Rozdział sześćdziesiąty trzeci: Ogień wyrywa się na wolność
– Harry!
Harry poderwał głowę. Ostatnio coraz częściej dostrajał się do radości niż gniewu, a przynajmniej stopniowo wychodził ze stanu, w jakim znalazł się w czasie rytuału Obecności Wojny, którego nazwę Draco podał mu zdecydowanie poniewczasie. W dodatku radość w głosie Hermiony była wręcz zaraźliwa.
– Co się stało? – zapytał, kiedy minęła regał, niby przypadkowo chowając się przy okazji przed łypnięciem Madam Pince. Wcisnęła mu pergamin do dłoni, po czym stanęła obok stołu, przeskakując radośnie z nogi na nogę. Harry zauważył, że przyszedł za nią Zachariasz, który teraz mrugał od czasu do czasu. Prawdopodobnie nieczęsto widywał Hermionę w takim stanie.
– Po prostu przeczytaj – powiedziała Hermiona. – Nie przyszedł od żadnego z ludzi, do których wysłałam „Czternaście prostych zaklęć i czarów, które sprawdzą się lepiej od magii skrzatów domowych", ale to chyba nie ma znaczenia. Zaczekaj aż zobaczysz, od kogo przyszedł. Coraz więcej ludzi wie o S.O.S., Harry!
Harry uśmiechnął się i odsunął książkę na bok. Akurat badał etykę dotyczącą poświęcania się z własnej woli, z nadzieją znalezienia jakiegoś sposobu na wyminięcie tego wymogu w kwestii horkruksów, ale przecież mógł przerwać na kilka minut i zobaczyć, co tak podekscytowało Hermionę.
List został napisany płynną, falistą czcionką, której Harry jeszcze nigdy wcześniej nie widział, nakreśloną niebieskim atramentem. Przymknął lekko oczy, dzięki czemu udało mu się przypomnieć słowa z książek, które otrzymał od Aurory Whitestag i Gryzeldy. Ten kolor oznaczał pragnienie pokoju i pogodzenia się, bardzo często spisywano nim traktaty pokojowe. Ale taki sposób pisania… nie był w stanie przypomnieć sobie niczego na ten temat.
Drogi Harry,
Przyznaję, że nasze pierwsze spotkanie nie odbyło się w najlepszych okolicznościach. Kiedy usłyszałem o Twoim pragnieniu wyzwolenia skrzatów domowych, przekonałem jednego z sojuszników, należącego do rodziny Fiona, żeby wysłał mi kopię swojego listu. Nie otrzymałem niczego takiego, co mnie w ogóle nie dziwi.
Naprawdę przekonują mnie Twoje argumenty. Biorąc pod uwagę, że zawsze starałem się żyć w zgodzie z ideałami Światła, w głowie mi się nie mieści, że kiedykolwiek przyłożyłem rękę do czyjegoś zniewolenia, nawet jeśli doszło do tego nieświadomie. Nie jestem jednak przekonany co do tego, że sieci, które przetrwały tyle wieków, zostały narzucone z przymuszeniem skrzatów do służby. Mam wrażenie, że po prostu żerują na ich naturalnym pragnieniu pomocy innym. Z przyjemnością jednak spotkam się z Tobą, żeby to omówić. Uwolnię swoje skrzaty domowe, jeśli zdołasz mnie przekonać.
Przysięgam ci to na swój honor jako czarodzieja i wiernego sojusznika Światła.
Byłoby jednak niewłaściwym, oczywiście, gdybyś pojawił się sam, kiedy nigdy nie zdołaliśmy się poznać jak należy – nasze tańce tego zakazują – w dodatku większość Twoich sojuszników… cierpiałaby na terenie mojej posiadłości, ponieważ na przestrzeni wieków nasza rodzina wzniosła niezliczone osłony, chroniące nas przed wpływami Mroku. Dlatego sugeruję, byś przyprowadził ze sobą moją córkę. Zna to miejsce i będzie w stanie zapewnić Cię zarówno o stanie osłon, jak i moich dobrych intencjach. Wypatruję Waszej wizyty.
Twój w Świetle,
Cupressus Apollonis
Harry z trudem powstrzymał się przed zwinięciem listu w kulkę i ciśnięciem nią przez pokój. Zdołał przywołać na twarz uśmiech i spojrzał na Hermionę.
– To naprawdę wspaniale, Hermiono – powiedział.
– Nie, wcale nie. – Hermiona przymrużyła oczy i nachyliła się, żeby mu przyjrzeć. – Co się stało, Harry? Wydaje ci się nieszczery?
W pewnej chwili swojego życia Harry wolałby w tym miejscu skłamać, żeby poprawić jej humor. Teraz jednak po prostu przytaknął.
– Owszem – powiedział. – Wciąż jest wściekły o to, że Ignifer postawiła się mu, deklarując wobec Mroku. Przeklął ją niepłodnością. A teraz chce, żebym przyprowadził ją ze sobą do swojej posiadłości w Irlandii. Wydaje mi się, że to po prostu kolejny podstęp, żeby odzyskać ją jako dziedziczkę.
– Niczego o tym nie wspomniał – zauważyła niepewnie Hermiona, oglądając się na list, jakby nagle sam atrament miał zadeklarować złe intencje Cupressusa.
– No oczywiście, że by tego nie zrobił. – Harry potrząsnął głową i spróbował się uspokoić. Przecież to nie wina Hermiony, że akurat Cupressus odpisał jej jako pierwszy, nawet jeśli to było naprawdę rozczarowujące. – Ale zaufaj mi, Hermiono, to tylko podstęp. Jeśli ten człowiek kiedykolwiek zmądrzeje na tyle, żeby faktycznie uwolnić swoje skrzaty domowe, to też z własnej woli zdejmie klątwę z Ignifer, a nie sądzę, żeby kiedykolwiek do tego doszło.
Twarz i spojrzenie Hermiony zrobiły się chłodne.
– Czyli chce zdjąć z niej klątwę wyłącznie jeśli…
– Jeśli wróci do niego i ponownie zadeklaruje się Światłu. – Harry potarł dłonią twarz. – Po tym, jak zadeklarowała się Mrokowi, ponieważ dziki Mrok uratował jej życie, kiedy go do siebie wezwała. Po prostu dotrzymuje teraz słowa, to kwestia jej honoru. Ale, oczywiście, Mrok i tak nigdy nie uszanowałby tego rodzaju honoru.
– No to co powinnam zrobić? – Hermiona spojrzała z powątpiewaniem na list. – Ten pergamin leżał złożony w liście do mnie, w którym napisał, że mój projekt naprawdę go zaciekawił i chciałby otrzymać więcej informacji. Wydawał mi się taki szczery. Ciągle mówił o Świetle, wolnej woli i jak bardzo chce przestrzegać ideałów Światła.
– Och, bo chce – powiedział Harry, myśląc o nieprzyjemnym człowieku, którego przyszło mu poznać już niemal rok temu, w czasie spotkania sojuszniczego jakie odbyło się w równonoc wiosenną. Cupressus był kolejnym Augustusem Starrise, kolejnym Lucjuszem Malfoyem, oddanym Światłu, ale znacznie bardziej skupionym na załatwianiu wszystkiego po swojemu. – Po prostu interpretuje je jak mu to akurat pasuje.
Hermiona kiwnęła głową.
– A jak myślisz, czy to taki typ, który traktowałby mugolaków jak skrzaty domowe?
Harry zamrugał.
– W tym przypadku nie jestem tak do końca pewny – powiedział. – Ale gdyby tak się okazało, to nie byłbym zaskoczony.
Hermiona ponownie kiwnęła głową.
– Merlin jeden wie, że nie znoszę takich ludzi – powiedziała.
Zachariasz wzdrygnął się. Harry pokręcił głową, po czym wrócił do książki, kiedy Hermiona ruszyła w kierunku wyjścia z biblioteki.
– Odpiszę Cupressusowi, dziękując mu za ofertę i odmawiając wizyty – zawołał za nią, choć cicho, żeby nie rozwścieczyć Madam Pince. – A wszystko inne pozostawiam już twojej decyzji.
– Czyli tak, jak być powinno – powiedziała Hermiona, po czym wyszła szybko z biblioteki. Harry wrócił do wściekłego skupiania się na swojej książce i wszystkim, co miała do przekazania mu o poświęcaniu się z własnej woli. Jak do tej pory znalazł w niej głównie to, czego już nauczył się od Acies, ale znacznie nudniej i zawilej opisane.
Istnieje jakiś sposób. Wiem, że go znajdę, muszę po prostu poszukać.
– Hermiono?
Zatrzymała się w korytarzu i obróciła do niego, opierając dłonie o biodra i mnąc w ten sposób list od Apollonisa.
– Czego chcesz, Zach?
Przecież wie, jak strasznie nie znoszę tego zdrobnienia. Ale Zachariasz nie mógł teraz na to narzekać – nie teraz, kiedy sytuacja między nimi była tak napięta. Spróbował nabrać głęboko tchu i przywołał na twarz zwycięski uśmiech, który zrzedł, kiedy Hermiona łypnęła na niego wrogo.
– Pozwolisz, że porozmawiamy?
– A czy skończy się to lepiej, niż nasza ostatnia rozmowa? – W jej oczach pojawił się głęboko zakorzeniony ból. Zachariasz niemal ucieszył się na jego widok. Przynajmniej w ten sposób wyglądała bardziej ludzko, nie napędzała ją teraz determinacja i zacięcie, które tymczasowo wzniosły ją na wyżyny kogoś nie do końca ludzkiego, jak Harry.
– To była twoja wina… – zaczął Zachariasz.
Hermiona zrobiła krok w jego kierunku.
– Zachariaszu, nie tylko zasugerowałeś, że temat skrzatów domowych znajduje się poniżej wszelkiej godności i nie jesteś w stanie podejść do niego na poważnie, ale też odniosłeś się w ten sam sposób do praw mugolaków. Znalazłam sposoby, na jakie jesteśmy dyskryminowani w świetle prawa. Tylko mugolackie dzieci są monitorowane na okoliczność używania magii w domu. Do tego właśnie sprowadza się ten cały wymyślny tekst w papierach ministerstwa. – Nabrała głębokiego tchu, który na końcu zachwiał się z bólu. – I żeby nie było, jestem w stanie znaleźć rozsądne argumenty, którymi można poprzeć taki pomysł. Ostatecznie w domu znajdują się niemagiczni rodzice, na przykład, przez co mugolackim dzieciom nie wolno używać magii w czasie wakacji i przerw świątecznych, bo w ten sposób można zapobiec wypadkom. Ale to i tak oznacza, że wracają do szkoły po dłuższej przerwie i mają znacznie mniej wprawy w rzucaniu zaklęć, co, jestem pewna, jest po prostu zwykłym zbiegiem okoliczności – dodała mruknięciem. – A ty powiedziałeś, że tylko głupiec uznałby taki temat rozmowy za interesujący.
– No bo… – Zachariasz przełknął to, co chciał powiedzieć, co byłoby obroną czystokrwistego punktu widzenia, po czym przyjrzał się jej uważnie. Hermiona była zmęczona, a jej oczy unikały przez chwilę jego wzroku, jakby zbierała się w sobie przed nadchodzącą kłótnią. I po raz pierwszy nie odebrał tych sygnałów jako zapowiedzi rychłej wygranej. Zamiast tego poczuł się po prostu… niewłaściwie. To było niewłaściwe, że Hermiona w ogóle tak wyglądała, ale już szczególnie, kiedy wyglądała w ten sposób w czasie rozmowy z nim.
Podał jej swoje ramię.
– Przejdziemy się kawałek?
Rzucone mu kompletnie zaskoczone spojrzenie bolało; był w stanie się do tego przyznać. Ale nie cofnął ramienia i nie spróbował zasugerować, jak powinna za nie złapać. Po prostu pozostawił jej wybór, czy chce być przez niego odprowadzana jako zwykła kobieta, czy czystokrwista.
Hermiona mrugała na niego przez chwilę, po czym przełożyła list od Apollonisa do lewej ręki i ujęła go pod ramię. Zachariasz zauważył, choć zakazał sobie z tego cieszyć, że ułożenie jej dłoni sugerowało, że jest starszą czarownicą odprowadzaną przez młodego czarodzieja.
Ruszyli holem i skierowali się w stronę drzwi, za obopólną zgodą. Zachariasz rzucił zaklęcie ogrzewające; powietrze w lutym było nieco zimniejsze, niż się tego spodziewał i błonia Hogwartu w dalszym ciągu przykrywała gruba warstwa śniegu. Hermiona rzuciła skomplikowane zaklęcie, jakiś własny wariant, który rozgrzał zarówno jej dłonie, jak i szaty. Zachariasz czuł się, jakby spacerował przy chodzącym kominku.
Czy byłbyś na tyle głupi, żeby odrzucić nowe zaklęcie tylko dlatego, że wynalazł je ktoś, kto nie jest czystokrwisty?
Zachariasz wiedział z historii, że jego przodkowie, jak i inni czystokrwiści, nie mieli tego w zwyczaju. Po prostu adaptowali zaklęcie, wplatali we własny repertuar i odczepiali je od źródła tak szybko, jak to było możliwe, byle tylko nikt nie dowiedział się, że stworzyła je osoba o niewłaściwej krwi. Hermiona twierdziła, że to tylko jeden z wielu przykładów wypierania się mugolskiego pochodzenia, podobnie jak obstawanie, że wszyscy czarodzieje o lordowskiej mocy byli czystej krwi. Tego rodzaju stwierdzenia należały do wiedzy powszechnej, ale to nie znaczyło, że były prawdą. Połowa czystokrwistej historii była przepleciona kłamstwami, historiami z których powstawały dobre powieści, ale z których nie dało uczyć się prawdy.
Zachariasz nie sądził, żeby to była połowa. Najwyżej jedna dziesiąta. Ale był zakochany w kobiecie, która wierzyła, że jest inaczej i albo znajdzie na to jakiś kompromis, albo straci ją na dobre.
Zamrugał na pokrytą szronem ścianę dziedzińca. Wydawało mu się, że odkrycie, że w ogóle był skłonny do pójścia na jakikolwiek kompromis, powinno odbyć się w spokojnym miejscu, może w fotelu przed kominkiem, kiedy popija się słodkie wino. Nie na zewnątrz, gdzie zimno jest tak przenikliwe, że już zaczynały przechodzić go dreszcze.
Wcześniej nawet nie podchodził poważnie do czegokolwiek, co Hermiona miała w tym temacie do powiedzenia. Przecież jej to minie i wówczas wrócą do swojego zaplanowanego życia, w którym będą sobie kpili ze społeczeństwa czystokrwistych i zanosili się śmiechem ze swoich dowcipów w miejscu prywatnym.
Ale minęły już całe miesiące, a Hermiona nie zmieniła podejścia, podobnie jak nie straciła zainteresowania Wielką Ujednoliconą Teorią, czy jej konceptem, że mugolaki powinny zostać zrównane w prawach z czystokrwistymi. A teraz jeszcze zafascynowała się prawami skrzatów domowych i Zachariasz przekonał się, że już nigdy nie będzie w stanie udawać czystokrwistej. Zbyt wiele osób poznało ją już jako osobę, która bez przerwy wysyła do nich listy z powodami, przez wzgląd na które powinni zrezygnować z używania skrzatów.
Zachariasz się powstrzymywał. Starał ją przekonać, próbował chłodnej ciszy, która miała sprawić, że stęskniłaby się za nim i wróciła biegiem, usiłował nawet wyjaśnić samemu sobie, że najwyraźniej nie ma innego wyjścia. Matka nauczyła go, jak ważna jest rodzina i dziedzictwo – i to o to drugie właśnie głównie chodziło, nie o krew. Hermiona musiała to zrozumieć, inaczej nie będzie dla niego dobrą żoną.
Wygląda jednak na to, że też nie byłbym dla niej dobrym mężem, skoro się tak zachowywałem.
– Hermiono? – zapytał wreszcie.
– Hmmm? – Odchyliła głowę, żeby na niego spojrzeć. Płatek śniegu zatrzymał się na jej rzęsach. Jeszcze w zeszłym roku Zachariasz uznałby to za wymówkę do pocałowania jej, ale w tej chwili za bardzo się od siebie odsunęli, żeby zaryzykować coś takiego.
Mimo wszystko. Poświęcenia nie były mu obce. Zaswędziała go blizna w kształcie borsuka na policzku, pozostałość po przyzwaniu Helgi Hufflepuff, do czego posunął się kiedy usłyszał, że Hermiona umiera od klątwy tnącej. Przecież nie wypuści jej z rąk, kiedy zrobił coś takiego przez wzgląd na krew i miłość.
Odstąpił od niej i podniósł jej dłoń do swoich ust.
– Czy pozwolisz, że zaczniemy ponownie? – zapytał, owiewając jej palce ciepłym oddechem.
Hermiona nie rozczuliła się, jakby tego od niej pragnął; zamiast tego przyjrzała mu się uważnie, a w jej brązowych oczach lśniło zimowe światło.
– A zaczniesz poważnie podchodzić do tego, co mam do powiedzenia?
– Tak.
– I nie będziesz wychodził z założenia, że staram się podważyć wszystko co czystokrwiste, jakieś ich wyjątkowe prawo do poszczególnych rytuałów albo pragnień, tylko dlatego że jestem mugolaczką? – Buńczuczne słowa, odważnie powiedziane, ale Zachariasz był w stanie usłyszeć głęboko ukryte pragnienie w jej głosie. Nie tylko on się stęsknił.
– Nie będę – powiedział, przysuwając się blisko, chwytając ją za ręce i patrząc na nią poważnie z góry. – Matka nauczyła mnie kiedyś, że najbardziej niewybaczalną zbrodnią jest okłamywanie samego siebie. Robiłem tak już od miesięcy. Udawałem, że rytuały znaczą dla mnie więcej od ciebie. – Wzruszył ramionami. – A to nieprawda.
Szczęka opadła lekko Hermionie, ale szybko się opanowała i zamknęła usta.
– Jestem w stanie wyobrazić sobie gorsze zbrodnie – mruknęła.
Zachariasz patrzył jej w oczy i czekał. Wykonał pierwszy krok. Następne muszą już należeć do niej. Popełnił błędy. Ona też. Jeśli nie będzie w stanie pójść na kompromis, to ich ścieżki będą musiały się rozejść.
Przynajmniej do następnej okazji, kiedy zorientujesz się, jak bardzo za nią tęsknisz, wyszeptał kpiący głos z tyłu jego głowy.
Zachariasz zignorował go i czekał.
Hermiona westchnęła, stanęła na palcach i pocałowała go, delikatnie, w usta. To nie było szczególnie poprawne; w większości tańców to partner o czystszej krwi powinien inicjować pocałunki. Ale tym razem Zachariasz był skłonny do przymknięcia na to oka.
– Dam ci szansę – wyszeptała Hermiona. – Ale tylko jedną.
Te słowa go nie zastraszyły. Gdzie znalazła się jedna szansa, tam mogła znaleźć się i druga. Albo może nawet trzecia, czy czwarta.
Zachariasz miał wrażenie, że dziedziniec Hogwartu był dziwnym miejscem na ponowne nawiązanie więzi i odkrycie, że jest się poważniej zakochanym, niż mu się początkowo wydawało. Ale nie miał zamiaru narzekać.
– Naprawdę nie sądzę, żeby to był dobry pomysł.
– Nie poddam się teraz. – Ignifer chodziła po pokoju, nie oglądając się na Honorię. – Wiesz przecież, co możemy od niego uzyskać. Harry nie wspomniał o tym w swoim liście, więc ojciec pewnie w żaden sposób się z tym przed nim nie wydał. Ale ma informacje, Honorio. Informacje o układach Lucjusza z niewymownymi i jeszcze o kimś innym. – Zawirowała, pozwalając by szaty wzburzyły się wokół niej. Łatwiej było wirować, niż patrzeć swojej kochance w oczy. – Potrzebujemy tych informacji. Kto wie, o kogo jeszcze może chodzić? Zastanawiałam się nad tym, ale jego wskazówki były zbyt ogólne.
Honoria stanęła jej na drodze i złapała Ignifer za podbródek, zmuszając do spojrzenia na siebie.
– Wiesz przecież, czego zażąda w zamian.
Ignifer wzięła głęboki oddech i spojrzała Honorii w oczy. Były pełne miłości i sympatii, ale też strachu.
Naprawdę wydaje jej się, że po prostu wejdę do swojego starego domu i poddam swoją wolność.
Ignifer podniosła rękę i złapała Honorię za nadgarstek, po czym zaciskała stopniowo palce, póki drobniejsza kobieta nie puściła jej podbródka, krzywiąc się lekko.
– Muszę się tym zająć – wyszeptała. – Chcę się tym zająć. Możliwe, że poprosi o coś drobniejszego, nie o rezygnację z wolności i zadeklarowanie się z powrotem Światłu, a Harry potrzebuje tych informacji. Tak wiele od niego dostałam, Honorio: miejsce, w którym mogę przynależeć i znowu być sobą. Chcę dać mu coś w zamian.
– Złożyłaś przysięgi przymierza – powiedziała Honoria, do której głosu zaczął wkradać się gniew. Poruszyła szybko głową, a Ignifer skojarzył się ten gest z mewą, skubiącą coś w irytacji. – Uratowałaś mu życie. Walczyłaś za niego. Chyba nie ma już prawa o nic więcej cię prosić?
– Tu nie chodzi o to, o co chce mnie prosić – powiedziała cicho Ignifer, odwracając się. – Ale o to, co chcę mu zaoferować.
– Wiesz, że ojciec każe ci ze mną zerwać – odezwała się Honoria do jej pleców. – Wiesz, że jeśli przyjmie cię z powrotem do rodziny, to momentalnie usłyszysz, że nie możesz mieć kochanki. Wolałby, żebyś wyszła za kogoś, kto jest w stanie cię zapłodnić, żebyś miała szansę urodzić magicznego dziedzica. Może i świetlistym rodzinom nie zależy jakoś szczególnie na magicznych dziedzicach, Ignifer, ale jeśli dobrze pamiętam, twój ojciec był wyjątkowo zadowolony, że byłaś jego dziedziczką, prawda?
– Owszem – powiedziała obojętnie Ignifer. Przypomniała sobie dni, które spędziła z Cupressusem, zadając mu pytania, których nikomu innemu nie wolno byłoby zadawać, dotykając w jego gabinecie przedmiotów, które przeklęłyby jej młodsze rodzeństwo, poznając tajemnice Irlandii nieznane nawet innym świetlistym czystokrwistym rodzinom. Kiedyś znała swój świat, swoje życie i swoje miejsce. Wybierając Mrok poddała coś więcej, niż tylko komfort, czy dom. I teraz miała pełne prawo tam wrócić i stawić czoła wszystkiemu, co tam zostawiła.
Honoria tego nie rozumiała. Ignifer nie chciała ponownie wziąć sobie do serca zasad, które porzuciła już dawno temu. Chciała po prostu w pełni przyjąć do serca wolność.
Miała jednak wrażenie, że gdyby podzieliła się tym, to przytłumi tym ewentualne zyski. Chciała się cieszyć tym pomysłem w samotności.
W dodatku będzie to dobry sprawdzian tego, jak bardzo Honoria i Harry jej tak naprawdę ufali. Jak im się wydawało, jak daleko Ignifer była w stanie się posunąć w poszukiwaniu wolności?
Obróciła się i cisnęła garścią proszku fiuu w płomienie. Głowa matki pojawiła się niemal momentalnie; Ignifer tak rzadko kontaktowała się z nimi, że prawdopodobnie ustawili jednego ze skrzatów, żeby wzywał najbliższego rodzica, ilekroć do tego dojdzie.
Spojrzała Artemis w oczy i odezwała się w łacinie, językiem swojego dzieciństwa, językiem ojczystym, co było dokładnie tego rodzaju gestem pokojowym, jaki jej matka przyjmie bez wahania.
– Przekaż ojcu, że wracam do domu i pojawię się z Harrym, kiedy zechce porozmawiać z nim o skrzatach domowych.
– Vatesie. Jak miło cię widzieć. – Cupressus Apollonis wykonał płynny ukłon. Wyprostował się, nie odrywając wzroku od Harry'ego, mimo że Ignifer stała tuż obok. Dzięki przeczytanym książkom o świetlistych tradycjach, Harry wiedział, że tak właśnie było poprawnie, bo każdego gościa należało witać oddzielnie. – Witam bez ostrza, bez zamkniętych drzwi i bez wzniesionej różdżki, lecz z otwartymi wrotami i nadzieją, że uznasz ten dom za swój.
Miłe błogosławieństwo. Harry pochylił głowę, rozwijając wokół siebie magiczne zmysły i odpowiadając należycie. Chciał zawczasu wyczuć wszelkie zaklęcia przymuszające, które Cupressus mógłby trzymać w pogotowiu. Przecież musiał istnieć jakiś powód, że Ignifer sama przekonała go do pojawienia się w domu jej ojca, żeby porozmawiać o wyzwalaniu skrzatów domowych i musi istnieć jakaś przyczyna, przez którą zgodziła się mu w tym towarzyszyć. Harry nie wiedział jednak jaka. Przymuszenie przez Cupressusa mogłoby okazać się logicznym uzasadnieniem.
– A ja mijam pańskie otwarte wrota, wkraczając na ścieżkę, na której mogę kroczyć w świetle słońca, księżyca, gwiazd i płomieni, z czego każde jest źródłem światła.
Cupressus westchnął lekko.
– Ach. Nieczęsto słyszy się tak stare frazy. Jak miło usłyszeć ich wibracje w moich uszach. – Wówczas obrócił się do Ignifer, wyciągając ręce w prostym geście uznania, którego Harry nie otrzymał – ale wyłącznie dlatego, że nie mógłby go zwrócić, ponieważ wciąż nie miał lewej dłoni, co dotarło do niego dopiero po chwili i zakuło z zazdrością. – Oraz córko. Witaj w domu.
Harry drgnął, ale szybko się opanował i odwrócił wzrok. Tego błogosławieństwa zwykle używali rodzice dzieci, które uciekły z domu. Wiedział, że Cupressus nie miał prawa powiedzieć czegoś takiego, jeśli wziąć pod uwagę sytuację, w jakiej Ignifer musiała się wyprowadzić i jak strasznie potrzebowałaby się upokorzyć, żeby przyjęto ją z powrotem.
Co go nie powstrzymuje, prawda?
Harry musiał przyznać, choć niechętnie, że niewiele wiedział o Cupressusie Apollonisie, przez co nie był w stanie przewidzieć jego reakcji, czy decyzji. Lucjusza rozumiał znacznie lepiej, ponieważ znał go już od dawna, a kluczem do zrozumienia Augustusa okazała się jego obsesja na punkcie zmarłej siostry, ale ten człowiek pozostawał dla niego zagadką.
– Ojcze – powiedziała Ignifer, ujmując jedną z dłoni i całując go w oba policzki.
Harry musiał już spuścić wzrok, żeby się nie zagapić. Pokręcił lekko głową i ruszył przed siebie, rozglądając się wokół, żeby odwrócić swoją uwagę od spekulacji na temat tańców między dzieckiem i rodzicem. I tak by ich nie zrozumiał, bo miał za mało doświadczenia pod względem odpowiedniego wychowania i nigdy nie nabrał w nich wprawy.
Dom Apollonisów był rozległy i ze wszystkich stron zalany światłem. Harry zobaczył, że praktycznie nie było tu zewnętrznych ścian, bo okna rozciągały się wszędzie, od kąta do kąta, od sufitu aż po podłogę. Szyby wzmocniono zaklęciami, żeby wiatr nie zdołał ich roztrzaskać. Inne zaklęcia, na tyle subtelne, że musiał ich wyglądać, zbierały światło z zewnątrz i zalewały nim wnętrze w ogromnych strumieniach, migocząc na wewnętrznych ścianach, pokrytych złotawym drewnem. Słońce nie świeciło dziś wyjątkowo jasno – był to przeciętny, pochmurny dzień, przez który śnieg praktycznie nie miał czym lśnić – ale w domu Apollonisów zdawali się stać w samym środku lata.
– Wejdźcie głębiej, proszę – odezwał się Cupressus i zachęcił ich gestem w kierunku kominka, przed którym stały trzy fotele. Jeden z nich znajdował się w lekkim oddaleniu od pozostałych i na nim właśnie zasiadł gospodarz. Harry musiał zmusić się do nie zakrzyknięcia, kiedy zajął jedno z pozostałych miejsc i prawie się w nim zapadł. Było wspaniale ciepłe i wygodne, pokryte jakimś czarem wzmacniającym miękkość poduszek. Kiedy Harry podniósł wzrok, Cupressus odchylał się przyjemnie, uśmiechając się policzkami i ustami, lecz nie oczami.
– Badanie Światła pozwala nam na ustalenie, jak usprawniać wiele rzeczy – powiedział cicho – zamiast je niszczyć.
Harry powstrzymał się przed wypaleniem, że jego oddana Światłu matka zrobiła wszystko, co było w jej mocy, żeby go zniszczyć, po czym obejrzał się na Ignifer, czekając na jakiś znak. Zajęła ostatnie miejsce, nie okazując śladu zaskoczenia. Oczywiście, możliwe że było tak, ponieważ nawet na moment nie oderwała wzroku od twarzy ojca i nie chciała okazać przed nim najmniejszej słabości.
Obok Harry'ego pojawił się kielich wina – nie ze szkła, lecz rzeźbiony w drewnie. Harry spojrzał to na ciecz, to na twarz Cupressusa i nie poruszył się.
– Miałem na uwadze twoją wrażliwość – powiedział Cupressus, podnosząc własny kielich i sącząc z niego. – Wezwałem to wino, zamiast kazać je przynieść skrzatom domowym. Zapewniam też, że to wyjątkowo stary rocznik, przyrządzony jeszcze w czasach, kiedy mieliśmy charłaczną służbę, nie skrzaty domowe. – Zamknął oczy i westchnął.
Harry niechętnie podniósł własny kielich i poczęstował się. Otwarte wyrażenie niechęci, albo sugerowanie, że Cupressus go oszukuje, byłoby poważnym naruszeniem kurtuazji. Wino było ciepłe, słodkie i zawierało ostrą nutę, która sugerowała, że prawdopodobnie w produkcji w pewnej chwili użyto cytryn.
– A teraz pozwólcie, że przejdziemy do interesów, w sprawie których tak naprawdę tu przyszliście. – Cupressus otworzył nagle oczy i Harry'emu skojarzyło się to z leniwym kotem, przyczajonym przy mysiej dziurze. – Znana jest ci zaledwie jedna strona mojej oferty, vatesie. Naprawdę jestem skłonny wysłuchać twoich argumentów i wypuścić swoje skrzaty domowe. Ale istnieje jeszcze jedna strona, o której moja córka ci chyba nie powiedziała.
Harry obejrzał się z zaskoczeniem na Ignifer. Nawet nie drgnęła.
– Jest w posiadaniu informacji, Harry – powiedziała, a jej głos brzmiał jak lodowate ostrze, przecinające otaczające ich ciepło. – Informacje o czarodziejach wchodzących w układy z niewymownymi. Wydaje mi się, że jeden z nich jest mroczny, a drugi świetlisty. Obaj są w stanie poważnie ci zaszkodzić.
Powinienem był się domyślić, że niewymowni znowu zaczną kombinować. To, oczywiście, doprowadziło Harry'ego do wniosków, że naprawdę chciałby się dowiedzieć, w jaki właściwie sposób Cupressus wszedł w posiadanie takich informacji. Odwrócił się z powrotem do mężczyzny.
– Naprawdę wiele pan oferuje – powiedział. – Ale jeszcze nie usłyszałem nic o cenie.
Cupressus uśmiechnął się olśniewająco, co wyjątkowo pasowało do tego pokoju, wykładanego złotawym drewnem i oświetlanego letnim słońcem.
– Moja cena jest prosta – powiedział. – I zgodna z historią. Kiedy ktoś, na przykład, wyzywa Lorda lub Lady na pojedynek, zaprzysięgły kompan może walczyć w ich imieniu. Istnieje też tradycja, że zaprzysięgli kompani poświęcają swoje dziedziczne dobra, albo niewielką część magii w zamian za szkody, do których przyczynił się ich Lord, czy Lady.
– Ignifer nie jest moją zaprzysięgłą kompanką – powiedział Harry.
– Ale za takową się uważa – powiedział Cupressus i obrócił głowę, żeby spojrzeć na Ignifer. – Czyż nie tak, moja pani? Wychowałem swoją córkę w wierze, że honor jest najważniejszym dobrem na tym świecie. Żyłaś zgodnie z tymi naukami, kiedy zadeklarowałaś się i trwałaś przy Mroku, zamiast powrócić do Światła, ponieważ to byłoby niehonorowe z twojej strony. – Oczy zalśniły mu od czegoś, co Harry mógł interpretować wyłącznie jako dumę. – Musiało ci być naprawdę ciężko; co więcej, zostałaś przegnana z rodziny. A mimo to dzień w dzień stawiałaś się namowom matki, czy własnego sumienia, zachęcającego cię do powrotu do domu, ponieważ byłaś przekonana, że to co zrobiłaś, było słuszne. Twoja droga przez mękę może wreszcie dobiec końca, moja córko. Możesz zrzucić z siebie to brzemię. Wolno ci wrócić do domu. Wystarczy, że zgodzisz się na tę prostą wymianę, twoja stara deklaracja i posłuszeństwo wobec mnie w zamian za wolność wszystkich skrzatów w posiadłościach Apollonisów, jak i wszelkie informacje, jakie jestem gotów wam dać.
– Odbiera pan jej honor, nakłaniając do zdradzenia Mroku – powiedział Harry. Nie był w stanie wydobyć z siebie niczego powyżej syknięcia. Był na to zanadto zły. Poczuł, jak wokół barków owija mu się pokryte łuskami ciało i zobaczył, że pokój pociemniał wokół nich, pokrywając ściany kolorami błękitnych, zielonych i czerwonych klejnotów.
Cupressus tylko podniósł brew.
– Twoja magia jest imponująca, vatesie – powiedział. – I to właśnie sprawia różnicę w tej sytuacji. Zapytaj mojej córki.
Harry obrócił się bezsilnie do Ignifer, oczekując jakichś wyjaśnień. Odłożyła drewniany kielich z winem, który pojawił się przed nią, po czym usiadła z łokciami opartymi na podłokietnikach i dłońmi splecionymi na brzuchu.
– Mówi prawdę, Harry – powiedziała, nawet na chwilę nie odrywając wzroku od swojego ojca. – Zazwyczaj zdradzenie Mroku byłoby postrzegane jako niehonorowe, nawet jeśli są tacy ludzie, którzy stwierdziliby, że w ogóle nie powinnam była porzucać sojuszu ze Światłem.
– To prawda – mruknął Cupressus. Harry odniósł wrażenie, że nie był w stanie się przed tym powstrzymać.
– Ale w tym kontekście? – Ignifer potrząsnęła głową, jej złoto-czerwone loki zaszeleściły wokół niej. Złote oczy, świadectwo urodzenia w czystokrwistej rodzinie, były spokojne jakby należały do sokoła. – Nie. Faktycznie uważam się za twoją zaprzysięgłą kompankę, nawet jeśli nigdy nie otrzymałam od ciebie blizny na przedramieniu, a tylko to ma znaczenie w honorze – wolna wola danej osoby. Jestem w stanie wypełnić ten warunek układu. Wielu innych kompanów robiło już tak w przeszłości, czasem poddając nawet więcej i kończąc tragicznie na wisielczym sznurze, albo końcu różdżki. Wrogom Lorda wystarczało zabicie ich, przez co rezygnowali z polowania na samego Lorda. Niektórzy z takich wrogów byli pod tak wielkim wrażeniem lojalności poświęcającego się kompana, że potem przechodzili na stronę Lorda. – Przez chwilę na jej ustach pojawił się cień uśmiechu. – Pamiętam historię o człowieku, który przeprowadził egzekucję porucznika pewnej Lady, po czym został jej zaprzysięgłym kompanem i zginął, chroniąc ją przed klątwą zabijającą. To był Apollonis, czyż nie, ojcze?
– W rzeczy samej. – Cupressus wzniósł swój puchar w toaście za swoją córkę.
Harry chciał warknąć. Rozmawianie o czymś tak strasznie przeczącym zdrowemu rozsądkowi i to tak spokojnym tonem, wydawało mu się zwyczajnie niewłaściwe.
Ale z drugiej strony, czy to naprawdę było jakkolwiek dziwniejsze od Lucjusza, który na drugim roku ich pobytu w Hogwarcie był dumny z Dracona, że pokonał go w tańcu, przez co zgodził się dopilnować, że Harry nie wyleci ze szkoły po tym, jak został przyłapany na petryfikowaniu uczniów? Tańce czystokrwistych czasem zmuszały ludzi do osobliwego zachowania w imię honoru.
– Nie jestem Świetlistym Panem – spróbował.
– To nie ma znaczenia. – Oczy Cupressusa, wbite w Ignifer, nawet nie drgnęły. – Ignifer zachowuje się, jakbyś był jej Lordem, nie ma znaczenia czy byłbyś Świetlisty, czy Mroczny. Jest twoją zaprzysięgłą kompanką, a ty jesteś jej przywódcą, od którego otrzymała dom i miejsce przynależności po piętnastu latach bolesnej tułaczki. Wystarczy, że podejmie tę decyzję i się poświęci. – Dopiero teraz jego spojrzenie przeskoczyło na moment na Harry'ego. – Chyba, że chcesz jej w tym przeszkodzić, mój panie wolnej woli?
Dłoń Harry'ego zacisnęła się w pięść. Cupressus idealnie zastawił tę pułapkę. Ignifer mogłaby odzyskać wszystko z powrotem bez wrażenia, że zdradza swoje poprzednie wybory. A Harry nie mógł się wtrącić tak samo, jak w przypadku poświęcenia Lokiego, czy Pansy.
Odchylił się, napięty jak struna, i zaczekał.
Czy Ignifer wiedziała, że posunie się do czegoś takiego? Przecież musiała. Inaczej nie zgodziłaby się na pojawienie tutaj. Ewidentnie chce poddać własną wolność w zamian za skrzaty domowe i dowolne informacje, jakimi Cupressus chce się podzielić.
– Zastanów się tylko – powiedział Cupressus, głosem równie cichym co oddech. – Jestem przywódcą większości świetlistych rodzin w Irlandii, Harry. Jak tylko zobaczą, że poddałem swoje skrzaty domowe, zaczną zastanawiać się, na ile trzymanie ich tak naprawdę ma związek ze statusem. Jeśli zdołam utrzymać się przy władzy pomimo ich braku, uznają że mogą bezpiecznie udać się w moje ślady. Rozpoczniesz swoją rewolucję od pojedynczej zmarszczki właśnie tutaj, w Irlandii. I to za tak niewielką cenę. Zaoferowaną z własnej woli.
Harry usłyszał obok siebie szelest ubrań. Obejrzał się i zobaczył jak Ignifer opada na kolano, a jej szaty wzburzają się.
Harry chciał odwrócić wzrok, ale jego oczy były jak zamarznięte. Zamarł na kilka długich chwil, podobnie jak Ignifer, a świat chwiał się wokół nich niczym błyskotka na łańcuchu.
W nastałej ciszy słowa Ignifer były miękkie, ale bardzo wyraźne.
– Wyrzekam się swojego nazwiska. Już nie jestem Apollonis. Nie jestem w żaden sposób związana z tą rodziną, a… – Jej głos wzniósł się niczym wybuch na słońcu, oszałamiający, wściekły i płonący. – Twoja klątwa nie jest w stanie utrzymać się na kobiecie, która już nie jest twoją córką!
Harry poczuł, jak coś pęka w pokoju. To wyrzeczenie było prostsze od rytuału, na który sam się powołał, ale okazało się również znacznie bardziej prymitywne, a przez to i potężniejsze. Wyczuł chwilę, w której ostatnia więź między Ignifer i Cupressusem zostaje im odebrana, zobaczył jej migotanie, kiedy pojawiła się przez ułamek sekundy w materialnym świecie tylko po to, by momentalnie się roztopić. Świat przesunął się wokół nich. Teraz już byli sobie obcy. Nawet gdyby jedno wykrwawiało się na ziemi, krew drugiego nie byłaby w stanie mu pomóc.
A z Ignifer zniknęła klątwa bezpłodności.
Kiedy Harry ocknął się ze swojego oszołomienia, Ignifer śmiała się głośno. Wstała, włosy zapłonęły jej, tworząc przepiękną aureolę, magia owinęła się wokół ramion, wyglądając jak przeskakujące płomienie, a szaty poderwały się od gorącego podmuchu, który do siebie przywołała. Cupressus zerwał się na nogi i wyciągnął różdżkę, ale wszystkie jego klątwy wypalały się po drodze.
Harry podszedł do niej chwiejnie i spojrzał na jej twarz. Ignifer spojrzała na niego z góry i pociągnęła nosem.
– Naprawdę wydawało ci się, że poddam się temu staremu łajdakowi? – zapytała. – Przyszłam tu, żeby postawić przed sobą ostateczny test, zobaczyć jak bardzo stęskniłam się za wszystkim, co kiedyś miałam i zapytać samą siebie, czy naprawdę tego chcę. A nie chcę. Tak w ogóle. – Obejrzała się tryumfalnie na Cupressusa. – Wreszcie nie będzie miał już więcej powodów do fiukania do mnie i przechwalania się kontrolą nad moją macicą. Moja matka wreszcie przestanie codziennie mnie gnębić. Już po wszystkim. Jestem wolna.
Harry'emu nie przychodziły do głowy żadne słowa, które mógłby wypowiedzieć w takiej chwili. Jeszcze nigdy nie był równie rad, że udało się uniknąć czyjegoś poświęcenia. Ścisnął ją mocno za ramię.
– Chyba zdajesz sobie sprawę, że nikt w Irlandii nie wypuści swoich skrzatów domowych – powiedział Cupressus. Kiedy Harry obejrzał się na niego, wyglądał na opanowanego i już zdążył schować różdżkę. – Przeprowadzę własną kampanię i za wszelką cenę będę przekonywał moich sojuszników do nie poddania swojej własności.
– I tak nie była warta wymaganej przez pana ceny – powiedział Harry. – Nie zakończę niewoli niewolą.
– A co z posiadanymi przeze mnie informacjami? – Cupressus przyjrzał mu się. – Zbliża się czas, kiedy będziesz ich potrzebował, Harry vatesie. Nie masz pojęcia, kto knuje przeciw tobie, ukryty pośród cieni świetlisty potomek.
– Za jaką cenę…
– Już ją znasz. – Cupressus wbił wzrok w Ignifer, która radośnie go zignorowała.
– Pierdol się pan – powiedział uprzejmie Harry, odwracając się od niego. – Jak mi pan dzisiaj przypomniał, panie Apollonis, jestem czarodziejem o lordowskiej mocy. Nie muszę się przed nikim korzyć.
Wyprowadził Ignifer z domu, czując się, jakby odprowadzał zwycięzcę po bitwie. Ignifer wygasiła swoje płomienie, jak tylko znaleźli się na ganku, po czym odrzuciła głowę do tyłu i nabrała głęboko tchu.
– Smakuje znacznie słodziej, kiedy wiem, że nie wdycham go nosem Apollonisa – wyjaśniła, kiedy zauważyła, że Harry się jej przygląda.
Harry potrząsnął głową. Nie był w stanie przestać się uśmiechać.
– Zaplanowałaś to sobie?
– Już mówiłam, to był sprawdzian. – Twarz Ignifer była spokojna i olśniewająca. – Musiałam wystawić się na pokuszenie, żeby zobaczyć jak je przetrwam. I okazało się, że kocham wolność znacznie bardziej, niż mi się wydawało. No i Honorię. – Złapała go za rękę i ścisnęła. – I ciebie też.
Harry pocałował wierzch jej dłoni.
– Czy zastanawiałaś się już, jakie nazwisko przyjmiesz w zamian? – zagaił, kiedy ruszyli w kierunku punktu aportacyjnego.
Jeszcze nigdy nie widział, żeby na twarzy Ignifer pojawił się bardziej bezczelny i przebiegły uśmiech.
– Tak sobie myślałam, że chyba Pemberley by mi pasowało – powiedziała. – Matce Honorii tak strasznie zależy na tym, by ktoś jeszcze nosił jej nazwisko. Pewnie miała na myśli wnuki, ale może żona jej wystarczy.
Harry roześmiał się i poczuł, jak myśli o nadciągających problemach, włącznie z potencjalną wojną o skrzaty domowe w Irlandii, stają w ogniu i umierają. Przez chwilę oboje stali w świetle kompletnie innego rodzaju płomieni.
