108. Rozdział, w którym autor niczego nie obiecuje
Lucjusz wylądował w salonie w St. Raven ułamek sekundy później. Zabrane dokumenty i alkohol położył na szklanym stoliku, po czym biegiem ruszył na górę do łazienki, by zwymiotować.
Czuł do siebie niczym nie zmąconą odrazę. Musiał zdradzić Severusa, inaczej nie leżałby nagi w cudzym łóżku. Co jednak w pomieszczeniu robił wilkołak Greybacka? Lucjusz nie miał pojęcia. Jeśli Goldberg nie był człowiekiem Voldemorta, a ze wszystkich dostępnych mu danych wynikało, że nie był, co tam robił?
Nie był posłańcem, bo ten miał się zjawić dopiero dzisiaj, i mieli ruszyć razem na misję. Lucjusz wzdrygnął się i spojrzał na nocne niebo na którym srebrzyście błyszczała okrągła tarcza księżyca. Już było „dzisiaj". Puls mu przyspieszył, a krew w żyłach ściął lód. Niczym mgła w jego świadomości zamajaczyło ostatnie zdanie wypowiadane przez Goldberga jakie pamiętał: "Zamierzam go uwieść, a ty mój piękny, mi w tym pomożesz".
Lucjusz zwymiotował kolejny raz.
Pomysł, że mógł przespać się z wilkołakiem sprawiała, że żołądek wywracał mu się na lewą stronę. Przerażenie, że mógł to zrobić w pełnię, runęło na niego niczym walący się budynek.
Lucjusz miał wrażenie, że nie będzie w stanie wziąć kolejnego oddechu. W pomieszczeniu nagle skończył się tlen, podłoga na której klęczał stała się lodowatą skałą, a światło raziło go w oczy. Rozpiął koszulę, ale to nie pomogło. Oddychał coraz szybciej, a jednak nie czuł się od tego wcale lepiej. Księżyc zdawał się z niego naigrywać, w uszach szumiało, a wszystko o czym był w stanie teraz myśleć, to że stracił Severusa. Kolejny zbyt płytki wdech i w głowie czuł już tylko pulsowanie bólu. Dotknął dłonią tatuażu, chcąc błagać Severusa o wybaczenie, ale kolejna fala paniki przetoczyła się przez jego ciało, gdy nie poczuł niczego poza chłodem kafelek. Przytulił do nich swoją twarz, starając się pamiętać o kolejnym oddechu, ale umysł najwyraźniej go zawiódł, bo blask zza okna ściemniał, jakby ktoś wyłączył prąd, i Lucjusz stracił przytomność.
Harry siedział w klasie eliksirów wraz z całą bandą, z którą miał właśnie odbywać trening. Hermiona wpatrywała się w niego z ciekawością, jakby rozważała jakąś teorię spiskową w swojej wyobraźni. Blaise w nią ze zniecierpliwieniem, ewidentnym było, że wolałby być gdzie indziej, najlepiej w samotności, byle z nią. Neville przekładał różdżkę z ręki do ręki, bawiąc się nią z zadziwiającą dla niego precyzją. Draco podpierał głowę na dłoniach, wbijając swoje chude łokcie w drewno ławki. Ron coś przeżuwał, wpatrując się tępo w szafki ze słoikami na składniki do eliksirów. W powietrzu wisiało napięcie, które z powodzeniem można było pokroić nożem. W końcu Harry nie wytrzymał.
- Słuchajcie, to nie ma sensu. Dajmy sobie spokój. Dzisiaj nic nie wskóramy, a dyrektor pewnie i tak zablokuje nam Pokój Życzeń na następne trzy dni.
- Ale... - próbowała protestować Hermiona, ale Blaise ją powstrzymał gestem dłoni.
- Harry ma rację. Trenować nie ma gdzie, a nie będziemy przecież ćwiczyć zaawansowanych eliksirów, bo Snape nas oskóruje, jak się dowie, że coś zginęło z półek. Poza tym co możemy zrobić? To pieprzony wilkołak!
- A tu masz całą bandę animagów - prychnął w odpowiedzi Ronald, patrząc na zebranych. - Możemy się zabezpieczyć za miesiąc. Możemy się przygotować.
- Zgodzę się - niechętnie przyznał Draco. - Mamy cały miesiąc, a jakby Dumbledore pytał, zawsze możemy go zbyć, powiedzieć to czy tamto.
- Nie wierzysz chyba, że stary tego nie zaplanował? - wtrącił Blaise.
- O ile zastraszenie mnie byłoby mu na rękę, o tyle jakoś nie wierzę, że nic by nie zrobił w kwestii wilkołaka w Wielkiej Sali.
- Och, przecież zrobił. Zjawił się w najważniejszym momencie by uratować sytuację. Bohater - prychnął Draco.
- No dobra, co wiemy? - spytała Hermiona.
- Że Theo jest wilkołakiem? – zastanowił się Ron.
- Od ponad miesiąca, jak mi się wydaje. Nie sądzę, że to jego inicjatywa. Nie z jego wiarą w czystość rasową i w ogóle. Więc albo to plan Voldemorta, albo swojego rodzaju zemsta... – powiedział Draco.
- Ale skoro on... To co będzie z tobą? - Hermiona patrzyła na Draco przestraszona.
- Ja dostałem zadanie, o którym nie mogę mówić, ale wszyscy wiemy, że jest niewykonalne, i za porażkę i ja i moja matka zginiemy.
- Tylko dlatego, że twój ojciec stchórzył? - spytał Weasley. Harry westchnął teatralnie. Rozważał coś przez chwilę w głowie.
- Lucjusz nie stchórzył - powiedział w końcu, patrząc na Draco niepewnie. Blondyn kiwnął lekko głową, zgadzając się podzielić tą sprawą.
- Lucjusz zdradził Voldemorta, dlatego Dumbledore wiedział o ataku w Ministerstwie.
- Ale... - Ron otworzył usta, po czym je zamknął ze szczękiem. - Ale przecież Mal...
Ron umilkł gdy dostał łokciem w bok od Neville'a. Nie wypadało wszak źle mówić o zmarłych, a przecież wszyscy zebrani myśleli, że Lucjusz nie żyje. I ani Draco, ani Harry nie zamierzali tego zmieniać.
- To dlatego Dumbledore był taki tajemniczy... Jakby coś ukrywał, coś bardzo istotnego - wymruczał pod nosem Longbottom, zastanawiając się nad ubiegłorocznymi wydarzeniami.
- Och, on nawet jak je śniadanie to ukrywa co ma w szklance. Nie ma dnia, żeby nie kłamał, albo nie manipulował rzeczywistością. On kłamstwem oddycha, kłamstwem się żywi...
- I zapewne kłamstwem sra - dokończył Ron. - Sprawa z moją siostrą... Przecież musiał wiedzieć o tym przeklętym bazyliszku.
- A ty znowu swoje. Ile razy można ci tłumaczyć, że to nie bazyliszek zabił twoją siostrę? - spytała Hermiona wyraźnie rozdrażniona.
- A jednak stary potrzebował do czegoś tego stwora. Nie dbał więc o to kto i jakim kosztem otworzy komnatę - powiedział poważnie Weasley.
- No dobra, czyli co? Umbridge miała rację pozbywając się dyrektora z placówki? - dodała kolejne pytanie dziewczyna.
- Umbridge sama ma problem ze sobą. Nie. Nie miała racji. Dumbledore musi tu być, inaczej nie dowiem się niczego o Riddle'u. A stary zaczął mi pokazywać o nim wspomnienia - wtrącił się Harry.
- Wpuszcza cię do swojej głowy? - Rozdziawił kolejny raz tego wieczora usta Ron.
- Wpuszcza do gabinetu i myślodsiewni. Może pewnego dnia się zapomni i zdołam tam być pod jego nieobecność. A wtedy...
- Naprawdę uważasz, że ten stary lis zapomni się, pomiędzy jednym podstępnym planem a kolejnym, i po prostu da ci splądrować swój gabinet? Myślę, że prędzej umrze, niż do tego dopuści - skwitował Zabini.
- To się da załatwić - mruknął Harry pod nosem, bawiąc się swoją różdżką.
- Harry! - wypaliła oburzona Hermiona.
- Co? Nie mogę pomarzyć? Ten bydlak... - Draco położył swoją dłoń na dłoni Harry'ego. Brunet spojrzał w jasne oczy i zatrzymał się. Nie mógł powiedzieć wszystkiego i doskonale to wiedział. - No, nie ważne. Będziemy w kontakcie, żeby ustalić kolejne spotkanie, gdy zwolni się Pokój Życzeń. Dowiemy się co i jak z Theo, choć wątpię w jego wyrzucenie ze szkoły, nawet bez wsparcia jego ojca w Radzie Hogwartu.
Ron jęknął.
- Dwa wilkołaki w szkole. Założę się, że twój ojciec chciałby o tym usłyszeć... - zadrwił Ron, spoglądając na Draco i tym razem dostał w głowę od Hermiony.
- Wrażliwy jak zawsze - podsumował Zabini.
Draco przygryzł wargi, starając się stłumić uśmiech, wiedział że byłby w tych okolicznościach raczej podejrzany. Ale oczyma wyobraźni mógł zobaczyć oburzoną minę ojca, puszącego się o niedopuszczalności takich okoliczności. Harry z czułością go objął. Gdyby Draco nie wiedział lepiej, byłby przekonany, że Potter próbuje go pocieszyć.
Hermiona chrząknęła. - No dobra, wszyscy mają nasze monety? - Spojrzała wyczekująco na Rona i Neville'a, jakby spodziewała się po nich najgorszego. Ron wyjął swoją z kieszeni, udowadniając, że wszystko z nim w porządku.
- Neville? - Neville jednak się nie poruszał. Siedział, jak zaklęty, wpatrując się w tablicę na ścianie. Draco stanął naprzeciw niego i pomachał mu dłonią przed twarzą. Nic. Pstryknął przy jego uchu, ale nic się nie zmieniło.
- Finite Incantatem - rzucił Potter, kierując w niego różdżkę. Czar jednak jakby przeleciał na wylot.
- Kurwa - syknął Draco, podsumowując nastrój wszystkich zebranych.
Dumbledore przemierzał kolejny raz salę ambulatorium. Okno - drzwi - okno – drzwi, i tak w kółko. Poppy opatrzyła już Severusa, ale Mistrz Eliksirów pozostawał nieprzytomny.
Dyrektor rozważał zawiadomienie Harry'ego. Nie był pewien czy eliksir, który przyczynił się do zniszczenia połowy piętra w zeszłym roku wciąż krąży w żyłach mężczyzny. Czego natomiast był pewny, że Harry uzna, że atak na Snape'a to była jego wina. Ten jeden raz, kiedy nie miał z tym nic wspólnego...
Zdecydowanie brakowało mu już płynności ruchów. Z czarami nie było nic lepiej. Wciąż precyzyjne, ale zajmowały coraz więcej jego uwagi. Albus przyglądał się przez chwilę mężczyźnie. Rysy twarzy złagodniały znacząco, gdy był nieprzytomny. Jego klatka piersiowa opadała i wznosiła się prawie niezauważalnie. Tors owinięty bandażem wciąż nasiąkał krwią po pazurach wilkołaka. Poppy zaklęła w nim czar leczący, ale wszystko zdawało zajmować zbyt dużo czasu. Czasu którego Albus przecież nie miał.
- Dyrektorze, nie jest pan tu potrzebny. Fiuknę do Pana gabinetu, gdy Severus się ocknie – powiedziała magomedyczka.
- Czy jest szansa, że mógł zostać zarażony? – spytał dyrektor.
- Od samych pazurów? Bardzo wątpię. A jednak ostateczną odpowiedź poznamy dopiero w przyszłym miesiącu...
Albus westchnął.
Czy w tych okolicznościach mógłby powierzyć Snape'owi swoją różdżkę? Nie może przecież oddać jej dzieciakowi... Zwłaszcza, że...
Jego ciąg myślowy przerwało pukanie w drzwi ambulatorium i Albus zaklął pod nosem.
Poppy natychmiast powędrowała do drzwi, by je otworzyć. Gdy tylko to zrobiła, do pomieszczenia wfrunął w pozycji siedzącej, zgoła nieprzytomny Neville Longbottom. Chłopak wyglądał na pozbawionego jakiegokolwiek kontaktu z rzeczywistością, a mimo to siedział sztywno, jakby go ktoś spetryfikował.
Zimny pot pojawił się na karku Albusa Dumbledore'a. Czyżby kolejny bazyliszek w zamku? W podsumowaniu dzisiejszego dnia, nawet dla niego wydawało się to za dużo. Dyrektor nie chciał nawet myśleć co by to oznaczało dla szkoły, co na to Rada lub co by o tym powiedział minister, gdyby informacja wydostała się z zamku. Albus przełknął ślinę. Jednego dzieciaka mógłby zobliwiatować, ale za młodym gryfonem, przylewitowanym najwyraźniej za sprawą różdżki panny Granger, stało całe skupisko dzieciaków... W którego centrum, OCZYWIŚCIE, stał nie kto inny niż przeklęty Harry Potter.
Remus ocknął się zmarznięty i połamany na podłodze w pomieszczeniu, którego z początku nie rozpoznał. Podłoga była poorana śladami pazurów, a w powietrzu unosił się dobrze mu znajomy, znienawidzony, zapach krwi. Rozejrzał się ostrożnie, kolejny raz w swoim życiu, przepełniony strachem o to co może znaleźć. Jego dłonie były lepkie, ubranie, jak zwykle w strzępach, a mięśnie drżały, zmaltretowane po przemianie. Pamiętał, że ruszył na młode szczenię, by zapobiec dalszemu przelewowi krwi, gdy młody wilk zamachnął się łapą na Snape'a, zwalając go z nóg. Remus pamiętał tylko urywki: warkot dobywający się z własnego gardła, zapach zwierzyny, smród śmierci, blask czarów i swąd spalenizny. Jakiś krzyk, syk bólu i ciszę śpiewającą w jego uszach.
Próbował połączyć fakty, ale wiedział, że to daremne. Dzięki eliksirowi pozostawały w nim jedynie takie skrawki wrażeń i instynktu. Przemian z czasów przed eliksirem tojadowym nie pamiętał nawet w tak znikomym zakresie. Gdyby nie Syriusz i Jim, nie miałby pojęcia co się z nim wtedy działo.
Rozejrzał się ostrożnie wokół szukając śladów zbrodni, której mógł dokonać. Gdy jednak w polu widzenia nie dostrzegł ani zwłok dyrektora, ani tym bardziej resztek czarnych szat głowy Slytherinu, nabrał nadziei, że może zmienił się na czas by im pomóc. Ślady krwi na podłodze jasno jednak mówiły, że ktoś wczoraj został ranny.
Pociągnął nosem kolejny raz, gdy usłyszał szloch. Zapach nie był znajomy, ale specjalnie go to nie dziwiło. Po zapachu był w stanie rozpoznać Harry'ego i Neville'a, i może jeszcze Malfoya, na resztę uczniów raczej nie zwracał uwagi, nie byli wszak nigdy obiektem zainteresowania Zakonu Feniksa, więc też i jego.
Zarówno zapach, jak i dźwięk dolatywały z północnego rogu pokoju. Remus podniósł się na nogi, przeciągnął i ostrożnie ruszył w tamtą stronę.
Dzieciak siedział za regałem, oplatał kolana ramionami i wgryzał się w swoje lewe ramię. Gdy Remus podszedł bliżej młody brunet podniósł na niego przerażone spojrzenie podkrążonych oczu. Remus z miejsca poczuł falę współczucia dla tego chłopca. Jego niegdyś przystojna twarz nosiła ślady pazurów, jeszcze świeża blizna układała się dokładnie w taki sam wzór jak ta na twarzy Remusa. Swoisty podpis Fenrira Greybacka.
Lupin sięgnął do kieszeni po różdżkę, chcąc rzucić na dziecko czar czyszczący, ale jej nie znalazł. Później poszuka.
- To była twoja pierwsza pełnia? – spytał.
- T-tak - odparł chłopak, pociągając nosem. Widać było, że walczy ze sobą, by się nie rozkleić. Remusowi wydawało się, że rozumie co się w nim dzieje, ale czy naprawdę rozumiał?
- Z czasem będzie łatwiej - stwierdził, po czym westchnął, zły sam na siebie, że próbuje zachowywać się jak Albus, wciskając temu dziecku jakieś wyssane z palca truizmy. - Choć właściwie, wcale nie... Zmieni się twój wygląd, zapach, instynkty. Zmieni się twój węch, co już teraz pewnie zauważasz. Zyskasz parę umiejętności, by...
- Stracić godność? - burknął chłopak, patrzył na Remusa z mieszaniną złości i pogardy.
- Zmienić się bezpowrotnie - zakończył Remus. - Twój świat, jakim go znałeś, skończył się.
Młody ślizgon spojrzał na niego wrogo.
- Mój świat skończył się, jak Snape zabił mojego ojca.
Remus wciągnął powietrze i powstrzymał ochotę by szczeknąć coś złośliwego o powodach dla których Severus to uczynił. Choć dyrektor nie zdradził szczegółów, jasnym było, że w domu Nottów wydarzyło się coś z goła okrutnego i nieprzewidzianego. Jednak nawet Tonks, pracująca przecież dla Moody'ego, nie była w stanie dowiedzieć się niczego poza tym, że ciało Alexandra Notta, a raczej pozostałości po nim, zostały znalezione w pomieszczeniu piwnicznym... W zasadzie na każdej dostępnej tam powierzchni... A ciężko ranny Snape trafił do Hogwartu, gdzie uzyskał najwyraźniej potrzebną pomoc.
- Co? Nie powiesz, że ci przykro? - sarknął chłopak.
- Nie wiem co mam ci na to odpowiedzieć - odparł Remus. Ugryzł się w język, chcąc dodać, że "przykro" jest ostatnią rzeczą jaka przyszła mu do głowy na wieść o śmierci jednego z najbardziej zaufanych ludzi Riddle'a.
W ten sposób nie pomoże młodemu wilkowi.
- Co pamiętasz z dzisiejszej nocy? - spytał zamiast tego.
- Że mi się nie udało - warknął Theodor.
- Nie udało? - Tryby w głowie Remusa zaczynały się powoli kręcić. Czyżby Riddle wysłał tu wilkołaka specjalnie? Z misją?
- Nie udało urwać tego niemytego łba.
- Dlaczego sądzisz, że twój Pan chce jego śmierci? - spytał Lupin. Nagle ustalenie tego faktu wydało mu się ważne, ze względu na bezpieczeństwo Zakonu i samego dyrektora. Dodatkowo, martwy Snape w niczym im się nie przysłuży.
- W dupie mam czego on chce. Jak stąd wyjdę i tak mnie zabije. Nie będę jego psem. Moja rodzina... - Chłopak zacisnął szczęki, powstrzymując łzy formujące się w jego oczach. - Ale to jego wina. Jego i tej blondwłosej świni. To im mój ojciec nie ufał najbardziej, a teraz nie żyje. Zresztą co cię to obchodzi. Ciebie też nie znosi, czego dał wyraz wielokrotnie dwa lata temu.
Remus wzruszył ramionami. Nie chciał wracać do tamtych dni. Miał Syriusza tuż obok i możliwość powstrzymania Petera, i... Wszystko trafił szlag. Peter okazał się zdrajcą, a Łapa... Mógłby winić Snape'a, za odkrycie Blacka we Wrzeszczącej Chacie tego dnia... Ale jeśli ktokolwiek zawiódł, to on. Nie domyślając się prawdy wcześniej.
- Obawiam się, że moje relacje z profesorem Snape'em nie powinny być twoim zmartwieniem. Jakikolwiek powód jednak miałeś ty, by go zaatakować, może nie być wystarczającą wymówką, by zostać w tych murach. A jeśli dobrze cię zrozumiałem, to Voldemort zabije cię jak tylko te mury przestaną cię chronić.
Dzieciak wzruszył ramionami, co tylko upewniło Remusa w przekonaniu, że się bał i za wszelką cenę nie chciał tego pokazać.
- Może więc spróbuję pomówić w twoim imieniu z dyrektorem. Istnieje szansa, że jeśli powiem mu, że się tobą zajmę w tym trudnym czasie, da ci możliwość zostania tu dłużej.
- Dlaczego to robisz? Mój ojciec przyłożył swoje 5 galeonów do zwolnienia cię ostatnio.
Remus dotknął palcami blizn na swojej twarzy.
- Powiedzmy, że wiem przez co przechodzisz i nie wydaje mi się, żeby wysłanie cię na śmierć w czymkolwiek pomogło.
Nott spojrzał na niego podejrzliwie.
- Jak chcesz - wzruszył w końcu ramionami dzieciak - ale nie będę jakimś twoim wychowankiem - dodał po chwili. Remus uśmiechnął się pod nosem.
- Tylko uczniem, który może coś pojmie z obrony przed czarną magią. - To powiedziawszy wstał, by poszukać swojej różdżki. Najwyższy czas było wyjść z Pokoju Życzeń.
Albus starał się stanąć tak, by zasłonić Severusa leżącego w drugim końcu sali. Gdy jednak uwaga pani Pomfrey skupiła się na młodym Longbottomie, a dzieciaki jeden przez drugiego zaczęły jej tłumaczyć co się stało, Harry odruchowo, jak dobrze wyszkolony agent, co na pewno podłapał od Snape'a, rozejrzał się po pomieszczeniu. Widząc kogoś na łóżku, pociągnął nosem i niczym pies gończy ruszył w tamtą stronę, wyciągając różdżkę. Chłopiec zdawał się przyglądać bardzo uważnie Severusowi. Albus nie musiał sprawdzać reszty pomieszczenia. Wiedział, że wzrok i zapewne różdżka młodego Malfoya są skupione na nim, i że cokolwiek powie... Właściwe to nie zamierzał nic mówić. Nie widział sensu. Równie dobrze Malfoy może go zabić tu i teraz. Wypełni zadanie wyznaczone przez Toma, a on, Albus będzie miał z głowy ból, zmęczenie i cały ten proces umierania. Ważne wspomnienia są przecież w gabinecie. Harry będzie wiedział co z nimi zrobić. A że wyda się jego mały podstęp sprzed lat... Cóż.
Harry blady jak kreda stanął na nad Severusem. Widział go już rannego wiele razy. Słabego, w podłej kondycji po Crucio Czarnego Pana. A jednak nie przyzwyczaił się do tego ani trochę. Za każdym razem strach o tego faceta wywoływał ten sam ból i niepewność, co za pierwszym razem w St. Raven. Brunet przełknął ślinę. Miał ochotę się rozpłakać. Kolejny raz Snape obrywał, bo ktoś coś spieprzył, bo ktoś miał wobec niego własne plany, ktoś o czymś zapomniał. A co z planami Harry'ego na „żyli długo i szczęśliwie"? Harry podszedł bliżej i ostrożnie dotknął zimnego czoła mężczyzny, pochylając się do jego ucha.
- Sev... Ty… wiesz co - szepnął najciszej jak potrafił. - Po prostu się obudź. Albo śpij. Jak chcesz. Odpocznij sobie. Tylko zdrowiej. Ja tu będę czuwał.
Harry odsunął się nieznacznie, na tyle jednak by przylewitować sobie krzesło i transformować je w wygodny fotel. Zanim w nim usiadł spojrzał na resztę ludzi w ambulatorium i machnął dłonią jakby chciał powiedzieć "nie przeszkadzajcie sobie". Po tym geście usiadł w fotelu obok Severusa, nie zwracając uwagi na chaos wokół, który rozpętał się przez spetryfikowanego Neville'a...
Nie wie ile czasu wpatrywał się w krew na bandażach Severusa, gdy poczuł znajomą dłoń na ramieniu. Wokół panował półmrok i ogłuszająca cisza.
- Sprout zrobi eliksir dla Longbottoma - powiedział Draco i wcisnął mu kubek z czymś ciepłym do ręki. - Napij się czegoś, Harry.
Potter uniósł zielone oczy na blondyna.
- Przepraszam. Kompletnie...
- W porządku. - Uśmiechnął się łagodnie Malfoy. - Mogę coś zrobić?
Harry pokręcił tylko głową.
- Myślę, że nie. Nic mi nie przychodzi do głowy. Wszystkie opcje są bez sensu. A ci którzy wiedzą więcej od nas, nie mogą nam teraz pomóc. - Draco objął ramię Harry'ego, a ten oparł swoją głowę o biodro kochanka.
- Wstań - powiedział chwilę potem. Harry wykonał polecenie, pociągając jednocześnie łyk gorącej czekolady z kubka. Draco w między czasie transformował fotel znów w krzesło, po czym zamienił je w coś na kształt szpitalnej kozetki, tylko większe. - Połóż się. Nie możesz spać całą noc w fotelu. Ja zejdę na dół. Jeśli Snape się jutro nie pojawi na śniadaniu, w Slytherinie będziemy mieli apokalipsę. Spróbuję ją powstrzymać. - Draco spojrzał w drugi koniec sali. - Longbottom nie powinien sprawiać kłopotów. - Uśmiechnął się jeszcze pod nosem Malfoy. Harry zaczął odczuwać skutki eliksiru uspokajającego, który dostał w kubku i Draco zabrał mu naczynie z ręki, układając go wygodnie na kozetce, bo Harry już leciał mu przez ręce. Nakrył go kocem, który dostał od Pani Pomfrey i pocałował w czoło. - Kocham cię – szepnął, po czym po cichu wyszedł z Sali Chorych.
Lucjusz otworzył swoje oczy powoli. Głowa bolała go jakby w nią dostał jakimś kijem, albo trzema czarami ogłuszającymi naraz. Było mu gorąco, potwornie gorąco, jakby ktoś go wsadził do kotła. Światło raziło, ale to mu nie przeszkadzało. Musiał się postarać, żeby nie jęknąć z bólu, ale najpierw potrzebował ocenić sytuację. Pamiętał Goldberga. Jego pokój skąpany we krwi, rozerwane na strzępy ciała, swoją aportację i zimne kafelki podłogi łazienki. Ostrożnie poruszył głową, próbując skupić wzrok na czyś więcej niż sufit ponad nim. Ściany wydawały się znajome, meble i kotary w oknach też. Poruszył dłonią i wyczuł pod nią znajomą fakturę pościeli. Dopiero wtedy jego nos poczuł zapach sypialni Severusa. Dotknął dłonią swojej piersi, chcąc wezwać Snape'a za pomocą tatuażu. Poczuł delikatne łaskotanie pod palcami, ale sygnatury magicznej Severusa nie wyczuwał. Wziął głęboki wdech, chcąc krzyknąć, ale nie był w stanie wydobyć z siebie głosu. W głowie poczuł pulsowanie krwi, nasilające ból głowy z każdym uderzeniem jego serca. W uszach znów zaczęło mu szumieć i spróbował się odkryć z tej przeklętej pościeli, mając wrażenie, że za chwilę znów straci przytomność.
Nagle podmuch powietrza sprowadził go znów do teraźniejszości. Ktoś otworzył okno i odsunął ciężkie zasłony jednym czarem. Na jego dłoni znalazła się inna dłoń i delikatnie pogładziła jego palce.
- Ciii… - Usłyszał znajomy, kojący szept. – Spokojnie, braciszku. Oddychaj powoli. – Delikatne palce pogładziły jego spocone czoło, odgarniając przylepiony do niego kosmyk włosów. – Jestem tu z tobą. Potrzebujesz jeszcze pospać. Ten sukub prawie cię zabił.
- Ale… - zaczął Lucjusz i oblizał spierzchnięte wargi. Delikatna dłoń z jakąś szmatką zwilżyła je ostrożnie i został kolejny raz uciszony. Po chwili poczuł się dużo lepiej we własnej skórze, czując czar odświeżający. Ta sama dłoń przemknęła po jego palcach kolejny raz, zabierając jego własną z tatuażu na jego piersi.
- Nie teraz, braciszku. Musisz najpierw odzyskać siły – szepnęła Calisto i pocałowała delikatnie jego policzek. Lucjusz miał wrażenie, że czuje sól w powietrzu. Nie był jednak pewien czy to jego własny pot, czy łzy czarownicy. Ból głowy był nie do zniesienia i ku swojemu niezadowoleniu Lucjusz uznał, że więcej informacji nie jest w stanie wycisnąć z tego momentu. Równie dobrze mógł przespać się jeszcze chwilę. Potem dowie się czemu jego tatuaż nie działa i nie może posłać Severusowi choćby jednego magicznego impulsu.
