Rozdział sześćdziesiąty szósty: Opór
Falco miał w głowie wizję. Uformowała się w chwili, w której wyczuł jak Harry zostaje wyrwany ze świata czarodziejów i postawiony pomiędzy ścieżkami, w miejscu w które Falco zwykle udawał się, by rozważyć swoje opcje i nauczyć się więcej o magii Mroku. Być może jednak uda się rozwiązać ich konflikt bez niezliczonych bitew. Ma szansę wygrać od razu, jeśli skupi swój atak na największej słabości Harry'ego.
Leciał między ścieżkami, kiedy Harry rozmawiał z Kamieniem, owijając się przy okazji w przepowiednię, zbierając magię, za którą ukryje swoje prawdziwe zamiary. Sama pułapka była ważniejsza i cięższa do splecenia od zaklęcia, które uderzy w kruche elementy umysłu Harry'ego. Harry musiał przede wszystkim nabrać przekonania, że Falco naprawdę miał zamiar uderzyć go szarą falą swojej potęgi.
Wreszcie przygotował się jak należy. Piana wzbijała mu się ponad ramionami, tryskając poza krawędź skrzydeł, które teraz wyglądały na połączenie bielikowych z testralowymi; komunikacja z Mrokiem nauczyła go wiele o zagrożeniach i cudach związanych z innymi rodzajami zmian kształtu.
Zawrócił i opadł na Harry'ego, ciągnąc za sobą falę potęgi, przemykając drzwiami, które Kamień usiłował otworzyć, żeby odesłać Harry'ego z powrotem do domu. Kamień był w stanie przeciąć się przez bariery dzięki temu, czym tak naprawdę był, istotą odporną na wszelką magię, której sama nie akceptowała. Ale Falco miał pod tym względem więcej doświadczenia, ponieważ spędzał czas na uwodzeniu dwóch potęg, przez co bez trudu zamknął tę niewielką szramę, którą otworzył Kamień.
Harry wyleciał z powrotem do świata ścieżek, dzięki czemu Czas poluźnił na nim swój uchwyt, a przepowiednie musiały się wycofać.
Wtedy właśnie Falco skoczył na niego, chowając w swojej fali broń, która unosiła się za nim niczym ukryty w dłoni sztylet.
Draco przygryzł wargę, znosząc tę eksplozję, czy też zderzenie, które przebiegało po nim. W uszach mu dzwoniło, a krew szybciej popłynęła z lekkiego nacięcia na ramieniu. Odsunął się od Narcyzy, jak tylko wszystko się uspokoiło, po czym poderwał na nogi i rozejrzał.
Powinien być w stanie wyczuć, w którym kierunku znajdował się Harry. A przynajmniej miał wrażenie, że powinien mieć już taką zdolność, biorąc pod uwagę ich więź stworzoną w rytuale zaręczynowym i bransoletę świstoklikową. Dotknął teraz bransolety i zapytał w myślach o stan Harry'ego. Harry zaczarował ją, żeby informowała Dracona o takich sprawach, oraz by przeniosła go do niego na wszelką odległość, o ile po drodze nie znajdą się jakieś potężne osłony.
W szoku i bólu, odezwał się w głowie bezbarwny głos bransolety.
Draco potrząsnął głową, ponownie przygryzł wargę i zorientował się nagle, że przygląda mu się większość zebranych wokół ludzi. Jedynym wyjątkiem był Snape, który ściągnął swoją magię z powrotem i wyglądał na rozdartego między padnięciem z wycieńczenia, a ruszeniem Harry'emu na pomoc.
– Czy wie pan może, gdzie on jest, panie Malfoy? – Głos Hawthorn Parkinson był niezwykle uprzejmy.
Millicenty już mniej.
– Gdzie mój ojciec?
– Tego nie wiem – powiedział Draco nieobecnym głosem. Obrócił bransoletę na nadgarstku, zastanawiając się, czy nie powinien udać się do Harry'ego. Chciał tego, cholera jasna, ale po drodze niemal na pewno znalazłyby się jakieś osłony, zarówno stworzone przez niewymownych, jak i Kamień. Kopnął zawistnie głaz pod swoimi stopami, ale nie otrzymał żadnej reakcji. – Ale Harry wciąż żyje, nawet jeśli znajduje się w szoku. – Podniósł rękę, pozwalając światłu zabłysnąć na złotej obręczy, jak tylko otworzyli usta, żeby go zapytać, skąd to wie. – Nie wiem jednak, jak się do niego dostać. – W dodatku niespecjalnie podobał mu się pomysł bezmyślnego skoku do Harry'ego, bo możliwe, że nie byłby w stanie mu pomóc. Ostatnim razem, kiedy zrobił coś podobnego, udając się do ministerstwa, kiedy Dumbledore pochwycił Harry'ego i poddał go klątwie Capto Horrifer, Draco przynajmniej otrzymał zapewnienie od monety Blacków, że po wylądowaniu będzie gotów na wszystko.
Jego matka zdawała się wyczuwać tor jego myśli i pokręciła lekko głową, sugerując że wahanie Dracona było czymś dobrym.
– Musimy zacząć planować – powiedziała. Ponownie rozejrzała się po okolicy. Draco zauważył, że teren wreszcie zaczynał się uspokajać. Stali na szarym klifie, który prawdopodobnie był wykonany z granitu, a pod nimi rozciągała się rozmyta kraina pełna zielonych drzew i srebrnych strumieni. Brązowe i stalowe ptaki latały wokół nich, uważnie wypatrując zagrożeń. Nigdzie nie było widać szarych płaszczy niewymownych. – Jeśli możemy jakoś dostać się do Harry'ego, to to właśnie powinniśmy zrobić. Jeśli nie, to powinniśmy pamiętać, że nie znamy tutejszych praw magii, a Harry nawet uprzedzał nas, że zwykłe zaklęcia mogą nie działać tu jak należy.
– Chyba mam pewien pomysł – powiedział powoli Draco, po czym zamknął oczy, opierając się o gotowe ramię Narcyzy i ponownie skoczył do umysłów otaczającego ich stada.
Tym razem powitały go ochoczo, płytkie umysły rozpoznały jego dotyk, a Draco zaimplementował w nich pomysł zaniesienia dziwnych ludzi, których bezpieczeństwa wciąż musiały pilnować, do źródła eksplozji magicznej, którą przed chwilą wyczuli. Ptaki wydawały się przez chwilę zagubione, bo nie były pewne, skąd właściwie nadszedł ten wybuch – co nie było takie dziwne, ponieważ mogło do niego dojść w kompletnie innym świecie, zwłaszcza jeśli to właśnie tam był Harry. Ale Draco zmodyfikował pomysł z „do" na „tak blisko jak tylko się da", więc ptaki zniżyły lot i ponownie złapały grupę łagodnie za ramiona.
Elfrida Bulstrode odezwała się, kiedy już wznieśli się w powietrze. Draco usłyszał ją, nieco oszałamiająco, zarówno poprzez metalowe, jak i ludzkie uszy, ponieważ akurat przenosił się z powrotem do własnej głowy.
– Co ty planujesz, Malfoy?
– Chcę znaleźć się tak blisko źródła bólu Harry'ego, jak to tylko możliwe – powiedział Draco. – Do osłon, więzienia, albo świata, w którym jest przetrzymywany. Tam właśnie kazałem im nas zanieść. – Podniósł rękę, na której zalśnił pierścień od pani Parkinson, który otrzymał w czasie rytuału potwierdzającego go jako magicznego dziedzica. Dla dobra tego prezentu poświęciła część swojej magii, na stałe się przez to osłabiając. Ta magia wciąż siedziała w pierścieniu, skupiona w jego niewielkim, błękitnym klejnocie. – Skorzystam ze wszystkich dostępnych mi środków, żeby przebić się przez dowolne osłony, czy ściany i uratować Harry'ego.
Harry wyczuwał wzbierającą wokół niego magię, wznoszącą się, dziwnie poruszającą, zmienną niczym fale, które widział na plecach Falco. Miał w sobie więcej mocy niż kiedykolwiek i mógł z niej skorzystać. Połknął magię niewymownych, a Mrok i Światło były tu – a przynajmniej tu właśnie się zaginały – w całej swojej potędze i mogły wiele mu zaoferować, w dodatku Voldemort w żaden sposób nie próbował ściągnąć tej magii do siebie.
Ale Harry z determinacją zakazywał sobie zapominania ceny, jakiej Mrok i Światło zażądaliby za swoje dary, a to że Voldemort wciąż nie wziął udziału w tej bitwie nie oznaczało, że w ogóle tego nie zrobi.
Skoczył do tyłu, obierając pozycję obronną i wznosząc przed sobą zrobioną z ostrzy tarczę. Klingi zrobił ze światła, tak wąsko skupiając je na krańcach, że mogłyby wyciąć komuś oko, a rękojeści otoczył drewnem czarnym jak najgłębsza noc. Ostrza były nieszczególnie dobrą obroną przed wodą, ale tak, jak magia Falco nie była prawdziwą wodą, tak ostrza nie były tak naprawdę ostrzami. Wszystko to było tylko wyobrażeniami, reprezentującymi to, co tam powinno się znaleźć, a Harry wreszcie, nareszcie znalazł się w miejscu własnego umysłu, z którego mógł korzystać do woli ze sprytu i kreatywności.
Fala opadła na ostrza, Falco przemknął zaraz pod nią i dodał kolejne uderzenie, niczym młotem.
Klingi zadrżały, pękły i rozpadły się. Harry wypadł spośród nich i wyobraził sobie jak rozkładają się wokół, wznosząc niczym pajęczyna, a ich świetliste krawędzie zmieniają się w paliki, albo pajęcze odnóża, pochwycające magię Falco i przyciągające ją do niego w całości.
Falco wydał z siebie krzyk, który Harry'emu brzmiał na zaskoczenie, czy nawet strach. Tak byłoby lepiej, niż gdyby to miał być zwykły szok, czy irytacja, które za moment miną.
Harry nie chciał połknąć magii Falco, nie teraz, kiedy jego dar absorbere nie skończył jeszcze trawić swojego ostatniego posiłku. Zamiast tego zarzucił pochwyconą mocą, ciskając całą siecią w przestrzeń między ścieżkami Mroku i Światła, dzięki czemu magia Falco mogła zostać wchłonięta przez cokolwiek, co będzie jej chciało. Usłyszał gdzieś z oddali wycie i coś, na co żaden ze znanych czarodziejom wszechświatów nie miało nazwy, poruszyło się i pomknęło po swoją nagrodę.
Falco wzniósł się po raz kolejny w swojej migoczącej formie orła bielika o rozłożonych skrzydłach, unoszącego się pośród świetlistej mgły. Harry żonglował za sobą kulami pełnymi skoncentrowanej mocy i na chwilę przeniósł je do srebrnej dłoni, myśląc o quidditchu.
Przez chwilę przyglądał się Falco. Pierwszy raz w ogóle miał szansę na ocenienie natury magii swojego wroga. Znana była mu już moc Voldemorta, drapieżna, pełna kłów i ostrzy. Znał magię Snape'a, która była bardziej oswojoną wersją tej Voldemorta, bez całej zawartej w nim trucizny. Znał szybką, adaptującą się i zmienną magię Dracona, oraz zakurzony, marmurowy grobowiec Lucjusza, czy głaz, zdolny do zatańczenia w trzęsieniu ziemi w dowolnym momencie, jaki otaczał Millicentę.
Falco był inny. Jego magia była chłodna, niczym światło, które go teraz okrywało, głęboka niczym ocean i prawie niczego nie wyjawiała o osobowości swojego właściciela. Harry zamrugał. Biorąc pod uwagę swoje lekcje z Jing-Xi, nie był w stanie uwierzyć w coś takiego. Nawet niewielka manifestacja pokazałaby wszystkim wokół, kim jest naprawdę, a Jing-Xi wyjaśniła mu, że Panie i Panowie zwykle wytwarzali w sobie wyjątkowo zajadłe dusze, które przeszywały każdy, nawet najlżejszy skrawek ich mocy.
Przyjrzał się Falco uważniej i wreszcie zrozumiał. To właśnie była osobowość Falco. Chłodna, głęboka, wyniosła i zamyślona. Postrzegał się jako kogoś ponad ludzkością. Praktycznie nie rozumiał ich poczynań. Po części zawiniły temu długie sny i ucieczki na otaczające ich właśnie ścieżki, ale głównie miało to związek z odmową przyjęcia do świadomości, że świat wokół niego się zmieniał. Sześćset lat temu, kiedy się urodził, tego rodzaju wyniosłość prawdopodobnie była idealną zaletą Panów i Pań, którzy wkraczali pośród śmiertelników wyłącznie, by dostosować „równowagę" między różnymi formami magii.
Ale nawet czarodzieje ulegali zmianie. Nawet Panowie i Panie umierali. A Falco zamknął się w formie, która, choć nie pozwalała mu na umieranie, nie dawała mu również żyć. Oszukiwał Mrok i Światło, przez co zapomniał o tym, jak oszukiwać – i żyć – pośród innych.
Harry nagle zrozumiał znacznie więcej z tego, czego do tej pory nie pojmował.
Był gotów, kiedy zalała go fala zimnego światła, starająca się przepchnąć go na złotą ścieżkę, otworzyć mu usta i wymusić deklarację wobec Światła. Cisnął kulkami, jakby grał w quidditcha, z prawej dłoni wyleciał zygzakiem znicz, który pomknął wprost ku Falco niczym jasny i szybki kłębek piór, ćwierkania i porannego pośpiechu latem. Ze srebrnej dłoni wyleciał kafel, wizja wiosennej łagodności i wyrozumiałości.
A za nimi poruszały się tłuczki, tak szybko że prawie nie było ich widać, które przywaliły w Falco, jeden za drugim, wywołując pęknięcia w jego świetle, pokazując jaki był głupi, roztrzaskując wokół niego świat na drobne kawałki.
Falco zachwiał się i upadł. Harry pozwolił, by chłodne światło przetoczyło się po nim i wyszedł mu na spotkanie nagą potęgą własnej woli. Nie zadeklaruje się. Uważał to za niewłaściwe. W dodatku korzystał ze zbyt wielkich ilości mrocznej magii, żeby można go było uznać za świetlistego. Czy Światło w ogóle chciałoby tego rodzaju skażoną nagrodę?
Atak Falco, opierający się na mylnej ocenie charakteru Harry'ego, zadrżał i opadł zaraz za swoim panem. Harry spojrzał na niego zwycięsko.
I wtedy Falco cisnął w niego zaklęciem, z którym do tej pory się krył.
Wielki i szlachetny Lord Voldemort podniósł głowę, kiedy wyczuł z oddali zderzenie dwóch potęg, Mrocznego Pana, który dopiero się zadeklaruje i młodego, swojego dziedzica, dziecko swojej nienawiści, które już niebawem wyczuje ukąszenie zrodzonego z tej nienawiści lodowego skorpiona.
Słuchał ich przez chwilę i zaśmiał się.
– Mój panie?
To była jego Indigena, która przebiła się do niego, która przybyła ma wezwanie, wobec której żywił najwięcej czułości. Pogłaskał ją długimi palcami po włosach i patrzył poprzez oczy swojego węża, który pełzł po trawie porastającej ich kryjówkę i wypatrywał oznak, które pojawiłyby się w powietrzu na wieść o nowym Mrocznym Panie. Ten nowy Mroczny Pan przygotował dla nich azyl. Wciąż nie było jasne, czemu właściwie to zrobił i choć Lord Voldemort był niemal skłonny zawierzyć mu na słowo, to i tak nie był na tyle głupi, żeby tak po prostu wleźć do pułapki przygotowanej przez potencjalnego wroga.
– Lord Falco i Lord Harry walczą ze sobą – powiedział. – I już wiadomo, który z nich wygra. – Przechylił głowę, kiedy zaklęcie przeskoczyło na niego z oddali, zaklęcie już nie używane w ich czasach, pracujące w oparciu o sieci i srebrne łańcuchy, którego nauczył się, ponieważ był wspaniały i zdolny, w Egipcie, w mieście wzgardzonym przez większość europejskich czarodziejów jako nawiedzone. – Nawet jeśli ich pojedynek wciąż może okazać się interesujący – dodał.
Wiedział, że jego Indigena patrzyła teraz na niego z zaskoczeniem na twarzy. Nie przeszkadzało mu to. Lubił ją dezorientować. Ponownie pogłaskał ją po głowie i powąchał zapach róż.
Falco leżał, jakby ranny i osłabiony, i patrzył, jak zaklęcie powoli zaczyna pracować, owijając się wokół umysłu Harry'ego w oszałamiającym lśnieniu swojego łańcucha. Harry pochylił głowę, pocierając brew srebrną dłonią, pozornie zdając sobie sprawę, że coś było nie tak, ale wciąż nie pojmując, co to takiego mogło być. Nie powinien tego wiedzieć. Falco się tego upewnił. A teraz rzucał kolejne zaklęcie, do którego nie potrzebował równie wiele mocy, co w czasie drugiego, które rzucił podczas tej walki, sięgając w bok i przyciągając bliżej jedno z nienazwanych stworzeń, które czaiły się między Mrokiem i Światłem. Czarodzieje nigdy się nimi nie zainteresowali, bo i nigdy na tę uwagę sobie nie zasłużyły. Zwykle nie były w stanie wpływać na równowagę. Były po prostu padlinożercami, które przeżywały na porozrzucanych po ścieżkach szczątkach pożywienia.
Jedno zaraz zyska okazję do zadecydowania nad losem czarodziejskiego świata w Brytanii. Falco zastanawiał się, czy zdawało sobie z tego sprawę, ale odrzucił od siebie te myśli. Te stworzenia nie tylko były bezimienne, były też bezmyślne.
Podeszło bliżej, wygłodniale węsząc w poszukiwaniu strzępów magii. Wyglądało jak hiena, ale bez głowy, pozostawiając tylko przygarbione ramiona i płaską, tępą dziurę między nimi, którą przyciskało do ziemi niczym nos. Łapy lśniły od diamentowych pazurów, a ogon był tak cienki i sztywny, że wyglądał jak drut. To było żywe, magiczne stworzenie, po prostu stworzone w jednym celu i to właśnie robiło.
Harry je zauważył. Zaklęcie poruszyło się głęboko w jego oczach, zmieniając go. Podniósł srebrną dłoń. Falco ukrył się ze swoją irytacją. Byłoby to bardziej symboliczne, gdyby Harry użył do tego różdżki, ale kompletnie wyleciało mu z głowy, że prawie cała magia Harry'ego była już bezróżdżkowa i dobrze się do tego dostosował. Falco zastanawiał się, czy nie nawiązać nowego rodzaju panowania nad Harrym i zaimplementować mu pragnienie użycia różdżki, ale odrzucił tę myśl. Lepiej nie przeginać. Przywrócenie równowagi mu wystarczy. Nie musiał pilnować wszelkich pomniejszych szczegółów, które miałyby towarzyszyć ogromnym zmianom.
Bezimienne stworzenie zjeżyło grzbiet i obróciło się w kierunku Harry'ego. Falco zastanawiał się, czy zdawało sobie sprawę z tego, że zaraz ucierpi. To możliwe. Czytał gdzieś, kiedyś, że są w stanie cierpieć. Potrząsnął głową. Na przestrzeni sześciuset lat przeczytał i zapomniał naprawdę wiele książek.
Koniec srebrnego łańcucha zalśnił mu w dłoni, owijając się wokół umysłu Harry'ego i dając mu dostęp, z którego Harry jeszcze nie zdał sobie sprawy. Zupełnie jak pewne zmieniające percepcję zaklęcie, które Albus użył kiedyś przeciw Harry'emu, to również było w stanie ukryć swoją obecność przed tymi, na których miało wpływ, usunąć wszelkie sugestie, które miałyby zasugerować jego istnienie.
Lada moment zaklęcie zmusi Harry'ego do użycia przymuszenia na bezimiennym stworzeniu.
Po użyciu przymuszenia przestanie być vatesem.
A wówczas nie będzie miał już żadnych powodów do niezadeklarowania się i wybierze Światło, ponieważ znana mu była zgroza, jaką nieśli sobą Mroczni Panowie. Falco zadeklaruje się wobec Mroku i wda się z nim w walkę, w czasie której prawdopodobnie zginie, biorąc pod uwagę przepowiednię, która wiązała Harry'ego i Toma. I wtedy Harry uda się na pojedynek z Tomem, co prawdopodobnie zabije ich obu. Wreszcie Brytania będzie wolna od wszelkich Lordów, co było dla niej najlepszym stanem.
Falco nie bał się śmierci. Bał się za to wypadków.
Ale Harry nie będzie w stanie niczego zrobić przeciw temu zaklęciu, bo nie miał nawet jak zdać sobie z niego sprawy.
Wiek i przebiegłość zawsze pokonają młodość i głupotę, pogratulował sobie.
Draco nie wiedział, w jaki sposób ustali, w którym miejscu najlepiej będzie przebić się przez bariery, kiedy już do nich dotrą. Okazało się, że w ogóle nie musiał się tym przejmować. Każdy jego zmysł zjeżył się i zawył. Dopiero po dłuższej chwili zorientował się, że tak naprawdę czuł dokładnie to, co niosące ich stado; ptaki wiedziały, kiedy wypełniły swoje zadanie, po czym zaniosły go do miejsca, które znajdowało się równolegle do tego zderzenia magii.
Kiedy Draco przyglądał się scenie przed sobą, spędził też chwilę na podziwianiu tego, jak bardzo zmienił się jego dar opętania. Nigdy w sumie nie sprawdził dogłębnie jego źródła, nie tak naprawdę. Podejrzewał, że pochodził z wymieszania empatii Malfoyów i przymuszenia Blacków, ale jeśli tak było, to nie powinien się już więcej zmieniać; nie miał ku temu powodów, ani z czym jeszcze się zmieszać. Będzie musiał to zbadać…
O ile w ogóle przeżyją z Harrym dzisiejszą wycieczkę do Departamentu Tajemnic.
Potrząsnął głową i skupił na bardziej naglącym problemie i sposobach jego rozwiązania. Stado przyniosło ich do czegoś zawieszonego w powietrzu, co wyglądało na ogromne, wypolerowane lustro. Draco widział w nim odbicie zielonych drzew, srebrnych strumieni, rozległego szarego nieba, jak i zarys odległego Kamienia. Problem w tym, że to był Departament Tajemnic, więc nie miał żadnej pewności, czy to było prawdziwe lustro. Możliwe, że od tego punktu pomieszczenie ciągnęło się dalej, po prostu w przeciwnym kierunku i znajdą w nim nawet drugi Kamień. Być może tylko tak daleko ptaki były w stanie w ogóle polecieć, do tej połowy, która nie była ani wrotami, ani nawet ścianą.
Problem w tym, że nie uratuje Harry'ego, zadając sobie filozoficzne pytania.
Podniósł pierścień i zaczął wzywać do siebie uwięzioną w nim magię. Na swój sposób naprawdę nienawidził faktu, że akurat w ten sposób przyjdzie mu wykorzystać prezent od Hawthorn; jego praktyczna, malfoyowska strona szeptała, że powinien zachować go na później, na okazję kiedy to właśnie będzie najlepszym wyjściem, zamiast używać w sytuacji, w której po prostu nie miał przy sobie niczego lepszego.
Ale blackowa część jego duszy zapytała go po co mu właściwie ta magia, skoro nie chce użyć jej w czasie ratowania ukochanego mu człowieka. Na to już malfoyowska część – a przynajmniej dziecko ojca, który kiedyś bezgranicznie cenił sobie swoją żonę i syna – nie miała odpowiedzi.
Draco uśmiechnął się ponuro. Były takie chwile, kiedy wyczuwał swoje dwie strony, Malfoya i Blacka, Lucjusza i Narcyzy, walczące o równowagę w jego duszy, ale miał zamiar być czymś więcej, niż tylko jedną ze stron. Znajdował się teraz pośród chaosu, splatał plany, gdzie tylko mógł, podejmował decyzje, które prawdopodobnie w retrospekcji okażą się bezmyślne, ale że w ogóle był do tego zdolny, było talentem samym w sobie.
– Zaczekaj, Draconie.
Matka sięgnęła przez dzielącą ich odległość i złapała go za nadgarstek. Draco powstrzymał impuls warknięcia na nią i zamiast tego rzucił jej spojrzenie wyrażające wyłącznie lodowatą uprzejmość. Narcyza odpowiedziała tym samym, a nawet lepszym jakościowo, więc spuścił wzrok i kiwnął głową, dając znać o tym, że jest gotów jej wysłuchać.
– Czy jesteś w stanie rozkazać ptakom przebić się przez barierę? – Narcyza wskazała na stalowego sępa, który ją trzymał, a którego łopoczące skrzydła były niewątpliwie solidniejsze od powierzchni szkła. – Być może przyniosły nas tak daleko tylko dlatego, że tak im nakazałeś, ale możliwe, że teraz potrzebują kolejnego rozkazu do przebicia się przez barierę. – Rzuciła nieufne spojrzenie wypolerowanemu powietrzu.
– Nie wiem, czy mogę – odparł Draco. – Do tej pory chroniły nas i nosiły przez jedno polecenie, jakie im wydałem: żeby pilnowały naszego bezpieczeństwa. Jeśli to zmienię i nagle nakażę rozwalić powierzchnię lustra, to mogą nas upuścić, albo przywalić nami w odłamki, kiedy miną osłony, które nie zrobią im krzywdy. – Wykonał dłonią szeroki krąg. – Nie widzę tu żadnego gruntu, na którym moglibyśmy bezpiecznie wylądować w razie, gdyby nas wypuściły. A profesor Snape jest wycieńczony i tym razem nie złapie nas w porę.
– A co, jeśli splotę dla nas siatkę?
Draco podniósł brew.
– Spróbuj.
Narcyza machnęła różdżką. Wokół nich rozpostarło się zaklęcie, które Draco rozpoznał jako sieć, która otaczała większość rezydencji Malfoyów tamtego lata, kiedy wydawało mu się, że był smokiem w ludzkim ciele i starał się wzbić w powietrze poprzez zeskoczenie z dachu. Migotała srebrno, była gruba i silna i znacznie łatwiej przyjdzie jej udźwignąć wszystkich od chaotycznej, zdesperowanej konstrukcji profesora Snape'a.
Nie miała jednak do czego się przyczepić i opadła, jak tylko się pojawiła. Draco odprowadzał ją wzrokiem w dół, po czym rzucił swojej matce elokwentne spojrzenie. Narcyza tylko pochyliła głowę.
– Rób co uważasz – powiedziała. – Były takie czasy, że nie zawahałabym się w sytuacji, w której Lucjusz znajdowałby się po drugiej stronie takich osłon.
Draco kiwnął głową i zwrócił ponownie zwrócił uwagę na swój pierścień, ignorując mamrotanie ludzi wokół siebie. Millicenta martwiła się o swojego ojca, profesor Snape martwił się o Harry'ego, a Moody martwił się, czy Draco jest w ogóle zdolny do poprowadzenia takiej ekspedycji. Nic z tego nie miało większego znaczenia. Przyłożył swoją wolę do błękitnego kamyczka niczym dodatkową rękę i podłączył się do swobodnie poddanej magii. Doskonale wiedział, co chciał z nią zrobić. Chciał przebić się przez lustro, przestąpić ponad nim, albo rozerwać niczym szmatę – zrobić wszystko, co było konieczne do tego, by wreszcie przestała dzielić go od Harry'ego – i przyłączyć się do bitwy Harry'ego.
Wizualizował to sobie dokładnie w głowie i zaczął sięgać po różdżkę, żeby pomóc sobie jej ruchami w inkantacji.
I wtedy świat rozpadł się na kawałki.
Harry poczuł, jak warga mu się krzywi z obrzydzenia, kiedy zobaczył bezgłowe stworzenie wąchające ścieżkę. To było prawdopodobnie najbardziej szkaradne cholerstwo, jakie w życiu widział, łyse i pozbawione celu, może poza bredzeniem o magii i żywieniem się czym popadło. Szczury Petera były piękne i służyły czemuś wyższemu, Wielu świeciło niczym słońce, nawet testrale, które wyglądały głównie jak szkielety, miały w sobie pewne osobliwe piękno, ale w tym tutaj nie był w stanie dostrzec niczego takiego.
Jego srebrna dłoń uniosła się bez świadomego udziału z jego strony. Kosmyki magii, która wiązała ją z jego ciałem, były ciepłe i lśniące, teraz już bardziej różowe niż czerwone, bardziej żółte niż złote. Chyba dobrze byłoby się po prostu pozbyć tego bezgłowego stworzenia, prawda? W ten sposób pokazałby, że wita tę dłoń, uważa ją za część swojego ciała, co przywiąże ją tylko mocniej do nadgarstka.
Mógłby je zniszczyć, stworzyć wokół niego huragan ognia. Mógłby zmyć je ze ścieżki nagłą powodzią. Mógłby to zrobić. W końcu był potężny, a wokół biło serce całej magii, gotowe by ktoś z niego skorzystał.
Albo mógłby przymusić je do ucieczki. Tak byłoby najłatwiej, wystarczyłoby lekkie drgnięcie myśli i mógłby wrócić do walki z Falco, który był, o czym nie wolno mu było zapominać, jego prawdziwym wrogiem tutaj.
Tak, chyba najlepiej byłoby po prostu użyć przymuszenia…
I wtedy zalała go fala odrzucenia i obrzydzenia, która wzbiła się z głębin jego umysłu.
Właśnie przez tego rodzaju myśli, które były zwykłym cieniem idei przymuszenia Connora, bał się, że pewnego dnia wyrośnie na kogoś takiego jak Dumbledore i zmusił się do rozpadnięcia i ponownego złożenia w Pokoju Życzeń. Nauczył się wtedy, że wolno mu było nienawidzić swoich rodziców i nie było w tym niczego złego, albo że mógłby wyrzec się nazwiska i mimo to nie utracić więzi z bratem, czy wybaczyć rodzicom, a mimo to nie chcieć ich w swoim pobliżu przez resztę swojego życia. Tylko w ten sposób udało mu się zapomnieć o wszystkim innym, skupić na zrzuceniu łańcuchów i spojrzeniu w głąb siebie. Skąd go teraz nagle naszły? Po co miałby je mieć?
Czemu w ogóle vates miałby myśleć o przymuszeniu?
Zawył i zagrzebał się w swoich myślach, przekierowując magię i rozkazując jej rozłożenie jego myśli na części i pokazanie mu, o czym właściwie myślał.
Wzrok mu się rozmył, kiedy legilimencja i reszta jego mocy, włącznie z połkniętą magią niewymownych, rzuciły się do wykonania polecenia. Harry przeżył ulotne, gorliwe pragnienie, by więcej Panów i Pań przeprowadzało na sobie coś takiego od czasu do czasu.
Stał ponad mapą błękitu, zieleni i czerwieni, rozglądał się pośród poczucia winy i wspomnień, albo pozostałości po zaspokojonych, fizycznych potrzebach i nagle natrafił wzrokiem na nieznany mu, srebrny łańcuch, który przeplatał mu się przez myśli. Złapał za niego i wyciągnął.
Przeszył go potworny ból, ale to nie było nic w porównaniu do tego, jakby się czuł po rzuceniu przymuszenia na bezgłowe stworzenie. Zrzucił z siebie srebrny łańcuch i roztrzaskał go, po czym potrząsnął ze zniecierpliwieniem głową.
Dopiero wtedy spojrzał na Falco.
Stworzone przez niego kafel, znicz i tłuczki były po prostu cieniem pewnego pomysłu. Skoro Falco był chłodny i postrzegał siebie jako istotę znajdującą się ponad ludzkością, to dla Harry'ego najlepiej będzie z nim walczyć poprzez pokazanie mu ciepła i co to tak naprawdę znaczy być człowiekiem. Byłby w stanie przywołać go z jego dystansu i zmusić do ucieczki, gdyby tylko zobaczył, twarzą w twarz, jak wiele stracił.
To przynajmniej Harry chciał jeszcze zrobić, kiedy miał w sobie choć odrobinę współczucia wobec Falco i ochotę na finezję.
Jebać finezję.
Wezwał swoją magię, tworząc z niej ogromną falę, związaną z jego rękami, zarówno cielistą jak i srebrną, po czym cisnął nią przed siebie, zalewając Falco czystą, surową dzikością i potęgą.
Nie chcesz być człowiekiem? No to teraz już nie masz wyboru.
Wcisnął Falco we własne wspomnienia, własne emocje: intensywny dramat rozprawy, wspomnień dziecka, które cięło się klątwami w ramach uodparniania się na ból, cmentarz i przerażająca, wypełniona wrzaskiem chwila, w której stracił dłoń, oszałamiająca radość, która towarzyszyła mu za każdym razem, kiedy leciał na miotle, jak to jest, kiedy twoja magia manifestuje się jako kreatywność i barwne życie w gorącej dżungli. Pokazał mu jak to jest być Harrym Potterem, Harrym vatesem, który przeżył więcej w czasie szesnastu lat – z czego dziesięć spędził pod więzami, z których istnienia nawet nie zdawał sobie sprawy – niż Falco przez sześć stuleci. Pokazywał mu raz za razem i ponownie.
Falco uciekł.
Harry się tego nie spodziewał. Nagle stracił cel, na który przelewał całą swoją magię. Ściągnął ją z powrotem. Wróciła niechętnie, zarzucając łbem niczym dziki koń, a Harry zauważył przelotnie Falco przykucniętego w sporej odległości pośród ścieżek, niemal muskającego skrzydłami jedną ze złotych i przyglądającego się mu w intensywnym przerażeniu.
Harry już miał ponownie zarzucić swoją magią, ale zamarł. Coś zatrzymało się za Falco, głaskało go żartobliwie po grzbiecie swoimi ogromnymi pazurami. W pierwszej chwili Harry miał wrażenie, że było to jedno z tych bezimiennych stworzeń, które zamieszkiwały ścieżki, ale przecież wówczas Falco zdałby sobie z niego sprawę, a na to właśnie nie wyglądało. Harry przyglądał się, starając zrozumieć, podczas gdy Falco przyglądał się jemu, w bardzo wyraźny sposób nie pojmując, skąd wzięła się ta przerwa w atakach, ale pragnąc skorzystać z niej, by zebrać jak najwięcej informacji o Harrym.
Stworzenie podniosło pazury, spojrzało na Harry'ego i uśmiechnęło się. I właśnie wtedy, tylko na chwilę, zmieniło kształt z czegoś, co wyglądało ogólnie na smoczy, na chimerę, dokładnie taką, jaka przybyła w ostatnie zimowe przesilenie – o czym Draco poinformował go później – na jego deklarację.
To sam Mrok.
Unosił się za Falco, rozkładał skrzydła i głaskał go, jakby był jednym z jego dzieci, ale Harry nie wyczuwał między nimi takiej samej więzi, jaka łączyła go z Mrokiem, czy też czegoś bardziej dzikiej, agresywnej i drapieżnej komunikacji, jaka łączyła Mrok z Voldemortem. Zamiast tego Mrok zdawał się cenić sobie jego ignorancję, uważał go za swoją ofiarę. Jeśli Falco miał zamiar stać się kolejnym Mrocznym Panem, to w ogóle nie pojmował, komu tak naprawdę się deklaruje.
Harry otworzył szerzej oczy.
A co, jeśli to o to właśnie chodzi? Co jeśli moc, której Mroczny Pan nie zna, to w tym przypadku właśnie Mrok? Falco kompletnie go nie rozumie. Nigdy nie starał się mu zadeklarować, nigdy o to nie walczył, więc teraz Mrok kryje się przed nim i tylko się z niego śmieje.
Harry poczuł, jak serce bije mu coraz mocniej i mocniej. Upomniał się, że przecież dziki Mrok był nieprzewidywalny i wciąż może zmienić zdanie o Falco do czasu jego deklaracji.
Ale gdyby tylko udało mu się stworzyć sytuację, w której dziki Mrok mógłby zniszczyć Falco…
Albo gdyby Falco zadeklarował się w czasie Walpurgii, albo przynajmniej walczył wtedy z Harrym, bo właśnie wtedy nastąpi następne potężne wzmocnienie Mroku, a skoro zaatakował go właśnie teraz, to Harry nie wyobrażał sobie, żeby Falco był w stanie wytrzymać do zimowego przesilenia…
Harry po raz pierwszy może zyskać okazję do celowego wypełnienia przepowiedni.
Roześmiał się głośno, na co Falco przymrużył oczy. Harry skoczył przed siebie, a magia rozbiegła się wokół niego niczym stado dzikich koni, potrząsających łbami, zarzucających grzywami i ogonami. Ruszył na Falco. Wydawało mu się, że już wiedział jak go zniszczyć, ale nie będzie narzekał, gdyby udało mu się to tu i teraz.
Wzniósł swoją magię, czując jak potrząsa nią samymi fundacjami ministerstwa, a jedna ze ścieżek rozszarpała się w złote drobinki i pokazała mu Dracona, unoszącego się po drugiej stronie, pochwyconego w szpony metalowego ptaka i przyglądającego się mu z zaskoczeniem.
Harry puścił mu oczko. Jego złość przemieniła się w radość, więc posłał w kierunku Falco kolejną falę życia.
Falco zniknął.
Aportował się, albo zagiął czas, jak to Scrimgeour mu kiedyś powiedział, że może – Harry nie wiedział, nie był pewien i w sumie miał to gdzieś. Nadzieja przyłączyła się i śpiewała, śpiewała i śpiewała, przez co prawie nie usłyszał rozlegającego się pod nią głosu Kamienia.
– Dotrzymam swoich obietnic – odezwała się szara iluzja, pojawiając się obok Harry'ego. – Jesteś najbardziej fascynującym stworzeniem, jakie do tej pory poznałem. Samo badanie twoich relacji z przepowiedniami zadowoli mnie na dobre pół roku. – Harry zauważył kątem oka, jak ponownie wykonuje ten potulny gest kiwnięcia. – Przejdź przez tę wyrwę. Twój sojusznik już na ciebie czeka, cały i zdrowy, jak sobie tego życzyłeś.
Harry pochylił przed Kamieniem głowę. Wciąż był na niego zły, nawet nie mniej niż wcześniej i tak naprawdę nie spodziewał się dotrzymania obietnic, że naprawdę nie będzie już więcej krzywdził ani jego, ani jego sojuszników, czy ministerstwa i czarodziejskiego świata. Ale jeśli kiedykolwiek je złamie, to teraz przynajmniej Harry już wiedział, w jaki sposób tak naprawdę go skrzywdzić – odbierając mu niewymownych i wszelkie eksperymenty.
Miał do tego dość magii, dość mocy i choć zawsze będą istniały sprawy, przed którymi będzie się wzbraniał – jak na przykład zabijanie innych i osuszanie ich z magii – to miał zamiar z niej korzystać.
Nastąpią, dodał, myśląc o komisji nadzorczej, pewne zmiany.
Następnie zawrócił i wszedł w przerwę między ścieżkami, która już nie była pełną powietrza otchłanią, lecz solidnym korytarzem, prowadzącym z powrotem do czarnych drzwi, które otworzą przejście w okrągłym, niebieskim pokoju. Ptaki zniknęły, jego sojusznicy byli cali i zdrowi, Adalrico leżał nieprzytomny na podłodze, a Draco wtulił się w niego, oddychał przy nim i biło mu serce.
