Rozdział sześćdziesiąty siódmy: Umysły zabliźnione i nie
Draco zamknął oczy i trzymał Harry'ego bez słowa. Czuł materiał przesuwający mu się pod palcami, srebro dotykające mu pleców – na tyle zimne, że poczuł je nawet przez szaty, jakby Harry tuż przed powrotem włożył dłoń w ciemne miejsca między gwiazdami. Czuł jego bijące serce.
A ponieważ był też tym, kim był, wyczuwał również nacisk i obecność kamienia w pierścieniu, wciąż zawierającego w sobie odrobinę magii, której nie zdołał wykorzystać, zanim Harry rozbił bariery między światem snów i pokojem w Departamencie Tajemnic.
Odnosił wrażenie, że w tej chwili kochał Harry'ego równie mocno za oszczędzenie mu konieczności używania tej magii, jak i za potęgę, którą emanował.
Wreszcie Harry odsunął się od Dracona, kręcąc lekko głową.
– Później? – wymamrotał.
O czym… ach. Draco musiał ukryć się ze swoim chichotem, kiedy zauważył na jego policzkach zarumienienie, które nie miało niczego wspólnego z zakłopotaniem, czy mijającym niepokojem i uradowaniem. Kiwnął głową i pozwolił kciukowi musnąć to szczególne miejsce na karku Harry'ego, nim jego narzeczony ruszył, żeby zobaczyć się ze Snape'em. Snape nawet go nie tknął. To nie miało znaczenia. Draco praktycznie widział, jak otaczające go powietrze nuci z ulgi, szacunku i wdzięczności.
Draco mógł dodać też własne, kiedy oparł się o ścianę, założył ręce na piersi i patrzył, jak Harry chodzi od osoby do osoby, kojąc wszystkich słowami, czasami dotknięciem ręki, czy drgnieniem magii, jeśli wydawało mu się, że tego właśnie potrzebowali. Oglądał się też co chwila na pana Bulstrode'a, dzięki czemu jak tylko Adalrico się poruszył, Harry mógł opaść przy nim w płynnym ruchu. Draco miał wrażenie, że magia Harry'ego stale badała jego ciało, dzięki czemu teraz najlepiej ze wszystkich znał jego stan.
– Panie Bulstrode – odezwał się Harry, po czym poprawił się z lekkim uśmiechem, jakby to był jeden z tych żartów, których Draco nie znosił, ponieważ nie był jego częścią. – Adalrico. Co najbardziej boli?
– Ręka. – Adalrico przewrócił się na bok i wyciągnął ją. Harry złapał go w nadgarstku i przyjrzał się uważnie. Draco, który stanął tuż za nim – i kiedy właściwie to zrobił? – też na nią spojrzał. Widział wzdłuż palców ciemne, niebieskie sińce, ale nie miał pojęcia, co mogło je wywołać.
Dłoń Harry'ego zadrżała jednak, kiedy wyciągał ją, żeby położyć na czole Adalrico.
– Transmutacja ciała – powiedział cicho. – Otrzymasz najlepszą opiekę, jaką jest w stanie zaoferować magiczny świat, Adalrico. Obiecuję.
Mężczyzna kiwnął głową i zamknął oczy. Millicenta klęczała przy nim, trzymając za ramię z siłą, która sugerowała, że nieprędko będzie gotowa go puścić. Draco w ogóle jej o to nie winił. Pewnie sam by się tak zachowywał, gdyby to Narcyza trafiła w sidła niewymownych.
Harry wstał, poruszając się jak tancerz, kiedy Elfrida podeszła, żeby przyjrzeć się swojemu mężowi, po czym przyglądał się mu jeszcze przez chwilę. Wreszcie kiwnął głową i obrócił się, z zaskoczeniem zauważając, że oto znajduje się twarzą w twarz z Draconem.
Uśmiechnął się jednak, zamiast wycofywać, jakby to kiedyś zrobił, i nachylił, żeby wyszeptać:
– Wciąż nie znajdujemy się w dość odosobnionym miejscu na to, co mam ochotę z tobą zrobić.
Draco podniósł brwi, tłamsząc własny rumieniec, i kiwnął głową. Zaczeka. Nie musieli się śpieszyć.
Serce Harry'ego wciąż biło.
Millicenta rzuciła zaklęcie, które czaiło się na końcu jej różdżki – a przynajmniej takie miała wrażenie od chwili, w której usłyszała o porwaniu swojego ojca. Magia rozbiegła się po ciele Adalrico niczym delikatna, lśniąca siatka, migocząca złotem i czerwienią, kiedy wsiąkała w jego stawy i mięśnie. Millicenta głaskała go po przedramieniu, tuż nad Mrocznym Znakiem, i przyglądała się.
W chwilę później niebieskie kosmyki wzniosły się niczym para ponad jego palcami, klatką piersiową i włosami. Millicenta zbadała je, kiedy jej rodzice szeptali ze sobą na podłodze.
Ten kolor mówił o bólu, a jego zaciemnienie świadczyło, jak ogromny i przeraźliwy musiał być.
Tego samego koloru były sińce na palcach Adalrico. Rozgłaszały o cierpieniu, które nigdy się do końca nie zagoi.
Dłoń Millicenty otworzyła się spazmatycznie, więc schowała ją za ramieniem ojca, żeby nikt nie zauważył, po czym zaparła się, starając postawić go na nogi. Adalrico przechylił głowę i podniósł z rozbawieniem jedną ze swoich krzaczastych brwi.
– Wszyscy już wychodzą – zauważyła Millicenta. Harry i Draco podeszli do innych drzwi z czarnego drewna, prowadzeni – jak Millicenta miała nadzieję – magią Harry'ego, która chciała ich stamtąd wyprowadzić. – Chyba że chcesz spędzić jeszcze trochę czasu z niewymownymi, ale jeśli nie, to sugeruję…
Głos zamarł jej w gardle, kiedy zobaczyła minę swojego ojca.
– Millicento – powiedział cicho Adalrico. – Nigdy sobie z tego nie żartuj. Obiecaj mi, że więcej tego nie zrobisz.
Millicenta musiała przełknąć parę razy ślinę, zanim zdołała odpowiedzieć.
– Obiecuję – wyszeptała wreszcie.
Adalrico pochylił głowę w bardzo kruchym kiwnięciu, po czym wstał. Wsparł się o Elfridę, kiedy prowadziła go do drzwi i Millicenta jeszcze nigdy nie widziała czegoś takiego. Być może Kamień i niewymowni oddali Adalrico w jednym kawałku, zarówno na ciele jak i magii, ale to nie znaczyło, że go wyleczyli, a Merlin jeden raczył wiedzieć, co on tu zobaczył i jak wiele wycierpiał.
A mimo to uchodził stąd z życiem i nawet raz nie obejrzał się z wyrzutem na Harry'ego.
Czy byłabym w stanie zrobić równie wiele?
Millicenta nie wiedziała. Nie miała czasu na robienie Harry'emu wyrzutów za to wszystko. Przybyła do ministerstwa na wezwanie Harry'ego, kiedy skontaktował się z nią przez zaklęcie pieśni feniksa i powiedział o porwaniu jej ojca, a potem chciała go odzyskać, a potem szykowała się do walki z niewymownymi, a potem zamiast tego walczyła z ptakami, a potem już klęczała u boku swojego ojca. Wszystkie emocje poza determinacją skuliły się obok myśli „kiedy już go odzyskam".
A teraz odzyskała ojca, który zdawał się nie winić o nic Harry'ego. Zdawał się uważać to za rozsądną cenę w zamian za sojusz, a fakt, że Harry go uratował, w jakiś sposób niszczył wszelkie wyrzuty o to, że przecież niewymowni porwali go głównie dlatego, że był sojusznikiem Harry'ego.
Czy byłabym w stanie zrobić równie wiele?
Myśl ta powtarzała się w jej głowie raz za razem, niczym ryk fal, ponieważ pewnego dnia jej ojciec umrze i to jej właśnie przyjdzie stanąć u boku Harry'ego, a nie była pewna, czy zdoła zachować w sobie tego rodzaju zaufanie wobec potężnego czarodzieja – jak i ufności co do jego zasad, skoro już o tym mowa, bo stawanie po jego stronie oznacza również ściągnięcie na siebie uwagi.
Miała jednak wrażenie, że czas zacząć się tego uczyć, ponieważ ani ich sojusz, ani związane z nim niebezpieczeństwo nigdzie się nie wybierały.
Millicenta schowała różdżkę z powrotem do kabury przy pasie i ruszyła za rodzicami.
Rufus czekał na nich.
Oczywiście, że nie udał się z nimi. Nie sposób było przewidzieć, co takiego mogło wydarzyć się w Departamencie Tajemnic, a gdyby Harry tam zginął, to Rufus byłby potrzebny na powierzchni ministerstwa, by przygotować wszystkich na najgorsze. Gdyby tam poszedł i zginął…
Rufus potrząsnął głową. Nie wiedział, kto zostałby po nim ministrem. Szaleństwo Amelii Bones dobiegło już końca. Niektórzy członkowie Wizengamotu prawdopodobnie próbowaliby przejąć ten urząd, ale Rufusowi osobiście wydawało się, że to Starszy Juniper by wygrał. A biorąc pod uwagę delikatną równowagę między ministerstwem i wilkołakami, niechęć Junipera wobec nich mogłaby przynieść katastrofalne skutki.
Nie po raz pierwszy musiał pozostać z tyłu i myśleć o życiu i przyszłości, podczas gdy cenieni przez niego ludzie udawali się na jego oczach na śmierć. Ale chyba nigdy nie był równie szczęśliwy, kiedy zobaczył jak wszyscy wracają z powrotem na światło dzienne, nie bez ran, nie bezpieczni, ale przynajmniej żywi.
Instynktownie wyciągnął rękę, kiedy Harry wyszedł z windy do Atrium. Harry spojrzał na niego z wdzięcznością i uścisnął ją. Rufus przymrużył oczy, kiedy po dłoni przebiegł mu dreszcz mocy.
Zrobił się jeszcze silniejszy.
To mogło oznaczać wiele niebezpiecznych spraw dla ministerstwa, ale nie równie wiele, co w razie zwycięstwa niewymownych, albo gdyby iluzja Kamienia pojawiła się majestatycznie w korytarzu. Rufus przynajmniej dlatego był gotów powitać rozrośnięcie się mocy Harry'ego.
W dodatku był z niej rad z jeszcze jednego powodu, do czego doszedł, kiedy obrócił się, żeby powitać swoich aurorów z powrotem w ministerstwie i pogratulować im odwagi – nawet jeśli niektórzy wyglądali na niezadowolonych. Ta część jego duszy, która wyrywała się, by udać się z Harrym, wyła teraz niczym pies gończy na zapach krwi. Harry postawił się wszystkim, którzy uważali, że tak potężny szesnastolatek byłby w stanie tylko zniszczyć czarodziejski świat. Dokonał wyczynów, na które, według Rufusa, nawet Albus Dumbledore by się nie porwał.
Rufus czuł eksplozję magii, która przeszła po ministerstwie. Mogła oznaczać tak wiele nadchodzących sytuacji, włącznie z Harrym, który zwyczajnie doszedł do wniosku, że męczy go już stan świata czarodziejów i ma zamiar zmienić go na siłę.
A mimo to wciąż nie wyglądał na zainteresowanego czymś takim, bardziej ciekawiło go pilnowanie, by wszyscy jego sojusznicy wyszli już z wind, niż organizowanie parady na własną cześć i wymaganie ustępstw od Rufusa.
Jak tylko o tym pomyślał, Harry obejrzał się na niego i pochwycił wzrok własnym.
– Ufam, że Pharos Starrise zostanie aresztowany i postawiony przed Wizengamotem? – zapytał, tonem delikatnej sugestii.
– Z własnej woli przyznał się do konspiracji z niewymownymi – odparł Rufus. – Musi dojść przynajmniej do rozprawy.
Harry kiwnął głową i odwrócił się. Adalrico Bulstrode wychodził właśnie z windy, opierając się na barkach swojej żony i córki. Potknął się. Przez chwilę Rufus zauważył mgnienie Mrocznego Znaku pod jego rękawem.
Wszyscy się zmieniliśmy.
Niektórzy z nas bardziej od innych.
Po cichu wysłał stojących wokół aurorów do celi Pharosa, żeby poinformowali go, że został aresztowany. Następnie zawahał się i kazał im poinformować go też, że jego ofiara wróciła cała i zdrowa. Powiedział to aurorce, Emilii Frogswallow, która spojrzała na niego z taką radością w oczach, że niemal wyglądała nikczemnie.
– A czy to nie podpada pod definicję tortury, proszę pana? – zapytała, jakby niemal miała na to nadzieję, ale również zdawała sobie sprawę z tego, że jeśli tak się się okaże, to Rufus jednak jej na to nie pozwoli.
– Podpada pod definicję otrzymania dokładnie tego, na co sobie zasłużył – powiedział Rufus.
Frogswallow praktycznie dygnęła z radości, po czym ruszyła tanecznym krokiem przed siebie, po drodze kłócąc się ze swoim partnerem o to, które z nich powie Starrise'owi prawdę.
Rufus uśmiechnął się, zaciskając mocno usta, po czym obrócił się do Harry'ego.
– Potrzebuję porozmawiać z tobą o politycznej sytuacji z Kamieniem i niewymownymi – mruknął.
– Oczywiście, proszę pana. – Harry spędził jeszcze kilka chwil na rozmowie z Adalrico, wyraźnie zdecydowany ustalić, czy czegoś mu w tej chwili nie potrzeba, po czym przyłączył się do Rufusa. Do gabinetu udali się w milczeniu.
Harry uśmiechnął się lekko, opierając wygodniej na zaoferowanym mu przez Scrimgeoura fotelu. Nie był pewien, co było przyjemniejsze: nacisk obicia na łopatkach, czy fakt, że Snape i Draco znowu znajdowali się tuż obok, gdzie powinni być. Nawet nie zdawał sobie sprawy z tego, jak strasznie się za nimi stęsknił w tym świecie snów Mroku i Światła.
– Ach, obawiam się, że pan nie do końca rozumie. To nie jest tak do końca polityczna sytuacja, ale też i magiczna. Kamień jest mną zafascynowany. Widział otaczające mnie przepowiednie i sposób, w jaki uporałem się z Falco. Chce po prostu mnie teraz obserwować.
Scrimgeour postukał palcami o biurko.
– Jak jakąś hybrydę w szklanej klatce.
– Coś w tym stylu, proszę pana. – Harry wzruszył ramionami i poprawił się. Oberwał mocno w ramię od opadającego kawałka magii, a może zwyczajnie nadwyrężył je od miotania tak wielkimi ilościami mocy. Draco złapał go za nie i zaczął masować. Harry pozwolił sobie pomyśleć przez chwilę, co się stanie, kiedy już wylądują znowu w łóżku, po czym pośpiesznie upomniał się, że przecież rozmawiał z ministrem i pewne reakcje były w tym momencie po prostu nieodpowiednie. – Ale właśnie dlatego też uważam, że okaże się bardziej skłonny do dotrzymywania obietnic, niż dowolny człowiek w jego sytuacji. Jest jak… magiczny badacz, którego nie ogranicza posiadanie rodziny, potrzeba jedzenia czy snu, albo idea politycznych wrogów. Nic nie jest w stanie go odciągnąć od osiągnięcia celu. Będzie mnie obserwował i prawdopodobnie przez jakiś czas nawet nie spróbuje się zająć czymkolwiek innym. Wydawał się mną naprawdę urzeczony. Nie wyglądało to na zwykłe, przelotne zainteresowanie. Nikt nie znajdzie się w niebezpieczeństwie, póki będzie się na mnie skupiał, ani ja, ani moi sojusznicy, ani ministerstwo… i mam nadzieję, że też reszta świata.
– Czemu to zawsze ty musisz się poświęcać?
Harry mrugał przez dłuższą chwilę, nim dotarło do niego, o czym mówił minister.
– Nie uważam zainteresowania ze strony Kamienia za poświęcenie, proszę pana – powiedział, uśmiechając się lekko. – W końcu to wyjątkowo pasywna sytuacja. Zrobiłem w Departamencie Tajemnic to, co było konieczne. Każdy na moim miejscu, z moją mocą i o moim sposobie myślenia pewnie zrobiłby to samo.
Scrimgeour otworzył usta, jakby chciał o coś zapytać, po czym pokręcił głową i pozwolił, by te słowa zmarły nienarodzone.
– A co będzie, kiedy niewymowni i Kamień po raz kolejny wymkną się spod kontroli?
– Proszę mnie wezwać. – Harry wzruszył ramionami. – Istnieje jeszcze wiele spraw na mój temat, z których Kamień chyba nawet nie zdawał sobie sprawy. Wydaje mi się, że zdołam go ponownie zafascynować, dzięki czemu porzuci inne gierki i wróci do obserwacji.
Scrimgeour westchnął.
– Czyli w gruncie rzeczy nic nie zostało ustalone.
– Nie bezpośrednio, proszę pana. Wciąż może złamać dane obietnice. Ale może też okazać się bardziej słowny od dowolnego człowieka. Przecież ludzie też łamią przysięgi, albo zachowują się niedorzecznie – dodał Harry, myśląc o Lucjuszu, myśląc o Pharosie. – Musimy po prostu poczekać i zobaczyć, co z tego wyniknie.
Scrimgeour kiwnął głową, jakby mu się to nie podobało, ale nie przychodziło mu nic lepszego do głowy.
– Chyba zdajesz sobie sprawę, że pojawią się świetliści czarodzieje, którzy obrócą tę sytuację przeciw tobie? – zapytał, zerkając na Harry'ego. – Za zatrucie umysłu potomka szlachetnej i starożytnej rodziny, czy z dowolnego innego powodu, jaki spróbują w tym momencie wymyślić? Nie dlatego, że w to wierzą, ale ponieważ wydaje im się, że dzięki temu zyskają więcej władzy politycznej?
Harry zaśmiał się.
– Przyzwyczaiłem się już do ludzkiej tendencji wymyślania oskarżeń na mój temat, proszę pana. Tym razem jednak mam zamiar nadać im odpowiedni ciężar. Powiem każdemu, kto mnie o to zapyta, że metody, jakich Pharos Starrise podjął się w ramach wypełnienia pragnienia zemsty, były okrutne i niedorzeczne. Rytuał, na jaki powołał się jego wuj, powinien był wyrównać rachunki między ich rodzinami. Jeśli Pharos naprawdę uważał to za konieczność, to powinien był wyzwać Adalrico na oficjalny pojedynek, zamiast przekazywać go w ręce czarownic i czarodziejów, którzy są wrogami całego poczytalnego świata. Złamał tym świetlisty honor. Jeśli spróbują tej linii rozumowania przeciw mnie, to nie zajdą z tym daleko. – Wyprostował się nieco. – W dodatku mam zamiar rozwiązać komisję nadzorczą.
– Doprawdy. – Głos Scrimgeoura był neutralny.
Harry spojrzał mu w oczy.
– Tak. Dali mi już wszystko, co byli w stanie. Nie zwróciłem się przeciwko nim i nie zbuntowałem. Każdy, kto pojawił się na tych spotkaniach, będzie w stanie potwierdzić, że wszystkie napędzała, jak i niszczyła, rywalizacja między zadeklarowanymi, a nie jakiekolwiek odmowy z mojej strony, nie słuchanie racjonalnych porad, czy ucieczki i uniki, jakby to zrobiło dziecko, za jakie lubią mnie uważać. W dodatku nie sądzę, żeby Wizengamot zdołał już wycofać się z trwającej rozprawy Gloriany Griffinsnest, prawda?
Scrimgeour powoli pokręcił głową.
– Nie. Przesłuchano ją i przyznała się nie tylko do morderstwa Claudii, ale też kilku nierozwiązanych spraw na tle rasowym. Jej rozprawa musi dobiec końca, choć nie gwarantuję skazania.
– Świetnie. – Harry przeciągnął się, podnosząc ręce i potrząsając lekko głową. – W takim razie idę zrobić to, co powinienem był od samego początku: porozmawiać ze świetlistymi sojusznikami w sprawie przyciągania do mojego przymierza większej ilości świetlistych czarodziejów i zaoferowania im głosu w regionach politycznych, które są obecnie zdominowane przez Mrok. Ale koniec z komisją nadzorczą. Mam dość.
– Czy zdajesz sobie sprawę… – Scrimgeour urwał, rumieniąc się.
– Proszę pana?
Wyglądało na to, że Scrimgeour prowadzi jakąś prywatną kłótnię z samym sobą. Harry nachylił się z zainteresowaniem.
– Naprawdę chciałbym – odezwał się wreszcie Scrimgeour, nieudolnie starając się nadać swojemu głosowi dystyngowany ton – zobaczyć minę Aurory Whitestag, kiedy powiesz jej o rozwiązaniu komisji nadzorczej.
Harry wyszczerzył się i wyciągnął do niego rękę. Dopiero po chwili zorientował się, że to była ta srebrna, ale i tak jej nie wycofał. Przecież prędzej czy później ten zimny metal zostanie zastąpiony ciałem.
– W takim razie proszę ze mną. Przecież nie mamy daleko.
Scrimgeour uścisnął jego dłoń. Harry wiedział o tym tylko dlatego, że to zobaczył, bo jeszcze niczego nie czuł w tym srebrze. Ale to się jeszcze zmieni. Już on tego dopilnuje.
No i doprawdy, wyraz twarzy Aurory powinien mu wynagrodzić wszelkie rozczarowania związane z metalową dłonią. Nawet, jeśli na świecie istniało jeszcze wiele nieprzyjemnych spraw, to nie znaczyło, że nie było pośród nich parę tych dobrych.
Aurora wyczuła przesunięcie w magii, jakby kamienna fundacja całego świata została właśnie zmieniona na inną. Niepokoiło ją to, przez co nie uciekła do domu wzorem pozostałych. Wciąż czekała w niewielkim pokoju zaraz przy Atrium z dłońmi złożonymi na podołku i czekała. Obok niej siedziała Gryzelda Marchbanks.
Drgnęła lekko, kiedy drzwi otworzyły się i Harry wszedł do środka. Miał rozwichrzone włosy i wyglądał, jakby właśnie zbiegł z klifu i nie zatrzymywał się aż do pustynnych piasków. Rzucił jej chłodne i zdystansowane spojrzenie. Zaraz za nim weszli Snape z młodym Malfoyem, a nawet i ministrem. Aurora nie była w stanie oderwać od niego wzroku, nie była w stanie już dłużej patrzeć, kogo jeszcze przyprowadził ze sobą na świadka jej upokorzenia. Wiedziała, co powie, zanim jeszcze te słowa zdążyły paść.
– Komisja nadzorcza zostaje rozwiązana – powiedział.
A ona, mimo wszystko, musiała wziąć się w garść i rzucić prosto w te obojętne i chłodne zębiska:
– Dlaczego?
– Bo już jej nie potrzebuję – powiedział Harry, wzruszając lekko ramionami. – Bardziej mi zaszkodziła, niż pomogła, w dodatku w żaden sposób nie zapewniła świetlistym czarodziejom władzy politycznej. – Zamilkł i z jakiegoś powodu obejrzał się na swojego Malfoya, po czym wrócił do niej. – W dodatku, technicznie rzecz biorąc, od samego początku była nielegalna. Ministerstwo nie rozprawia się w ten sposób z czarodziejami o lordowskiej mocy.
– Prawa można zmienić. – Aurora nie odwróciła wzroku, nie zaczęła płakać. – W dodatku to ty zaoferowałeś ten kompromis, Harry.
– Nie znałem wtedy tych praw. – W ogóle nie wyglądał, jakby było mu przykro, nawet jeśli potępiał się tymi słowami. – Powinienem był. A od tego czasu ludzie, którym naprawdę na mnie zależy, sprawdzili to dla mnie i poinformowali, że cała sytuacja jest nielegalna. No. To nie widzę powodów do dalszego utrzymywania jej.
– Wciąż jesteś naprawdę młody – powiedziała miękko Aurora.
– I do tej pory przeżywałem dzięki pomocy przyjaciół – powiedział Harry. Oparł się plecami o Dracona Malfoya w bezczelnym wyrazie braku szacunku, bo Draco był znacznie młodszy od Aurory i nie zajmował żadnego politycznego stanowiska. Jego krzywy uśmiech poszerzył się, kiedy chłopak Malfoyów pogłaskał go po ramieniu, jakby nie pojmował, albo kompletnie nie przeszkadzała mu sugestia, że ten gest oznacza go jako zwierzątko. – Nie sądzę, żeby komisja nadzorcza złożona przynajmniej w połowie z moich wrogów, może mi w jakikolwiek sposób pomóc. Uważam ją za stratę waszego drogocennego czasu i uwagi, które mogłyby być lepiej wykorzystane gdzie indziej.
Aurora spuściła wzrok i kiwnęła powoli głową. Wyczuła ten wybuch magii. Wiedziała, z uradowania na twarzy Madam Marchbanks, że reszta magicznego świata, która już znajdowała się po jego stronie, prawdopodobnie uzna, że zrobił to podczas wykonywania swoich obowiązków jako vatesa, a sama jego potęga przyciągnie mu kolejnych sprzymierzeńców. Harry miał już pod sobą świetliste rodziny, które były w stanie zachęcić do niego kolejnych lojalistów. Opalline'ami pogardza się przez ich niechęć do wojen, ale są w stanie przywoływać sojuszników i pociągać za sznurki w najbardziej nieoczekiwanych chwilach. Gloryflowerowie wznieśli się na swoje obecne stanowisko dzięki osiągnięciom Laury Gloryflower, która chroniła swoją wilkołaczą siostrzenicę. Marchbanks też już przeszła na jego stronę. Nawet, gdyby komisja istniała dalej, zostałaby wypełniona nowymi ludźmi, nawet na miejsce Aurory ktoś by się znalazł, a Harry powitał by ich wszystkich jak przyjaciół.
I zostaliby jego przyjaciółmi, przez co nie byliby skorzy do krytykowania jego poczynań i pouczania, że nawet jego moc powinna mieć jakieś granice. Ich rady będą mniej brane pod uwagę zarówno przez Harry'ego jak i dowolnych ludzi, którymi zastąpi Aurorę i jej świtę.
Aurora podniosła wzrok na twarz Harry'ego równie powoli, co go opuściła. Nigdy nie odkryła, kto był odpowiedzialny za zmiany w jego duszy, ale teraz już rozumiała, że to właśnie ta osoba zabiła wszelkie jej ambicje. Już nigdy nie zyska takiej przewagi nad Harrym, jak sobie wymarzyła, nigdy nie nałoży na niego smyczy w nadziei, że dla dobra świata pójdzie we wskazanym przez nią kierunku. Wiedziała, że nie doszłoby do tego nawet, gdyby kiedykolwiek udało im się pogodzić i nawiązać jakąś relację, czy nawet przyjaźń. Nie był już w nastroju do słuchania doradców. W najlepszym przypadku miał zamiar spotykać się z nimi na równi.
I nie był już zainteresowany słowami kobiety, której zniszczył dwójkę dzieci. To było oczywiste. Aurora zastanawiała się, czy w ogóle pamiętał imiona Heloizy i Abelarda.
Wycofa się. Nie wygra tu, więc nie miała zamiaru wykończyć się próbując. Zachowa resztki godności i ucieknie z tego pola bitwy. Wciąż postara się dopilnować, żeby Światło odzyskało swój blask na arenie politycznej w Brytanii, ponieważ Mrok był albo szalony, albo przekonany, że powinien słuchać się szesnastolatka. Zajmie się tańcem w miejscach, które nikogo nie interesowały, dzięki czemu uniknie uwagi Harry'ego.
A jeśli stanie się to, czego się najbardziej obawiała i wszystkie marzenia legną w gruzy, Aurora przyłączy się do walki, żeby zachować jak najwięcej wszystkiego, co kochała na tym świecie, zamiast pozwolić mu umrzeć wraz z Harrym, ponieważ razem z innymi zbyt mocno polegała na jego ochronie.
– Dziękuję za wyjaśnienia, vatesie – powiedziała. – Pójdę już. Znasz moje imię, nie wahaj się z tego skorzystać, jeśli kiedykolwiek będziesz potrzebował mojej pomocy.
Kątem oka zobaczyła, jak twarz ministra zamiera. Zaśmiała się, ale tylko wewnętrznie i był to wyjątkowo zmęczony i zgorzkniały śmiech. Czyżby spodziewał się, że się załamie? Przecież nie miała ku temu powodów. Zareagowałaby tak, gdyby jej żal okazał się obezwładniający, ale nawet sama powoli zaczynała mieć dość tej nieustannej walki, która ostatecznie i tak dałaby im tylko kolejnego Lorda. Brytania postanowiła podążyć za magiczną mocą, zamiast za rozumem. No to niech teraz sami sobie z tym radzą. Kto wie? Może nawet dobrze na tym wyjdą.
Zauważyła, że Draco Malfoy mruży na nią oczy, przyglądając jej uważnie, a Severus Snape nachyla się lekko, niczym pies gończy uczący jej zapachu. Aurora unikała jego wzroku. Od czasu tego pierwszego, katastrofalnego spotkania, zaczęła się uczyć oklumencji, ale nie sądziła, żeby jej bariery zdołały wytrzymać jego sondowanie.
Zamiast tego spojrzała na Harry'ego, zainteresowana jak na to zareaguje.
Odkryła, że jego oczy wbijały się w nią z jasną, przeszywającą pewnością siebie, jakby u sokoła przekonanego, że zdobycz już nie zdoła mu uciec. Aurora ukryła swoje współczucie za kiwnięciem głowy i uśmiechem, po czym minęła go w drodze do wyjścia.
Lucjusz odchylił się i zamknął oczy.
Narcyza napisała do niego, opisując wydarzenia w ministerstwie. To był krótki list, wymieniający wyłącznie główne wydarzenia, bez opisu jak czuła się w ich czasie, albo jak zareagował na nie Draco. Prawdopodobnie uważała, że sam powinien był się domyślić.
Istniał od tego tylko jeden wyjątek: ostatnie zdanie.
Czy nie żałujesz teraz, że nie pozostałeś lojalny człowiekowi, który uratowałby cię nawet z czeluści Departamentu Tajemnic?
– Ach, Narcyzo – wyszeptał Lucjusz w kierunku ognia, po czym wstał. – Gdybyś tylko rozumiała, że znacznie bardziej obawiam się przyłapania przez Harry'ego.
Przyjął wreszcie prawdę do wiadomości. Był sam. Miał nadzieję, że jeśli okaże wyjątkową ostrożność, to jednak uda mu się zakraść z powrotem w łaski Harry'ego. Miał nadzieję, że jeśli będzie posłuszny przed odpowiednią ilość czasu – a potem obieca zachowywać się tak dalej – to Harry w końcu znowu zacznie postrzegać go jako sojusznika. Naprawdę wierzył, że może mu się to udać. Ale ta ścieżka powoli i stopniowo osuwała się w stronę niewykonalności.
Ostatnią nadzieję zawsze pokładał w tym, że nawet jeśli Harry odkryje, do czego się posunął, to może się przynajmniej zawahać, wybaczyć – choćby dla dobra Dracona, nawet jeśli nie Lucjusza.
Ale teraz i ta nadzieja poszła z dymem. Harry, który wyszedł z Departamentu Tajemnic, który zabijał bez wahania, mógłby, być może, ewentualnie, wybaczyć, ale Lucjusz nie miał zamiaru ryzykować życiem, żeby się o tym przekonać.
Czas najwyższy zacząć planowanie zachowania się przy życiu, upewnienia się, że przeżyje nawet furię Harry'ego, kiedy ta na niego spadnie, zamiast ciągłego planowania jak odciągnąć go od odkrywania tajemnic Lucjusza. Lucjusz był w tym mistrzem. Dobrze mu się to przysłużyło po upadku Mrocznego Pana. Ludzie tacy jak Bellatrix, którzy wierzyli, że Voldemort nigdy nie przegra, zostali pochwyceni żywcem w pułapce własnych przekonań. Lucjusz nie dał się w to złapać.
Czas najwyższy zaplanować ucieczkę.
Hawthorn wsypała nieco więcej pyłu do eliksiru, po czym zaklęła, rzuciła na kociołek zaklęcie stabilizujące i odsunęła się od niego, wydając z siebie płaczliwy jęk. Nie była w stanie nawet skupić się na możliwym leku na likantropię, bo zbyt wiele myśli kipiało jej w głowie.
Podeszła do okna, które wychodziło na jej ogród. Zwykle uspokajała się na widok memoriału z bratków, głogu i smoczego rącznika.
Dzisiaj naszły ją tylko myśli o tym, jak Indigena Yaxley pojawiła się w jej ogrodzie, przyzwała Connora Pottera – Hawthorn wierzyła, że to był głównie jej pomysł, nie Rosiera – i drwiła sobie z niej, pokazując że wciąż żyje. Nawet nie wyśmiewała śmierci jej córki. Praktycznie zdawała się nie pamiętać, kim dla siebie były. Żyła sobie dalej po śmierci Pansy, pomimo mieszanki klątw, które powinny były ją zabić.
A teraz, kiedy wszystkie zaklęcia Hawthorn się od niej odbijały, nie wyglądało na to, żeby w ogóle była w stanie ją zabić.
Sięgnęła magią ku swoim paznokciom i wymamrotała zaklęcie, które przemieniło je w szpice, na tyle ostre i cienkie, że znacząco różniły się kształtem od wilkołaczych pazurów. Przejechała nimi po szkle przed sobą, ryjąc głębokie, równoległe szramy, które przeszyły powietrze wokół.
Hawthorn nie mogła dopuścić do tego, żeby zabójczyni Pansy dalej żyła. Wiedziała jednak, że Harry w życiu by się na niej nie zemścił, a chyba tylko w ten sposób można było upewnić się, że ta kobieta wreszcie zniknie z powierzchni ziemi. A egzekucja nie wydawała się Hawthorn w żaden sposób ujmująca. Chciała ją zabić z zemsty, nie sprawiedliwości.
Zwykle byłaby w stanie zrezygnować z zemsty. Zrobiła tak dla Claudii, mimo że rana po niej wciąż czasem bolała niczym strata kończyny. Zrobiła tak dla Fergusa Opalline'a, który zginął w bitwie. Zrobiła tak dla Dragonsbane'a, bo przecież wiedziała, że z własnej woli udał się na śmierć.
Ale dla Pansy…
Pozwólcie mi na to. Pozwólcie mi na to ten jeden, szkarłatny, przesiąknięty krwią, rozwrzeszczany raz.
Więcej nie będzie rzucała tego rodzaju klątw na polu bitwy. Harry przyjął do wiadomości, że ostatnim razem doszło do tego w chwili niekontrolowanego gniewu i rozpaczy. Ale też dlatego, że nie była w stanie upewnić się, że Indigena Yaxley tym razem od tego zginie. Hawthorn będzie musiała to zrobić powoli, z zimną krwią. Stanie nad ciałem swojego wroga i upewni się, że ono już nie oddycha, nie mówi, nie rośnie.
Tego właśnie chciała.
Ale nie była pewna, jak to osiągnąć.
Dlatego stała tam, teraz już w kompletnej ciszy, poza delikatnym skrobaniem na szkle, kiedy raz za razem rysowała na nim wzory szronu.
Istniał pewien stary rytuał, który powinien był odpowiedzieć.
Adalrico myślał o nim, kiedy siedział przed kominkiem z ręką wyciągniętą w kierunku płomieni. Wciąż nie starał się niczego nią złapać. Millicenta i Elfrida rzucały na niego zaklęcia leczące, póki nie kazał im przestać. Marian zwinęła mu się na kolanach i zasnęła. Obecnie była jedynym towarzystwem, jakie był w stanie znieść, ponieważ nie była w stanie nawet zrozumieć, co spotkało jej ojca.
Istniał pewien stary rytuał, którego powinno się użyć na każdym, kto spróbował podjąć się zemsty po wyrównaniu rachunków między rodzinami. Adalrico byłby w stanie za jego pomocą wezwać ducha Augustusa i pokazać mu, co zrobił Pharos. Byłby zdruzgotany i odwróciłby się od swojego siostrzeńca, na zawsze już go potępiając i nie dopuszczając do ich spotkania po śmierci. Adalrico był o tym przekonany. Starrise był upartym, starym łajdakiem, ale był też w każdym calu dzieckiem wychowanym pośród czystokrwistych rytuałów. Pharos nie dość, że spróbował się zemścić w chwili, w której sytuacja między rodzinami miała już zostać złagodzona, to jeszcze sięgnął po pomoc kogoś, kto nie miał z nią niczego wspólnego, co było podwójnym pogwałceniem zasad.
Podniósł rękę i poruszył palcami. Harry miał rację, to było transmutacja ciała. Pewnego dnia, być może nawet za niespełna miesiąc, odzyska kontrolę nad dłonią. Jeszcze zdoła zrobić za jej pomocą naprawdę wiele wspaniałych rzeczy. Ale zawsze już pozostanie w nim wspomnienie kwasu, pożerającego mu mięśnie i wyjadającego magię z samych kości.
Istniał pewien stary rytuał, którego powinien był użyć na Pharosie Starrise'ie, zamiast przekazywać go w ręce sprawiedliwości ministerstwa.
Adalrico Bulstrode siedział przed ogniem, a pragnienie zemsty kłębiło się w nim niczym wysoka, jasna i śmiertelnie niebezpieczna pieśń wojenna.
