Harry cytuje tu prawdziwe przysłowie.
Rozdział sześćdziesiąty czwarty: O co mu chodziło
– Jesteś pewien?
Harry chciał zawyć, że nie, nie był pewien, ale przecież już podjął decyzję. Wystarczająco długo to odkładał, powtarzając że tak, chce tego, a potem że jednak nie, że to może poczekać, twierdząc jedno, a myśląc co innego. Wbił wzrok w oczy Snape'a i kiwnął głową.
Snape przymocował mu dłoń do lewego nadgarstka, poruszając wolno palcami, jakby pracował nad wyjątkowo wybuchowym eliksirem. Harry zadrżał, kiedy ramię opadło mu od dodatkowego ciężaru i poczuł jak stojący za nim Draco łapie go pocieszająco za ramiona. Harry odetchnął i oblizał usta. Jak wszystko pójdzie dobrze, to może zdołam zrobić dla niego to samo.
Różdżka Snape'a prześlizgnęła się na granicy między srebrem a nadgarstkiem Harry'ego, kiedy zaczął mamrotać inkantację, która przywiąże dłoń do przedramienia Harry'ego i rozpocznie długi, mozolny proces transmutowania metalu w ciało, wypełniając je kośćmi, knykciami, paznokciami i krwią. Poczuł, jak dłonie Dracona zaciskają się ponownie na jego ramionach. Sam chciał się tym zająć, ale okazał się niedostatecznie potężny. To musiało zostać zrobione przez silnego czarodzieja, któremu Harry absolutnie ufał.
Kiedy było po wszystkim, Harry wyczuł subtelne, zaciekawione kosmyki magii, wędrujące po nadgarstku i przedramieniu, węszące od czasu do czasu, uczące się zapachu jego krwi, albo mieszające z jego własną mocą. W pewnej chwili odniósł wrażenie, że coś wpłynęło mu do żyły i zajęło się nauką konsystencji jego krwi. Zadrżał lekko.
– Pamiętaj, co mówiła Manus – mruknął Snape, ponownie ściągając na siebie uwagę Harry'ego. – Musisz używać tej dłoni tak często jak to możliwe. Owijaj palce wokół przedmiotów, za które chcesz złapać. Wyobrażaj sobie, jak się zgina i porusza zanim jeszcze będziesz do tego zdolny. Układaj ją obok prawej na miotle. I ciesz się z niej, Harry. – Jego dłoń zacisnęła się na moment na ramieniu Harry'ego na tyle mocno, żeby pozostawić po sobie ślady. – Jeśli tego nie zrobisz, magia to wyczuje i wycofa się.
– Wiem – wyszeptał Harry. Wszystkie te upomnienia otrzymał od Rozalindy Manus, która powtarzała je raz za razem od chwili, w której Harry ostatecznie wybrał właśnie jej sklep i wysłał sowę z wyjaśnieniami, czego konkretnie potrzebował. Możliwe, że to właśnie dzięki temu, że kontaktowali się wyłącznie listownie i nigdy nie spotkali twarzą w twarz, ale okazała się być pod tym względem wyjątkowo odświeżająca, w ogóle nie przejmowała się naturą swojego klienta i nie zawierała w wiadomościach żadnych wyrazów współczucia, czy wykrzykników. Zadawała za to mnóstwo pytań o sprawy, których Harry nie był nawet pewny i musiał sprawdzać, jak na przykład długość palców prawej dłoni, albo gdzie dokładnie znajdowało się słońce, kiedy Bellatrix odcinała mu rękę. Harry pojmował, że potrzebowała tego wszystkiego, by stworzyć model, który zwiąże się z nim sam z siebie, bez konieczności transmutowania go na siłę – co zwykle pozostawiało po sobie nieziemski bałagan – więc dał z siebie wszystko, żeby poprawnie na to wszystko odpowiedzieć.
Zawahał się nieco, kiedy zobaczył cenę; Draco i Snape upierali się, że powinien podjąć decyzję bez oglądania się na koszt i tak właśnie Harry zrobił, bezmyślnie wybierając najwyraźniej najdroższą dostępną na rynku opcję. Regulus fiuknął do niego tego samego dnia i odbyli długą, poważną rozmowę o dumie krwi, oraz wszystkim, co dziedzic rodziny Blacków powinien, a czego nie powinien robić z własną fortuną. Harry wykłócał się, póki Regulus nie zaczął wywoływać w nim poczucia winy; przecież Harry wydawał już pieniądze Blacków na inne sprawy, czemu nie na tę? W dodatku Regulusowi naprawdę by ulżyło na sumieniu, bo nie było go w głowie Harry'ego w czasie odcinania ręki, ani przez osiem miesięcy, kiedy mógł go potrzebować.
Harry ustąpił. Teraz zastanawiał się, czy naprawdę było warto.
– Przestań się tak tym przejmować, Harry – powiedział mu Draco na ucho. – Jak nie przestaniesz, to po prostu się odczepi i cała ta kasa pójdzie w błoto.
Na te słowa Harry spróbował się odprężyć i myśleć radośnie o nowej dłoni. Owijające mu się wokół przedramienia kosmyki, które przed chwilą niepewnie zwolniły, teraz pojaśniały, pokazując się pod powierzchnią skóry w czerwonych i złotych pasmach, po czym wróciły do pracy.
– Właśnie tak – wyszeptał Draco, więc Harry pozwolił sobie na myślenie tylko o tym ciepłym oddechu na płatku swojego ucha, delikatnym głaskaniu jego ramion, kiedy tak oglądał jak linie kurczyły się, lśniły i tętniły.
– Znowu będziesz w jednym kawałku – odezwał się Snape po kilku spędzonych w ciszy minutach.
Harry poderwał wzrok, słysząc ton swojego opiekuna. Snape opierał się o ścianę, a jego twarz jeszcze nigdy nie była równie odprężona. Wbijał wzrok w srebrne lśnienie dłoni Harry'ego. Harry nie zdawał sobie sprawy, że Snape'a też, na swój własny sposób, bolała jego utrata dłoni, co tylko dodało mu zacięcia, żeby zrobić wszystko jak należy i nie pozwolić jej odpaść.
A wolno ci jej pragnąć, powiedział sobie surowo. Jak wszystkim. Normalny człowiek, pamiętasz?
– Dziękuję, Severusie – powiedział Snape'owi, po czym obrócił się i kiwnął do Dracona. – Chodź, poćwiczymy. Nie chcę, żeby wszyscy w Wielkiej Sali gapili się na mnie po wywróceniu szklanki z sokiem dyniowym.
– I tak się będą gapić. – Draco potarł brodą obojczyk Harry'ego. Miał przymknięte oczy, a na twarzy wyraz zaspanego rozleniwienia. – Ale przynajmniej tym razem dojdzie do tego z odpowiednich powodów.
Harry uśmiechnął się lekko i wyobraził sobie, jak srebrne palce zginają się w odpowiedzi.
Draco wysoce cenił sobie nową dłoń Harry'ego. Po pierwsze, to był naprawdę dobry wybór; ręka wyglądała wspaniale, lśniła srebrem i znacznie szybciej dostosuje się do ramienia Harry'ego od większości innych modeli, dzięki czemu już niebawem jego dłoń będzie równie piękna co cała reszta ciała.
Po drugie, jego kochanek po raz pierwszy będzie miał obie dłonie. Draco już nie mógł się doczekać wszystkiego, co by to mogło oznaczać dla nich w łóżku.
– Skup się, Draco.
Jakimś cudem Peter zawsze zauważał, kiedy uwaga dowolnego z nich zjeżdżała na cokolwiek poza transformacją animagiczną. Draco przygryzł wargę i zamknął oczy, posyłając umysł z powrotem do tego, czym powinien się zajmować: odnajdywaniem kształtu.
Wiedział, że był czymś niewielkim, zwinnym i czworonożnym. Ale wciąż widział tylko zarys. Frustrowały go te ciągłe próby zobaczenia tego, co tam naprawdę było, czym naprawdę się stanie, zamiast wszystkich wyobrażeń, czym wolałby być. Stracił dobry tydzień przez nadzieję, że jego kształt będzie w stanie latać. Peter surowo go wtedy przepytał, poinformował Dracona, że czworonożne zwierzę wciąż może oznaczać coś wspaniałego, po czym kazał mu wrócić do prostych ćwiczeń z wizualizacji, póki Draco nie obiecał potulnie, że już więcej nie pozwoli swoim pragnieniom na wtrącanie się.
Powoli zaczynał pojmować, czemu tak niewielu czarodziejów stawało się animagami. Nie dość, że można było utknąć jako zwierzę, które byłoby dla ciebie uwłaczające, to jeszcze trwało koszmarnie długo nawet ze znakomitym nauczycielem i wymagało piekielnych ilości cierpliwości.
Skrzywił się nieprzyjemnie, skupiając ponownie na swoim kształcie. Widział cień obróconego karku, jego zgrabnego, uniesionego łba. Zwierzę, którym miał się stać, stało w jego głowie w wyjątkowo dziwnej pozycji. Peter nakazał mu przeglądanie książek – nie przez wzgląd na obrazki, ale tekst, żeby spróbował znaleźć nazwę stworzenia, które mogłoby mu się kojarzyć z taką pozą. Nic nie działało. Draco powoli zaczynał odczuwać desperację, że nigdy nie zobaczy swojego kształtu, a przynajmniej nie zobaczy go przed Potterem.
Myśli ponownie zaczęły mu przesuwać się na inny temat, ale tym razem nie otworzył oczu i utrzymywał swój oddech głębokim i równym, jakby praktycznie spał, więc nie sądził, żeby Peter był w stanie zauważyć. Myślał o ostatnim liście, jaki otrzymał od ojca, w którym Lucjusz praktycznie przysiągł mu odwołanie wydziedziczenia… ale wyłącznie kiedy Draco przyzna się, że się pomylił. Draco odmówił, ponieważ uważał, że tamta decyzja zbyt wiele dla niego znaczyła, ale wyjątkowo sprytnie i pogardliwie ujął to w słowa.
Sprytny, pogratulował sobie. Taki właśnie jestem. I przebiegły też. Każdy Ślizgon powinien taki być, ale większość nie jest równie sprytna co ja.
Drgnął, kiedy sylwetka w jego umyśle obróciła się, patrząc wprost na niego, ale uwiesił się na tym torze myśli. Peter uprzedził ich, że może dojść do czegoś takiego; sylwetka może im się ujawnić, jeśli podczas medytacji przyjdzie im do głowy coś, co z nią współgra.
Sprytny. Przebiegły. Co jest małe, zwinne, sprytne i przebiegłe, zdolne do adaptacji i przeżywania, jak ja, ale też do powalenia wielkiego zwierza, jeśli będzie trzeba, nawet jeśli zwykle zadowala się pomniejszymi ofiarami? Dzięki cieniom kłów wiedział, że to musi być drapieżnik. I choć wciąż bolało myślenie o sobie w terminach, którymi określił go Harry, jako kogoś leniwego, kto radzi sobie tylko wtedy, kiedy musi, to sylwetka i tak skoczyła w jego kierunku, odzierając się z cieni, ukazując lśniącą krawędź szczęki, ostre kły, jasne, bursztynowe ślepia, futro blade niczym światło księżyca, ciało dostosowane go wślizgiwania się w dziury i biegu wzdłuż strumieni w celu zmylenia pościgu…
Draco z krzykiem otworzył oczy. Peter łypnął na niego złowrogo, podobnie jak Potter, najwyraźniej wyrwany z własnego transu. Harry obejrzał się na niego wyczekująco i z uśmiechem, który powiększył się, kiedy wstał i podszedł bliżej, po czym objął Dracona. Do pleców Dracona przylgnęły dwie dłonie.
– Znalazłeś swój kształt – powiedział.
Draco kiwnął głową, serce śpiewało mu zwycięsko, zwłaszcza kiedy wyjrzał ponad ramieniem Harry'ego i zobaczył miny Petera i Pottera, jednej zainteresowanej, a drugiej pełnej zazdrości.
– I co to jest? – wyszeptał mu Harry na ucho.
– Lis – powiedział Draco. Wiedział, że się przechwala. W ogóle go to nie obchodziło. – Biały lis. Powinienem był się domyślić. W końcu lisy są znane ze swojej przebiegłości. Podobno są w posiadaniu własnych magicznych zdolności i tańczą, żeby zwabić do siebie zdobycz. No i są sprytne. Przebiegają przez strumienie i jeżdżą na grzbietach owiec, byle tylko zmylić psy gończe.
– I żyją w ciemnych norach – burknął Potter. – Jakież to adekwatne.
Peter położył Potterowi rękę na ramieniu i rzucił surowe spojrzenie. Następnie kiwnął do Dracona.
– Bardzo dobrze, Draco – powiedział. – Teraz, kiedy już poznałeś swoją formę i wiesz, jak powinna wyglądać, przyszedł czas na ćwiczenia, które pomogą na wymieszanie twojego ludzkiego kształtu z… lisim. – Zawahał się, przypominając najwyraźniej odpowiednią odmianę tego słowa. Wreszcie uśmiechnął się. – Przed tobą jeszcze wiele tygodni ćwiczeń.
Harry westchnął mu na ucho.
– Lis wie wiele, ale jeżowi wystarczy wiedzieć tylko jedno – wymamrotał. – Och, Draco, uważaj na siebie. Pamiętaj, że wiele rzeczy może uratować ci życie i nie zapominaj o jednej, ogromnej sprawie, która może cię zgubić.
– Czyli mam patrzeć na las i widzieć pojedyncze drzewa, Harry? – Draco już od paru dni nie doświadczał tego rodzaju czystej, niczym nie skażonej radości. Miło było poczuć ją ponownie. – Obiecuję, że będę ich wyglądał. A nocą polegał na twoich oczach, w końcu jesteś rysiem.
Harry odchylił się, uśmiechając szeroko, po czym szturchnął go w ramię.
– To wciąż nie jest pewne.
Draco go uszczypnął. Harry syknął.
– Właśnie, że jest – powiedział, po czym potarmosił Harry'emu włosy. – Moje ty kociątko.
Harry ponownie na niego syknął, tym razem na tyle stanowczo, że wąż Wielu odwinął się z jego szyi. Peter pokręcił głową i zacmokał językiem.
– Dzieci – powiedział. – Siadajcie i wracajcie do wizualizacji. – Urwał. – No, a przynajmniej Harry. Chodź ze mną, Draco. Muszę ci pokazać, z jakich książek będziesz od teraz korzystał.
Draco ruszył za nim, zarówno dumny z tego, czym okazał się jego kształt, jak i z faktu, że odkrył go przed Potterem.
– Dziękuję, że zgodził się pan przyjść.
Adalrico zachichotał wbrew sobie i wyciągnął rękę do Harry'ego.
– Jesteśmy sojusznikami już od trzech lat, a ty wciąż taki formalny, vatesie – powiedział. – Mów mi Adalrico, proszę, tak jak nazywasz panią Parkinson Hawthorn.
Harry odprężył się nieco, a ciepły uśmiech rozjaśnił mu twarz. Adalrico wyjrzał ponad jego ramieniem, upewniając się, że w pobliżu nie znajduje się nikt, kto mógłby chcieć skrzywdzić Harry'ego. Jasne, spotkali się przed ministerstwem, w tej samej alejce w której Harry pozbył się smoka, ale przecież ostrożności nigdy nie wiele. Adalrico i Elfrida wciąż uważnie osłaniali dom, ilekroć opuszczało go choć jedno z nich, a Marian przekazali pod opiekę zaufanemu przyjacielowi zaledwie parę razy. Życie w czarodziejskim świecie było kiedyś niezwykle niebezpieczne i w każdej chwili mogło do tego powrócić. Pierwszą taką falę przeżyją wyłącznie ci, którzy są na nią przygotowani.
Adalrico już niemal nie mógł się doczekać nadciągnięcia tego rodzaju kłopotów. Wówczas ponownie uda się na wojnę. Pokój zaczynał go męczyć. Ostatnimi czasy coraz częściej budziły go sny o Pierwszej Wojnie i nie wszystkie okazywały się koszmarami.
– Dziękuję, że się pojawiłeś – poprawił się Harry, po czym ruszył w kierunku budki telefonicznej, która zawiezie ich do Atrium. Adalrico poszedł za nim. – Merlin jeden wie, że inaczej byłoby to niezwykle niewdzięczne zadanie.
Adalrico kiwnął do niego głową.
– Czyli chcesz, żebym zeznał, że twoja magia w żaden sposób nie zaszkodziła Marian?
– Jeśli można prosić. – Harry wystukał numer, który wpuści ich do ministerstwa, podał czarownicy po drugiej stronie ich imiona i sprawę, w jakiej się pojawili, po czym obrócił się, opierając o budkę i czekając na wyplucie plakietek. Adalrico starał się nie przyglądać srebrnej dłoni, która została położona na prawym łokciu Harry'ego. Miał wrażenie, że udawało mu się to całkiem nieźle. – Teraz, kiedy komisja nadzorcza nie może już marnować mojego czasu na swoje głupie kłótnie i ciągłe przesuwanie daty spotkań, wymyślili nowy sposób na stłamszenie mnie. – Wywrócił oczami. – Marvin Gildgrace udzielił pod tym względem wywiadu Prorokowi, bo uważa że moja magia może zaszkodzić małym dzieciom, zarówno tym przebywającym jeszcze w łonie matki, jak i poniżej drugiego roku życia. Byłbym naprawdę wdzięczny, gdybyś wyjaśnił im, że w żaden sposób nie wpłynąłem źle na Marian, mimo że byłem nawet przy jej narodzinach.
Adalrico zmarszczył brwi. Widział ten wywiad, ale wydawał mu się tak niedorzeczny, że przejrzał go tylko pobieżnie, jak każdą tego rodzaju walkę z Wielką Ujednoliconą Teorią. Teraz przyszło mu do głowy, że może jednak powinien był wyglądać uważniej imienia Harry'ego.
– Skąd mu to w ogóle przyszło do głowy?
– Najwyraźniej znalazł jakieś badania – ton Harry'ego wyraźnie sugerował, co myśli o tych badaniach – że magiczne dzieci od zawsze adaptowały się do obecności czarodziejów o lordowskiej mocy, ale jeszcze nigdy tak młodego jak ja. A skoro sam jestem im bliższy wiekiem od dowolnego dorosłego, to moja magia może niewłaściwie na nie oddziaływać. Czy cośtam. – Żachnął się srebrną ręką. Przyglądający mu się uważnie Adalrico odniósł wrażenie, że jeden ze srebrnych palców nawet zagiął się przy tym lekko, ale możliwe, że po prostu naprawdę chciał to zobaczyć. – Przyznam, że jak tylko zorientowałem się, że to ja jestem jego głównym celem i dlaczego, to nawet nie starałem się tego słuchać. – Zacisnął lekko usta w wyrazie zirytowania. – Ci świetliści po prostu nie chcą się poddać.
– No to czemu w ogóle ich znosisz? – zapytał Adalrico, bo to pytanie męczyło go już od jakiegoś czasu. – Przecież mógłbyś rozwiązać komisję nadzorczą. Masz do tego wszelkie prawo.
Harry zerknął na niego ostro.
– Widzę, że ktoś obgadywał mnie za moimi plecami – powiedział, mrużąc nieco oczy. – Wygląda na to, że będziemy musieli sobie porozmawiać.
Adalrico poczuł, jak na ustach pojawia mu się lekki, chłodny uśmiech.
– Właściwie to nie, Harry. Zainteresowało mnie, w jaki sposób ministerstwo radziło sobie z Lordami na przestrzeni dziejów, więc przebadałem to na własną rękę. I choć żaden nie był równie nieoczekiwany co ty, to i tak podpadasz pod te same prawa i nie mieli żadnej racji cię tak traktować. Zagrożenie ze strony Voldemorta, fakt że osobiście rozprawiłeś się z Dumbledore'em i twój wiek ich przerażają, przez co mają wrażenie, że powinni przejąć nad tobą kontrolę.
Harry zalał się rumieńcem.
– Przepraszam, prosz…
Adalrico podniósł brwi.
Harry westchnął i sięgnął swoją cielistą dłonią po plakietki, po czym podał jedną Adalrico.
– Adalrico. Przepraszam. Powinienem był się domyślić, że przecież nic nie powstrzymuje innych ludzi przed przeprowadzeniem własnych badań w tym temacie. Ale wydawało mi się, że wykazałem się już całkiem niezłą odpornością na ich kontrolę.
– Świetliści czarodzieje nigdy tego nie zrozumieją, nawet jakbyś to sobie wyszył na fladze i pomachał im nią przed nosami – powiedział Adalrico z pogardą. – Spróbują cię powalić, Harry, niczym psy gończe jelenia. Nie poruszyło ich nawet to, jak sobie poradziłeś ze smokiem. Musisz załatwić to własną magią. – Poczuł, jak po skórze przebiega mu dreszcz, unoszący mu włosy na ramionach, kiedy magia Harry'ego wzniosła się wraz z jego oburzeniem. Westchnął. Dziki zapach sztormu znajdował się wszędzie wokół i już dawno nie mógł go należycie docenić. Oczywiście, na świecie nie znajdowało się zbyt wielu czarodziejów o lordowskiej mocy, przy których mógłby poczuć coś takiego. Pozwolił, by głos zniżył mu się do kojącego szeptu. – Tylko pomyśl, jak wiele mógłbyś dzięki niej osiągnąć.
Zapach zniknął nagle, a Harry posłał mu lekki, oschły uśmiech.
– Już myślałem – powiedział. – I doszedłem do wniosku, że nie chcę jej wykorzystywać do niektórych spraw. – Przypiął plakietkę do swojej szaty. – Bo nie sądzę, żeby tylko świetliści czarodzieje starali się mną manipulować. Proszę pana.
To już było celowe, nie przez omyłkę, więc Adalrico z gracją przyjął tę wiadomość.
– Przynajmniej jestem pod tym względem szczery – powiedział.
– Tak. Nigdy nie zapomniałem o pańskiej szczerości.
Jedno zerknięcie w oczy Harry'ego wystarczyło, by Adalrico przypomniał sobie tę noc, kiedy opowiedział mu o torturowaniu Alby Starrise. Teraz niemal udławił się własnym językiem, ale zmusił się do pełnego godności kiwnięcia głową.
– Jestem z niej znany – powiedział.
Harry uśmiechnął się do niego niebezpiecznie, po czym minął, wchodząc do windy w budce telefonicznej. Adalrico pośpieszył za nim, upominając się, że przecież sobie na to zasłużył. Nigdy się przy nim nie zapominaj, nigdy nie przestawaj go obserwować. Zmienia się tak szybko, a ostatnio zmienił się tak bardzo, że inaczej będziesz miał problemy z nadążeniem za nim.
Wyszli do Atrium i Harry kiwnął głową w kierunku drzwi po przeciwnej stronie.
– Tam właśnie spotyka się komisja nadzorcza, w tym niewielkim pokoju.
Adalrico powstrzymał się przed wyrażeniem swojej odrazy. Harry powinien był zażądać – czy też mógłby zażądać – zarówno bardziej rozległego pomieszczenia, jak i takiego, do którego łatwiej by mu się było dostać z Hogwartu. Ale dotarł tak daleko dzięki swojej skromności i wyglądało na to, że obietnice rangi naprawdę nie mają jak zastawiać na niego pułapek, choć Merlin raczył wiedzieć czemu. Dlatego po prostu kiwnął głową i wyszedł z windy.
To się zdarzyło tak szybko. Adalrico zauważył kątem oka poruszenie pośród cieni, ale zdążył tylko obrócić głowę, kiedy coś srebrnego już mknęło w jego kierunku, zakrzywione i ciche, niczym jedno z legendarnych, morderczych ostrzy. Trafiło go w szyję i otarło mocno skórę, zamykając się wokół karku. Obroża, pomyślał Adalrico, kiedy jego magia spróbowała wyskoczyć mu z ciała, dostać się do różdżki i odbiła od niewidzialnych barier.
Wtedy ktoś złapał go za ramię i Adalrico poczuł, jak porywa go świstoklik, zaciągając ze sobą w dół, w dół i w dół.
Harry nawet się nie zawahał; cisnął magią wprost na ukrytych w cieniach niewymownych, zmieniając ją w locie w sztorm niebezpiecznie ostrych ostrzy. Niewymowni roztopili się i rozproszyli pod tym atakiem niczym pierze, a dwójka momentalnie zniknęła. Trzeci złapał Adalrico za ramię, obejrzał swoją zakapturzoną twarz na Harry'ego, posyłając mu uśmiech, który Harry bardziej wyczuł, niż zobaczył, po czym uciekł za pomocą świstokliku. Harry zaklął szpetnie i wzniósł magię, by zawisła wokół niego jako migocząca aura, po czym machnięciem rąk rozesłał ją wszędzie wokół. Dopiero wtedy zorientował się, że użył do tego zarówno srebrnej, jak i cielistej dłoni, przez co zaczął się martwić, czy to nie osłabi rozkazu.
Zamiast tego zdawało się go tylko wzmocnić. Powietrze wokół niewymownych zamarzło, zamykając w lśniących blokach lodu. Szybko jednak się roztopiły i ci wrogowie również zniknęli, rozmywając się niczym zmarszczki na wodzie.
Harry zacisnął pięść, po czym zaklął ponownie, kiedy zorientował się, że odruchowo spróbował zrobić to samo ze srebrną i mu się to nie udało. Dygotał.
Mają Adalrico. Zabrali go do Departamentu Tajemnic. Harry spróbował przełknąć ślinę i poczuł się, jakby coś utknęło mu w gardle. Kamień już nie gra fair.
Obrócił się szybko, kiedy osłony zaśpiewały wokół niego, a aurorzy zaczęli wbiegać do Atrium. Za późno, oczywiście. Zdaniem Harry'ego zdecydowanie za późno. Drzwi po przeciwnej stronie Atrium też się otworzyły i wyszli zza nich Snape z Draconem. Przyszli wcześniej i zaczekali na niego, bo Adalrico miał się pojawić w niespełna minutę po nich, a Harry chciał zaimponować wszystkim, jak bardzo mu ufa poprzez wejście z nim do sali. Zobaczył teraz ich miny i skrzywił się. Długo będą mi to wypominać.
Ale ta myśli szybko go opuściła i utonęła w czystej furii, bo złapano Adalrico i jak mógł się w takiej chwili martwić o własne bezpieczeństwo?
– Co tu się stało? – To aurorka o nazwisku Hope zwróciła się do niego, patrząc z szeroko otwartymi oczami i zaciskając nerwowo palce na różdżce.
Harry nabrał tchu, żeby zacząć wyjaśnienia, kiedy ktoś się roześmiał.
Harry obrócił się, unosząc srebrną dłoń, za którą pociągnął się strumień różnokolorowych iskier. Po drugiej stronie Atrium mężczyzna odsunął się od kominka. Chował coś do kieszeni – Harry miał wrażenie, że to pewnie był artefakt niewymownych, wyglądający jak klucz zrobiony z diamentu. I to właśnie przez niego nie zauważył go wcześniej.
Momentalnie szóstka aurorów wycelowała w niego różdżki, ale zdawał się nie zdawać sobie z tego sprawy, a może go to po prostu nie obchodziło. Wbijał wzrok w twarz Harry'ego, wykrzywiając usta w koszmarnym uśmiechu i ewidentnie na coś czekając.
Rozpoznanie. A Harry go znał, znał jego lekko rozmarzone, poniekąd szalone oczy, oraz jego jasne włosy – widział w nim odbicie zupełnie innego człowieka, bardzo do niego podobnego.
– Pharos Starrise – powiedział i musiał zamknąć oczy, żeby powstrzymać się od krzyku. Czy parszywe, pokryte prochem zmarszczki, powstałe na wskutek jednego aktu zemsty, nigdy nie przestaną się rozchodzić? Czy nikogo poza nim nie męczyło już to ciągłe przelewanie krwi?
Przez głowę przemknęła mu myśl o Cupressusie Apollonisie, niczym kraniec słońca w czasie zaćmienia. Potomek Światła tonący pośród cieni. To o Pharosa mu chodziło. Świetlisty dziedzic, zachodząca gwiazda. Cholera jasna! Powinienem był się domyślić.
– Tak – powiedział Pharos, głosem pełnym zadowolenia, jaki ludzie wydawali z siebie zwykle po naprawdę dobrym posiłku albo rundce seksu. – A on już przepadł, vatesie. Zniknął tam, gdzie nigdy go nie znajdziesz. – Zamilkł, a kiedy Harry otworzył oczy, zobaczył że Pharos wbija swój lśniący wzrok w jego lewe przedramię. – Czy też tam, gdzie musisz się za nim udać – wyszeptał Pharos. – Przecież nawiązałeś z Bulstrode'ami sojusz rodzinny, prawda? Blizny otworzą się i wykrwawią was na śmierć, jeśli nie będziecie chronili się nawzajem. Och jej. Udasz się do Departamentu Tajemnic, w samo serce zastawionej przez niewymownych pułapki, byle tylko uratować jednego sojusznika. Oczywiście, tak właśnie zachowałby się Harry vates.
I uśmiechnął się.
Draco pojawił się już przy Harrym, ale Harry się na niego nie obejrzał. Draco oferował spokój, a Harry chciał się wściec.
Pozwolił, by magia wymknęła mu się oczami. Samym spojrzeniem zamroził Pharosa w niewygodnej pozycji, z karkiem wygiętym w bok. Jego płuca nagle przestały pracować, a zwycięski uśmiech zamarł w śmiertelnym przerażeniu. Harry wyczuwał, jak błądzące po płucach Pharosa powietrze szuka drogi wyjścia. Jeden z aurorów odchrząknął i Harry wiedział, że komisja nadzorcza przygląda mu się w niemej zgrozie, ale miał to gdzieś, nie miał teraz na to czasu.
– Powiesz mi wszystko, co o tym wiesz, ty durniu – powiedział cicho Pharosowi. – Albo nigdy więcej nie wciągniesz kolejnego oddechu.
Tym razem Hope już się wtrąciła. Harry zerknął na nią i zamarła w miejscu, ale nie cofnęła się.
– Nie możesz tak traktować więźnia – powiedziała Harry'emu. – Musimy go przesłuchać. Musimy wrzucić go do celi i ochronić przed… wszystkimi, którzy chcieliby go skrzywdzić. – Wahała się przez dłuższą chwilę. – Włącznie z tobą, vatesie.
Powietrze w płucach Pharosa wierzgało i wierciło się niczym uwięzione dziecko. Harry chciał tak trzymać go dalej, zabić go w ten sposób, albo wywrócić mu umysł na lewą stronę, gwałcąc wszystkie wspomnienia legilimencją i siłą wyciągnąć informacje.
I pokonała go ta drobna, przerażona aurorka, która po prostu postanowiła zrobić to, w co głęboko wierzyła.
Harry obrócił srebrną dłoń i Pharos wylądował na podłodze, wciągając rozpaczliwe powietrze swoimi praktycznie sinymi ustami. Hope podbiegła do niego i pochyliła, żeby rzucić zaklęcia pętające mu ręce za plecami.
– Udasz się, oczywiście, i przedstawisz swoją rację ministrowi – powiedziała Harry'emu. Ponownie się zawahała, po czym dodała: – Co tu się stało?
– Wuj Pharosa miał siostrę bliźniaczkę – powiedział odległym głosem Harry. Patrzył jak Pharos pociera gardło i kark i spróbował poczuć jakiekolwiek wyrzuty sumienia na myśl o tym, jak niewiele brakowało do zabicia go. Nie był w stanie. Czuł za to wyjącą potrzebę pognania za Adalrico, dyszenie na swoim karku, jakby stał za nim potężny Ponurak, oraz stojącego za sobą Dracona, który głaskał go po karku. – Matkę Pharosa. Popełniła samobójstwo, kiedy uratowano ją od śmierciożerców. Augustus Starrise, wuj, wychował jej synów i obsesyjnie poszukiwał jej morderców. W zeszłym roku odkrył, że pan Bulstrode był jednym z tych katów. Doszło między nimi do pojedynku, w którym Augustus zginął. Na tym to się powinno było zakończyć. Ale tak się nie stało. – Kiwnął głową w kierunku Pharosa. – Zawarł jakiś układ z niewymownymi, to dlatego porwali pana Bulstrode'a.
– Właśnie. – Pharos ponownie był w stanie się odzywać. Uśmiechał się do Harry'ego. – Podałem im informacje, których potrzebowali do złapania cię w pułapkę. W zamian obiecali mi, że zabiorą właśnie Bulstrode'a. – Zaśmiał się cicho. – I podzielili się ze mną kilkoma swoimi darami. Niczego ze mnie nie wyciągniecie żadną magią, czy Veritaserum. Jestem na nie odporny.
– Tortury by podziałały – szepnął Draco Harry'emu na ucho.
Pokusa… Harry ją stłamsił. Odchylił się w kierunku pocieszającej obecności Snape'a, pocierając swoje lewe przedramię, które zaczynało go swędzieć i kiwnął do Hope.
– Będę chciał porozmawiać o tym z ministrem, oczywiście.
– Oczywiście – mruknęła, po czym machnęła na pozostałych aurorów, żeby pomogli jej w zabraniu Pharosa do wind.
Harry rozejrzał się niespokojnie i zauważył przelotnie komisję nadzorczą, wraz z bladą twarzą Aurory, więc posłał im uśmiech, na widok którego cofnęli się nerwowo o krok.
– Panie, panowie, obawiam się, że dzisiejsze spotkanie musi zostać odwołane – powiedział. – Mam nadzieję, że rozumiecie. – Upewnił się, że jego ton wyraźnie świadczył, jak bardzo ma w dupie to, czy rozumieją, czy nie, po czym ruszył za aurorami.
Złość i zgroza wyły mu w uszach, mieszając się ze swędzeniem lewego przedramienia i nagminnie go pośpieszając. Przecież to twój sojusznik. Znalazł się w niebezpieczeństwie wyłącznie dlatego, że pojawił się tu w twojej obecności. Niewymowni złapali go, żeby cię dorwać. Jak możesz być taki spokojny? Czemu jeszcze nie ruszyłeś mu na ratunek?
Na to odpowiedziała konieczność. Ponieważ moje życie jest ważne dla innych ludzi. A Pharos może wiedzieć coś o zastawionych przez niewymownych pułapkach. Głupio byłoby rzucać się na oślep, kiedy możemy wyciągnąć z niego coś użytecznego.
Harry uznał jednak, że konieczność będzie musiała niebawem się zamknąć, jeśli spełnią się jego najgorsze oczekiwania i niewymowni naprawdę uodpornili Pharosa na wszelkie formy przesłuchania.
Rufus przyglądał się Harry'emu, zamykając cicho drzwi za sobą. Percy wszedł przed nim do gabinetu i Rufus mu na to pozwolił, bo nie chciał jeszcze bardziej denerwować tego młodego człowieka, choć osobiście powątpiewał, żeby Harry chciał go zabić za przyniesione wieści. Teraz jednak Percy powąchał powietrze i drapał się zajadle po ramionach, gdzie swędziała go magia Harry'ego.
Rufus uważał to za naprawdę ciekawe, kiedy tak kulał przez pokój, odprowadzany przez pięć par oczu – Harry'ego, Dracona i Snape'a, którzy weszli razem z nim, wraz z żoną i starszą córką pana Bulstrode'a, które zostały przyzwane – że Harry był w stanie nie robić niczego poza siedzeniem w jego gabinecie, a i tak wyglądać na morderczo wściekłego. Jego magia biegała po pokoju niczym stado skorpionów, rozbijając się o ściany niczym fala. Póki co pozostawała niewidzialna, ale Rufus nie sądził, żeby tak miało pozostać na długo, skoro przyniósł takie, a nie inne wieści.
Usiadł, nachylił się do nich i przekazał im je.
– Starrise ma rację. Nie jesteśmy w stanie zmusić go do mówienia, nie bez wyciągania noży i… innych metod, do których wolelibyśmy się nie uciekać.
– No to się do nich ucieknijcie – odezwała się córka Bulstrode'a. Chyba miała na imię Millicenta. Nachyliła się, wbijając łokcie w podłokietniki swojego fotela. Wielka dziewczyna, pomyślał Rufus. Silna. A przynajmniej na tyle silna, że Percy sięgnął nerwowo po różdżkę. Rufus pochwycił jego wzrok własnym i pokręcił głową. – Chcę odzyskać ojca. Posunę się do wszystkiego co konieczne.
Rufus nie bał się, że tu zginie. Bardziej bał się właśnie tego, takiego zderzenia zasad Światła i Mroku.
– To nie będzie możliwe, panno Bulstrode – powiedział spokojnie. – Nie torturujemy więźniów.
– Poza sytuacjami, kiedy ktoś przypadkiem prześlizgnie się wam przez sieć – powiedziała Millicenta, krzywiąc się nieprzyjemnie. – Zwykle chodzi o mrocznego czarodzieja, który „przypadkiem" dostaje się w ręce pragnącego zemsty świetlistego, albo wilkołaka, który „potknął się" po drodze do Tullianum. No to teraz przepuśćcie kogoś „przypadkiem."
– Nie – powiedział Rufus. – Nie przyłożę ręki do pogwałcania praw innego czarodzieja.
Millicenta nabrała tchu, żeby odpowiedzieć, ale to Harry się odezwał, głosem wyłącznie lekko zainteresowanym.
– Czyli nie udało się panu uzyskać od niego informacji o Departamencie Tajemnic?
Wokół niego maszerowały skorpiony. Przebywanie z nim w tym samym pokoju robiło się bolesne, ale Rufus znosił już gorsze rzeczy.
– Nie – odpowiedział. – Sugerował i drwił na temat „łańcuchów", ale niczego więcej nie powiedział. – Urwał, przyglądając się Harry'emu. – Naprawdę mi przykro, Harry.
– Mnie również, ministrze. – Harry kiwnął głową. – Zwłaszcza, że teraz muszę zaatakować Departament Tajemnic, żeby odzyskać Adalrico.
– Nie… – zaczął Snape.
Harry odrzucił rękaw. Na bliźnie, która zwykle wyglądała blado i niewyraźnie, teraz gromadziła się krew, a jej okolice poróżowiały, jakby wdało się zakażenie.
– Nie mam innego wyjścia – powiedział, a każde słowo opadało niczym głaz. – Sojusz rodzinny oznaczy mnie jako zdrajcę, jeśli tego nie zrobię. I słusznie. – Strząsnął rękaw z powrotem. – Co nie znaczy, że chcę się tam udać sam. Wezmę każdego, kto zechce pójść ze mną, jak i wszystkich aurorów, których będzie mógł pan ze mną posłać, ministrze.
– Otrzymasz ich – obiecał Rufus, czując wokół siebie przelotny, oszałamiający wiatr ironii. Nigdy nie sądził, że kiedykolwiek użyczy swoich aurorów do ratowania byłego śmierciożercy, który w bardzo oczywisty sposób uciekł pobytowi w Azkabanie dzięki najdurniejszym wymówkom. Gdyby zapytano go o to szesnaście lat temu, powiedziałby że Adalrico Bulstrode powinien tam po prostu zgnić.
Ale to było jeszcze przed wszystkimi sztuczkami niewymownych, przed ich buntem przeciw ministerstwu, zanim jeszcze został ministrem, zanim uznał, że przestrzeganie własnych zasad było tego warte nawet pośród wszystkich kryzysów. Nie miał zamiaru dopuścić do torturowania Pharosa Starrise'a i nie miał zamiaru dopuścić, żeby Adalrico Bulstrode'a spotkało coś podobnego.
Kiedy Rufus podniósł wzrok, zobaczył jak Snape rozmawia cicho z Harrym. Ich słowa robiły się coraz bardziej agresywne, aż w końcu wybuchły głośno, kiedy Harry odsunął się od niego i wstał, a jego oczy wyglądały jak szlifowane jadeity. Skorpiony pojawiły się pod kształtem ogromnych węży, które krążyły wokół ciała Harry'ego, a ich syczenie niemal zagłuszało jego słowa.
– Wiem, że to o mnie im chodzi. Wiem, że to pułapka na mnie, a nie na Adalrico. Mam to gdzieś. Idę tam. Muszę. Adalrico to mój przyjaciel i sojusznik, któremu złożyłem przysięgę sojuszu rodzinnego. – Zerknął na Elfridę Bulstrode, która siedziała blada i milcząca od chwili pojawienia się w gabinecie i której twarz była teraz już niemal mlecznobiała. Głos mu złagodniał. – Przykro mi, że to się przytrafiło właśnie pani, pani Bulstrode. Proszę wezwać wszystkich, którzy według pani mogliby nam w tym pomóc, ale to nie może zbyt długo zająć.
– Wiem – powiedziała Elfrida, która wyglądała, jakby już była gotowa wziąć się w garść, po czym pochyliła nad swoim nadgarstkiem.
Rufus ruszył po swoich aurorów i żeby nakazać zacieśnienie ochrony wokół Pharosa. Osobiście go przesłuchał z nadzieją, że może słowa innego świetlistego czarodzieja do niego przemówią. Nic nie pomagało. Pharos tylko ich wszystkich wyśmiał i od czasu do czasu wspominał, że jego zemsta wreszcie dobiegła końca.
Być może Rufus nie zdoła powstrzymać niewymownych przed pojawieniem się w pokoju i porwaniem go, jakby byli jakimiś przeklętymi wróżkami, ale z całą pewnością miał zamiar spróbować.
W dodatku był wdzięczny, że wolno mu było działać zgodnie z cichym, mroźnym gniewem, który w nim właśnie narastał. Kamień złożył przysięgę, po czym ją złamał, prawdopodobnie przez wzgląd na jakiś kruczek w prawach magii. Niewymowni buntowali się przeciw ideałom ministerstwa, przeciw jego bezpośredniej kontroli.
Z przyjemnością pomoże ich zniszczyć.
