Snape zwykle uznałby za zbyt ciężką, ale w tamtym momencie wydawała się idealna. – Czyżby naprawdę ci się wydawało, że Severus był po twojej stronie? Czyżbyś myślał, że stał się świetlistym czarodziejem? Może wręcz twoim przybranym ojcem? – Roześmiał się, a pozostali śmierciożercy do niego przyłączyli, choć Snape nie sądził, żeby naprawdę zrozumieli ten żart. – Wydawało ci się, że Severus Snape byłby w stanie przygarnąć syna Jamesa Pottera!

Ku radości Snape'a, w tym momencie twarz Harry'ego zmięła się od czegoś więcej, jak tylko zdrady. Bez trudu był w stanie wyobrazić sobie, jak jego wróg robi to samo. Harry wyglądał zupełnie jak James, zwłaszcza kiedy tak zamknął oczy, które nie miały tego samego koloru, i zaczął płakać. W ten sposób Snape odniósł kolejne zwycięstwo nad swoimi wrogami, a długie dni, spędzone na wahaniu się między nienawiścią, a czymś w rodzaju chwiejnej sympatii wobec Harry'ego, wreszcie zaznały ukojenia, kiedy emocje stanowczo przesunęły się w kierunku pogardy wobec Huncwotów. Jego Mroczny Znak bił niczym gong, tętniąc wraz z przyjemnością Voldemorta i jego własną.

– Przestań!

Głos drżał ze strachu i był wysoki z nienawiści, ale Snape znał go aż za dobrze. Obrócił się płynnie, podnosząc różdżkę. Remus Lupin aportował się zaraz za zewnętrznym kręgiem śmierciożerców i teraz jego oczy patrzyły z bladej twarzy, a drżącą ręką celował w nich różdżką.

Kiedy tak mu się przyglądał, Snape nie był w stanie sobie wyobrazić, czemu kiedykolwiek bał się tego wilkołaka. To nie była noc pełni, więc Lupin nie był w stanie się przemienić. Miał szare i rozwichrzone włosy, mimo że był w wieku Snape'a. Jego ramiona były skulone ze strachu. Oczy zmęczone, bo niosły w sobie wysiłek comiesięcznych przemian. Nigdy nie był z niego najlepszy czarodziej, zwykle polegał na książkowej wiedzy, a nie magicznej sile.

– Przybyłem Harry'emu na pomoc – powiedział Lupin, zaciskając palce na różdżce.

– Przybyłeś, by umrzeć – poprawił go miękko Snape, po czym obejrzał się na swojego mistrza. Umrze chyba teraz, jeśli nie będzie miał okazji do pobawienia się z Lupinem, ale faktem było, że tylko Voldemort mógł postanowić, kto ma torturować więźnia. Jeśli przekaże Lupina Evanowi albo Bellatrix, to Snape'owi przyjdzie tylko przyglądać się temu z odległości i przyłączyć dopiero, kiedy jego Lord wyrazi na to zgodę.

Uśmiech Voldemorta był przerażający – dokładnie taki, jaki miał nadzieję zobaczyć. Wyglądało na to, że jego Pan jednak nie zapomniał o tym, co zobaczył w umyśle Snape'a podczas ich pierwszego spotkania i o nienawiści, jaka przyciągnęła do niego Snape'a.

– Jest twój, mój sługo – powiedział.

Snape podniósł różdżkę i cisnął w Lupina prostym Expelliarmus. Usłyszał krzyk Harry'ego, ale to była pomniejsza sprawa, zaprawiona goryczą, w porównaniu do zemszczenia się na człowieku, który niemal go zabił podczas szóstego roku w Hogwarcie.

Kiedy wyciągnął mu kości ze stawów, kiedy osuszył ciało Lupina z krwi i wprowadził mu magicznie nową ciecz do żył, kiedy złamał mu łokcie prostym, szybkim zaklęciem, dopiero wtedy pozwolił tym dźwiękom zmieszać się z wyciem Harry'ego i wypełnić mu uszy muzyką.


Snape usiadł, dysząc ciężko i dotykając swojego czoła. Wydawało mu się… wydawało mu się, że śnił o tym, co nastąpiło po torturach Regulusa, mimo że powoli powinien zbliżać się do końca wizji dostarczanych przez Sanktuarium. Joseph i tak wyraził już zdumienie, że koszmary czepiały się go tak długo, ale potem przyznał, że to prawdopodobnie dlatego, że Snape musiał leczyć się z tuzinów lat bólu, co było zgodne z prawdą.

Jego oddech stopniowo wracał do normy i wreszcie pokręcił głową. Nie, nie śniło mu się nic po koszmarze wyparcia się Voldemorta, a nawet jeśli, to już tego nie pamiętał. Głowa go bolała, ale to pewnie od zgrzytania zębami przez sen, co było jego starym nawykiem. Lewe przedramię świerzbiło go nieprzyjemnie, ale po prostu na nim przysnął i teraz krew do niego wracała.

Wstał i powoli ruszył do przeciwległego kąta swojej sypialni w Srebrnym Lustrze, żeby poszukać eliksiru na ból głowy. Jeśli cokolwiek mu się śniło, to był niemal pewien, że dotyczyło to Huncwotów, jeden z jego starych koszmarów o lśniących, bursztynowych oczach na drugim końcu korytarza i bulgoczącym warknięciu.

Wciąż czasami żałował, że nigdy nie zdołał się odpłacić za to Lupinowi. Peter nie zasługiwał na jego zemstę, a Potter i Black znajdowali się poza jego zasięgiem, ale Lupin…

Snape wypił eliksir na ból głowy. Harry nigdy by mi nie wybaczył, gdybym skrzywdził Lupina.

Ale czy to nie byłoby przyjemne, gdyby kiedyś zwrócił się przeciw wilkowi i mi na to pozwolił?