Rozdział sześćdziesiąty: Prometeusz wyzwolony

Draco powoli otworzył drzwi do sypialni, trzymając różdżkę w pogotowiu. Harry'ego nie było na obiedzie, na którym profesor Snape pojawił się mocno zszokowany, jakby przez lochy przebiegł mu jednorożec. Draco podejrzewał, że coś stało się Harry'emu. Prawdopodobnie nie było to nic złego, inaczej profesor Snape wyglądałby morderczo, ale zwykle „niespodziewane" okazywało się również „nieprzyjemnym".

Nawet zagadał o to Pottera, ale Potter, jak to palant, o niczym nie wiedział. Draco cisnął w niego wyzwiskiem i zostawił w spokoju. Był przekonany, że wiedziałby więcej o Harrym, gdyby sam był jego bratem.

W pierwszej chwili sypialnia wydawała się pusta, ale Draco szybko zauważył, że zasłony łóżka od strony drzwi były zaciągnięte. Zebrał się w sobie, szykując na widok rannego, lub chorego Harry'ego, po czym rozsunął je.

Harry obrócił się do niego.

Draco aż upuścił różdżkę. Dobrze przynajmniej, że byli tam sami, dzięki czemu nikt nie był świadkiem tej zawstydzającej i niepotrzebnej chwili. Ale też nie pochylił się, żeby ją podnieść, bo nie był w stanie oderwać wzroku od twarzy swojego partnera.

Zniknęły niektóre cienie, które zawsze czaiły się w tle jego oczu. Zniknęło pewne napięcie, zawsze gotowe do poderwania mu ramion. Zniknęła pewna ciemność, która…

I akurat, kiedy Draco uznał, że ma już dość metafor i chce zapytać, co się właściwie stało, Harry złapał go za ramię, podźwignął się na kolana i nachylił, żeby go pocałować. No, niech będzie. Może zapytać po pocałunku.

Draco zareagował automatycznie, obejmując Harry'ego na poziomie ramion. Zorientował się, że ręce mu się trzęsą. Wreszcie oderwał się od niego, dysząc lekko.

– Mów – powiedział. Ale nawet głos mu się trząsł. Nie przypominał sobie, żeby Harry kiedykolwiek całował go w ten sposób, jakby to nie był obowiązek, czy sposób na odprężenie się, ale coś, czego naprawdę chciał, a może nawet potrzebował.

Harry roześmiał się. I nawet ten śmiech brzmiał jakoś dziwnie. Draco powiedział sobie stanowczo, że to niemożliwe i po prostu mu się wydaje, ale śmiech w dalszym ciągu brzmiał dziwnie, jakby w buncie przeciw tym myślom.

A teraz zaczął się powtarzać, nawet jeśli tylko we własnej głowie. Wbił stanowczy wzrok w twarz Harry'ego i zaczekał.

– Byłem hipokrytą wobec Connora – powiedział Harry, siadając na brzegu łóżka i machając nogami. Zaskoczenie Dracona ponownie wzrosło. Nie był w stanie przypomnieć sobie, żeby Harry kiedykolwiek wykonywał niepotrzebne gesty, zwłaszcza w wyrazie radości. Jeśli już, to wyłącznie ze strachu czy złości. – Krzyknąłem na niego, kiedy powinienem pozostać opanowany, bo dopiero co przeżył coś traumatycznego…

Draco prychnął.

Harry zerknął na niego.

– Rosier go porwał i spróbował zabić.

– No dobra, niech będzie, takie coś faktycznie mogło być traumatyczne – powiedział Draco, pochylając lekko głowę. – Ale jestem bardziej zainteresowany tym, jak to doświadczenie odbiło się na tobie, Harry.

– No to krzyknąłem na niego, a nie powinienem był – ciągnął dalej Harry, tym razem zakładając nogę na nogę i podbijając tę na górze. – Poszedłem do Josepha, żeby zapytać czy to nie przez jakąś barierę, która we mnie pękła, a z której nie zdawałem sobie nawet sprawy. Roześmiał się i powiedział, że to normalne, bo wszyscy są czasami hipokrytami. No i… poczułem się, jakby przebiła się tama lekcji, których wszyscy starali się mi wyjaśnić. Zorientowałem się, że jednak jestem w stanie żyć, jestem w stanie być normalny i mogę popełniać błędy, po których niekoniecznie muszę się łajać bez końca, bo przecież wszyscy je popełniają. I zorientowałem się, że naprawdę chcę żyć. – Harry postukał się po lewym nadgarstku. – A kiedy poszedłem do Snape'a i wreszcie na dobre wybaczyłem mu tę rozprawę z moimi rodzicami, zorientowałem się też, że chcę zniszczyć tę ostatnią klątwę na nadgarstku. Dlatego to właśnie zrobiliśmy z Argutusem.

Wskazał w kierunku nóg łóżka. Draco podążył wzrokiem za tym gestem i zobaczył, że wąż omenu spał na wieku kufra Harry'ego.

– I co o tym wszystkim myślisz, Draco?

Obejrzał się i zobaczył, że Harry nachylił się w jego kierunku, ochoczo wbijając wzrok w jego twarz.

Oczekując jego aprobaty. Żądając jej, podczas gdy wcześniej po prostu by to tylko sugerował, albo siedział ze spuszczonym wzrokiem, gotów przyjąć dowolną krytykę, jaką Draco chciałby z siebie wydać.

Draco wyciągnął ostrożnie rękę przed siebie i przytulił dłoń do policzka Harry'ego. Harry uśmiechnął się półgębkiem.

– Możesz mnie dotknąć nieco mocniej – powiedział. – Nie rozbiję się.

Draco potrząsnął głową, niepewny jak przekazać to, co chciał powiedzieć – „wiem" brzmiało głupio – więc pocałował Harry'ego dokładnie, z uporem, głęboko. Harry odchylił się i jęknął, otwierając się przed nim ufniej i z większą ilością opuszczonych barier, niż Draco kiedykolwiek widział podczas samego pocałunku. Oczy zapiekły go ze wzruszenia, ale i tak już odkładał je na bok, zwłaszcza kiedy wokół Harry'ego zaczęły tańczyć obrazy kotów i węży.

Dopiero za jakąś godzinę ktokolwiek zacznie ich szukać. Draco miał zamiar dokładnie pokazać Harry'emu, jak wiele znaczyła dla niego ta zmiana.

Wszedł na łóżko i zaciągnął za sobą zasłony, odcinając ich od wszelkich zmartwień i zatrzymując w środku tylko radość.


Connor wychylił się zza Hermiony, żeby ponownie zerknąć na Harry'ego. Harry i Draco dopiero co wyszli z owutemowych zajęć z eliksirów i rozmawiali o tym, co Snape kazał im uwarzyć tego dnia. Draco szczerzył się tak szeroko, że aż nie był w stanie jakoś szczególnie zajmować głosu w tej debacie. Harry wykonywał szersze gesty rękami, niż Connor kiedykolwiek pamiętał i walnął pięścią Dracona w ramię, kiedy ten najwyraźniej powiedział coś bezsensownego. Connor pokręcił z niedowierzaniem głową. Coś znowu uległo zmianie, ale w sumie nie wiem co.

– Hermiono?

Oderwała wzrok od swojego podręcznika do eliksirów. Connor i Ron czekali na zakończenie lekcji, żeby udać się z nią na drugie śniadanie, ale Hermionę bardziej w tej chwili chyba interesowało poprawienie własnych wyników, które i tak były, niewątpliwie, idealne.

– Hmmm?

– Co się… znaczy, czy Harry nie wygląda ci jakoś inaczej?

Hermiona obejrzała się przez ramię i spojrzała krytycznie za siebie. Następnie wzruszyła ramionami.

– Och, to? Po prostu jest szczęśliwy, to wszystko. – Dodała pod nosem coś o „sproszkowanym rogu dwurożca" i wróciła do marszczenia brwi na tekst przed sobą. – Przecież tu nigdzie nie jest napisane, żeby zamieszać w ruchu przeciwnym do wskazówek zegara – mruknęła. – Skąd Harry o tym wiedział? Mam nadzieję, że profesor Snape nie daje mu dodatkowych lekcji, kiedy jest już i tak wystarczająco dobry z tych zajęć. To byłoby niesprawiedliwe.

Ron prychnął i odsunął się od ściany.

– W końcu to Snape, Hermiono. Kiedy to ostatnim razem był sprawiedliwy?

Connor dalej oglądał się na Harry'ego. Nie widział się z nim wczoraj, ale wydawało mu się, że jego sobotnia przygoda wciąż będzie ciążyła na jego bracie. A tymczasem…

– A mówił może, co go tak uradowało, Hermiono? – zapytał.

– Że się czegoś tam nauczył – powiedziała Hermiona i celowo już wbiła nos w książkę, po czym ruszyła szybko w kierunku Wielkiej Sali, unikając toreb i stóp dzięki jakimś własnym, specjalnie wytrenowanym, hermionowym zmysłom. Ron poszedł za nią, pozwalając Connorowi na pozostanie w tyle, jeśli chciał być dalej taki niezdecydowany. Connor tymczasem pragnął zagadać o to wszystko swojego brata, ale nie był pewien, czy Harry w ogóle chciał teraz przerywać swoją debatę, żeby z nim porozmawiać.

Na szczęście akurat wtedy Harry go zauważył i przywołał do siebie gestem. Connor powoli zbliżył się do nich. Draco zmarszczył brwi i położył rękę na różdżce, ale to szeroki uśmiech Harry'ego wydawał się Connorowi bardziej podejrzliwy.

– Sorka, że ci wczoraj o niczym nie powiedziałem, Connor – powiedział Harry, wcale nie brzmiąc jakby było mu przykro. – Byłem zajęty pisaniem listów. Sytuacja z komisją nadzorczą robi się już po prostu niedorzeczna. Zobaczę się z nią w najbliższą sobotę i koniec dyskusji. – Wzruszył ramionami. – Ale poprawiło mi się. Wybaczyłem Snape'owi, przełamałem ostatnią klątwę na nadgarstku i kupię sobie sztuczną dłoń jak tylko ustalę, która najbardziej mi się podoba. Będę musiał spędzić trochę czasu na przyzwyczajaniu się do niej, bo prędzej czy później spróbuję transmutować ją w ciało.

Connor po prostu się gapił.

Jeszcze nigdy nie widział, żeby jego brat był taki szczęśliwy, taki ludzki. Cokolwiek mu się stało, zniszczyło w nim bariery, które jeszcze w sobotę wydawały się Connorowi nie do ruszenia.

– Connor?

Harry pomachał mu ręką przed oczami, wyglądając na zaniepokojonego. Draco nachylał mu się nad ramieniem zupełnie jak tamtego ranka, kiedy po raz pierwszy się bzykali, a w jego oczach pojawiło się wyzwanie, żeby Connor spróbował jakoś to skomentować. Connor potrząsnął głową i wyrwał się spod jego uroku. Ostatecznie nieważne, co się właściwie stało, bo i tak cieszył się, że z Harrym było lepiej. Zastanawiał się jednak, czy do Dracona dotarło już, że dzięki temu Harry zrobi się atrakcyjniejszy dla wielu innych ludzi, którzy mogą zacząć składać mu propozycje. Z tego co Connor pamiętał, ich rytuał zaręczynowy nie był nieodwracalny aż do Halloween.

– Gratulacje, Harry – powiedział, wyciągając do niego dłoń. Harry ją ścisnął, po czym przyciągnął go do siebie i przytulił. Connor znalazł się na tyle blisko, że usłyszał ciche warknięcie Dracona. Wywrócił oczami i celowo obejmował Harry'ego nieco dłużej niż zwykle. W końcu wiedział już, że nie wywołuje tym w bracie dyskomfortu, a Draco mógłby wreszcie zacząć przyzwyczajać się do myśli, że Harry czasem lubi przytulać się do innych ludzi.

– Dzięki – powiedział Harry, puszczając go. Następnie uśmiechnął się. – Och i Connor?

Connor, który już się odwracał, żeby dogonić Rona i Hermionę, zastygł.

– Taa?

– Znalazłem tę osłonę, którą rzuciłeś na mnie i Draco, żeby cię ostrzegała, ilekroć robimy coś poza całowaniem – powiedział niezwykle uprzejmie Harry. – Jeśli kiedykolwiek zrobisz to ponownie, to upewnię się, że osłona wyśle ci wyjątkowo szczegółowe obrazy zamiast powiadomienia. Wizja i fonia, których za nic nie zdołasz się pozbyć, choćby nie wiem co.

Connor wzdrygnął się, a Draco roześmiał. Connor miał wrażenie, że wiedza o seksualnym życiu jego brata to jedno, ale nawet rozmawianie o tym byłoby czymś innym, a co dopiero zobaczenie go na własne oczy, zwłaszcza kiedy miał w tym brać udział Malfoy.

Może nie tylko Draco przyjdzie przyzwyczajać się do odmienionego Harry'ego.

– Ee, zapamiętam sobie.

Harry pokiwał wesoło głową i ruszył do Wielkiej Sali. Draco poszedł za nim. Pewnie wydawało mu się, że znalazł się już pod kątem, z którego Connor nie widział jego twarzy, bo przez chwilę miał wyjątkowo roztkliwioną minę. Gdyby Connor miał to opisać, a nie zrobiłby tego, chyba że by go zmuszono, to powiedziałby, że Draco przed chwilą jeszcze mocniej zakochał się w Harrym.

Cholera by tę Parvati, że przez nią zacząłem zauważać takie sprawy, pomyślał Connor, po czym trzepnął się w głowę w nadziei wyrzucenia sobie tego z pamięci i udał się na drugie śniadanie.


Owen powoli zamknął za sobą drzwi do klasy. Otrzymał wiadomość od brata, krótka pieśń feniksa, po której zostało wymówionych pięć słów, w których poproszono go o spotkanie w tym niewielkim pomieszczeniu, które obrali sobie za swoje prywatne miejsce. Niewiele to się różniło od szerokiego schowka na miotły, ale nie szkodzi, bo grunt że działało, zwłaszcza teraz kiedy nie dość, że znajdowali się w różnych domach, to jeszcze Owen postanowił jednak pozostać przy boku Harry'ego jako jego zaprzysiężony kompan, więc nieczęsto miał czas dla swojego brata.

Spodziewał się, że dojdzie tu do naprawdę wielu scen, włącznie z Michaelem wyrażającym swój żal i rozgoryczenie, albo oczekującym jakichś plotek o Draconie. Owen zawsze odmawiał podawania tego drugiego, co nie powstrzymywało jego brata przed zagadywaniem.

Ale nie spodziewał się łez.

W pomieszczeniu nie było okien, więc rzucił Lumos. Michael siedział na jednej z ławek z twarzą schowaną w ramionach i usilnie starał się nie płakać, co mu w ogóle nie wychodziło. Tym niemniej jego szlochy i tak były wyjątkowo ciche. Gdyby Owen nigdy wcześniej nie widział, jak jego brat płacze, to pewnie nie rozpoznałby tych dźwięków.

Stanął za Michaelem i pogłaskał go po ramieniu. Michael przez chwilę płakał, jakby w ogóle tego nie zauważył, po czym nagle obrócił się i wtulił w Owena z zaskakującą siłą. Owen objął swojego brata i przez chwilę po prostu tak stali.

Następnie Michael oderwał się od niego, wstał i zaintonował klątwę, której Owen nie słyszał od czasów ich piątego roku w Durmstrangu. Ławka została zdezintegrowana, przemieniając się w stertę piachu i kurzu.

Michael machnął różdżką jeszcze na trzy inne ławki i każda skończyła tak samo. Następnie po prostu zamarł w miejscu, zarumieniony, zdyszany i w bardzo oczywisty sposób nienawidząc faktu, że łzy dalej płynęły mu po policzkach i już nie był w stanie się z nimi chować.

– Skończyłeś? – zapytał Owen.

– To bez sensu, prawda? – zapytał głucho Michael, po czym oklapł na podłogę. – Widziałem ich dzisiaj. Draco nigdy go nie opuści, co nie? Nie wiem, czemu vates zmienił się tym razem, ale tą właśnie zmianą przywiązał Dracona do siebie na dobre.

Niepokoiło Owena, że Michael nazywał Harry'ego po prostu vatesem, a nie imieniem, ale dobrze, że w ogóle był w stanie o nim mówić; kiedy Harry zwolnił Michaela z przysięgi, przez kilka dni mówił tylko on i to głosem pełnym pogardy. Owen usiadł obok brata.

– Wydaje mi się, że to od samego początku było bez sensu – powiedział, po czym wywrócił oczami, kiedy Michael łypnął na niego. – Naprawdę! Przecież już ci o tym mówiłem. Gdybyśmy nie przyjęli zaprzysiężenia, gdybyś poznał Draco jeszcze rok temu, gdyby Harry nie był politycznym przywódcą… gdyby, gdyby, gdyby. Ale rzecz w tym, że ich role były już ustalone, kiedy poznałeś Draco po raz pierwszy i w jakiej roli wylądujesz, pakując się w tę sytuację. Naprawdę nie powinieneś był zaprzysięgać się Harry'emu, skoro nie byłeś pewien, że zdołasz zapanować nad sobą w pobliżu Draco.

– Dla ciebie to wszystko jest takie logiczne tylko dlatego, że nigdy wcześniej się nie zakochałeś – burknął Michael, chowając głowę w ramionach.

– Możliwe – powiedział Owen. – Co nie zmienia faktu, że wziąłeś na siebie pewne obowiązki, po czym nie byłeś w stanie ich dotrzymać. – Jego głos nabrał surowości mimo osobistego przekonania, że powinien w tej chwili okazywać głównie sympatię. – Byłeś zaprzysięgłym kompanem, Michael. I jak już powiedziałem, nie powinieneś był się w ogóle za to zabierać, skoro…

– Tak, wiem, mówiłeś mi to już ze sto razy. – Michael wstał i zaczął niespokojnie chodzić po pokoju, od czasu do czasu kopiąc ocalałe ławki. Wreszcie obrócił się i spojrzał intensywnie na Owena. – Ale powiedz mi szczerze. Co teraz myślisz o Draconie?

Owen odchylił się, przymykając lekko oczy i zastanawiając nad tym. Początkowo niewiele w ogóle myślał o Draconie. Wiedział, że to był człowiek ważny dla Harry'ego i który zaakceptował swoją rolę w życiu, w dodatku Owen nie znajdował się na pozycji, z której mógłby go krytykować, ani nawet zaproponować własną opinię, o ile by go o to nie zapytano. Bo oczywiście, że miał własną opinię i brzmiała ona następująco: Draco czasami przejawiał olśniewającą siłę i intuicję, ale znacznie częściej popisywał się olśniewającą głupotą, przez co potrzebował Harry'ego znacznie częściej niż Harry niego.

Ale w przeciągu kilku ostatnich dni, kiedy przyszło mu oglądać, jak krążą wokół siebie jak para smoków na wiosnę, Owen zmienił tę opinię, nawet jeśli do tej pory nie musiał ujmować jej w słowa.

– Potrzebują siebie nawzajem – powiedział cicho. – Polegają na sobie na sposoby, które wykraczają poza to, co okazują sobie w miejscu publicznym. Czasami widzę w Draco siłę, która wcześniej mi umykała, jak na przykład kiedy rzuca zaklęcia podczas owutemowych zajęć z obrony przed mroczną magią, albo spojrzenia, które posyła Harry'emu, kiedy wydaje mu się, że nikt go nie widzi. Wydaje mi się, że wciąż nie nauczył się, że można być silnym i się z tym nie obnosić. Woli się popisywać i chyba jeszcze nie zdał sobie sprawy z tego, że tego rodzaju arogancja zwykle kojarzona jest z ukrywaniem własnych słabości. Ale czasami zdarza mu się błyszczeć i w cichych momentach. Silny i głośny jednocześnie. Uczy się. Powoli, ale jednak.

– Czyli już rozumiesz…

– Wydaje mi się, że rozumiem, czemu zacząłeś twierdzić, że się w nim zakochałeś, owszem. – Owen poderwał wzrok na brata. – Wciąż jednak uważam, że to było durne z twojej strony.

Ku zaskoczeniu Owena, jego brat kompletnie zignorował drugie zdanie, które miało go urazić i uczepił się pierwszego.

Twierdziłem, że się w nim zakochałem? – Zarumienił się strasznie i przygryzł dolną wargę tak mocno, że aż krew pociekła mu po brodzie.

Owen odetchnął lekko i spojrzał Michaelowi w oczy.

– To nie jest tego samego rodzaju miłość, którą matka czuła do ojca, albo on do niej – powiedział. – To nie jest tego rodzaju miłość, jaka ma miejsce między Harrym i Draco. Chcesz kogoś, kogo mógłbyś chronić, Michaelu. Jestem w stanie to zrozumieć. Ale Draco nigdy nie zgodziłby się na taką ochronę. Chce walczyć u boku swojego partnera, nie da pozostawić się z tyłu. I zważ, że po raz pierwszy zaczynam dochodzić do wniosku, że faktycznie może sobie z tym poradzić.

– Czyli chcesz powiedzieć, że zakochałem się… w czym? – Michael zaśmiał się z goryczą. – Jakimś odbiciem vatesa, które zobaczyłem w Draconie?

– W iluzji.

Michael patrzył na niego przez wiele długich chwil, po czym nagle zawrócił na pięcie i wybiegł z pomieszczenia. Owen skrzywił się, kiedy drzwi trzasnęły za jego bratem, ale nie miał zamiaru odwoływać czegokolwiek, co przed chwilą powiedział.

Czasami żałował, że nie potrafił być łagodniejszy, delikatniejszy, że nie miał tendencji do używania troskliwych słów, jak to matka zwykle robiła przy ojcu. Ale był za bardzo podobny do Charlesa, podczas gdy Michael zanadto wdał się w Medusę. W dodatku Michael nie był głową rodziny Rosierów-Henlinów, więc nie musiał brać pod uwagę wszystkich potencjalnych konsekwencji swoich czynów i słów.

Owen jednakże złożył przysięgi i był gotów na całą związaną z nimi chwałę.

Nie miał zamiaru zacząć narzekać tylko dlatego, że koszt tej chwały chwilowo przekraczał jego możliwości.

Wstał, łagodnie zgasił Lumos i wyszedł.


Henrietta nie wybiegła tanecznie z klasy, ale tylko dlatego, że coś takiego byłoby niegodne profesorki.

Za to jak tylko wróciła do prywatnych kwater, momentalnie rzuciła na ściany zaklęcie, które transmutowało je we wzburzone połacie materiału, jakby znajdowała się w namiocie. A potem musiała rzucić jeszcze zaklęcia stabilizujące, żeby ściany Hogwartu nie opadły wokół niej, ale jakie to miało znaczenie? Szybko stworzyła sobie herbatę i ciasteczka, ciasteczka tego rodzaju, na jakie zwykle już sobie nie pozwalała, takie jak matka robiła dla niej lata temu. Jeden gryz i usta wypełniały się po brzegi czekoladą tak miękką, że zaczynała spływać jej na podbródek. Henrietta zamknęła oczy i jęknęła cicho. I tak stworzone w ten sposób smakowały lepiej, niż gdyby spróbowały upiec je skrzaty domowe. Harry miał rację pod tym względem.

Harry. Harry. Harry.

Henrietta poddała się pokusie i zanuciła pod nosem. I tak nikt tego nie usłyszy, ponieważ osłony wyciszające już od dawna otaczały jej kwatery. Dzięki temu uczniowie nie mieli szans usłyszeć jej wyzwisk, kiedy sprawdzała wypracowania i odkrywała, że popełniali błędy przy najbardziej podstawowych kwestiach transmutacji. W końcu sama nauczyła się tego bardzo szybko, czemu nie mogli zrobić tego samego?

To była bardzo stara pieśń o zaprzysięgłych kompanach, którzy towarzyszyli swojemu Lordowi na niebezpiecznej, ciemnej ścieżce, bo wiedzieli, że przejmował się ich losem. Dotyczyła Lorda Białozora, który chciał zniszczyć samą Śmierć. Był skorumpowanym nekromantą, który nie dotrzymał swoich przysiąg, ale wierzył w tych, którzy za nim podążali. Ostatecznie na tułaczkę udali się w siódemkę, Lord Białozór, jego kochanek, Lord Julian Parkinson, oraz pięciu zaprzysięgłych kompanów, którzy nie mieli zamiaru ich opuścić, ani spowolnić.

Henrietta zaśpiewała tylko jedną zwrotkę, po czym zaniosła się śmiechem, a z jej różdżki wystrzeliły bąbelki, wykręcając się w ciekawe kształty. Ponownie ugryzła czekoladowe ciasteczko, oblizując się pośpiesznie, żeby czekolada pozostała tam, gdzie było jej miejsce – w jej ustach – i czyniła wszystko nieco słodszym.

Ostatecznie uznała jednak, że może jednak nie byłoby tak źle, gdyby trochę czekolady ściekło jej na szaty, chyba że jakiś uczeń spróbuje wejść i zobaczy ją w tym stanie. Była w stanie znieść utratę odrobiny słodyczy. Cały świat wydawał się teraz słodki.

Harry zmienił się i stał tym, za kogo Henrietta zawsze go miała – osobą o wszystkich zaletach antycznego Lorda, która mimo to nie ma potrzeby się zadeklarować.

Odchyliła się, zakładając ręce za głową i zanuciła kolejny urywek starej pieśni. Już od tygodnia przyglądała się Harry'emu i nie miała najmniejszych wątpliwości, że coraz częściej zwracał uwagę na ludzi wokół siebie, zamiast na wszystkie oznaki, które mogliby okazywać, że się go boją. I ta magia! Transmutował z łatwością, która zdawała się zaskakiwać wszystkich poza Henriettą. Lordowska moc zwykle podążała osobliwymi ścieżkami, ale ostatecznie docierała do celu, po drodze niszcząc większość barier po prostu zwykłą siłą. Harry nie był w stanie ich przełamać, kiedy jeszcze ograniczał się z powodów nieznanych Henrietcie, ale jak tylko popuścił sobie wodzy, nagle widać było wyraźny postęp.

Wyznał jej jednak, że wciąż nie udało mu się zobaczyć swojej formy animagicznej. Henrietta w ogóle się tym nie przejmowała. To przyjdzie z czasem.

Harry przeżyje tę wojnę. Stanie się tak głównie właśnie dzięki tej zmianie. Henrietta wreszcie mogła odetchnąć ze spokojem, bo Harry zniszczy swoich wrogów, zanim w ogóle zdołają go skrzywdzić.

Ale jej ukojenie pochodziło również z faktu, że jeśli kiedykolwiek jeszcze miała czasem przelotne wątpliwości pod względem Harry'ego, to właśnie wszystkie zostały zapieczętowane. Była jego, lojalna, bliska i w kolczatce psa gończego. I była z tego zadowolona.

Zastanawiała się, czy ktokolwiek z mijających ją codziennie w korytarzach ludzi zdawał sobie sprawę z tego, że wyłącznie miłość wobec Harry'ego powstrzymywała ją przed przeklęciem ich wszystkich. Wciąż była mroczną czarownicą. Wciąż żywiła pogardę wobec wszystkich świetlistych czarodziejów. W czasie swojego pobytu w Hogwarcie po prostu nabrała do nich nieco niechętnego szacunku, zwłaszcza wobec dyrektorki McGonagall.

Ale gdyby Harry kiedykolwiek poprosił o zabicie McGonagall, Henrietta zrobiłaby to bez wahania.

To było naprawdę proste. Istniała sobie reszta świata, która była lojalna wobec Harry'ego, przez co stawali się towarzyszami Henrietty. Oraz istniała sobie reszta świata, która tej lojalności nie miała i dorwą go po jej trupie. I jeśli Harry sobie życzył, żeby ta druga część świata stanęła w ogniu, zginęła, albo została poddana torturom, to wystarczyło tylko powiedzieć słowo.

Henrietta uśmiechnęła się do sufitu. W końcu to nie jej wina, że nikt poza nią tego nie zauważał. Powinni byli poświęcić więcej uwagi pieśniom historycznym – to w nich były opisy, jak nakłonić smoki do współpracy z czarodziejami, jak wyglądały zaloty między Lordem Julianem i Lordem Białozorem (i jaką zgrozę to siało w całym kraju, kiedy dwóch Mrocznych Panów połączył wspólny cel i uczucie), jak w służbie takich ludzi czuli się zaprzysiężeni kompani, zdecydowani do pozostania u ich boków do ostatnich chwil.

Miłość ją pętała, miłość ją oswoiła i pośród jej okowów czuła się wolna.


Aurora czekała.

Nie podobał jej się apodyktyczny ton ostatniego listu Harry'ego, w którym zażądał spotkania w ministerstwie w tę sobotę, inaczej będzie wiedział, kto tak naprawdę nie pasuje do komisji. Dyktowanie warunków nie leżało w naturze Harry'ego. Aurora martwiła się, jak wiele go to kosztowało i kto go w ogóle do tego zmusił.

Ale komisja nadzorcza pojawiła się. Niektórzy z mrocznych czarodziejów wyglądali na podekscytowanych, jakby dzielili wspólną tajemnicę. Aurora momentalnie usadziła ich wzrokiem na miejscu. Może i Harry upewnił się, że to Gryzelda, a nie Aurora, posiadała władzę nad komisją, ale przecież nie pozbawił jej oczu. Tylko tacy ludzie mogliby dopuścić się do czegoś takiego.

A już zwłaszcza Narcyza Malfoy. Szła, jakby przyszło jej stąpać po rozgrzanej chmurze, oczy aż zanadto jej lśniły, a głowę unosiła tak wysoko, że to cud, że nie zahaczyła nosem o sufit. Zajęła miejsce po swojej stronie stołu i spojrzała na Aurorę z uśmiechem, którego jeszcze nigdy wcześniej nie okazała. Aurora zrobiła się niepewna na jego widok.

Wtedy drzwi otworzyły się i do środka wszedł Harry, krocząc między Draconem Malfoyem i Severusem Snape'em, jakby nigdy nic.

Aurora uniosła się nad krzesłem. Teraz już była przekonana, że coś się stało. Niektóre cienie zniknęły z twarzy Harry'ego, już nie kulił się i nie drżał jak wcześniej. Wręcz spojrzał wszystkim w oczy, zanim w ogóle zerknął na nią, kiwając głową do swoich mrocznych sojuszników i nawet nie starając się okazać żadnego ciepła świetlistym czarodziejom. Jeszcze mniej uwagi poświęcił Marvinowi i Cieniu.

Wreszcie jego spojrzenie spoczęło na niej.

Wyglądał, jakby uważał ją za godnego szacunku wroga.

Aurora powstrzymała impuls do odezwania się. Po prostu pochyliła głowę przed Harrym i usiadła z powrotem. Harry zajął swoje miejsce po drugiej stronie Gryzeldy nawet na chwilę nie spuszczając jej z oczu, podczas gdy jego magia poszerzyła krzesła po jego lewej, żeby Snape i Malfoy mogli wygodnie usiąść. Aurora upewniła się, że ich miejsca będą trochę zbyt wąskie, żeby zobaczyć jak Harry na to zareaguje.

A zareagował jak Lord, oto jak zareagował.

Aurora przygryzła wargę z udręką i zamarła, choć serce waliło jej mocno w piersi. Przynajmniej wiedziała, że tym razem Lisa Addlington i Cień nieco się ograniczą i zaczną łagodniej zajmować głos. Miała nadzieję, że dzięki temu łatwiej przyjdzie jej przekonać do siebie Harry'ego. Powinien chętniej jej zaufać, jak tylko pokaże mu, że można dzierżyć ludzi jak narzędzia, zarówno w dobrej sprawie jak i złej.

Ale Harry nie zaczekał nawet na rozpoczęcie spotkania przez Gryzeldę, jak to miało miejsce ostatnim razem. Sam się odezwał, a jego głos był stanowczy, pełen szacunku, cichy i kompletnie niepodobny do tego, jak zachowywał się przy nich do tej pory.

– Postanowiłem, że spotkania komisji nadzorczej będą odbywały się regularnie – powiedział. – Wydaje mi się, że raz na dwa tygodnie, w soboty, to cokolwiek rozsądna propozycja. W ten sposób otrzymam dość czasu na naukę i nie będę musiał opuszczać Hogwartu o dziwnych porach. Jak wszyscy wiecie, edukacja jest wyjątkowo ważna dla takiego niepełnoletniego czarodzieja jak ja. – Powiedział to tak obojętnym tonem, że Aurora dopiero po chwili wyłapała jego sarkazm. – Chciałbym też przyjąć więcej świetlistych czarodziejów do komisji.

– Na to już się zgodziliśmy – odezwała się bezmyślnie Aurora.

– Och, wiem – powiedział Harry, którego wzrok momentalnie przeskoczył ze swobodnego krążenia po zebranych wokół stołu twarzy, na jej oczy. – Ale doszedłem do wniosku, że to nie najlepszy pomysł, tak pozwalać moim wrogom mną pomiatać, pani Whitestag. A to właśnie robiłem, bo byłem przekonany, że można mnie nienawidzić i mimo to być w stanie zaoferować mi sensowne rady.

– Żadne z nas cię nie nienawidzi, vatesie – powiedziała szczerze Lisa.

Harry prychnął.

– Pani Addlington, nie sądzę żeby „niechęć" i „chęć do przejęcia nade mną kontroli do stopnia, w którym próbujecie odseparować mnie od rodziny" są takie dalekie od nienawiści – powiedział. – A przecież mam świetlistych sojuszników, którzy znakomicie poradzą sobie w takiej komisji. Na przykład Laura Gloryflower. Parę osób z rodziny Griffinsnest. Paton Opalline. Nie zapytałem ich wcześniej, bo wydawało mi się, że nie mam prawa do ich obecności. – Harry zaśmiał się, co było niewielkim, oziębłym dźwiękiem. – Co to świadczy o moim zmyśle politycznym? Nic dobrego. W końcu to moi sojusznicy. Zasługują na lepsze traktowanie.

– A co z utrzymywaniem równowagi między różnymi rodzajami czarodziejów w komisji, Harry? – zapytała Aurora. Tracili go. Smok się przebudził i odleci, jeśli nie podejdą do niego ostrożnie. – Potrzebujemy mugolaków i półkrwistych, a nie słyszałam, żeby pośród twoich bliskich sojuszników znajdował się ktokolwiek, kto nie jest czystej krwi.

Harry uśmiechnął się czarująco.

– Jestem półkrwi, pani Whitestag – powiedział. – Wydaje mi się, że to powinno mieć jakieś znaczenie. A Opalline'owie adoptowali mugolaków i półkrwistych. To naprawdę ogromna rodzina. Jestem pewien, że Paton z przyjemnością przyśle mi krewniaków, którzy będą spełniali moje wymagania.

– Obawiam się, że nie wiesz co robisz, Harry – powiedziała łagodnie Aurora, podczas gdy mamrot zaniepokojonych wokół niej ludzi wzrósł praktycznie do brzęczenia. – Potrzebujesz tych członków w komisji nadzorczej, żeby przekonać do siebie innych świetlistych czarodziejów.

– Jestem w stanie zaoferować im moje słowo i dokonania – powiedział Harry. – Jeśli to ich nie przekona, to i tak nie będą chcieli wejść ze mną w sojusz. – Wyglądał na znudzonego. – W tej komisji muszą zajść zmiany, pani Whitestag. Jak do tej pory jej istnienie było kompletnie bezużyteczne. Nasze spotkania są nieregularne, a w ich czasie dochodzi do sprzeczek, które naprawdę nie przystoją dorosłym, którzy mieli wypełnić ten pokój. Czy też niemalże dorosłym w moim przypadku. – Harry uśmiechnął się jak rekin. – Będę pełnoletni za niespełna siedem miesięcy, pani Whitestag. Tylko tyle czasu pozostało wam na kontrolowanie moich poczynań. Lepiej żebyście zgodzili się na regularne spotkania w grupie składającej się w połowie ze świetlistych, a w połowie z mrocznych czarodziejów, jeśli chcecie czegokolwiek dokonać w tym czasie, bo to najlepszy kompromis, jaki jestem w stanie wam zaoferować.

Aurora rozejrzała się wokół stołu. Mroczni czarodzieje uśmiechali się z wyższością. Ewidentnie wiedzieli o wszystkim zawczasu. Gobliny wyglądały, jakby lada moment miały wybuchnąć śmiechem, o ile Aurora faktycznie dobrze odczytywała ich paskudne, pomarszczone mordy. Centaur, Kość, powoli wzniósł nogę i uderzył solidnie kopytem o podłogę, przyglądając się Harry'emu z aprobatą. Gryzelda zdawała się oglądać sam wschód słońca. A sojusznicy Aurory w żaden sposób jej teraz nie pomogą, bo ta wichura zanadto wytrąciła ich z równowagi.

Aurora wzięła głęboki oddech i powoli obróciła się w kierunku Harry'ego. Będzie musiała zniszczyć cokolwiek, co go tak przebudziło, ale w tym celu potrzebowała pozostać w jego pobliżu. W ostatecznym rozrachunku to ona właśnie była najważniejszym członkiem tej komisji, to ona była przywódcą. Tylko ona zdoła przekonać pozostałych do zaakceptowania warunków, które obecnie mogą się im nie podobać. To ona to wszystko zorganizowała. Nie mogła teraz się za bardzo stawiać, inaczej wyleci z własnej komisji.

– Masz rację, vatesie – powiedziała, patrząc Harry'emu w oczy. – Jak do tej pory komisja nadzorcza nie spełniała swojego zadania. Jeśli uważasz, że powinny zajść w niej zmiany, to do tego właśnie dojdzie.

Zignorowała zniecierpliwione cmokanie i skrzeki własnych sojuszników. Patrzyła na Harry'ego z nadzieją, że to zaakceptuje.

Harry uśmiechnął się do niej leniwie i z satysfakcją, co świadczyło, że dobrze wiedział, co właśnie próbowała zrobić i doceniał to, cholera by go.

Ktoś wbił mu do głowy poczucie własnej potęgi i wartości.

W tym momencie jej cel zrobił się oczywisty – nawet jeśli nie sama ścieżka, która ją do niego zaprowadzi.

Muszę jakoś wyciągnąć je z powrotem.