Rozdział siedemdziesiąty: Zmieniamy się

Indigena poprawiła książkę w przytłumionym świetle, wpadającym przez grotę, po czym westchnęła. To na nic. Ostatnimi czasy wąż jej Lorda robił się niespokojny w pobliżu świateł, więc będzie musiała wyjść na powierzchnię, żeby poczytać w świetle zachodzącego słońca, albo rzucić Lumos.

Wstała i obejrzała się na Mrocznego Pana. Nie poruszył się, zaciskał dłonie na położonym na piersi złotym pucharze, a cielisty wąż spał, owinięty wokół jego łokcia. Indigena wiedziała już, że to nie śpiączka, a już na pewno nie ten sam stan, w jakim go znalazła. Teraz ten bezruch oznaczał polowanie, przemykanie na śmiertelnie niebezpiecznych, cichych skrzydłach, unoszących się na prądach myśli i tym bardziej groźnych, ponieważ jego ofiary nie zdawały sobie sprawy z jego obecności, jakby był sową a oni myszami.

Zadrżała, wchodząc po schodach prowadzących do nory, po czym zamarła na moment, mrugając w świetle słońca.

Dziura znajdowała się na niewielkim wzniesieniu, otaczającym dom Riddle'ów. Gdyby tylko Indigena obróciła głowę, mogłaby zobaczyć mugolskie domy, ale nigdy nie miała na to ochoty. Zamiast tego wolała spoglądać w kierunku cmentarza, gdzie wciąż leżały pozostałości po cierniach, którymi torturowała Rosiera, oraz niewielki, opuszczony ogród. Indigena zaczęła stopniowo pobudzać go do życia.

Może tam miło by było poczytać.

Ledwie jednak zrobiła krok przed siebie, a powietrze przed nią zalśniło i nagle przebił się przez nie orzeł bielik, który wylądował bezwładnie na ziemi. Indigena wywróciła oczami i spojrzała ponad nim na swój ogród. Może, jeśli tylko odpowiednio się na nim skoncentruje, to facet łaskawie się zmyje.

Nie miał zamiaru okazywać jej żadnej łaski. Zamiast tego zmienił się z powrotem w Falco i podźwignął z powrotem na nogi, kaszląc powoli. Indigena przyjrzała mu się. Zauważyła, że jego twarz robiła się po bokach coraz mniej elastyczna, przez co wyglądał coraz starzej. Miło się na to patrzyło. Coraz więcej czasu poświęcał badaniom Mroku, który niegdyś pochłonął jej Lorda i sprawił, że stał się kimś mniej niż człowiekiem na długo przed stworzeniem horkruksów. To znaczyło, że Falco jest coraz bliższy ścieżce deklaracji. Im szybciej do tego dojdzie, tym szybciej wszystko dobiegnie końca. Indigena naprawdę nie przepadała za Falco Parkinsonem, czy też wszystkim, do czego zmuszała ją jego obecność.

Jak na przykład do uprzejmości.

– Mój panie – powiedziała, choć jej głos był absolutnie pozbawiony ciepła, którym zwracała się do Voldemorta. – Jak mogę panu służyć?

Falco obejrzał się na nią, po czym zwrócił w kierunku nory.

– Czemu nie udaliście jeszcze do miejsca, które wam przygotowałem?

Indigena przełknęła gulę w gardle.

– Niby czemu mielibyśmy to zrobić? – zapytała wreszcie. – Nie wiem, jak wieloma pułapkami mógłby pan ją zastawić. Bo chyba nie wydawało się panu, że mój Lord panu ufa?

– Ta nie wystarczy. – Łypnięcie Falco mogło objąć mugolskie miasteczko, jak i jej ogród – Indigena poczuła, jak ciernie wiją się w niej na samą myśl – czy dziurę w ziemi, z której przed chwilą wyszła. – Zasługuje na miejsce odpowiednie dla jego chwały i przeznaczenia. Takie właśnie mu przygotowałem.

– Przeniesie się, kiedy będzie gotów – powiedziała Indigena. – Zapomina się pan, Lordzie Parkinsonie. Lord Voldemort nie jest chłopcem, nad którym można się znęcać i ustawiać, jak się panu podoba. Proszę się w tych sprawach udać do Harry'ego. – Gdybyś tylko widział choć połowę tego, co ci się wydaje, ty ślepy durniu, to już dawno temu pojąłbyś, że Harry też nie da sobą pomiatać. – Jeśli życzy sobie pozostać tutaj i zająć ważnymi sprawami, to to właśnie zrobi i się nimi zajmie.

– Muszę porozmawiać z Tomem – powiedział nagle Falco, przepychając się obok niej. – Zostań tutaj.

Indigena prychnęła i usiadła na trawie, po czym wyciągnęła książkę i rozłożyła ją sobie na kolanach. Dotyczyła oswajania dzikich zwierząt, włącznie ze szczegółami wielokrotnych i nieudanych prób oswojenia smoków. Indigena nie sądziła, żeby zdołała w niej znaleźć to, czego naprawdę teraz potrzebowała, ale powoli robiła się zdesperowana. Plan jej Lorda niebawem będzie gotowy, a jego zepsuty eksperyment wciąż nie dawał oczekiwanych rezultatów. Indigena miała nadzieję na znalezienie innego sposobu przejęcia nad nim kontroli. Jej Lord wątpił, żeby to faktycznie miało szansę zaszkodzić wszystkim ich planom, ale Indigena zrobiła się niespokojna, odkąd Lazuli przyłączyła się do Harry'ego. Potrzebowała gwarancji na wygraną, nie po prostu prawdopodobieństwa.

Nachyliła się nad najbliższą stroną, przeglądając pobieżnie akapit, który już wcześniej przejrzała, po czym zamarła. W przypadku zwierząt, których dzikość i niebezpieczeństwo są wrodzone, jak przy smokach, można spróbować jeszcze jednego sposobu: złotej uzdy.

Zaintrygowana – nie przeczytała tego wcześniej, bo kilka stron się skleiło – Indigena zaczęła czytać.


– Tom? Tom, jesteś tu?

Wyczuł jego nadejście dzięki wibracjom ziemi na długo przed tym, jak słowa trafiły do jego ludzkich uszu. Cielisty wąż spiął się i otworzył ślepia. Lord Voldemort zarzucił jego łbem, żeby spojrzeć na Falco.

Stary czarodziej zszedł po schodkach, prowadzących do tunelu i zatrzymał się przed nim, spoglądając gniewnie, jakby spodziewał się zastać go na nogach. Prawdziwy Lord był w stanie zachować godność w dowolnej pozycji. Lord Voldemort zachował swoją, leżąc i cierpliwie trzymając w swoim umyśle nici wspomnień. To, czym się teraz zajmował, nie przychodziło mu naturalnie; była to wariacja wyjątkowo starego odłamu magii, którą już kiedyś wykonał i polegała na osobliwych zaletach, zagnieżdżonych w umysłach ofiar, które teraz zachęcał, o które dbał, wyrywając chwasty niepotrzebnych myśli, zamiast zagnieżdżania własnych sugestii. Ciężko było czasem się powstrzymywać przed rozkazywaniem tym, którzy powinni należeć do niego po prostu przez wzgląd na to, kim był. Ale radził sobie jak mógł.

– Tu jesteś – powiedział Falco, marszcząc na niego brwi. Jego ton był bezczelny, aż nazbyt bezczelny. Jak tylko Lord Voldemort odzyska swój tron, upewni się, że już nikt nigdy więcej nie spróbuje się odezwać do niego w ten sposób. – Czemu jeszcze nie ma cię w drugim domu?

Wąż widział postrzępioną, srebrzystą brodę Falco, jego podarte szaty i przeszklone, zielone oczy. Co więcej, widział też zmianę w jego aurze po bokach ciała, gdzie magia zaczęła się rozkładać i kruszyć w świetle nowych badań. Lord Voldemort musiał stłamsić swoją radość. Stary głupiec jednak podążył ścieżkami i nie chciał zapłacić za to pełnej ceny. Mrok przyjął do siebie Lorda Voldemorta zaraz po deklaracji, ponieważ niczego przed nim nie ukrywał. Poddał w swoim życiu wszystko, poza życiem, byle tylko osiągnąć jedyny cel wart jego czasu: nieśmiertelności. Falco starał się polować na tych ścieżkach, ale ociągał się, ciągnęło go z powrotem do Światła. Mrok był w stanie to wyczuć i w rezultacie rozszarpie go na strzępy – nie tylko za to, ale też za wykorzystywanie go dla dobra równowagi, oszukiwanie go przez tyle lat i udawanie, że należy do niego równie mocno co do Światła.

– Ponieważ nie życzę sobie tego – powiedział Lord Voldemort, kiedy już uznał, że minęło na to dość czasu. Mógłby zostać wspaniałym artystą, znakomitym i teraz właśnie widział na twarzy Falco efekty swojej sztuki i żałował straconych okazji. Po części zrodziły się one z tej porażki, po części z ciężkiej pracy, zarówno jego jak i Harry'ego, och tak, a ponieważ Harry nie mógł się tu pojawić i zobaczyć efekty ich wspólnego tryumfu, ani docenić ich należycie, to musiał się tym zająć za ich obu. – Wolę tę jamę i związane z nią wspomnienia, od wspomnień związanych z tym drugim domem.

Na twarzy Falco pojawiła się nietypowa dla niego desperacja, kiedy zrobił krok przed siebie.

– Tam się wszystko zaczęło – powiedział. – Tam właśnie musi się skończyć. – Urwał, jakby z obawą, że powiedział za dużo.

Wyśmiał go, Lord Voldemort Który Wciąż Był Lordem Mimo Że Właśnie Tarzał Się Na Ziemi, a jego głęboki i bogaty śmiech dudnił i potrząsał ziemią wokół. Odsunął się od niego, ten nieszczęsny Falco, pełen niewłaściwych pragnień i o nierozsądnym umyśle, potrząsając głową, jakby to miało powstrzymać ziemię przed wstrząsami i zakrywając dłońmi uszy, jakby to miało zmienić cokolwiek.

– Przecież wiem – odezwał się Lord Voldemort, kiedy wreszcie zdołał powstrzymać śmiech. Jego wąż kiwał się z boku na bok w odpowiedzi na to rozbawienie, przez co obraz Falco bujał się niczym kamień na łańcuszku. – Z początku nie wiedziałem wszystkiego, ale pięć lat temu udało mi się odkryć ostatnie poszlaki prawdy. Nie da się wędrować bezcieleśnie po Mroku i niczego się przy okazji nie nauczyć. To naprawdę dziwne i niesłychane, tak gdzieś w oddali mieć magicznego dziedzica, z którym jest się związanym, z którym dzieli się magię, zamiast tak po prostu umrzeć i przekazać ją w całości jednej z osób, ale tak właśnie się stało. Znam go. Wiem o trzecim. Wiem już o wszystkim, o czym chciałbyś mi powiedzieć, Falco, i nic z tego nie sprawi, że ruszę się, zanim jeszcze będę na to w pełni gotowy. Tak, tam właśnie to się musi skończyć. Kiedy wąż się zwinie, kiedy śmierć nadejdzie, kiedy nastąpi chwila, w której wszyscy trzej znajdziemy się w równowadze, to będzie właśnie wtedy. Mogłoby się skończyć gdziekolwiek, ale chcę upewnić się, że zobaczę w oczach Harry'ego desperację, zanim go zniszczę. – Zaśmiał się i tym razem głębia i bogactwo były jeszcze głębsze i bogatsze, niczym ciało pożerane przez larwy, które lada moment przemienią się w muchy. – A może sam siebie zniszczy? Wydaje mi się, że tak to się właśnie skończy, jak tylko dowie się, co tak naprawdę się stało. Och, tak mi się właśnie wydaje. Przecież już sama wiedza go połowicznie zabije. Przyjaciel powiedział mi to kiedyś, pomyślał o tym, a przynajmniej o czymś podobnym. A teraz nadciąga koniec. Zanim jednak do niej dojdzie, odbiorę Harry'emu wszystko, co kiedykolwiek kochał. A kiedy wreszcie odkryję przed nim, jak głęboko wbite są moje pazury, że wyłącznie on jest odpowiedzialny za żniwa, jakie przyszło mi poczynić, to się zabije, a cała ta magia wreszcie wróci do mnie.

Falco nie odzywał się w czasie tej elokwentnej przemowy. Potem jednak pokręcił głową.

– Oszalałeś, Tom. Ale potrzebuję teraz twoich technik. – Nachylił się. – Pojawiałem się na wybrzeżach, ale wciąż nie jestem w stanie przekonać syren do wysłuchania mnie. Coś ty im powiedział, żeby je do siebie przekonać?

Lordowi Voldemortowi zajęło dłuższą chwilę uspokojenie swojego rozbawienia, powstrzymanie przed marzeniami o odległym dniu, kiedy odzyska całą swoją magię i stłumienie irytacji na dźwięk tego przeklętego, mugolskiego imienia. Ale ostatecznie mu się to udało. Powie durnemu Falco, jak kontrolować syreny, jak je wzburzyć. Oczywiście że tak. Przecież tego rodzaju plan zadziała tylko raz. Harry powstrzyma Falco i ostatecznie go zniszczy, ponieważ Falco nie miał zamiaru w pełni poddać się Mrokowi.

Och tak, powiedział mu, niecny Lord Voldemort, a przez cały czas wyjaśnień wąż kiwał się obok niego, marząc o końcu.

A po tym końcu nie będzie już żałoby, tylko nieskończona cisza i nieskończona noc.


Harry ucichł i spojrzał z wyczekiwaniem na drugi koniec pokoju. Jing-Xi siedziała z pochyloną głową, jej długie, ciemne włosy bawiły się w chowanego pośród podłokietników fotela, a oddech był głęboki i spokojny. Harry miał nadzieję, że nie powiedział czegoś niewłaściwego, czy też, co gorsza, nie zanudził jej do stopnia, w którym przysnęła.

Chwilę później jednak podniosła wzrok i pokręciła głową, rozsyłając swoje włosy we wszystkich kierunkach. Harry był niemal pewien, że przy okazji usłyszał ich radosne piśnięcia, ale jeśli tak, to prawdopodobnie była kolejna oznaka jej magii, zamiast jakiegoś konkretnego zaklęcia. Czemu miałaby chcieć piszczących włosów?

– To bardzo dobry przykład na to, co to oznacza, kiedy Świetlisty Lord dba o swoich ludzi, Harry. – Na jej twarzy pojawił się najlżejszy cień uśmiechu, jakby była z niego dumna i naprawdę starała się tego nie okazywać. – To, że tak bardzo zależy ci na mieszkańcach Brytanii – zarówno ludziach, jak i stworzeniach – daje dobre rokowania na przyszłość. Dzięki temu pozostali znacznie chętniej przyjmą cię do Paktu, kiedy przyjdzie na to czas.

Harry kiwnął głową.

– To dobrze.

Zawahał się.

– Ilekroć martwi cię cokolwiek związanego z magią, Harry – odezwała się Jing-Xi, nachylając do niego – nie wahaj się o tym ze mną porozmawiać. Istnieją takie sprawy, o których nikt poza mną nie będzie w stanie z tobą porozmawiać – nie przez wzgląd na jakieś okrutne intencje, ale ponieważ nie zdają sobie sprawy z tego, na jakim poziomie trzeba istnieć, kiedy ma się tak wiele mocy.

Harry ponownie kiwnął głową. Pouczył się, że Jing-Xi wcale nie ujęła tego w słowa w ten sposób po to, żeby wprawić go w zakłopotanie. Ostatecznie właśnie dlatego takich ludzi jak jego określa się "czarodziejami o lordowskiej mocy".

Ale i tak czuł się niepewnie w obliczu tych słów, takiej sugestii, że dzięki temu znajdował się ponad innymi i był w jakiś sposób od nich lepszy.

– Zastanawiałem się, co się stanie, kiedy moje wpływy jako vatesa zaczną rozprzestrzeniać się poza Brytanią – powiedział, wykonując nerwowy gest w kierunku, jak miał nadzieję, Afryki. – Już i tak uwolniłem tam kilka gatunków, takich jak karkadann, która odwiedziła mnie w czasie rewolty. Czy to nie wywoła konfliktów w innych krajach? Jeśli terenami karkadannów zajmuje się jakiś Lord, to czy to by go nie zirytowało? W jaki sposób mam dojść z nim do porozumienia w ramach Paktu?

– Obecnie nie mamy na coś takiego rozwiązania – powiedziała Jing-Xi. – Jak już mówiłam, Harry, jesteś pierwszym vatesem, jaki pojawił się od chwili nawiązania Paktu, kiedy to zaczęliśmy wyglądać poza granice naszych magicznych społeczności i doszliśmy do wniosku, że powinniśmy poświęcić więcej uwagi światu jako takiemu. Dlatego tak, mogłoby dojść do otwartego konfliktu między tobą, a jakimś rozzłoszczonym Lordem czy Lady. – Zanuciła pod nosem, jakby w zamyśleniu. – Choć, prawdę mówiąc, wydaje mi się, że to nie karkadannów powinieneś się obawiać. Monika, Mroczna Pani z Austrii, ma w zwyczaju sztuczną hodowlę magicznych stworzeń…

– Wydawało mi się, że to nielegalne – powiedział Harry.

– Monika nigdy nie przejmowała się legalną stroną tej sprawy – powiedziała Jing-Xi, jakby to wszystko wyjaśniało. – Poza Paktem, oczywiście. Ale hoduje je, prędzej czy później się nimi nudzi i wrzuca je pod jakąś sieć, żeby zeszły jej z oczu. Jesteś jej naturalnym wrogiem.

Harry jęknął i odchylił głowę. Musiał przyznać, kiedy pocierał sobie brew srebrnymi palcami, że były takie chwile, że naprawdę żałował obrania tak ciężkiej ścieżki, co ta vatesa.

Ale już to zrobił, oczywiście, klamka zapadła i nie było już odwrotu. Co byłby z niego za człowiek, gdyby teraz się wycofał? Czy mu się to podobało, czy nie, był vatesem i obejmował pozycję Lorda Wysp Brytyjskich, skoro nikomu poza nim nie chciało się chronić wszystkich przed Voldemortem. Wciąż nie minęło mu to poczucie intensywnej więzi i troski, które czuł obejmując Marian i widząc, jak bardzo nie boi się jego magii. Taki właśnie powinien być czarodziejski świat, ludzie powinni podchodzić do niego i korzystać z tej magii bez obaw.

Czyli pewnego dnia dojdzie do konfliktu z Moniką… o ile w ogóle przeżyje wojnę z Voldemortem. To było nieuniknione. Harry wziął się w garść, przyjmując na siebie ten obowiązek. Przynajmniej nie był związany z Moniką żadną przepowiednią i kto wie? Może nawet da się z nią porozmawiać i nie spróbuje go z miejsca zaatakować, czy zniszczyć, jak to Voldemort miał w zwyczaju.

– Istnieje jeszcze jedna sprawa, o której musimy porozmawiać, Harry. – Głos Jing-Xi był pozbawiony wszelkich emocji.

Harry poderwał wzrok i zobaczył, że wstała z fotela. Patrzyła na niego z góry wyjątkowo głębokim i smutnym wzrokiem. Harry wyprostował się. Nie sądził, żeby Jing-Xi chciała go skrzywdzić, ale w razie czego był gotów się przed nią obronić. Magia wzniosłą się wokół niego z brzęczeniem, a u stóp Jing-Xi pojawił się przykucnięty, mroczny kot.

Uśmiechnęła się na ten widok i pokręciła głową.

– Przepraszam, że cię przestraszyłam, Harry – powiedziała. – Chciałam tylko pokazać, jak poważnie podchodzę do tego tematu, ale powinnam była się domyślić, że zdasz sobie z tego sprawę.

Odsunęła się i ponownie usiadła w fotelu, przez cały czas pokazując mu swoje dłonie i trzymając ramiona w nienaturalnej pozycji, wyglądającej na połowiczne wzruszenie. Przyglądający się jej Harry w końcu pojął, że pokazywała mu sygnały o braku agresji między Paniami i Panami. Odetchnął głęboko i pozwolił swojej magii zaniknąć, póki kot nie stał się zaledwie chwiejnym cieniem na podłodze.

– Moja Lady – powiedział. – Co się stało?

– Panie i Panowie znacznie bardziej przejmują się czymś, co nie ma żadnego związku z twoją ścieżką vatesa – powiedziała cicho. – Bo to miało miejsce w zaledwie kilku krajach i większość przypadków nie rzucała się w oczy – spod sieci wyrywały się pojedyncze przypadki, nie całe gatunki. Ponadto większość zdawała sobie sprawę, że właśnie do tego doszłoby, gdyby na świecie pojawił się vates, nawet gdyby to nie był najmłodszy z nas, któremu kiedykolwiek przyszło osiągnąć pełnię mocy. Problem w tym, że już dobrze wiedzą o twoim darze absorbere, jak i statusie jako magicznego dziedzica Voldemorta. Obecnie masz bardzo przeciętną moc, jak na potencjalnego Lorda, Harry. Po jego śmierci możesz się jednak stać znacznie potężniejszy. – Jing-Xi spojrzała mu w oczy. – Obawiają się tego.

– Mówiłaś im o mnie? – zapytał Harry. – Że zostałem wychowany w absolutnej odrazie wobec tego daru?

– To uciszyło ich na jakiś czas – powiedziała Jing-Xi. – Ale niektórzy cię obserwują i wiedzą już, że osuszyłeś niewymownych w brytyjskim ministerstwie magii. Obawiają się, że rośniesz w siłę, nabierasz pewności siebie, a sztuczne ograniczenia, nałożone przez twój trening, zaczynają przez to słabnąć. – Spojrzała na jego lewą dłoń. – Twoja ręka to kolejna oznaka. Już nie jesteś okaleczonym dzieckiem. Jesteś młodym Lordem, może niezadeklarowanym, ale mimo wszystko. Zaczynają postrzegać cię jako kogoś, kto może pewnego dnia osuszyć ich z magii, choćby w obronie własnych wysp.

Harry zacisnął dłonie na podłokietnikach.

– Rozumiem – powiedział neutralnym głosem. – Czy uspokoiłoby ich, gdybym zaczął pozornie cię cofać? Niespodziewanie straciłbym pewność siebie w miejscach publicznych, narzuciłbym urok, przez który wyglądałoby, jakbym stracił srebrną dłoń, albo wyrażał niepokój co do mojego daru absorbere?

Jing-Xi pokręciła głową.

– Już na to za późno, nie uwierzyliby w to. Większość już zrozumiała, jak wielkie poczyniłeś postępy.

– No to co mi pozostało? – Harry wymówił te słowa bez irytacji, za co podziękował w duchu Josephowi. Użeranie się z upartym wieszczem było dobrym ćwiczeniem przed starciem z durnym, frustrującym i godnym pogardy światem jako takim.

– Powinieneś rozwijać się dalej – powiedziała Jing-Xi. – Ale czyń to z jednym okiem wymierzonym w przyszłość, Harry, a drugim na świat. Mają w Brytanii szpiegów, którzy przekazują im o tobie informacje. Mógłbyś też ich szpiegować.

– W sumie mam potencjalną siatkę szpiegowską w Europie – powiedział Harry, myśląc o Opalline'ach. Jakiś czas temu nawet rozmawiali w jego imieniu z innymi społecznościami czarodziejów, ale większość z tego spełzła na niczym; głównie wymawiano się, że Harry póki co świetnie sobie radził w wojnie, więc czarodzieje z innych krajów nie widzieli powodów do przyłączenia się i woleli poczekać, jak rozwinie się sytuacja. – Jeśli to jakoś pomoże.

– To dobry początek – przyznała Jing-Xi. – Ale ostatecznie będziesz potrzebował znacznie więcej, Harry. Musisz zacząć się rozrastać.

Harry westchnął.

– I wydaje ci się, że jest w ogóle sens się tym przejmować, skoro za kilka lat mogę nawet już nie żyć?

Chciał to rzucić jako żart, ale Jing-Xi nachyliła się do niego z powagą.

– Szczerze? Nawet nie waż się planować na taką okoliczność. Jak tylko pokonasz Voldemorta, będziesz musiał przygotować się na obronę przed pozostałymi.

Harry zmarszczył brwi.

– Czemu? Myślisz, że Monika akurat wtedy postanowi mnie zaatakować?

Jing-Xi pokręciła głową.

– Jak tylko tunel między tobą i Voldemortem się zawali i transfer między wami wreszcie dobiegnie końca, w pełni oczekuję, że staniesz się jednym z najpotężniejszych czarodziejów na świecie, ponieważ Voldemort tym właśnie jest. Może pojawić się ktoś z nadzieją, że przyłapie cię w bezbronnej chwili, kiedy będziesz upajał się zwycięstwem, ale jeszcze nie będziesz miał pełnej kontroli nad swoją mocą.

Nagle niektóre z dziwnych treningów Jing-Xi nabrały większego sensu, zwłaszcza te, kiedy kazała mu wyobrazić sobie sytuacje, w których jego moc zostałaby nadwyrężona, a czasem nawet potem musiał je wykonywać.

– Przygotowujesz mnie na tę chwilę – wyszeptał Harry. – Starasz się przyzwyczaić mnie do noszenia większych ilości magii niż mam teraz.

– Tak.

Harry odchylił się w fotelu i zagapił w przestrzeń. Wcześniej nie brał tego pod uwagę, nie tak naprawdę. Po prostu wychodził z założenia, że po śmierci Voldemorta odzyska kontrolę nad magią, jaką miał do końca czwartego roku nauki w Hogwarcie, kiedy Voldemort się odrodził i stworzył tunel.

Ale jeśli będzie tego więcej…

Nie chcę.

Harry musiał jednak przyznać, że jak do tej pory jego chęci miały naprawdę niewiele wspólnego z przeznaczeniem. Wciąż nie znalazł sposobu na ominięcie poświęcenia potrzebnego do każdego horkruksa, ale i tak słuchał, jakkolwiek niechętnie, ilekroć Regulus mówił o otoczonej ciężkimi osłonami szopie, znajdującej się w pobliżu domu Riddle'ów, a w której ewidentnie umieszczono jeden z nich. Regulus upierał się, że powinni zabezpieczyć przynajmniej ten, zanim Voldemort domyśli się, albo wpadnie w paranoję, że o nim wiedzą i przeniesie go w jakieś bezpieczne miejsce. Wyglądało na to, że Voldemort nie skojarzył, że Harry musiał minąć tę szopę w drodze na cmentarz w zeszłym roku na przesilenie zimowe, ale przecież lada moment mógłby sobie przypomnieć.

Mieli udać się po niego już w ten weekend. Harry może i by się temu opierał, ale w końcu miał też inne plany, a miłość i żywotność, jakie czuł, patrząc w oczy Marian, czy nawet Jacinth, skłoniły go do podjęcia się tego mimo wszystko. Przecież nigdzie nie było, że będzie musiał zabić kogoś, jak tylko znajdzie horkruks. Kiedy go zdobędzie, będzie mógł przyjrzeć mu się z bliska, zbadać i może w ten sposób ustalić jakiś inny sposób na ominięcie klątwy arbitralnej.

– No to wygląda, że będą musieli się do tego przyzwyczaić – powiedział Jing-Xi. – Tak samo jak ja.

Jing-Xi uśmiechnęła się i to dumnie, niczym sztandar, czy zew wojenny.

– W rzeczy samej.


Connor zawisł do góry nogami na swojej Błyskawicy, bo mógł.

Następnie poprawił się i zaczął zataczać kręgi wokół boiska. Nikogo tu nie było, nikt nie postawiłby mu się, twierdząc, że ten kawałek powietrza należy właśnie do niego. Padała osobliwa mieszanka deszczu i mokrego śniegu, tak zimna, że momentalnie przebiła się przez wiele zaklęć ogrzewających, przez co Katie musiała zakończyć wcześniej trening drużyny Gryffindoru. W końcu to nie tak, że to była jakaś pilna pora roku. Kilka tygodni temu bez trudu rozgromili Hufflepuff, a mecz z Ravenclawem mieli zaplanowany dopiero za trzy miesiące.

Connor nie musiał chować się w zamku, jeśli nie chciał. Jak tylko Katie zasygnalizowała koniec ćwiczeń, podrzucił znicz i zadeklarował, że go poszuka. Pozostali po prostu wzruszyli ramionami i pozwolili mu na to.

Od tamtego czasu już kilkakrotnie widział znicz, raz nawet wałęsał się za jego piętą, niczym zabłąkany szczeniak. Znowu się pojawił. Connor obrócił ku niemu Błyskawicę, więc momentalnie wystrzelił w bok. Ale nigdy nie odlatywał daleko. Connorowi wydawało się, że pewnie równie mocno nie lubił moknięcia i zimna, co on.

Zastanawiał się, czemu w ogóle chciał zostać na zewnątrz. Przecież równie dobrze mógłby pomyśleć w środku, obok ciepłego ognia, ze zwiniętą przy sobie Parvati, kiedy jej włosy będą wtulały się w jego kark, a jej twarz w szyję.

Connor uśmiechnął się bezwiednie na samą myśl, ale właśnie wtedy przywalił w niego silny, marcowy podmuch. Zachłysnął się i potrząsnął głową, po czym wrócił do krążenia, od czasu do czasu zwisając głową w dół w nadziei, że może to właśnie przegoni myśli. Nie pomogło, ale z drugiej strony, Connor robił się coraz bardziej zrezygnowany, że już nic mu nie pomoże.

Zaczął krążyć w samym środku boiska, w bardzo ciasnych kręgach, z posłuszną Błyskawicą zaraz pod spodem, kiedy wreszcie przyznał przed samym sobą:

Zauważanie nie zniknęło.

Wciąż widział różne sprawy, nawet kiedy ich nie wyglądał. Zauważył drobną, nieśmiałą Puchonkę z piątego roku, której naprawdę podobał się Neville, mimo że zdawała się nigdy nie rumienić się, czy chichotać w jego pobliżu. Zauważył, że Luna Lovegood i Padma Patil coraz częściej ze sobą rozmawiają, ich dłonie ocierają o siebie, a Luna zdaje się faktycznie zwracać uwagę na Padmę przynajmniej równie często, co na stoły w Wielkiej Sali. Zauważał poranki, kiedy Draco i Harry warczeli na siebie krótko, poranki kiedy chodzili z malinkami, poranki kiedy szczerzyli się jak debile.

Ale już nawet nie ograniczało się to do zakochiwania i pewnie nawet całowania, choć już to samo w sobie byłoby nieprzyjemne. Connor obrócił się ostatnio przy śniadaniu i zauważył Millicentę Bulstrode, siedzącą przy stole Slytherinu. Przecież to nie tak, że widział ją po raz pierwszy. Wiedział o jej istnieniu. Jadła. Była sobie. Jej ojciec był z Harrym w sojuszu. Coś tam o niej wiedział.

Ale nigdy wcześniej nie zauważył, że wczesnym rankiem uśmiechała się lekko, jeszcze nie do końca rozbudzona, powoli przeżuwając swoje jedzenie, zamiast rozdzierać je jak jakiś barbarzyńca. Zawsze wydawało mu się, że to był krzywy uśmieszek, ale nie. To był uśmiech.

Connor zanurkował w kierunku trawy, niemal mając nadzieję, że zahaczy trzonkiem o kałużę pod sobą i chluśnie sobie tym całym błotem w twarz. Nie doszło jednak do tego, bo jego wyćwiczone odruchy szukającego uchroniły go przed niebezpieczeństwem, odpowiednio wcześnie podrywając miotłę i posyłając z powrotem w powietrze.

Zauważył, że Ernie Macmillan, nadąsany Puchon, był tak naprawdę kompletnie nieszkodliwy. Och, przechwalał się czystością krwi w swojej rodzinie, ale tak naprawdę nigdy nie nazywał nikogo „szlamą". Zbierał karty z czekoladowych żab, spędzał dnie z niewielkim uśmiechem na twarzy i był zawsze gotów każdemu opowiedzieć o sklepiku, który miał zamiar otworzyć po wyjściu z Hogwartu, a który ułatwi mu zbieranie kart z czekoladowych żab i innych niewielkich przedmiotów. Connorowi wydawało się, że pewnie znacznie łatwiej od innych czystokrwistych przyjdzie mu się przyzwyczaić do świata stworzonego przez Wielką Ujednoliconą Teorię. Zdawał się po prostu nie pojmować, o co to całe zamieszanie, skoro tak de facto nie dotyczyło ono jego.

Widział, jak Ron i Ginny się kłócą, ostatnio o jej umawianie się z Deanem – choć i tak trzeba by być ślepym i głuchym, żeby przegapić sprzeczkę Weasleyów w wieży Gryffindoru – ale teraz zauważał też, jak stopniowo zbliżali się z powrotem do siebie, czasem nawet posyłali sobie uśmiechy już następnego dnia, innym razem rozmawiali, jakby kłótnia w ogóle nie miała miejsca. Connor nie był pewien, czy sobie wybaczali, ale faktycznie zapominali. Zawsze wiedział, że Nora nie była wiecznie bulgoczącym kotłem ścierających się temperamentów, ale teraz już rozumiał dlaczego.

Zorientował się, że Terry Boot był, tak w gruncie rzeczy, całkiem dobrym artystą. Nigdy nie rysował niczego pięknego, ale raczej użyteczne sprawy, jak niewielkie schematy poruszeń różdżką, które przydawały się podczas nauki zaklęć. Na przestrzeni trzech minut był w stanie wykonać szczegółowy szkic ludzkiego nadgarstka i przedramienia, ale ilekroć ktoś próbował go za to pochwalić, Terry patrzył na tę osobę w uprzejmym niezrozumieniu, jakby ktoś właśnie podziwiał go za oddychanie. Connor odnosił wrażenie, że sztuka była dla niego instynktowna.

Zauważył ciemne kręgi pod oczami Petera i pewnego dnia, kiedy trenował z nim przemianę animagiczną, skomentował to bezmyślnie. Był pewien, że Peterowi śnią się koszmary i pamiętał, co to oznaczało dla Syriusza. Co prawda Peter zapewnił go, z pewnym rozbawieniem, że Voldemort w żaden sposób nie próbował go opętać, ale to i tak nie ukoiło niepokoju Connora.

Tego samego dnia odkrył swój kształt animagiczny – dzika – ale jakoś nie był w stanie się z tego cieszyć.

A najgorsze w tym wszystkim było…

Connor pomknął szybko, zygzakując z nadzieją, że myśl jakoś zgubi się po drodze. Ale siedziała mu twardo w głowie i jak tylko zwolnił, przywaliła w niego z pełną siłą.

Zaczynał dochodzić do wniosku, że Dracona Malfoya da się tolerować poza jego funkcją uszczęśliwiania Harry'ego.

Najbardziej wkurzające było to, że nawet nie wiedział, skąd mu się wzięło to wrażenie. Widział, jak Draco przyglądał się innym ludziom, bardziej z zaciekawieniem obserwatora, niż złośliwością, o którą Connor zawsze go posądzał. Zobaczył, z jaką pasją poświęcił się treningowi animagicznemu; co oznaczało, że jednak mógł przejmować się sprawami, które nie oferowały żadnej gwarancji na osobisty zysk. Connor, oczywiście, wciąż był zdeterminowany opanować transformację jako pierwszy, ale to już inna sprawa.

Najważniejsze teraz było to, że zaczynał to wszystko zauważać i jego życie robiło się przez co bardzo skomplikowane. Już nie był w stanie tak po prostu wierzyć, że ludzie są po prostu ogólnie źli, czy ogólnie dobrzy. Widział wrażliwość i słabość w ludziach, którzy nie byli Gryfonami, albo świetlistymi czarodziejami, a które wywoływały w nim współczucie, albo siłę, której brakowało nawet jego najbliższym.

Wolałbym przestać zauważać, pomyślał Connor, po raz kolejny zwisając do góry nogami w nadziei, że napływ krwi zatopi te wszystkie myśli. Czy tam dorastać, czy cokolwiek, co ja właśnie robię. Byłoby miło.

– Connorze Potterze! Proszę w tej chwili zejść na ziemię!

Ten krzyk poniósł się czysto poprzez burzę, w którą zmienił się już wcześniejszy kapuśniaczek. Connor obrócił się z zaskoczeniem i zamrugał w kierunku boiska, bezmyślnie dziękując Merlinowi w duchu, że nie potrzebuje okularów, jak Harry.

Parvati stała na samym brzegu boiska, łypiąc na niego ponad swoimi założonymi na piersi rękami. Connor złapał znicz i ruszył w jej kierunku na Błyskawicy, już po drodze otwierając usta, żeby się wytłumaczyć.

– Nawet nie chcę wiedzieć, coś ty sobie myślał, latając w taką pogodę – powiedziała ponuro Parvati, łapiąc go za ramię. – Chyba zdajesz sobie sprawę, jak daleko wciąż mamy do pierwszego dnia wiosny?

– No pewnie, że zdaję-au!

Pociągnęła go za sobą, niemal zwalając tym z nóg.

– Ale wciąż może wyniknąć z tego coś dobrego – dodała z szaleńczym uśmiechem. – Teraz będziesz miał szansę na przećwiczenie tych zaklęć osuszających, które pokazałam ci jakiś czas temu. Rzucisz je na swój strój do quidditcha, w końcu skrzaty domowe nie będą już go czyściły.

– Parvatiiii – jęknął Connor.

Obróciła się i spojrzała na niego, podnosząc brew.

– Tak?

Connor ucichł na widok jej twarzy, troski w głębi oczu. Nagle w brzuchu pojawił mu się płomień, który nie miał żadnego związku z wyobrażeniami o kominku w pokoju wspólnym Gryffindoru.

Skoro zauważam innych ludzi, to sam też jestem zauważany.

Nachylił się i pocałował ją. Miał zimne i mokre wargi, ale wydała z siebie tylko cichy protest przed odpowiedzeniem pocałunkiem.

Connor objął ją, pozwalając by Błyskawica wylądowała z plaśnięciem na ziemi, a przez głowę przeszła mu ostatnia myśl, zanim nie zrobił się na nie zbyt zajęty.

Może jednak dorastanie nie jest takie złe.