Dodatek: Pośród wilczych wiśni i jagód
– I wciąż cię nie podejrzewa?
Snape nie był w stanie powstrzymać uśmiechu. Nie podnosił głowy, przez co pozostali śmierciożercy tego nie zauważyli, ale jego Lord wiedział o jego istnieniu. I wybaczy go Snape'owi, jak tylko usłyszy co ma do powiedzenia.
– Nie, mój panie – wymamrotał. – Zdołałem go przekonać, że zniknąłem w noc twojego powrotu, żeby przybyć gnojkowi Potterów na ratunek i pojawiłem się nieco za późno. Nie przyjął tego najlepiej, ale nie dałem jego podejrzeniom żadnego punktu zaczepienia. Nie radzi sobie z legilimencją równie dobrze co pan. – Oferował pochlebstwo, ale wyłącznie jeśli Voldemort zechce je za takowe uznać. Faktycznie był lepszy w legilimencji, niż Dumbledore kiedykolwiek będzie. Po części chodziło tu o wolę zdominowania innych umysłów, poznania wszystkich ich tajemnic. Tymczasem Dumbledore, który był głupcem, choć mógłby stać się kimś wielkim, wciąż opierał się temu pragnieniu. Pogorszyło mu się tylko, kiedy Harry zginął na ołtarzu na cmentarzu, a Remus Lupin poszedł w jego ślady. Zupełnie jakby uważał, że na świecie nie mogło dojść do żadnego zła, jeśli sam go nie popełni.
Snape bawił się przez chwilę wyobrażeniem, jak to Dumbledore pewnie nawet zszedłby z drogi Mrocznemu Panu, gdyby wkroczył do szkoły, bo nic innego nie przyjdzie mu do głowy. Na samą myśl Snape'owi zachciało się chichotać.
– A twoje inne nieobecności, mój drogi Severusie? – Jedna z zimnych, białych dłoni pogłaskała go po policzku, a moc Voldemorta zaśpiewała wokół nich, ugniatając ziemię wokół ciężkim tąpnięciem, od którego zachwiali się pozostali śmierciożercy. Snape nawet nie udawał, że rozumie wszystkie zawiłości tej magii, tak samo jak nie udawał, że pojmuje wszystkie mroczne sztuki, ale z tego, co było mu wiadomo, przynajmniej część mocy gnojka Potterów była spleciona z potęgą jego Lorda. Odzyskał ją w całości z powrotem dopiero po śmierci Harry'ego.
– Wierzy, że wciąż szpieguję dla niego i Zakonu Feniksa, mój panie – wymamrotał.
Voldemort roześmiał się i większość obecnych w pomieszczeniu śmierciożerców roześmiała się razem z nim. Snape tego nie zrobił. Przede wszystkim to nie był żart, który byli w stanie rozumieć, ani nawet nie mieli do tego prawa, a poza tym wolał nie dzielić się swoim rozbawieniem z pomniejszymi śmiertelnikami.
Ostrożnie jednak nasłuchiwał ich perlistego śmiechu, przebierając pośród nich. Bellatrix śmiała się wyłącznie dlatego, że to był jej Lord, więc robiła to co on. Lucjusz śmiał się, ponieważ ocenił, że była ku temu odpowiednia pora. Jak Snape, złamał się i jednak wrócił do stadka, zwłaszcza kiedy dowiedział się o śmierci Harry'ego i przekonał, że już nic nie jest w stanie ochronić go przed furią jego Lorda. Voldemort przyzwolił na ten powrót dopiero, kiedy go permanentnie okaleczył i spędził noc z Narcyzą, uznając że to adekwatnie spłaca jego długi, ale Lucjusz i tak w czasie rajdów zajmował pozycję żywej tarczy i musiał bez przerwy zabiegać o usługi i wkradać się w łaski pozostałych.
Śmiech Waldena Macnaira nie był taki przekonany. Twarz Snape'a nawet nie drgnęła, po prostu tam klęczał i nawet nie obejrzał się w kierunku Macnaira.
Uważał, że to właśnie on będzie najbardziej skłonny do zdradzenia Voldemorta. Ostatnio wykazywał się ogromnych tchórzostwem, zupełnie jakby zabijanie niebezpiecznych, magicznych bestii na przestrzeni ostatnich trzynastu lat sprawiło, że teraz nabrał niechęci do zabijania ludzi. W dodatku czasami słuchał z lekko otwartymi ustami i szeroko otwartymi, lśniącymi oczami, kiedy Snape opisywał Zakon Feniksa.
Będę miał go na oku.
– Opisz mi Connora Pottera – powiedział nagle Voldemort, przerywając śmiech, przez co reszta śmierciożerców została ze swoim zakłopotaniem. – Co z nim zrobili po śmierci brata?
– Poddali treningowi, mój panie, za osłonami prywatności, do których klucz mają wyłącznie jego rodzice – wymamrotał Snape. – Wierzą, że musi niebawem stawić panu czoła, ale wciąż jest na to nieprzygotowany.
– Oczywiście że tak – powiedział Mroczny Pan. – Zabiłem jego brata, prawdziwego Chłopca, Który Przeżył. – Zamilkł. – Niech ci się nie wydaje, że zapomniałem co dla mnie zrobiłeś, Severusie, o tej ostatniej przyjemności, jakiej doznałem, odbierając życie temu chłopcu.
Snape uśmiechnął się. Przez chwilę nachylił się nad Harrym, udawał że to wszystko było tylko zmyłką, Lupin niezbędnym poświęceniem i zaraz uratuje Harry'ego i zabierze go do domu. Zaczekał tylko do chwili, w której w jego oczach pojawiło się lśnienie nadziei i patrzył, jak ono zamiera, kiedy chłopiec został przebity nożem wybebeszającym, prowadzonym dłonią jego Lorda.
– Chcę, żebyś odkrył dla mnie tajemnice tych osłon, Severusie, i przyprowadził mi chłopca Potterów – powiedział Mroczny Pan.
Snape wiedział, że na tym będzie polegała jego misja. Mógłby się stawiać, powiedzieć że Dumbledore nigdy nie zaufa mu do tego stopnia, ale wiedział, że nie sprawiłoby to żadnej różnicy. Musiał upewnić się, że Dumbledore ponownie mu zaufa, minąć jego durne pragnienia ujrzenia Snape'a jako kogoś w jakiś sposób odpowiedzialnego za śmierć Harry'ego.
A był, oczywiście. Siedział w tym samym pokoju, co rodzice chłopca, którego pomógł zabić, a oni mogli patrzeć się na niego tylko z goryczą, zamiast z nienawiścią, którą okazaliby, gdyby tylko wiedzieli. To naprawdę go bawiło. Snape nawet nie zdawał sobie sprawy z tego, jak strasznie cieszył go taki rodzaj zemsty na Jamesie Potterze.
– Oczywiście, mój Lordzie – wymamrotał i zaczął się podnosić.
– Jeszcze chwilę, Severusie.
Snape momentalnie opadł z powrotem i czekał w milczeniu, kiedy Mroczny Pan odsyłał wszystkich pozostałych śmierciożerców. Znajdowali się w domu Riddle'ów, dość oczywistej kwaterze głównej. Snape'owi jednak udało się przekonać Dumbledore'a, że Mroczny Pan tak mocno nienawidził swoich mugolskich przodków, że nigdy nie spróbowałby skorzystać z ich domostwa dla zorganizowania jakiegokolwiek spotkania, czy azylu, a subtelna mroczna magia pomogła w podtrzymaniu tego przekonania, kiedy Zakon Feniksa przybył, by sprawdzić jego słowa. Lily Potter przeszła przez pokój, w którym Nagini leżała zwinięta na poduszce i przyglądała się jej przez cały czas. Śmiech ryczał Snape'owi w gardle za każdym razem, kiedy o tym pomyślał.
– Mam do ciebie nietypową prośbę – ciągnął dalej Voldemort, kiedy już zostali sami.
– Mój panie?
Blada dłoń opadła na chwilę i po raz kolejny pogłaskała go po policzku. Następnie złapała go za podbródek i podniosła mu twarz do góry. Snape nie opierał się temu. Mroczny Pan rozprzestrzenił swoją legilimencję, a Snape opuścił przed nią wszelkie bariery. Nie miał żadnych tajemnic przed człowiekiem, któremu tak wiernie służył od niemal dwudziestu lat.
Mroczny Pan przemieszczał się po jego umyśle niczym uzbrojona w kły mgła. Wreszcie kiwnął głową i wyszedł.
– Wciąż myślisz o sobie po nazwisku – powiedział. – Wolałbym, żebyś zaczął zwracać się do siebie po imieniu.
Snape kiwnął głową. Oczywiście, że to zrobi i nawet nie zapyta czemu, skoro jego Lord nie oczekiwał po nim tego pytania…
– Jesteś ciekaw czemu, Severusie. – Brzmiał na rozbawionego. Oczywiście że tak. Snape wyczuwał, jak magia jego Lorda oddycha mu tuż przy skórze, niczym mroźny wiatr wydychany przed lodowego smoka.
– Owszem, mój panie.
– Nie chcę ci tego jeszcze wyjaśniać. – Łagodna, głaszcząca go po gardle dłoń zrobiła się ostra, jakby otoczyły ją kolce. Bezróżdżkowa magia Mrocznego Pana mogła na żądanie stworzyć mu pazury, których ostrość rywalizowała z wilkołaczymi. – Dowiesz się, kiedy uznam, że już jesteś na to gotowy, Severusie.
– Oczywiście, mój panie. – Następnie wstał i aportował się, ponieważ czuł nacisk na umyśle, który tego od niego oczekiwał. Wzrok Voldemorta towarzyszył mu przez cały czas, niczym rozżarzone węgle, niczym przyglądające mu się wilkołaki.
– Severusie! Wejdź, mój chłopcze.
Snape nie uśmiechał się krzywo, wchodząc do gabinetu Albusa Dumbledore'a, ponieważ nigdy tego nie robił. Ukłonił się i zajął swoje miejsce przed biurkiem, utrzymując na twarzy choć cień sympatii. Myślał o tym, jak bardzo odmiennie się czuł, ilekroć Mroczny Pan nazywał go po imieniu, a kiedy robił to Albus. Voldemort, oczywiście, znał całe jego życie, tak jak znał wszystkich swoich śmierciożerców i wiedział, czemu nie znosił tego imienia. Dla Albusa Dumbledore'a bardziej liczyła się nieformalność, niż cokolwiek, czego Snape by od niego chciał.
– Czego się dowiedziałeś? – Fakt, że nie zaoferowano mu niczego do jedzenia, ani picia, tylko pokazywał, jak bardzo dyrektor był wszystkim zaniepokojony.
Snape rozpoczął swój kompletnie zmyślony raport, składający się z motywów, których nie miał żaden ze śmierciożerców, ostrzegający Zakon Feniksa przed atakami, do których nigdy nie dojdzie, a jego oczy nawet na moment nie odrywały się od twarzy Albusa Dumbledore'a. Ależ ten człowiek był żałosny. Do reszty załamały go wieści o śmierci Harry'ego, ponieważ stracił w ten sposób jedną z kotwic dla przepowiedni. Obecnie z paniką szukano kogoś innego, kto mógłby zostać „starszym" dla Connora Pottera. Z tego, co Snape'owi było wiadomo, jeszcze nikogo nie znaleziono. Dwóch odpowiednich kandydatów niespodziewanie zmarło we śnie.
Albus kiwał głową co trzecie słowo, a jego oczy były przepełnione starymi cieniami. Snape czuł, jak w gardle zbiera mu gula pełna kwasu.
Merlinie, ależ on nienawidził tego człowieka.
Chciał z niego skorzystać, by znaleźć swoją ścieżkę pośród ciemności, by odpowiednio przyjrzeć się własnej duszy. Zamiast tego Albus po prostu wyszedł z założenia, że „wygrał" Snape'a, wyciągając go spośród ciemności i przechwalał się nim jak jakąś nagrodą na oczach wszystkich z Zakonu Feniksa. Oraz, oczywiście, dopuścił do tego, żeby Snape wylądował w Azkabanie, żeby potem potem popisać się swoją deklaracją, kiedy zeznawał, że Snape przez cały czas był jego lojalnym szpiegiem.
Miesiąc z dementorami, ponieważ Albus Dumbledore chciał wydawać się wszystkim bardziej heroiczny.
W dodatku nie chciał korzystać ze swojej potęgi. Istniały takie chwile, w których mógłby osobiście zapobiec pierwszemu powstaniu Toma Riddle'a. Istniały takie chwile, w których mógłby przemienić Harry'ego Pottera w broń, która zapobiegłaby drugiemu powstaniu. Ale on odmawiał, wahał się, krył za przepowiedniami i ponownie odmawiał.
Nic dziwnego, że Snape wolał służyć komuś innemu. Nic dziwnego, że chciał zemścić się na Albusie Dumbledorze – zemstą gorącą jak nóż, zimną jak dłoń inferiusa i słodką jak miód na języku.
Snape powoli otworzył oczy. Kolejny sen, który rozwiał się w jego umyśle niczym chmury w świetle księżyca. Wydawało mu się, że śnił mu się Albus, ale to nie było takie niezwykłe. W końcu ten człowiek wciąż pojawiał się w jego myślach, zarówno jego przeszłość jak i teraźniejszość.
Tym razem nic go nie bolało; wreszcie nauczył się z powrotem spać z rękami założonymi wygodnie na piersi, zamiast miotać się po łóżku i wplątując kończyny w pościel, kiedy to przeżywał wspomnienia, których wcale nie chciał ponownie widzieć. Wstał i przeszedł przez pokój, żeby sprawdzić swój fioletowy eliksir. Już niemal zrobił go tak śmiertelnym, jak to tylko było możliwe i teraz bawił się głównie, zastanawiając, na ile bardziej bolesnym może go jeszcze uczynić.
Wydawało mu się, że okaże się wyjątkowo paskudny, kiedy już z nim skończy, a ofiarę, która go przełknie, wykończy zbyt szybko, by dało się ją uratować.
Snape westchnął i rzucił kolejne zaklęcie stabilizujące na kociołek. Czasami naprawdę żałował, że nie ma przy nim Remusa Lupina.
