Rozdział sześćdziesiąty pierwszy: Inny rodzaj łoża porodowego

– Nie wiem, czy „Prorok Codzienny" to wydrukuje – powiedział Harry. Tylko tyle był w stanie z siebie wydobyć, kiedy już skończył czytać list Hermiony o skrzatach domowych. Był zszokowany i poruszony jego treścią, przez co poczuł się, jakby ostatnio zaniedbywał magiczne stworzenia, które najbardziej cierpiały pod swoimi sieciami, nakazującymi bezpośrednie poddaństwo czarodziejom. Ręka mu się trzęsła, kiedy odkładał pergamin na stół.

– Och, tego to się sama domyśliłam – powiedziała spokojnie Hermiona. Siedziała po drugiej stronie stołu, otoczona przez książki wyciągnięte z przynajmniej sześciu różnych działów biblioteki. Jedna dotyczyła mrocznej magii, dwie fantastycznych zwierząt, jedna starych praw ministerstwa, a tytułów trzech Harry nie był w stanie zobaczyć, ale był pewien, że dotyczyły czegoś jeszcze kompletnie odrębnego. – Myślałam raczej o wysłaniu tego do wszystkich właścicieli skrzatów domowych. Kampania pisania listów. Niektóre mogłyby też trafić do „Żonglera" i „Vox Populi".

– Zwłaszcza tego drugiego – musiał dodać Harry. Dionizos Hornblower jeszcze nie podjął w tym tygodniu decyzji, czy Harry był parszywym zdrajcą, czy łagodnym wyzwolicielem, ale z pewnością bez wahania wydrukuje tego rodzaju list bez względu na swoje obecne odczucia względem samego vatesa. Harry po raz kolejny spojrzał na list Hermiony, po czym podniósł na nią wzrok. – Jestem naprawdę pod wrażeniem, że tak się tym przejęłaś akurat w czasie, kiedy nie miałem okazji poświęcić tej kwestii większej uwagi.

Hermiona potrząsnęła głową.

– A niby czemu miałabym się tym nie przejmować? Im bardziej przyglądam się sieci skrzatów domowych, tym częściej dochodzę do wniosku, że czarodzieje pod wieloma względami traktują je zupełnie jak ludzi takich jak ja. Nie cierpimy równie mocno, ale zawsze jest to wrażenie, że nasza magia po prostu… istnieje. Skrzaty domowe są zdolne do naprawdę niezwykłych rzeczy, a większość ludzi nawet nie myśli o nich wystarczająco często, żeby się w ogóle zastanowić, czemu tak wspaniałe cuda natury w ogóle zdecydowały się im służyć. W taki sam sposób nie chcą się zastanawiać nad tym, w jaki sposób magia stale odnajduje mugolaków, skoro powinna trzymać się wyłącznie czystokrwistych rodzin. Często przeoczany jest również fakt, że jesteśmy w stanie z powodzeniem znaleźć sobie miejsce w czarodziejskim świecie, mimo że nie byliśmy jego częścią przez pierwszych jedenaście lat życia. – Twarz Hermiony zalało uradowanie i podekscytowanie. – Chcę zbadać sposoby, w jakie mugolackie dzieci przyzwyczajają się do czarodziejskiego świata i napisać o tym książkę, wiesz? Nikt się temu nigdy nawet nie przyjrzał. Istnieje kilka książek, które teoretycznie mają pomóc nam w dopasowaniu się, ale to same bzdury.

– Jeśli ktokolwiek zdoła tego dokonać, to właśnie ty, Hermiono – powiedział Harry, czując jak przebiega po nim kolejna fala podziwu, spieniająca się radośnie u szczytu. Przynajmniej wiedział już, że inni ludzie powoli adoptowali jego cele jako własne, nawet kiedy nie miał czasu, żeby poświęcić im uwagę. Napełniało go to ochotą do wyjścia z biblioteki i dokonania niezwykłych czynów, które mogłyby jeszcze bardziej zainspirować innych. – Pozwól, że zabiorę się za pisanie własnych listów.

– Jasne. – Hermiona przesunęła w jego kierunku długi zwój. Harry rozwinął go zarówno dłonią, jak i zaklęciem lewitującym, po czym zerknął na niego z zaciekawieniem. Zawierał listę imion.

– Właściciele skrzatów domowych – wyjaśniła Hermiona, nawet nie oglądając się na niego; już przeglądała książkę, która tytuł kończył się na „Sztuki". – Tacy, którzy wciąż nie mają żadnego związku z Przymierzem Słońca i Cienia, ale nie są też twoimi wrogami. Neutralni, których musimy przekonać.

Harry uśmiechnął się.

– Dzięki, Hermiono.

Jak tylko wstał, zobaczył że Zachariasz Smith zatrzymał się parę regałów dalej. Harry zastanawiał się, czy powinien się na niego skrzywić, czy też spojrzeć zachęcająco. Nie był pewien, jak w tej chwili wyglądała intelektualna wojna między Zachariaszem i Hermioną. Wydawało mu się, że wreszcie znowu zaczęli ze sobą rozmawiać, ale Zachariasz wciąż zagadywał o pomniejsze sprawy, które momentalnie prowadziły do kłótni, co gorsza, ignorował też poważniejsze kwestie, które Hermiona starała się z nim omówić.

Ostatecznie Harry po prostu pozdrowił go kiwnięciem głowy, po czym wyszedł z biblioteki z listą imion. Miał zamiar pisać listy codziennie przez godzinę, wysyłając je Hedwigą i innymi szkolnymi sowami pod wieczór. To nie powinno zająć więcej czasu niż badania horkruksów.

Minął już ponad tydzień od odkrycia, że jest w stanie znaczyć równie wiele, co każdy i już powoli czuł, jak ta wnikliwość czasem go opuszcza. Pojawiały się chwile, kiedy wolałby wrócić do tego, jaki był kiedyś, poświęcając się bezmyślnie jakiejś obsesji i nawet nie oglądając się na inne możliwe rozwiązania. W dodatku czasem warczał na Dracona, albo nie był wystarczająco wyrozumiały wobec Connora, kiedy ten poprosił go o pomoc z pracą domową z transmutacji, co oznaczało, że już nie radził sobie z równoważeniem potrzeb świata i swoich własnych.

Ale nie chodziło o rozpaczliwe trzymanie się tego wnikliwego odkrycia. Najważniejsze to nim żyć, a mógł to robić na naprawdę wiele sposobów, między innymi poprzez pomaganie skrzatom domowym.


Pisał listy już od kilku dni, kiedy Padma podeszła do niego podczas śniadania z wyjątkowo osobliwym wyrazem twarzy. Harry pośpiesznie przełknął jajecznicę – wreszcie ustalił, które sklepy w Hogsmeade faktycznie wiedziały jak rzucić odpowiednie zaklęcia ogrzewające, dzięki czemu jego posiłki nabrały znacznie na jakości – i przechylił pytająco głowę.

– Czy to ty wysłałeś list do moich rodziców o skrzatach domowych? – zapytała Padma bez żadnego wstępu.

Harry zmarszczył lekko brwi, przeczesując mentalną listę imion, po czym pokręcił głową.

– To musiała być Hermiona – powiedział. – A co? Coś się stało?

Nie był w stanie wyobrazić sobie, żeby Hermiona zwróciła się do Patilów nieadekwatnie czy nieuprzejmie, zwłaszcza że byli świetlistymi czarodziejami o dobrej historii tolerowania mugolaków, więc nie powinni uważać za uwłaczające, że jeden z nich w ogóle do nich napisał. Taką przynajmniej miał nadzieję.

– Patrz, co im wysłała – powiedziała Padma, wyciągając do niego list.

Harry przyjrzał się pergaminowi. Hermiona rozmawiała z nim o tym, ale jeszcze nie widział żadnego na własne oczy. To była lista „Jedenastu faktów, których możesz nie wiedzieć o skrzatach domowych". Nad tytułem widniało logo Stowarzyszenia Obrony Skrzatów, wypisane eleganckimi literami na tarczy trzymanej przez skrzata.

Z tego, co Harry'emu było wiadomo, wszystkie fakty wyglądały na prawdziwe, włącznie z czwartym, w którym czytelnika zapytano, czy zdaje sobie sprawę, że zaklęcia ogrzewające działają szybciej od skrzaciej magii, nawet jeśli czasem nie ocieplają równie dogłębnie napojów i chleba. Oddał listę Padmie.

– Coś nie tak? Czy twoi rodzice źle się poczuli, jak to zobaczyli?

– Znaczy. – Padma przestąpiła z nogi na nogę. – Chcieli się dowiedzieć, na ile wspierasz to wszystko. Na ile Stowarzyszenie Obrony Skrzatów to twój pomysł, a na ile Hermiony.

Harry wzruszył ramionami.

– No oczywiście, że go wspieram. Ale pomysł jako taki należy do Hermiony i to ona się tym głównie zajmuje. – Zerknął obok Padmy, uśmiechając się lekko na widok siedzącej przy stole Gryffindoru Hermiony, która wyjaśniała wszystkim ideę S.O.S. Ron wyglądał na znudzonego, a Connor słuchał z niepewną miną. Harry wiedział, że oznaczało to, że Connor sam nie jest pewien, na ile zmienią go poznawane właśnie informacje i czy mu w ogóle odpowiada taka zmiana. Spojrzał z powrotem na Padmę. – Naprawdę mi przykro, jeśli ta lista wypchnęła twoich rodziców ze strefy komfortu. Hermiona obrała za cel właścicieli skrzatów domowych, którzy nie należą jeszcze do Przymierza Słońca i Cienia, a nie po prostu rodziców uczniów w Hogwarcie. Jeśli twoi rodzice nie chcą więcej słyszeć o Stowarzyszeniu Obrony Skrzatów, to mogę zapytać, czy nie wykreśliłaby ich imion z listy.

– Ale jej nie powstrzymasz. – Padma przygryzła z niepokojem dolną wargę.

– Nie. – Harry upił soku dyniowego, żeby ukryć się z uśmiechem. Właśnie na coś takiego miał nadzieję, kiedy zaczął w ogóle rozgłaszać ideę wyzwalania magicznych stworzeń. Komitet Centaurów i Rada Goblinów w ministerstwie były dobrym początkiem, ale rewolta Harry'ego na swój sposób wymusiła ich powstanie. Chciał zobaczyć, jak czarownice i czarodzieje sami z siebie robią się oburzeni na wieść o nierówności praw między magicznymi stworzeniami. Niestety, wyglądało na to, że jak na razie trzeba było kogoś z zacięciem i inteligencją Hermiony do powstania tego rodzaju organizacji. – Nie mogę. S.O.S. nie jest moje, nawet jeśli uważam, że wspaniale sobie radzi.

Padma zamrugała.

– Niech będzie – powiedziała powoli. – Ale te listy zaczynają drażnić moją matkę.

Harry wzruszył ramionami.

– Hermiona nie postawiła sobie za cel rozdrażnianie ludzi. – A przynajmniej nie tylko to. Niepokoił, wkurzał i denerwował ją za to każdy, kogo irytowało zwykłe przypomnienie o zniewoleniu skrzatów domowych. – Jak już powiedziałem, mogę zapytać, czy nie wykreśliłaby imion twoich rodziców ze swojej listy, ale nie wiem, czy się zgodzi.

Padma wróciła na swoje miejsce z lekkim zaskoczeniem na twarzy, jakby wydawało jej się, że ta rozmowa mogła pójść znacznie lepiej, choć nie była w sumie pewna w jakim sensie. Ktoś klepnął Harry'ego po ramieniu, a kiedy obrócił się, zobaczył wpatrzonego w siebie Dracona.

– Do mojego ojca też wyślesz list? – głos Dracona brzmiał neutralnie, ale wciąż nie nauczył się do końca panować nad swoimi ramionami, przez co Harry zauważył, jak bardzo był spięty.

Harry pokręcił głową.

– Należał do Przymierza Słońca i Cienia. Wie już wszystko, co można wiedzieć o skrzatach domowych. W dodatku nie chcę dawać mu wrażenia, że zaczynam go słuchać. – Lucjusz Malfoy nieustannie wysyłał do Harry'ego listy, polecając mu rozwiązania problemów, z którymi Harry nie czuł się komfortowo, włącznie z propozycją wysłuchania strony Lucjusza w tym wszystkim. Jak na razie Harry miał wrażenie, że strona Lucjusza zawierała w sobie ogromne połacie urażonej dumy i nieprzekonujące próby korzenia się.

Draco przymknął lekko oczy.

– A co ze mną? – zapytał. – Czy spodobałoby ci się, gdybym przestał jeść posiłki przygotowywane przez skrzaty domowe? Gdybym zaczął czyścić własne ubrania, zamiast zostawiać je skrzatom?

– Tak.

Draco obrócił szybko głowę, jakby szykując się na wyrażenie oburzenia. Harry podniósł na niego brew.

– Zapytałeś, czy by mi się to spodobało? Pewnie, że tak. Co nie oznacza, że zacznę cię o to gnębić. – Wrócił do swojej jajecznicy, żeby zdławić jakoś rosnący w gardle śmiech. Zastanawiał się, kiedy Draco zauważy, że to Harry, a nie skrzaty domowe, czyścił mu szaty; regularnie rzucał na cały pokój zaklęcie czyszczące materiał.

Powiem mu następnym razem, jak zacznie przy mnie zachwalać, o ile wygodniejsze są skrzaty od zaklęć, uznał Harry.

Draco przyglądał się nadzianej na widelec kiełbasce, jakby nie podobały mu się myśli o pochodzeniu jego jedzenia. Jak tylko zauważył, że Harry mu się przygląda, momentalnie wcisnął połowę kiełbaski między policzki, wydając z siebie przesadne dźwięki rozkoszy.

Harry wzruszył ramionami i zjadł jeszcze trochę. Być może dojdzie do kłótni, kiedy wyda się kwestia zaklęć czyszczących choćby dlatego, że Draco nie lubił jak go oszukiwano. Ale Harry i tak nie mógł się tego doczekać. Skoro już nie miał zamiaru dłużej żyć w swoim niewielkim, ostrożnym światku, w którym jego głównym celem było nie urażanie innych, to był również gotów na związane z tym ewentualne siniaki i obrażenia.


Harry otworzył oczy i zamrugał. Stał po środku śnieżnego pola, przebijające się przez puch srebrne źdźbła otaczały go ze wszystkich stron, a rzucane przez księżyc cienie przecinały głęboko biel. Obrócił się powoli dokoła, od czasu do czasu podnosząc głowę i starając zobaczyć coś więcej niż tylko księżyc, gwiazdy, śnieg i przelotne chmury. Nie było to łatwe.

Już od dawna nie miałem tak wyraźnego snu. Ciekawe, do czego teraz dojdzie? Harry zebrał się w sobie, szykując na atak ze strony Falco, czy Voldemorta.

– Harry.

Głos zdawał się dzwonić tuż nad powierzchnią jego skóry. Harry obrócił się do niego – za siebie, choć podejrzewał, że głos zawsze znajdowałby się za nim, bez względu na to, gdzie by nie stał w danym momencie – i dopiero po chwili rozpoznał stworzenie, które przelewało się w jego kierunku. Wyglądało jak zaginające się od gorąca, złoto-zielone powietrze, niczym liście naznaczone słońcem i pochwycone przez wiatr. Ale przypomniał sobie, kiedy spojrzały na niego ogromne, również złoto-zielone, ślepia.

– Zgredek – wymamrotał, czując się nieco niedorzeczne, że zwraca się w ten sposób do stworzenia, które znacznie wyrosło ponad imię, które nadano mu w niewoli.

Ale zielone oczy otworzyły się szerzej, wyrażając, jak się Harry'emu zdawało, czystą przyjemność.

– Potrzebuję to słyszeć – powiedział, jakby odczytując myśli Harry'ego. – Przypomina mi to o tym, co kiedyś było, co wciąż jest i co pozostanie dla innych przedstawicieli mojego gatunku. Obecnie zwiedzam inne czasy, bo najłatwiej zapomnieć właśnie o przeszłości. – Ślepia wbiły się w Harry'ego z nagłą intensywnością. – Widzę, że wreszcie zacząłeś pomagać innym skrzatom domowym, jak to nazwali nas czarodzieje.

– Tak – powiedział cicho Harry. Nie wiedział, co innego mógłby powiedzieć, albo w jakimkolwiek innym tonie, kiedy tak stawiał czoła potężnemu zmiennokształtemu stworzeniu, które czarodzieje uwięzili wieki temu – był przekonany, że zmuszenie do pozostania w jednym kształcie musiało być jakimś ogromnym grzechem, podobnie jak narzucenie sieci, która nie pozostawiała skrzatom innego wyjścia jak służyć czarodziejom. Nawet Harry korzystał z ich służby, oraz otrzymał pomoc Zgredka przed uwolnieniem go. Dług, jaki żywił wobec wszystkich skrzatów jako czarodziej, był tak ogromny, że prawdopodobnie nigdy nie zdoła go spłacić, nawet swoją pracą vatesa. Jedyne, co mu pozostało, to robić co tylko będzie w jego mocy i dokonać na nim choćby wgłębienia.

– Czekałeś.

– Wiem – powiedział po prostu Harry, kiedy poczucie winy owinęło się wokół niego niczym bicz. Nabrał głęboko tchu i z całych sił pozwolił sobie na zniesienie jej. Nie miał dość czasu, by odczuwać winę za absolutnie wszystko we wszechświecie, ale pod tym względem mu się po prostu należało. Faktycznie odkładał na później problemy skrzatów domowych, mimo danej Zgredkowi obietnicy, że zacznie częściej nad tym myśleć.

Łatwo byłoby zasłaniać się wymówkami, powiedzieć że przez Lokiego sytuacja wilkołaków stała się dramatyczna i potrzebował się nią zająć od ręki, kiedy przecież zdjął sieć z północnych goblinów, jak tylko udało mu się zebrać wystarczająco wiele magii, by przekonać jej kotwice do przeniesienia się z rudymentów. Ale fakt pozostawał, że obiecał i nie dotrzymał słowa.

Zgredek przyglądał mu się jeszcze przez chwilę tymi swoimi ogromnymi oczami, zwierciadłami słońc, których Harry nigdy wcześniej nie widział, po czym stworzył sobie rękę i wyciągnął ją do niego.

– Sprowadziłem cię do mgły snów, żeby zaoferować szansę wynagrodzenia twoich błędów – powiedział. – Śmierć i życie mieszają się dzisiaj w powietrzu, jak to zwykle bywa, ilekroć jedno z nas się rodzi.

– Rodzi? – zapytał Harry, chwytając go za dłoń. Przez chwilę, tylko przez chwilę, ściśnięta skóra wydawała się znajomym, gumowym ciałem domowego skrzata. Następnie stopniała i uległa zmianie. Harry sięgnął za nią, nie rozumiejąc co się dzieje, póki nie zobaczył, że jego własne ciało opadało w przestrzeń niczym deszcz.

– Tak – powiedział Zgredek. – Dzisiaj, w niewoli i do niewoli, rodzi się członek mojego gatunku. Ale istnieje szansa na uratowanie go, jak i jego matki, bez pogwałcania czyjejkolwiek woli, ponieważ śmierć również przyczaiła się dzisiaj wyjątkowo blisko. – Zamilkł na moment, a Harry spróbował nie zawyć ze strachu, kiedy poczuł jak jego własne ręce i ramiona roztapiają się w deszczu, zmieniając w światło i dźwięk. – Łoże porodowe znajduje się naprawdę daleko, więc udamy się tam jako muzyka.

Harry chciał zamknąć oczy, ale wtedy już nie miał oczu, które mógłby zamknąć. Był spazmem muzyki, zebranych ciasno myśli, pieśni której nie był w stanie usłyszeć, ponieważ nią był.

Słyszał jednakże pieśń Zgredka, zmienne akordy i przerażające zmiany tonów. Kiedy tak lecieli pośród usianej gwiazdami ciemności, a muzyka Zgredka ciągnęła go za sobą, przez co czuł się jak świeżo wykluty smok u boku matki, Harry zadrżał z podziwem. Ta muzyka rozciągała się szerzej, dłużej i była bardziej zdziczała od dowolnej, jaką do tej pory poznał. Jakim cudem starożytni czarodzieje w ogóle ośmielili się uznać, że stworzenia z takimi duszami powinny im służyć? Jak ośmielili się o to poprosić?

Oczywiście, że nikogo nie zapytali o zdanie. Po prostu ich zniewolili, po czym zmusili siebie i skrzaty domowe do zapomnienia o początkach tego niewolnictwa. Ostatecznie łatwiej z tym żyć, kiedy poczucie winy nie patrzy ci każdego dnia prosto w twarz.

Obrócili się nagle, zawirowali poprzez ciemność i symfonie, po czym wreszcie wylądowali w słabo oświetlonym pokoju. Harry rozejrzał się. Nic nie wyglądało znajomo, mimo że tego rodzaju białe ściany widywał też w rezydencji Malfoyów. I tak jego uwagę pochłonęła rozgrywająca się przed nim scena – jak i powinna, upomniał się surowo.

Skrzatka domowa leżała, dysząc ciężko, na bezładnie zebranych szmatach. Inne skrzaty stały wokół niej, zawodząc i jęcząc, niektóre dotykały jej czoła swoimi ogromnymi rękami, drżącymi z zaniepokojonej troski. Harry widział, jak wylewała się z niej krew, przesączając przez materiał między nogami. Zerknął na Zgredka, który ponownie zamanifestował się obok niego jako złoto-zielone lśnienie powietrza, ale zdawał się być niewidzialny dla wszystkich obecnych w pokoju. Jego ogromne oczy spoczęły na łożu porodowym.

– To jest właśnie chwila, w której życie spotyka się ze śmiercią – wymamrotał, brzmiąc jakby wymawiał starą modlitwę. – Każde narodziny stanowią wielkie zagrożenie dla naszych matek. Stawiają czoła śmierci za każdym razem, kiedy wydają na świat nowe życie. – Odczepił od siebie niewielki kawałek i Harry odniósł wrażenie, że przykłada palec do ust. – Czy wyczuwasz to, Harry? Wyczuwasz ją?

Harry'emu wydawało się, że miał na myśli skrzatkę, więc posłusznie sięgnął ku niej. Jego magia nie była jednak w stanie połączyć się w żaden sposób z cierpieniem matki, prawdopodobnie dlatego, że Harry wciąż był muzyką.

Już miał zaprzeczyć, kiedy zauważył cień w kącie pokoju. To był elegancki, czarny pies, mniejszy i szczuplejszy od tego, który podążał za Regulusem, ale podobny pod każdym innym względem. Zaostrzony pysk był wymierzony w łoże porodowe. Ślepia były lśniącymi, bezdennymi głębiami. Harry zadrżał. Nigdy wcześniej nie widział Śmierci, ale gdyby ktoś poprosił go o wyobrażenie jej sobie, prawdopodobnie nie przyszedłby mu do głowy obraz tak cierpliwego, spokojnego i opanowanego łowcy.

– To jest właśnie chwila, w której życie spotyka się ze śmiercią – powtórzył Zgredek. – I to jest właśnie chwila, kiedy możemy poprosić cię o ingerencję bez pogwałcania niczyjej woli, ponieważ właściciel zrezygnował z praw nad matką. Wierzy, że umrze w połogu, a dziecko wraz z nią. Uratujesz ich, Harry?

Harry zerknął ponownie na czarnego psa.

– A ona nie będzie miała nic przeciwko?

– Jest tylko jedną z sił w tym pokoju – zauważył Zgredek. – Życie wciąż może wygrać. Nie jest w stanie powstrzymać go przed tym.

Harry zawibrował powoli, co chyba teraz oznaczało dla niego kiwnięcie głową.

– Czyli jeśli spróbuję pomóc, to stanę z nią w szranki? – Pamiętał, jak wiele Voldemorta kosztowało tego rodzaju postawienie się śmierci i nie był pewien, czy chciał podejmować się czegoś takiego. Kompletnie nie rozumiał magii skrzatów domowych. Co więcej, nie chciał nagle odkryć w sobie jakichś inklinacji w kierunku poszukiwania nieśmiertelności, a tym właśnie zalatywała mu walka ze śmiercią.

– Tylko w taki sam sposób, w jaki medycy robią to na co dzień – powiedział miękko Zgredek. – Jak życie robi bez przerwy, jak matka i dziecko robią właśnie w tej chwili. Proszę cię, żebyś postawił się śmierci i przy okazji przeciął sieci tej pary skrzatów domowych. Czy to naprawdę aż tak wielkie poświęcenie?

Harry odetchnął z ulgą. A im częściej zerkał na czarnego psa, niemal takiego samego jak wizerunek na przedramieniu Regulusa, tym łatwiej przychodziło mu myślenie o Śmierci jak okrutnej suce – w tym przypadku dosłownie. Była cieniem, potężnym cieniem, ale nie musiał się jej poddawać. A jeśli chodziło o wybór między życiem i śmiercią, Harry dobrze wiedział, po której wolał stanąć stronie.

– Niech będzie – powiedział cicho. – Ale czy pozostałe skrzaty nie zaatakują mnie, jak tylko mnie zobaczą?

– Wszystko im wyjaśnię – powiedział Zgredek, po czym Harry nagle wytopił się z muzyki i znalazł z powrotem we własnym ciele.

Pochylił się nad rodzącą skrzatką, podczas gdy wszędzie wokół rozległy się westchnienia i skrzeknięcia. Delikatnie odsunął na bok szmaty i zauważył główkę dziecka, mniejszą, bardziej okrągłą i zieleńszą od jedynego niemowlaka, którego narodzinom towarzyszył do tej pory, siostry Millicenty, Marian.

Dłoń matki złapała go za nadgarstek. Harry poderwał wzrok i spojrzał w jej ogromne oczy, lśniące w ciemności niczym lampy.

– Ratuj dzicko Gadki – wyszeptała. – Jetem za słaba, żiby mu pomóc.

Harry bez słowa odwzajemnił jej mocny uścisk, po czym spojrzał z powrotem na dziecko. Miał wrażenie, że znajdowało się w złej pozycji; między innymi dlatego matka straciła tak wiele krwi. Nie śmiał dotknąć go ręką i to nie tylko dlatego, że miał wrażenie, że przed końcem porodu Gadka po prostu zmiażdży mu ją w nadgarstku. Po prostu nie wiedział, których elementów dziecka nie powinien w ogóle dotykać, w których miejscach wyrządziłby szkody samym naciskiem palców.

Opuścił bariery i w pełni wezwał swoją magię. Przybyła i zalała wszystko wokół, podczas gdy Harry kształtował ją wolą, zamiast jakimikolwiek zaklęciami. Nie znał żadnej inkantacji, która pomogłaby mu w tej sytuacji, choć pewnie takowe istniały i pomagały położnym.

Ułóż dziecko, żeby mogło się wydostać. Wylecz ją, żeby żyła, kiedy będę pracował nad siecią.

Poczuł jak magia przelewa się wokół, gęsta niczym powódź krwi, ale też zdeterminowana i cierpliwa. Natknęła się jednak na potęgę równie zdeterminowaną i cierpliwą. Harry obejrzał się na czarnego psa, siedzącego w kącie pokoju i odkrył, że jej ślepia wreszcie go zauważyły i teraz skupiały się wyłącznie na nim. Odetchnął głęboko i powiedział sobie, że przecież Śmierć zawsze wszystkich widzi. Niewielu poświęcała osobistą uwagę. Nawet Regulus musiał na to zapracować.

Nie umrę przez nią szybciej, zapewnił sam siebie Harry. Tu chodzi o kompletnie inne życia. Ponownie spojrzał na krwawą, rozerwaną masę mięśni i skóry, po czym puścił swobodnie swoją magię, pozwalając jej na wykonanie polecenia. Smugi lśniącego, białego światła, niczym pajęczyn migoczących w porannej rosie, opadły między nogi Gadki, a dziecko pisnęło cicho, kiedy potęga przekręciła je łagodnie do właściwej pozycji.

Gadka spróbowała usiąść, żeby zobaczyć co się dzieje, a jej uścisk na ręce Harry'ego tylko się przy tym wzmocnił.

Harry odczekał chwilę, żeby przypadkiem nie zawyć z bólu, po czym delikatnie popchnął ją z powrotem na legowisko.

– Leż, proszę – wyszeptał, po czym sięgnął przed siebie i dotknął pętającej ją sieci.

To nie było jak połowicznie zerwana sieć Zgredka, nad którą już wcześniej pracował Decus Lestrange. Ta była kompletna, a Harry aż skrzywił się na widok grubych więzów, które utrzymywały w niewoli magię i wolę Gadki. Była tak dogłębnie przekonana, że została stworzona i zrodzona wyłącznie do służby, że gdyby jej pan wszedł teraz do pokoju, spróbowałaby zerwać się na nogi i zapytać, czego sobie życzy.

Harry przesunął rękę, żeby pogłaskać Gadkę kojąco po dłoni i usłyszał kolejny jej krzyk, kiedy dziecko ponownie zmieniło pozycję. Jej uszy zatrzepotały, szczęki zacisnęły się.

Harry skupił się na sieci. Pamiętał, co przyszło mu zrobić z siecią Zgredka, to podwójne cięcie wszystkiego, więc zaczął szukać słabych punktów.

Tam. U samej podstawy sieci znajdował się jeden z nich. Właściciel Gadki zrezygnował z posiadania jej, przekonany, jak to powiedział Zgredek, że i tak zginie. Harry był w stanie z tego skorzystać, rozwijając sieć od strony jej najsłabszego punktu – braku kotwicy.

Zawirował w tym kierunku, otaczany i poprzedzany przez swoją magię. Jednocześnie był w stanie wyczuć, jak inna część tej samej magii wciąż pracowała nad ostrożnym wydobyciem dziecka Gadki na świat, a gdyby tylko się skoncentrował, zobaczyłby zbiór obrazów z krwi, mięśni, skóry i oczekującej obecności Śmierci. Nie zwracał jednak na to uwagi, ponieważ musiał zająć się siecią.

Jego moc była w pełni rozwinięta i zajęta. Harry nie czuł się tak czymś pochłonięty od czasu wyrwania się spod sieci feniksa.

Ale szybko oderwał myśli i od tego, ponieważ naprawdę musiał się teraz skupić.

Bez trudu przeciął pierwszy kłąb sieci, opadając na niego i przebijając się przed połączone ze sobą przymuszenia poddaństwa i kontroli nad magią. Poczuł konwulsję Gadki, jej palce zaciskające mu się na ręce, ale te wrażenia robiły się coraz bardziej odległe, kiedy zaczął zbliżać się do drugiego węzła.

Górował nad nim, obślizgły i lśniący niczym ryba, a jego dwie nici były splecione ze sobą tak ciasno, że Harry nie miał pojęcia, jak miałby je rozwiązać. Wiedział, oczywiście, że one nigdy nie miały zostać rozplątane; starożytni czarodzieje, którzy stworzyli tę sieć nie chcieli, żeby ktokolwiek kiedykolwiek wyzwolił skrzaty domowe. Ale teraz Harry musiał wspiąć się po tej górze w świetle księżyca i na Merlina, coś takiego go przecież nie powstrzyma.

Ostatecznie załatwił to za pomocą znacznie mniejszej finezji, niż by tego chciał. Stworzył parę ogromnych szczęk, podobnych do tych, którymi tak dawno temu zaatakował Toma Riddle'a w Komnacie Tajemnic, po czym przegryzł się przez górę. Czuł, jak jedwabne nici owijają mu się wokół kłów, spowalniając ich pracę i wrzynając się w mózg, szukając jakiegoś punktu zaczepienia. Harry wzniósł w obronie własnej wiarę vatesa.

Sieć warknęła i odskoczyła od niego, rozwiązując się i krusząc po drodze. Harry miał nadzieję, że to oznaczało, że faktycznie została zniszczona i nie spróbuje znaleźć sobie innego nosiciela, co mogłoby okazać się zagrożeniem dla jakiegoś czarodzieja o słabej woli.

Sieć rozpadła się na dwoje, rozbiegając niczym bluszcz, tańcząc niezależnie od siebie, ale zawsze przeplatając ponownie. Harry podzielił szczęki na połowy, dwa kształty ślizgające się w górę i w dół po każdej fali bluszczu. Najważniejsze to teraz nie stracić ich z oczu.

Góra, dół, dokoła, do góry nogami; jego percepcja podzieliła się i oszałamiała, kiedy kształty mknęły po bluszczu, ciągnąc za sobą bezlitosne kły. Harry sięgał ku większym pokładom magii, niż zazwyczaj i poczuł jak ten wysiłek zaczyna koncentrować mu się w piersi i sercu. Ale to było przyjemne. Przynajmniej teraz wiedział już, że korzysta z magii, zamiast ją po prostu marnować, albo zamykać ją i odmawiać użytkowania, jak to Jing-Xi poinformowała go raz, cokolwiek surowo, że robił w przeszłości.

Sieć zaczęła rozwijać się przed nim, bo zniszczył już wystarczająco wiele, żeby zakłócić jej stabilność. Wtedy nagle pnącza bluszczu przecięły się, co przelotnie sprowadziło ślizgające się kształty w jeden punkt i Harry aż westchnął, kiedy nagle wciśnięto go w świadomość całej magii na raz, trudnego porodu, przyglądającej się Śmierci, tętniącego serca, zmiażdżonych palców i rozwijającego się arrasu.

Potrząsnął głową, dzięki czemu percepcje zmalały do bardziej znośnych poziomów. Wciąż był w stanie zobaczyć magię, która ratowała życie Gadki, gdyby tylko tego chciał, i mógłby też poczuć swoje ciało, ale nie chciał, nie patrzył i nie czuł.

Jego percepcje przecięły ostatnie elementy sieci, po czym zawróciły, wyczuwając kolejnego wroga. Harry zrozumiał, co się dzieje, kiedy zobaczył siatkę w jesiennych kolorach, owijającą się wokół nóg Gadki. Sieć zduplikowała się, sięgając po nowego skrzata domowego, który pojawiał się na świecie, żeby zniewolić go od chwili narodzin. Nie opadłaby na niego, gdyby umarł i była tak świeża, że jej słabe punkty wciąż były wyraźne i widoczne, ale Harry nie mógł dopuścić do tego, żeby w ogóle zaczęła zapuszczać w nim korzenie. Dziecko Gadki było zbyt delikatne. Obietnica wolności i bliskość śmierci sięgną ku niemu w tym samym czasie co sieć, poddając młody umysł zbyt wielu bodźcom na raz.

Harry nadwyrężył się, wspierając się wolą i magią, żeby zniszczyć te czerwone, złote i pomarańczowe nici.

A potem otoczyła go znacznie potężniejsza moc, mijając go niczym strumień kamienie, i pożarła sieć. Harry westchnął z zaskoczeniem i zrozumiał. Magia Gadki była już wolna, dzięki czemu nie myślała już o sobie jak o niewolnicy i teraz pracowała zajadle, ratując siebie i dziecko.

– Odsuń się, Harry – usłyszał nagle głos Zgredka.

Harry ściągnął z powrotem całą swoją magię, która wbiła mu się w ciało z trzaśnięciem przypominającym grom, choć pewnie dla zewnętrznego świata wydawało się to znacznie mniej imponujące; czuł się naprawdę dziwnie, obco, mając tylko jedną perspektywę, widząc wszystko tylko pod jednym kątem. Otworzył oczy i potrząsnął ręką, po czym spojrzał jak, po raz pierwszy od niezliczonych pokoleń, matka skrzatka korzysta ze swojej magii w służbie swojego dziecka, zamiast pana.

Ta magia przypominała zgredkową tylko w przelotnych kosmykach zieleni i złota, które czasem ją przeczesywały; jej kolorom znacznie bliżej było do błękitu i zieleni, jakby patrzyli na to wszystko pod wodą. Magia owinęła się i wyciągnęła na świat młodego skrzata domowego od razu pod właściwym kątem i w bezpieczny sposób. Harry odniósł wrażenie, że Gadka znała kształt i proporcje dziecka równie dobrze co własne, dzięki czemu nie musiała wykonywać takich samych, ostrożnych i delikatnych prób, co jego magia wcześniej.

Sieć skoczyła przed siebie niczym płaszczka. Magia Gadki otoczyła ją i wydrążyła, przez co sieć eksplodowała w świetlistych iskrach, niczym maleńkie rybki, które spróbowały rozpłynąć się z paniką.

Następnie magia Gadki owinęła się ponownie wokół pokoju w prądzie, w którym Harry przez chwilę widział jej ramiona owijające się wokół dziecka, jej pochyloną głowę, jej trzepoczące znajomo uszy, podczas gdy wszyscy inni wiwatowali.

Siedząca w kącie Śmierć pochyliła głowę, a czarny pies stał się cieniem, stał się nutą, stał się nicością. Harry poczuł na karku przelotne, chłodne muśnięcie i już jej nie było.

Gadka i jej dziecko zaczęli się rozszerzać. Ich ciemnozielona skóra zrobiła się błękitno-zielona, a Harry zobaczył wznoszącą się falę magii, wody, światła i piany. Załamała się u szczytu, zawróciła na lśniących, posrebrzanych palcach, po czym wpłynęła do wszechświata. Harry zastanawiał się, jakiego kształtu będą Gadka i jej dziecko, co ze sobą zrobią i jednocześnie było mu przykro i radośnie, że pewnie nigdy się tego nie dowie. Chciałby to zobaczyć, ale pewna wiedza powinna znajdować się poza zasięgiem czarodziejów.

Zgredek dotknął jego ramienia i obrócił nim. Harry uśmiechnął się do jego oczu, które uśmiechały się do niego.

– Wciąż jesteś vatesem – powiedział Zgredek, jakby wymawiał przepowiednię. – Właśnie tym chcesz zajmować się przez resztę życia.

– Tak – powiedział Harry i zamrugał. Leżał w łóżku, mięśnie bolały go z wysiłku, a mimo to wciąż obejmował ramionami Dracona i wymamrotał to słowo w jego włosy.

– Co tak? – zapytał Draco, ziewając, tylko połowicznie rozbudzony.

– Idź spać – wyszeptał Harry. – Rano ci wyjaśnię.

Draco go posłuchał. Harry leżał po prostu, szczerząc się w kierunku zwieńczenia baldachimu i czuł, jak wycieńczenie magii boli go praktycznie w każdym kawałku ciała.

Jestem vatesem. To wciąż jest rdzeń i serce wszystkiego, co chcę zrobić w moim życiu, najważniejsza sprawa, którą chcę się zająć. Dziękuję, że mi o tym przypomniałeś, Zgredku.