Ostrzeżenie przed cliffhangerem.

Rozdział sześćdziesiąty piąty: Wyspy na morzu czasu

To był ból.

Adalrico wydawało się, że byłby w stanie wyjaśnić ból, gdyby ktoś go o to zapytał. To było zagięcie ostrza, dotknięcie trucizny, chłodne spojrzenie oceniające, czy kwas zadał już wystarczająco wiele obrażeń. Ale do tej pory znał go tylko z jednej strony. To on był ręką, która go zadawała.

A teraz czuł tę rękę na sobie.

Trzymali mu dłoń w czymś, co stopniowo pożerało mu palce. Ciecz bardzo delikatnie wirowała, kiedy miotał ręką jak rybą, ale metalowe okowy mocno trzymały ją w nadgarstku, przez co nie był w stanie się odsunąć, a ciecz statecznie go pożerała, oczyszczając kości z mięsa, rozdzierając je maleńkimi, haczykowatymi ząbkami.

A pod całą tą skórą, mięsem i kośćmi, kiedy już rozłupała i wyssała szpik, zaczęła się karmić jego magią.

Adalrico wiedział, że wyjdzie z tego znacznie osłabiony. Nie było takiej szansy, żeby do tego nie doszło. Ale chciał się dowiedzieć, czy w ogóle przyjdzie mu z tego wyjść cało, czy jeszcze kiedyś zobaczy żonę i córki. Statecznie płonąca na lewym przedramieniu blizna, którą niewymowni rozognili niczym pożar, zapewniała go, że tak, Harry przyjdzie po niego i tak, ponownie zobaczy światło słoneczne.

Ale jego bardziej racjonalna część, która wciąż istniała gdzieś za tym całym bólem i wyciem, szeptała że niewymownym zależało właśnie na Harrym. Adalrico był nagrodą jako taką; mogli badać jego Mroczny Znak, pobrać magię do napędzania dalszych eksperymentów. Ale Harry był znacznie potężniejszym od niego źródłem energii, w dodatku doszło do tego w naprawdę osobliwy sposób, co Adalrico ledwie rozumiał, kiedy Thomas starał się im to wytłumaczyć, ale było jakoś związane z blizną na jego czole. Bardziej zależało mu na nim, bo to na nim więcej skorzystają.

I to właśnie porwanie Adalrico go tu ściągnie, w dół i w dół ku tej ciemności i szaleństwu.

Tylko tyle zdążył pomyśleć, zanim ból stał się całym jego światem.


Harry zatrzymał się i poderwał głowę. Znajdowali się w korytarzu prowadzącym do Departamentu Tajemnic. Wyszli z wind i skierowali się do wąskiego holu o kamiennych ścianach, który wyglądał dokładnie jak wszystkie inne w ministerstwie. Ale ciche, delikatne wibracje magii wokół powiedziały Harry'emu, jak było naprawdę.

Pośród całej swojej furii poczuł ukłucie podziwu. Nic dziwnego, że Kamień tak długo unikał wykrycia. Ta część ministerstwa nie znajduje się nawet w tym samym świecie co reszta.

Wyczuwał to jako przesunięcie w bok, które pojawiło się między jednym krokiem a drugim, w krótkim, stworzonym przez Kamień przejściu – albo dzięki któremu w ogóle powstał, bo Harry nie był pewien, czy Kamień był zdolny do stworzenia sobie rąk i zrobienia czegokolwiek osobiście – a który łączył ministerstwo z miejscem bardzo do niego podobnym. Harry zauważył, że reszta drgnęła, jak tylko to poczuli. Hawthorn i Snape, Draco i Narcyza, Elfrida i Millicenta, Moody i Tonks, oraz dziesięciu aurorów, których Rufus zdołał zebrać w tak krótkim czasie. Wszyscy zauważyli, kiedy znaleźli się gdzie indziej, nawet jeśli nie byli pewni, co to może oznaczać.

– Uwaga – powiedział cicho Harry. – Magia może nie zachowywać się tutaj tak, jak jesteśmy do tego przyzwyczajeni.

Moody prychnął, a jego magiczne oko zawirowało. Harry zastanawiał się, czy tylko mu się wydawało, że poruszało się szybciej niż zazwyczaj.

– Naprawdę wydaje ci się, że potrzebujemy od ciebie ostrzeżenia, chłopcze?

Harry uśmiechnął się krzywo, nieco uspokojony. Zaraz potem spokój zniknął, ponownie zalany furią. Zauważył, jak Snape odchyla się od niego ze zmarszczonymi brwiami, a Draco nachylił, wąchając radośnie powietrze. Pozostali okazywali różne oznaki dyskomfortu.

– Kamień i tak nas oczekuje – powiedział cicho. – W miarę możliwości trzymajcie się blisko mnie. Możliwe, że nie będę miał czasu na szerokie rozłożenie tarcz w miarę potrzeby.

Harry'emu przyszło do głowy, że w tak wąskim korytarzu i tak nie mieliby innego wyjścia, ale ruszyli za nim w kierunku czarnych drzwi, znajdujących się na drugim końcu. Nikt nie wiedział, ile sal przyjdzie im minąć, jak tylko znajdą się w środku, a niektóre z pewnością okażą się na tyle wielkie, że Kamień będzie w stanie zaatakować ich z wielu stron jednocześnie.

Był czujny. Tylko dlatego je usłyszał.

Owady wlały się do korytarza, lśniąc srebrzyście niczym pajęczyna w kiepskim świetle. Harry podrzucił ręce, wznosząc pierwszą tarczę. Wypatrywał jednak oznak klątw, przed którymi przestrzegał ich Moody i zobaczył znajomy, czerwony poblask w tej samej chwili, w której Moody ryknął swoje ostrzeżenie.

– Rozwalą ci tarczę, chłopcze! Padnij!

Harry rozwiał tarczę i opadł na kolano, używając reszty swojej magii do przyciśnięcia sojuszników do ziemi i przeganiając owady dłonią stworzoną z czystej potęgi. Niektóre zostały odsunięte, wirując i wpadając na ściany ze wściekłym i brzęczącym klekotem. Ale większość nadciągała dalej, jakby niewidzialna dłoń w ogóle nie istniała. Rozstawiały coraz szerzej kończyny i otwierały szczęki.

Harry nie miał pojęcia, co by się stało, gdyby któryś dotknął jego sojuszników i nie miał zamiaru się o tym przekonywać. Ktoś, kogo kochał, już dla niego umierał, cierpiał przez niego. Wyobraził sobie, jak owady kują Dracona, albo gryzą Snape'a i powolna, płonąca moc wezbrała mu w gardle.

Była znajoma, ale ostatnim razem pojawiła się tak nagle, że Harry nie miał czasu się jej przyjrzeć. Teraz było inaczej i zobaczył jej czerwone skrzydła, rozłożone ponad własnymi plecami, jak rozprzestrzenia się, wychodząc mu z oczu, uszu i nosa.

Znikajcie, zażądał, myśląc tak głośno, że prawdopodobnie przyprawił tym Snape'a o migrenę. Przestańcie istnieć.

I przestały, owady rozmywały się w powietrzu jeden po drugim w ten sam sposób, w jaki Harry zmusił Greybacka do zniknięcia, kiedy spróbował zaatakować Dracona. Harry wstał w nastałej ciszy i kiwnął do Moody'ego, jedynego który był w stanie go teraz zobaczyć.

– Możemy iść dalej – powiedział. – Już ich nie ma.

– Pojawią się inne – przewidział Moody, ale wstał, obrzucając Harry'ego przeciągłym spojrzeniem, na który Harry nie miał teraz czasu. Jeśli stary auror chciał się go bać, to proszę bardzo. Harry miał zamiar uratować Adalrico. Ruszył przed siebie, a Draco, Snape i Millicenta z niepokojem poszli za nim.

Nic innego nie czekało na nich w tym korytarzu. Harry dotknął czarnych drzwi i poczuł tętniącą za nimi magię. Nagle nabrał wątpliwości co do dokładności map Departamentu Tajemnic, które otrzymali od Scrimgeoura.

Nabrał głęboko tchu, uśmiechnął się ponuro na wspomnienie żartu ministra o „pozostawaniu na linii frontu" – czym tak naprawdę było przygotowanie reszty ministerstwa na najgorsze, gdyby Harry przegrał z Kamieniem – po czym otworzył drzwi na oścież.

Mapy okazały się dokładne. Przed nimi znajdował się pokój z wypolerowaną, niebieską podłogą o odcieniu tak głębokim, że Harry niemal odniósł wrażenie, że wchodzą do basenu. Na ścianach wisiały migoczące światła świec, równie błękitne co sam ocean. Sala była okrągła i wszędzie wokół nich znajdowały się czarne drzwi. Harry miał wrażenie, że gdyby je policzył, okazałoby się, że jest ich dwanaście.

– Za mną – powiedział, co było jedynym ostrzeżeniem, jakie był w stanie im zaoferować. Jego magiczne zmysły rozciągały się przed nim niczym rysie wąsy, ale nie był w stanie niczego wyczuć. Od tego, oczywiście, tylko nabrał przekonania, że pułapki znajdują się zaraz za jego zasięgiem. Ruszył przed siebie i usłyszał, jak pozostali praktycznie następują mu na pięty. Millicenta jako jedyna spróbowała go wyprzedzić i Harry wyciągnął rękę w bok, żeby ją przed tym powstrzymać. Zerknęła na jego twarz i zrozumiała.

Jak tylko wszyscy znaleźli się w środku, czarne drzwi zamknęły się za nimi. Harry wstrzymał oddech, zastanawiając się, czy to podziała tak, jak Scrimgeour im mówił…

Tak. Pokój zaczął się kręcić, coraz szybciej i szybciej, póki Harry'ego nie zaczęło korcić, żeby zamknąć oczy, bo groziło mu zwymiotowanie. Nie pozwolił sobie jednak na to i w dalszym ciągu przyglądał się tańczącym drzwiom. Adalrico pewnie znosił w tej chwili coś znacznie gorszego. Skoro jego sojusznik był w stanie to znieść, to Harry też.

Wreszcie obroty zwolniły i zatrzymały się. Harry ruszył ku drzwiom, znajdującym się dokładnie przed nim i przycisnął je swoją magią. Jedno pchnięcie, jego pociągnięcie i drzwi uchyliły się łagodnie. Harry przycisnął je magią do ściany błękitnego pokoju, bo wciąż nie miał odwagi dotknąć tego drewna. Drzwi łupnęły głucho, co nie byłoby dźwiękiem, które byłyby w stanie wydać, gdyby ktoś się za nimi krył. W samym pokoju Harry widział tylko ciemności.

No i cóż. Słyszał też coś… szepty. Niewidzialna lina wystrzeliła z pomieszczenia, zawiązała wokół jego pasa i wciągnęłaby go do środka, gdyby Harry nie oparł się za pomocą własnej siły. Magia wycofała się przed nim z syknięciem. Harry odetchnął i obejrzał się przez ramię.

– Moody, wiesz może co to za miejsce? – wyszeptał.

– To musi być Pokój Śmierci. – Magiczne oko Moody'ego kręciło się niczym bączek. – Nie ma w nim niczego poza zasłoną, chłopcze.

– Jaką zasłoną? – Harry obrócił się i ponownie zaczął nasłuchiwać szeptów. Ciężko było je rozróżnić między sobą, ale był niemal pewny, że usłyszał pośród nich głos Syriusza, syknięcie Sylarany i trel Fawkesa. Zadrżał.

– Ta zasłona wiedzie… do jakiegoś innego miejsca. – Moody pokręcił głową. – Z tego co mi wiadomo, nie jest niczym w rodzaju tego całego Kamienia, ale za nią znajduje się miejsce wyłącznie dla zmarłych. – Przez chwilę przyglądał się uważnie Harry'emu, po czym krzyknął tak ostro, że Harry podskoczył. – Zamknij drzwi, chłopcze!

Harry zorientował się, że minął stopą próg. Zaparł się, nabierając głęboko tchu i opierając za pomocą magii. Nie było to łatwe. Coś w nim walczyło przeciw zamykaniu, coś pragnęło rzucić się przed siebie, myślało o zasłonie jak o starym materiale, który tak łatwo minąć, a gdzie wreszcie zaznałby spokoju i znalazł starych przyjaciół.

Ale to żywi cię teraz potrzebują. Z wysiłkiem i głośnym kliknięciem zamknął drzwi. Spodziewał się, że pokój znowu zacznie wirować, ale tak się nie stało, więc tym razem Harry przymknął oczy i dotknął blizny na lewym przedramieniu.

Zajaśniała i teraz, kiedy Harry o tym pomyślał, był w stanie wyczuć odległy pociąg dochodzący od drzwi po prawej. Obrócił się w tym kierunku i pozostali ruszyli za nim, tym razem posłusznie pilnując jego tarcz. Harry obejrzał się przez ramię i posłał im szybki uśmiech.

– Nie wiem, co znajdziemy po drugiej stronie, ale i tak jestem wam wdzięczny, że zaszliście ze mną tak daleko – powiedział.

Następnie spojrzał na drzwi i poczuł jak magia Millicenty wzbija się obok niego, ciężka, mroczna i potężna, lustrzane odbicie jej ojca, podczas gdy po lewej wyczuł magię Dracona, szybką i zwinną niczym lisa.

Z jego blizny spłynęła na podłogę kropla krwi.

Harry otworzył drzwi.

Pokój wokół nich zachybotał. Harry poleciał chwiejnie przed siebie, a pozostali potknęli się i polecieli za nim, rozpaczliwie starając się złapać równowagę. Pod nimi lśniło srebro i zieleń, przez co pierwszą, nieco szaloną myślą Harry'ego było, że oto spadają na najpotężniejszy na świecie, ślizgoński koc.

Ale nie, był w stanie rozróżnić rozmyte kształty, niczym drzewa i cienkie, srebrzyste nici, niczym strumienie, a potem dotarło do niego, że stali na skraju rozległego, szarego klifu. Nagle wyczuł przemieszczający się pod nimi umysł, dzięki czemu zorientował się, że otwarte przed chwilą drzwi doprowadziły ich prosto na szczyt Kamienia.

A potem Kamień złapał go i wyciągnął z tego świata, z tego ciała, wprost na ścieżki znajdujące się po drugiej stronie magii.


Draco zawył, kiedy Harry zniknął, ale musiał stawić czoła nadciągającym wrogom, ciemnym ptaszyskom o metalicznie lśniących ciałach i wyłożonych klejnotami dziobach. Wirowały po zielono-srebrnym niebie, wylatywały zza klifu, zdawały się pochodzić zewsząd i znikąd jednocześnie; Draconowi zaczęło się kręcić od tego w głowie, jakby głowa mu się odczepiła od ciała i spadła w przestrzeń.

Cisnął klątwę i usłyszał ludzki wrzask bólu. Zaraz potem diamentowe pazury zahaczyły mu o ramię, więc opadł w kierunku, który uważał za ziemię, uczepiając się Kamienia. Poczuł jednak jego poruszenie pod nogami i upomniał się, że nie powinien ufać temu, na czym stoi.

Zamknął oczy i sięgnął ku jednemu darowi, który nie mógł go tu zawieść, przynajmniej tak długo jak ptaki miały jakiekolwiek umysły. Skoczył.

Znalazł się w chłodnej, płytkiej kałuży myśli, niesiony uderzającymi ciężko, zrobionymi z brązu skrzydłami, lecący w prostej linii między zakrzywionymi lustrami, a jego dziób właśnie otwierał się, żeby przeorać twarz matki.

Przejął kontrolę i zmusił go do zderzenia z innym ptakiem, odciągając oba od Narcyzy. W tej formie widział wszystko jak należy i wiedział, gdzie jest góra, a gdzie dół, więc obrócił się i pomknął z dala od Kamienia, machając szybko skrzydłami i skrzecząc głośno. Byłby w stanie wszystkich stąd wyprowadzić, gdyby tylko na niego spojrzeli, ale żadne nie było w stanie zaufać własnym oczom, czy poświęcić uwagę czemukolwiek poza walką; nadciągały kolejne ptaki.

Draco zanurkował w umyśle ptaszyska w poszukiwaniu odpowiedzi. Nie pozwalał sobie na myśl, że jego dar opętania nie zdoła w takiej sytuacji znaleźć jakiegoś rozwiązania, bo ono musiało gdzieś istnieć i on je znajdzie.

I oto było, jakby jego pragnienie zaciągnęło go idealnie we właściwym kierunku. Zaraz przed nim znajdowała się bulgocząca kałuża ptasiego umysłu, nad którą rozciągała się nić, wiążąca się z innymi w ogromną pajęczynę i łącząca go z innymi umysłami. Kamień musiał kontrolować tylko jednego, by móc rozkazywać całemu stadu, a jego świadomość przeskakiwała po równo między nimi wszystkimi, niczym inteligencja roju Wielu. Nie istniał żaden centralny umysł. Przemieszczał się i zmieniał wraz z rozkazami Kamienia.

Draco jeszcze nigdy nie musiał tak szybko opętać tak wielu umysłów na raz.

Kiedy tak patrzył wzdłuż tych połączeń doszedł do wniosku, że powinien naprawdę szybko się tego nauczyć, po czym rzucił się w głąb sieci.


Harry znalazł się w pokręconym, choć osobliwie pięknym krajobrazie. Przykucnął pod kątem, podrywając głowę i rozsyłając wszędzie wokół swoją magię, żeby oczyściła powietrze i wyrównała poziomy płynów w jego głowie, dzięki czemu zdołał odzyskać jako taki zmysł równowagi.

Stał pośrodku szerokiej drogi, wyściełanej czarnym żwirem, którego kamyczki przesuwały mu się lekko pod stopami. Dla jego cielistej dłoni wydawały się chłodne, ale dla srebrnej były niczym rozżarzone węgle. Ponad nim znajdował się lśniący spód srebrzystej drogi, a po każdej ze stron rozciągały się pokręcone ścieżki złota, fioletu, kolejnych czarnych, albo ciemnoszarych i niezwykle jasno-białych. Znajdował się pośród przeróżnych pomostów, a magia wokół niego oddychała głęboko od znajdujących się w niej powieści o śnie, magii Światła tak potężnej jak ta podczas letniego przesilenia, albo Mroku tak silnej jak ta zebrana w czasie Walpurgi.

– Tu jestem.

Harry obrócił się szybko. Przed nim unosił się szary sześcian, iluzja lub reprezentacja Kamienia.

Harry nie zaatakował go z miejsca swoim darem absorbere, mimo że miał straszną na to ochotę. Wiedział, że Kamień był na to odporny, podobnie jak na całą magię. Stawało się też coraz bardziej oczywiste, że znakomicie potrafił manipulować magią wokół siebie.

– Chcę odzyskać Adalrico – powiedział statecznie. – Oddaj mi go i to w całości, to może cię nie zniszczę.

– Jesteś zły, co? – Kamień brzmiał na zainteresowanego, jakby Harry był jakąś ciekawostką, którą powinno się badać. Iluzja przechyliła się i podpłynęła, po czym przeleciała przez głowę Harry'ego. Wzdrygnął się, ale niczego od niej nie poczuł, nawet chłodu, czy ostrych krańców. Po prostu tam była i przez chwilę zajmowała dokładnie tę samą przestrzeń co jego głowa.

– Oczywiście, że jestem zły – powiedział Harry, ściągając wokół siebie magię niczym potężne łańcuchy, gotowe do wyskoczenia, jak tylko znajdą sobie cel. – Już to o mnie wiedziałeś. Zabrałeś mi sojusznika właśnie po to, żeby mnie tu ściągnąć. A teraz mi go oddaj.

Kilka ścieżek zagrzechotało od mocy jego głosu. Kamień zareagował z lekkim rozbawieniem.

– Wiedziałem, że będziesz wściekły, ale nie że do tego stopnia.

Milczał przez chwilę, więc Harry obrócił lekko głowę, wciąż mając iluzję na oku. Poniekąd chciał zapytać, gdzie właściwie się znajdują, ale właściwie to sam się tego domyślał. Wystarczyło się zastanowić. To właśnie były ścieżki, które przelotnie zobaczył w poprzednie zimowe przesilenie, kiedy stawiał się dzikiemu Mrokowi, otwierając we własnym ciele bramę dla gryfa Światła. Tu właśnie leżały wszystkie tajemnice, dla których poświęciło się tak wielu Panów i Pań, niezbadany kraj, w który wkraczali, kiedy uznali, że ich rola na świecie dobiegła końca, albo kiedy już nie byli w stanie dłużej opierać się nawoływaniu Mroku lub Światła.

Nawet Harry je słyszał, naciskające mu na same krańce świadomości, zachęcające do opuszczenia barier i zjednoczenia z otaczającą go magią. Przecież nic lepszego go już nie spotka. Mógłby zaznać wszelkich przyjemności, a jego trudy dobiegłyby końca. Wreszcie mógłby zaprzestać poświęceń. Przecież tego właśnie chciał, prawda? Na to zasługiwał.

Harry zaśmiał się. Lily była bardziej przekonująca od was, a oduczyła mnie nawet akceptowania przyjemności, pomyślał w kierunku ścieżek, które poodskakiwały od niego, niczym ranne jelenie.

– Tak – odezwał się nagle Kamień. – Obecnie znajdujesz się poza czasem. To znaczy, że wreszcie uda mi się ustalić twoje znaczenie w tej erze. Prędzej czy później odkryję wszystkie twoje tajemnice, ale obecnie właśnie ta najbardziej mnie interesuje. – Następnie sięgnął ku niemu i rozerwał go.

Harry zawył z bólu, podrywając ręce by ochronić głowę, a jego magia skakała wszędzie, odbijając się nieszczęśliwie od nieskończonej ochrony, jaką miał przed nią Kamień.

I wówczas coś jeszcze ryknęło niczym spuszczony ze smyczy smok i tym razem to Kamień zawył.


Snape momentalnie zamknął oczy, jak tylko zorientował się, że nie był w stanie się przez nie skupić. W czasach swojej służby Voldemortowi zdążył wyćwiczyć się w walce na ślepo, a przynajmniej ptaki wydawały z siebie względnie stateczne skrzeczenie, co ułatwiało ich lokalizację. Wycelował różdżką i rzucił klątwę tnącą, po czym usłyszał jak skrzydła oddzielają się od ciała i cała trójka leci przez chwilę, po czym ląduje z ogłuszającym hukiem. Nie ośmielił się otworzyć oczu w uciesze. Przykląkł, żeby ochronić najbliższą sobie osobę – chyba Millicentę.

Nie śmiał też myśleć o Harrym. Musiał ufać, że Harry wiedział co robić i na swój sposób będzie w stanie stoczyć bardziej wyrównaną walkę z Kamieniem od dowolnego z nich. Jeśli nie będzie tak myślał, to równie dobrze mógłby złamać swoją różdżkę w pół i zrzucić się z przerażająco wysokiego klifu Kamienia.

Kiedy jednak zamknął oczy i widoki wokół przestały przysparzać go o zawroty głowy, zaczął słyszeć coś jeszcze. Brzmiało to jak rzężenie mugolskiego samochodu. To był głaz pod ich stopami – który niezmiennie pozostawał pod ich stopami, nawet kiedy na to nie wyglądało – i coś z niego statecznie wznosiło się im na spotkanie.

Snape otworzył swoje baseny oklumencyjne, chroniąc, zasłaniając i dzieląc swoje myśli. Wezwał furię, wywołaną przerażeniem, że Harry znajdował się w niebezpieczeństwie, po czym zmusił się do myślenia o czymkolwiek poza ratowaniem Harry'ego. Rozłożył wokół wszystkich swoją bezróżdżkową magię, uskrzydloną, zjeżoną i okrutną, gotową do działania jak sieć i przechwycenia czegokolwiek, co Kamień właśnie starał się wysłać w ich kierunku. Poza Harrym był tu najpotężniejszy. Chronienie wszystkich było jego obowiązkiem.

Usłyszał, jak skrzeczenie ptaków zmienia się nagle i niemal otworzył przez to oczy. Zamiast tego skupił się tym bardziej na rzężeniu.

Blisko.

Bliżej.

Coraz bliżej.

I wtedy Kamień otworzył się pod nimi, ciskając w otchłań, a Snape rozłożył swoją magię niczym skrzydła, rozpostarł ją i wyzwolił z jednym tylko rozkazem: Przytrzymaj.


Harry nie pojmował, co się działo. Wszędzie wokół niego unosił się oszałamiający, biały, pozbawiony cieni blask, jaśniejszy od najjaśniejszej błyskawicy, przebijający mu powieki i pokazujący zmienne i niezmienne odcienie przyciśniętych do nich palców. Kamień zawył, smok zaryczał, a coś porwało Harry'ego za kostki, wywróciło i pociągnęło za sobą w przestrzeń.

Błyskawica zgasła. Harry i tak odczekał jeszcze kilka chwil, bo tak bardzo nabrał przekonania, że inaczej straci wzrok.

Kiedy znowu mógł widzieć, był w stanie tylko się gapić.

Unosił się w kompletnie odmiennym rodzaju oszołomienia. Wydawało mu się, że ono nie przysłaniało ścieżek Mroku i Światła, po prostu je tłumiło. Ten blask był niczym ogromne, ostre nożyce, w których Harry odbijał się na jednym ostrzu, a Kamień w drugim. Ale tylko ze strony Harry'ego rozpościerały się kłęby lin.

Harry spojrzał na nie. Jedna rozwijała się niczym nić miodu z jego czoła, po czym rozciągała przed nim w szeroki tunel. Kiedy Harry obrócił głowę, zobaczył zamarznięty w niej kształt ptaka. A może było to wiele ptaków, zmierzających pośpiesznie między nim a jakimś odległym punktem? Bez względu na to, które z tych stwierdzeń było prawdziwe – bo może oba były jednocześnie – nie potrzebował, żeby Thomas mu teraz wyjaśniał, że to właśnie była reprezentacja więzi między nim i Voldemortem, którą stworzyła tamta noc w Dolinie Godryka.

Ale to było dziwne. Zawsze wyobrażał sobie ten tunel jako prosty. Zamiast tego był zagięty, niemal jak łokieć. Harry niemal dochodził do wniosku, że jakieś kolejne zagięcie wypełniłoby ten kształt i nadało mu więcej sensu, ale nie miał pojęcia, co to może oznaczać, a inne sprawy i tak już odwracały jego uwagę.

Pod stopami miał kolejną miodową linę, tym razem owiniętą wokół siebie. Kiedy Harry przyjrzał jej się uważnie, zobaczył biegnące przez nie psy i niewielkie, szare, cieniste postacie, które przypominały mu dementorów.

Druga przepowiednia Trelawney. Dotyczyła śmierci Syriusza i wypuszczenia dementorów na wolność.

Harry przełknął ślinę. Ponownie spojrzał na doczepioną do czoła linę – pierwszą przepowiednię, która ogłaszała go wybrańcem zdolnym do pokonania Voldemorta – i spuścił wzrok na drugą. Wiedział, że gdzieś znajdzie jeszcze jedną, oznaczającą trzecią zagadkę Trelawney, w której, jak się Harry'emu wydawało, przepowiedziała że Harry pokona jeszcze dwóch Mrocznych Panów.

I oto i ona, rozciągnięta wszędzie wokół, przeskakująca po jego ciele i owinięta wokół białego ostrza nożyczek, tak mocno złączona i związana z pierwszą przepowiednią, że Harry wręcz był w stanie i w niej zobaczyć lecące ptaki. Wziął głęboki oddech i potrząsnął głową, pojmując wreszcie jaka potęga przyszła mu na ratunek.

To był sam Czas. Harry okazał się być elementem już trzech przepowiedni, a przepowiednie to żywe stworzenia, zdolne do zmian i adaptacji. Dwie wciąż starały się spełnić. Nie spodobało im się, że Kamień spróbował obedrzeć go z Czasu. Harry był już wystarczająco pochwycony w labirynt wszystkiego, co się wydarzyło i co jeszcze miało nastąpić. Wokół niego po prostu nie było już miejsca na interferencję Kamienia.

Zaśmiał się, oglądając w kierunku iluzji szarego sześcianu, który wciąż cierpiał od przetaczających się przez niego fal we wszystkich możliwych kolorach sińców, i nagle śmiech ugrzązł mu w gardle.

Za Kamieniem unosiła się kolejna lina, tym razem już nie w kolorze miodu, lecz ciemnej zieleni, w której unosiły się złote drobiny. Na tych zwojach, ze wzrokiem wbitym w niego, siedział czarny, szczupły pies gończy Śmierci.

Nadciągała czwarta przepowiednia. Wnioskując z koloru, okaże się mroczna i Mroczna. Harry przełknął ślinę i rozpaczliwie miał nadzieję, że ta już okaże się ostatnią w jego życiu. Naprawdę nie podobała mu się idea poddania trzem przepowiedniom na raz.

Ostatnia, jaką przyjdzie mi przeżyć. Może to o to chodzi? Może przyczajona na niej Śmierć oznacza mój własny koniec? A może chodzi o horkruksy?

Z tej odległości nie dało się tego określić, podobnie jak wycenić, kiedy w ogóle przyjdzie mu poznać tę przepowiednię. Harry jednak nie sądził, żeby zostało mu do niej wiele czasu. Nie wiedział, czy powinno mu ulżyć na tę myśl – bo oznaczałoby to, że wojna z Voldemortem jednak nie potrwa długo – czy też nie.

Ciało mu lśniło, więc poświęcił mu wreszcie nieco uwagi, po czym zamrugał. Nosił na sobie też inne znamiona minionego czasu, nie tylko bliznę na czole. Błyszczał na nim odcisk w kształcie feniksa, z dziobem zaczynającym się na jego gardle, a ciałem ciągnącym się przez tors, w dodatku na każdym wolnym skrawku skóry miał złoto-białe zygzaki. Po przyjrzeniu się tym niekończącym zakrętom, Harry doszedł do wniosku, że to musiało oznaczać Labirynt. Przeszedł przez niego, a przecież też znajdował się wtedy, na swój sposób, poza czasem, w dodatku sam Labirynt również pochodził z innego świata, zupełnie jak Kamień. Naznaczył go, podobnie jak dar Fawkesa.

Interesujący jesteś.

Harry szybko poderwał wzrok z powrotem na Kamień. W jego głosie wciąż było słychać ból, ale teraz wyraźnie coraz bardziej przeważał w nim podziw.

– Jesteś naznaczony, pobliźniony i rozszarpany przez czas, spętany przyszłością i zapisany jako element poświęcenia potrzebnego do zyskania nieśmiertelności, a poprzez ciebie Tom Riddle też został naznaczony i rozszarpany przez czas – powiedział Kamień. – No i trzeci. Gdzie on jest? W twojej aurze jest na niego miejsce, jakby dla gościa, a mimo to nie ma go przy tobie.

– Nie mam pojęcia, o co ci chodzi – powiedział Harry, który już zaczął po cichu zbierać i zarzucać wokół swoją magią.

– To nie ma znaczenia – wyszeptał Kamień. – Mógłbym spędzić całe stulecia na badaniu tego, ustalaniu związków między wszystkimi dziwnymi zbiegami okoliczności, dzięki którym do nich doszło. Ależ z ciebie dziecko Czasu. Naprawdę mu się nie spodobało, że cię zaczepiłem. No trudno. Zostawię cię w spokoju, teraz na pewno nie mogę interweniować. Pozwolę ci zająć się sobą i zamiast tego zacznę badać twoje życie. Zarówno wprzód, jak i w tył mam tyle materiału, że nauczę się z tego znacznie więcej, niż gdybym nakazał ci pozostanie tu ze mną.

– Oddaj mi Adalrico – powiedział Harry. Podziw stłumił jego furię, ale nie ograniczył jej, przez co teraz krążyła wokół, jakby na smyczy, gotowa uderzyć w dowolny słaby punkt Kamienia.

– Nie mogę – powiedział Kamień. – Korzystam z niego. Jego magia napędza moje eksperymenty. Jestem gotów zawrzeć pokój między nami. Nie odbiorę ci już więcej sojuszników. Ale zwrócić ci mogę jedynie jego martwe ciało.

– Zła odpowiedź – powiedział cicho Harry, po czym sięgnął w bok, przebijając się magią przez senny świat Mroku i Światła, przeskakując nią poprzez i między ścieżkami, i uderzył wprost w niewymownych, życząc sobie ich śmierci.

Już kiedyś tak zrobił. Wówczas miało to miejsce nad jeziorem, wywołane siecią, której nie był w stanie zniszczyć i wykrzyczał te słowa w zaciszu własnej głowy, kiedy łzy ciekły mu po twarzy. Teraz wykrzykiwał je na głos, a zaraz za falą magii, która powalała niewymownych, jego wrogów, posłał jeszcze swój dar absorbere.

Adsulto cordis! Adsulto cordis! Adsulto cordis!

Umierali na zawały serc, a ich magia, która zwykle momentalnie zostałaby przekazywana do napędzania eksperymentów Kamienia, tonęła w jego gardzieli. Harry przyciągnął ją do siebie, pozwalając swojemu darowi zamknąć się, kiedy już nie był w stanie więcej wchłonąć i musiał rozpocząć trawienie. Po raz pierwszy powitał tę dodatkową siłę, porządnie się wzmacniając. Skoro Kamień nie chciał go słuchać i wolał z nim walczyć, zamiast ratować swoich bliskich, to Harry'emu przyda się wszelka siła na przeżycie nadciągającej bitwy.

Kamień zakwilił, co było żałosnym dźwiękiem. Harry nie sądził, żeby tak naprawdę zależało mu na niewymownych, ale należeli do niego, więc przynajmniej teraz mógł zabrzmieć jak dziecko, któremu jest przykro, bo ukradziono mu zabawki.

Czekał w milczeniu, podczas gdy moc rozrastała się wokół niego niczym wzburzona woda, więc zaczął znowu ją zbierać i zarzucać tym niszczycielskim łańcuchem, który łączył w sobie moc zniszczenia i węża chłonącego magię. Był potężniejszy niż wcześniej. Dodatkowa siła wcale nie zmieniła go tak bardzo, jak mu się to zawsze wydawało. Połykanie magii i zachowywanie jej dla siebie, zamiast wykorzystywania na potrzeby innych, nie skaziło go, przemieniając w potwora. Powoli zaczynał się zastanawiać, jakim cudem w ogóle uwierzył, że może do tego dojść.

Nie było mu też jakoś szczególnie żal zabijanych niewymownych. Służyli Kamieniowi, byli mu zaprzysięgli, niepodważalnie wierni. Czuł w sobie umierające echa ich więzi z nim i w porównaniu do nich niewola, którą Voldemort rozpoczynał narzucaniem Mrocznego Znaku, przypominała zwykły kordonek. Niewymowni nie poddaliby się nawet w ramach ratowania własnego życia, nie oddaliby mu Adalrico i wyłącznie poniesienie własnych strat może przekonać Kamień do oddania mu sojusznika.

Byli ludźmi. A on ich zabijał. Harry wziął kilka głębokich oddechów, przyglądając się Kamieniowi bardziej basenami swojej magii, niż oczami. Będzie musiał porozmawiać potem z Josephem i upewnić się, że nie wydarło mu to znowu czegoś w duszy. Ale to była bitwa, to była wojna i jeśli nie będzie w stanie jej znieść – zarówno zabijania ludzi, którzy nigdy nie byliby dla niego czymkolwiek poza wrogami, jak i uznawania ich ludzkości mimo wszystko – to w ogóle nie powinien brać w niej udziału.

– Bierz go sobie – wyszeptał Kamień.

Harry nie odetchnął z ulgą, ponieważ osłabiłoby to prezentowane właśnie przez niego wrażenie niewzruszonej potęgi.

– Całego i zdrowego na magii i na ciele – powiedział z uporem.

– Całego i zdrowego na magii i na ciele. – Kamień nachylił jeden z rogów, co pewnie miało oznaczać potulne kiwnięcie głową.

– I nigdy więcej nie będziesz się wtrącał w moje życie i odbierał mi żadnych sojuszników.

– Przecież już powiedziałem, że tego nie zrobię. – Kamień brzmiał na lekko zaskoczonego. – Jesteś zbyt fascynujący.

– I zostawisz ministerstwo i czarodziejski świat w spokoju.

Tym razem Kamień wahał się nad odpowiedzią, więc Harry bez słowa sięgnął ku niewymownej i zaczął osuszać ją z magii.

– Zostawię ministerstwo i czarodziejski świat w spokoju – powiedział szybko Kamień.

Harry puścił niewymowną. Miał nadzieję, że nie zdążył zrobić z niej charłaczki, ale powstrzymał się przed sprawdzeniem. Przecież powinien się teraz przejmować losem Adalrico.

– W takim razie przywróć mnie do normalnego świata – powiedział.

Minęła dłuższa chwila, po której Kamień odezwał się znacznie bardziej zdumionym głosem, niż do tej pory:

– Wygląda na to, że ktoś mi na to nie pozwala.


Draco skakał z jednego ptasiego umysłu na drugi, muskając tylko ich kałuże, nim nie musiał lecieć dalej. W każdym umyśle pozostawił po sobie taką samą wskazówkę, starając się nadać jej kształt ich własnych myśli, by uznały, że same na to wpadły. Za każdym razem przebijał się przez powierzchnię, pozostawiając po sobie zmarszczki na wodzie, żeby rozkaz wzmacniał się sam i stopniowo rozprzestrzeniał na wszystkich wokół poprzez łączące stado więzi.

Uratuj ich.

Stado zawróciło i opadło, zanim Draco zdążył wskoczyć do wszystkich. Zaklął szpetnie, mimo że nawet nie miał jak tego wyrazić. Miał nadzieję, że nie zrobili tego, bo Kamień zauważył jego wysiłki i postanowił go powstrzymać. Wyjrzał przez jedną z par topazowych oczu.

Zobaczył najlepsze, na co mógł w tej chwili mieć nadzieję. Klif, na którym walczyła jego matka, profesor Snape i pozostali, pękł nagle i wszyscy zawisnęli ponad otchłanią na świetlistych niciach nie grubszych od alg. Blada twarz profesora Snape'a tłumaczyła, skąd się ta sieć wzięła.

Ptaki jednak chwytały łagodnie szponami ludzi, którzy jeszcze przed chwilą mieli być ich zdobyczą, po czym leciały z nimi w kierunku innej części klifu. Draco odczekał tylko do chwili, w której upewnił się, że jego matka znajduje się w bezpiecznym miejscu i zobaczył jak ptaki niosą jego bezwładne ciało, po czym skoczył po raz ostatni, wracając do domu.

Westchnął, otwierając oczy, po czym stęknął z niezadowoleniem, bo jeden ze szponów zaciskał się na nim mocno, co było nieprzyjemne, a łoskot metalowych skrzydeł był wręcz ogłuszający. Usiadł, kiedy ptak odstawił go na ziemię i momentalnie został pochwycony w objęcia matki. Stado po raz ostatni zatoczyło wokół nich krąg, po czym podzieliło się; połowa wróciła do świata luster, który stopniowo robił się coraz mniej oszałamiający, podczas gdy reszta została w pobliżu, strzegąc ich. Draco miał nadzieję, że pierwsza połowa skoczyła po jakieś przekąski i coś do picia, bo to byłoby naprawdę wykorzystanie rozkazu „uratuj ich", po czym pozwolił, by głowa opadła mu na ramię matki.

– Znowu nas uratowałeś – wyszeptała mu na ucho.

– Chyba profesor Snape mi w tym pomógł – powiedział Draco, po czym zamrugał i rozejrzał się. – Czy ktoś widział gdzieś Harry'ego?

Narcyza pokręciła z niepokojem głową.

I wtedy wszyscy, od Dracona po najsłabszego aurora, wyczuli potężną falę magii.


Harry wciągnął z zaskoczeniem powietrze, kiedy uderzyło w niego coś niewidocznego. Wymiar Czasu zamigotał i zniknął, a Harry zachwiał się, bo już nie wspierały go ogromne nożyce, już nie widział potężnego śladu po feniksie, albo znamienia Labiryntu, czy owijających się wokół niego przepowiedni. Poderwał głowę i odkrył, że ponownie znalazł się na czarnej ścieżce, podczas gdy wokół unosiły się przeróżne pomosty, mknące wszystkich możliwych kierunkach. Iluzja Kamienia zniknęła wraz z Czasem.

Kto…

Kształt zapikował wprost na niego, po grzbiecie przebiegała mu lśniąca fala potęgi, a Harry przypomniał sobie, który z jego wrogów czuł się jak u siebie, w tym kraju dziwnych i tajemniczych ścieżek, kraju między Mrokiem i Światłem. Owinął się magią i zaczął machać częścią niej niczym łańcuchem, szykując na ponownie starcie z Falco.