Rozdział pięćdziesiąty ósmy: Misje ukończone
– Jak tak dalej pójdzie, to Puchar Quidditcha będzie nasz – zadeklarowała Katie, nabierając sobie trochę ziemniaków na talerz.
Connor właśnie przeżuwał, ale upewnił się, że przełknął przed odezwaniem się. Ostatnimi czasy Hermiona, głównie przez Zachariasza, który wyciął jej numer pod tym względem, zaczęła rzucać niemożliwie skomplikowane przekleństwa na każdego, kto odezwał się z pełnymi ustami. Ron już dwukrotnie skończył z wargami przesuniętymi na tył głowy.
– Czy ja wiem, Katie? Jasne, Sam jest beznadziejny, ale reszta drużyny naprawdę nie jest taka zła. Po prostu zanadto przyzwyczaili się do polegania na naprawdę dobrym szukającym i wciąż nie dostosowali strategii, przenosząc punkt skupienia bardziej na ścigających i pałkarzy.
– No chyba sobie żartujesz, stary! – zawołał Ron, pochylając się przed Connorem i sięgając po schabowe. – Twój brat był jedynym graczem w tej drużynie, który był cokolwiek wart.
Connor potrząsnął głową.
– Jak już mówiłem…
– No nie powiesz mi, że naprawdę się spodziewasz, że Hellebore zrobi cokolwiek poza ciśnięciem tłuczkiem tam, gdzie nie ma naszych ścigających – przerwał mu Ron.
– No dobra, może skupienie strategii na pałkarzach też nie byłoby najlepszym pomysłem – przyznał Connor.
Ron z tryumfem wgryzł się w swojego schabowego i zaczął mówić coś jeszcze, ale zauważył łypnięcie Hermiony i potulnie wbił wzrok w talerz.
Connor podźgał widelcem swoje ziemniaki, rozglądając się po Wielkiej Sali. Nie był jakoś szczególnie głodny, bo przed treningiem udało im się załapać na późne drugie śniadanie, a potem jeszcze zakradł się do kuchni, żeby się wzmocnić przed kolacją. Poza tym ostatnimi czasy nie był w stanie powstrzymać się przed zauważaniem różnych spraw.
Nie był pewien, czy to od Harry'ego nauczył się postrzegania świata w ten sposób, czy też od Parvati. Z całą pewnością przez Harry'ego stało się to konieczne. Brat Chłopca, Który Przeżył nie mógł być ślepy, a istniały pewne sprawy, na które Harry po prostu nie zwracał uwagi, tak samo jak Connor pewnie tego nie robił, kiedy jeszcze była jego kolej na ten tytuł. Ale to Parvati nauczyła go, jak na pierwszy rzut oka ocenić, czy ktoś się w kimś podkochuje, albo kiedy para się ze sobą pokłóciła. Connor nie chciał wykorzystywać tej wiedzy na Harrym i Draconie, ale zaczął, kiedy zrobiło się oczywiste, że Harry nie ma zamiaru porzucić Malfoya.
Zastanawiał się, kiedy Ron zauważy wreszcie, że Lavender czuje do niego miętę, albo kiedy Ginny zauważy, że Dean czuje miętę do niej. Merlin jeden raczył wiedzieć, czemu Lavender wciąż nie przyszła z tym do Rona, ponieważ Connor nie czuł się komfortowo, rozmawiając o takich sprawach z dowolną inną dziewczyną poza Parvati. Ale zagaił o to Deana i Dean zrobił się cały czerwony na twarzy, a potem zaczął mamrotać coś o „szanowaniu żałoby Ginny po Zabinim."
Connor zwrócił mu uwagę, że Zabini był przecież cholernym zdrajcą i minęło już niemal siedem miesięcy od oblężenia Hogwartu i zasłużonego wywalenia Zabiniego na zbity pysk, no to czemu Dean nie miałby przynajmniej spróbować zaprosić Ginny na randkę? Ale wtedy Dean zaczął mówić o subtelniejszych emocjach i Connor znalazł sobie powód, żeby nagle znaleźć się zupełnie gdzie indziej.
Jego spojrzenie przesunęło się wzdłuż stołu, poza Rona i Katie, którzy wciąż wykłócali się o quidditcha, oraz Hermiony która pisała list – prawdopodobnie kolejny do „Proroka Codziennego" z informacjami, które udało jej się odkryć na temat Wielkiej Ujednoliconej Teorii, albo własnych przemyśleniach na ten temat – po czym spoczęło na Parvati. Nie jadła zbyt wiele, ale to było dla niej normalne. Bawiła się jednak widelcem, zamiast powoli pić sok dyniowy i rozglądać się uprzejmie po Wielkiej Sali, co już nie było typowe.
Tęsknię za nią.
Connor skrzywił się w kierunku swojego talerza. Ciągle tęsknił za Parvati, ale nie był pewien, czy udanie się do niej i zagadanie nie oznaczałoby czegoś w rodzaju przyznania się do błędu. Nie chciał się do niczego przyznawać, bo wiedział, że pod tym względem miał rację. Parvati zobaczyła, że wszystkie źródła jej strachu były kompletnie bezpodstawne, kiedy Harry wrócił do Hogwartu otoczony mocą, która byłaby w stanie zrównać szkołę z ziemią, a mimo to tego nie zrobił. To ona powinna przeprosić.
Czy to naprawdę ma takie wielkie znaczenie, kto przerwie tę ciszę?
Connor zastanowił się nad tym, przeżuwając wnętrze policzka. Nie przyszło mu to wcześniej do głowy; wychodził z założenia, że rozmowa z Parvati będzie musiała oznaczać przeprosiny bez względu na to, czy naprawdę miałby je na myśli. Ale co, jeśli po prostu podejdzie i zagada? W najgorszym wypadku po prostu zostanie zignorowany i pójdzie dalej. Już od miesięcy go ignorowała.
Podjął decyzję i wstał, po czym ruszył wzdłuż stołu. Parvati obejrzała się na niego, kiedy usłyszała chrzęst odsuwanej ławy, ale szybko wbiła wzrok w jedzenie.
Zatrzymał się za jej krzesłem. Zauważył, że kark jej poczerwieniał i zastanowił się, czy nie próbowała go właśnie przegonić myślami.
– Parvati?
Palce zacisnęły się na jej widelcu tak mocno, że Connor był zaskoczony, że nieszczęsny sztuciec nie wyleciał jej z ręki, żeby wbić się w ścianę. Teraz już wszyscy przy stole Gryffindoru zdawali się na nich zerkać, włącznie z McLaggenem. Connor chciał znaleźć się jak najdalej od tego jego bezczelnego uśmiechu, zanim instynkty mu zaskoczą, bo wtedy zwykle pragnął przywalić mu w ten durny ryj. McLaggen miał paskudny charakter. To on w zeszłym roku zaproponował wydanie Harry'ego Voldemortowi, przez co Connor i Ron poczuli się zmuszeni do powalenia go na ziemię i przytrzymania, póki nie zrozumiał swojego błędu.
Spojrzał z powrotem na Parvati i upomniał się, że przecież nie był teraz zły i nie mógł sobie na to pozwolić. Parvati obejrzała się i patrzyła na niego, naprawdę na niego patrzyła, pierwszy raz od listopada.
– Tak? – zapytała.
– Chciałbym z tobą porozmawiać – powiedział Connor. Otworzyła szerzej oczy, przez co musiał nad sobą zapanować; była taka śliczna, kiedy reagowała w ten sposób. Miała ogromne i ciemne oczy. – W opuszczonej klasie w korytarzu, gdzie mamy zajęcia z zaklęć.
– Czemu? – wyszeptała.
Connor nie miał zamiaru pozwolić jej na krycie się za ignorancją. Skoro podjął się ryzyka zagadując, to powinna zrobić to samo dla niego. Założył ręce na piersi i zmarszczył brwi.
– Dobrze wiesz, czemu.
Parvati spuściła wzrok i przez dobrą minutę po prostu szarpała palcami papierową chusteczkę. McLaggen, z typową dla wrednych pacanów wrednością, w dalszym ciągu się szczerzył w ich kierunku. Connor poczuł, jak na jego karku też pojawia się rumieniec, ale nie poruszył się. Był bratem Harry'ego, a to oznaczało upór. Był też Gryfonem, co oznaczało odwagę.
– No dobrze – wyszeptała Parvati.
Connor drgnął, ale szybko przypomniał sobie gdzie był i kiwnął głową.
– Świetnie – powiedział, po czym wymaszerował z Wielkiej Sali i ruszył wprost do korytarza, który prowadził do sali zaklęć. Nie miał zamiaru zatrzymać się i zastanowić, czy to naprawdę dobry pomysł. Już wystarczająco długo cierpiał w ciszy i zniecierpliwieniu. Czas najwyższy porozmawiać z Parvati i rozwiązać tę sprawę raz a dobrze, zamiast dalej pozwalać im na pozostawanie w pustce, w której żadne nie wiedziało, co właściwie ma się zaraz stać. Chciał odzyskać swoją dziewczynę.
Parvati weszła cichutko, ledwie poruszając powietrze wokół siebie. Connor siedział plecami do drzwi, za jednym z biurek i leniwie rysował palcem w kurzu na blacie. Chciał zobaczyć co zrobi, jeśli uzna, że jeszcze jej nie zauważył. To on wyszedł z tym żądaniem, ale przecież też sama musiała się zgodzić na tę rozmowę, inaczej nigdy do niej nie dojdzie – a przynajmniej nie doszłoby tak, jak chciał tego Connor.
Dziękuję, że mnie tego nauczyłeś, Harry.
Zamarła. Następnie jej kroki zaczęły szurać coraz bliżej i bliżej, póki Connor wreszcie mógł udać, że dopiero teraz ją zauważył. Obrócił się i spędził chwilę czy dwie na przyglądaniu się. Miała wplecioną we włosy wstążkę, którą podarował jej na urodziny w zeszłym roku. Co chwila zerkała na niego, po czym odwracała wzrok, jakby nie wiedziała, co ze sobą zrobić. Była owionięta zapachem perfum, który niemal na pewno pochodził z jakiegoś kwiatu, ale Connor nigdy nie spróbował dowiedzieć się, jakiego konkretnie; po prostu myślał o tym aromacie jak o „perfumach Parvati".
Wstał. Tak po prostu tam stała. Musiało minąć kilka chwil, nim Connor zorientował się, że będzie musiał zacząć.
– Nie zachowujesz się jakoś szczególnie gryfońsko, wiesz.
Parvati podskoczyła, jakby coś ją użądliło, po czym skrzywiła się na niego. No trudno, Connor nie miał zamiaru owijać niczego w bawełnę. Założył ręce na piersi i skopiował jej minę. Ona z kolei skopiowała jego skrzyżowanie rąk.
– Nie wiem, co chcesz przez to powiedzieć – powiedziała Parvati lodowatym nagle głosem. – A naprawdę chciałabym się dowiedzieć.
Connor ledwie powstrzymał się przed uśmiechem, kiedy usłyszał surowość jej głosu. Oto właśnie dziewczyna, którą kochał… no, a przynajmniej bardzo lubił. Parvati była zawzięta. Nie uciekała. Już dawno temu powinna była sama z tym do niego przyjść. Wydawało mu się, że pewnie i by tak zrobiła, gdyby nie to, do czego musiałaby się przy okazji przyznać.
– Nie zachowujesz się odważnie – powiedział. – Aż tak przeraziło cię, że ktoś ci udowodnił pomyłkę? Harry to mój brat. Powinnaś była domyślić się, że go nie opuszczę. Przeszedłem na jego stronę, jak tylko zorientowałem się, że nie miałaś racji. A teraz widziałaś już, że nie ma najmniejszego zamiaru zniszczyć szkoły.
Parvati poruszyła się niespokojnie, ale nie odpowiedziała.
– No więc? – naciskał Connor. – Bo jedyne, co mi przychodzi do głowy, to albo że się bałaś, albo że jesteś głupia, a wiem, że nie jesteś głupia.
– Kiedy to wszystko zmienia! – wybuchła nagle Parvati, opierając dłonie na biodrach. – Czy ty tego nie rozumiesz, Connor? Jeśli przyznam, że Harry ma rację, to będę musiała walczyć u jego boku. Będę musiała zaakceptować Malfoya i innych mrocznych czarodziejów, których ma w tym swoim sojuszu. Będę musiała zacząć obywać się bez skrzatów domowych, zamawiać posiłki z Hogsmeade i rzucać własne zaklęcia czyszczące, a nie chcę tego. Dorastałam ze skrzatami domowymi. Lubię je. Nie chcę zacząć myśleć inaczej o centaurach, goblinach i wszystkich innych magicznych stworzeniach, którymi do tej pory pogardzałam, bo tak mi było wygodnie. Bo jeśli Harry ma rację, to będę musiała się zmienić, a ja lubię osobę, którą byłam.
Connor zamrugał.
– Wcale nie musisz zmieniać wszystkiego od razu – powiedział. – Harry nigdy by cię do tego nie zmusił. Mogłabyś zacząć od przyjęcia do wiadomości, że nie jest złem wcielonym, a mimo to wciąż obawiać się mrocznych czarodziejów i jeść posiłki w Hogwarcie przygotowane przez skrzaty domowe…
– Wiem, że Harry nikogo nie zmusza do zmiany – przerwała mu Parvati z westchnieniem. – To już zrobiło się boleśnie oczywiste. Ale ja będę musiała wszystko zmienić, Connor, bo tak już po prostu mam. Nie znoszę hipokryzji, nie lubię się mylić, jasne, ale hipokryzja jest gorsza. Wszystkie moje zasady muszą być zgrane ze sobą. Po części chodzi tu o to, że ewentualnie mógłby zostać moim szwagrem, ale to nie wszystko. Byłam przerażona, kiedy dowiedziałam się, że Dumbledore znęcał się nad Harrym, ponieważ oznaczałoby to, że popierałam znęcanie się nad dziećmi, nawet jeśli o nim nie wiedziałam. Dlatego też wszystkie moje zasady muszą stanowić zjednany front, płynąć z jednego źródła.
– Wcale nie muszą – powiedział Connor, ponieważ nic innego nie przychodziło mu do głowy. Nawet nie zastanawiał się nad przyjęciem zasad Harry'ego do tego stopnia. Być może pewnego dnia przestałby jeść posiłki podawane przez skrzaty domowe. Najlepiej byłoby zabrać się za to, kiedy już opuszczą Hogwart. Przecież i tak zaakceptował jego zasady dotyczące wolnej woli i dobrego traktowania innych, nie? Wydawały mu się zwyczajnie rozsądne. No i przyjął do wiadomości, że Draco miał znaczenie dla Harry'ego i że od teraz właśnie w ten sposób będzie musiał go traktować. Ale cała reszta mogła poczekać, zwłaszcza że Harry nikogo nie zmuszał do zmiany, chyba że posunęli się do czegoś haniebnego jak morderstwo, jak to wcześniej robiło ministerstwo. Connor po prostu nie widział powodu, żeby zmuszać się do czegoś takiego.
– Właśnie że muszą. – Parvati przeczesała swoje ciężkie włosy, niemal wytrącając z nich wstążkę. – Dla mnie muszą, bo tak już po prostu mam. I rozmawiałam z Padmą i ona ma tak samo. Tylko nie widzi w tym problemu, bo od zawsze podziwiała Harry'ego, więc dla niej to naprawdę niewielka zmiana. Co innego dla mnie.
– Czyli co, zaczniesz zamawiać sobie posiłki z Hogsmeade?
Parvati pokiwała głową, wyglądając nieszczęśliwie.
– Tak, ale to strasznie drogie, a naszych rodziców nie stać na stałe przysyłanie mi funduszy na coś takiego, więc przyjdzie mi też rzucać trochę czarów gotujących. Będę musiała też nabrać wprawy w tworzeniu i transmutowaniu jedzenia. Przez kilka tygodni będę musiała jechać na samych owocach. – Profesor Belluspersona pokazała im, między innymi, jak zmieniać kurz w jabłka i gruszki. Smakowały jednak popiołem i nawet najlepsza z nich wszystkich, Hermiona, była w stanie tylko nadać im posmak lekko nadgniłych jabłek i gruszek.
– Wcale nie musisz tego robić – powiedział Connor.
– Właśnie, że muszę – powiedziała Parvati, której oczy zalśniły uparcie. – Nie mogę wierzyć w jedno i robić coś kompletnie przeciwnego.
Connor zmarszczył brwi.
– Czyli wydaje ci się, że jestem hipokrytą, bo wierzę, że skrzaty domowe powinny być wolne, a mimo to jem podawane w Hogwarcie posiłki?
– Nie wiedziałam, że uważasz, że skrzaty domowe powinny być wolne.
– Ale wierzę.
– No to jesteś hipokrytą, skoro jesz podawane w Hogwarcie posiłki. – Parvati zamilkła na moment. – Chyba, że jesteś taki jak Malfoy, który może sobie wierzyć w jedno i robić coś kompletnie innego. Bo wydaje mi się, że wciąż wierzy w te wszystkie potworne bzdury, które wygadywał kiedyś o mugolakach, nawet jeśli teraz przynajmniej traktuje ich jak ludzi.
– Wcale nie jestem hipokrytą – burknął Connor.
– Czyli wierzysz w jedno, ale potrafisz robić drugie?
– Nie!
– No to jesteś hipokrytą.
Connor łypnął na nią. Parvati łypnęła w odpowiedzi. Connor usiłował przypomnieć sobie, że to właśnie była jedna ze spraw, które w niej kochał – no, a przynajmniej bardzo lubił – bo była w stanie się kłócić o coś, co uważała za słuszne, zamiast po prostu pokornie ustępować, jak to robiło zdecydowanie zbyt wiele dziewczyn. Ale chwilowo jedyne, co mu przychodziło do głowy, to że ilekroć ktoś przejmował styl bycia Harry'ego, to zwykle podłapywali też jego sposób wykłócania się. Parvati pewnie nie przejmowałaby się, gdyby Connor przyznał, że jest jak Malfoy, ale nie był, dlatego oczekiwała po nim czegoś więcej w ten sam sposób, w jaki Harry oczekiwał tego po kimś, kto zaakceptował Wielką Ujednoliconą Teorię.
– Aleś ty uparta – powiedział wreszcie Connor.
– Jestem upartą czarownicą, która przeprosi Harry'ego i poprawi się z transmutacji – zgodziła się z nim spokojnie Parvati. Do Connora dotarło nagle, że chyba jednak nie powinien był zwlekać dwóch miesięcy z przełamaniem tej ciszy. Dał jej zbyt wiele czasu na zastanowienie się nad tym wszystkim. – A ty? Co teraz zrobisz?
– Chcę, żebyś znowu była moją dziewczyną.
– To się da zorganizować – powiedziała Parvati. – Ale będziesz musiał przynajmniej zacząć myśleć o nie jedzeniu podawanych w Hogwarcie posiłków i słaniu łóżka po sobie.
– Kiedy ja nie znam żadnych zaklęć czyszczących.
– Nauczę cię.
– Koszmarnie wychodzi mi transmutowanie kurzu w jedzenie.
– Podzielę się z tobą owocami.
– Nie chcę… tak jest po prostu wygodniej, Parvati, to wszystko.
– Jestem pewna, że Harry zacznie zamawiać dwie sowy z Hogsmeade, jeśli tylko go o to poprosisz. No i masz jeszcze swoją fortunę Potterów.
Connor westchnął. Wygląda na to, że zarówno brat, jak i dziewczyna są już zdeterminowani, żeby mnie zaszczuć. A stawiając Parvati w tej sytuacji, dałem jej odwagę na podjęcie decyzji, nad którą tak długo się zastanawiała, czyli to poniekąd moja wina.
– Zobaczymy.
Parvati uśmiechnęła się do niego oszałamiająco słodko, po czym złapała za rękę.
– Będziemy się o to kłócić, póki naprawdę zobaczysz.
Ciężko być bratem Chłopca, Który Przeżył, jęknął Connor, ale wtedy właśnie Parvati go pocałowała i mógł ją objąć i odpowiedzieć pocałunkiem, co było kompletnie odmienne od tego, co było między nimi już od miesięcy, dzięki czemu przynajmniej przez chwilę mógł nie myśleć o nadchodzących kłótniach.
Parvati podeszła do Harry'ego w sobotni poranek. Connor wiedział, że technicznie rzecz biorąc miał to być dzień spotkania z komisją nadzorczą, ale nastąpił pewien problem, kiedy kilku świetlistych członków komisji odmówiło wzięcia udziału w spotkaniu, na którym mieliby pojawić się Draco i Snape. Dlatego Harry im odpisał, a oni odpisali jemu, więc odpisał im ponownie i jak na razie nie udało im się ustalić kolejnej daty spotkania.
Parvati pomaszerowała wprost do stołu Slytherinu, przy którym Harry i Draco jedli śniadanie, wyraźnie się o coś kłócąc. Connorowi przyszło do głowy, że znając ich pewnie może chodzić o cokolwiek, od quidditcha po komisję nadzorczą. Draco pierwszy ją zauważył i syknął, wyciągając różdżkę, oraz nachylając się nad Harrym, co wydawało się Connorowi po prostu zabawne. Równie dobrze mógłby wrzasnąć Mój! i jeśli w szkole pozostał jeszcze ktoś, komu podobał się Harry, to pewnie na widok Dracona zrozumieliby, że stracili wszelkie szanse.
Mnóstwo oczu spoglądało już na nich ze strony stołu Slytherinu. Parvati odchrząknęła w czymś, co było niemal ciszą. Przy stole Gryffindoru rozlegało się kilka rozmów, a przy stole Hufflepuffu Zachariasz Smith prowadził ożywioną dyskusję w kilkoma innymi Puchonami, ale głos Parvati był na tyle głośny i buńczuczny, że i tak ich wszystkich zagłuszył.
– Chciałam ci pogratulować, Harry – powiedziała.
Connor zobaczył, jak jego brat mruży oczy. Prawdopodobnie spodziewał się, że to był wstęp do jakiegoś wyzwiska. Różdżka Dracona wykonała leniwe koło, które Connor rozpoznał jako pierwszy gest klątwy tnącej, a Harry złapał go za nadgarstek i zmusił do poderwania różdżki, przez co nie zdołał dokończyć zaklęcia. Connorowi nie spodobało się, że oba te gesty wyglądały na wyćwiczone. Czy Draco zawsze jest taki?
– Za co? – zapytał Harry cokolwiek uprzejmym tonem.
– Udało ci się zmienić moje zdanie. – Parvati pochyliła przed nim głowę. – Miałeś rację, a ja się pomyliłam. Jeśli sieć skrzatów domowych zmusza je do posłuszeństwa i polubienia nas, to masz rację, powinniśmy je uwolnić. I masz też rację co do centaurów i goblinów. Były już wolne od wielu miesięcy, a mimo to nikogo nie zaatakowały. Do tego ministerstwo nigdy nie powinno było zalegalizować polowań na wilkołaki. – Zawahała się i Connor niemal mógł wywąchać, jak zbierała się w sobie. – Światło jest ci dłużne, ponieważ tak długo podążaliśmy za człowiekiem, który tak podle cię traktował – odezwała się, wymawiając te słowa z wyraźnym wysiłkiem. – Dlatego od teraz się z tobą zgadzam i zacznę transmutować sobie jedzenie.
Harry wyglądał, jakby go kompletnie zatkało. Connor cieszył się tym widokiem. Nieczęsto miał okazję do zobaczenia swojego brata z taką miną.
Zanim jednak zdążył się odezwać – a Connor nie sądził, żeby pozostało mu cokolwiek poza przyjęciem przeprosin – ktoś poruszył się przy stole Ravenclawu. Terry Boot wstał i odsunął się od ławki, dzięki czemu znalazł się na poziomie Parvati, nawet jeśli przebywał w sporej odległości od niej.
– Chciałem tylko powiedzieć, że się z nią zgadzam – powiedział Terry. – Nie wiem, czy dam radę od razu przestać jeść posiłki przygotowywane przez skrzaty domowe, ale już rzucam zaklęcia czyszczące na ubrania i łóżko. Miałeś rację, Harry. To naprawdę nie zajmuje długo. Nie ma najmniejszych powodów do polegania na skrzatach domowych, skoro mamy magię. – Odkaszlnął i rozejrzał się, jakby nie pojmował, czemu przygląda mu się cała Wielka Sala, po czym kiwnął sztywno do Harry'ego i ponownie usiadł.
Ktoś poruszył się przy stole Hufflepuffu. Susan Bones wstała i przygryzła wargę, kiedy Connor się na nią obejrzał. Rumieniła się aż po cebulki swoich blond włosów, a ponieważ miała bardzo jasną karnację, to było to naprawdę wyraźnie widać.
– Yy – powiedziała. – Yy. Moja ciocia się pomyliła, Harry. Tak pomyślałam, że może chciałbyś się tego dowiedzieć. Uczę się teraz zaklęć czyszczących, żebym mogła zająć się własną sypialnią. – Urwała. – Yy. To wszystko. – Usiadła z miną kogoś, kogo właśnie oszczędzono z egzekucji.
Connor spojrzał na Harry'ego. Wyglądał, jakby przez pokój przeleciały właśnie trzy feniksy. Puścił nadgarstek Dracona, korzystając przy okazji z ramienia, prawdopodobnie by powstrzymać kolejne zaklęcie, po czym nachylił się nad stołem, żeby uścisnąć dłoń Parvati.
– Dziękuję – powiedział, korzystając z tego swojego subtelnego zaklęcia, które niosło jego głos do uszu wszystkich w pomieszczeniu. – Domyślam się, jak wiele musiało kosztować was przyznanie się do czegoś takiego. Zmiana nigdy nie jest łatwa, a co dopiero tak fundamentalna. – Spojrzał wprost na twarz Parvati. – Nie wiem, czy kiedykolwiek zdołam ci wytłumaczyć, jak bardzo to doceniam.
Parvati uśmiechnęła się tak, że Connor mógłby zrobić się zazdrosny, gdyby nie wiedział, że Harry był wyłącznie zainteresowany Draconem, a Parvati wyłącznie zainteresowana nim, w dodatku Draco i tak poćwiartowałby każdego, kto okazałby jakiekolwiek romantyczne zainteresowanie Harrym.
– Twoje oczy naprawdę dobrze to wyrażają – powiedziała, ściskając jego dłoń. – Dziękuję. Strasznie długo wahałam się nad podjęciem tej decyzji, ale wczoraj Connor dał mi na to dość odwagi. – Obejrzała się i spojrzała z dumą na Connora.
I wtedy nagle wszyscy zaczęli się na niego gapić. Na szczęście Connor miał już cztery lata wprawy w radzeniu sobie z czymś takim. Kiwnął do nich i zignorował wszystkich, którzy przyglądali mu się z powątpiewającym niedowierzaniem, jak na przykład Hermionę.
No co? Miał nadzieję przekazać swoją postawą. Codziennie dodaję ludziom odwagi, żeby byli w stanie potem wyrazić publicznie swoje zdanie.
Ale w środku, oczywiście, kipiała w nim radość i pozwolił, żeby pojawiła się na jego twarzy, kiedy Parvati wróciła do stołu Gryffindoru i pocałowała go. Ron wtedy klepnął go w plecy tak mocno, że Connor aż się zachwiał, a paru ludzi w Wielkiej Sali zaczęło wręcz klaskać. Nawet dyrektorka McGonagall się do nich przyłączyła, kraśniejąc z dumy.
Connor wyszczerzył się i odpowiedział na pocałunek, po czym poszedł polatać, bo tylko w ten sposób wiedział, jak radzić sobie z tak ekstremalną radością.
Skok, przewrót, w dół i zwrot, który zakręcił nim tak gwałtownie, że Connorowi wydawało się, że wręcz poczuł, jak krew przelewa mu się w głowie. Poderwał miotłę ze śmiechem.
Dziwiło go, że Harry nie spadał z Błyskawicy, skoro tak rzadko jej używał. Connor, oczywiście, praktycznie bez przerwy jeździł na tej, którą dostał od Harry'ego na święta, chyba że akurat Ron chciał się przejechać. W tej chwili wiedział już o niej właściwie wszystko, włącznie z tym jak pozostać na niej do góry nogami, kiedy wyda złe polecenie.
Minęły go drewniana miotła i znicz, które dostał od Znaczka, a które zaczarował, żeby latały wokół niego niczym złoty znicz. Były wolniejsze od prawdziwego, ale ćwiczył na nich łapanie rzeczy, które z miotły wydawały się praktycznie niewidoczne, bo nie lśniły. Connor wyciągnął rękę i złapał oba na raz, po czym ponownie się roześmiał. Miał pod sobą szybką miotłę, boisko do trenowania, czemu nie miałby być szczęśliwy?
Coś szarpnęło go za brzuch tak mocno, że Connor jęknął. W pierwszej chwili wydawało mu się, że spada z Błyskawicy, albo że ktoś przeklął mu miotłę, żeby go zrzucić. Ale szybko rozpoznał śmigające wokół siebie kolory i zorientował się, że został pochwycony przez świstoklik.
Przecież sprawdziłem miotłę i znicz na zaklęcia świstoklikowe…
Ale nie na te działające z opóźnieniem, albo takie, które uruchamiają się dopiero, kiedy zetknie się oba przedmioty.
Klął pod nosem, kiedy kolory wypluły go w nieznanym miejscu i czym prędzej cisnął drewnianą miotłą i zniczem w ziemię. Zaczął pośpiesznie się rozglądać, orientując w swoim położeniu i zaciskając kolana na Błyskawicy. Od teraz koniec z odbieraniem prezentów pocztą, powiedział sobie stanowczo.
Unosił się ponad ogromnym ogrodem, przez co przyszła mu do głowy Indigena Yaxley i spiął się tak mocno, że Błyskawicą zaniosło na bok. Ale póki co żadna z roślin nie spróbowała go jeszcze zaatakować i pożreć, co było pocieszające. Obecnie ogród i tak składał się głównie ze śniegu i kamieni, z czym te drugie były czarne i wystawały ponad puch w czymś, co prawdopodobnie było jakiegoś rodzaju artystycznym wzorem. Connor nie znał się na takich sprawach; ogrodnictwo nigdy go nie interesowało, a Lux Aeterną zajmowały się brązaczki.
Zauważył, że w kącie ogrodu znajdował się niewielki placek zieleni. Rósł tam ogromny krzak, wyraźnie chroniony przed zimą za pomocą jakichś zaklęć, a zaraz pod nim znajdowały się niewielkie, białe kwiatki. Inne rosły naokoło nich; Connor nawet stąd był w stanie zobaczyć ich kolory. Przygryzł wargę i spróbował sobie przypomnieć, czego nauczył się o tego rodzaju roślinach z zielarstwa. Ten krzak to był chyba głóg, nie?
– Witaj, Connorze.
Skręcił gwałtownie Błyskawicą. Pod kamienną ścianą, którą Connor uważał za tyły domu, mimo że otaczające go osłony kompletnie kryły resztę budynku, stał mężczyzna. Uśmiechał się szeroko, miał ciemne oczy i włosy i choć Connor nie widywał go zbyt często, to i tak za pierwszym razem spotkali się przy hogwarckim jeziorze, tamtej nocy kiedy Connor dowiedział się, że jednak nie był Chłopcem, Który Przeżył, a coś takiego naprawdę ciężko się zapomina.
– Rosier – powiedział, mając nadzieję, że głos mu nie drżał. W końcu Gryfon miał być odważny, a on był w tej chwili zanadto zajęty wypatrywaniem różdżki mężczyzny, żeby zwrócić uwagę na własny głos.
Śmierciożerca zaśmiał się i podwinął lewy rękaw, przechylając przedramię tak, żeby Connor mógł zobaczyć jego Mroczny Znak.
– Doprawdy – powiedział. – Można by pomyśleć, że nieco ostrożniej podejdziesz do listów kogoś, kto podpisywał się jako Znaczek.
A Connor poczuł się jak idiota, ale przynajmniej był tylko idiotą. Jeszcze nie odbiła mu szajba.
– Szajba ci odbiła – powiedział Rosierowi.
Wyglądało na to, że nie spodobało mu się to, nawet jeśli to była prawda. Obrócił lewe ramię tak, że Connor już nie był w stanie dłużej widzieć jego znaku – co mu kompletnie nie przeszkadzało, nie chciał na niego patrzeć, był szpetny, a czerwone linie wokół tylko wszystko pogarszały – po czym wyciągnął różdżkę.
Connor położył rękę na własnej, ale wiedział, że nie ma szans w starciu z klątwami Rosiera. Facet rzucił na Hermionę klątwę tnącą w czasie bitwy na letnie przesilenie, a Hermiona była magicznie potężniejsza od Connora. Dlatego też powinien odnieść się do zaklęć wyłącznie, jeśli nie będzie miał innego wyboru.
W uszach mu brzęczało. Nie wiedział nawet, czy się bał czy nie. Drżenie przebiegło mu po mięśniach, ale to mogła być sprawka adrenaliny, która pompowała mu w żyłach. Aż wyczuwał jej napływ, przez co przypomniał sobie, że ten człowiek przecież był obecny, kiedy Harry'emu odcinano rękę. Connor nie był pewien, czy miał jakieś szanse w walce z nim, ale też nie wiedział, czy może liczyć na jakiś ratunek, więc po prostu będzie musiał spróbować.
A jeśli Rosier szukał sobie kogoś łatwego do zabicia, to naprawdę nie powinien był ściągać go tu na Błyskawicy.
Rosier cisnął w niego klątwą, która wyleciała mu z różdżki w językach błękitnych płomieni. Connor uskoczył, kiedy była jeszcze w połowie trasy, okręcając się wokół niej jakby była niechętnym do złapania zniczem. Ogień ryknął, mijając go, i rozwiał się na wietrze.
Rosier rzucił klątwę błyskawicy. Moody nauczył ich, w czasie tych spanikowanych trzynastu dni przed letnim przesileniem, że takiej klątwy nie da się uniknąć, ale można podpuścić wroga do rzucenia jej tam, gdzie cię nie ma. Connor zrobił unik w lewo, więc klątwa Rosiera wystrzeliła w lewo, ale Connor już wtedy mknął z całą prędkością w prawo.
Zastanawiał się, czy nie powinien wylecieć poza ogród, śmignąć w kierunku horyzontu. Ale nie miał pojęcia, gdzie się właściwie znajdował, czy w pobliżu nie znajdowali się inni śmierciożercy, oraz czy Rosier nie będzie w stanie użyć drewnianej miotły i znicza do zakradnięcia się na teren Hogwartu. Bo jeśli to zrobi, to byłaby to wina Connora. W dodatku w domu mogli znajdować się jacyś ludzie. Być może Rosier już ich pozabijał, ale może nie.
A potem w głowie pozostała Connorowi przeciągająca się myśl, że gdyby udało mu się zabić, czy chociaż zranić Rosiera, to ten nie zdoła skrzywdzić w przyszłości Harry'ego.
Ale przynajmniej jedno będzie musiał tu załatwić. Dlatego kiedy Rosier zaczął długą inkantację bolesnej klątwy, Connor zanurkował gwałtownie. Rosier urwał, przyglądając mu się, po czym roześmiał się, jakby zastanawiając, czy Connor przypadkiem nie wyrżnie w ziemię, oszczędzając mu kłopotu.
Ale Connor szukał. Znalazł leżące w śniegu znicz i miotłę i machnął różdżką, myśląc Incendio! Chwilę później zostały po nich same popioły, a Rosier już nie był w stanie ich w żaden sposób wykorzystać.
Rosierowi się to nie spodobało. Warknął i jakaś klątwa nacinająca przeszyła Connorowi plecy. Wrzasnął, wzbijając się prosto w górę i klnąc przez zaciśnięte z bólu zęby. Bolało jak ogień, bolało jak diabli, bolało jakby po plecach przejechał mu tłuczek najeżony żyletkami…
I strasznie go wkurwiło.
Profesor Snape powiedział mu kiedyś, że ilekroć się złościł, albo myślał o chronieniu Harry'ego, jego magia nabierała na mocy. Zawrócił i wycelował różdżką ogólnie w kierunku Rosiera. Zaklęcie, które chciał rzucić, nie musiało trafić bezpośrednio w niego.
– Calefacto!
Ziemia wokół Rosiera rozgrzała się nagle i śnieg zaczął parować. Chwilę później Rosier skrzeknął cicho. Z tego, co Connor usłyszał od Harry'ego, może i Rosier uważa ból za coś przyjemnego, ale przynajmniej para ograniczyła mu pole widzenia, dając Connorowi chwilę na okrążenie go i zastanowienie się nad zaklęciem, które powali tego wariata.
Nie zaklęcie.
Connor wahał się przez jedną, krótką chwilę co do tego, czy to w ogóle było słuszne, ale przecież miał jeszcze mniej czasu do namysłu podczas bitwy na letnie przesilenie. Jak tylko para zaczęła się rozwiewać, nachylił się nad miotłą i spojrzał Rosierowi w oczy. Miał odchyloną do tyłu głowę, śmiał się i cytował jakiegoś poetę. Connor zmusił się do nie zwracania na to uwagi. Cisnął swoją wolą niczym batem, zahaczając o umysł Rosiera przymuszeniem ciężkim jak kotwica.
Upuść różdżkę.
Dłoń Rosiera otworzyła się, a jego różdżka wylądowała w błocie. W tej samej chwili jego myśli zaczęły się wić pod uchwytem Connora, próbując z nim walczyć. Connor skrzywił się. Ten umysł dawał mu nieprzyjemne, miękkie i porowate wrażenie. Nie czuł czegoś równie odrażającego odkąd spróbował przelotnie przymusić Voldemorta w ciele Syriusza do puszczenia go wolno, kiedy ten szaleniec go złapał pod koniec trzeciego roku i spróbował wykorzystać przeciw Harry'emu. To dopiero był mroczny i cuchnący zgnilizną umysł, a ten był niewiele lepszy. Strasznie ciężko przymusić wariata.
A teraz pozostawało pytanie, co powinien zrobić z tym przymuszeniem…
Connor przełknął ślinę. Wiedział, co prawdopodobnie powinien zrobić, zwłaszcza że Rosier nie skrzywdził tylko Harry'ego. Skrzywdził też Hermionę i to tak strasznie, że musiała spędzić całe miesiące w łóżku, w dodatku porwał ją zeszłej zimy i zrobił coś, o czym wciąż nie była w stanie z nikim rozmawiać. Dlatego Connor powinien upewnić się, że Rosier już nigdy więcej nie zrobi czegoś takiego.
Ale sumienie z nim walczyło. Czy zdoła spojrzeć Rosierowi w oczy, posłać niemy rozkaz Giń i naprawdę mieć to na myśli?
Nigdy wcześniej nie próbował. Po prostu przejmował kontrolę nad ich ciałami, albo zmieniał ich tor myśli.
Rosier niemal wyrwał mu się spod kontroli; jego umysł był zwinniejszy od trzepoczącej z paniką ryby. Connor nabrał głęboko tchu i zaczął obracać swoją Błyskawicę, żeby ponownie spojrzeć na twarz Rosiera.
– Dobrze się bawisz, Evanie?
Szok związany z nagłą falą czystej nienawiści, jaka zalała umysł Rosiera, sprawił że Connor stracił nad nim panowanie. Zaklął i wzbił się wyżej, zaciskając rękę na różdżce i patrząc jak jakaś kobieta idzie wzdłuż ściany w kierunku Rosiera. Miał wrażenie, że się uśmiechała, ale wyglądała tak dziwacznie, że ciężko było stwierdzić to na pewno.
To właśnie była Indigena Yaxley. Connor rozpoznał ją po zielonych lianach przeplatających jej włosy i sposobie, w jaki para cierni podążała za nią niczym posłuszne szczeniaki. W dodatku pod tym kątem cienie pod jej skórą były tak wyraźne, że kojarzyła się mu z łażącym krzakiem. Zadrżał i wzbił się jeszcze wyżej.
Rosier warczał na Yaxley, co było niskim dźwiękiem, który według Connora powinny być w stanie wydawać z siebie wyłącznie rozwścieczone wilkołaki. Yaxley zdawała się tym kompletnie niezrażona. Zatrzymała się o kilka stóp od Rosiera i przyjrzała mu uważnie. Connor nie był w stanie określić, czy patrzyła na konkretne miejsce na jego ciele, czy też może coś, co miał przy sobie.
– Czyżby prześladowały cię koszmary, Evanie? – wyszeptała teatralnie.
Rosier zawył, sięgając po różdżkę i w następnej chwili Yaxley stanęła w ogniu. A przynajmniej spróbowała. Jej liście zatańczyły, wijąc się wściekle i tłumiąc płomienie. Yaxley pokręciła głową, sięgając po własną różdżkę.
– Doprawdy, Evanie, musisz nauczyć się panowania nad sobą – mruknęła. – Ogień to taka prymitywna broń. Wydawało mi się, że moje ciernie już dawno temu nauczyły cię, że istnieją bardziej wyrafinowane metody zadawania bólu. – Spojrzała na Connora i pomachała do niego. – Dzień dobry! – zawołała. – Przepraszam za kłopot, ale musieliśmy coś sprawdzić, a już dawno temu zostałeś obrany jako nasz królik doświadczalny. Pojawiłabym się wcześniej, ale…
Ktoś jeszcze wyszedł zza kamiennej ściany. Connor zamrugał, po czym zwalczył w sobie pokusę do potarcia oczu. Pani Parkinson? Co ona tu robi? No, w sumie to może być jej dom…
Już parokrotnie spotkał się z Hawthorn, ostatnim razem w święta i zawsze imponowały mu jej dobroć i ciepło, które zdołała w sobie zachować mimo deklaracji wobec Mroku. Nie wiedział jednak, jak zinterpretować spojrzenie, które wbiła w Indigenę Yaxley. Yaxley przyglądała się jej, jakby nigdzie się jej nie śpieszyło.
Hawthorn i Rosier rzucili jednocześnie swoje klątwy, choć ta Hawthorn była czerwona, a Rosiera czarna. Obie trafiły w Yaxley i odbiły się. Connor podejrzewał, że rośliny pod jej skórą tworzyły naprawdę solidną tarczę. Zataczał ciasne koła nad nimi, zastanawiając się co robić. Klątwy latały teraz wszędzie, rzucane z niesamowitą prędkością i zdawał sobie sprawę z tego, że nie był na tyle dobry w pojedynkach, żeby jakoś pomóc. W dodatku nie był pewien, czy powinien zaatakować Yaxley, czy Rosiera. Nie wiedział, które z nich było bardziej niebezpieczne.
A potem Rosier odwrócił się od Yaxley i wzniósł różdżkę ku niebu. Connor zebrał się w sobie, kiedy w jego kierunku śmignął czerwony zygzak. To była klątwa łowcza i będzie za nim leciała bez względu na to, gdzie by nie spróbował odlecieć. Rosier pewnie zwlekał z nią tylko dlatego, że klątwy łowcze nie zadawały zbyt wiele bólu, a wcześniej chciał się pobawić.
– Evanie, doprawdy – powiedziała Yaxley tonem osoby zmęczonej wybrykami małego dziecka, po czym wycelowała różdżką w klątwę łowczą. Rozwiała się. Następnie Yaxley zamknęła oczy, pochyliła głowę i położyła różdżkę na swoim lewym przedramieniu. Connor musiał przyznać, choć niechętnie, że naprawdę ją podziwiał za to stanie w miejscu i kompletne ignorowanie całej magii, jaką Hawthorn w nią ciskała, czy też jej rozwścieczonych, przepełnionych nienawiścią wrzasków.
Chwilę później Rosier zawył, jakby zaatakowało go stado szerszeni, po czym aportował się. Yaxley spojrzała na Connora i ponownie pomachała.
– Jeszcze się zobaczymy. Już nie mogę się doczekać – powiedziała z uśmiechem, po czym również się aportowała. I nagle Connor wisiał nad ogrodem Hawthorn Parkinson, pełnym topniejącego śniegu i stopniowo gasnących klątw, a plecy wciąż piekły go jak cholera.
Hawthorn powoli opuściła różdżkę. Connor zauważył, że przyglądała się krzakowi głogu i rosnącymi pod nim kwiatkami. Jej twarz początkowo była obojętna, ale stopniowo wypełniała się emocjami, których Connor naprawdę nie chciał widzieć.
W dodatku potrzebował pomocy.
– Ee, pani Parkinson?
Hawthorn potrząsnęła szybko głową i poderwała wzrok. Chwilę później jej przerażająca mina zniknęła, a ona uśmiechnęła się do niego smutno.
– Nie tak chciałam powitać pana w moim domu, panie Potter – mruknęła. – Tym niemniej, witam w Ogrodzie. Jeśli pan wyląduje, wyleczę pańskie rany i aportuję się z panem do Hogwartu.
Connor kiwnął głową, mówiąc sobie, że niepotrzebnie się niepokoi. Hawthorn była śmierciożerczynią. To nie znaczyło, że wciąż nią jest. Powoli obniżył lot, bo nacięcie bolało coraz mocniej, a przy lądowaniu pozostawił po sobie dwie bruzdy w śniegu.
Hawthorn zdawała się tego nie zauważyć. Znowu patrzyła w kierunku krzaku głogu.
Wreszcie potrząsnęła głową i spojrzała na Connora, zaciskając mocno usta.
– Nie wiem, jak udało im się minąć moje osłony – powiedziała. – Ale dowiem się. A potem znajdę i zabiję Indigenę Yaxley.
Connor zadrżał i to nie z zimna.
A potem Hawthorn ponownie stała się taką samą, ciepłą i dobrą kobietą, którą spotkał w czasie świąt. Obeszła go, zawołała cicho i z oburzeniem na widok jego rany, po czym mówiła nieustannie, to denerwując się na niego, że nie uciekł od razu, to chwaląc go, że tak dobrze sobie poradził. Connor odprężył się. Był przyzwyczajony do matek.
Zastanawiał się jednak, czemu Rosier go tu w ogóle przyzwał i w jakim celu pojawiła się Indigena Yaxley. Ale cóż…
Rosier jest szajbnięty. A Yaxley to Cierniowa Zdzira. Czy tacy ludzie w ogóle potrzebują jakichś powodów do wypełniania swoich szalonych planów? Przecież oboje okazali się na tyle szurnięci, że zostali śmierciożercami.
Znacznie bardziej interesował go ból, który stopniowo opuszczał mu plecy i co właściwie powie Harry'emu – no, a przynajmniej spróbuje powiedzieć – żeby uniknąć za to wszystko ochrzanu po powrocie do domu.
