Rozdział pięćdziesiąty dziewiąty: Bądź pozdrowiona, radości

Harry oparł czoło o dłoń.

– No dobra – powiedział, ale nawet dla niego ten głos brzmiał głucho. – Czyli otrzymałeś drewniany znicz po tym jak już otrzymałeś srebrny znicz od kogoś, kto okazał się Rosierem?

– Tak. – Connor brzmiał jednocześnie na nadąsanego i zbuntowanego. Brzmiał w ten sposób odkąd Hawthorn sprowadziła go z powrotem do szkoły i wyjaśniła Harry'emu, na stronie i po cichu, jego niewielką przygodę. Następnie Harry'emu przyszło wysłuchać opowieści Connora, w której naciskał na wszystko, co sam określał jako „heroiczne" i praktycznie pomijał to, co Harry miał skłonność do nazywania „głupotą".

Poprosiłby Hawthorn o pozostanie i wyjaśnienie mu niektórych szczegółów, ale kiedy na niego spojrzała takimi mrocznymi i zamarzniętymi oczami, zorientował się jak bardzo potrzebowała teraz pobyć przez chwilę sama. Właśnie zorientowała się, że morderczyni jej córki wciąż żyła, jej zemsta nie została ukończona jak należy i prawdopodobnie nieprędko zostanie, jeśli cokolwiek wywnioskować z tego, w jaki sposób Indigena opierała się wszystkim jej klątwom.

Istniały słowa, które Harry mógłby jej powiedzieć o zemście i obsesji. To drugie znał osobiście w przynajmniej połowie różnych wariacji. Ale uznał, że chyba jednak lepiej będzie puścić ją wolno.

Przecież nie mogę jej mówić, jak ma przeżywać własne emocje, zwłaszcza kiedy najpotężniejszy krok, jaki wykonała w ramach pogodzenia się ze śmiercią Pansy, okazał się niedokończony. W dodatku kto wie? Może jednak uda się jej zabić Indigenę w bitwie. W końcu jesteśmy wrogami.

Dlatego też zamiast tego usiadł w Pokoju Życzeń, najcichszym miejscu jakie mógł znaleźć bez żadnej zapowiedzi. Pokoje wspólne Slytherinu i Gryffindoru były pełne zakuwających, albo bawiących się ze sobą uczniów, ponieważ pogoda na zewnątrz była zbyt paskudna, by zachęcić kogokolwiek do wyjścia, a Draco skupiał się na przemianie animagicznej w ich sypialni i nie chciałby, żeby ktokolwiek mu przeszkadzał. W dodatku pewnie okazałby się aż nazbyt skory do ukarania Connora.

– Czemu mi nie powiedziałeś o tym całym Znaczku? – Harry uznał, że przede wszystkim tego właśnie powinien się dowiedzieć. Bo tak naprawdę był w stanie przyjąć do wiadomości, że to była jedna wielka pomyłka ze strony jego brata. Przynajmniej tym razem Connor nie był celowo głupi, jak to miał w zwyczaju w czasie trzeciego roku, kiedy to rozumiał już ogólny zarys relacji Harry'ego i Lily, ale z uporem maniaka odmawiał poznania szczegółów. Harry nie był za to w stanie pojąć, czemu dopiero teraz po raz pierwszy usłyszał o Znaczku.

– Bo mówił mi dokładnie o takich samych sprawach jak ty, kiedy jeszcze przebywałeś w Leśnej Twierdzy. No to uznałem, że pewnie jest prawdziwy – wyjaśnił Connor. – No i… wiedziałem, że pewnie powiedziałbyś mi, że to niebezpieczne, Harry. Ale powiedziałem ci, że pisuję z kimś. Z przyjacielem.

– Ale nie powiedziałeś mi jego imienia, ani że otrzymywałeś od niego prezenty.

Connor prychnął.

– Nie wmówisz mi, że to imię cokolwiek by ci podpowiedziało, Harry. Jasne, to był żart słowny związany z Mrocznym Znakiem, ale przecież wilkołaki potrafią przyjmować sobie najróżniejsze imiona, zwłaszcza te nowe z departamentu.

Harry opanował swój impuls do złapania swojego brata za ramiona i potrząśnięcia nim. Przede wszystkim wciąż miał tylko jedną dłoń, więc nie byłby to równie imponujący gest. Po drugie sam nie był pewien, czy by to skojarzył. Musiał przyznać, że Connor mógł mieć trochę racji w swoim osądzie.

Ale znicze to co innego.

– Czemu utrzymywałeś z nim kontakt, kiedy już opuścił Leśną Twierdzę? – zapytał, powstrzymując impuls do zadania znacznie więcej pytań. Connor już przyznał, że w sumie nie wiedział o Znaczku niczego poza tym, co rzekomy Znaczek sam mu powiedział, a Rosier raczej nie podał mu żadnych informacji w czasie swojej niewielkiej zabawy w ogrodzie Hawthorn. Harry zastanawiał się, ile Connorowi zajmie zorientowanie się, że tak dokładne informacje Rosiera na temat stanu rzeczy w Leśnej Twierdzy oznaczało, że mieli zdrajcę w swoich szeregach.

– Bo chciałem. Pisał do mnie jak do przyjaciela, a nie dlatego, że byłem bratem Chłopca, Który Przeżył. – Connor wzruszył ramionami, ale jego twarz nie pozostała już równie zadziorna co wcześniej; teraz pojawiła się na niej również nuta zazdrości. – Wiem, że nie trzeba ci o tym przypominać, Harry, ale pozostawanie w cieniu tego imienia bywa naprawdę samotne.

Harry pochwycił i zamknął za zaciśniętymi zębami słowa, które przyniosłyby więcej szkód niż pożytku. Odbiłyby się znacznie gorzej na Connorze, niż nim, bo Connor wierzył przez dwanaście lat swojego życia, że to on był Chłopcem Który Przeżył, podczas gdy trening Harry'ego chronił go w tym czasie przed zazdrością i samotnością.

– No dobra, to ma sens – powiedział. – Ale znicze, Connor.

– Sprawdziłem ten drewniany na zaklęcia świstoklikujące! – Connor założył ręce na piersi. – Jak i na inne, które mogłyby mnie skrzywdzić. Nawet nie przyszło mi do głowy, żeby poszukać świstokliku o opóźnionym zapłonie. Ale ty też przecież byś o tym nie pomyślał, Harry. Spójrz mi w oczy i powiedz, że się mylę.

I wtedy nastąpiło coś bardzo dziwnego. Pierwszym impulsem Harry'ego było westchnienie i odwrócenie wzroku, po raz kolejny przyznając Connorowi rację.

A mimo to powiedział:

– Nie musiałbym ich szukać, bo zrobiłbym się podejrzliwy po otrzymaniu drugiego znicza po tym srebrnym i zabrałbym go do kogoś takiego jak Peter, kto pomógłby mi w przyjrzeniu się sprawie uważniej.

Jego ton był wręcz uszczypliwy. Harry zamrugał. Siedzący po drugiej stronie Connor wyglądał na zaskoczonego.

Po chwili Harry podniósł rękę i pokręcił głową.

– Sorka, Connor. Nie. Nawet nie przyszło mi do głowy, że zaklęcia świstoklikowe o opóźnionym zapłonie są w ogóle możliwe. Ale Rosier ma w zwyczaju dokonywanie niemożliwego. – Nachylił się do niego. – Przede wszystkim cieszę się, że wyszedłeś z tego cało. – Nawet jeśli teraz mam ochotę nawrzeszczeć na ciebie za to, jaki byłeś głupi. Ale podniesienie głosu tylko sprawiało, że Connor zaczynał się zżymać, robił się uparty i obstawiał przy swoim, podczas gdy Harry potrzebował od niego szczegółów na temat samego starcia. – Powiedz mi wszystko, co pamiętasz z rozmowy między Rosierem i Yaxley.

Connor odprężył się i to właśnie zrobił. Harry przygryzł mocno wargę, kiedy usłyszał komentarz Yaxley o koszmarach. Znał kogoś, kto miał ich aż zanadto w przeciągu kilku ostatnich miesięcy.

– I jak Rosier na to zareagował? – zapytał.

Connor wzruszył ramionami.

– Dostał szału. Sam nie wiem. Wydawało mi się, że to jakieś odniesienie do ich prywatnego żartu.

Pozostaje jeszcze kwestia infekcji Mrocznego Znaku. Harry wciąż nie wiedział, co o tym myśleć. Mroczny Znak Snape'a był zainfekowany przed bitwą na letnie przesilenie. Podobnie Lucjusza, Hawthorn, Adalrico i Petera. A w ten Regulusa infekcja wdała się zanim jeszcze w ogóle udał się do obrazów. Harry wyszedł wtedy z założenia, że to była jakaś nowa sztuczka Voldemorta, która dobiegła końca z chwilą wycięcia mu dziury w magicznym rdzeniu, co odebrało mu możliwość do dręczenia swoich byłych śmierciożerców na odległość.

Ale możliwe, że to był również efekt uwarzonych przez Snape'a eliksirów, które zmniejszały ból zakażonych znaków. Lucjusz, który musiał się bez nich obyć aż do końca bitwy, kiedy to wreszcie zdołał wejść do Hogwartu, leczył się ze swojej infekcji znacznie dłużej od pozostałych. Tymczasem Rosier musiał w ogóle poradzić sobie bez nich, a opisane przez Connora czerwone ślady wokół znaku przypominały te, które Harry widział przed bitwą.

Oczywiście, pozostawała jeszcze kwestia tego, po co w ogóle Rosier i Yaxley ściągnęli Connora akurat do ogrodu Hawthorn, czemu pytanie Yaxley tak rozwścieczyło Rosiera i czy Rosier w ogóle zdaje sobie sprawę z tego, że ta infekcja może mieć jakiś związek z koszmarami.

– Harry?

– Hmmm? – Harry poderwał wzrok i zobaczył, że Connor wstaje od stworzonego przez pokój stołu i patrzy na niego przepraszająco.

– Czy potrzebujesz jeszcze czegoś ode mnie, czy mogę już sobie pójść? Bo naprawdę powinienem powiedzieć Parvati, że już wróciłem. Merlin jeden wie, czy nie doszły jej jakieś plotki, ale chcę sam jej pokazać, że nic mi nie jest.

Harry kiwnął głową i uśmiechnął się.

– Pewnie, leć. I podziękuj jej ode mnie jeszcze raz za to ogłoszenie z rana.

Twarz Connora złagodniała i pojawił się na niej dumny uśmiech – tego rodzaju, który Harry czasem widział na własnej, kiedy patrzył na Dracona, albo na Lucjusza, kiedy patrzył na Narcyzę.

– Niesamowita jest, nie? – powiedział cicho, po czym odwrócił się i wyszedł, zanim Harry zdążył cokolwiek odpowiedzieć.

Harry wstał. Skontaktuje się z innymi byłymi śmierciożercami – no, z Peterem i Snape'em będzie w stanie porozmawiać osobiście, a do Lucjusza wyśle list – i zapyta o koszmary i zaczerwienienia wokół Mrocznych Znaków. Domyślał się jednak, że otrzyma negatywne odpowiedzi. Sny Snape'a były związane z aurą Sanktuarium, a Joseph przecież wyczułby, gdyby czaiło się w nich coś niepokojącego i o złych intencjach. W dodatku żaden inny sojusznik nie zaraportował koszmarów.

Ale zawsze istniała szansa na…

Co?

No, tego jeszcze nie wiedział, inaczej pewnie rozgryzłby, co właściwie zaplanowali sobie Yaxley i Rosier. Ale istniały jeszcze kwestie snów Snape'a, Mrocznych Znaków i zdrajcy w Leśnej Twierdzy.

No i pozostawała sprawa tej chwili, kiedy Harry warknął na Connora, pozwalając przez chwilę opętać się złości i sarkazmowi, zamiast sympatii, która zawsze odnosiła znacznie lepsze rezultaty po początkowym ochrzanie.

Harry potrząsnął głową i opuścił Pokój Życzeń. Tego wciąż nie rozumiem. Może rozbiła się we mnie kolejna bariera? A może to była oznaka, że pozwalam sobie na coraz więcej? Joseph pewnie będzie wiedział. I tak powinienem zasięgnąć jego rady pod względem snów Snape'a.


– Nie – powiedział stanowczo Joseph. – Sny Severusa były kompletnie normalnie jak na możliwości Sanktuarium. Zmusiły go do stanięcia twarzą w twarz ze wszystkimi złymi wspomnieniami, które w sobie tłumił. Zwykle są to tylko wyjątkowe dla danej osoby wspomnienia, bo z bardziej powszechnymi już dawno zdążyła się pogodzić. Bardzo rzadko pojawiały się przypadki przekonane, że w kółko są prześladowane przez tę samą zgrozę i wtedy sny pokazywały im każdy przypadek pod innym kątem. W dodatku te sny już mu minęły. Chyba ci o tym mówił?

Harry kiwnął głową.

– Powiedział, że już wrócił do snów, których prawie nie pamięta po przebudzeniu, chyba że są wyjątkowo wyraźne, ale że to dla niego normalne. – Snape skrzywił się, kiedy Harry go o to zapytał i przede wszystkim zaczął go zapewniać, że nabiera sił i zaczyna powoli uciekać z więzienia własnych wspomnień. Ale jego na wpół–histeryczna bezradność, którą okazywał na początku jesieni, wciąż tkwiła wyraźnie w pamięci Harry'ego.

– Tak, Severus już tak ma – zgodził się Joseph. Nachylił się i złożył ręce przed sobą. – A ty przyszedłeś tu dzisiaj z czymś jeszcze, Harry. Czym?

Harry uśmiechnął się z zakłopotaniem.

– Czy to naprawdę aż takie oczywiste?

– Teraz już tak.

Harry kiwnął głową i odchylił w fotelu, przymykając oczy i szukając słów, żeby wyjaśnić swój niespodziewany wybuch na Connora. Joseph czekał. Harry zdążył polubić otaczającą go ciszę, która zdawała się mieć inną jakość od tej typowej dla Very, gdzie zawsze w powietrzu istniała sugestia, że słuchający już praktycznie wie, co chce się mu powiedzieć i tylko czeka. W dodatku kiedy Joseph czekał, to nie mówił tymi swoimi zawiłymi, wielokrotnie złożonymi i ponakładanymi na siebie zdaniami, przez które Harry czasami zastanawiał się nad własnym zasobem słownictwa i poniekąd go za to nie znosił.

– Odezwałem się do Connora bez namysłu i kontroli nad własnymi emocjami – zaczął ostrożnie Harry. – Tylko przez chwilę. Powiedziałem mu, że na jego miejscu momentalnie zabrałbym te tajemnicze prezenty, które otrzymywał i które postawiły dzisiaj jego życie w niebezpieczeństwie, do kogoś, kto zna się na mrocznej magii i byłby w stanie znaleźć w nich nieznane mi zaklęcia. Ale prawda jest taka, że nie wiem, czy bym tak zrobił, więc zachowałem się jak hipokryta. Poza tym, to nie było najlepsze, co mogłem w tamtej chwili powiedzieć. Connor potrzebował ode mnie troski, łagodności i pocieszenia. Na litość Merlina, przecież dopiero co został porwany przez Rosiera i prawie zginął. Sam nie wiem, czemu to powiedziałem. Zastanawiałem się, czy to nie jest oznaka, że dzieje się ze mną coś dziwnego. Może pękła jakaś bariera, z której nawet nie zdawałem sobie sprawy?

Joseph niczego nie powiedział. Harry czekał, póki nie mógł już tego dłużej znieść, po czym wyjrzał zza przymrużonych oczu, żeby zobaczyć choćby wyraz jego twarzy. Joseph siedział z lekko otwartymi ustami, a kiedy zauważył, że Harry mu się przygląda, roześmiał się radośnie. Harry zamrugał.

– Ee. Proszę pana?

Joseph podniósł rękę i pokręcił głową. Harry czekał, aż minie mu napad śmiechu i sam w końcu zaczął się uśmiechać. Starał się nie dopuścić do tego, żeby przytłoczyły go troski w obliczu takiego rozweselenia. Ale co, jeśli coś poszło nie tak? Może zniszczył barierę, której nikt normalny by nie zniszczył?

Wreszcie śmiech uspokoił się na tyle, że wieszcz był w stanie się odezwać. Wciąż jednak miał ślady po nim wokół ust i oczu, kiedy nachylił się do Harry'ego i wbił w niego spojrzenie.

– To, co zrobiłeś, było kompletnie normalne – powiedział.

– Jak na ten okres niszczenia barier? – zapytał Harry.

– Mam na myśli normalne – powiedział Joseph. – Wszyscy się czasem przejęzyczamy, Harry. Wszyscy mówimy coś nieczułego w niewłaściwym momencie. Wszyscy jesteśmy czasami hipokrytami. W czasie rozmów z Severusem na przestrzeni ostatnich pięciu miesięcy otrzymałem pod tym względem aż nadto przypomnień. Ziałby ogniem, gdybyś przeżywał takiego rodzaju sny i zataił przed nim, czego dotyczyły, podczas gdy dokładnie coś takiego zrobił właśnie tobie. A mimo to nie przeszkadzało mu dzielenie się tymi wspomnieniami wyłącznie w czasie naszych prywatnych rozmów i celowo określał wszystko tak groteskowo i nieprzyjemnie jak to było możliwe, żebym poczuł się w tym czasie niekomfortowo – ale gdybyś to ty miał przejść takie leczenie, to powiedziałby ci, że absolutnie masz się tak nie zachowywać.

– No to… co to znaczy? – Harry machnął ręką w powietrzu i pozwolił jej opaść.

– Witaj w prawdziwym świecie, Harry. – Uśmiech już nie był dłużej tylko sugestią na twarzy Josepha, ale zajaśniał mu w oczach i na ustach i wszędzie indziej. Patrzył na niego tak szczerze uradowany, że Harry już dawno nie widział takiej miny. – Wyzdrowiałeś do stopnia, w którym jesteś w stanie popełniać błędy i nie batożyć się potem mentalnie przez wiele dni. I to w dodatku zrobiłeś to przy własnym bracie, który kiedyś stanowił centrum i fundamenty twojego świata. To tak dobry znak, że nie jestem nawet w stanie w pełni określić tego słowami.

– Ale… – Harry'emu nagle przed oczami stanęła przerażająca wizja siebie hasającego przez świat i krzywdzącego bezmyślnie ludzi. Merlin jeden wiedział, że już wystarczająco często robił to tylko przez to, że nie rozumiał pewnych spraw, które dla wszystkich były oczywiste. – Czy to znaczy, że od teraz jestem skazany na hipokryzję i ranienie innych?

– Nie bardziej od kogokolwiek innego – powiedział stanowczo Joseph. – Bo tak, Harry, to przytrafia się wszystkim – mnie, Severusowi, twojemu Malfoyowi, twojemu bratu, tobie, wszystkim. Mam tylko wrażenie, że jak do tej pory nie byłeś w stanie pojąć, że tego rodzaju błędy nie są niewybaczalne. Można okazać samolubność i potem to komuś wynagrodzić. Można przyjąć na siebie ranę, która pokłuje przez dzień i kompletnie nie pamiętać o niej następnego ranka. Nie wszyscy zachowują urazę do końca życia. Nie wszyscy będą cię nienawidzić, czy knuć przeciw tobie, jak tylko cię zobaczą. A ty też nie musisz od nikogo żebrać, ani w temacie czasu, czy pieniędzy, albo okazywać ogromne gesty sympatii, zrozumienia i pokorności wobec tych, których skrzywdziłeś.

Harry zamrugał, wpatrując się w ścianę naprzeciw. Wiedział o tym całe życie, oczywiście że tak, ale z jakiegoś powodu wydawało mu się to teraz jakąś rewelacją.

Bo chyba po raz pierwszy tak naprawdę to czuję. Wcześniej mogłem w to wierzyć, ale tylko intelektualnie. To jak różnica między tym, że ktoś mi powie o lataniu na miotle i faktycznym wzbiciem się w powietrze.

– Czyli nie muszę być idealny – wyszeptał.

– Jeśli wciąż pozostały po tym w tobie jakieś ślady, Harry, to musisz się ich pozbyć – odparł Joseph, brzmiąc teraz wyjątkowo poważnie. – I tak nie byłbyś w stanie być idealnym, ale to wyjątkowo ważne w wodach, w których zdecydowałeś się popłynąć. Jeśli będziesz się wzdragał przed każdą okazją, kiedy miałbyś szansę kogoś skrzywdzić, to nigdy nie zdołasz w pełni się kłócić i pozwolić komuś skorzystać ze swojej wolnej woli. Jeśli za każdym razem będziesz usiłował pośpiesznie naprawić wyrządzone szkody, to możesz doprowadzić do czegoś znacznie gorszego. A jeśli zaczniesz uważać, że robisz wszystko, co w twojej mocy i nikt nie może cię winić za pewne posunięcia i przekonania, to nawet nie zauważysz, kiedy zrobisz się samolubny. Zawsze znajdzie się ktoś, kto będzie cię winił. Dlatego uciekanie przez tą winą nie powinno być twoim priorytetem.

Harry momentalnie pomyślał o horkruksach i tym, jak jego obsesja na punkcie badań musiała wydawać się Draconowi samolubna i może nawet Regulusowi, który ryzykował życiem, żeby zdobyć te informacje dla Harry'ego i czuł się obrzydliwie, kiedy musiał się nimi dzielić. No i co by się stało, gdyby Harry z uporem starał się ochronić Lokiego przed jego własnym poświęceniem, ponieważ nie lubił oglądać śmierci i chciał, żeby Loki żył? Samolubność, po raz kolejny, nawet gdyby wyjaśnił to sobie, że wcale nią nie była, ponieważ przecież uchroniłby kogoś przed niechybną śmiercią, a jego watahę przed zostaniem kanibalami.

Wszystko jest samolubne z pewnej perspektywy.

Pomysły, które wcześniej nie przychodziły mu do głowy, teraz rozbiegły mu się po umyśle niczym błyskawica. A czego potrzebuję, to ustalenia perspektywy, której będę w stanie zaufać. Samokrytycznej, oczywiście, bo taki właśnie musi być vates. Szczerej, ponieważ muszę wypatrywać sytuacji, w których bym się okłamywał. Ale też krytycznej wobec innych, ponieważ nie zawsze będą mieli najlepsze intencje i są zdolni do składania deklaracji, przy jednoczesnym zmuszaniu innych do ograniczeń, które ich krzywdzą – albo mnie, bo ja przecież też się liczę – oraz zdolnej do wybaczenia mi, kiedy dopuściłem się do czegoś, co tak naprawdę wcale nie jest jakimś wielkim błędem.

Pochylił się i oparł czoło na dłoni.

– Harry? – Joseph przeszedł dzielącą ich odległość jednym susem i przyklęknął przy nim, delikatnie przykładając palce do jego ramienia.

– Nic mi nie jest – wyszeptał Harry. – Tylko daj mi chwilę.

W umyśle rozwijała mu się nowa wizja, która bardzo przypominała starą: wijąca się ścieżka możliwości, przeplatana zielenią i złotem, kolorami Mroku i Światła, prowadząca gdzieś w dal, oferująca możliwości naprawienia popełnionych błędów, jak i popełnienie jeszcze większej ich ilości i to nawet gorszych za każdym razem kiedy podążający nią poślizgnąłby się i upadł, ale też okraszona niezwykłymi okazjami i potencjałem drzemiącym w duszy.

Tylko że tym razem ta ścieżka była wyłącznie jego.

I wyobraził sobie, jak ta ścieżka mogłaby przeplatać się ze ścieżkami innych ludzi, okręcając się wokół nich, wciskając się między ich nici, albo kompletnie je przecinając, a czasem nawet po prostu się z nimi plącząc, ilekroć relacja zrobi się zbyt skomplikowana i składać się będzie z warknięć i odpowiedzi na warknięcia i rozdzielania się, krążenia i nieprzerwanego podążania dalej, ale zawsze powracania do siebie, tańczenia z Draconem, wrogami, przyjaciółmi, Connorem, centaurami, skrzatami domowymi, martwymi i Voldemortem, bo wszyscy byli częścią tego samego świata. A martwi, w najgorszym przypadku, dzielili z żywymi pamięć.

Wciąż będzie musiał być ostrożny, ponieważ przez wzgląd na wszystkie obowiązki, jakie na siebie powziął, jego pomyłki wciąż skończą się dla wszystkich znacznie gorzej od pomyłek zwykłych ludzi. Ale miał też więcej od nich możliwości do zrobienia czegoś dobrego i nigdy z nich nie skorzysta, jeśli czasem nie zaryzykuje poszerzenia swoich perspektyw, choćby po to by nauczyć się, jak wiele jest w stanie zrobić. Do tej pory uciekał się do konfrontacji i konsultacji wyłącznie, kiedy go do tego przyciśnięto. Nawet do rozmów z Josephem, na których naprawdę wiele skorzystał, nie doszłoby, gdyby Snape go do nich nie zmusił.

A to przecież niedorzeczne. Jego słowo powinno wystarczyć. Jego własne decyzje powinny były go napędzać, nawet jeśli podejmował je przy wsparciu innych. Powinien był brać aktywny udział w tańczeniu na własnej ścieżce, bo przecież nikt tego za niego nie zrobi, a gdyby spróbował, to Harry nigdy nie zdoła w pełni rozwinąć skrzydeł.

Fala światła uderzyła mu w umysł.

I właśnie dlatego to, jak Lily mnie traktowała, było złe. Powiedziałem kiedyś, że odbywam żałobę po wszystkich ludziach, którymi mogłaby się stać. Ale odebrała mi wszystkich ludzi, którymi sam mogłem się stać. I to było złe, złe dla mnie w ten sam sposób, w jaki byłoby dla Connora, albo gdyby Lucjusz zrobił coś takiego Draco, czy rodzice Parvati zrobili to jej.

Ludzie już mu kiedyś tak to wyjaśniali. Harry po prostu wierzył im na słowo.

Ale teraz to czuł.

Zorientował się, że płakał, a przynajmniej oczy zasnuły mu się łzami. Dotknął je palcem, zastanawiając czy zrodziły się ze smutku czy radości. Czy myślał teraz bardziej o przeszłości i wszystkim co w niej stracił, czy przyszłości i wszystkim co mógł w niej zyskać, skoro już wiedział?

Żałował, cokolwiek agresywnie, niektórych elementów treningu Lily, które wcześniej naprawdę sobie cenił, jak na przykład zdolność do wycofania się za emocjonalne ściany. Jak wiele życia stracił w ten sposób?

Ale nie dopuści, żeby ten żal go teraz zniszczył, tak samo jak nie mógł pozwolić na to dowolnej innej obsesji. Zmieniał się, dorastał i jeśli Lily go naznaczyła, to stworzyła wyjątkowo niewielką część tego, kim tak naprawdę był. Tyle sam przyznał, kiedy bronił jej w czasie rozprawy. Ale wtedy nie przyszło mu nawet do głowy, że miałby rozrosnąć się jeszcze bardziej. Wierzył, że już na zawsze zachowa w głowie jakąś równowagę własnych myśli i treningu Lily.

Ale tak się nie stało. Rozwijał się dalej, pozostawił to za sobą i rozpoczynał nowe życie.

Teraz będzie już w stanie popełniać błędy i to będzie w porządku. Będzie w stanie zachowywać się normalnie, jeśli tylko tego zechce i to też było w porządku. I będzie w stanie podejmować decyzje, których nikt za niego nie podejmie, bo był vatesem i trwała wojna, ale nawet to było w porządku. W dodatku tym razem będzie w stanie bronić swoich decyzji, ponieważ mógł sobie zaufać.

I to też było w porządku.

Wstał i potrząsnął głową. Joseph odsunął się powoli od niego, z szeroko otwartymi oczami, skupionymi na Harrym w sposób, który sugerował, że nie patrzy tylko na jego ciało, ale wszystko co właśnie zaszło w duszy.

– W sumie… – Joseph urwał i pokręcił głową. Harry zastanawiał się, czy byłby w tej chwili wyjaśnić, co właściwie widział. Ale to nie szkodzi, jeśli nie był. Harry pewnie też nie byłby w stanie w tej chwili opisać, w jaki sposób widział wieszcza. Być może zrobi to później, kiedy już nie będzie miał wrażenia, że układanie tego w słowa byłoby jakimś świętokradztwem.

Uśmiechnął się do niego.

– Przepraszam – powiedział. – Ale muszę załatwić parę spraw. – Obrócił się i ruszył szybko w kierunku korytarza w lochach i drzwi, które zamknął za sobą niespełna godzinę wcześniej.


Snape oderwał szybko wzrok od fioletowego eliksiru, kiedy ktoś zapukał do jego drzwi. Rzucił ostatnie zaklęcie permanentności, które było potrzebne do powstrzymania reakcji między wilczymi jagodami i liśćmi palmowymi, po czym obejrzał się podejrzliwie. Kto mógłby go męczyć o tej porze w sobotę? Harry przecież dopiero co stąd wyszedł. Snape nie miał zaplanowanych żadnych szlabanów. No i nie miał ochoty teraz na rozmowę z Josephem, ponieważ niewątpliwie zmieniłoby się to w pouczanie na temat moralności warzenia trucizn.

Pukanie jednak rozległo się ponownie, po czym rozległ się głos Harry'ego:

– Severusie? Wpuść mnie, proszę, chciałbym z tobą porozmawiać.

Snape momentalnie rzucił standardowe zaklęcie zastoju, które utrzyma eliksir w dokładnie takim samym stanie, w jakim go zostawił, po czym ruszył szybko przez gabinet. Słyszał, jak chwiejnie brzmiał głos Harry'ego, a sam fakt, że bez ponaglania zwrócił się do niego po imieniu…

Otworzył drzwi na oścież i zobaczył Harry'ego, opierającego się o ścianę z pochyloną głową. Snape wyciągnął do niego ręce, gotów złapać go w razie osunięcia się, wciągnąć do gabinetu, zrobić wszystko, co tylko okaże się konieczne.

Harry podniósł głowę.

Snape zamarł i był w stanie tylko się przyglądać. Jeszcze nigdy nie widział w oczach Harry'ego równie czystej i niewinnej radości. Nie był pewien, czy w ogóle widział ją na przestrzeni ostatnich piętnastu lat, od czasu kiedy ludzie świętowali, przekonani że wreszcie pokonano Voldemorta na dobre.

Harry zaśmiał się, po czym objął Snape'a i wtulił się w niego na sposób, który nie miał być ani pocieszający, ani dotrzymujący towarzystwa. Snape nie wiedział w sumie, jak na to zareagować, więc dalej stał w bezruchu z zesztywniałymi rękami i drżącymi palcami.

– Dziękuję – wyszeptał Harry. – Wreszcie zrozumiałem, czemu pozwałeś moich rodziców i Dumbledore'a, czemu upierałeś się przy rozprawie, czemu zrobiłeś to dla dobra nie tylko mojej przeszłości, ale też i przyszłości. Minęła mi wszelka zgryzota, jaką jeszcze mogłem czuć pod tym względem. Dziękuję, Severusie. Dziękuję.

Wreszcie Snape pozwolił swoim ramionom opaść na barki Harry'ego, ale to był poniekąd gest bezwładności; po prostu zabrakło mu sił do dalszego utrzymywania ich w powietrzu. Zamknął oczy, zastanawiając się, czy to tak właśnie człowiek czuje się, kiedy leczy się w nim jedna ze świeższych ran.

– Co cię do tego skłoniło? – zdołał wyszeptać.

– Joseph. – Głos Harry'ego brzmiał niczym pieśń. – I choć jestem pewien, że równie często będę go za to przeklinał, co błogosławił, bo takie otwarcie na świat będzie oznaczało też popełnianie znacznie większej ilości błędów, to teraz naprawdę mnie to nie obchodzi. Po prostu… czuję się jak człowiek. Wyobrażasz to sobie?

Tym razem to Snape potrzebował wsparcia framugi. Nie spodziewał się usłyszeć tego za życia.

Harry ściskał go jeszcze przez chwilę, po czym zakręcił się, odsuwając lekko od niego, jakby był zniczem zbyt niewielkim i lekkim, żeby usiedzieć w miejscu.

– Muszę coś załatwić – powiedział intensywnie. – Po obiedzie o wszystkim ci opowiem. Ale muszę się tym czym prędzej zająć. – Ruszył biegiem przed siebie.

– Czy to niebezpieczne? – zawołał za nim Snape.

Harry obejrzał się, żeby posłać mu uśmiech, ale nie zwolnił.

– Nie tym razem – powiedział, co nie miało większego sensu, ale zniknął za zakrętem zanim Snape zdążył go powstrzymać.

Stał tam przez dłuższą chwilę, po prostu wpatrzony w pusty już korytarz. Powoli docierało do niego, że nie miał najbledszego pojęcia, do czego teraz dojdzie.

Powoli wrócił do gabinetu, zamknął drzwi za sobą i tak po prostu tam stał, kompletnie zagubiony. Nagle warzenie eliksiru kompletnie straciło swój urok.

A najbardziej irytujące w tym wszystkim było to, że nawet nie wiedział czemu.


Gotów?

Harry kiwnął głową, po czym zorientował się, że pod tym kątem owinięcia wokół jego ramion Argutus nie miał szans na zobaczenie tego gestu.

– Tak. – Wstrzymał oddech, kiedy Argutus poprawił się, machając łbem i karkiem jakby był jego dodatkową ręką.

Na łuskach pojawił się mroczny, miękki i lekko rozmyty cień czteroramiennej gwiazdy. Harry skupił na niej całą swoją wolę, po czym skoczył.

Wzniósł swoją magię i opuścił wszystkie bariery poza jedną, delikatną, której nauczył się od Jing-Xi, a której zadaniem było ukrywanie jego oznak przed resztą szkoły. Nie chciał zakłócić życia w Hogwarcie, ale potrzebował tak wiele mocy, jak tylko się dało.

Uderzył całą tą magią niczym młotem w ostatnią z klątw, które Bellatrix pozostawiła po sobie na jego nadgarstku.

Mroczna gwiazda na łuskach Argutusa zaogniła się, rozsyłając swoje ostre krańce naokoło, starając się przewidzieć każdy zwrot jego magii i odrzucić ją od siebie. Harry usłyszał syk, który nie miał niczego wspólnego z wężomową. Klątwa go nienawidziła, a przynajmniej nienawidziła wszelkich prób zniszczenia jej. Chciała pozostać na miejscu, dalej skażać mięso, powstrzymywać go przed otrzymaniem innej dłoni.

Harry jednak nie chciał, żeby została.

Przeplótł magię własną wolą, wyobrażając ją sobie jako kosmyki białego jedwabiu, delikatne choć silne niczym pajęcza sieć. Owinął to wszystko w swoje pragnienie, żądanie i sprzeciw do posiadania takiej klątwy na nadgarstku, po czym zacisnął mocno całość. Ostre krańce gwiazdy przecinały jedwab niemal tak szybko, jak był w stanie go splatać, ale to nie szkodzi. Nie było ich dość, by zdołały przebić się przez wszystko na raz.

Harry splatał to wszystko coraz ciaśniej i ciaśniej, aż wreszcie złapał i zgniótł jeden z ciemnozielonych czubków, wyginając go w kierunku środka klątwy.

I wtedy nagle znalazł się w niej, zobaczył ją od środka we własnym umyśle, rozumiejąc ją znacznie lepiej, niż zdołałby po prostu z obrazu na łuskach Argutusa. Chciał się zaśmiać. Bellatrix była przebiegła. Ten element klątwy polegał przede wszystkim na pragnieniu. Osoba, która ją przełamywała, musiała naprawdę chcieć jej zniknięcia. Zewnętrzna powłoka miała do tego poniekąd zniechęcać, dając pozory, że najlepiej byłoby po prostu zostawić sprawy takie, jakimi były do tej pory i niczego nie zmieniać.

Harry wzniósł przeciw tej pasywności swój obraz zielono-złotej ścieżki, bo była to zbyt słodka pokusa i aż zanadto dobrze mu znana. Klątwa zasyczała niczym wciągający powietrze człowiek.

Z mojej woli i pragnienia położę temu kres, odparł Harry i uderzył całą swoją potęgą, zupełnie jak wtedy, kiedy musiał zniszczyć kamień w kształcie jaja, żeby uratować Dracona przed centaurami, kiedy niszczył sieć skrzatów domowych, kiedy zaczął osuszać Voldemorta bezpośrednio z magii i wyciął mu dziurę w magicznym rdzeniu.

Ale tym razem robił to wyłącznie dla siebie.

A świat nie dobiegł końca, on sam nie padł na ziemię, wijąc się z wątpliwości, poczucia winy i wyrzutów sumienia.

Co dobiegło końca, to klątwa, zakrywając przez chwilę wzrok Harry'ego czarną eksplozją. Musiał zamknąć oczy. Kiedy znowu był w stanie widzieć, w pierwszej chwili zerknął na łuski Argutusa.

Odbijały po prostu zwykły nadgarstek, nie otoczony żadną magią.

Harry opadł na łóżko i śmiał, śmiał i śmiał się bez końca, póki nie był w stanie złapać tchu, a po policzkach znowu płynęły mu łzy. Argutus przepełzł na jego pierś, żeby ułożyć się nieco wygodniej, tworząc sobą ogromne połacie lśniących, ciepłych mięśni i łusek.

To było zabawne – powiedział. – Chyba powinienem nauczyć się przełamywania klątw dla goblinów. Jeśli wszystkie są takie fajne, to mógłbym pracować dla Gringotta. Nawet nie musieliby mi płacić, chyba że martwymi królikami.

Harry pogłaskał łeb Argutusa, który pomachał językiem, żeby musnąć nim jego dłoń. Harry podniósł drugi nadgarstek, lewy, i spojrzał na niego.

Nie odzyskiwanie tej dłoni już nikomu nie służyło, nawet jemu. Tylko dlatego, że przełamał tę klątwę z własnych powodów, że zrobił coś dla własnej przyjemności, nie znaczyło że ktoś coś przez niego stracił.

Och, oczywiście, że istniały decyzje do podjęcia i przyjemności, które będą miały znaczenie dla innych. Voldemort był tego żywym przykładem. Ale nauczy się o nich, pozna je i będzie opiekował się tak wieloma miejscami jak tylko zdoła, trzymając zagrożenie z daleka, przy jednoczesnym tańcu na ścieżce, którą pokazało mu jego oświecenie.

Po raz pierwszy odkąd pamiętał, Harry miał wrażenie, że życie istniało po to, by go kosztować, brać z niego ile tylko się da, badać i chciał żyć tak intensywnie, jak tylko był w stanie.

I jeśli przyjdzie mi zginąć w tej wojnie, albo w ramach zniszczenia horkruksa, to po raz pierwszy w pełni będę wiedział, co tak naprawdę poddaję. I jeśli ktoś się poświęci, to to, właśnie to będą poświęcali.

Zgroza, jaką czuł na myśl o czyjejś śmierci, wyostrzyła się do niezwykłego podziwu wobec wszystkiego, co taka śmierć by oznaczała. Harry nabrał głęboko tchu i zmusił się do przesunięcia poza tę chwilę i wkroczenia w te, które następowały po niej.

Poddanie czegoś tak wspaniałego z własnej woli to najbardziej chwalebne z poświęceń, największa z decyzji, jakie można podjąć.

Jeśli ludzie naprawdę muszą zginąć w ramach zniszczenia horkruksów, to będą bohaterami. I to na sposoby, których nikt inny nie zdołałby być za życia, czy po śmierci.

Będzie dalej rozglądał się za możliwością ominięcia klątwy arbitralnej i to znacznie zajadlej niż do tej pory, bo teraz już w pełni pojmował, co by to oznaczało.

Harry wstał i przeciągnął się. Draco niebawem wróci z obiadu. Harry będzie musiał coś zjeść, przez godzinę badać horkruksy, a potem przysiądzie do zaległej pracy domowej.

Draco nie powinien mnie już zaciągać z powrotem do życia. Od teraz sam się tym zajmę, bo już wiem co to oznacza.