111. Rozdział, w którym się okazuje, że posiadanie wszystkiego co konieczne, nie wystarcza.

- Czy może mi ktoś wyjaśnić, co tu się na Merlina dzieje?! – warknęła Minerwa.

- Pani profesor – zaczęła Hermiona.

- To ja wysłałem patronusa. – Zabini stanął między McGonagall a Granger. Nauczycielka tylko uniosła rękę w górę.

- Tym razem chciałabym usłyszeć wyjaśnienie od kogoś dorosłego.

- To może być problem w tej szkole – sarknął Harry. Kobieta zmierzyła go wzrokiem jakby chciała zabić, ale Harry doskonale wiedział, że nauczycielka jest w Zakonie, więc musi być skłonna zaczekać z tym zabijaniem, aż Voldemort ich wyręczy.

- Dwadzieścia punktów...

- To nie będzie konieczne, Minerwo. – Doleciał ich od progu znajomy, rozbawiony głos Dumbledore'a. Czarownica odwróciła się w jego kierunku, nie wyglądała na zadowoloną.
Niebieskie oczy zlustrowały pomieszczenie i zatrzymały się w kącie, w którym nic nie było. Starzec uśmiechnął się i ponaglił dłonią. Wtedy dopiero usłyszeli sapniecie niezadowolenia i peleryna Pottera opadła na ziemię, odkrywając młodą ślizgonkę.

- Cass – syknął Potter – przecież kazałem ci... – Tym razem to Dumbledore uniósł dłoń i podszedł do dziewczynki. Podniósł pelerynę z ziemi i zwrócił się do dziecka.

- Jesteś bardzo ciekawską młodą damą, panno Avery. – Dziewczynka zacisnęła szczęki i spojrzała na dyrektora.

- Dziękuję. Chyba.

- Jeśli chwilę zaczekasz, zapraszam na ciasto, musisz mi opowiedzieć jak ich wszystkich przechytrzyłaś. – Starzec mrugnął i uśmiechnął się do niej, po czym zwrócił się w kierunku reszty towarzystwa. Harry obserwował go uważnie, nie spuszczając peleryny z oczu.

- Remusie, jak się masz? – padło pytanie. Harry stał na tyle blisko, by dosłyszeć szept, który nie chciał się formować w nic innego niż proste "spierdalaj". Stary spojrzał z wyrzutem na Tonks i tym razem to Draco poczuł się fatalnie, obawiając się że wpędził kuzynkę w kłopoty.
W powietrzu można było powiesić topór i czekać komu odrąbie nogę.

- A chuj z wami! – rzucił nagle Ron i ruszył w stronę wyjścia. – Mam dość. W imię czego? Moi bracia mieli rację, że zwiali z tego burdelu! Mówiłem, dwa wilkołaki, że to się skończy fatalnie, ale nie! Co głupi Ron może wiedzieć! Niech zje dropsa!

- Panie Weasley! – przerwała mu McGonagall.

- Dwadzieścia punktów od Gryffindoru za przeklinanie! Niech będzie! – wrzasnął w odpowiedzi Ron. – W dupie to mam! Może jeszcze 50 od Slytherinu za napaść na nauczyciela? – Weasley wskazał palcem Notta. – I drugie tyle za podpalenie zamku? – Tym razem jego dłoń powędrowała w stronę Pottera. – A może 60 od Gryffindoru za umieranie w lochach Salazara?! – Teraz różdżka Rona była skierowana precyzyjnie w Dumbledore'a. – To twoja wina! Ty pozwoliłeś jej umrzeć tam samotnie! Tak jak teraz zostawiasz Neville'a, żeby całkiem skamieniał. Bez Snape'a Sprout gówno zrobi, a nie eliksir z mandragory! A Harry może przecież okiełznać tego bazyliszka!

- Nie ma żadnego bazyliszka, idioto! – cisnął Harry.

- I nie ma też lekarstwa dla Neville'a, co?!

- Ale przecież musi być, skoro to eliksir go tak załatwił – wtrąciła Cassandra.

- Co? – Ron rozdziawił usta.

- No właśnie to kazałem jej zrobić, iść powiedzieć pani Pomfrey co podała Neville'owi Arkana – wtrącił Potter.

- I myślałeś, że parę punktów dla domu sprawi, że zapomnę o zagadce znikającego Snape'a? – Tupnęła nogą dziewczynka.

- Znikającego co? Snape nie zniknął, leży...

- Chyba wiem w czym jest problem – powiedziała Tonks, szczerząc się jakby wygrała na loterii. Albus najwyraźniej rozbawiony, kazał jej kontynuować, więc po chwili wszyscy ujrzeli transformację tej różowo-włosej dziewczyny w Mistrza Eliksirów. Horror na twarzy Minerwy McGonagall rósł z każdą sekundą, gdy patrzyła w skwaszone oblicze Severusa Snape'a w obcisłej, zielonej sukience w szkocką kratę. I wtedy Draco zaczął się histerycznie śmiać. Harry dołączył do niego chwilę potem. Cassandra nie wiedziała czy się śmiać czy uciekać, bo McGonagall wyglądała jak Harry na chwilę przed tym nim zapłonął. Była wcieleniem czystej furii i tylko dobre wychowanie powstrzymywało ją przed wybuchem. W końcu wiedźma obróciła się na pięcie i wyszła z Pokoju Życzeń, trzaskając kamiennymi drzwiami ostentacyjnie. Wtedy nawet Dumbledore parsknął i reszta towarzystwa dołączyła do niego. Cała sytuacja uległa rozluźnieniu i Cassandra nabrała przekonania, że teraz to już tylko ciasteczka i gorąca czekolada czekają na nich w dormitorium.
A jednak Ron nie schował różdżki. Nie zrobił tego też Harry, choć Cassandra wiedziała, że temu ostatniemu różdżka nie była do niczego potrzebna, Potter był jakimś mutantem. Albus tak szybko jak eksplodował rozbawieniem, tak szybko się z niego otrząsnął. Spojrzał na zebranych bardzo poważnie.

- Zachowaliście się bardzo nieodpowiedzialnie dzisiaj. – Wskazał zniszczenia w sali i poturbowanego Notta. Harry już chciał coś powiedzieć, gdy dyrektor mu przerwał. – A jednak wierzę, że stanowicie bardzo zgrany zespół, który poradzi sobie, jak mnie już zabraknie.
Harry chciał powiedzieć, żeby zdechł już dziś, ale nie był w stanie. Większość twarzy wokół wydawała się promieniować dumą po komplemencie tego starego lisa... Z wyjątkiem, oczywiście, Draco... I Lupina. Wilkołak wydawał się smutny. Czyżby znał prawdę o stanie zdrowia dyrektora? Wcale by go to nie zdziwiło, te magiczne bestie miały przecież lepszy węch nawet od kotów, a dyrektor śmierdział trupem na kilometr.

- Co robimy z tym bydlakiem? – spytał Harry.

- Jeśli o mnie chodzi, możemy go tu zostawić aż zdechnie – warknął Ron. Harry przytaknął z entuzjazmem.

- Dobrze się zatem składa, że to ja jestem dyrektorem tej placówki, a nie wy.

To powiedziawszy Albus Dumbledore obrócił się na pięcie i wyszedł z Pokoju Życzeń.
Cassandrze nie umknęło, że zabrał pelerynę, a zostawił z nimi wilkołaka. Spojrzała na złośliwe uśmiechy na twarzach chłopaków, ich różdżki w dłoniach i przełknęła ślinę. Nagle zapragnęła być stąd bardzo daleko, najlepiej od razu na obiecanym przez dyrektora ciastku. Jakby na jej życzenie drzwi w ścianie się uchyliły, a ona znalazła się twarzą w dziób z kamiennym gargulcem strzegącym wejścia do gabinetu Dumbledore'a.


Albus nakarmił to wścibskie dziecię ciastem cytrynowym, napoił herbatą i usunął wspomnienia dzisiejszego ranka. Nie wszystkie, ale znakomitą ich większość. Resztę zmodyfikował w coś bardzo prawdopodobnego, jak nudne lekcje z Binnsem. Dziewczynka była sprytna i zdawała się lubić Harry'ego, Albusowi trudno było jednak uwierzyć, że w sytuacji podbramkowej nie powie siostrze czy komuś z rodziny o tym co dziś widziała... A widziała zdecydowanie za dużo jak na trzynastolatkę. Gdyby ktoś zajrzał w jej wspomnienia, mogliby stracić kilka atutów, które Albus pragnął nadal zatrzymać w swoich przewiewnych rękawach.

Dumbledore westchnął. Czekał go jeszcze kolejny „podwieczorek", tym razem z drugą panną Avery. Gdzieś w lochach znajdowały się dwa potencjalnie śmiertelne w skutkach eliksiry, i o ile zapędów Malfoya na własne życie Albus się nie obawiał, o tyle te dwie fiolki mogą zostać sprzedane komuś, kto będzie mniej delikatny niż Draco. W dodatku patrząc na objawy paraliżu Longbottoma, mało kto będzie odporny na całą tę chemię w nich zawartą. To mogło załatwić także jego skromną osobę, a Dumbledore nie miał teraz czasu na umieranie. Albus był w tym momencie pewien, że jedyną personą w zamku, która mogłaby to przetrwać bez większych szkód był Snape. Severus już wcześniej miał do czynienia z wywarami ze śliny bazyliszka, zapewne gdzieś testował różne specyfiki, także na sobie, by nauczyć swoje ciało podstawowych odporności.
Severus zawsze testował na sobie swoje wynalazki.

Dumbledore westchnął i odruchowo potarł swoje ramię. Nie przyznałby się do tego żywej duszy, ale brakowało mu tego tłustowłosego skurczybyka. Połowa zajęć dzisiejszego poranka mogłaby być zlecona jemu i drań nawet by się nie zmęczył. Zapewne gdzieś na półce, w jego składziku pełnym oślizgłych składników do eliksirów, stało rozwiązanie problemu Longbottoma, a za czarnymi oczami kryła się tajemnica skrytki, w której młoda Avery mogła ukryć zabójczy specyfik. Który, jakby się zastanowić, mógł być w przeszłości wykonany właśnie przez Mistrza Eliksirów, na zlecenie któregoś ze śmierciożerców.

Albus zaczynał się obawiać, że cały jego misterny plan runie w gruzach. W szkole było kilku niedoszłych morderców, którzy z całą pewnością będą czyhać na jego i tak przereklamowane życie, ale jeśli się dogadają, to jego plany przekazania wszystkich informacji w odpowiednim czasie mogą nie wypalić. Musiał się lepiej przygotować, zabezpieczyć na każdą ewentualność.
W jego kark ział Malfoy i Nott, który przy okazji chciał uśmiercić Severusa, za co wpisał się na listę dożywotnich wrogów Pottera. Młoda Avery obrała sobie za cel Longbottoma. A Weasley, jak tak dalej pójdzie, dołączy do braci, opuszczając szkołę, za co Albusowi oberwie się od Molly.
Dorosłych wolał nie liczyć. Minerwa była urażona i będzie musiał kupić jej coś antycznego i powiązanego ze sportem, by udobruchać jej urażoną dumę. Tonks była wściekła o zamknięcie Lupina, nawet jeśli było to tylko kilka godzin. Jedynie Remus i Severus zdawali się do tej pory podchodzić logicznie do starych urazów... Albus musiał więc zadbać by nie poczynić nowych... A z każdym dniem było to trudniejsze. Gdyby tylko mógł z kimś szczerze porozmawiać, jak dawniej... Spojrzał na Fawkesa i uśmiechnął się smutno.
- Tak, ja też jestem zmęczony... Ale już niedługo.

Ptak zaskrzeczał w odpowiedzi i zatrzepotał płonącymi skrzydłami. Albus poczuł przyjemne ciepło.
Jeszcze tylko kilka tygodni i ten cały koszmar się skończy, chyba że... Jego wzrok padł na srebrzystą fakturę materiału przewieszonego przez oparcie jego dyrektorskiego fotela.


Pozbierała go w końcu z podłogi, ale Lucjusz zachowywał się jak w transie. Pozwolił się poprowadzić do kanapy i posadzić. Wypił podaną herbatę z mlekiem. I nadal siedział wpatrując się w swoje dłonie jak zahipnotyzowany. Zastanawiała się czy nie wezwać szefa, ale w końcu uznała, że widok dziadka sprawi Lucjuszowi tylko kolejną porcję bólu, a jedyny efekt jaki uzyskają, będzie wściekłość, którą obdarzy ich blondyn. Nie miała zielonego pojęcia co jeszcze może zrobić, otoczyła więc przyjaciela ramionami i siedziała wraz z nim. Miała nadzieję, że jej dotyk okaże się wystarczającą kotwicą, by otrząsnął się ze swojego stuporu.

Trwał w tym stanie kilka godzin. Siostra podsuwała mu pod nos ciepłe napoje i jedzenie, przyjmował je bez protestów. Próbowała dwa razy podać mu eliksir uspokajający pod pretekstem kolejnej porcji napoju, ale za każdym razem zwęszył podstęp i odmówił. Spojrzał na nią kilka razy, kiedy wydawało mu się, że go nie obserwuje. Była zmęczona, przestraszona i zagubiona. Pierwszy raz od dawna zdawała się nie wiedzieć co może zrobić, nie używając czarów. Lucjusz pamiętał Severusa w złym stanie w jego życiu, pamiętał siebie. Wiedział, że przetrwa, oboje przetrwają, nie wiedział jedynie czy wspólnie czy osobno. Nie mógłby w żaden sensowny sposób wyjaśnić kochankowi swojej przemiany w śmierdzącego psa, jak zwykli nazywać tych nieszczęśników.

Jak to się stało, że z obrzydliwych zwierząt zmienili się nagle w nieszczęśników? Ach tak, punkt siedzenia.

Miał świadomość, jak bardzo Snape nienawidził wilkołaków, jak paniczny strach w nim wzbudzały, jak bardzo nie poradził sobie z wydarzeniem sprzed lat z udziałem tego obszarpańca z Gryffindoru. Na szczęście słowa Calisto dotarły do racjonalnej części jego mózgu i pojął, że Severus musi być żywy, inaczej połowa rzeczy w domu zmieniłaby wygląd, a pracownia stałaby otworem. Dumbledore lub Riddle musieli jednak zrobić coś, co blokowało symbol stada, a to podobało się Lucjuszowi najmniej. Wbrew swojej sympatii do bruneta musiał z przykrością stwierdzić, że dla wszystkich byłoby lepiej gdyby była to robota jaszczura, a nie tego starego tetryka, bo o ile tortury z ręki Voldemorta skończyć by się mogły śmiercią Severusa, to w szerokim planie spowodowałoby to mniejsze szkody niż możliwość dotarcia przez starucha do dziadka i całej organizacji.

Lucjusz potrzebował zdobyć podstawowe informacje i wysłać wiadomość, której nikt nie przechwyci. Przez chwilę wahał się pomiędzy wysłaniem sennego posłańca do Pottera(ale wątpił czy ten dzieciak będzie w stanie zrozumieć wiadomość), a bezczelnym posłaniem sowy do zamku. Choć jeśli wszystko jest robotą Dumbledore'a ptak może zostać przechwycony, a wiadomość nigdy nie dotrze do gówniarza. Musiał pomyśleć w spokoju, bez czujnych oczu wpatrujących się w niego i troskliwych ramion oblepiających go niczym sieć rybacka. Czuł się w potrzasku i potrzebował uciec. Skłamał więc siostrze, że musi się przespać. Brunetka z wyraźną ulgą kiwnęła głową. Spytała jeszcze czy Lucjusz czegoś nie potrzebuje, co Malfoy zbył kręceniem głową i ruszył do sypialni, pilnując się po drodze by nie iść za szybko i nie wzbudzić podejrzeń.

Nie zamierzał spać, miał zadanie do wykonania i żadna nadchodząca klątwa, nadopiekuńcza kobieta czy durne emocje nie powstrzymają go dłużej.


Powietrze było gęste od oparów fabryki, smog unosił się nad rzeką i zatrzymywał gdzieś na granicach miasteczka, jakby Zaraza – jeden z jeźdźców Apokalipsy upodobał sobie jego rodzinną miejscowość. Miał wrażenie jakby cofnął się w czasie. A może właśnie tak było? Dym z manufaktury gęstniał nad kominami prawie jak w czasach... Potrząsnął głową, nakrył się kapturem czarnego płaszcza i ruszył przed siebie.

- Lily, nie rób tego! Mamusia powiedziała, ci, żebyś tak nie robiła!

Severus stanął jak wryty. Te dwie dziewczynki i chudy chłopiec. Matko, naprawdę był tak chudy? Wyglądał jakby miał przyczepiony do pleców napis „kopnij mnie". Nic dziwnego, że czystokrwiści pomiatali nim jak zarazą.
Spoglądał jeszcze przez chwilę na dzieci z dziwnym uczuciem w trzewiach, zanim nie skierował swoich kroków na Spinners End. Jeśli to sen, to nerwy po ujrzeniu kochanego tatusia powinny nim wstrząsnąć na tyle, że ocknie się w swoim łóżku. Jeżeli zaś jakimś cudem przeniósł się w czasie, cóż... Zabije tego bydlaka i oszczędzi sobie kilku kolejnych lat męczarni.
Szedł przez te ponure podwórka i miał wrażenie, że do pełni zblazowanego obrazka brakuje mu tylko papierosa w zębach. Skrzywił się odruchowo. Smród tytoniu brzydził go odkąd pamiętał, a po pierwszych przemianach, gdy jego węch jeszcze się wyostrzył, nie mógł go znieść. Uczniowie palący po kątach byli zawsze zdziwieni, skąd wiedział, jakby mógł zwęszyć dym z korytarza piętro niżej. Hmmm. Właściwie to mógł. Biedni, nieświadomi gówniarze.
Pogrążony w rozmyślaniach dotarł pod płot własnego domostwa. Wyglądało kiepsko, tak jak to zapamiętał z tamtych czasów, a może widywał na zdjęciach? Szary płot, szare mury, okna lśniące czystością, jakby myte przez matkę miały zatuszować obrzydliwy wygląd reszty obejścia. Severus dopiero kilka lat po śmierci Tobiasza zdecydował się na remont tej rudery. Na wszelki wypadek, potrzebował oficjalnego adresu dla kolegów z kadry pedagogicznej, śmierciożerców i do korespondencji z redakcją „Warzyciela".
Nagle drzwi domu stanęły otworem i przeszła przez nie jego matka. Severus przełknął ślinę, próbując powstrzymać łzy. Kobieta zamknęła je za sobą i ruszyła do ogrodu. Zbierała jakieś zioła, najwyraźniej go nie widząc. Zastanawiał się czy jest transparenty, czy w ogóle istnieje w tym świecie. A jednak furtkę musiał otworzyć własnoręcznie. Może więc da się jej dotknąć, poprawić jej włosy. Dostrzegał kilka siwych pasm. Zdecydowanie za wcześnie w tym wieku, zwłaszcza dla czarodzieja.

I wtedy zjawił się on. Zawiany, śmierdzący, z papierosem w zębach.

Czy to dlatego Severus nie znosił aż tak zapachu tytoniu?

Popchnął ją, upadła na ziemię, a potem pociągnął za bluzkę do wnętrza domu. Severusowi zrobiło się słabo… czy kiedy on zaprzyjaźniał się z Lily…? Wziął głęboki wdech i wszedł do tej rudery, nazywanej kiedyś domem i znalazł się w innym wspomnieniu. W kącie mały, czarnowłosy chłopiec w brudnych ubraniach płakał przestraszony. Mężczyzna z długim haczykowatym nosem wrzeszczał na skuloną kobietę o kruczo-czarnych włosach. Nawet teraz Severus trzymał dłoń na swojej różdżce, chcąc przekląć bydlaka. Dlaczego matka nigdy nie zaatakowała by się obronić, czemu nie użyła klątwy w odwecie?

Wymierzył swoją różdżkę w mężczyznę, ale choć próbował cisnąć Avadą nic się nie wydarzyło. Żadnego zielonego promienia, żadnego trupa, tylko krzyk matki odbijający się od ścian i przerażający zapach krwi skapującej z jej rozciętych warg na podłogę.

O siebie z przed lat się nie bał, wiedział że przetrwa, że wyjdzie z tego. Pokryty bliznami, otoczony barierami, ale wyjdzie. Niemożność połamania rąk temu bydlakowi, którego prawo zwie ojcem, sprawiła, że było mu niedobrze. Chciał stąd uciec, ale drzwi domu nie dały się otworzyć i ku swojemu przerażeniu odkrył, że utknął w kuchni, przywiązany do wspomnienia, które dawno temu zamknął...
Jak to było? Tłumaczył to kiedyś Harry'emu.
Najpierw jest mur, a za nim kolejny. Za trzecim murem jest ściana wody. Naprawdę paskudna. Potem jest dźwięk. Pisk. Dalej jest mrok. Ciemność tak głęboka, że zapominasz jak się tam znalazłeś. A on jest za ścianą ognia, w pokoju w którym nie ma tlenu. W małej, metalowej skrzyni na podłodze zrobionej z wirujących ostrzy.

Severusowi brakowało powietrza. Znajdował się w samym środku tej metalowej skrzyni i miał pewność, że nie da się stąd wyjść, jeśli ktoś nie podniesie jej wieka. Sam zaprojektował tę pułapkę, by ten pomiot, nieopatrznie nazywany ojcem, nigdy nie wydostał się na powierzchnię.


Albus cisnął z wściekłością Kamieniem o ścianę. Brakowało mu jednej ręki. Zdrowej ręki. Pierwszy raz od zarania dziejów ktoś miał w posiadaniu wszystkie trzy insygnia. Peleryna na plecach, Różdżka w dłoni, Kamień w kieszeni… i nie chciały zadziałać. Kamień trzymany w dłoni pokazywał mu obrazy, wpuszczał duchy, sprawiał, że otaczały go zjawy osób za które był odpowiedzialny. Ariana, James, Syriusz, Marta, Ginny, Yaxley… twarze przewijały się przed jego oczami i nie mógł zatrzymać ich pochodu. Patrząc się na widziadła nie wiedział już których zabił osobiście, a którzy wzbudzali w nim poczucie winy, ale miał pewność, że potrzebuje w drugiej ręce mieć różdżkę, by jednocześnie używać wszystkich insygniów.

Świat nie był łaskawy dla niepełnosprawnych, jednorękich, umierających czarodziei. Wszystko rozbijało się o zupełnie bezsensowny dylemat. Mógł mieć albo wielką moc albo kontakt z drugą stroną. A jednak nie potrafił ani uratować siebie, ani sprowadzić siostry. Natomiast jeśli chodziło o kontakt z zaświatami, cóż, sam niedługo się przekona jak to jest z pierwszej ręki. Jedynej ręki. Spojrzał na uschnięty kikut przytwierdzony do jego ciała. Już nawet przestał boleć. Ciekawe czy po tamtej stronie będę miał obie ręce?

Zdjął z pleców pelerynę. Nie miała znaczenia. Nie dla niego. Ukrywanie się przed śmiercią w jego wieku i stanie byłoby masochizmem.

Westchnął zmęczony i ze srebrzystym artefaktem w ręku powędrował w kierunku kominka. Jak bardzo zdawało się to dla niego niewygodne w pewnych okolicznościach, znikający Harry Potter, to chłopiec który przeżyje wystarczająco długo, by stanąć do walki z Tomem, pewnego dnia może ocalić czarodziejski świat. I na ten moment Albusa najmniej obchodziło ile ciastek z kuchni wykradnie do tego czasu, ukryty pod peleryną Jamesa Pottera.