Rozdział sześćdziesiąty dziewiąty: Świętowanie urodzin

Harry rzucił na list piętnaste zaklęcie. Zalśnił lekko, po czym blask zniknął, informując go, że nie znalazł na nim żadnego jadu, który mógłby go otruć przy kontakcie ze skórą.

– Wiesz, może ktoś tak po prostu chce wejść z tobą w sojusz – burknął Draco, odsuwając się nieco. Czternaste zaklęcie Harry'ego zabarwiło mu naleśniki na zielono. – Nie musisz rzucać na ten list wszystkich możliwych zaklęć.

– Nakrzyczałbyś na mnie, gdybyś zobaczył podpis, a ja bym tego nie zrobił – zauważył Harry. List przyniosła nieznana sowa, która wciąż siedziała na brzegu stołu, poprawiając sobie piórka i czekając na odpowiedź. Harry rzucił kilka zaklęć przed rozwinięciem pergaminu. Dopiero wtedy zauważył podpis, który kończył się na Yaxley i uznał, że list zniesie jeszcze kilka czarów.

– A jaki to ma związek?

Harry pokręcił głową – Draco nigdy nie przyznałby się, że zachowuje się niesprawiedliwie – i wreszcie wyciągnął list z koperty. Przeczytanie pozostawiło go w jeszcze większym niezrozumieniu.

Harry vatesie,

Nazywam się Lazuli Yaxley. Jestem przyrodnią siostrą Indigeny, która, jak niewątpliwie wiesz, walczy po stronie Voldemorta. Jesteśmy z tej samej matki, choć różnych ojców. Mam jeszcze jedną siostrę, Peridot, matkę Feldspara, którego głupota podczas Pierwszej Wojny potępiła moją siostrę, przez co teraz musi mu służyć w jego zastępstwie.

Niedawno odkryłam, że możesz okazać się skłonny, by pomóc mi z ogromnym problemem związanym z uprzedzeniami i obrzydzeniem magicznego świata. Jeśli to podejście nie ulegnie zmianie, moja córka, Jacinth, nigdy nie zdoła żyć w nim swobodnie. Pracujesz obecnie nad zmianą tego podejścia względem wilkołaków i skrzatów domowych. Dotarło do mnie, że być może zdołałbyś zrobić to samo dla niej. Chciałabym, żebyśmy spotkali się w trójkę na neutralnym gruncie. Nie chcę pojawiać się z nią w Hogwarcie, ale dom dowolnego z Twoich sojuszników byłby jak najbardziej mile widziany.

A mamy o czym rozmawiać. Jestem w stanie wiele Ci zaoferować: dogłębną znajomość psychiki Indigeny, co może okazać się ważne, ponieważ teraz jest najbardziej niebezpieczną śmierciożerczynią Mrocznego Pana; wiedzę o ścieżkach między Światłem i Mrokiem bez konieczności spędzania pośród nich czasu; możliwe sojusze z rodzinami, w których też urodziły się takie dzieci jak moje; moją różdżkę i wolę; wsparcie niewielkiego odłamu rodziny Yaxleyów, mimo że działamy niezależnie od siebie i nie będziemy w stanie zaoferować Ci oficjalnego sojuszu. W zamian proszę o równie wiele: żebyś walczył za Jacinth z równym zacięciem, co o dowolne magiczne stworzenie, znajdujące się pod Twoją opieką; żebyś wspierał tych Yaxleyów, którzy zgodzą się na współpracę z Tobą, jeśli kiedykolwiek Mroczny Pan zdecyduje się nas za to ukarać; żebyś nie zaraportował mnie ministerstwu w chwili, w której zorientujesz się, jak wiele praw musiałam złamać; żebyś wysłuchał mnie, kiedy moja siostra przysporzyła Ci już tak wielu zmartwień; żebyś zgodził się na spotkanie na neutralnym gruncie. Moja sowa zaczeka, aż będziesz gotów mi odpisać.

Lazuli Yaxley

Harry pokręcił głową, marszcząc lekko brwi. Na swój sposób naprawdę nie chciał odmawiać. Przecież tym właśnie miał się zajmować vates, prawda? Nie wiedział, co właściwie łączy Lazuli i Jacinth z magicznymi stworzeniami; jeśli Jacinth okaże się pół-wilą, to będą musiały najpierw zmierzyć się z Radą Wili, zanim postanowią o czymkolwiek innym. A jeśli Jacinth nie była pół-wilą…

To by wyjaśniało prośbę o nie raportowaniu jej ministerstwu.

– Interesujące? – zapytał Draco, nachylając się nad jego prawym ramieniem.

Harry podał mu list. Spodziewał się śmiechu, pokręcenia głową, albo mamrotu, że Yaxleyów musiało już do reszty porąbać, skoro jednej z nich wydaje się, że Harry w ogóle się z nią spotka. Zamiast tego Draco zmarszczył brwi i tak długo przeżuwał kącik ust, że Harry zaczął dochodzić do wniosku, że pomylił go z naleśnikiem.

– No więc? – zapytał wreszcie Harry. – Co o tym myślisz?

– Że taka oferta to nie koniec świata. – Draco oddał mu list i odchylił głowę, zamykając oczy i przygryzając usta, od czego już robiły się postrzępione. – Staram się przypomnieć sobie, co właściwie matka mówiła mi o domu Yaxleyów – powiedział. – Ucisz się na chwilę.

Harry podniósł brew.

– Tylko na chwilę?

Cicho, mówię.

Harry wrócił do swojego pomarańczowego soku. Argutus, który był owinięty wokół jego ramion, poprosił o przeczytanie mu listu, więc Harry w miarę możliwości wyjaśnił mu sytuację. Ku jego zaskoczeniu, Argutus wyciągnął kark i pomachał językiem przy krawędzi pergaminu, a następnie cofnął łeb i obwąchał też cielistą dłoń Harry'ego.

Tak myślałem – powiedział, brzmiąc na usatysfakcjonowanego.

– Co myślałeś?

Wyczuwałem zapach nieznanego mi węża, a żadnego nie widziałem w pobliżu. – Argutus oparł się po części na blacie, żeby ukraść Millicencie kiełbaskę. Wywróciła oczami, ale nie protestowała. Większość Ślizgonów zdawała się uważać, że jeśli nie byli na tyle szybcy, żeby powstrzymać Argutusa przed podkradaniem im jedzenia, to na nie nie zasługiwali. – Ale zapach jest tylko na liście. W jakimś momencie musiał znaleźć się w jednym pokoju z wężem.

Harry pochylił głowę, niemal bezwiednie. Miałoby to sens, gdyby Lazuli Yaxley hodowała węża. Bardziej to go w sumie zaintrygowało, bo nie musiał się niczego obawiać w tym temacie.

– Czy jesteś w stanie określić, jakiego jest gatunku?

Nieznanego. Już nie mogę się doczekać, kiedy go zobaczę. Pachnie wiatrem.

Harry ponownie spojrzał z namysłem na list. Znał pewne miejsce, które mogłoby okazać się dobrym kandydatem na spotkanie z Lazuli; najciężej przyjdzie przekonać gospodarza do wpuszczenia jej do środka.

– Draco.

Draco podskoczył i otworzył oczy, po czym łypnął na niego.

– Przecież mówiłem, że masz być cicho, póki próbuję przypomnieć sobie wszystko co wiem o rodzinie Yaxley.

– Ale ja już wiem o nich wystarczająco – żachnął się Harry i z uradowaniem zobaczył, jak spojrzenie Dracona robi się ostrzejsze. Naprawdę powinien być ostrożniejszy, skoro ma pilnować dla mnie polityki. – Zwykle niezadeklarowani, choć przeważnie wykazują się tendencjami w kierunku mroczniejszej strony magii. Mają obsesję na punkcie honoru. Jeśli Lazuli naprawdę chce wejść ze mną w taki sam sojusz, co Indigena z Voldemortem, to możliwe, że w ogóle nie muszę się jej obawiać.

– Ale moja matka się jej boi – upierał się Draco. – Nikogo innego w tej rodzinie, nawet nie Indigeny, czy ich siostry, Peridot, tylko jej.

Harry zamrugał. Tego się nie spodziewałem.

– A mówiła może czemu? Czy ten fragment informacji wciąż zalega ci gdzieś w pamięci?

Draco mu przywalił, ale jego spojrzenie pozostawało poważne.

– Powiedziała, że Lazuli Yaxley to kobieta o niepodważalnej woli. Jak już sobie coś zdecyduje, to nie przestaje działać, póki tego nie osiągnie. A to może być niebezpieczne, Harry, chyba sam sobie zdajesz z tego sprawę? Może w pewnej chwili uznać, że chce od ciebie czegoś więcej, niż tylko przyjaźni. Chyba byłoby lepiej, gdybyś w ogóle nie wchodził z nią w kontakt.

– Ale już go ze mną nawiązała i odrzucenie jej propozycji mogłoby okazać się niebezpieczne – przypomniał mu Harry. – Nie wiem, czy ma jakąś dumę, którą mógłbym urazić, ale jeśli tak, to w ten właśnie sposób bym to zrobił. Jestem vatesem, Draco. Nie mogę odmówić pomocy komuś, kogo nigdy nie widziałem, tylko dlatego, że mogę obawiać się jej matki. Przez to tylko wydam się im słaby.

– I pewnie właśnie na to liczy – zauważył spokojnie Draco. – Jak ci się wydaje, czemu zaapelowała do ciebie w imieniu dobra magicznych stworzeń?

– Ponieważ potrzebuje mojej pomocy – powiedział Harry, czując jak rośnie w nim zniecierpliwienie. Czasami Draco równie chętnie przypominał mu o niebezpieczeństwach polityki, co o swoim przekonaniu, że Harry powinien porzucić wszelkie standardy tylko po to, żeby uporać się z tym niebezpieczeństwem. – Zdawała sobie sprawę, że właśnie taka apelacja ją jej zapewni. Niczego innego bym się po niej nie spodziewał.

– Czyli naprawdę chcesz się z nią spotkać?

Harry spojrzał na list, a następnie na siedzącą po przeciwnej stronie stołu sowę.

– Zaproponuję miejsce spotkania. Potem spróbuję przekonać właściciela tego miejsca, który prawdopodobnie się na to nie zgodzi. A pod koniec przyjdzie mi porozmawiać o tym wszystkim ze Snape'em. – Harry skrzywił się lekko. – Masz trzy szanse na odgadnięcie, co z tego wszystkiego będzie najcięższe do zrobienia.


Drogi Adalrico,

Piszę do Ciebie z pytaniem, czy mógłbym odwiedzić Twój dom i wykorzystać go jako neutralne miejsce do spotkania z Lazuli Yaxley. Ufam Twoim osłonom i Twojej opiece; Obsydian jest na tyle chroniony, że mógłbym poczuć się w nim tak pewnie, jak prawdopodobnie nie czułbym się w Lux Aeternie. Nie wiem, czy Yaxley w ogóle by się zgodziła na spotkanie w tak świetlistym miejscu, bo to w końcu dom mojego brata, więc nieszczególnie neutralne miejsce.

Pytam o to właśnie pana, ponieważ Yaxley chce mnie poprosić o pomoc jej córce w zamian za sojusz. Wiem, jak wysoce ceni pan sobie dzieci i że nasza więź została ustanowiona głównie przez narodziny pańskiej najmłodszej córki. Nie chcę pojawić się u pana pod koniec lutego po prostu przez wzgląd na spotkanie z Yaxley, ale też w ramach świętowania urodzin Marian i odnowienia mojej deklaracji wobec niej, jak i innych dzieci, którym, jak mam nadzieję, przyjdzie dorastać w innym świecie.

Jeśli wolałby pan, żebym jednak nie korzystał z pańskiego domu – zrozumiem. Zbyt wiele wycierpiał pan już przez nasz sojusz. Uznałem jednak, biorąc pod uwagę podane powyżej powody, że zawsze warto zapytać.

Dziękuję za wysłuchanie.

Pański,

Harry


Drogi Harry,

Spotykasz się z Yaxley? Oszalałeś już do reszty? Jeszcze byłbym w stanie zrozumieć, czy zgodzić się na spotkanie z dowolną inną mroczną rodziną. Otworzyłbym drzwi nawet przed świetlistym czarodziejem, gdyby jakikolwiek ośmielił się przekroczyć próg Obsydianu. Ale to?

Zastanawiałem się, czemu wysłałeś mi list, zamiast porozmawiać o tym ze mną za pomocą zaklęcia pieśni feniksa. Teraz już rozumiem. Chciałeś podejść do tego bardziej formalnie, niż pozwalałoby na to zaklęcie. Odpowiedź na Twoje pytanie brzmi „nie", Harry. Razem z żoną z przyjemnością powitamy cię podczas świętowania urodzin Marian. Zgadzamy się pod względem, że powinna żyć w innym świecie, a wciąż nie spędzasz z nią tyle czasu, co kiedyś to sobie wyobrażaliśmy. Ale noga Yaxley nie postanie w naszym domu, póki jej siostra walczy po stronie człowieka, który kiedyś rządził moim życiem i w rezultacie niemal je zniszczył.

Adalrico Bulstrode


Drogi panie Bulstrode,

Kompletnie rozumiem pański opór przeciw mojemu pomysłowi i uważam pańskie powody za absolutnie zrozumiałe. Tak się złożyło, że Lazuli Yaxley zgodziła się na inne miejsce spotkania, choć przyznam, że nawet mnie to zaskoczyło. Pojawię się na urodzinach Marian, a dopiero potem udam na spotkanie z Yaxley i jej córką.

Mam nadzieję, że pan i pańska rodzina dobrze się czują.

Harry


– Harry.

Elfrida wyszła mu na spotkanie, a jej jasne włosy otulały ją niczym godność. Harry złapał ją za ręce i ostrożnie każdą ucałował, po cichu ciesząc się z tego, że wreszcie ma lewą, którą może ująć drugą dłoń i że sama Elfrida nie wzdrygnęła się, ani nie wspomniała o tym, że jego srebrna była zbyt zimna. Jak tylko formalna część powitania dobiegła końca, złapała go za podbródek i podniosła mu twarz, żeby móc się mu krytycznie przyjrzeć.

– Jesteś zmęczony – powiedziała.

– Gdyby zależało mi na wysypianiu się, to nie powinienem był się zgadzać na dowodzenie politycznym sojuszem – odparł Harry z lekkim uśmiechem, po czym odstąpił od kominka w Obsydianie, żeby Snape, Draco, Peter i Regulus mogli wejść po nim. Hawthorn już stała w kącie pokoju, pogrążona, jak zauważył, w rozmowie z Adalrico. Kiwnął do niej głową. Wciąż nie było ani Millicenty, ani Marian. Kominek po przeciwnej stronie pokoju pojaśniał, kiedy wychodziła z niego Narcyza. Harry podniósł brew. Bardzo rzadko widywał matkę Dracona bez formalnych szat. Warstwy spódnicy o głębokich odcieniach zieleni tylko uwidaczniały jej bladość i koronę równie jasnych włosów wokół głowy.

– Nie oczekujemy nikogo innego – powiedziała Elfrida, pochwycając jego spojrzenie.

Harry odprężył się nieco na te wieści. Na tyle, na ile cenił sobie nowych sojuszników, to i tak czasami wolał spędzać więcej czasu z tymi starszymi. Nawet przy Owenie i Syrinx nie był w stanie opuścić równie wiele masek, co tutaj, nawet jeśli Owen i Syrinx udadzą się z nim na spotkanie z Lazuli Yaxley, które odbędzie się po festiwalu Marian. Uśmiechnął się i podszedł do Adalrico.

– Gdzie nasza solenizantka? – zapytał.

– Wciąż śpi, Millicenta właśnie po nią poszła. – Adalrico wyciągnął do niego rękę. Harry wahał się przez chwilę, bo to była właśnie ta, którą mu tak ciężko raniono w Departamencie Tajemnic, ale ścisnął ją, kiedy Adalrico pomachał ze zniecierpliwieniem palcami. Głębokie, niebieskie sińce wreszcie zaczynały się stopniowo goić. – Naprawdę cieszę się, że się pojawiłeś, Harry – dodał, kiedy już się puścili. – Moje dzieci powinny poznać czarodzieja o lordowskiej mocy, który nie chce ani podbić czarodziejskiego świata, ani je kontrolować. Nigdy nie otrzymałem takiej szansy.

Harry wymamrotał coś uprzejmego w odpowiedzi, przyglądając się uważnie twarzy Adalrico. Widział płonące na niej cienie, ale spojrzenie Adalrico było spokojne i stateczne. Wyglądało na to, że nie czuł żalu do Harry'ego za pytanie, czy może wykorzystać Obsydian jako neutralne miejsce. Być może tak będzie najlepiej. Harry'ego zaskoczyła zgoda Lazuli na spotkanie w Nadmorskim Basztańcu, ale ponieważ był podłączony tam do osłon, jako dziedzic Blacków, to będzie tam jeszcze bezpieczniejszy, niż kiedykolwiek w Obsydianie.

– Każdy czarodziej o lordowskiej mocy powinien się tak zachowywać – dodał Harry, naprawdę mając to na myśli. Im dłużej przepytywał Snape'a i Petera o ich wspomnienia szkolne związane z Dumbledore'em, tym bardziej go to wszystko zaskakiwało. Czemu właściwie Dumbledore'owi tak bardzo zależało na kontrolowaniu swoich uczniów w ten sam sposób, w jaki usiłował kontrolować Lily poprzez etykę poświęcenia? Czemu wolał, żeby podążały za nim bezmyślne marionetki, a nie sojusznicy, którzy mogliby podejmować decyzje z własnej woli? To nie miało dla Harry'ego najmniejszego sensu. Szaleństwo Voldemorta było znacznie łatwiejsze do zrozumienia; nie wiedział, jak inaczej się zachowywać, pewnie nawet się taki w ogóle urodził. Ale Dumbledore'owi była znana, przynajmniej w którymś momencie życia, sprawiedliwość i potężne relacje z resztą świata, nie opierające się na wzajemnym wyzysku. Żeby ktoś taki z własnej woli upadł tak nisko było po prostu…

Nie do pojęcia. A Harry będzie musiał się do tego po prostu przyzwyczaić, jak i zaakceptować, że odbyty trening i magia wiodły go w przeciwnych kierunkach, to wszystko.

– Oto i ona! – zawołał Adalrico, odwracając się od niego.

Kiedy Harry się obracał, zauważył przez chwilę twarz Hawthorn. Stała w bezruchu, ale w tle jej orzechowych oczu czaiła się radosna tęsknota. Harry odniósł wrażenie, że nawet jeśli nie była w stanie odczuwać w takiej sytuacji szczęście, bo jej własnej córki już nie było na tym świecie, to prawdopodobnie i tak czuła jego echo w obecności innych dzieci.

Sięgnął przed siebie, tym razem upewniając się, że używa do tego prawej dłoni, po czym zacisnął jej palce na ramieniu. Hawthorn uśmiechnęła się do niego z wysiłkiem.

Wreszcie Harry obrócił się w kierunku drzwi, przez które Millicenta przechodziła wraz z drepczącą obok niej Marian, mamrocząc rady, których jej młodsza siostra raczej nie brała sobie do serca. Marian miała na sobie dziecięce ubranka, mieszankę maleńkiej szaty ze zbyt dużą koszulą, a jej ciemne włosy zostały upięte zielono-białymi wstążkami. Harry podniósł brwi. Bulstrode'owie naprawdę cenią sobie stare zwyczaje. W niektórych antycznych rytuałach te wstążki sugerowałyby, że oto dziecko wychodzi z zimy swojego niemowlęctwa – zimy, w czasie której najczęściej dochodziło do śmierci tak małych dzieci, przez co aż do tego momentu rodziny zwykle nie przyzwyczajały się jeszcze szczególnie – i wkraczały w wiosnę dzieciństwa, kiedy to ich rodzice i rodzeństwo poddadzą przed nimi całe swoje serca. Oczywiście, mogło to też oznaczać, że Marian miała urodziny na przełomie zimy i wiosny.

Marian obróciła głowę, jak tylko weszła do pokoju i rozejrzała się po twarzach wszystkich. Wbiła wzrok w Harry'ego i na nim się zatrzymała. Harry wstrzymał oddech. Prawdopodobnie była w stanie ocenić, że to jego magia była najpotężniejszą w pokoju. Jej reakcja powie im wszystko, co powinni wiedzieć i prawdopodobnie zapowie, czy pomysł Adalrico o wychowywaniu jej w pobliżu przyjaznego czarodzieja o lordowskiej mocy w ogóle miał szansę zadziałać.

Marian uśmiechnęła się szeroko. Następnie puściła dłoń Millicenty i ruszyła chwiejnie przez pokój w jego kierunku. Harry opadł na kolano, żeby ją przechwycić i ustawić się tak bardzo na jej poziomie, jak to było możliwe.

Na bluzeczce Marian była plama, jakby dopiero co zjadła coś fioletowego. Nie wyglądało na to, żeby ktokolwiek się tym przejmował, a już najmniej sama Marian.

– Harry – powiedziała, łapiąc go za szaty i pociągając ze zniecierpliwieniem. Jeśli zauważyła, że jego srebrna dłoń różni się od cielistej, to w bardzo oczywisty sposób nie była tym zainteresowana. – Więcej magii.

Harry kiwnął lekko głową, mając nadzieję, że Snape miał już wzniesione tarcze i ochroni się przed bólem głowy – Merlin jeden wiedział, że facet już wystarczająco wiele narzekał tego dnia, a Harry nie chciał go jeszcze bardziej stresować – po czym opuścił swoje bariery.

Ciepły, głęboki błękit rozprzestrzenił mu się ponad dłońmi, jakby właśnie otworzył w nich wrota do oceanu. Harry wyczuł zapach nagrzanej słońcem trawy i jesiennych kwiatów polnych. Z tego światła rozwinęły się fioletowe rączki, które momentalnie zabrały się za malowanie obrazka, stopniowo coraz bardziej przypominającego twarz Marian.

Marian roześmiała się. To był swobodny dźwięk, niekontrolowany i kompletnie pozbawiony strachu. Wyciągnęła rączkę przed siebie i wydawała się kompletnie oczarowana, kiedy Harry utwardził jeden z fioletowych paluszków na tyle, żeby mogła go dotknąć.

Harry poczuł, że oczy zaczynają go piec. Wyciągnął ręce i ostrożnie podniósł Marian. Nie wierzgała, mimo ostrzeżeń Elfridy, że ma do tego tendencje, ale w dalszym ciągu przyglądała się samemu centrum tego światła, jakby kompletnie zaabsorbowana, od czasu do czasu dźgając je palcem i chichocząc z radością, ilekroć dźgnęło ją z powrotem.

Harry pochylił głowę i potarł twarzą jej ciepłe, lejące się, ciemne włosy. Na chwilę polityka przestała być ważna, podobnie jak idea, jakie to byłoby wspaniałe, gdyby żadne dziecko nigdy już nie musiało bać się magii. Istniał tylko fakt, że choć raz zachowywał się jak należy w stosunku do reszty świata.

Jung-Xi mówiła mu kiedyś o tym, o tej odpowiedzialności, jaką inni Panowie i Panie – głównie ci świetliści – czuli za własnych ludzi i jakie to było wspaniałe, ilekroć schodzili do nich ze swoich dumnych wyżyn, stawiali się na równi z innymi, pomagali w budowie społeczeństwa i w ogóle wchodzili z nimi w interakcje.

Harry nie wiedział, czy kiedykolwiek przyjdzie mu się poczuć w ten sposób, zwłaszcza że ostatnimi czasy bardziej zdawał się wkurzać ludzi swoimi sugestiami, jak na przykład tymi dotyczącymi wyzwalania skrzatów domowych. Nie wiedział, czy kiedykolwiek spełni obietnicę słów, które Narcyza napisała mu jako Dziecię Gwiazd, zachęcając go nie do bycia Lordem, lecz do chronienia, służenia i bronienia, bez konieczności przymuszania.

Teraz już wiedział, że może to zrobić, nawet jeśli tylko na chwilę.


Hawthorn spuściła wzrok i wbiła go we własne dłonie. Łzy ją oślepiały i to nie tylko dlatego, że kiedy Harry trzymał Marian w ten sposób, przywoływał wspomnienia o Pansy, która za młodu czasem biegała po domu, wrzeszcząc w wniebogłosy i strasząc skrzaty domowe.

Przez chwilę życie, które do tej pory wiodła, a w którym zemsta na Indigenie bolała ją i pchała do dalszego działania, otworzyło się i Hawthorn poczuła się, jakby przez chmury przebił się promyk słońca.

Był piękniejszy i bardziej przeszywający od tej chwili, w której poddała krwawą zemstę za Claudię. Sugerował, że może jednak życie było ważniejsze od śmierci, że martwi muszą ustępować miejsca żywym. Że takie chwile jak ta bardziej liczyły się od serca, które już przestało bić.

Nie mogę tak myśleć. Nie mogę. Hawthorn potarła nerwowo twarz. Pansy to moja córka. Muszę ją pomścić.

Odwróciła się od Harry'ego i Marian, bo ich widok tylko wywoływał chaos w jej głowie, i zamiast tego skupiła się na Draconie Malfoyu. Przynajmniej wyraz jego twarzy był łatwy do zrozumienia.


Draco miał wrażenie, że wreszcie zrozumiał. Stopniowo przechodził przez wspomnienia Harry'ego, które otrzymał w myślodsiewni na święta. Niektóre go rozbawiły. Niektóre rozwścieczyły. Niektóre złamały mu serce. Ale w żadnym z nich nie znalazł wyjaśnienia dla braku ambicji Harry'ego, dlaczego nie mógł po prostu wykorzystać swojej magii do pozwolenia sobie na drobne luksusy, które nikomu by nie zaszkodziły, a którymi większość z przyjemnością podzieliłaby się z kimś o lordowskiej mocy.

Teraz już wiedział. Harry ich nie potrzebował, ponieważ był bardziej zainteresowany wyższymi przyjemnościami. Jego magia owijała pokój niczym mrucząca żmija. Draco jeszcze nigdy nie widział go równie szczęśliwym poza łóżkiem, jego wola i rzeczywistość wreszcie współgrały ze sobą i to właśnie dzięki tej magii mogło do tego dojść. Nie chciał, żeby ludzie patrzyli na niego ze strachem, lecz podziwem.

Draco przyłożył dłoń do piersi, czując się jakby połknął ość. Harry nie lubił strachu.

Och. Och.

I to pewnie właśnie dlatego dołączył do przysiąg Przymierza Słońca i Cienia pragnienie nie siania strachu w innych, albo dlaczego nie chciał, żeby skrzaty domowe były niewolnikami, czy służbą. Niby czemu miałby tego chcieć? Przecież mógłby otrzymać w zamian coś znacznie lepszego.

Draco dobrze pojmował chęć posiadania czegoś znacznie lepszego. Po prostu nigdy nie przyszło mu do głowy, że można tak patrzeć na podziw i szacunek.

Chciał podejść do niego, wziąć w ramiona i całować do utraty tchu, ale przebywali w miejscu publicznym, a Harry wciąż nie odłożył Marian. Będzie musiał z tym poczekać.

Draconowi, dla odmiany, w ogóle to nie przeszkadzało.


Vatesie.

Harry pochylił powoli głowę, wchodząc przez drzwi do pustego, kamiennego pokoju Nadmorskiego Basztańca, w którym Lazuli Yaxley zgodziła się z nim spotkać.

– Madam Yaxley.

Snape praktycznie deptał mu po piętach, a Draco szedł tuż za nim, podczas gdy Peter i Regulus wyglądali ponad ich ramionami. Owen i Syrinx minęli próg i rozeszli się na boki, ani na chwilę nie spuszczając Lazuli z oczu.

Lazuli, która wyglądała przez okno, obróciła się do nich. Harry spojrzał jej w oczy i zrozumiał, czemu Narcyza może się jej obawiać.

Nie była najsilniejsza magicznie w pokoju; znacznie słabsza od Snape'a i pewnie też i Regulusa, no i przede wszystkim od samego Harry'ego. Jej magia miała mroczne krawędzie, ale Harry spotkał już i wyczuwał gorsze i bardziej zajadłe. Jej chłodne, wypolerowane maniery były bardzo typowe dla czystokrwistych.

Ale jej brak wyrazu twarzy mógł być dla kogoś przerażający. Wydawała się być kompletnie niezainteresowana, niezwiązana, niespętana. Jej mina świadczyła, że jeszcze nikt nie wywarł na niej wrażenia, które sprawiłoby, że zawahałaby się i choćby rozważyła zrobienie tego, czego od niej zażądano. Nigdy się nikogo nie bała.

Niezwyciężona.

Harry stłumił przebłysk aprobaty, jaki poczuł w sercu na jej widok. Być może już ją lubił jako vates, ale przecież nie był tu wyłącznie dlatego. Lazuli chciała wejść z nim w polityczny sojusz.

– Madam – powtórzył, kiedy niczego nie powiedziała, tylko dalej mu się przyglądała. – Zgodziła się pani przyprowadzić ze sobą córkę. Czy jest tu z nami?

– Jacinth – powiedziała niemal bezgłośnie Lazuli, wciąż nie odrywając od niego wzroku. Harry nie miał pojęcia, o czym myślała, co czuła. Nie okazywała tego żadnymi mikroekspresjami, czy ulotnymi gestami, do których rozpoznawania był przyzwyczajony.

Niska dziewczynka wyszła zza jedynego mebla w pokoju, rozległego fotela ustawionego naprzeciw okna. Harry przyjrzał się jej. Wyglądała na mniej więcej siedem lat, w miarę normalnie jak na czarownicę w tym wieku: ciemnowłosa, blada, nerwowa. Pochyliła głowę, nim Harry zdążył zobaczyć kolor jej oczu, albo przyjrzeć się rysom twarzy. Oczywiście, jeśli podejrzenia Harry'ego były słuszne, a Jacinth okaże się pół-człowiekiem i w połowie czymś wyjątkowo odmiennym, to prawdopodobnie i tak kryła się w tej chwili pod urokiem.

– To moja córka, Jacinth – powiedziała Lazuli, kładąc dłoń na ramieniu dziewczynki. – Dla niej oferuję ci koalicję i lojalność na warunkach uzgodnionych w liście. Dla niej właśnie będziesz walczył. Chcę, żebyś zmienił świat na tyle, żeby już nie musiała więcej kryć się w cieniach.

Harry odchrząknął z wysiłkiem.

– Najpierw chciałbym ją w pełni zobaczyć. Czy dobrze się domyślam, że ojciec Jacinth nie był człowiekiem, Madam Yaxley?

– W rzeczy samej – powiedziała Lazuli. – Finite Incantatem.

Rysy Jacinth rozmyły się pod jej dłońmi. Ponownie poderwała wzrok, krzywiąc się nieco. Harry'emu dech zaparło, ale naprawdę postarał się, żeby zaskoczenie nie pojawiło się na jego twarzy.

Oczy Jacinth były ogromne, złote i pochwycone w krawędzie, przez które odstawały jej od głowy, niczym wężowe. I tak otaczały je delikatne rzęsy, wydające się niemal nie na miejscu, a z jej nerwowego mrugnięcia Harry wywnioskował, że jednak miała powieki. Spomiędzy ust wystrzelił nagle rozwidlony język.

Lazuli odsunęła się, a Jacinth zrobiła krok przed siebie, rozkładając ręce, jakby chciała pokazać się ze wszystkich stron. Ponad jej plecami rozwinęły się delikatne, szare skrzydła w kolorach cieni; przypominały smocze, mimo że nie były nawet długości jej rąk, przez co Harry'emu nie wydawało się, żeby kiedykolwiek zdołała na nich wzlecieć. Jej szaty dzieliły się z tyłu, odsłaniając szaro-czarny ogon, który kończył się trójkątnym szpikulcem, a kiedy się okręciła wokół siebie, Harry zauważył, że jej włosy wtapiały się w kręgosłup, przemieniając stopniowo w podobne do obsydianu kolce, biegnące wzdłuż pleców i przebijające przez materiał. Miała dwie nogi, ale w porównaniu do smukłych mięśni na jej bokach, zdawały się niemal niepotrzebne.

Harry usłyszał, jak Snape wyciąga różdżkę. Zanim zdążył coś powiedzieć, albo Snape zaintonować klątwę, w pokoju rozległ się głos Lazuli:

– Przybył ojciec Jacinth.

Harry poderwał wzrok i zobaczył kotłujące się w kącie pokoju cienie. Coś się tam kształtowało – było ciemne i zwinięte, nie miało żadnych nóg, czy głowy. Ponad grzbietem rozpościerały mu się skrzydła, a z piersi wychynął język. Paszcza otworzyła się i zamknęła z jednej ze stron, pokazując kły równie ostre, co kolce Jacinth.

– Severusie – powiedział miękko Harry, nawet na chwilę nie odrywając wzroku od cieni. Wyczuwał już magię tego… tego czegoś i była ona szalona, obślizgła, mroczna, ale zbyt szalona nawet dla Mroku, w dodatku przebita szpikulcami Światła. Nic dziwnego, że Lazuli jest w stanie podzielić się ze mną wiedzą o ścieżkach między Mrokiem i Światłem. W końcu udała się tam, żeby kopulować z tym… czymś. – Nawet nie próbuj.

– Czy ty w ogóle wiesz, co to jest? – zapytał wyzywająco Snape, którego głos był stłumiony od niemal takich samych ilości strachu, furii i nienawiści, co okazywał przy wilkołakach. – Oni na nas polowali, Harry. Trzeba być nienormalnym, żeby zaoferować im przejście z powrotem do naszego świata. A teraz je otrzymali, nawet jeśli istnieje pod postacią dziecka, noszącego w połowie ich krew. – Obrócił się do Lazuli. – Po co ci to było? Jak mogłaś?

– Bo chciałam – powiedziała Lazuli Yaxley.

Harry zerknął na nią. Jedną z rąk miała odsuniętą od tułowia w sposób, który sugerował, że w rękawie miała różdżkę, a usta rozchylone w sposób, który sugerował, że jej następne słowa będą brzmiały „Avada Kedavra". I nie spudłuje.

Po raz pierwszy Harry zobaczył w jej oczach emocje. Miłość, taka agresywna miłość i niepodważalna wola. Harry nie miał żadnych wątpliwości, że zawsze widziała Jacinth w jej prawdziwym kształcie i tym bardziej ją za niego kochała.

– Z nimi nie da się negocjować – powiedział Snape, zarzucając głową w kierunku cieni. Harry zobaczył, że stworzenie już straciło większość swojego kształtu i teraz podpływało, żeby owinąć się wokół stóp Lazuli i unieść łeb w kierunku jednego z jej ramion. Kawałek materiału oklapł, jakby nagle zniknął tam spory kawał mięśnia. Harry pomyślał o kłach stworzenia i zastanowił się, jaka cena mogłaby zainteresować bezimienne stworzenie na tyle, że zgodziłoby się na spłodzenie dziecka. – To po prostu niemożliwe. Niewykonalne.

Vates dokonuje niemożliwego na porządku dziennym. – Lazuli opuściła rękę. – I to musi być jego decyzja.

Harry spojrzał na Jacinth. Przestała się obracać i stała ze spuszczonym wzrokiem i splecionymi dłońmi. Zauważył, że miała między palcami delikatne, szare błonki, które otwierały się i zamykały, niczym oddychające kwiaty.

– Jak się czujesz? – zapytał, upewniając się, że jego głos pozostanie łagodny. – Czy chcesz żyć w świecie, który twoja matka chce, żebym zbudował?

Poderwała wzrok i spojrzała mu z zaskoczeniem w oczy. Następnie na jej twarzy pojawił się wprost niezwykły uśmiech, rozciągający cienie pod łuskami na jej skórze.

– Umiesz ze mną rozmawiać – powiedziała.

W tym momencie Harry zorientował się, że odezwał się w wężomowie; najwyraźniej widok oczu Jacinth wystarczył do osunięcia się do tego języka. Otworzył usta, żeby przeprosić, ale Jacinth szybko mówiła dalej.

– Też umiem po angielsku, ale nie za dobrze. No i brzmię przy tym jak jakieś dziwadło. Ale nikt mnie nie rozumie, jak mówię w tym języku, może poza ojcem, a on rozmawia ze mną, jak mu się podoba. – Podeszła do niego, a w oczach zalśniła jej intensywna samotność, na widok której Harry'ego serce zabolało ze współczucia. – Umiesz mówić – powiedziała, jakby to był jakiś cud. – Czy mógłbyś czasami mnie odwiedzać, żeby ze mną porozmawiać?

– Oczywiście – powiedział cicho Harry. – Jeśli tylko tego chcesz. – Nie obejrzał się nawet na Lazuli. To była kwestia między nim i Jacinth. – Dopilnuję, żeby doszło do tego bez względu na to, czy ten sojusz dojdzie do skutku, czy nie. Ale czy chcesz, żebym nawiązał sojusz z twoją matką? Bo wtedy dowiedzą się o tobie inni ludzie. – W wężomowie to brzmiało bardziej jak „odczytają twój zapach".

Jacinth przełknęła ślinę.

– A czy… czy mogliby się czasem na mnie nie gapić?

– To właśnie będę starał się osiągnąć – powiedział Harry. – Żeby przestali się gapić. Żeby nie zwracali uwagi na to, jak brzmisz, kiedy mówisz po angielsku. Ale może mi się nie udać. Może nawet oznaczać, że ludzie się o tobie dowiedzą, a i tak będą cię nienawidzili i się ciebie bali. A nawet jeśli wygram, to może mi to zająć całe lata. Czy w ogóle tego chcesz?

Jej język ponownie przeszył powietrze. Harry zastanawiał się, czy w ten sposób próbowała kosztować jego zapachu i wyczytać z niego szczerość. Wreszcie jej oczy wróciły na jego twarz z taką siłą, że niemal westchnął.

– Tak – powiedziała. – Bo chcę pewnego dnia przejść się ulicą bez strachu, że ktoś spróbuje mnie zabić, a matka uprzedzała, że tak właśnie może się stać. W porównaniu do tego, kilku gapiących się ludzi mnie nie przeraża. A zawsze będę mogła ich zwyzywać w tym języku. Do tego ojciec mówi, że jak już wyrosną mi kły, to będę mogła ich nastraszyć i uciekną. – Zawahała się. – No i ty żyjesz w tym świecie, prawda?

Harry przytaknął.

– No to chcę cię tam odwiedzać. Czasami – dodała pośpiesznie, jakby bała się, że prosi o zbyt wiele.

– No pewnie – powiedział Harry, po czym odwrócił się do Lazuli. Cień, który wcześniej owijał się wokół niej, zniknął. Przyglądała mu się z wyrazem twarzy, którego jeszcze nigdy wcześniej nie widział. – Twoja córka tego chce – powiedział. – Skoro udało mi się uwolnić dementorów, to być może pewnego dnia zdołam zrobić to samo dla ojca Jacinth. Będę walczył.

Lazuli opadła z taką gracją, że Harry nie wiedział co się dzieje, póki już przed nim nie klęczała. Następnie strząsnęła do tyłu swoje rękawy, a Harry zorientował się, że pokazuje mu swoje przedramiona.

Swoje połowicznie pożarte przedramiona.

– Taką właśnie cenę zapłaciłam za spłodzenie Jacinth – powiedziała Lazuli w kompletnej ciszy. – Płacę ją każdego dnia. Kocham ją i jest moja. Jeśli będziesz za nią walczył, to nie znajdzie się nic, czego bym dla ciebie nie zrobiła. Znana jest mi prawdziwa wartość poświęcenia.

Harry był w stanie tylko przytaknąć i wtedy Snape złapał go za ramię i obrócił do siebie, żeby powiedzieć coś więcej o ojcu Jacinth.

Harry słuchał go spokojnie. Dojdzie do kłótni. Nie miał co do tego wątpliwości. Naprawdę ciężko będzie znaleźć kompromis, jeśli ojciec Jacinth okaże się wrogiem całego gatunku czarodziejów, jak to Snape sugerował.

Spojrzał ponownie na Jacinth, zajętej głaskaniem zwojów owiniętego wokół siebie, cienistego cielska.

No to będę walczył. Przecież to nie pierwszy raz.