Rozdział sześćdziesiąty drugi: Drewno, kość, krew i żelazo
Draco rozciągnął palce w powolnym sposobie, którego nauczył się od matki w czasie ostatniej wizyty u niej, a który miał pomóc mu w uspokojeniu się i pomyśleniu o czymkolwiek innym. Powstrzymało go przed odruchowym wybuchem na Harry'ego, który siedział po drugiej stronie łóżka z rękami założonymi na piersi i ewidentnie nie pojmował, co takiego zrobił źle.
– Nie rozumiem tego – powiedział wreszcie. – Jak mogłeś uwolnić zarówno matkę, jak i dziecko? Przecież skrzaty domowe są drogocenne, a ich dzieci są w stanie pracować w przeciągu kilku dni od narodzin. Właściciel nie mógł ich tak po prostu porzucić.
– Ale i tak to zrobił – powiedział szybko Harry. – Nawet tego wcześniej nie wiedziałem, ale najwyraźniej sieć skrzatów domowych jest powiązana z intencjami właściciela. Wierzył, że matka umrze w połogu i dziecko razem z nią. Zrezygnował z prawa do nich, dzięki czemu byliśmy w stanie interweniować ze Zgredkiem. – Wzruszył ramionami. – To przecież nie tak, że to zrobi właścicielowi jakąś różnicę. I tak i tak wydostaliby się spod jego kontroli. Teraz przynajmniej zrobili to, nie ginąc przy okazji.
Draco zebrał się w sobie. Wiedział, że pod tym właśnie względem zderzą się w kłótni i nie chciał tego, zwłaszcza na kilka dni przed drugim lutego i ich czwartym rytuałem zaręczynowym.
– Harry – powiedział.
– Tak?
Draco polizał usta i nachylił się.
– To sprawia ogromną różnicę. Gdybyś uratował ich życia i podtrzymał sieci, to nie sądzisz, że właściciel chciałby ich z powrotem? Gdyby tylko wiedział, że istnieje jakiś sposób na to, żeby przetrwali tę noc, to nigdy nie zrezygnowałby ze swojej własności. Okłamałeś go, przynajmniej poprzez niedomówienie, kiedy go nie obudziłeś i nie pozwoliłeś samemu zdecydować.
Nastąpiła chwila ciszy. Dracona to zaskoczyło, bo spodziewał się wybuchu gniewu. Patrzył jak Harry po prostu siedzi z pochyloną głową i zaczął się zastanawiać, czy nie zaczął czasem brać jego słów pod uwagę.
A potem Harry podniósł twarz i Dracona aż zszokował jego wzrok. Nakazał sobie zamarcie w miejscu, nie miał zamiaru wzdrygać się nawet, kiedy wokół ramion Harry'ego owinął się cień węża. Gdyby ustąpił przez wzgląd na strach przed magią Harry'ego, to już nigdy nie byłby na równym poziomie w ich dyskusjach. Wolno byłoby mu myśleć i wyrażać wyłącznie te emocje, na które Harry by mu pozwolił. Dlatego teraz walczył o swoją wolność, zakazując sobie wzdrygania.
Co nie powstrzymało go przed pragnieniem ustąpienia, choćby po to, żeby obmywający go gęsty strumień magii zrobił się ponownie słodki i przyjemny. Ale te instynkty były po prostu instynktami. Draco odetchnął lekko i spojrzał Harry'emu w oczy.
– Podtrzymał sieci? – zapytał cicho Harry. – Czy do ciebie nie dociera, że właśnie poprosiłeś mnie o złamanie każdego zobowiązania, jakie w sobie noszę jako vates?
– Według mnie i tak to zrobiłeś – powiedział Draco. – Poprzez pogwałcenie wolnej woli właściciela, znaczy. Powinien był o wszystkim się dowiedzieć i otrzymać szansę na puszczenie Gadki i jej dziecka wolno z pełną świadomością tego, co by to dla niego oznaczało. – Urwał, po czym po prostu cisnął słowami przed siebie. Nawet jeśli nie dadzą Harry'emu do myślenia, to może przynajmniej wytrącą go z równowagi. – A może bałeś się, że by odmówił, a wówczas musiałbyś uszanować jego wolną wolę, jak obiecywałeś, przez co zostałbyś zmuszony do przyznania przed sobą, że wyzwalanie skrzatów domowych to zły pomysł, który doprowadzi tylko do konfliktów interesów?
Coś za nim eksplodowało. Draco miał wrażenie, że to był jeden ze słupów podtrzymujących baldachim nad łóżkiem. I tak nie pozwolił sobie na ustąpienie. W tej chwili jego zaufanie wobec Harry'ego było wyjątkowo kruche i lada moment mogło rozprysnąć się niczym ten słup, ale i tak nie chciał się poddawać. Harry był Harrym, a Harry nigdy by go nie skrzywdził.
– Wyzwalanie skrzatów domowych to nie jest zły pomysł – powiedział cicho Harry po długiej, złowróżbnej przerwie. – Gdyby służba przychodziła im naturalnie, to starożytni czarodzieje w ogóle nie musieliby narzucać na nich sieć przymuszającą do niewoli. I choć musiałbym wykłócać się z właścicielem, gdyby zachował do nich prawa – bo nie miałbym wyboru, bez jego zgody sieci byłyby nie do zerwania nawet dla mnie – to nie sądzę, żeby to, co wczoraj zrobiłem, było w jakimkolwiek stopniu niewłaściwe.
– Dlaczego nie? – Draco momentalnie postawił wyzwanie temu poglądowi. Jeśli Harry nie zdoła obronić swojej wersji wydarzeń przed nim, to przy politycznych rywalach też mu się nie uda. W gruncie rzeczy Draco robił mu teraz przysługę.
– Bo wtedy musiałbym wziąć czynny udział w zniewalaniu skrzatów domowych – powiedział Harry. – Musiałbym wyleczyć Gadkę i jej dziecko, a następnie zagonić z powrotem pod sieci. Utrzymujesz, że właściciel wolałby ich zatrzymać gdyby wiedział, że istnieje szansa na uratowanie ich żyć, ale nie w żadnym innym przypadku. Po co miałbym ich leczyć skoro zaraz musieliby wrócić do niewoli?
– Ponieważ… – Draco urwał.
– I tak już wiem, że nie spodoba mi się cokolwiek, co masz teraz do powiedzenia. – Twarz Harry'ego wyglądała na zamrożoną. – Po prostu to z siebie wyduś, Draco.
– Ponieważ wola czarodzieja jest ważniejsza od woli skrzata domowego – powiedział Draco. – Ponieważ zasługiwał na tę szansę. Ponieważ wciąż wydaje mi się, że czarodziej powinien być przede wszystkim wierny własnemu gatunkowi, Harry, a właściciel Gadki zasługiwał na nieco więcej szacunku, niż mu okazałeś.
– Rozumiem. – Harry kiwnął głową, po czym wstał i ruszył do drzwi.
Draco już nie był w stanie się powstrzymać.
– Gdzie idziesz? – zawołał za nim.
Harry obejrzał się.
– Pomyśleć, Draco. To wszystko. – Zamilkł na moment, po czym wymówił słowa, które prawdopodobnie miały być pocieszające, ale nie miały w sobie cienia sympatii czy ciepła, przez co w ogóle się takie nie okazały. – Nie mam zamiaru się od ciebie odcinać, albo zerwać zaręczyny. Gdyby chodziło mi coś takiego po głowie, to byś wiedział. – Podniósł dłoń, żeby zalśnił kamień na pierścieniu Blacków. Draco domyślał się, że pewnie zerwałby go z palca, gdyby chciał jakoś zasygnalizować, że ma już dość tego związku.
Następnie zamknął za sobą drzwi do sypialni, zamykając się też psychicznie na jakiś czas przed Draconem. Draco położył się z namysłem na łóżku.
W pewnej chwili zobaczył lśniące łuski, kiedy Argutus mijał łóżko i wzniósł głowę, żeby na niego spojrzeć. Wąż omenu wydał z siebie przeciągłe syknięcie, do którego najwyraźniej nie potrzebował nabierać tchu, a który prawdopodobnie był ekwiwalentem ochrzanu w wężomowie. Następnie zawiesił się na klamce i ruszył za Harrym.
Draco skrzywił się i przewrócił na brzuch, żeby wbić twarz w poduszkę.
Czego Harry się właściwie po nim spodziewał, kiedy mu o tym wszystkim mówił? Przecież znał poglądy Dracona. Wiedział, co Draco myślał, na przykład, o szlamach. Co innego uprzejmość w miejscu publicznym, a co innego faktyczne myślenie o nich jak o kimś równym czystokrwistym czarodziejom. Draco tak nie myślał. Może i mają taką samą magię, ale ich krew nigdy nie będzie do siebie podobna, podobnie jak ich dziedzictwo. Istniały tuziny spraw, które Draco, wychowany w czystokrwistym środowisku, znał i akceptował w taki sam sposób, w jaki ryba zna i akceptuje wodę. Granger nigdy ich nie pozna. Hanna Abbott, z Hufflepuffu, bez przerwy naruszała drobne zasady uprzejmości dotyczące spojrzeń, czy konkretnych słów, które były dozwolone w miejscu publicznym. Merlinie, nawet Harry…
I tu musiał urwać, bo gdyby ktoś kazał mu osądzić Harry'ego na podstawie samego zachowania, bez świadomości jego krwi, to Draco wiedział, co by powiedział. Nazwałby go czystokrwistym.
Stoczył się niespokojnie z łóżka i wyciągnął zestaw czystych szat; te, które miał na sobie, zdążyły się za bardzo wymiąć jak na jego gust, w dodatku zrosił je pot ze strachu, który wcześniej poczuł, gdy magia Harry'ego owionęła pokój. Draco odprężył się, czując jak osiadają mu na ramionach. Było coś kojącego w noszeniu ubrań oczyszczonych za pomocą magii skrzatów domowych. Z pewnością poinformuje o tym Harry'ego, jak tylko zobaczy go następnym razem.
Nie śmiał teraz wyruszać na jego poszukiwania, dlatego zabrał się za przygotowanie przedmiotów potrzebnych do rytuału na Imbolc. Nastąpi dopiero za kilka dni; miał mnóstwo czasu na znalezienie wszystkiego i przekonanie Harry'ego do zbliżenia się do niego na tyle, żeby rytuał miał szansę na rozpoczęcie. Możliwe, że na swój sposób to było nawet lepiej, że się teraz kłócili. W całym rytuale nie istniała żadna inna część, do której tak dobrze pasowałyby gniewne słowa.
Harry wciąż „myślał" podczas śniadania następnego dnia. Draco skomentował swoje szaty, czyszczone przez skrzaty domowe, a Harry obejrzał się na niego i spojrzał dziwnie.
Oczywiście, wtedy Harry musiał powiedzieć:
– Rzucam zaklęcia czyszczące na cały materiał w naszym pokoju, Draco. Włącznie z twoimi szatami. Skrzaty domowe już od miesięcy nie miały wstępu do naszej sypialni.
A to kompletnie ukradło Draconowi wszelki tryumf.
Odwrócił się, krzywiąc bezsilnie. Zjadł kilka kęsów naleśników i popił paroma łykami soku dyniowego, ale zdawały się kompletnie stracić na smaku.
– A co z rodzinami, których nie stać na pozbycie się skrzatów domowych, Harry? – wypalił wreszcie. – Które nagle zostaną zmuszone do kupowania i gotowania własnego jedzenia? Pomyślałeś o nich w ogóle?
Harry obrócił się i zagapił na niego.
– Draco – odezwał się po chwili. – Ty naprawdę nie wiedziałeś?
– Niby o czym? – zapytał wyzywająco Draco.
– Już wcześniej się tego domyślałem, ale Hermiona to potwierdziła – powiedział Harry, nadymając się lekko, przez co wyglądał na zniecierpliwionego i przez to nie atrakcyjnego. Draco zastanawiał się, czy go o tym nie poinformować, ale ostatecznie uznał, że najlepiej byłoby teraz nie przerywać. – Właściciele skrzatów dają im pieniądze na zakup jedzenia, po prostu nie równie wiele, co musieliby płacić w sklepie – knuty zamiast sykli i galeonów. Skrzaty domowe zabierają te pieniądze i wydają je na bazarach prowadzonych przez skrzaty związane sieciami z rolnictwem i dbaniem o żywność, zamiast służbie jakiegoś domostwa. Kupione tam jedzenie może i jest tanie, ale wciąż dobre. Skrzaty z kolei zabierają pieniądze wprost do właścicieli pól. W ten właśnie sposób kilka czystokrwistych rodzin dorobiło się swojego majątku: zaopatrując bazary skrzatów domowych. W każdej chwili mogli podnieść ceny, co też zdarzało się już parę razy. Właśnie dlatego co biedniejsze rodziny, jak Weasleyowie, musiały zrezygnować ze swoich skrzatów. Po prostu taniej wychodziło im tworzenie i kupowanie własnych składników, zwłaszcza jeśli mieli pod ręką kogoś dobrego z transmutacji.
– To nie… – powiedział Draco. – Kłamiesz. Musisz.
– Dlaczego? – zapytał Harry.
– Ojciec nigdy o czymś takim nie wspominał.
– A pytałeś?
– Niby czemu miałbym pytać go o skrzaty domowe?
– No właśnie.
– Sarkazm do ciebie nie pasuje, Harry – powiedział Draco. Dźgnął widelcem naleśniki i wbił w nie jadowite spojrzenie, żałując że teraz nie jest w stanie przestać myśleć o wszystkim, z czego zostały zrobione, mąki i… takich tam innych składników, zakupionych przez skrzaty domowe na jakimś cholernym bazarze, a potem ugniecione ich zielonymi paluchami.
– Och – mruknął cicho Harry. – I tak oto przepadł mój pomysł na rozprawianie się ze światem.
Draco odsunął talerz od siebie. Jedzenie mu już nie smakowało.
– Skoro o tym wiedziałeś – powiedział ostro – to czemu nie zrobiłeś z tym porządku już lata temu?
– Bo nie wiedziałem – powiedział Harry. – Mnie też nie interesowały skrzaty domowe, Draco. Podjąłem pewne kroki, żeby im to jakoś wynagrodzić, ale wciąż pozostają bardzo niewielkie i większość z nich wykonywana jest zdecydowanie za późno. Korzystałem z ich służby tak samo, jak każdy uczęszczający do Hogwartu czarodziej po prostu dlatego, że tutejsze skrzaty też są zniewolone. I Merlin jeden raczy wiedzieć, jak wiele złego wyrządziłem gatunkom, z których istnienia nie zdawałem sobie nawet sprawy. Czarodzieje, którzy upletli te sieci, byli naprawdę sprytni. Ukryli bazar skrzatów domowych, jak i same sieci, przez co teraz my, ich potomkowie, nie musimy się nawet zastanawiać, skąd bierze się nasze jedzenie i w jaki właściwie sposób funkcjonuje nasz świat. W dodatku myślenie o tym boli i pociąga za sobą mnóstwo obwiniania się, przez co wyleczenie tego zajmie całe lata. Zdaję sobie z tego sprawę. Od nikogo nie oczekuję podjęcia się zmian, którym są przeciwni. Właśnie dlatego nie zniszczyłem sieci na skrzatach domowych w Hogwarcie, choć pewnie mógłbym to zrobić machnięciem ręki. Ale nie mam też zamiaru dłużej przykładać ręki do tego koszmaru. Dlatego nie udałem się do właściciela Gadki, żeby powiedzieć mu, że uratowałem ją i jej dziecko. Albo musiałbym pozwolić im zginąć tylko po to, by dowieść swego, albo musiałbym ich podstępem zaciągnąć z powrotem pod sieci, żeby właściciel mógł zadecydować o ich losie. Mam pewne zobowiązania, Draco, na które czarodzieje nie są w stanie wpłynąć swoją wolną wolą i aktywne torturowanie innego gatunku jest jednym z nich.
Draco pokręcił głową.
– To prostsze, niż ci się wydaje, Harry – wyszeptał. – Albo bardziej skomplikowane. Już sam nie wiem.
– Powiedz mi, jak to ustalisz. – Głos Harry'ego uspokoił się nieco, już nie był wzbierającą falą, lecz spokojnie płynącym strumieniem. – Z przyjemnością cię wysłucham, Draco. Jak do tej pory nie usłyszałem od nikogo ani jednego rozsądnego argumentu przemawiającego za utrzymywaniem skrzatów domowych jako niewolników, ale może ty zdołasz mnie do tego przekonać. Rozmawiaj ze mną. Pokaż mi strony sytuacji, których nie wziąłem pod uwagę.
– To element naszego dziedzictwa – powiedział cicho Draco. – Chyba to rozumiesz, Harry? Moja rodzina różni się od takich Weasleyów, którzy dawno temu wypuścili swoje skrzaty domowe. Wiem, że dziedzictwo i rodzina nie obchodzą cię jakoś szczególnie, zwłaszcza odkąd wyrzekłeś się nazwiska, a skarby Blacków zdają się obchodzić cię tylko jako źródło dodatkowej magii, ale tyle jeszcze powinieneś zrozumieć. Skrzaty domowe są nasze w ten sam sposób co tańce.
– Ale tańce to kwestia wytrenowania i spętania samych siebie – powiedział Harry. – Podczas gdy to trenuje i pęta inny gatunek.
– To żadna różnica dla czystokrwistych, którzy cenią sobie własne dziedzictwo. – Draco wykonał ogólny gest dłonią, żałując że nie potrafi tego jakoś lepiej ułożyć w słowa. – Dla nich to to samo. Skrzaty domowe są po prostu częścią, nie mniej ważną od całej reszty, wszystkiego co przemawia za bogactwem i czystością krwi rodziny.
– To wiadomość wypisana w zmarnowanych życiach, Draco. – Głos Harry'ego nabrał cichego, pełnego pasji tonu, którego Draco już dawno temu nauczył się obawiać. – Obawiam się, że nie jest warta swojego pergaminu, ani tuszu, którym została spisana.
– Ale istnieje – powiedział Draco. – I sam przyznałeś, Harry, że też czerpałeś zyski ze zniewolenia skrzatów domowych. Więc powinieneś to zrozumieć. Jak możesz oczekiwać po ludziach zmiany zdania, skoro sam dopiero niedawno doszedłeś do tych wniosków?
Harry przyglądał mu się przez chwilę z namysłem.
– Nie mogę oczekiwać od nich momentalnej zmiany nastawienia – powiedział. – Ale mogę w dalszym ciągu pokazywać im prawdę – oraz pokazywać siebie w jej świetle. Jeśli wyciągnę pochopne wnioski, to je zmienię. Jeśli popełnię błąd, to go odpokutuję. Jeśli wciąż czerpię w jakiś sposób zysk ze zniewolenia skrzatów domowych, to to przerwę. Ta ścieżka nigdy nie dobiegnie dla mnie końca, Draco, podobnie jak dla przeciętnych czystokrwistych właścicieli skrzatów domowych, chyba że zdołam wyzwolić je wszystkie jeszcze za życia, a szczerze, byłbym niezwykle zaskoczony, gdyby mi się to faktycznie udało. Zawsze istnieje coś nowego do odkrycia, coś co zaniedbywałem do tej pory, coś o czym powinienem był pomyśleć już wcześniej i poczuję się jak idiota, kiedy to wreszcie do mnie dotrze. Muszę stale zmieniać swoje podejście, poddawać je ciągłym testom. Zrzucę własne pomysły z klifu i zobaczę, czy się roztrzaskają. Jeśli nie, to za jakiś czas zrzucę je ponownie, a potem jeszcze raz.
Draco zadrżał. Odrażała go sugestia zrobienia czegoś podobnego z własnym umysłem. W tym nie było żadnego odpoczynku, żadnego spokoju.
I to właśnie Harry planował robić do końca życia?
– Przepraszam na chwilę – wymamrotał Draco, po czym wstał, odpychając ławkę i praktycznie wybiegając z Wielkiej Sali. Czuł na sobie spojrzenie Harry'ego, nie potępiające, a lekko zaskoczone, jakby nie był w stanie pojąć, co takiego powiedział, że tak wystraszył Dracona.
Może jest w stanie sobie poradzić z czymś takim, pomyślał Draco, opierając się o ścianę w korytarzu prowadzącym do sali, żeby wyrównać oddech. Ale przecież nikt inny nie byłby w stanie! I on chce poprosić wszystkich o przyłączenie się do niego na tej ścieżce? Jak on śmie?
Najbardziej przerażało w tym wszystkim Dracona, że teraz z kolei nie był w stanie przestać myśleć o bazarach skrzatów domowych i tym, że jego rodzina jednak płaciła za jedzenie, po prostu drobniakami. Albo że to jakaś sieć przymuszała skrzaty domowe do służenia Malfoyom, a nie podziw wobec ich magii i czystości krwi, jak Draco był uczony całe życie.
A skoro nie był w stanie przestać o tym myśleć, to czy to znaczyło, że prędzej czy później jednak przejdzie na stronę Harry'ego w tym konflikcie? Czy będzie musiał się zgodzić, inaczej te myśli, które ciągle przedstawiały mu niewygodne prawdy, nigdy nie odpuszczą?
Co za przerażająca perspektywa.
Draco poczuł pociąg rytuału na Imbolc, jak tylko otworzył oczy. Przewrócił się powoli i spojrzał na Harry'ego, który spędził z nim tę noc, nawet jeśli niewiele rozmawiali przed położeniem się spać. Harry leżał z ręką założoną pod policzkiem, oddychając cicho, powoli i głęboko. Wąż Wielu był owinięty wokół jego gardła, omenu wokół jego nóg i oba podniosły łby, żeby spojrzeć na Dracona.
Rytuał rozpocznie się, jak tylko Harry otworzy oczy, a ich spojrzenia się spotkają.
Draco nabrał głęboko tchu i wygrzebał się z łóżka. Najpierw musiał skorzystać z toalety.
Po drodze zerknął przelotnie na niewielki stolik obok łóżka, na którym ułożył potrzebne do rytuału materiały. Gałązka z Zakazanego Lasu oznaczała obecność drewna. Obok leżała delikatna, sowia kość, zachowana po eliksirach, zakorkowana fiolka mysiej krwi i żelazne serce, nabyte w sklepie w Hogsmeade. Harry albo nie zauważył, kiedy Draco układał je przed snem, albo postanowił ich nie skomentować.
Draco wiedział, że niebawem nie będzie miał wyboru. Rytuał przelewał się i chwiał wokół nich, uparty niczym nadciągające fale. To był cokolwiek inny pociąg od Burzenia Barier, który chciał przysunąć ich jak najbliżej do siebie. To dawało raczej odczucie rogu bitewnego, zewu do walki, który rozpoczynałby starożytne wojny między Mrocznymi i Świetlistymi Lordami.
Jak i powinien, pomyślał Draco. Tak właśnie miała wyglądać Obecność Wojny.
Zamknął za sobą drzwi do łazienki i przeczesał włosy palcami, usiłując uspokoić oddech. Obecność Wojny niewłaściwie na niego podziała, jeśli nie zachowa spokoju. Draco wkroczy do bitwy rozhisteryzowany i zdeterminowany by wygrać, podczas gdy w ogóle nie na tym miał polegać cel tego rytuału. Chodziło raczej o pokazanie różnic w sposobie myślenia partnerów, zmuszenie do zauważenia, na czym właściwie polegają ich najgłębsze nieporozumienia i w jaki sposób mogą mimo to walczyć o siebie nawzajem. Tak, jak tegoroczny rytuał Walpurgi, piąty w całym cyklu, potwierdzi ich ponownie jako przyjaciół i kochanków, Obecność Wojny miała za zadanie ukazanie, jak będzie ich relacja wyglądała w razie kłótni.
Głębia Burzenia Barier wciąż będzie im towarzyszyć. Draco niemal nie miał na to ochoty. Ponownie wślizgną się nawzajem do swoich umysłów, ale tym razem to magia będzie kontrolowała, co będzie wolno im zobaczyć.
Co nie będzie jakieś szczególnie przyjemne.
– Draco? – Harry pukał do drzwi.
– Już wychodzę – zawołał Draco, przeklinając swój roztrzęsiony głos, po czym pośpiesznie się odlał. Nie miał już czasu na prysznic. Nie szkodzi. Obecność Wojny przebywała z nimi w pokoju, rzucając przerażające cienie na ściany, przez co człowiek i tak już czuł się, jakby był na polu bitwy.
Skończył, umył ręce i otworzył drzwi. Napotkał wzrokiem spojrzenie Harry'ego.
Harry westchnął, kiedy rytuał przeciął powietrze między nimi, a ich umysły otworzyły się i wślizgnęły do siebie nawzajem. Draco oparł się ciężko o trzymaną jeszcze klamkę i zamrugał z oszołomieniem. Tylko w ten sposób był w stanie zachować jakieś panowanie nad własnym ciałem, kiedy w głowie wszystko wywracało mu się do góry nogami, a myśli mieszały się z tymi Harry'ego, przez co po chwili dziwnie się wydawało mieć tylko jeden pogląd na cokolwiek.
Spłynął wprost do przepaści poczucia winy, z której istnienia nie zdawał sobie nawet sprawy. Harry naprawdę czuł się źle z myślą, że przez tyle lat korzystał ze służby skrzatów domowych i poniekąd chciał zniszczyć ich sieć właśnie po to, żeby ulżyć sobie w bólu. Draconowi wyglądało to na egoistyczny motyw, którego najwyraźniej Harry nie brał do tej pory pod uwagę. Obrócił więc przepaść i pokazał ją Harry'emu, zastanawiając się, jak zareaguje.
Harry w zamian pokazał Draconowi niewielki samorodek, którego Draco nigdy wcześniej w sobie nie zauważył: nawet gdyby uwierzył, że Harry ma rację, to i tak zachowywałby się, jakby się mylił, bo nie chciał o tym myśleć w taki sam sposób, w jaki nie chciał myśleć o tym, że jego ojciec mordował kiedyś szlamy, ponieważ w ten sposób musiałby przyznać się przed sobą, że honor jego rodziny został splamiony.
Czy unikanie pokory jest w jakimkolwiek lepszym motywem od unikania winy? zapytał Harry.
Draco wzdrygnął się, ale dzięki narastającemu gniewowi zdołał utrzymać się na powierzchni. Po prostu będzie musiał podtrzymywać ten gniew, utrzymując go chłodnym, zamiast pozwalać mu się rozpalać, dzięki czemu Obecność Wojny nie zachęci go do zaatakowania Harry'ego.
Przynajmniej wiem, czym jestem, powiedział. Zawsze byłem Malfoyem. To od dawna było dla mnie ważne.
Mimo wydziedziczenia? Harry zaczął nawijać na motek przędzę wspomnień: decyzję Dracona, żeby jednak stanąć po stronie Harry'ego w jego rokoszu, własną radość i ulgę, kiedy Draco pojawił się w Leśnej Twierdzy, bezczelną odpowiedź następnego dnia, która prawdopodobnie tylko rozgorzała w Lucjuszu upór do obstawania przy własnej racji. Czy bycie Malfoyem jest dla ciebie ważniejsze ode mnie?
Draco warknął na niego.
To niesprawiedliwe pytanie, Harry.
I tak zasługuje na odpowiedź.
No to ja też na nią zasługuję. Czy bycie vatesem jest dla ciebie ważniejsze ode mnie?
Harry, w swoim wkurzającym zwyczaju, wbił się w lodowaty gniew, jakby spędził całe życie na pływaniu w nim, przetaczając się pośród kaskad światła i nie pozwalając swojej irytacji na Dracona na wybicie się na powierzchnię. Ale przynajmniej zastanowił się, zanim odpowiedział.
To mój najważniejszy obowiązek. To nie znaczy, że jest dla mnie ważniejszy od ciebie. Stawiam ludzi i zadania w kompletnie innych kategoriach. Równie dobrze mógłbyś zapytać, co jest dla mnie ważniejsze – jedzenie czy oddychanie. Oba mają dla mnie równie wielkie znaczenie. Jeśli odbierzesz mi tylko pierwsze, to umrę nieco wolniej, ale i tak potrzebuję obu, żeby pozostać przy życiu.
I właśnie dlatego Draco nie znosił kłótni z Harrym, bo zawsze musiał brzmieć jak pieruńsko rozsądnie.
Harry podrzucił mu obrazy Dracona dąsającego się w kącie, albo trafiającego Connora urokiem, który zabarwił mu włosy na fioletowo i innych, równie niepoważnych sytuacji. Nie znosił kłócić się z Draconem, bo Draco zwykle reagował jak dziecko, nawet kiedy wiedział, że nie ma racji, bo po prostu nie chciał się do tego przyznać.
Nie jestem równie dziecinny co twój brat, warknął Draco. A on ci jakoś nie przeszkadza. Inaczej nie zgodziłbyś się na ten durny wygłup, w którym powiedziałeś mi, że przez zaklęcia na Błyskawicy nie byłeś w stanie go uratować i się utopił.
To był błąd, powiedział Harry. I przykro mi z tego powodu. Ile razy potrzebujesz, żebym cię za to przepraszał, do ciężkiej cholery? Czternaście? Szesnaście? Dziesięć?
Potrzebuję, żebyś naprawdę miał to na myśli. Potrzebuję, żeby zależało ci na mnie na tyle, żebyś w ogóle nie godził się na coś takiego tylko po to, żeby popisać się przed bratem.
A w jaki sposób to się różni od tych wszystkich okazji, kiedy popisywałem się przed tobą?
Jestem twoim partnerem. Powinienem znaczyć dla ciebie więcej od brata.
Tak, jak znaczę dla ciebie więcej od ojca i nazwiska. Rozumiem.
Nie masz pojęcia, o czym mówisz. Nie jesteś czystokrwistym.
W tej chwili widzę twój umysł na przestrzał, Draco. Doskonale widzę, o czym mówię. Wszystkie, najdrobniejsze szczegóły. Głos Harry'ego zrobił się jadowity na krańcach. Wygląda na to, że większość z tego, co „oznacza" bycie czystokrwistym, jest kompletnie pozbawione znaczenia. Oceniacie swoją pozycję w odniesieniu do przeciwnych wam ludzi. Nie bylibyście czystokrwiści, gdyby nie było szlam. Nie bylibyście w stanie wznieść się ponad innych, gdyby nie istnieli tacy Weasleyowie. Polegacie na nich, żeby wyjaśnić innym swoją rację istnienia. Wasze pieśni historyczne, wasze tańce, wasze manieryzmy są tak bardzo oplecione wokół nich, że bez nich nie mielibyście żadnego kontekstu, w jakim bylibyście w stanie postawić te pieśni, tańce i manieryzmy. A to naprawdę kurewsko żałosne, Draco.
Draco wiedział, że to go zraniło i gdyby tylko zastanowił się porządniej nad słowami Harry'ego, to pewnie dopuściłby do naprawdę głębokiej zadry. Dlatego też obronił się poprzez sięgnięcie ku splątanego kłębu emocji, który leżał tuż obok epicentrum umysłu Harry'ego.
A ty? Czemu nigdy nie zastanawiałeś się nad tym, że mógłbyś mieć piękno, bogactwo, potęgę i dumę, ale je ignorujesz… bo co? Bo nie widzisz w nich sensu? Czemu nie przyszło ci do głowy, że ktoś poza tobą może je sobie cenić? Że skoro tysiące czarodziejów na przestrzeni wielu pokoleń je sobie ceniło, to może jednak powinieneś ponownie się im przyjrzeć?
Kiedy dla mnie po prostu nie są tego warte. Głos Harry'ego niósł w sobie ton samozadowolenia, którego Draco po prostu nie cierpiał. Być może przed ostatnią zmianą jeszcze by się wycofał i przyznał, że Draco może jednak mieć jakąś rację. Teraz jednak ufał swoim instynktom na tyle, żeby móc się temu postawić.
Przyznaj, że to we mnie kochasz.
Głos Harry'ego brzmiał, jakby dochodził z samego centrum jego umysłu. Draco drgnął. Nie spodziewał się, że Harry tak szybko znajdzie się tak daleko i głęboko.
I tak to zrobiłem. Wyczuł, jak obecność Harry'ego wije się w jego umyśle niczym wąż, szturchając rdzenie jego najgłębszych wierzeń. Zawsze będziesz czymś znacznie bardziej wybitnym i potężniejszym, niż sobie na to pozwalasz, Draco. Wznosisz się na spotkanie tej siły ilekroć wymaga tego od ciebie sytuacja. Będziesz walczył ze swoim ojcem i chronił mnie przed nim, ponieważ mam dla ciebie znaczenie. Wybierzesz między rodziną i mną nawet, kiedy oczekiwanie tego od ciebie było wyjątkowo niesprawiedliwe, ponieważ nie skupiałeś się na tym, czy to było dobre, czy złe. Wylatujesz ponad wyżyny, ilekroć myślisz o tym, czego tak naprawdę pragniesz i jesteś przekonany, że oto nastała odpowiednia pora, żeby to osiągnąć. Ale resztę czasu z przyjemnością tarzasz się po ziemi, albo dąsasz się i czekasz, żeby osoba, z którą się kłócisz, po prostu znudziła się podmiotem kłótni. Bo o to właśnie chodzi, prawda? Problem z twoimi zmianami nie polega na tym, że jesteś niezdolny do myślenia, że ktokolwiek, kto nie jest czystokrwisty, może mieć rację. To po prostu…
Nawet się nie waż, Harry Potterze, ostrzegł go Draco.
To lenistwo. I strach. Strach przed tym, co może oznaczać tak wielka zmiana, lenistwo przed podjęciem zmiany, która naruszy same fundamenty twojego jestestwa.
Draco rzucił się na niego.
To był fizyczny ruch, którym powalił Harry'ego na podłogę. Ale bardziej chodziło o psychiczne natarcie, które przerzuciło go ponad barierami, postawionymi po drodze przez Harry'ego, dzięki czemu wylądował w samym środku jego umysłu.
Wszędzie wokół rozciągały się lśniące wyjaśnienia. Harry bał się wielu różnych spraw, a obecnie przede wszystkim poddaniu się czasem doświadczanych pragnień w kwestii posiadania własnej wolności czy piękna, albo żeby przez choć jeden dzień móc się wylegiwać w łóżku i nie podchodzić tak strasznie poważnie do wszystkiego, albo żeby na chwilę ustąpić i zrobić coś łatwiejszą drogą, jak na przykład pozwolić skrzatom domowym na przygotowanie mu posiłku. Nie zniszczył w sobie tych pragnień. To nie tak, że nigdy ich nie czuł. Po prostu…
Draco zaśmiał się.
Niby ja boję się czegoś niedorzecznego, Harry? Popatrz na siebie! Naprawdę wydaje ci się, że przeleżenie jednego dnia w łóżku oznaczałoby od razu wyrobienie w sobie niezdrowego nawyku do robienia tak codziennie, albo że już nigdy nie spróbowałbyś sobie niczego potem odmówić? Prychnął.
Radzę sobie z tym, bronił się Harry. Rozwijam się. Już cenię sobie przyjemność i wiem, że na nią zasługuję.
Ale nie zawsze. Draco jeszcze chwilę szturchał i dźgał różne myśli. Wciąż przechowujesz w sobie te niedorzeczne obawy. Wciąż masz nadzieję, że zauważanie piękna po prostu minie. Wciąż witasz z otwartymi ramionami każdą okazję do obsunięcia się z powrotem na stare tory, bo w ten sposób udowadniasz sobie, że jesteś człowiekiem. Wreszcie dotarłeś do punktu, w którym jesteś w stanie postawić się na równi z innymi ludźmi. Gratulacje. Teraz czas, żebyś wreszcie przyznał, że zazwyczaj radzisz sobie od nich lepiej. Bo okłamujesz się, wmawiając sobie że tak nie jest, po prostu chowasz głowę w piasek. To oznacza, że czasami będą cię frustrowali, ilekroć spędzają wieki nad podjęciem decyzji, która wydaje ci się oczywista. Nie jesteś taki jak wszyscy, Harry i udawanie, że jest inaczej, jest kompletnie niedorzeczne. Zacznij postrzegać się jako niezwykłego.
Staw czoła swoim strachom.
Ty pierwszy.
Obecność Wojny parsknęła wokół nich niczym usatysfakcjonowany koń. Draco podskoczył. Był tak pochłonięty kłótnią, że nawet nie myślał o utrzymywaniu równowagi, tylko o bitwie. A teraz i Harry zdał sobie sprawę z pulsującej wokół magii i zamarł pod Draconem, a jego zwinne, niemal rybie myśli zatrzepotały, jakby usiłowały wezbrać wodę ogonami.
Co teraz? Zapytał, jakby nienawidził samego faktu, że musi Dracona pytać o cokolwiek, ale nie miał innego wyjścia, bo to Draco wiedział wszystko o rytuale. Draco pławił się tą świadomością, przez co został trafiony biczem czystego gniewu. Zaczął wyobrażać sobie, jakie to byłoby wspaniałe, gdyby Harry kiedykolwiek wyraził tego rodzaju złość w czasie seksu.
Czy ty zawsze musisz tak pierdolić?
Zawsze chcę pierdolić ciebie, poprawił go Draco, po czym wstał. Harry obrócił głowę i odprowadzał go wzrokiem, kiedy Draco podszedł do stolika przy łóżku i zebrał gałązkę, kość, fiolkę krwi i żelazne serce. Harry usiadł, kiedy Draco zbliżył się z nimi do niego.
Co to?
Nie pojmuję, jak możesz ich nie widzieć. Przecież siedzisz mi w głowie. Ale okażę pobłażliwość wobec twojego lenistwa. Draco wyszczerzył się na widok skrzywienia Harry'ego, po czym położył przedmioty między nimi na podłodze. A teraz wybierz jeden z nich.
I co mam z tym zrobić?
Najpierw po prostu wybierz. Wyczuj, z którym czujesz powiązanie. Nasłuchuj, które przywołuje cię do siebie.
Harry przymrużył oczy; podejrzewał, że Draco robi sobie z niego jaja. Ale i tak spuścił wzrok, przyjrzał się przedmiotom, po czym wyciągnął rękę przed siebie i pozwolił jej zawisnąć nad nimi.
Draco pozwolił, żeby oddech mu się uspokoił, po czym skupił się na obiektach. Żelazne serce go nie wzywało. Podobnie jak fiolka krwi. Ale to oznaczało, że jego dłoń skręciła w kierunku kości i gałęzi i wiedział, po prostu wiedział, że wybierze akurat tę, której Harry nie.
I faktycznie, zacisnął palce na kości akurat wtedy, kiedy Harry złapał za gałązkę.
I co to oznacza? zapytał wyzywająco Harry.
Draco odpowiedział, zanim Harry zabrał się za przekopywanie jego umysłu w poszukiwaniu odpowiedzi, co byłoby wyjątkowo nieprzyjemne.
Każdy z przedmiotów oznacza coś innego. Ten rytuał potocznie nazywa się Obecnością Wojny, ale kiedyś zwano go Wiązaniem drewna, kości, krwi i żelaza. Obrócił się do Harry'ego, krzyżując przed sobą nogi. Chodzi o mierzenie się z wojną i każdy z przedmiotów oznacza, w jaki sposób jesteś gotów walczyć. Żelazo jest silne, ale bardziej kruche od innych metali; trzeba je przekuć w stal, żeby zdołało przyjąć na siebie ciosy. To oznacza wojnę osoby, która wolałaby poświęcić wszystko, byle się nie poddać. Krew z kolei zalewa wszystko, ale wysycha. To wojna kogoś, kto wolałby przelać krew, niż wybaczyć. Odpłaca za wszystko zemstą. Ostatni raz płaci za wszystko, dodał w przypływie inspiracji; wiedział, że Harry skojarzy tę frazę z rytuału sprawiedliwości, jaki dokonał na matce.
Harry kiwnął powoli głową.
A kość?
Oznacza, że wolę rozgrzebywać konflikty. Draco poruszył lekko kością. Jestem łamliwy. Bardziej kruchy nawet od żelaza. Ale kości zwykle otoczone są więzadłami, mięśniami i ścięgnami, które chronią je i nie dopuszczają do złamania w wyniku codziennego życia. Lubię otaczać się kontekstem, podkopywać moich wrogów, żywić się ich cierpieniem. Wolę sojuszników, niż działanie w pojedynkę.
Drewno? Harry obrócił gałązkę w dłoni, jakby ją podziwiał. Draco miał wrażenie, że tak faktycznie mogłoby być.
Żyjesz. Zmieniasz się i rozrastasz wokół konfliktów. Też jestem do tego zdolny, ale kości rosną i zrastają się wolniej od drewna. Gałąź może zostać zerwana, a drzewo jakoś to przeżyje, podczas gdy złamaną kość trzeba najpierw nastawić. Draco wyciągnął rękę i położył ją na ramieniu Harry'ego. Oznacza to też, oczywiście, że będziesz się uginał pod wpływem burz i czasem porzucisz niektóre gałęzie, żeby utrzymać przy życiu swoje korzenie i pień. Dlatego jesteś bardziej skłonny ode mnie do kompromisów i łatwiej przychodzi ci stawianie czoła gniewnym wiatrom.
Czy to znaczy, że jednak do siebie nie pasujemy?
Oczywiście, że nie, powiedział Draco, ledwie powstrzymując się przed wybuchem. Potrzebowaliśmy zobaczyć wnętrza własnych umysłów, zamiast po prostu sięgać po drewno, kość, krew, czy żelazo, żebyśmy potem byli w stanie zrozumieć te wybory. Burzenie Barier potwierdziło istnienie pewnych podobieństw między nami. To potwierdza podstawowe różnice. Teraz pozostaje nam jakoś żyć z tą świadomością, zamiast się przed nią wycofywać.
Harry głaskał przez chwilę kciukiem gałązkę, przyglądając się jej z namysłem. Następnie nachylił się i pocałował mocno Dracona.
Draco z przyjemnością zareagował na pocałunek, nawet jeśli odsunął się zaraz potem.
Wciąż musimy porozmawiać o paru sprawach, uprzedził, i teraz już wiesz, że szybciej ode mnie zgodzisz się na jakikolwiek kompromis.
A ty wiesz już, że roztrzaskasz się na długo przede mną, ale zawsze będę w pobliżu, żeby nastawić cię z powrotem, prychnął Harry.
Draco uśmiechnął się wbrew sobie.
Póki żaden z nas nie ma co do tego żadnych wątpliwości.
Oczywiście.
Draco usiadł wygodnie, szykując się na dowolną debatę, która akurat interesowała Harry'ego, czy to dotyczącą etyki posiadania skrzatów domowych, czy szlam, czy czegokolwiek innego. Satysfakcja, solidna niczym kość, lśniła mu w piersi.
Nie pasowali idealnie do siebie. Draco byłby zaniepokojony, gdyby okazało się inaczej. Nie było szansy na to, żeby przy ich diametralnie odmiennym wychowaniu byli w stanie teraz tak dobrze się do siebie dopasować. „Idealne dopasowanie" oznaczałoby jakieś ogromne problemy, które obecnie wspólnie ignorowali.
A im lepiej będą się nawzajem poznawali, tym ich kłótnie coraz częściej będą przepełnione pewnością siebie, a nie ignorancją.
Możliwe, że jeszcze przez długi czas nie będą w stanie przekonać się do swoich racji. Ale przynajmniej ze sobą rozmawiali. A jeśli jeden był kością, a drugi drewnem, to przynajmniej mieli ku temu dobre powody.
Draco był w stanie żyć z Harrym, który jest drzewem w bitwie, choćby dlatego że wiedział, gdzie w odpowiednich chwilach znaleźć cieliste kawałki, na których mu zależało.
Słyszałem to, wiesz.
