Rozdział pięćdziesiąty siódmy: Poświęcenie, potęga i radość
Nie poddam się.
Po wielu dniach spędzonych na badaniach, dniach spędzonych na poszukiwaniach, Harry był w stanie przyznać, że w hogwardzkiej bibliotece znajdowała się tylko jedna książka, zawierająca w sobie słowo „horkruksy", a nawet ona odnosiła się do nich głównie jako do „mrocznej magii, o której nie wolno nam rozmawiać". W niektórych z tych książek znalazł wyjątkowo potężne klątwy niszczące – Snape dał mu zgodę na przejrzenie Działu Ksiąg Zakazanych – ale żadne z nich nie byłoby w stanie zniszczyć arbitralnej klątwy, tak jak żadne nie byłoby w stanie zastąpić poświęcenia z własnej woli.
Oczywiście, Harry zdawał sobie z tego sprawę. Usiłował sam siebie przekonać do tego, że zdawał sobie z tego sprawę. Poświęcenie z własnej woli od zawsze było najpotężniejsze w całej magii. Nic innego nie byłoby w stanie zmienić natury centaurów z gwałcicieli na istoty łagodniejsze, dzięki czemu zdołali wyrwać się spod swojej sieci. Nic innego nie byłoby w stanie tak doszczętnie zniszczyć Karkarowa, jak zaklęcie Pyra Charlesa Rosiera-Henlina; wymagało ono samobójstwa od strony poświęcającego się czarodzieja, ale przynajmniej było dokładne i konkretne. Nic innego nie byłoby w stanie zniszczyć horkruksa.
Nie.
Będzie szukał dalej.
Dłoń uderzyła przed nim w książkę. Harry mrugał na nią przez długą, głupią chwilę, zanim nie dotarło do niego, że przesłaniała mu słowa, które usiłował przeczytać, co prawdopodobnie oznaczało, że osoba która mu przerwała, czegoś pewnie od niego chciała. Wyprostował się w fotelu, ponownie mrugając, po czym podniósł wzrok. Draco spojrzał mu w oczy i jego lśniły z taką intensywnością, że Harry zamrugał po raz trzeci.
– Coś się stało, Draco? – zapytał. Miał zachrypnięty głos, ale to przez godziny kompletnego nie odzywania się. Minął już tydzień od ich powrotu do szkoły, a Harry nie wrzeszczał z furii i frustracji praktycznie od pierwszego dnia.
– Chciałbym się dowiedzieć, co ty wyprawiasz – powiedział Draco, głosem niskim i uprzejmym, ale zawierającym w sobie dziwną ostrość. Harry zmarszczył brwi.
– Przecież wiesz co – powiedział, rzucając wokół nich osłonę prywatności. Nie mogli przecież rozmawiać o horkruksach, kiedy potencjalnie mógłby ich usłyszeć ktokolwiek w szkole. – Badam sposoby, które pozwolą mi na podmienienie poświęcenia z własnej woli. Albo które pozwolą mi zniszczyć arbitralną klątwę bez żadnego poświęcenia.
Draco po prostu mu się przyglądał. Harry odkrył, że ciężko mu przychodzi utrzymanie kontaktu wzrokowego i nie był pewien właściwie czemu. Przecież wiedział, że robi coś słusznego. Regulus sam powiedział, że nawet jeśli czwórka ludzi postanowi poświęcić się nie przez wzgląd na jakąkolwiek miłość wobec Harry'ego, ale dla dobra zniszczenia horkruksów, to Harry i tak będzie musiał być przy tym obecny, żeby wchłonąć magię, która przywiązywała duszę do przedmiotu. Gdyby udało mu się w jakikolwiek sposób to załagodzić, w jakikolwiek sposób powstrzymać innych przed agonią śmierci, albo w ogóle dopilnować, żeby do nich nie doszło, to uważał zbadanie tego za swój obowiązek. Był w to wplątany przez bliznę na swoim czole i przepowiednię wiążącą jego, Dracona, jego brata i Merlin jeden wiedział kogo, a wszystko przez to, że Voldemort nie potrafił go zabić jak należy.
– I pewnie nie wiesz niczego o komisji nadzorczej – powiedział Draco, wciąż wściekle rozsądnym tonem.
– No pewnie że wiem – powiedział Harry. Nabrał szczerego, pociesznego tonu drugorocznego Puchona odpowiadającego na pytania z transmutacji. – Przewodzona przez Gryzeldę Marchbanks, ma w sobie równą liczbę świetlistych i mrocznych czarodziejów, oraz…
– I nie kojarzysz, że wysłali ci sowę, bo chcą się z tobą zobaczyć w najbliższy weekend? – wciął się Draco.
Harry zamknął usta i odwrócił wzrok.
– Tak myślałem – powiedział Draco. – Już od tygodnia nie zwracasz uwagi na nic poza tą biblioteką, Harry. Otrzymałeś sowę od komisji nadzorczej, jak i notkę od Ignifer Apollonis, której nie jestem w stanie otworzyć, bo parzy mnie przy każdej próbie. Zaczarowała ją tak, że tylko ty możesz ją przeczytać. To przyszło w czwartek, więc podejrzewam, że zawiera w sobie informacje, których wolała nie wypowiadać na głos przez zaklęcie pieśni feniksa. Może chodzić o coś ważnego. No i pozostaje jeszcze fakt, że połowa całego Slytherinu już próbowała cię prosić o to, żebyś zagrał w meczu przeciw Krukonom, mimo że Sam wciąż należy do drużyny. – Zamilkł na moment, po czym dodał: – No i zbierasz sobie zaległości i uwierz mi, wszyscy profesorowie zdążyli już zauważyć, nie tylko Belluspersona, Snape i Pettigrew.
– Możesz ją nazywać po imieniu – mruknął Harry. – Przecież znajdujemy się za osłoną prywatności.
– Wolę się potem nie pomylić przy innej okazji. – Głos Dracona nabrał na ostrości. – Próbujesz się tu odciąć od świata, Harry, ale życie toczy się dalej. I potrzebuje cię. Idioto. Chyba że naprawdę wydawało ci się, że prowadzenie tych badań oznacza, że już nie jesteś vatesem, albo uczniem Hogwartu, albo Ślizgonem, albo moim narzeczonym?
– Kiedy to jest ważniejsze! – syknął Harry. – Musi być. Słyszałeś przecież, co powiedział Regulus. Muszę być przy tym…
Wyraz twarzy Dracona sprawił, że słowa uwięzły mu w gardle. W zeszłym roku to może jeszcze byłaby krzywda. Teraz to była czarna furia.
– Ważniejsze – powiedział. – Czyli jestem dla ciebie mniej ważny od tych horkruksów, tak?
– Draco, przecież wiesz, o co mi chodzi…
– Nie, tak właściwie to nie wiem, o co ci chodzi. – Draco wyciągnął różdżkę, nawet na chwilę nie odrywając wzroku od Harry'ego. – Wydawało mi się, że mamy to już za sobą, Harry. Kiedyś groziłem ci zaklęciami pętającymi i usypiającymi, a ty wzdychałeś i pozwalałeś się zaciągnąć z powrotem w stronę czegoś, co przynajmniej przypominało normalne życie. A potem doszedłeś do punktu, w którym już dłużej tego nie potrzebowałeś, bo faktycznie myślałeś o sobie i uważałeś na siebie, dzięki czemu mogłem się wreszcie odprężyć. A potem przeszedłem przez deklarację. To oznacza, że już nie mam zamiaru ci dłużej grozić. Po prostu zacznę rzucać na ciebie te zaklęcia pętające i usypiające.
– Draco…
Draco wyszeptał Consopio, przez co Harry musiał wznieść Protego, by się przed nim ochronić.
– Przestań, Draco – powiedział, słysząc jak gniew, strach i troska zaczynają zaostrzać i jego głos. – Przestań.
Potrząsnął głową, rozrzucając swoje platynowo blond włosy we wszystkich kierunkach. Ale jego twarz nie wyglądała na zmęczoną albo zdenerwowaną. Draco wyglądał po prostu na cholernie wściekłego.
– Chcesz, żebym przestał? No to walcz ze mną, Harry.
– Odbiło ci już…
– To tobie odbiło, ty pieprzony debilu, skoro odmawiasz mi tego, czego od ciebie chcę, nie dotrzymujesz obietnic i zachowujesz się jak cholerne dziecko, kiedy kiedy dobrze wiesz, że to dla ciebie niezdrowe! – Harry był rad, że dodał do osłon zaklęcia wyciszające; wrzaski Dracona już dawno ściągnęły by im na głowę Madam Pince. – Byłbym w stanie to zrozumieć, gdybyś wciąż cierpiał od efektów swojego treningu, przez który upierałeś się, że wszystko powinieneś zrobić sam. Ale już tak nie robisz. Czas najwyższy żebyś wreszcie nauczył się zdrowego zachowania, Harry, i przestał ciągle popadać w ten schemat. Zmieniłeś się. Dorosłeś. No to zachowuj się jak dorosły, a nie dziecko! A skoro muszę cię traktować jak dziecko, któremu potrzeba drzemki, to tak właśnie będę cię traktował. – Wycelował w niego kolejną klątwą usypiającą, tym razem niewerbalną, ale Moody nauczył Harry'ego rozpoznawania tych ruchów różdżką, więc i to zdołał od siebie odbić.
Czuł, jak wzbiera w nim irytacja, lawa przelewająca się pod popękanym lodem. Był zły, że Draco przerwał mu badania, martwił się o to, że lada moment ktoś może wyjść zza zakrętu i zobaczyć jak się na siebie wydzierają, w dodatku…
W dodatku zdawał sobie sprawę z tego, że Draco miał rację.
– Psiakrew – wyszeptał.
Nie był pewien, czy to przez słowo, czy też delikatność, z jaką je wypowiedział, ale Draco obniżył różdżkę i przyjrzał mu się krytycznie. Harry pomachał ogólnie ręką, żeby dać mu znać, że kłótnia jest skończona, po czym oklapł na fotel. Draco spiął się, ale Harry wbił wzrok gdzieś za niego, zamiast wracać nim do książki. Draco uznał to najwyraźniej za oznakę, że może już spuścić z tonu, więc zajął sąsiedni fotel, nawet jeśli wciąż nie schował różdżki.
– Nie jestem w stanie znieść myśli o tym, że ktoś miałby dla mnie umrzeć. – Harry skierował te słowa ogólnie do otaczającego ich powietrza. – Sylarana nie wiedziała, że tam zginie, po prostu była na to gotowa. Syriusz zrobił to zarówno dla mnie i Connora, jak i po to, by uratować świat przed Voldemortem. Ale coś takiego… jeśli Regulus ma rację, to albo będę musiał potem żyć ze świadomością, że ktoś umarł dlatego, że mnie kocha, albo że przyszło mi poprosić kompletnie obcych mi ludzi na poddanie życia z intencją zniszczenia horkruksów.
– Jak i uratowania świata przed Voldemortem – powiedział Draco swoim najbardziej ciętym i przepełnionym kpiną głosem. – Jakoś zawsze o tym zapominasz, Harry.
– Zamknij się, co? – żachnął się Harry, ale bez agresji i prawdopodobnie właśnie dlatego Draco faktycznie to zrobił.
Harry westchnął.
– Gdyby to było jeszcze trzy lata temu, to zdołałbym się z tym pogodzić poprzez obiecanie sobie, że zabiję się po tym wszystkim w ramach odpokutowania za ich śmierci. – Zignorował to, że Draco nachylił się do niego tak szybko, że przywalił łokciem w stół, przez co zaczął kląć szpetnie pod nosem. – Ale to było jeszcze zanim zaprzysięgłem się ścieżce vatesa, rozpocząłem z tobą rytuał zaręczynowy, zbudowałem Przymierze Słońca i Cienia i uznałem, że faktycznie chcę mieć jakąś przyszłość przed sobą. – Sięgnął ponad stołem i dłoń Dracona już tam na niego czekała. – I to wszystko musi dalej trwać, bo ma znaczenie nie tylko dla mnie.
– Już zawsze właśnie w ten sposób będziesz to sobie sprawdzał, co?
– Zawsze. – Harry zignorował gorycz w głosie Dracona. To była część jego, której nie miał zamiaru zmieniać, bo całkiem ją lubił. – Teraz już bardziej samolubnym z mojej strony byłoby zaniedbanie tego wszystkiego na rzecz badań dotyczących poświęceń, albo przez nie, bo zbyt wiele istot na mnie liczy.
– Albo stoi obok ciebie, gotowe powiedzieć ci, kiedy zachowujesz się jak idiota.
– To też. – Harry wstał i obejrzał się z westchnieniem na książki. Kiedyś przebywał w grubym bąblu przekonań, na które mógł się powołać, ilekroć chciał zignorować rzeczywistość, wybudowanym przez swój trening, miłość do Connora, czy przekonanie, że jeśli ktoś oczekuje od niego innego życia, to po prostu znaczy, że tak do końca nie pojmuje istoty roli Harry'ego. Teraz budował to wszystko na wyjątkowo cienkich skorupkach, które pękały jak tylko rzeczywistość zaczynała na nie naciskać. Zakradała się też na niego nieśmiało, niczym zbity pies, wiedza, którą do tej pory ignorował: że nie mógł przestać przez to żyć.
– Pewnego dnia będziesz to wiedział od samego początku i nie będziesz już potrzebował, żebym ci o tym przypominał – mruknął Draco, obejmując go na poziomie barków i wyprowadzając z biblioteki. – I może następnym razem nie przegapię przez ciebie kolacji.
– Zawsze możesz udać się do kuchni. Jestem pewien, że sowa z Hogsmeade będzie na mnie czekała – powiedział Harry, wzruszając ramionami.
Draco rzucił mu długie, wyważone spojrzenie. Harry zmarszczył brwi. Już od dawna nie patrzył na mnie w ten sposób, jakby mnie nie rozumiał. Zazwyczaj rozumie mnie aż za dobrze.
– No co?
– Nie przeszkadza ci, że jem posiłki przygotowywane przez skrzaty domowe, mimo że sam tego nie robisz – powiedział powoli Draco.
Harry pokręcił głową.
– Nie oczekiwałbym po tobie takiej zmiany, Draco. Nie widzisz w tym niczego moralnie niewłaściwego, więc nie jesteś hipokrytą, w dodatku dorastałeś w takim przekonaniu, więc to nie jest też niespodziewany nawyk, którego nabrałeś po przybyciu do Hogwartu, bo tak było wygodniej. Co mogę zrobić, to racjonalnie dyskutować z tobą, ilekroć zechcesz mnie wysłuchać i mieć nadzieję, że pewnego dnia przekonam cię, że da się prowadzić życie bez zniewalania kogokolwiek. Przecież mamy własną magię. Jesteśmy w stanie gotować dla siebie i sprzątać po sobie, wystarczy że zaczniemy o tym myśleć. Nie stracimy na tym zbyt dużo czasu. Osobiście nie sądzę, żeby między domami ze skrzatami jako niewolnikami i domami bez nich była taka wielka różnica, ale stanowi to ogromną różnicę dla skrzatów jako takich.
– To symbol statusu – powiedział Draco. – Przywileju. Weasleyowie nie mają skrzatów domowych. Malfoyowie już tak. To jedna z różnic między nami.
– No wiem, ale uważam też, że ta różnica jest wyjątkowo durna – zauważył Harry.
– A mimo to nie spróbujesz mnie zmusić do zmiany.
Głos Dracona brzmiał teraz ostrożnie, przez co Harry zaczął się zastanawiać, jak u licha udało mu się przejść z trybu ochrzaniania Harry'ego za poświęcenia, do niepewności, czy przypadkiem nie przegra sprzeczki o skrzaty domowe. Harry nie pojmował, jak można się bać przegranej kłótni. Przecież jeśli chce zachować swoją opinię, to wystarczy że nie będzie słuchał Harry'ego, a gdyby zaczął zmieniać do tego podejście, przez co argumenty miałyby jakąkolwiek siłę przebicie, to chyba by znaczyło, że jego pragnienie do niezmieniania zdania bardziej bierze się z uporu, a nie rozsądku, prawda?
– Oczywiście że nie – powiedział Harry, całując go w policzek. – Vates, pamiętasz? Nie spróbuję zmusić cię do zmiany, Draco.
– Ale spodobałoby ci się, gdybym to zrobił.
– Tak.
– I mógłbyś.
– Co mógłbym? Zmusić cię do zmiany? – Harry zatrzymał się i obrócił, łapiąc Dracona za ramię. Tym razem to Draco unikał jego wzroku. Harry potrząsnął nim lekko. – Draco, nie ucieknę się do przymuszenia. Przecież o tym wiesz. A co innego miałoby zmusić cię do zmiany zdania?
– Groźby – powiedział Draco, brzmiąc na nadąsanego. – Obietnice. Stopniowe dystansowanie się, póki tego nie zrobię.
Harry pokręcił głową.
– Nie zrobiłbym czegoś takiego, Draco.
– Ale wiesz chyba, że ja tak? – Draco przechylił głowę, przyglądając mu się z wcześniejszą intensywnością. – To narzędzia w arsenale mrocznego czarodzieja, Harry, i będę z nich czasem korzystał. Jak nie na tobie, to na innych. Ale na tobie też, kiedy nie zobaczę innego wyjścia na zwrócenie ci uwagi, że zachowujesz się jak idiota, albo na przywrócenie cię do zmysłów, żebyś nie zrobił czegoś głupiego.
– Tak, wiem – powiedział Harry, czując się tym wszystkim już nieco zirytowany. – Przecież nie jesteś pierwszym znanym mi mrocznym czarodziejem, Draco.
– I nie przeszkadza ci to – uściślił Draco. – I nie spróbujesz zmusić mnie do zmiany postępowania.
– Nie.
– No to czemu mnie ignorowałeś, kiedy poddusiłem Michaela?
Harry popchnął go.
– Teraz to już specjalnie zachowujesz się, jakbyś był tępy. Dobrze wiesz, na czym polega różnica między konsekwencjami własnych czynów, a zmuszaniem cię do zmiany zachowania. Do tego właśnie będzie dochodziło, ilekroć spróbujesz się celowo bawić czyimiś uczuciami nawet, jeśli nie zrobisz tego z tych samych powodów, co w przypadku Michaela, tylko że następnym razem potrwa to tydzień, a potem miesiąc. To nie znaczy, że wejdę ci do głowy i wszystko tam przemebluję, Draco, albo że zacznę się za tobą uganiać, żeby ci ględzić o skrzatach domowych, póki nie zrozumiesz mojego punktu widzenia. Ale kiedy zeskakujesz ze stopnia, to chyba zdajesz sobie sprawę z tego, że grawitacja pociągnie cię w dół, prawda? To nie wina schodów, że spadniesz i uszkodzisz sobie kolano. Sam się na to zdecydowałeś. Schodek nie zmusi cię do skoku i ja też tego nie zrobię.
– Jesteś człowiekiem, Harry – powiedział Draco tak cicho, że Harry niemal go nie słyszał. – Chyba nie spodziewasz się, że twoje decyzje i kary są tak nieuniknione co siły natury?
– Mam zamiar tak bardzo się do nich zbliżyć, jak tylko będę w stanie. – Harry spojrzał mu w oczy. – Kocham cię, Draco. Jestem w tobie zakochany… i jesteś jedyną osobą, o której mogę tak powiedzieć, mimo że kocham wielu innych ludzi. Nie lubię cię karać. Ale nie mam zamiaru też udawać, że twoje czyny obędą się bez konsekwencji tylko dlatego, że jesteś moim partnerem i kochankiem. – Zdołał to ostatnie powiedzieć bez rumienienia się. Harry był z siebie dumny.
Draco przyglądał mu się z zakłopotaniem, po czym pociągnął Harry'ego za ramię.
– Chodź – rzucił z wymuszoną lekkością. – Znajdźmy tę twoją sowę.
Harry pozwolił mu na zmianę tematu, jak i zaciągnięcie się za sobą. Wiedział, że Draco wciąż tego tak naprawdę nie pojmował. Zastanawiał się, czy Draco kiedykolwiek zrozumie bez zmiany podejścia do skrzatów domowych i tym podobnych służących.
Nie podzielał wiary Harry'ego, że śmierć przekreśla wszelkie możliwości na zmianę. Nie podzielał jego poglądu, że świat składa się z masy przepięknych dusz, przepełnionych wspaniałymi możliwościami i że chwila śmierci obdziera tę osobę z tych wszystkich możliwości. Harry nie chciał, żeby ludzie się za niego poświęcali, bo nie uważał, że jest tego wart, to prawda, ale też nie chciał być przyczyną, przez którą dochodzi do zakończenia tak interesujących żyć. Kto wie, jak wiele zdołaliby osiągnąć, gdyby tylko przeżyli?
Właśnie dlatego chciał, żeby rozprawa jego rodziców nie zakończyła się karą śmierci. Właśnie dlatego nie spróbował zabić Dumbledore'a, póki nie pozostawiono mu już żadnego innego wyboru. Właśnie dlatego nie chciał się odwrócić od swojego brata, Dracona, czy Parvati w czasie pierwszych tygodni września, nawet jeśli ich postawa doprowadzała go do szału. Był w stanie wyobrazić sobie siebie jako championa wolnej woli i życia. Nie chciał stać się championem śmierci.
Co, swoją drogą, wydawało mu się na tyle samolubne i ślizgońskie, że Harry miał wrażenie, że uspokoi tym Dracona. Zastanawiał się, czy kiedykolwiek zdoła wyjaśnić to słowami.
Draco wiedział, że powinien był przyglądać się swojemu podręcznikowi. Jutro mieli mieć egzamin z transmutacji, bo profesor Bulstrode chciała się upewnić, że nie zapomnieli o niczym w czasie przerwy świątecznej, a Peter go ostrzegł, że transmutacja innych ludzi była na tyle odmienna od przemiany animagicznej, w której Draco nabierał coraz więcej wprawy, że to konkretne doświadczenie w niczym mu nie pomoże. Musiał zabrać się do nauki.
Zamiast tego wzrok ciągle uciekał mu w kierunku Harry'ego, który leżał zwinięty w kłębek, obejmując poduszkę jedną ręką, a drugą przesłaniając sobie twarz, co zwykle było jego pozycją obronną, ilekroć nie chciał, żeby ktoś zobaczył jego emocje czy łzy. Dracona niepokoiło, że Harry spał w ten sposób.
Ale przynajmniej był poczytalny. Robił, co do niego należało. Zjadł późną kolację, odpisał komisji nadzorczej, że owszem, spotka się z nimi, ale tym razem przyprowadzi zarówno Dracona jak i Snape'a, otworzył notkę od Ignifer – Draco domyślił się, że chodziło o jakieś informacje, które mogłaby wyciągnąć od ojca, ponieważ Harry momentalnie się z nią skontaktował i powiedział, że targowanie się z Cupressusem nie ma sensu, bo wiadomo przecież, czego zażąda w zamian – po czym rozmówił się z resztą domu Slytherinu. Draco pojawił się na tej rozmowie i z początku był przekonany, że reszta Ślizgonów wygra. Tymczasem Harry cały czas rozsądnie mówił o treningach i sprawiedliwości wobec innych graczy, jak i harmonii drużyny, po czym wyszedł z pokoju wspólnego, a Sam w dalszym ciągu był szukającym.
Draco tego nie pojmował – ani tego, w jaki sposób Harry ciągle wygrywał bez przeklinania ludzi, ani dlaczego właściwie nie chciał pozycji szukającego, kiedy reszta drużyny była gotowa paść mu do stóp i błagać o powrót, ani czemu Harry właściwie nie chciał korzystać ze swojej potęgi do osiągnięcia własnych celów.
No jasne, przymuszenie odpadało, ale przecież istniały groźby, zastraszanie, jak i najbardziej, według Dracona, niedoceniana przez Harry'ego możliwość: czysta, migocząca potęga jego magii, którą Harry ostatnimi czasy nosił wokół siebie niespętaną, przez co ludzie aż się garnęli do niego, byle tylko znaleźć się w jej zasięgu. Może i Harry nie był zadeklarowany, ani nie starał się otaczać zaprzysięgłymi kompanami, jak to Voldemort robił ze swoimi śmierciożercami, ale i tak otaczała go potęga równa Panom i Paniom i ten właśnie fundament przyciągał do niego czarownice i czarodziejów. Niektórym wystarczała sama możliwość przebywania w obrębie tak czystej mocy, żeby się do niego przekonali. Zmusiłaby ich do posłuchu. A pozostali i tak zajęliby neutralne pozycje względem Harry'ego, ponieważ Lordowie są zbyt rzadcy, żeby ich tak po prostu niszczyć. Takie szalone kundle jak Voldemort się usypiało. Ale poza tym obchodzono się z nimi względnie delikatnie.
A Draco już widział, jak Harry korzystał z tych możliwości.
Tylko kiedy już absolutnie nie miał wyboru. Tylko kiedy wierzył, że jeśli czegoś nie zrobi, to ryzykuje utratę czegoś znacznie cenniejszego.
Ograniczanie własnej mocy było niezwykle obcą ideą dla Dracona. Prawdopodobnie to był wpływ Lucjusza. Narcyza miała w sobie znacznie więcej gracji i elegancji, to prawda, ale poruszała się, korzystała z odpowiednich słów i politycznych koneksji, ilekroć to właśnie wydawało jej się najbardziej odpowiednią bronią.
Harry byłby w stanie osiągnąć znacznie więcej niż oni obaj razem wzięci, a wolał robić znacznie mniej.
Draco odłożył na bok swój podręcznik do transmutacji, już nawet nie udając, że poświęca mu choć odrobinę uwagi, po czym założył ręce za głową, żeby zastanowić się nad Harrym. Harry'emu nie przeszkadzała ścieżka ciemności, którą Draco podążał, a która zmieniała go na wiele różnych sposobów, jak i niewątpliwie mnóstwo takich na które nawet nie zwrócił uwagi. Łatwiej przychodziło mu rzucanie niektórych zaklęć, podczas gdy inne okazywały się niespotykanie ciężkie. Odczuwał lekką wrogość wobec każdego świetlistego czarodzieja, choć to stopniowo zanikało w miarę mijających dni i mijającego roku. Robił się coraz bardziej pewny siebie, chętniej wyrażał własne zdanie. To mogło mieć związek z magią, ale też z odnowionym sensem przynależności w czarodziejskim świecie. Znowu miał solidne fundamenty, na których mógł bez obaw stanąć. Przyłączył się do tradycji, która rozciągała się na wiele pokoleń wstecz i obejmowała nie tylko Malfoyów. Był już dorosły i to na sposoby, w jakie nawet siedemnaste urodziny tego nie sprawią.
Harry ani nie chciał go ściągnąć z tej ścieżki, ani nie miał ochoty się do niego przyłączyć. Zachowywał się raczej, jakby po prostu dotrzymywał Draconowi towarzystwa, idąc własną ścieżką, która biegła równolegle do jego, przez co nigdy by się nie zetknęły.
A mimo to większość znanych Draconowi ludzi wykłócało się o to, w co wierzyli. Związki potrafiły się przez to rozpaść. Potter wciąż nie zbliżył się do tej swojej zdziry Patil, a przynajmniej nie na sposoby, które można by uznać za stałe. Sytuacja między Granger i Smithem rozwinęła się już do czegoś w rodzaju pełnoprawnej wojny. Nawet dziewczyna Terry'ego Boota, Krukonka z siódmego roku, której Draco kompletnie nie znał, czasem dąsała się tak, że się w ogóle do niego nie odzywała. Boot zwykle po paru dniach przepraszał.
Powinni znajdować się praktycznie w stałym konflikcie – mrocznie wychowany i zadeklarowany Mrokowi versus świetliście wychowany i niezadeklarowany, czystokrwisty versus półkrwisty, tradycjonalista versus rewolucjonista, zwykły czarodziej versus czarodziej o lordowskiej mocy – że kłótnie powinny bez przerwy przerywać ich związek, przynajmniej dopóki jedna ze stron nie zdecyduje się wspierać drugiej. A mimo to jakoś tego unikali.
Draconowi łatwiej by to było zrozumieć, gdyby wiedział czemu.
Być może to przez niektóre sprawy, które nigdy się nie zmieniają, pomyślał powoli, ponownie podnosząc podręcznik do transmutacji. Profesor Bulstrode nie uznałaby zafascynowanie własnym kochankiem za dobre wytłumaczenie, bez względu na to kim ten kochanek by nie był. Zmieniamy się, stale się zmieniamy, ale są w nas pewne podstawy, które nigdy się nie zmienią. Dla mnie to jest Mrok, a dla Harry'ego miłość do samopoświęcania.
Ostatecznie Draco uznał, że chyba po prostu powinien zaufać, że to jednak jakoś działa, zamiast dumać nad jak i dlaczego.
– Czyli jest z nim gorzej, niż nam się wydawało.
Harry po prostu kiwnął głową, nie ufając sobie, że już może się odezwać. Po chwili wahania postanowił jednak powiedzieć Jing-Xi o horkruksach. Jeśli mu się nie uda i Voldemort wyruszy na podbój świata znajdującego się poza granicami Brytanii, to inni Panowie i Panie powinni już znać tajemnicę jego nieśmiertelności.
Jing-Xi odchyliła się w fotelu, który zwykle zajmowała w czasie ich spotkań. Harry zauważył, że jej potęga rozlała się po pokoju i subtelnie zmieniała otoczenie wokół niej. Fotel zrobił się większy, a przy podłokietnikach i wokół oparcia pojawiły się promienie słoneczne, po których snuły się ciemne wzory, podobne do sposobu, w jakich rozpływały jej się włosy. Kamień przed kominkiem zrobił się różowy. W powietrzu pojawił się lekki, nieznany Harry'emu zapach kwiatów. Harry podejrzewał, że takie oznaki namysłu zwykle towarzyszą Jing-Xi, a może nawet wszystkim Świetlistym Paniom. Przecież to nie tak, że spotkał wcześniej jakąkolwiek, żeby teraz mieć jakieś porównanie. A może poświęcała życie specyficznym badaniom dotyczącym transmutacji, albo magii zmysłów. To pasowałoby do jej zamiłowań wobec badań.
Zanim Harry skończył się przyglądać nowym wzorom, które pojawiały się na kominku, Jing-Xi nachyliła się do niego, ponownie zwracając na siebie uwagę.
– Przy najbliższym spotkaniu poinformuję pozostałych o Voldemorcie – powiedziała. – Za tydzień jestem umówiona na spotkanie z Pamelą Seaborn, Świetlistą Panią Ameryki. Tymczasem, Harry, chciałabym przedstawić ci kolejny element naszej etykiety, której jeszcze nie opanowałeś, a naprawdę powinieneś przed wejściem w kontakt z dowolnym innym człowiekiem o lordowskiej mocy.
– Jaki? – Harry usiadł nerwowo. Póki co jego trening z etykiety polegał głównie na tym, że Jing-Xi opowiadała mu o historii, póki nie zaczynało mu się kręcić w głowie. Istniał Pakt, zgodnie z którym czarodziejom i czarownicom o lordowskiej mocy nie wolno ingerować w społeczeństwa znajdujące się pod opieką innego Lorda czy Lady. Istniały procedury zgodnie z którymi świat radził sobie z takimi czarodziejami i czarownicami jak Jing-Xi, których moc rozrastała się przez wiele dekad, jak i procedury dotyczące tych, którzy osiągnęli szczyt swojej potęgi w drugiej dekadzie życia, co najwyraźniej znacznie częściej się zdarzało; Jing-Xi powiedziała, że Tom Riddle był jednym z nich. Istniały zgody, o które należało pytać przed przybyciem do kraju rządzonego przez jakiegoś Lorda czy Lady i powody, przez które w ogóle pojawiła się taka potrzeba. Istniał oszałamiający taniec, którego podejmowali się zarówno świetliści, jak i mroczni, by nie rzucić się sobie nawzajem do gardeł. Przewijało się też całe mnóstwo historycznych imion, więcej martwych od dawna Panów i Pań, niż Harry byłby w stanie spamiętać. Ale jak do tej pory Jing-Xi nie wspominała zbyt wiele o tym, co Harry powinien zrobić, kiedy spotka kogoś o swojej mocy, ponieważ, jak to sama ujęła, póki co była jedyną, z którą w ogóle przyjdzie mu nawet porozmawiać, zamiast walczyć.
Jing-Xi wskazała na kominek i na fotel, który zrobił się ciemnozielony, pokryty wzorem przypominającym glony, co było skojarzeniem, jakie przyszło Harry'emu, kiedy po raz pierwszy zobaczył jej włosy.
– Oznaki – powiedziała. – To drobne gesty, które nasza magia wykonuje bezwarunkowo. Informują gościa o tym, czego powinien oczekiwać i zapewniają o szczerości. Oczywiście, większość czarodziejów i czarownic o mniejszej mocy byłaby zaskoczona, albo nawet przestraszona, że potrafię zrobić coś takiego bez starania się – poklepała podłokietnik – dlatego zazwyczaj trzymamy swoje moce za świetlistymi barierami. Ale w obecności innego Lorda czy Lady, pozwalamy tym barierom na opadnięcie. Inaczej zostałyby uznane za kłamstwo. Pojawiające się oznaki pozwalają gościowi dowiedzieć się czegoś o nas, od nastroju, czy stanu umysłu, po zdrowie. – Nachyliła się i wbiła wzrok w Harry'ego. – Za każdym razem otaczałam ten pokój osłonami, żeby nasza magia nie wylała się czasem poza jego granice. Jestem od ciebie potężniejsza, więc nie byłbyś w stanie zniszczyć Hogwartu w moim towarzystwie. A mimo to niczego nie zauważyłam. Ciągle trzymasz swoje bariery wzniesione. Nie mam pojęcia, jak wyglądają twoje oznaki.
– Przecież powiedziałem ci o ptaku – powiedział Harry, nastraszając się nieco. – Nikt go nie widzi, nie tylko ty, i nie mam pojęcia jak sprawić, żeby się pojawił.
Jing-Xi ze spokojem pokręciła głową.
– Ten ptak pojawił się wyłącznie przez pokręcone połączenie z Voldemortem, jakie nastało między wami od chwili jego odrodzenia. Thomas podzielił się ze mną swoją fascynującą teorią na ten temat. Ale twoje oznaki, Harry, są twoje. Nie istnieją w odniesieniu do nikogo innego. Chciałbym je zobaczyć.
– Ja też – mruknął Harry.
Cisza. Następnie Jing-Xi odezwała się dokładnie takim samym tonem co Thomas, ilekroć stykał się z czymś kompletnie dla siebie nowym.
– Nie znasz ich?
Harry pokręcił głową.
Nie zniósłby współczucia, ale Jing-Xi nie dała go po sobie poznać. Przyjrzała mu się swoimi statecznymi, ciemnymi oczami, po czym przytaknęła.
– Podejrzewam, że to nie powinno być aż takie zaskakujące, jeśli wziąć pod uwagę twoją nietypową sytuację – powiedziała. – Opuść bariery, Harry, to wspólnie zobaczymy je po raz pierwszy. To naprawdę wielki zaszczyt. Zazwyczaj Panie i Panowie poznają swoje oznaki w tak młodym wieku, że do czasu spotkania z pozostałymi już dobrze są z nimi obeznani.
Harry przełknął ślinę.
– Jeszcze nigdy nie opuściłem swoich barier, poza… – No, nie miał zamiaru wyjawiać jej szczegółów. To było coś, co następowało w odosobnieniu między nim i Draconem.
– Nie skrzywdzisz szkoły – wyszeptała Jing-Xi. – Ani mnie. Jeśli istnieje ktokolwiek, przy kim powinieneś być w stanie się w pełni odprężyć, Harry, to powinien to być właśnie Lord albo Lady. A teraz. Opuść je.
Harry starał się uspokoić swój przyśpieszony, przerażony oddech i zamknął oczy. Spróbował, tak szczerze i dogłębnie jak tylko mógł, wyobrazić sobie, jak wszystkie jego bariery opadają i wypływa zza nich magia.
Usłyszał jak wokół niego zaczyna rozlegać się mruczenie.
– Otwórz oczy, Harry – powiedziała wtedy Jing-Xi.
Harry tak zrobił i z zaskoczeniem zobaczył, że pokój zrobił się jaskrawy i głęboki, a na ścianach pojawiły się kryształowe kolory: zieleń, błękit, fiolet, niczym drzemiąca w środku nocy dżungla. Od czasu do czasu wydawało mu się, że widzi drzewo, ale wszystko było zbyt abstrakcyjne, żeby stworzyć coś tak szczegółowego. Przez dżunglę przemieszczały się cienie. Kiedy Harry się na nich skupił, zobaczył węża o złotych łuskach i zielonych oczach Sylarany, rysia, jak i ogromnego, czarnego kota o ślepiach tak samo zielonych jak jego własne, choć ten ostatni obejrzał się na niego i syknął groźnie.
– Ach – westchnęła Jing-Xi. – Czyli to właśnie robi twoja magia, kiedy pozostawić ją samej sobie, Harry.
– Hoduje dżunglę? – Harry oderwał wzrok od krążących cieni, żeby móc znowu na nią spojrzeć.
– Tworzy – powiedziała Jing-Xi szczerze i pogodnie. Przyglądała się kolorom i zwierzętom z wyrazem czystej przyjemności i podziwu, przez co Harry musiał zwalczyć w sobie pokusę do momentalnego schowania z powrotem całej tej magii. Po skórze przemknęło mu chłodne wrażenie, jakby został zroszony przelotnym deszczem. Nie był pewien, czy to przez powiązanie z otaczającą ich magią, jej potęgą mieszającą się z jego, czy też faktu, że ktoś na niego patrzył i go widział. – Wierzę, że kolory reprezentują twoje główne nastroje. Wąż jest dla ciebie ważny na sposoby, które już omówiliśmy. Ryś? – Jeden z kosmyków jej włosów wskazał na Harry'ego.
– Wydaje mi się, że to będzie moja forma animagiczna.
Jing-Xi kiwnęła głową, po czym wyciągnęła rękę. Jeden z ciemnych kotów przestał parskać na Harry'ego, po czym podbiegł do niej, ostrożnie wyciągając szyję, żeby powąchać ją po palcach. W tej właśnie chwili przeskoczyła między nimi biała iskra. Kot zasyczał i odskoczył, wystawiając pazury, które lśniły na srebrno, po czym roztopił się pośród innych cieni. Harry zorientował się, że z zaskoczenia zaczął ponownie wznosić swoje bariery.
– Nie – wyszeptała Jing-Xi. – Nie odsyłaj ich jeszcze.
Harry niechętnie opuścił je z powrotem i oznaki pojawiły się na nowo. Przy przeciwległej ścianie dwa ciemne koty podążały za złotym wężem, podczas gdy ryś bawił się pod nimi. Trzeci kot wyglądał zza czegoś, co mogło przypominać drzewo i przyglądał się Jing-Xi z obawą, którą Harry czasem sam czuł, ilekroć ktoś starał się namówić go do zrobienia czegoś, na co w ogóle nie miał ochoty.
– Nie wiem, co mają oznaczać te koty – wydusił wreszcie z siebie, czując że powinien się jakoś wytłumaczyć.
Jing-Xi uśmiechnęła się i zerknęła na niego.
– A ja musiałam skończyć czterdzieści trzy lata, nim nie zorientowałam się, czemu przemieniam meble wokół siebie – powiedziała. – Nie przejmuj się tym, Harry. Prędzej czy później do tego dojdziesz. – Oparła się w fotelu i przyglądała się spokojnie ścianom.
– Czy nie powinniśmy…
– Ćśś – wyszeptała Jing-Xi. – Po raz pierwszy w życiu twoja magia jest w pełni wolna, Harry. Ciesz się nią.
Harry odchylił się i spróbował. Łatwiej jednak było mu to ułożyć w słowa, niż emocje; osobliwa radość, która wędrowała mu teraz w żyłach, była zdecydowanie zbyt nowa. Czyli do tego właśnie jestem zdolny. I nikogo to nie krzywdzi. Chce po prostu sobie istnieć i żeby ktoś z niej korzystał i się nią cieszył. Nie uważa, że musi reagować na czyjeś wezwanie, żeby była czegoś warta.
Jego oddech uspokoił się, a złoto zalało zieleń, błękit i fiolet niczym wstające gdzieś w oddali słońce.
– Jakie to piękne, Harry – powiedziała Jing-Xi.
I po raz pierwszy Harry był gotów się z nią zgodzić.
