109. Rozdział, który ma rozpocząć nowy, lepszy rok.
Ocknął się i ostrożnie otworzył oczy, oczekując kolejnego bólu głowy. Skrzywił się na zaś, ale nie poczuł ukłucia w skroniach. Świat nie wirował, gwiazdy nie tańczyły, wyimaginowane ptaki nie ćwierkały. Zamrugał spoglądając w stronę okna, za nim panował półmrok i trudno mu było ocenić czy to majaczy świt czy może zmierzch. Rozejrzał się po pokoju, siostry w nim nie było, więc gdziekolwiek się znajdowała, jego stan nie był już na tyle krytyczny, by musiała przy nim czuwać. Spróbował się skupić i poczuł skurcz w żołądku. Nie był pewny czy to głód czy może nerwy. W zasadzie nie był nawet pewny czemu powinien być zdenerwowany. Wiedział, że coś istotnego ulatuje jego uwadze, ale chwilowo nie był w stanie się skupić. Czy to powinno być podejrzane? Chyba tak. A jednak nie. Wzruszył ramionami i spróbował podnieść się z łóżka.
Świat był stabilny gdy usiadł, a żołądek zaburczał, odpowiadając na jego rozterkę: zdecydowanie był głodny.
Odkrył się. Miał na sobie czarne, jedwabne bokserki, to chyba wystarczający strój na spacer do kuchni. Wszyscy których mógł spotkać w domu już go widzieli w tym stroju, a nawet bez niego. Zwłaszcza Severus.
...Severus...
Nagle tętno znów mu przyspieszyło, a w piersi poczuł ukłucie bólu. Dlaczego? Nie mógł się skupić. Był głodny.
Wstał ostrożnie i ruszył boso w kierunku korytarza. Druga sypialnia była zamknięta. Czemu? Nie wiedział. Minął białe drzwi, też zamknięte. Zawsze zamknięte. Zatrzymał się przed schodami, oglądając się przez ramię, ale nikogo nie było by go powstrzymać. Nie czuł się pewnie, wiec zszedł na dół, trzymając się balustrady. Wszedł do salonu, rozglądając się w poszukiwaniu wskazówek. Maszyna do muzyki stojąca na półce wskazywała 7.40. Skupił się i po chwili uznał, że to wieczór. To by znaczyło, że spał jak długo? Dzień? Chyba. Więc było już jutro? Czemu to było ważne? Czy coś ominął? O czymś zapomniał? Ukłucie bólu i był pewny, że tak. A jednak był też głodny.
Powędrował do lodówki, na spodku leżały kanapki z jakimś mięsem, serem, pomidorem, pieprzem. Ozdobione kawałkami kolorowej papryki. W pojemniczku obok pokrojone małe kawałki jakiejś ryby. Lucjusz wolał kanapki. Wziął talerz i odruchowo nacisnął guzik włączając czajnik. Kawa. Potrzebował kawy, z mlekiem. Otworzył znów lodówkę, nie było mleka. Zamknął lodówkę. Wyjął z szafki herbatę. Nasypał czubatą łyżeczkę czarnych liści i odwrócił się w stronę parapetu, by zerwać trochę mięty. Zawsze poprawiała smak.
Słuchał szumu czajnika, czekając na wrzątek. Coś było nie tak. Wiedział to z całą pewnością. A jednak kompletnie nie rozumiał co. Jakby ktoś magicznie wyłączył mu prąd w pałacu pamięci. Pałac. Pamięć. Magia. Ukłucie bólu. Szum gotującej się wody. Spokój.
Zaczekał, zalał herbatę, wziął kubek z talerzem i ruszył do salonu by zjeść.
Po chwili kanapki zniknęły, zjedzone, a on podniósł się z kanapy. Włączył radio i rozejrzał się po pokoju kolejny raz. Kochał to miejsce. Było ważne, ale wiedział też, że nie było jego. To tylko miejsce. Nie. Coś było nie w porządku. To nie było tylko miejsce, ani zwykły dom. To dom... Czyj? Dwa koty tulące się do siebie na zdjęciu. Zdjęcie obok i cała ich grupa. On, siostra siedząca na ramionach Severusa, Alex, Sergio, szef... Znów ukłucie bólu. Lucjusz wpatrywał się w zdjęcia. Wiedział, że są istotne. Próba przypomnienia sobie jednak dlaczego, wywoływała zamęt w jego głowie, aż robiło mu się niedobrze.
I wtedy w radio zaczął lecieć znajomy kawałek "Lemon Tree", Fools Garden. Jego noga zaczęła podrygiwać w rytm muzyki i Lucjusz przymknął oczy, słuchając.
"…I wonder how, I wonder why
Yesterday you told me 'bout the
Blue, blue sky... "
Chwilę potem Lucjusz wirował po pokoju, kolejny raz w swoim życiu, w rytm piosenki. Dźwięki otwierały kolejne zapadki i zakamarki, a ciężka mgła zaczęła opadać z jego umysłu. Confudus rzucony przez dziadka schodził, a do jego świadomości zaczynał docierać powód czemu w ogóle został na niego rzucony owy czar. Ból przetoczył się przez jego ciało i Lucjusz opadł na kolana, bo znów brakowało mu oddechu. Severus. To on był przyczyną całego tego zamieszania. Severus zniknął. Lodowa kula zaczęła formować się w jego gardle, a chłód powoli rozchodził się po jego kościach. Lucjusz wiedział, pamiętał, że gdy dotknie tatuażu na swojej piersi, nie wyczuje magicznej sygnatury kochanka. Powodów tego stanu rzeczy mogłoby być kilka, ale przecież dziadek nie modyfikowałby jego świadomości, gdyby wszystko było w porządku. Na tę chwilę Lucjusz był przekonany, że był tylko jeden powód tej ogłuszającej ciszy... Ale jeśli to prawda... Nie. To by znaczyło, że i Harry, i Draco... Że Sev... Tętno znów mu przyspieszyło, ale tym razem Lucjusz postanowił nie tracić przytomności. Powoli wziął wdech, przytrzymał powietrze, policzył do dziesięciu, potem jeszcze do pięciu i dopiero je wypuścił. Musi zacząć myśleć. Jeśli Snape zginął... Nie mógł. Nie... Ale jeśli... To Lucjusz musi się dowiedzieć co się stało z jego synem, nawet gdyby miał się teraz aportować w pokoju wspólnym Slytherinu. Odczuwał niczym niezmąconą panikę. Jeśli Snape nie żyje, jego syn może... Nie, tej myśli nie potrafił nawet w pełni sformułować w swoim umyśle. Ale jeśli Snape nie żyje... - Pracownia! - wykrzyknął Lucjusz i ruszył biegiem po schodach na górę.
Harry obudził się nad ranem. Miał wrażenie, że coś stuka za drzwiami, ale po chwili nasłuchiwania uznał, że musiało mu się przyśnić. Tej nocy nie był w stanie spać spokojnie. Budził się co kilkadziesiąt minut, sprawdzał stan Snape'a i rozmyślał co jeszcze mógłby zrobić. Skontaktowanie się z kimkolwiek spoza szkoły nie wchodziło w grę. Lucjusz był gdzieś na misji, Calisto nie mogła się zjawić bez rozpoznania w tych murach odkąd Dumbledore powrócił, Sergio o leczeniu wiedział mniej niż sam Harry, a El Grinni… cóż z tym starym draniem Harry nie zamierzał w ogóle dyskutować po tym jak ostatnio nie kiwnął nawet palcem by im pomóc.
Spojrzał na Severusa, mężczyzna wciąż nieprzytomny leżał na łóżku obok. Pani Pomfrey musiała zmienić opatrunki na jego klatce piersiowej, bo zdawały się być czyste. To chyba dobrze, pomyślał Harry. To musiało znaczyć, że Snape zdrowieje, skoro przestał krwawić. A jednak wciąż zdawał się nie reagować na żadne bodźce. Harry sięgnął dłonią w kierunku Severusa, ale po chwili ją cofnął. Mężczyzna nie potrzebował obecnie niczego, a na pewno nie pobudki od jego zimnych rąk.
Potter westchnął, wciąż zmęczony wydarzeniami poprzedniego wieczora. Zastanawiał się przez chwilę kiedy i gdzie wszyscy zniknęli. Potem jednak uznał, że zapewne śpią w swoich dormitoriach. Neville nadal w pozycji siedzącej znajdował się w drugim końcu sali. Nakrył się narzutą i przymknął oczy. Co jakiś czas je otwierał, by spojrzeć na Mistrza Eliksirów, aż w końcu odpłynął do krainy snu kolejny raz.
Ziewnął i z wciąż zamkniętymi oczami wstał z łóżka. Powoli się przeciągnął i rozejrzał po pokoju. Narzucił na siebie zielony, puchaty szlafrok i ruszył w kierunku niewielkiego salonu łączącego pokoje prefektów. Pansy kręciła się przy lustrze wiszącym na ścianie wiążąc krawat pod szyją.
- Jak ci minęła noc? - spytał niewinnie.
- Uczyłam się na transfigurację. Maluchy coś kombinowały, ale niech się tym inni zajmą. Muszę dostać wybitny u Kocicy, jeśli chcę pójść potem na zaawansowane kursy. – Draco kiwnął głową potwierdzając.
- A ty nie u Pottera? – padło pytanie.
- Nie, musiałem chwilę odpocząć.
- Kłopoty w raju? - spytała brunetka ostrożnie.
- Nie. Po prostu nieoczekiwane okoliczności przy kolacji i musiałem zmienić plany. Mam nadzieję, że McGonagall nie będzie dziś nic ode mnie chciała. – Ślizgonka wzruszyła tylko ramionami, próbując wepchnąć niesforny kosmyk włosów za ucho.
Draco kusiło by spytać o Theodora, ale gdyby Pansy coś wiedziała o tym co się stało poprzedniego dnia, już dawno by o tym wspomniała. Najwyraźniej mała Cassandra Avery była całkiem godnym ślizgonem i nie paplała na lewo i prawo o wilkołaku próbującym zrujnować wczorajszą kolację. Na samo wspomnienie minionych chwil Draco czuł uścisk w trzewiach. Jego kompletnie sparaliżowało, jakby całe lato i poprzednie miesiące treningów niczego go nie nauczyły. Neville wyglądał jakby zmierzył się oko w oko z bazyliszkiem. Snape był ranny, nawet panią Pomfrey opuścił jej zwyczajowy stoicki spokój, jakby nie wiedziała czy można mu w tej chwili pomóc. Harry odchodził od zmysłów i praktycznie nie było z nim kontaktu, a Lupin i Theo zapadli się pod ziemię. Draco zakładał, że Dumbledore wie co robić z wilkołakiem w pełnię, po kilkuletnim doświadczeniu z biegającym po błoniach profesorem Lupinem jeszcze w wieku szczenięcym. A jednak patrząc wczoraj na staruszka, Draco nie był już tego taki pewien. Tłumacząc, że musi się ubrać, wrócił do swojego pokoju po rzeczy. Potrzebował zaplanować wszystko bardzo dokładnie, Dumbledore musiał umrzeć, i choć wczoraj nie wydawał się być w najlepszej formie, to Malfoy nie wierzył, że można go tak po prostu zabić. Przecież nie ciśnie w niego Avadą, ot tak, wątpił zresztą czy ma w sobie tyle nienawiści by móc to zrobić.
Może warto trochę poczekać, aż sytuacja się unormuje i Draco będzie mógł omówić dostępne opcje z kimś dorosłym. Wiedział od matki, że Snape zobowiązał się mu pomóc, jasnym jednak było, że żadna złożona przysięga nie zadziała w chwili kiedy mężczyzna jest nieprzytomny. Po tym co się wydarzyło poprzedniego dnia Draco był natomiast bardziej niż pewny, że Nott otrzymał dokładnie takie samo zadanie, a ten który wykona je pierwszy ocali rodzinę. Draco był w pułapce i nie bardzo wiedział jak z niej wybrnąć. Dałby sobie teraz rękę uciąć by móc porozmawiać z ojcem. Mógł być na niego wściekły, ale miał pewność, że Lucjusz Malfoy na pewno wiedziałby co zrobić w tak delikatnej sytuacji.
Remus kilka razy rzucił Accio, próbując przyzwać swoją różdżkę. Przeszukał kąty i zakamarki, ale nie znalazł swojego narzędzia. Podobnie rzecz się miała z różdżką Theodora. Dumbledore musiał je zabrać. Remusowi wydało się to dziwne, ale może dyrektor chciał ich powstrzymać przed rzucaniem w siebie klątwami, a tego zapewne spodziewał się po młodym arystokracie. Nie mógł przecież ich tu trzymać w nieskończoność. Lupin nie pierwszą pełnię spędzał w zamknięciu, w związku z tym specjalnie się nie martwił. W końcu ich przecież wypuszczą, jak minie zagrożenie. Miał świadomość, że dyrektor może ich przetrzymać tu dodatkową dobę, by się upewnić, że dzieciak nie zmieni się kolejny raz wśród ludzi. Nawet jemu wydawało się to rozsądne, biorąc pod uwagę, że to pierwsza pełnia Notta. Dyrektor wiedział, jak i on, że w razie kłopotów, jemu nie zaszkodzą zęby czy pazury drugiego wilkołaka.
Theodor Nott nie był jednak tak spokojny jak Remus. Usiłował znaleźć różdżkę, krzyczeć, próbował otwierać magiczne okno, o którym Remus wiedział, że było jedynie iluzją. Próbował drapać drzwi, a potem wywarzać je z rozpędu.
- To Twoja wina! - wrzasnął w końcu, patrząc na niego wrogo.
- Wiesz dobrze, że nie – odparł spokojnie Remus. – Ktoś zabezpieczył komnatę, żebyś nikomu nie zrobił krzywdy.
- Mówisz, jakby o ciebie się nie martwili.
- Moja przemiana jest stabilna. Mogę nad nią panować, do pewnego stopnia.
- Za rok też będę umiał na życzenie?
- Możliwe, jeśli będziesz pił eliksir.
- Jasne! Bo wezmę do ust cokolwiek od tego bydlaka!
Remus prychnął rozbawiony.
- A myślisz, że kto zaopatruje szkołę w eliksiry leczące? Skąd pani Pomfrey ma szkiele-wzro, albo odtrutki na wynalazki Weasley'ów?
Młody brunet wzruszył ramionami w odpowiedzi. Skojarzył się Remusowi z Harrym. Ten tak jak James niegdyś wzruszał ramionami, kiedy jakiś temat był dla niego niewygodny. Kiedy Lupin o tym myślał, Harry przestał tak reagować już jakiś czas temu. Zamiast tego pojawiła się chłodna kalkulacja i dociekliwe rozkładanie problemu na części. Remus chciałby to zrzucić na dojrzewanie, na geny Lily, ale w głębi serca wiedział, że to wpływ Severusa. Chłopiec będąc w domu węża nie miał innego wyjścia, niż przesiąknąć ich sposobem bycia i myślenia. A może zawsze taki był?
- Wypuście mnie natychmiast! - wrzasnął Nott. Zamiast tego kilka sekund później w rogu pokoju pojawił się stół, zastawiony jedzeniem. Były na nim owoce, pieczywo i mięso.
Młody wilk pociągnął nosem i ruszył w kierunku stolika, rzucając się na surowe mięso, jakby w życiu nikt go nie karmił. Remus postanowił poczekać, aż dzieciak się naje. Teoretycznie powinien pokazać dominację, podporządkować go sobie, i pierwszeństwo przy jedzeniu było podstawą. Lupin wiedział też, że pierwszy głód po przemianie jest bardzo silny, a średnio miał ochotę na kolejną walkę, tym razem o miskę, na którą nawet nie miał ochoty.
Remus od dwóch lat regularnie przyjmował eliksir tojadowy i choć nie był smaczny, zdecydowanie działał cuda jeśli chodzi o jego apetyt, kontrolę impulsów i jeszcze kilka innych niedogodności związanych z byciem wilkołakiem. Pamięta czasy „wolności", gdy próbował „przyłączyć się do swoich", pamięta przemiany w towarzystwie Łapy i Jamesa, pamięta te pełnie w które samodzielnie próbował walczyć z własną naturą. Jednak od czasu gdy Snape zaczął przygotowywać dla niego wywar, jego życie w znacznym stopniu uległo poprawie. Zero pobudek w nowych miejscach bez ubrań, zero krwi pod paznokciami z rana, żadnych przerw w świadomości. Żadnych nieoczekiwanych trupów. Złość nawet jeśli wypływała gdzieś na powierzchnię, była zwykłą emocją, nie huraganem, który był w stanie wyrywać drzewa z korzeniami. Siły odzyskiwał szybciej i co najważniejsze nie czuł towarzyszącego mu wcześniej lęku, że skrzywdzi postronne lub bliskie mu osoby… Gdy teraz o tym myślał, gdyby nie Severus, Remus nigdy nie zdecydowałby się na związek z Tonks. Strach, że mógłby jej zrobić krzywdę zupełnie zdominowałaby jego świadomość.
Harry'ego obudziło szuranie po podłodze. Otworzył nieznacznie jedno oko, by ustalić kto przemieszczał się przez salę, choć w zasadzie miał pewność, że nie musi się zastanawiać. Zapach śmierci i starości zaatakował jego nos. Dumbledore zdawał się go nie zauważać, gdy mruczał pod nosem jakiś czar, przyglądając się Severusowi z uwagą. Harry czekał tylko na jakiś fałszywy ruch starca, ale ten nie nadszedł. Dyrektor skrzywił się nieznacznie poprawiając rękawicę na swojej martwej dłoni i Harry mógł przyjrzeć się cierpieniu przed sobą. Przyszło mu do głowy, że powinno mu być żal starca, ale nic takiego nie odczuwał. Była tylko złość.
- Powinieneś iść na śniadanie – powiedział Albus, patrząc nagle bardzo przytomnie i przenikliwie na Harry'ego. Chłopak spojrzał w niebieskie oczy i pokręcił głową. Nie zamierzał zostawiać tu Severusa samego. Dyrektor jakby zdawał się wiedzieć dokładnie co chodzi po głowie Pottera mówił dalej – Pani Pomfrey się nim zajmie. Severus musi jeszcze odpocząć.
- Nie powiesz mi czegoś sprytnego? Nie skłamiesz, że wszystko będzie dobrze? – spytał Harry ze złością.
- Nie, Harry – odparł Dumbledore. – Nie wiem też jak go sprowadzić z powrotem. Ten atak musiał sprawić…
- Och, doskonale wiem co sprawił! Chciałeś go wykończyć!
Dumbledore westchnął. Wiedział, że racjonalne przesłanki nie przemówią do dziecka w tej chwili. Jeśli ten winił go o atak na głowę ich domu, Albus nie miał na to kontrargumentów. Uniósł więc w górę zdrową rękę zatrzymując kolejne słowa Pottera. Nie miał teraz sił wysłuchiwać kolejnych pretensji.
- Nie możesz opuścić zajęć. Wiem, że wydaje ci się inaczej, ale siedzenie tutaj niczego nie zmieni. Severus jest w dobrych rękach – powiedział Albus, wskazując na pokój magomedyczki. – Idź proszę, na zajęcia dzisiaj. Jeśli stan Severusa będzie stabilny, każę go przenieść do jego komnat wieczorem. Wierzę, że to ułatwi życie zarówno tobie, jak i wszystkim w zamku.
Harry zmierzył go uważnym spojrzeniem.
- Pod jednym warunkiem – powiedział w końcu. - Powiadomisz mnie, gdy tylko Snape się ocknie. – Dyrektor kiwnął głową na znak zgody i Harry zaczął się powoli podnosić z kozetki. Pozbierał swoje rzeczy i ruszył powoli w kierunku drzwi. Zanim wyszedł, zatrzymał się jeszcze by spojrzeć na dwóch mężczyzn. – Dyrektorze?
- Tak, Harry? – spytał Dumbledore. Błysk radości pojawił się na chwilę w niebieskich oczach.
- Kiedy pójdzie pan okłamać ślizgonów o powodach nieobecności głowy ich domu, proszę się do tego przyłożyć. Inaczej będzie pan miał na głowie więcej węży niż jest pan w stanie okiełznać.
Dyrektor uśmiechnął się pod nosem i mrugnął do Harry'ego.
- Wierzę, że tych zdolności jeszcze nie utraciłem, mój chłopcze.
Calisto weszła do domu, odstawiła zakupy na podłogę i wyjęła różdżkę. Muzyka w salonie grała dość głośno, więc Lucjusz musiał się obudzić. Szybki rzut oka na salon potwierdził jej przypuszczenia, kubek i pusty talerz stały na stoliku, ale brata nie było w zasięgu wzroku.
- Lou? – zawołała i podeszła do wieży by ściszyć nieco muzykę. Nie usłyszała odpowiedzi, ruszyła więc na górę. Lucjusz majstrował coś przy zamku w drzwiach od pracowni Severusa. Chrząknęła stając za nim. - Lou?
Blondyn spojrzał na nią podejrzliwie.
- Ty zamknęłaś te drzwi? – spytał. Calisto zamrugała zdziwiona.
- Po co miałabym to robić?
- Żeby mnie oszukać. – Odpowiedziało mu kolejne zdziwione mruganie rzęsami. Lucjusz westchnął teatralnie. - Wydaje się wam, że możecie mi zmodyfikować pamięć i wmówić, że Sev ma się dobrze? Że mogę zapomnieć o nim i moim dziecku? Dlaczego u licha stoisz tu przede mną z różdżką w ręku, zamiast siedzieć w swej zwierzęcej formie pod zamkiem? Dlaczego mój syn ciągle siedzi w tej przeklętej Szkocji, zamiast być przy mnie?
Calisto opuściła różdżkę. Widząc, że Malfoy nie zamierza ustąpić, oparła się o framugę i zaczęła spokojnie tłumaczyć.
- Byłeś w naprawdę kiepskim stanie. Każda twoja pobudka kończyła się atakiem paniki, kiedy tylko zaczynałeś podejrzewać, że Severus nie żyje. Każda panika kończyła się utratą przytomności i kolejnym spadkiem twojej mocy. Ten agent załatwił cię konkretnie. Gdyby nie szef… nie wiem co byś zrobił sobie i innym. Byłeś niestabilny. Nawet Sergio powiedział, że cię jeszcze w takim stanie nie widział. Nawet w twoich stanach „głodu".
- A co z… Severusem? – Lucjusz spojrzał na nią poważnie.
- Nie wiemy. Po prostu zniknął z radaru szefa w pełnię.
- A Draco? Harry? Co z dziećmi? – Lucjusz nie wierzył, że w ogóle musi pytać.
- Szef twierdzi, że nadal są w Hogwarcie.
- Szef? Czyli co? Nie byłaś tam? Nikogo nie posłał? Żeby sprawdzić co…
- Lou, z tego co wiemy…
- Gówno wiecie! Gdzie jest Sergio?
- Kończy twoją misję. – Lucjusz prychnął w odpowiedzi. – El Grinni ustalił, ty ustaliłeś, że jest ktoś jeszcze kto pociąga za sznurki. Sergio pojechał udawać posłańca i powęszyć.
- Posłańca? – Tym razem to Lucjusz zamrugał rzęsami.
- Pamiętasz Goldberga?
- W dupie mam Goldberga, martwego wilkołaka, Voldemorta i… - Oczy Lucjusza zrobiły się nagle wielkie jak spodki. – W-wilkołak… czy to możliwe zarazić się likantropią? Czy ja… - Malfoy spojrzał na swoje dłonie, jakby w każdej chwili mogły mu wyrosnąć długie pazury.
- Nie wiem, Lou – odpowiedziała Calisto, patrząc na niego smutno. – Nie byłeś ranny fizycznie, ale to nie znaczy, że nie miałeś kontaktu ze śliną czy krwią… - Lucjusz zakrył dłonią usta, tłumiąc jęk.
Calisto zastanawiała się co mogłaby jeszcze powiedzieć, ale wiedziała, że Lucjusz musi się oswoić ze strachem, a nie jest to emocja z którą potrafił sobie radzić. Blondyn wziął kilka płytkich wdechów i Calisto nabrała czujności, na wypadek, gdyby znów miał dostać ataku paniki i stracić przytomność. Lucjusz zamiast tego osunął się na kolana i zaczął płakać. Czarownica pogładziła delikatnie jego włosy. Mężczyzna wzdrygnął się, jakby dotyk sprawiał mu ból. Chciała powiedzieć, że to nie ma znaczenia, że nadal będzie go kochała, ale to niczego by nie zmieniło. Wiedziała, że jej słowa nie ukoją jego bólu ani strachu. Lucjusz musiał się zmierzyć z potencjalnym odrzuceniem go przez Snape'a, ale co gorsza – przez samego siebie.
Odczuwała w tym momencie czystą litość w stosunku do tego czarodzieja i widziała, że musi ją jak najszybciej stłumić, zanim Malfoy to zauważy. Wiedźma nie uważała, że to zrobi dobrze barierom w jego umyśle. Pęknięcia w jego dobrze wystudiowanej masce nie uczynią niczego dobrego ani dla ich misji, ani dla samego Lucjusza.
Jakkolwiek silny i przerażający by się nie wydawał dla innych, Calisto zawsze widziała w nim tego siedemnastolatka, który pojawił się pewnego dnia we Włoszech wraz ze swoim ojcem. Tego rozpieszczonego, dobrze wychowanego czysto-krwistego czarodzieja i jego minę, gdy Abraxas przedstawił mu szefa. Widziała jak idealny obraz kształtowany przez lata rozpadał się przed oczami tego chłopaka, gdy tłumaczono mu kim jest jego dziadek. Widziała ból w jego oczach. Wiedziała, że poczucie, iż został zdradzony i oszukany, przez własnych rodziców nigdy go nie opuściło. A potem ten sam dziadek rozkazał mu uczynić to samo jego synowi. Odebrał mu przy tym możliwość wyjaśnienia Draco osobiście zawiłości więzów rodzinnych.
Calisto sama zmagała się wtedy z kryzysem tożsamości. Z utratą umiejętności latania, możliwości rozłożenia skrzydeł i wzbicia się w niebo. Ten zraniony chłopak stał się jej bardzo bliski. Był dla niej odskocznią od bólu, wspólnie uczyli się nieść ciężar odpowiedzialności. Poznawali nowy świat i zasady w nim panujące. Uczyli się nowych czarów i technik obrony. Obrywali za niesubordynację, za niewykonane rozkazy, za niewypełnione zadania. El Grinni nigdy nie ustępował, zwłaszcza Lucjuszowi. Nie pobłażał mu, jakby krew która ich łączyła nie miała znaczenia.
A jednak w ciągu ostatnich kilku dni widziała troskę malującą się na twarzy staruszka. Lucjusz budził się, krzyczał, tracił przytomność, miał gorączkę, spadki temperatury, dreszcze. Lucjusz majaczył o Severusie, a potem znów krzyczał. Szef nie był w stanie go uspokoić inaczej niż czarem, spacyfikować na kilka dni, w nadziei, że jak Lucjusz się ocknie El Grinni będzie miał dla niego jakieś dobre wieści. Jednak wieści nie było wcale. Calisto oferowała, że zjawi się w Zakazanym Lesie, Szef jednak był przekonany, że Dumbledore będzie pilnował lasu, że skoro wrócił do szkoły i umiera, to nie będzie się bawił w półśrodki i spróbuje wyciągnąć z niej informacje, a on nie mógł sobie na to pozwolić.
Severus musiał żyć, tego Calisto była pewna, inaczej w gazetach pojawiłaby się informacje, że w szkole uczy nowy czarodziej. W dodatku wiadomość o śmierci najlepszego Mistrza Eliksirów na wyspach byłaby na okładce każdego szmatławca w Magicznej Brytanii. Podobnie rzecz się miała z Harrym, gdyby coś mu się stało, ta… Skeeter na pewno próbowałaby na tym zrobić pieniądze. Szef uważał, że nie ma jak się dowiedzieć co dzieje się w szkole nie odkrywając swoich kart. Nie chciał czarować, jakby się bał rozpoznania, nie chciał nikogo tam wysłać, nie pozwolił nawet wysłać głupiej sowy. Calisto wydawało się momentami, że jest to szefowi na rękę, że ta trójka została tam sama, jakby od początku o to mu chodziło. Gdyby tylko istniał sposób…
