Rozdział sześćdziesiąty ósmy: Przewaga badań
– Harry, przypomniał mi się kolejny.
Harry podskoczył i oderwał wzrok od pisanego akurat listu do Tony'ego Floatsama, mugolackiego czarodzieja, który prosił o więcej informacji na temat skrzatów domowych. Czystym wysiłkiem woli udało mu się nie rozlać atramentu.
– Peter? Przypomniał ci się kolejny raz, kiedy moi rodzice postawili się Dumbledore'owi? – Ostrożnie odłożył atrament i pergamin na stół, po czym zerknął w kierunku frontowego biurka w bibliotece. Na szczęście Madam Pince była akurat zajęta ochrzanianiem dwójki Puchonów z trzeciego roku, którzy rzucali w siebie książkami, więc ich nie usłyszała, ale Harry i tak na wszelki wypadek otoczył ich osłoną prywatności. – Czy miało to jakiś związek z etyką poświęcenia?
Peter zajął sąsiedni fotel i kiwnął głową.
– Owszem.
Harry przyjrzał mu się z troską. Jego głos był osłabiony, podobnie jak jego koszmarnie blada twarz, a pod oczami czaiły się paskudne, ciemne kręgi.
– Wszystko w porządku, Peter? Wyglądasz, jakbyś się nie wysypiał.
Minęła chwila, kiedy Peter zdawał się zastanawiać nad tym, co właściwie mu na to odpowiedzieć. Ostatecznie po prostu kiwnął ponownie głową.
– Wiem. – Wyprostował się. – Przypomniało mi się coś, kiedy przeglądałem zaklęcia, których sami uczyliśmy się na szóstym roku i zastanawiałem się, które mogłyby okazać się odpowiednie do pokazania na zajęciach. Widzisz, James miał pewne… skłonności do mrocznych sztuk. Fascynowały go. Chyba właśnie dlatego tak się załamał, kiedy użył na kimś niewybaczalnego przez ponad dziesięć minut i odkrył, że naprawdę sprawiło mu to przyjemność.
Głos Petera był pełen odłamków wspomnień, a Harry nie chciał zbyt długo myśleć o tym, jak James poddał Lestrange'ów torturom. Przytaknął, zachęcając go do kontynuacji.
– Ale w szkole nie miał z nimi jakiegoś szczególnego problemu, nie to co potem, kiedy zaczął z nich korzystać w wojnie – ciągnął Peter z zastanowieniem. – Znalazł zaklęcie, które atakowałoby wyłącznie czystokrwistych.
Harry zmarszczył brwi.
– Jakim cudem? – Badania Thomasa wyraźnie sugerowały, że nawet w czystokrwistych rodzinach często rodziły się dzieci o cokolwiek niższej mocy, niż pozwalałyby na to ich przekonania, które świadczyły, że czystość ich krwi miała ściągnąć do nich większą ilość magii – tak nie było, ale wiele europejskich rodzin wierzyła w to od lat.
– Opierało się to na wierze – powiedział Peter. – Zaatakowało by nawet osobę, która nie była sensu stricte czystokrwista, ale żyła w przekonaniu, że tym właśnie jest. Pewnie nawet zaczepiło by się o takich ludzi jak ty, którzy poznali zwyczaje i kurtuazje czystokrwistych, żeby się dopasować.
Jestem w stanie wyobrazić sobie zaklęcie, które działałoby w ten sposób. Harry nieczęsto przyglądał się temu odłamowi magii. Bardziej interesowały go zaklęcia oddziałujące na umysły, wizje i ciała przeciwników.
– I skorzystał z niego?
Peter pokręcił głową.
– Bardziej interesowała go sama teoria, niż to czy kiedykolwiek zdołałby je rzucić. W dodatku w najgorszym wypadku przyprawiłoby ofiarę o czyraki. Więc czytał o nim wiele w książce, w której go znalazł, a potem na jej podstawie znalazł sobie więcej książek. I przyniósł te książki do Lily, żeby jej pokazać. Kusiło ją. W tamtym momencie była już tak przesiąknięta ideałami Dumbledore'a, że była gotowa walczyć w Pierwszej Wojnie. Ale jeszcze wtedy nie nabrała przekonania, że powinna korzystać przy tym wyłącznie ze świetlistych zaklęć, bo wszystkie inne skażą jej duszę. Ten pomysł przyszedł znacznie później. Wtedy jeszcze była skłonna do atakowania wrogów mrocznymi sztukami.
Harry kiwnął głową. Pojmował, w jaki sposób tego rodzaju zainteresowanie mogłoby okazać się pogwałceniem etyki, którą Dumbledore wpajał w jego matkę, jak i tej, w którą wierzył Falco. Nie można było wymagać od wszystkich deklaracji wobec Światła, ponieważ Światło też potrzebowało przeciwników, z którymi mogłoby się zmagać, ale nie można było też nie deklarować się w ogóle i nieustannie używać obu rodzajów magii. Harry czasami miał wrażenie, że między innymi właśnie to tak denerwowało Falco pod jego względem, już pomijając fakt, że jego magia była w stanie zmienić czarodziejski świat.
– I skorzystali z niego?
– Na kilku przyłapanych ptaszkach. – Peter skrzywił się. – Rzucali na nich klątwy, za które by wylecieli, gdyby któreś z nas ich wydało. Ale żaden tego nie zrobił, oczywiście. Też byliśmy zafascynowani… no, poza Remusem, ale tego to już chyba się domyślałeś. A Syriusz pokazał nam, ile jest w stanie osiągnąć za pomocą swoich mocy przymuszania. Przejął kontrolę nad ciałem Jamesa i wędrował nim jak kukiełką. Wykończyło go to, ale starał się popisać przed Jamesem i pokazać wszystkim, że jest w stanie zrobić równie wiele co on. Na to James już spanikował. Spalił te wszystkie książki i chyba zapłacił za nie w bibliotece. A potem jeszcze zadeklarował, że już nigdy nie użyje żadnych mrocznych sztuk. Lily mu przytaknęła; wydaje mi się, że tym razem to on ją przekonał, a może sama się nad tym zastanowiła i uznała, że czarownica Światła nie potrzebuje tego rodzaju zaklęć. – Po twarzy Petera przebiegł cień. – To nie znaczyło, oczywiście, że zaczęła się wzbraniać przed zaklęciami, które pogwałcały antyczne definicje Światła, jak wolną wolę, tak długo jak samo zaklęcie było technicznie rzecz biorąc świetliste.
– Jak sieć feniksa – mruknął Harry, myśląc o tym, o ile łatwiejsze byłoby jego życie, gdyby matka jednak podeszła nieco bardziej technicznie do określania swoich granic.
Peter kiwnął głową.
Harry westchnął, odsuwając pragnienie do zanurzenia się w rozpaczy nad sobą. Już rozprawił się ze swoją przeszłością i raczej nie pomoże mu dalsze roztkliwianie się nad nią. Jedyne, co mógł teraz jeszcze z niej wyciągnąć, to metody radzenia sobie z wojną, oraz odkrywanie w jaki sposób jego rodzice postawili się Dumbledore'owi, a przez to i Falco. Wiedział już o dwóch przypadkach, dzięki czemu obaj wydawali się coraz bardziej prawdopodobnymi kandydatami na dwóch pierwszych Mrocznych Panów, o których mówiła przepowiednia.
– Dziękuję, Peterze. Daj mi znać, proszę, jeśli przypomnisz sobie coś jeszcze.
Peter kiwnął głową i wstał, ziewając.
– I wyśpij się! – zawołał za nim Harry, kiedy mężczyzna zmierzał do wyjścia z biblioteki. Wrócił do listu do Floatsama, zasłaniając dłonią własne ziewnięcie. Wiedział, że powinien czuć się jak hipokryta, udzielając Peterowi rady, której sam nie miał zamiaru się posłuchać. Ale w tym przypadku zabrał się za obracanie w głowie rady, którą otrzymał od Josepha w sprawie niewymownych. Harry udał się do niego zaraz po powrocie z Departamentu Tajemnic, bo chciał poznać opinię Josepha na to, czy zabijanie ludzi i osuszanie ich z magii było w takiej sytuacji słuszne.
Łagodne pytania Josepha, jak zwykle, sprowadziły go na właściwą drogę.
Czy zrobiłbyś to ponownie, gdyby znowu przyszło ci stawić czoła takiej sytuacji, Harry?
Harry zawahał się, ale kiwnął głową.
– Chciałbym znaleźć jakieś inne rozwiązanie, ale nie sądzę, żeby takowe w ogóle istniało. Kamień ceni sobie swoich służących. Właściwie niczego innego sobie nie ceni do takiego stopnia, a już na pewno nie czegoś, co byłbym skłonny poddać, jak moją magię, wilkołaki na które mógłby prowadzić eksperymenty, czy moich sojuszników, których mógłby osuszyć z magii.
Czego byś przede wszystkim chciał, gdybyś dowiedział się, że jeden z członków twojej rodziny został zabity, albo osuszony z magii przez wroga?
– Chciałbym się dowiedzieć, dlaczego w ogóle do tego doszło. Czy ta osoba w ogóle miała dobre ku temu powody. – Harry wbił wzrok w swoje zaciśnięte dłonie. Srebrna wciąż była zbyt chłodna przy cielistej, ale już przebiegały po niej niewielkie, lśniące ślady po wspinającym się cieple.
Być może powinieneś w takim razie porozmawiać o tym z Dionizosem Hornblowerem. Możliwe, że zdoła pomóc ci w ustaleniu, jak skontaktować się z rodzinami niewymownych. Być może Kamień nakazuje im zerwanie kontaktów z rodzicami, albo rodzeństwem, ale możliwe, że jednak nie. A przyda ci się dowiedzenie się jak najwięcej o swoich wrogach.
Harry wiedział, że Josephowi chodziło o sytuację, w której Kamień może znowu spróbować wtrącić się w wojnę. Osobiście jednak uważał to za drogocenne przypomnienie tego, jak wiele żyć może zostać poświęconych w czasie tej wojny.
Potarł oczy i podniósł pióro. Dokończy list, przez godzinę popracuje nad pracą domową z obrony przed mroczną magią, a potem spędzi kolejną na badaniu horkruksów. A zaraz potem wróci do sypialni i Dracona. Uśmiech pojawił mu się na twarzy na samą myśl.
Chyba wreszcie zaczynam żyć. A przynajmniej się staram.
– Zachariaszu. Chciałeś ze mną porozmawiać?
Zachariasz uśmiechnąłby się, gdyby to nie było w tym momencie nierozsądne. Jego matka miała dokładnie taki sam ton co Hermiona. Wiedział jednak, że żadna z kobiet nie uznałaby tego porównania za komplement, więc wolał żadnej nie obrażać.
Z tym, że jedną z nich zaraz urazisz na inny sposób i to znacznie dogłębniej.
Odsunął od siebie te myśli i wyprostował się.
– Tak, matko. – Twarz Miriam Smith unosiła się pośród zielonych płomieni kominka w pokoju wspólnym Hufflepuffu. Ponieważ Zachariasz, zgodnie ze standardami własnej rodziny, był pełnoletni, wolno mu było rozłożyć wokół siebie zaklęcie prywatności, żeby pozostali byli w stanie go zobaczyć, ale nie usłyszeć rozmowy. Czuł teraz na sobie zaciekawione spojrzenia, zwłaszcza od Susan Bones. Zachariasz jeszcze nigdy nie widział jej tak zainteresowanej polityką, jak ostatnimi czasy.
Odetchnął głęboko. Nie potrzebował teraz myśleć o Susan. Lepiej, żeby skupił się na matce i Hermionie.
– O czym? – zapytała po chwili Miriam. Zachariaszowi wydawało się, że całkiem nieźle ukrył się ze swoim zaskoczeniem. Faktycznie chciał przeczekać swoją matkę i nakłonić ją do zagajenia, ale tym razem nie zrobił tego celowo. Po prostu myśli rozproszyły go do stopnia, w którym przestał zwracać uwagę na jej mimikę.
Zrobienie czegoś takiego ponownie, pomyślał, zauważając zniecierpliwione linie wokół ust swojej matki, może się dla mnie marnie skończyć.
– O czymś politycznym – odpowiedział. – Czymś ważnym. Chyba, że zajmujesz się czymś ważniejszym, matko, wówczas przepraszam za odwrócenie twojej uwagi, rozłączę się i poczekam aż sama się ze mną skontaktujesz i powiadomisz, kiedy znajdziesz dla mnie czas.
Miriam przyglądała mu się w milczeniu. Zachariasz czuł, jak szala powoli przechyla się w jej umyśle. Obecnie zajmowała się upewnianiem, że świetliści czystokrwiści, którzy sprzeciwiali się ideom Wielkiej Ujednoliconej Teorii, wciąż będą cieszyli się szacunkiem w ministerstwie. Wolała, żeby nikt jej od tego nie odrywał i prawdopodobnie nie sądziła, żeby dowolne troski jej syna okazały się jakkolwiek od tego ważniejsze.
Z drugiej jednak strony Zachariasz nie miał w zwyczaju zawracania jej głowy bzdurami.
Przytaknęła, a Zachariasz niemal słyszał, jak w głowie udziela mu kilku minut audiencji.
– Co się stało?
Nagle opuściły go wszystkie wybitne słowa. Miał zaplanowanych kilka metafor, ogólnych naprowadzeń, które stopniowo pozwolą mu na zbliżenie się do tematu, a teraz, kiedy już do tego doszło, nie był w stanie wydusić z siebie niczego, może poza jakimś ogólnym gestem.
Chyba że obierze bezpośrednią ścieżkę.
Bezpośredniość nie rozdrażniłaby Hermiony. Pewnie by nawet podziękowała, że stara się przy niej odzywać bez ukrywania niczego, co ma na myśli. Ale nawet, jeśli jego matka i Hermiona mogły być gdzieś w głębi duszy podobne do siebie, to powierzchownie bardzo się między sobą różniły.
– Zachariaszu?
I znowu został zbity z pantałyku. To już był na tyle ciężki grzech, że zasłużyłby sobie na dowolną karę, jaką matka wymierzyłaby mu za konieczność ponownego ściągania na siebie uwagi. Dlatego też Zachariasz odezwał się bez owijania w szafirową bawełnę.
– Wierzę, że Wielka Ujednolicona Teoria ma rację, matko.
Miriam nie wybuchła gniewem. Oczywiście, nigdy tak nie robiła. Czyny wywołane temperamentem były niczym supernowa: produkowały wyłącznie masę gorąca i światła, po czym szybko umierały. Znacznie więcej można było osiągnąć odczekaniem, namysłem i przestrzeganiem standardów honoru i opanowania, które Światło tak wysoce sobie ceniło.
Zachariaszowi przyszło nawet do głowy, że Mrok też wyraźnie je sobie cenił, ale odsunął te myśli od siebie. Nie miał zamiaru winić swoich przodków za ich wierzenia. Jedyne, na co tak naprawdę miał wpływ, to jego własne zachowanie. Wiedział, do czego dojdzie, jak tylko ogłosi się zwolennikiem Wielkiej Ujednoliconej Teorii. Zostanie wzgardzony przez niektórych świetlistych czystokrwistych, a jego wpływy znacznie zmaleją.
Na przestrzeni kilku ostatnich tygodni naprawdę głęboko zastanawiał się nad tym, czy w ogóle warto w takim razie ogłaszać się ze swoimi przemyśleniami w tej kwestii. Ostatecznie doszedł do wniosku, że jednak tak. Ostatnią kroplą były dla niego napisane w tym temacie przez mugolaków książki, oraz słowa innych czystokrwistych. Zorientował się, że stare rodziny, zarówno świetliste, jak i mroczne, brzmiały zaskakująco podobnie do siebie nawzajem, zwłaszcza w porównaniu do mugolaków, którzy przybyli do ich świata w poszukiwaniu sanktuarium.
Zachariasz był świetlisty. Był tym, zanim w ogóle brał pod uwagę czystość swojej krwi, puchoństwo, dziedzictwo Smithów, czy nawet Helgi Hufflepuff. Wolał nie zachowywać się jak mroczny tylko po to, żeby obstawać przy całej reszcie. W dodatku odrażała go idea, że miałby mieć więcej wspólnego z takim Lucjuszem Malfoyem, niż Hermioną.
– Musiałeś odkryć jakieś przekonujące dowody – powiedziała wreszcie jego matka. W jej tonie nie było kompletnie żadnych emocji. To był naprawdę zły znak. Mimo to Zachariasz nie zamknął oczu.
– Owszem, matko – powiedział. Będzie przetaczał się pod ciosami cicho, z szacunkiem i obnażając brzuch i gardło, jeśli tylko zdecyduje się na rozszarpanie ich. Bo w ostatecznym rozrachunku znajdował się obecnie, podobnie jak Hermiona, poza jej zasięgiem. Świetliści często popełniali błąd, uważając że jeśli się odpowiednio przed czymś zabezpieczą, to to się w końcu zniechęci i samo zniknie. I gdyby po prostu chodziło o stare rytuały, czy kurtuazje czystokrwistych, to może i by tak było. Ale te dowody były materialne, namacalne i nigdzie się nie wybierały. Zachariaszowi naprawdę wydawało się, że najwyższy czas zacząć wychodzić im naprzeciw. Nawet, jeśli ktoś zamordowałby czarodziejów, którzy już w nie uwierzyli, spalił ich książki i wszelkie dowody, to po jakimś czasie znalazłby się ktoś inny, kto przeprowadziłby takie same badania. Prędzej czy później ta sprawa i tak ich dogoni. Fakty nie przejmowały się, czy ktoś w nie wierzy, czy nie.
– Jakiego rodzaju?
– Przeczytałem te książki.
– I czego się z nich nauczyłeś?
Zachariasz rozłożył ręce.
– Że nasze najbardziej podstawowe i prymitywne poglądy są słuszne, po prostu przestaliśmy zwracać uwagę na słowa, w jakie kiedyś je ułożyliśmy – powiedział spokojnie. – To magia ma znaczenie, nie krew, urodzenie, czy bogactwo. Kiedyś tak właśnie wyjaśnialiśmy sobie biedne, czystokrwiste rodziny, które stopniowo nabywały coraz większego posłuchu. Albo tłumaczyliśmy tym zachowanie dziecka z biednej rodziny. – Miriam przymrużyła oczy. Zachariasz zastanawiał się, na jaki konkretnie ton i akcenty zwróciła w tym momencie uwagę. Miał nadzieję, że dokładnie na te, które miał zamiar tam umieścić. – Mieli swoją magię, która powinna mieć możliwość lśnienia bez żadnego przykrycia, nieprzytłumiona głupotą czy bezmyślnością słabszego rodzica.
– I co w związku z tym, Zachariaszu?
– Hermiona jest naprawdę potężna – powiedział z namysłem Zachariasz. – Hanna Abbott też, kolejna mugolaczka z mojego domu. Kilku innych, jak Justin, którego już poznałaś, nie jest równie silnych, ale są w stanie rozpoznać czyjąś moc i podążać za nią, ponieważ zdają sobie sprawę, że tak potężne źródło ma prawo do rozporządzania słabszymi od siebie na sposoby, w jakie żaden sojusz by nie zdołał. Walczyli po stronie Harry'ego w bitwie na letnie przesilenie, matko, zupełnie jak my wszyscy. Różnica polega na tym, że nikt nie musiał ich do tego przekonywać, ani sojusze, ani rytuały. Noszą w sobie wrodzony honor, naturalne rozpoznanie wobec magii. Muszą, bo tylko to wnoszą ze sobą, kiedy przywiązują się do naszego świata; bez niej spędziliby resztę życia w ignorancji jej istnienia. Naprawdę cenię sobie ich odwagę, matko, że w tak młodym wieku są w stanie wypłynąć w kompletnie nieznane wody. Nie wiem, czy też bym tak zdołał, gdyby wyrwano mnie ze wszystkiego, co znałem i kochałem i pokazano mi kompletnie nowy świat, z którym łączy mnie jedna cecha – tylko jedna – a w którym tak wielu ludzi po prostu mną pogardza przez wzgląd na to, gdzie się urodziłem, kiedy nikt nie ma nad tym kontroli.
– W tej chwili jest to kwestia wielu innych spraw – powiedziała jego matka. – Zdajesz sobie z tego sprawę, Zachariaszu. Inaczej już wcześniej podążalibyśmy bezmyślnie za Dumbledore'em, a teraz za Harrym.
– Ale tak nie mówimy – powiedział łagodnie Zachariasz. – Mówimy, że wcale nie jesteśmy uprzedzeni wobec mugolaków, że z przyjemnością witamy ich w naszym społeczeństwie i nawet będziemy wchodzić z nimi w związki, o ile okażą się wystarczająco silni. – Nabrał głęboko tchu. – A ty nie chcesz, żebym się żenił z Hermioną, matko, mimo że jest wystarczająco silna.
– To konsekwencja jej działalności w polityce, Zachariaszu, a nie jej statusu krwi.
– Ale jej krew jest z tym związana.
Jego matka nic nie odpowiedziała.
Zachariasz pokręcił głową.
– Wydaje mi się, że potrzebuję takiej żony, matko. Zanudziłbym się z inną w przeciągu pięciu lat. Być może łatwiej bym się dogadywał z taką Susan Bones, która została wychowana pośród obowiązków czystokrwistej żony i zna swoje miejsce w rytuałach, ale w moim życiu potrzeba nieco więcej tańca, takiego czy innego rodzaju. Wiesz przecież, że jestem mądrzejszy od większości ludzi w tej szkole. Potrzebuję wyzwania.
– A co, jeśli twoje wyzwanie porzuci cię, ucieknie z innym mężczyzną, albo nie da ci spać po nocach przez ciągłe kłótnie?
– Nie bój się, nie dopuszczę do Hermiony inteligentnych mugolaków, którzy wspierają prawa skrzatów domowych – powiedział oschle Zachariasz. – I wolałbym kłócić się z nią do późnej nocy, niż zostać nagle zbudzonym przez atak moich wrogów. Bo z Hermioną u mojego boku będę w stanie zobaczyć ich z daleka.
Jego matka westchnęła.
– Pomyśl nad tym jeszcze kilka dni, Zachariaszu. Wierzę, że zmienisz zdanie. – Płomienie rozwiały się i zniknęły, kiedy zakończyła połączenie.
Zachariasz pokręcił głową i wstał. Tak, być może jeszcze zmieniłby zdanie, gdyby był po prostu zauroczony Hermioną. Ale chciał się też ożenić przez wzgląd na wiele praktycznych i politycznych względów. Ocalenie się przed nudą na następnych sto trzydzieści lat było po prostu dużą zaletą w tym wszystkim.
No i co innego miałby powiedzieć? Miała rację. Głupio byłoby to ignorować. A on nie był głupi.
Indigena aportowała się w pobliże swojego domu i zamarła. Światła były włączone w Hali Cierni, kiedy wszystko powinno być zgaszone. W środku były tylko jej skrzaty domowe, oczekujące jej powrotu, a one przecież nie potrzebowały światła, bo ich ogromne oczy widziały w ciemnościach znacznie lepiej od ludzkich.
Szybkim krokiem podeszła bliżej. Ciernie na jej plecach wysunęły się i zwinęły niespokojnie ponad ramionami, szukając kogoś, kogo mogłyby przebić na wylot. Indigena pogłaskała je po korze, pozwalając by jej wypustki ukoiły czającą się w środku furię, po czym otworzyła drzwi
W korytarzu płonęła lampa. Indigena nie widziała w jej pobliżu żadnego skrzata domowego. Zatrzymała się, rozglądając, nasłuchując, a róża z kolcami, których trucizna była zdolna do zabicia kogoś w przeciągu dwóch minut, poderwała łepek. Jej płatki zaszeleściły cicho, jakby wyczuwały niebezpieczeństwo. Indigena jednak wciąż nie czuła, może poza delikatnym, ciepłym zapachem, tak podobnym do jej własnego, zupełnie jakby była w domu w przeciągu ostatnich kilku dni i przeszła się po pokojach.
Przynajmniej dzięki temu zawężyła podejrzenia względem tego, kto by to mógł być. Istniało tylko kilku ludzi, którzy pachnieli podobnie do niej i byli na tyle potężni, żeby osłony ich przepuściły. Indigena nie pojmowała jednak, czemu mieliby tego chcieć. Udała się do Voldemorta, żeby wypełnić dług honorowy, jaki dom Yaxleyów był winien po ucieczce jej siostrzeńca, Feldspara. Jeśli pojawili się, żeby ją za to winić, to jakim prawem dopiero teraz?
Na sztywnych nogach ruszyła do swojego gabinetu i zatrzymała się w progu, przyglądając stojącej przed regałem z książkami kobiecie. Nie poderwała głowy, jakby nie zdawała sobie sprawy z jej obecności. Nie tylko Indigena poświęciła coś w swojej rodzinie w zamian za obecne dary, nawet nie była jedyną, która w rezultacie straciła część człowieczeństwa.
– Lazuli – odezwała się wreszcie.
Jej siostra ostrożnie odłożyła trzymaną właśnie książkę, po czym odwróciła się do Indigeny. Wyglądała równie pięknie co zawsze, blada, szczupła. Podłużne cienie na jej twarzy mogły równie dobrze pochodzić z oświetlających je lamp. Indigena zerknęła na jej dłonie, ale Lazuli, jak zwykle, nosiła wyjątkowo ciężkie szaty. Trzeba było podejść i dotknąć jej rąk, żeby wyczuć jak ogromnych szkód zaznała.
– Co tu robisz? – zapytała.
Lazuli kiwnęła głową, jakby spodziewała się tego pytania. Jej oczy były równie jasnoniebieskie, co kamień po którym otrzymała swoje imię, a jej ciemne włosy były równie ciężkie co szaty. W ogóle nie wyglądały z Indigeną na siostry, ale to nic dziwnego; w końcu miały innych ojców.
– Przybyłam, żeby zobaczyć, czy przypadkiem nie opuściłaś tego domu – powiedziała głosem tak łagodnym i cichym, jak ulotny pył. – Gdyby tak się stało, to wedle prawa Hala Cierni przeszłaby na mnie.
Indigena pokręciła ze zmęczeniem głową.
– Lazuli, przecież wiesz, gdzie przebywam. Wiesz, kim jestem. Nie wydarzyło się ostatnio nic, co mogłoby ci dać wystarczającą wymówkę do uznania mnie za martwą i wprowadzenia się do domu, w którym większość roślin jest gotowa zabić cię za sam zapach. – Zrobił krok przed siebie. – A przebywałaś tu już od kilku dni. Przecież mogłaś zapytać mnie o to listownie. To naprawdę proste pytanie, nie przeciążyłoby sowy. Dlatego zapytam jeszcze raz. – Ciernie na jej plecach ponownie się poruszyły. – Co ty tu robisz?
Lazuli przyglądała się jej w zamyśleniu. Indigena nigdy nie była w stanie jej zastraszyć, kiedy jeszcze była w pełni człowiekiem, nawet jak już zaczęła hodować sobie rośliny pod skórą, ale miała nadzieję, że drastyczne zmiany, przez jakie jej ciało musiało przejść po klątwach krwi Parkinson, jakoś jej teraz pomogą. Nie wyglądało jednak na to. Lazuli równie dobrze mogłaby przyglądać się napuszonemu i syczącemu na nią kotu.
– Przecież musisz znać na to odpowiedź. – W jej głosie pojawiła się zaskoczona nuta, kiedy minęły już całe minuty, a Indigena w żaden sposób nie spróbowała ich zapełnić. – No. Może nie odpowiedź. Ale przecież wiesz, co zrobiłam, jaki dar sobie wybrałam. Czy naprawdę aż tak bardzo zaskoczyło cię, że z zainteresowaniem śledzę poczynania vatesa w naszym świecie?
A Indigenie po raz pierwszy przyszło wyjrzeć za róg i zmierzyć z czymś, czego w ogóle się nie spodziewała. Większość rodziny Yaxley nie brała udziału w wojnach Światła i Mroku, mimo że zwykle praktykowali mroczną magię i nie bali się wędrowania pośród cieni. Feldspar był od tym pojedynczym, głupim wyjątkiem, ale był synem Peridot, a nie Lazuli, więc jego głupota była zrozumiała. Indigenie przyszło po prostu zapłacić cenę za jego brak rozsądku. Nie spodziewała się jednak, że pewnego dnia przyjdzie jej stawić czoła własnej rodzinie na polu bitwy. Voldemort nie miał im niczego do zaoferowania, podobnie jak Harry.
– Vates działa w naszym świecie już od ponad roku, Lazuli – powiedziała. – Czemu akurat teraz zdecydowałaś się przejść na jego stronę?
– Kto tu mówi o obieraniu stron? – Jej głos wciąż był miękki i wyrafinowany, nie było w nim nawet śladu uśmiechu. Właśnie tego Indigena najbardziej nie rozumiała w swojej siostrze, tego braku jakiegokolwiek ludzkiego ciepła, odruchów, reakcji. Lucjusz Malfoy był bardziej ludzki od niej, bo przynajmniej cieszył się porażką przeciwników. Nawet Indigena byłaby gotowa powiedzieć, że jest od niej bardziej ludzka, ale ponieważ obecnie krzaki rosły jej tam, gdzie zwykły człowiek ma mięśnie i organy, to już nie była tego taka pewna. – Po prostu jestem nim zainteresowana. A wyczułam go, Indigeno, kiedy wszedł na ścieżki między Światłem i Mrokiem. Być może pewnego dnia zaciekawi go, co się na nich czai. Być może pewnego dnia zechce pomóc Jacinth.
Indigena prychnęła wbrew sobie.
– To przez ciebie i twoje wybory Jacinth jest tym, czym jest, Lazuli. – Wciąż ją czasem szokowało, że Lazuli tak wiele poświęciła nie w ramach szukania lepszego jutra dla siebie, lecz swojego dziecka. Wieszcz powiedział jej, cokolwiek adekwatnie, że Lazuli nigdy nie urodzi upragnionej córki, bez względu na to, jaki mężczyzna by jej nie zapłodnił; jej losem było rodzenie synów, albo pozostanie bezdzietną. Dlatego Lazuli znalazła coś, co nie było człowiekiem – bezimienną bestię, która przemyka między Światłem i Mrokiem – i z tym właśnie odbyła kopulację. Jacinth urodziła się tylko w połowie człowiekiem, a Lazuli zostałaby zabita, gdyby choćby wspomniała, kim jest ojciec jej dziecka. To nie był gatunek, który… ścieżki Mroku i Światła stworzyły same z siebie. Dawno temu czarodzieje je tam po prostu wrzucili, bo bali się dzielić z nimi świat, a następnie bardzo ostrożnie o nich zapomnieli. Gdyby okazało się, że jakaś czarownica znalazła sposób na wezwanie któregoś do siebie, zaoferowała mu częściowy wgląd do świata czarodziejów, nawet jeśli poprzez otworzenie bramy we własnym ciele i dzięki dziecku o nieczystej krwi, ktoś może zacząć sobie coś przypominać.
Indigena ponownie spojrzała na ręce Lazuli.
– Czego ci dzisiaj brakuje? – zapytała.
Zamrugała w szoku, kiedy siostra odpowiedziała na to wyzwanie poprzez podniesienie rąk i pozwolenie rękawom na zsunięcie się aż do łokci. Miała bardzo szczupłe przedramiona, niewiele grubsze od kości. Ogromne połacie pozbawionych krwi mięśni zostały z nich wyrwane za pomocą niewidzialnych zębów. Akurat, kiedy Indigena się na nie spojrzała, zniknął kolejny z nich. Wiedziała, że jutro odrosną, nawet jeśli tylko po to, żeby mogły ponownie zostać pożarte, a potem znowu i znowu, każdego dnia aż do końca życia Lazuli. Przyjęła to jako cenę spłodzenia Jacinth.
Indigena nie chciała stawić czoła swojej siostrze na polu bitwy. Co więcej, nie chciała, żeby nieugięta wola Lazuli przyłączyła się do Harry'ego.
– Nie będzie w stanie ci pomóc – ostrzegła ją. – Przecież te bestie nie przeżyją poza ścieżkami, znowu zaczną pożerać wszystko wokół.
– Już uwolnił dementorów – powiedziała Lazuli. – Uwolnił wilkołaki. Wyzwala skrzaty domowe, a wielu czystokrwistych twierdzi, że nie jest w stanie bez nich przeżyć. – Jej głos był niczym woda, od której odbija się światło księżyca. – A ja i tak już wypuściłam moje skrzaty na wolność.
Indigena zagapiła się na nią.
– Jacinth się ich bała.
– Siostro, proszę cię. – Indigena z wysiłkiem przełknęła ślinę i spróbowała odezwać się spokojnie. – Przecież wiesz, że Mroczny Pan wygra. Jest za sprytny, a Harry jest znacznie od niego słabszy. Mój Lord zna wiele odłamów magii, z których jeszcze nie miał okazji skorzystać na polu bitwy. W dodatku jest nieśmiertelny. – Znała powody jego nieśmiertelności i poniekąd żałowała, że nie może powiedzieć o nich Lazuli, żeby zrozumiała, jak beznadziejne jest położenie Harry'ego, ale jej Lord zabronił jej mówienia o tym komukolwiek, kto nie jest innym śmierciożercą. – Ma swoje sposoby na zbudowanie kolejnej kadry wiernych sojuszników. Jeśli przyłączysz się do Harry'ego, to potępisz siebie i Jacinth. Harry przegra, a Mroczny Pan będzie zmuszony zniszczyć ciebie i twoją ukochaną córkę.
Lazuli pokręciła głową. Indigena nie pojmowała czemu, póki nie usłyszała jej słów.
– Jeśli tego spróbuje, to najpierw przyjdzie mu stawić czoła ojcu Jacinth. Mam naprawdę wiele do zyskania poprzez przejście na stronę vatesa, Indigeno, i praktycznie nic do stracenia. Ty i tak już przepadłaś dla rodziny Yaxleyów. A jeśli moja córka może pewnego dnia przejść się w świetle słońca, z dziedzictwem uznanym przez wszystkich, oraz ojcem, który mógłby wyjść z nią czasem na spacer… jestem gotowa naprawdę wiele za to zapłacić.
– Pokonamy go – powiedziała miękko Indigena.
– Czyżbyś uważała się za śmierciożerczynię, moja siostro?
– Jestem spętana – powiedziała Indigena, nieco ostrzej niż zamierzała. – Nie miałam pod tym względem żadnego wyjścia, podobnie jak ty byś nie miała, gdyby Mroczny Pan wybrał właśnie ciebie. Zawsze wiedziałam, jak wiele będzie mnie kosztowała moja ścieżka. Nazywają mnie Cierniową Zdzirą. Przecież o tym wiem. A teraz robię jeszcze to, do czego nigdy nie posunęłabym się na wolności, splatam sieci, które podważą fundamenty tego świata. Mimo wszystko, siostro. Vita desinit, decus permanit. Znasz to motto równie dobrze co ja.
Lazuli kiwnęła głową.
– I jeśli przejdę na stronę Harry'ego, to będę przy nim trwać równie mocno, co ty przy swoim Lordzie.
Indigena poczuła głęboki żal, kiedy tak przyglądała się swojej siostrze. Nie wiedziała jak jej pomóc, jak to przerwać. Nie byłaby w stanie zakazać czegokolwiek Lazuli nawet, gdyby była wolna. Oczywiście, gdyby była wolna, to determinacja Lazuli wydawałaby się jej po prostu zabawna, nie sprowadzałaby na niej desperacji i przekonania, że to się skończy śmiercią jednej z nich, jak to robiła teraz.
Wiedziała, że odczuwanie tak ogromnego strachu przed własną siostrą było nieracjonalne. Ale odkąd Lazuli obrała swoją ścieżkę, zgodziła się na bycie pożeraną każdego dnia aż do śmierci i w dodatku uważała to za niewielką cenę w zamian za swoją córkę o wężowych oczach, Indigena naprawdę nie sądziła, żeby na tym świecie istniało cokolwiek zdolnego do postawienia się jej. Jeśli przyłączy się do Harry'ego, zwycięstwo Mrocznego Pana stanie pod znakiem zapytania, mimo wszystkich jego horkruksów i planów.
W dodatku istnieli inni… czarodzieje i czarownice, zarówno mroczni jak i świetliści, którzy kopulowali z magicznymi stworzeniami, nie tylko wilami, które były jedynym gatunkiem na tyle podobnym do ludzi, że powszechnie nie uważano krzyżowania się z nimi za gorszący czyn. Istniały dzieci, które całe życie nosiły uroki na uszach, oczach, czy dłoniach, żeby miały odpowiedni kształt, albo ilość. Jeśli Harry zdoła przeciągnąć Lazuli na swoją stronę, to możliwe że zainteresuje sobą również pozostałych. Indigena nie spodziewała się, że po jego stronie może stanąć taka potęga.
– Gdyby obchodził cię wyłącznie honor – odezwała się Lazuli, wyrywając ją z oszołomienia – to byś się tym nie przejmowała, siostro. Wypełniałabyś swoje przysięgi i pozwoliłabyś mi na wypełnienie moich. Ale wciąż nie sądzę, żebyś była tak w pełni jego, nawet teraz.
Indigena zadarła głowę do góry.
– Hala Cierni wciąż nie należy do ciebie – powiedziała. – Otrzymałaś odpowiedź, po którą tu przyszłaś. Możesz już wyjść, Lazuli.
Lazuli kiwnęła głową i odwróciła się, kiedy z jej ramienia zniknął kolejny kawałek. Indigena odprowadziła ją wzrokiem, po czym obróciła się gorączkowo w kierunku półek i wyciągnęła książki, po które tu przyszła, o starych, bardzo starych siłach poświęcania z własnej woli, miłości i nienawiści i wszystkich sposobach, na jakie można je wykorzystać do przytrzymywania kogoś przy sobie, oraz ranienia go. Jej Lord chciał się przekonać, czy miłość nie okaże się jednak siłą zdolną do postawienia mu się, a do tego Indigenie przyda się coś więcej, niż tylko „Odi et Amo", mimo wszystkich innych sytuacji, w których książka okazywała się mieć wszystkie potrzebne odpowiedzi.
Kiedy się odwróciła, pocieszyła się, że z niepojętego zachowania siostry wyniknęła przynajmniej jedna dobra sprawa. Indigena wiedziała już o potencjalnym zagrożeniu ze strony Harry'ego i będzie w stanie ostrzec przed nim swojego Lorda, zanim jeszcze do czegokolwiek dojdzie. Być może w ten sposób zyska czas na przyciągnięcie do siebie wszystkich tych, których partnerami były mroczne stworzenia. Przecież już kiedyś przekonał do siebie wilkołaki, bo był w stanie zaoferować im wolność. Tutaj po prostu zrobi to samo.
Już kierowała się do wyjścia z gabinetu, kiedy przyszło jej do głowy, że powinna się wrócić i sprawdzić książkę, którą jej siostra przeglądała jako ostatnią. Tytuł w żaden sposób jej nie pocieszył.
„Ścieżki Lordów". Miała w sobie rozdział o vatesie i co to znaczy nim być. Znając Lazuli, chciała się upewnić, że Harry jednak będzie w stanie pomóc Jacinth i prawdopodobnie właśnie tu znalazła swoje odpowiedzi.
Indigena przełknęła ślinę. Musiała zaufać swojemu Lordowi, własnemu honorowi i ich wspólnych planom. Harry prawdopodobnie zginie jeszcze przed końcem roku, choć jej Lord nie uściślił, czy chodziło mu o szkolny, czy kalendarzowy. Możliwe, że nigdy nie przyjdzie jej stawić czoła swojej siostrze, a Lazuli i Jacinth pozostaną w cieniach, które je ochronią, zamiast ryzykować wyciągnięcie wszystkiego na jaw i wojnę, która niewątpliwie z tego wyniknie.
