110. Rozdział o zębach, piórach i kupce sierści.
Cassandra bała się w życiu kilku rzeczy. Choć do większości z nich by się raczej nie przyznała. Bała się tego grubego Seana, który mieszkał naprzeciwko i czasem dla zabawy podpalał koty. Bała się, że zrobi coś głupiego, co sprawi, że wyrzucą ją z Hogwartu. Bała się huku petard. I jak mama płakała po nocach. A przede wszystkim bała się swojego ojca.
Spotkała go tylko kilka razy w życiu. Był niczym koktajl wszystkiego co przerażające wrzucony do blendera. Czerwone szaty, kręcone włosy, zadbane paznokcie. Zbyt chudy by wydawał się silny, a jednak wiedziała, że siniaki na skórze mamy nie wymagały wcale siły. Wystarczyła różdżka. Gdy się zjawiał wszystko zamierało. Radość. Zabawa. Możliwość wypowiadania się. Cassandra wiedziała gdzieś w kościach, że jedynie od jego kaprysu zależy to czy przetrwają kolejny dzień.
A jednak wciąż żyły. Dzień po dniu. Wbrew oczekiwaniom sąsiadów i reszty rodziny. Czasem zapominając o tym, że może wrócić. Pozwalając sobie na spokój, który był przecież tylko złudzeniem. Iluzją rozwiewającą się niczym sen przerwany nieznośnym budzikiem. Nie potrzebował nawet pretekstu. Po prostu aportował się na środku pokoju, a jeśli w okolicy był akurat ktoś postronny, obrywał Imperiusem lub znikał bezpowrotnie.
Cassandra naprawdę chciała wierzyć, że jest bezpieczna w szkole. Wierzyła w to do chwili kiedy dyrektor wysadził ambulatorium i zniknął w zeszłym roku. Było potem mnóstwo plotek, których nawet Harry Potter nie mógł lub nie chciał jej wyjaśnić. Ale potem znów uwierzyła. Ojca zamknęli i ponoć to właśnie dyrektor to załatwił. W tym roku wracała więc z przekonaniem, że zeszłoroczny wypadek był właśnie tylko tym. Wypadkiem.
Dzisiaj siedziała przy stole obok Arkany. Miała ku temu kilka powodów. Potrzebowała zdobyć plotki. O profesorze Lupinie, o jego zwolnieniu poprzednim razem. I o wilkołakach w szczególności. Potrzebowała też przyjrzeć się dyrektorowi i reszcie nauczycieli i aby to zrobić musiała na chwilę przestać siedzieć przy szósto-rocznych, których umysły po tylu latach chodziły już tylko utartymi ścieżkami. Nie chodziło nawet o to, że Harry czy Draco byli nudni... Naprawdę ich lubiła. Czasem nawet zdradzili coś użytecznego. Problem był taki, że zwykle koło nich siadał też Nott i bawili się w swój taniec nienawiści. Jeśli zaś idzie o Notta, Cassandra była pewna, że nie zbliży się do niego na odległość połowy boiska do quidditcha. Bo o ile ojciec był bezdusznym potworem, a gruby Sean psychopatą, to żaden z nich nie potrafił się zmienić w rozpędzoną kulę futra, zębów i pazurów w ułamku sekundy. Tak, zdecydowanie Theodor Nott był najbardziej przerażającym stworzeniem jakie przyszło jej ujrzeć. Być może na niewiele się to zda, ale Cassandra podejdzie do niego dopiero, jak dowie się jak go zabić.
Tym sposobem znajdowała się teraz, obok swojej przyrodniej siostry, która oceniająco spoglądała w kierunku stołu nauczycielskiego, jakby chciała coś skomentować. Cassandra zmrużyła powieki. Profesora Lupina nie było przy stole, odruchowo spojrzała więc w kierunku Pottera, a raczej miejsca w którym zwykle siedział. Bruneta też nie było. Podobnie rzecz się miała z Nottem, po którym nie było śladu. Coś było nie tak. Draco siedział z Zabinim, mieli nietęgie miny i z wyraźnym niedowierzaniem spoglądali w kierunku stołu nauczycielskiego, szepcząc coś do siebie w tajemnicy. Cassandra spojrzała tam jeszcze raz: dyrektor, stara Kocica, Sprout, Flitwick, ta wariatka od wróżbiarstwa, Snape, Rolanda Hooch, nic nadzwyczajnego. Poza wilkołakiem nikogo nie brakowało. Miała ochotę wzruszyć ramionami i dalej zajadać się świeżo upieczonymi rogalikami, a jednak coś nie dawało jej spokoju. Nie wie czy była to mina Malfoya czy ledwo dostrzegalny uśmiech na twarzy opiekuna ich domu, gdy spoglądał z góry na uczniów, czy może puste miejsca przy stołach. Wiedziała, że coś się święci i nie nazywałaby się Avery gdyby nie dowiedziała się co.
- Możemy porozmawiać, profesorze? – spytał Draco. Snape kiwnął głową i bez słów ruszył w kierunku lochów Slytherinu, by poprowadzić Draco do sali eliksirów. Malfoy szedł za nim posłusznie. To o czym chciał rozmawiać nie mogło być wypowiedziane na korytarzu. Gdy weszli do środka, Draco zamknął czarem salę i wyciszył ją. Te dwa zaklęcia były już wpisane w schemat ich postępowania. Nigdy za dużo ostrożności.
Brunet spojrzał na niego zszokowany i to tylko utwierdziło blondyna, że instynkt go nie zawiódł.
- Musisz popracować nad gestami i mimiką – powiedział, zaplatając ramiona na piersi.
- Słucham? – padło oburzone pytanie.
- Jeśli chcesz kogoś zwieść, musisz się bardziej postarać... droga kuzynko. – Draco uśmiechał się zadowolony z siebie. Czarne oczy błysnęły czymś nieodgadnionym i Severus Snape wyszczerzył się niczym dziecko na widok góry czekoladowych żab.
- Skąd wiedziałeś? – spytała Tonks swoim wysokim głosem.
- Chód, spojrzenie, gesty… zapach – odparł Malfoy. – Więc to jest rozwiązanie według Dyrektora?! Przecież nie pójdziesz teraz na zajęcia z siedmiorocznym Ravenclawem. To byłaby katastrofa.
- Dyrektor planuje ogłosić, że muszę się zająć sprawą niecierpiącą zwłoki i nie będę miał czasu prowadzić zajęć przez kilka dni – wyjaśniła Tonks nadal utrzymując formę Severusa Snape'a.
- Kilka dni?! – pisnął Draco. – Nie można zostawić węży samych na kilka dni! Po tym czasie lochy po prostu znikną z powierzchni ziemi, a połowa uczniów będzie martwa, lub ciężko ranna. Jak on zamierza ukryć Snape'a tyle czasu przed wzrokiem wścibskich w ambulatorium?
Tonks sapnęła w odpowiedzi i wzruszyła bezradnie ramionami.
- Nie wiem. Wspominał coś o jego lochach, do których przecież nikt nie zagląda, poza tobą i Harrym. Nietoperz wciąż nie odzyskał przytomności i z tego co mi ostatnio opowiadał Remus, to nie jest dobry objaw. On sam jak został zaatakowany, był w ciężkim stanie kilka dni.
Draco postanowił zignorować obrażanie Snape'a w tej chwili. Nazywanie go Nietoperzem przez ludzi z innych domów było powszechne i choć zwykle karane jakimś wyszukanym czarem, Draco wiedział, że w obecnej sytuacji nie ma to znaczenia. Gdy jednak słowa Tonks osiadły w jego umyśle, nagłe zrozumienie ich sprawiło, że Malfoy westchnął przerażony.
- Poczekaj… Chcesz mi powiedzieć, że on może… – Draco zacisnął usta i pokręcił głową. Gdy Tonks nie odpowiedziała, Draco zakrył swoje usta, by powstrzymać syk, który usiłował się wyrwać z jego gardła. – Ale na pewno można to sprawdzić. Lupin może to pewnie wyczuć, na bank jest jakiś eliksir, który powstrzyma co trzeba, zablokuje…
- Draco… Nic czego nas uczyli na szkoleniu aurorskim nie….
Malfoy zakrył uszy rękami i jego twarz wykrzywił grymas obrzydzenia.
- To się nie dzieje… wujek nie… nie, nie, nie… Nie teraz! – Tonks wciąż w ciele Severusa Snape'a zatrzymała kuzyna i chwyciła go za ramiona, patrząc mu uważnie w oczy. Ostatnie czego teraz potrzebowała, to spanikowany prefekt Slytherinu wybiegający z gabinetu głowy swojego domu, bredzący coś pod nosem o wilkołakach.
- Jestem pewna, że Remus będzie znał odpowiedź na twoje pytania. Od zawsze czytał tony książek, próbując się zabezpieczyć. Na wypadek, gdyby kiedyś… kogoś pogryzł. Jak na razie jednak nie mogę go znaleźć, jakby zapadł się pod ziemię, a ten stary piernik powiedział mi jedynie, że musiał się zająć tym przeklętym szczeniakiem śmierciożercy! – Czarne włosy zmieniły na ma moment kolor na czerwień i Draco parsknął śmiechem, patrząc na tę abominację.
- Wiem gdzie on jest – odparł próbując powstrzymać śmiech i wskazał na coś co powinno być czupryną Mistrza Eliksirów. – Ale to… nie możesz iść… nie możesz iść tam w tej skórze.
- Co to w ogóle znaczy?
- Jeśli Theo zobaczy cię z tą twarzą… będzie próbował ją z ciebie zerwać z kawałkiem szyi. Tego jestem pewny jak niczego innego. Musisz użyć kogoś neutralnego. Zmienić się w coś, czego Theodor Nott nie chce zabić. – Blondyn cofnął się kilka kroków i spojrzał na, jak mu się teraz wydawało, bardzo nieudolnie podrobionego Severusa. Postukał swoim szczupłym palcem o nos i zmrużył powieki. – Tak. To może się udać. A więc droga kuzynko… Jak dobrze znasz nawyki starej kocicy?
Tonks bardzo starała się nie chichotać, ale odkąd pamięta uważała spiczasty kapelusz Minerwy McGonagall za absurdalnie przesadzony. Teraz ciężko jej było zachować się poważnie. Chuda, zbyt wysoka, koścista kobieta, która jeszcze dokładała sobie kilkanaście centymetrów obcasami i kapeluszem. Zieleń kostiumu wydawała się trochę tonować jej energiczny temperament. Tonks poprawiła zaklętą szatę i spojrzała na blondyna. Draco zaciskał usta, próbując powstrzymać łzy, nie był w stanie przestać się śmiać. Ostatecznie nawet ją bawiła Minerwa McGonagall ...w stroju głowy Slytherinu... Właśnie za takie transformacje obrywała szlabany gdy jeszcze tu chodziła. Udawanie Flitwika, przedrzeźnianie Filcha, strasznie Trelawney pod postacią Czerwonego Barona... Chociaż nawet ona musiała przyznać, że ten pomysł był na samym szczycie listy tych najgłupszych.
A teraz, jako szanowany auror, delegatura Ministerstwa, członek Zakonu Feniksa, miała przemaszerować przez całą szkołę udając tę starą złośliwą babę, ulubienicę dyrektora. Jedyną z całej kadry, do której czuła jeszcze jako taki respekt. Nagle całe pokłady dobrego humoru ją opuściły. Dumbledore ją zamorduje.
Draco spoglądał na nią z niepokojem.
- Co jest? Coś nie tak z kapeluszem? – spytała.
- Jakby powiedział Snape, kontroluj swoje emocje – syknął Malfoy, udając Severusa. – Twoje włosy. – Wskazał palcem na jej głowę.
- Niebieskie? – spytała. Blondyn kiwnął głową. Tonks wzięła dwa głębokie wdechy, skupiła się kolejny raz i po chwili wyglądała jak powinna.
- Mogę ci podać całą listę rzeczy, które mogą pójść nie tak – szepnęła, – ale nawet ja nie przewidzę wszystkiego. Także bądź gotów improwizować, bo ja będę się musiała skupić by utrzymać tę kościstą formę. A ostatnio ciężko mi idzie.
Cassandra czekała pod gabinetem aż Malfoy z niego wyjdzie, chcąc spytać Snape'a, czy odczarowali już tego chłopaka z Gryffindoru. Zamierzała sprzedać własną siostrę, ale ostatecznie gdyby ta nie chciała, żeby informacja się rozeszła, nie chwaliłaby się koleżankom przy śniadaniu, gdy tylko zobaczyła, że tamtego nie ma przy stole. Cassandra była pewna, że siostra będzie na nią zła, ale może wiedza o tym skąd miała specyfik, który załatwił chłopaka pomoże go odczarować. A jej da dodatkowe punkty u Snape'a. Sama o petryfikacji wiedziała tyle co nic, ale miała świadomość, że to coś poważnego i niech ją diabli, jeśli pozwoli tej głupiej, podobnej do ojca siostrze, kogoś skrzywdzić tylko dlatego, że dzięki niemu ojciec siedzi w Azkabanie.
Kiedy więc Draco wraz ze starą kocicą opuścili lochy, Cassandra wpadła do nich natychmiast.
- Profesorze? – spytała, rozglądając się po pustej sali. Dziwne. Zapukała w drzwi kanciapy ze składnikami – Profesorze?!
Nadal nic. Dałaby sobie głowę odciąć, że słyszała go jeszcze chwilę temu, wraz z dziwacznymi chichotami. Przełknęła ślinę i nacisnęła klamkę do gabinetu Snape'a, w którym czasem odbywały się szlabany.
- Profesorz-e? – słowa zamarły jej na ustach. W pomieszczeniu, przy biurku stał Potter, jego włosy opadały na ramiona w nieładzie. Oczy były podkrążone jakby nie spał od tygodnia. Miał na sobie szlafrok, a na stopach kapcie. Mamrotał coś do siebie, przestawiając różne fiolki, robiąc przy tym potworny bałagan.
- Staaary, ale będziesz miał kłopoty jak cię Niet... – Potter odwrócił się bardzo szybko i w tej samej sekundzie jego różdżka znajdowała się przy jej szyi. Chłopak pociągnął nosem, przyglądając jej się podejrzliwie. Cassandra przełknęła ślinę.
- Co tu robisz? – warknął.
- Przyszlam do profesora. Wiem co się stało z tym, tym wysokim z Gryffindoru.
Harry spojrzał na nią nierozumiejącym wzrokiem.
- Tym w kamizelce od babci. Spetryfikowanym – wyjaśniła.
- Ach, Neville. W szkole nie ma bazyliszka, wbrew temu co głosi plotka.
- To eliksir na bazie śliny czy jakoś. Ona to z domu wzięła, od ojca... Mówiła, że ma jeszcze dwie porcje... Profesor na pewno będzie wiedział co to było. Wchodził do sali, a potem rozpłynął się w powietrzu, a przecież Draco by wiedział, słyszałam jak rozmawiali… – Avery zawiesiła się na moment, próbując zebrać myśli. – ...W zamku są tajne przejścia dla nauczycieli? – spytała w końcu łącząc kropki.
- Co? – Harry ewidentnie na to wcześniej nie wpadł.
- No, kocica musiała przejść. Kominkiem, kotłem, może za ścianą ze składnikami jest przejście prosto do...
- Cass, co ty bredzisz?
- Draco wszedł z profesorem, wyszedł z McGonagall, więc dlatego weszłam z nim pogadać... mówili o jakimś surowym mięsie, które trzeba będzie skołować... Chyba jest jakiś problem z kotem Filcha, bo McGonagall martwiła się żeby się na nią nie natknąć. Myślę, że to dlatego, że...
- Cicho. Zamknij się na moment... – Harry wyszedł z gabinetu i machając różdżką transformował swój szlafrok w jeansy i czerwoną bluzę. Stanął na środku klasy eliksirów i pociągnął nosem. Pociągnął kolejny raz, po czym zaklął jak szewc.
- Chodź, nie możesz zostać tu sama. – To powiedziawszy szarpnął ją za ramię i wywlekł na korytarz lochów. Kilka kroków dalej zatrzymał się na moment, cisnął jakieś czary w kierunku klasy i drzwi zatrzasnęły się z hukiem. Cassandra była pewna, że są zamknięte na cztery spusty. – Idź do pani Pomfrey i powiedz jej co wiesz.
- Ale…
- Idź. Dostaniesz punkty dla domu.
To powiedziawszy obrócił się na pięcie i klnąc nadal pod nosem ruszył biegiem w kierunku schodów na górę. Cassandra wiele nie myślała, taka okazja nie pojawia się często. Podwinęła tylko szatę w górę, tak by się o nią nie zabić i pobiegła w ślad za Potterem.
Remus miał dość. Młody Nott miotał się i krzyczał na ściany, wygrażając się w kierunku dyrektora i reszty ślizgonów. Jasnym było, że nie odpuści ani na moment i jego początkowe współczucie jakie miał dla zaatakowanego chłopca, zamieniało się powoli w złość na śmierciożercę. Śmierciożercę, który może nie był własnym ojcem i nie zabił masy ludzi, a jednak wyższość, bufonowatość i pogardę wyssał z mlekiem matki. Gdyby tylko miał różdżkę, uciszyłby go jednym jej machnięciem. Uwiązałby go do krzesła i zjadł w spokoju śniadanie.
Remus Lupin rzadko się złościł, miał więc świadomość, że większość tej czerwonej mgły przed oczami to wczorajsza pełnia, pusty brzuch i... młody samiec na jego terytorium. Normalnie zszedłby do lochów, połknął dumę i poprosił Severusa o coś na uspokojenie. Albo chociaż pobiegłby przed siebie, by aportować się do odległych kniei gdzie nikomu nie zrobiłby krzywdy. Teraz jednak przestawało mu zależeć. Urwana jedna głowa... To wydawało się nawet kuszące.
- Przykro mi, drogi chłopcze. Nie udało się przyszyć głowy. – Usłyszał w umyśle zatroskane słowa Dumbledore'a. Miał ochotę się roześmiać. Stary skurwysyn jedyne co robił, to przymykał oko. Na to jak James traktował Snape'a, jak Avery traktował dziewczyny z innych domów, na ciąże siódmo-rocznych spędzane zaklęciami, na wilkołaki, animagów i przemoc domową. Tak Lupin zrobił sobie wywiad w tej kwestii, po tym jak Harry mu zarzucił, że nikt o niego nie dbał, nie słyszał skarg, nie reagował. Jakby ten stary wariat znajdował satysfakcję w oglądaniu czyjegoś cierpienia. Już dwa lata temu Remus nabrał czujności co do motywów dyrektora, względem uczniów w ogóle, a Harry'ego w szczególności. A potem stary się go pozbył. Musiał być za blisko prawdy.
Remus bardzo się zdziwił, gdy zaproponował mu ponowny raz posadę w tym roku, ale potem wszystko nabrało sensu. Stary drań umierał.
Nie znaczyło to jednak, że nie miał w rękawie kolejnego wspaniałego planu...
Nott kopnął stolik z żarciem.
- Wypuść mnie ty stary zboczeńcu! Nie jestem twoim więźniem, nie potrzebuję tu gnić! – krzyczał, wpatrując się w sufit.
- Zamknij się i przestań skomleć – warknął w końcu Remus, wstając z podłogi na której siedział.
- Bo co? Jeszcze chwilę temu chciałeś być moim mentorem.
- Jedyne czego chciałem, to uratować twój durny łeb przed śmiercią z ręki Voldemorta. Ale jak się nie zamkniesz, to nie będziesz musiał obawiać się Czarnego Pana.
- No, widzę, że eliksir działa jak złoto... Snape na bank spuszcza się do gara, a potem daje ci to do picia – skrzywił się Nott. – A ty jak idiota myślisz, że ci pomaga. W życiu nie widziałem takich pokładów nienawiści w jednej osobie... No, może Czarny Pan ma podobnie, jeśli chodzi o mugoli... Wilkołak srołak. Nie wiem co mu zrobiłeś w poprzednim życiu, ale staaary...
- Zamknij się – warknął Lupin.
- Ach, czyli trafiłem. Co? Wyruchałeś mu matkę? Chociaż nie, pewnie była tak szpetna jak on i nawet w pełnię w amoku byś jej nie ruszył... A może to jakiś niespełniony romans? Odrzuciłeś go dla Greybacka?!
W tym momencie Lupin doskoczył do gówniarza, jednym szarpnięciem rzucił go na ścianę i ułamek sekundy później docisnął go do muru, zamierzając się łapą opatrzoną w pazury na jego twarz.
- Remus, nie! – Do jego uszu dotarł krzyk Nimfadory i zawahał się na moment, choć jego przemiana ruszyła już z kopyta. Czuł jak traci panowanie, jak twarz pokrywa się futrem, jak ból opanowuje całe jego ciało. Czuł chłód, jakby ktoś próbował go zamrozić, ale furia wibrowała w każdym centymetrze jego ciała. Słyszał Tonks, widział gdzieś odlatujący zielony kapelusz. A potem obok niego przeleciało, warcząc, rozpędzone cielsko czarnej pantery.
Cassandra zapiszczała entuzjastycznie, gdy biegnąc za Potterem dotarła do dziwnego korytarza na siódmym piętrze, akurat w momencie gdy w ścianie pojawiły się drzwi. Reszta obecnych w korytarzu zdawała się nie zwracać na nią uwagi. Widziała jak Draco z McGonagall wchodzą do środka, słyszała ryk, znajomy ryk, który wrył się w jej pamięć dzień wcześniej. Z drugiej strony korytarza, nadbiegając z naprzeciwka, wyłonili się inni ludzie... A może jej się zdawało, że to ludzie... Może za szybko biegła i miała majaki, a może ktoś zrobił jej głupi dowcip i podał cukierki Weasley'ów. Nad głową przeleciała jej sowa, ominął ją rdzawy dzik, a jakieś przezroczyste zwierzaki rozbiegły się w 4 strony świata, w dodatku wszyscy bez zastanowienia wskoczyli za dziwne drzwi, które zdawały się zamykać. Zebrani rzucili się na dwa wilkołaki. Jeden był nadal Theodorem Nottem w jego ludzkiej formie i leżał na podłodze przygnieciony wielką, ciężką łapą czarnej pantery. Nad nim z różdżką w dłoni stał Draco.
- Stupefy – poleciała drętwota, a potem jeszcze dwa inne czary, o których w życiu nie słyszała. Cassandra wskoczyła do komnaty, zanim ta zamknęła się na dobre. Zdążyła jeszcze bardzo wyraźnie dostrzec jak Draco kopie w brzuch Theodora, zanim jej uwagi nie przykuł drugi wilkołak, ten jednakże w pełnej krasie swojego futra. Potwór ryknął donośnie, paraliżując strachem Cassandrę na dobre.
- Remus, to ja – powiedziała Kocica... o zielonych włosach, była dużo niższa od McGonagall, ale wciąż miała na sobie jej ciuchy, choć spódnica była wyraźnie za długa. Jej twarz zaczynała się rozmywać. Sowa krążyła nad głową futrzastej bestii, dzik zachodził ją od boku, podobnie dwa koty, ten duży czarny i drugi biały, który nie wiadomo skąd się wziął. Zza jej pleców nagle wyłonił się Zabini i zakrył jej usta dłonią.
- Nawet nie oddychaj – szepnął i narzucił na nich jakąś srebrzystą płachtę. Zanim jednak to zrobił, cisnął jakimś czarem, który otoczył wilkołaka błyszczącą mgiełką.
- Remus, słyszysz mnie? To ja. Jesteś bezpieczny. Już dobrze. – Dziewczyna wystawiła rękę w kierunku bestii, a ta zawarczała kolejny raz, ale nie zaatakowała. Przysiadła na łapach i spojrzała niemal rozumnym spojrzeniem na tą zielonowłosą dziewczynę. Dziewczyna podeszła jeszcze krok i położyła dłoń na szyi wilkołaka. Ten przymknął oczy i powoli zaczął się zmieniać na powrót w profesora Lupina. Zabini odetchnął z ulgą i poluzował uścisk wokół ramion Cassandry. Ta dopiero teraz musnęła fakturę srebrzystej płachty pod którą byli ukryci. Miała wrażenie jakby dotykała płynącej wody i chciała wiedzieć co to takiego. Wiedziała jednak z całą pewnością, że to nie był czas na wychodzenie z ukrycia, bo choć poczuła się trochę pewniej, to w samym środku walki o przetrwanie nie należało zadawać wielu pytań. Nie wie gdzie się podziały zwierzęta, które widziała chwilę temu. Nauczyciel OPCM leżał zwinięty w kłębek u stóp tej dziwnej dziewczyny, której włosy były teraz kompletnie niebieskie. W pomieszczeniu zaś wybuchła kolejna afera, kiedy Harry rzucił się na splątanego czarami Notta.
- Zabiję cię gnoju! Zabiję cię skurwysynie. Będziesz mógł powiedzieć swojemu ojcu gwałcicielowi, że dopadł cię wychowanek tego, który go zabił!
- Harry – Draco próbował go zatrzymać, złapać za rękę z różdżką, ale Harry nie potrzebował różdżki. Podniósł wciąż unieruchomionego Notta do siadu i trzasnął go z pięści w nos, a potem kolejny raz i kolejny. Usiadł na nim okrakiem, a jego dłonie wylądowały na szyi arystokraty.
- Wiesz co się stało z twoim starym? – wysyczał Harry w jego ucho. – Zdechł z opuszczonymi spodniami, jak tania dziwka. A wszystko dlatego, że nie dostał czego chciał! Że próbował to zabrać siłą. Ty też pragniesz Malfoya, co!? Jak twój stary, opętany czarem wili, dlatego podałeś mu Amortencję latem. Ale nas się nie da zepsuć, mnie i Malfoya. Jesteśmy sobie przeznaczeni. A ty nie zobaczysz zakończenia tej historii. – To powiedziawszy Harry sięgnął do twarzy bruneta, jego dłoń zaczęła transformować, a z palców wyrastać długie pazury.
Cassandra pisnęła, porzucona w kącie, gdy Zabini wyskoczył jak oparzony z ukrycia i cisnął kolejnym czarem, tym razem w Pottera. Stanął na środku komnaty, jako pierwszy rozumiejąc co się dzieje. Harry obrócił się wściekły i spojrzał na jego różdżkę.
- Jak śmiesz? – wysyczał Potter w odpowiedzi.
- To nie jest człowiek którego chcesz zabić! – odkrzyknął Zabini.
- Co ty wiesz? – Harry wstał z kolan i ruszył na środek pomieszczenia z różdżką skierowaną w ślizgona. W tym momencie w Pottera poleciał czar od „panny perfekcyjny prefekt". Ale wydawał się tylko rozwścieczyć go bardziej. Potem pomknęły kolejne zaklęcia od Wesleya i następne od tej niebieskowłosej i profesora. Harry zdawał się nie obrywać żadną magią, wokół niego zaczynały tańczyć płomienie, z jego dłoni wystrzeliwały iskry, a podłoga zaczynała płonąć.
Cassandra nabierała powoli przekonania, że zeszłoroczny wypadek w ambulatorium nie miał nic wspólnego z dyrektorem. Nie potrafiła jednak wymyślić czemu starzec miałby wziąć na siebie winę Harry'ego za tamte wydarzenia... Nawet gdyby jej mózg był zdolny do takich przemyśleń, w tej chwili mogła jedynie patrzeć jak zahipnotyzowana w rodzące się płomienie.
- Kocie, spójrz na mnie. – Draco stał za jego plecami, otoczony jakimś półprzezroczystym polem. Potter warknął, wciąż wściekły, ale odwrócił się. – Zatrzymaj się, kochany.
Brunet patrzył przez chwilę wściekły w oczy blondyna, podchodząc powoli. Malfoy się jednak nie cofnął. Gdy płomienie dotknęły kuli otaczającej Draco, ogień zasyczał i zmienił barwę, a na posadzce pojawiła się woda. Zabini chwycił Hermionę za rękę, bo tak chyba miała na imię ta gryfonka. Wesley i ta zielonowłosa stali z różdżkami nadal skierowanymi w Pottera, a profesor w obszarpanych resztkach ubrań, klęcząc, czarował coś nad nieprzytomnym Nottem.
Harry zrobił kolejny krok i płomienie znów się skurczyły. Draco wyciągnął rękę w stronę chłopaka, ale zatrzymał ją kilka centymetrów przed jego twarzą, jakby wciąż obawiał się płomieni. Wtedy Harry przestał płonąć i wtulił się w Malfoya, który pocałował go jakby był strasznie głodny i chciał mu odgryźć pół twarzy. Cassandra uważała, że to obrzydliwe, ale najwyraźniej było jakimś istotnym elementem, całego zajścia, bo Zabini pocałował swoją dziewczynę w policzek... Slytherin z Gryffindorem?! Nawet jej nie mieściło się to w głowie.
W tym momencie w kamiennej ścianie pojawiły się drzwi i stanęła w nich... prawdziwa Minerwa McGonagall.
