112. Rozdział, w którym Albusowi wydaje się, że odzyskał kontrolę.
- Panie Nott – zaczął Albus poważnie. Dzieciak siedział przed nim na krześle, a mowa jego ciała krzyczała wyraźnie, że brunet nie czuje się komfortowo. Nie można się było specjalnie temu dziwić. Na całym ciele miał jeszcze siniaki i rany po pazurach Pottera, które goiły się bardzo powoli, mimo krwi bestii w jego żyłach. Może jednak nie był to najlepszy pomysł, żeby zostawiać tego chłopca w rękach innych, niezadowolonych nastolatków. Nawet na kilka minut.
- Pan Nott to był mój ojciec – wymamrotał Theodor, jego warga wciąż była spuchnięta.
- Nie oczekuje pan chyba, że będę się do pana zwracał jak skrzaty, per paniczu? – Dumbledore spojrzał na niego z uśmiechem, który jednak nie sięgał oczu. Theo, ugryzł się w język, żeby jeszcze czegoś nie dodać, a miał ochotę odgryźć coś temu staremu śmierdzielowi, albo sobie nos.
Nie był pewny co właściwie się dzieje. Od przemiany bodźce atakowały go z każdej strony. Słuch się wyostrzył i pewnie za jakiś czas, gdy nauczy się nad tym panować, może się to okazać całkiem sensowną umiejętnością. Wzrok nie poprawił się z ostrością, ale miał wrażenie, że dostrzega rzeczy na granicy pola widzenia, które jednak umykały, gdy zwrócił w ich kierunku głowę. Smaku jeszcze nie testował, pomijając mięso, które zjawiło się w tym dziwnym pokoju na siódmym piętrze. Ono było smaczne. Krwiste. Zachwyt surowizną musiał być ściśle powiązany z przemianą, bo jak niczego w życiu był pewny, jeszcze do zeszłego tygodnia nie ruszyłby nawet średnio wypieczonego steku.
Co natomiast przytłaczało go ponad możliwość skupienia uwagi, to zmysł węchu. Zapachy atakowały go z różnych zakamarków, z odległych korytarzy, z ziemi, powietrza i od każdego mijanego ucznia. Czuł wszystko, jakby nagle otworzyły się nad nim wielkie drzwi i pierwszy raz zobaczył niebo. Nie potrafił nazwać poszczególnych odcieni zapachu, były słodkie, kwaśne, kwiatowe, mury pachniały starością i wilgocią, parter śmierdział jedzeniem, Hufflepuff aż lepił się od zapachu czekolady i masła. Węże też śmierdziały. Jeszcze nie wie co to było, ale się dowie...
Spojrzał teraz na tego starucha i skrzywił się. Miał nadzieję, że "pogadanka" którą stary lis dla niego szykował da mu chwilę wytchnienia od tej kakofonii smrodu. Ale nie. W gabinecie dawało eliksirami, chemią, kurzem i czymś co kojarzyło się Theodorowi z pogrzebami. Może tak śmierdziało w mauzoleum babci? Nie był pewien. Dawno nie był na żadnym pogrzebie... Jeśli nie liczyć ojca... Ale tam pachniało liliami, jak chciała matka.
- Panie Nott?
- Tak? – odparł rozkojarzony.
- Zaoferowałem panu pewną umowę.
- Może pan powtórzyć dyrektorze? Obawiam się, że jeszcze nie czuję się najlepiej po...
- Rozumiem – skinął głową starzec. – Remusie, wyjaśnij proszę temu chłopcu, tak żeby zrozumiał.
Theodor przełknął ślinę, zupełnie zapomniał o drugiej osobie w pomieszczeniu, jakby zapach drugiego wilkołaka mu nie przeszkadzał. Jakby był czymś zwyczajnym.
Mężczyzna zmierzył go niechętnym wzrokiem i skrzywił się pod nosem, ale po chwili przemówił.
- Co pamiętasz z wczorajszego dnia?
Theodor wzruszył ramionami.
- Pamiętam, że jadłem bułeczki z malinami na śniadanie – odparł chłopak. Dyrektor westchnął zniecierpliwiony.
- Z wieczora, panie Nott.
- Kolację, siedziałem z Pansy i Crabbem, zastanawialiśmy się nad sensem zajęć u Trelawney…
- A potem?
- A potem zrobiło się potwornie gorąco. Vincent z Pansy gdzieś poszli, chyba do biblioteki, choć może mi się przyśniło. Crabb przecież nie potrafi czytać ze zrozumieniem. Nie marnowałby czasu na książki. – Widząc zniecierpliwioną minę Dumbledore'a Theo zrezygnował z prób zmęczenia przeciwnika. – Nie pamiętam co dalej. Czułem się źle, ale wiedziałem że nikt mi nie pomoże. Malfoy się o to postarał po wakacjach... Postanowiłem poczekać aż mi minie, aż ten ból w skroniach się skończy... I będę mógł iść do siebie i się nie porzygać.
- Nie przypuszczałeś, że to objaw pełni? – spytał zdziwiony Remus. Nott wzruszył ramionami w odpowiedzi.
- Może. Jakie to ma znaczenie?
- Takie, że mogłeś skrzywdzić kogoś na sali. Czy takie było twoje zadanie? Zabić uczniów? – spytał Lupin.
- Co? – zamrugał zdziwiony brunet.
- Czy zaplanowałeś to z Czarnym Panem? – spytał dyrektor z groźbą w głosie.
- Gdybym to zaplanował, zmieniłbym się w gabinecie tej żmii, a nie w Wielkiej Sali! – warknął młody wilkołak. Remus musiał przyznać, że nie brakowało mu odwagi, żeby mimo swojej pozycji, wciąż pyskować dyrektorowi.
- Co planuje Czarny Pan? – spytał Dumbledore, patrząc chłopcu w oczy.
- A myślisz, że by mi powiedział? Niewiernemu?
- Dlaczego... – zaczął Lupin, ale Albus go uciszył gestem ręki i sam zadał pytanie.
- Dlaczego ci to zrobił?
- To Greyback...
- Dlaczego?
- Bo jestem zbędny – wyszeptał dzieciak i spuścił wzrok. Dyrektor odsunął się od niego na moment, jakby rozważał dostępne opcje.
- Rozumiem, że nie masz potrzeby być użytecznym. Rozumiem też, że utknąłeś tu z nami lub... – Albus zawiesił głos – wracasz do domu, gdzie twoje szanse przeżycia nie wyglądają różowo. Chciałbym, drogi chłopcze żebyś się zastanowił. Możesz nadal zachowywać się jakbyś był panem lochów, tłuc czarami na oślep i wykorzystywać swój intelekt do drobnej zemsty. – Albus doskonale wiedział, że dzieciaka aż korci, żeby coś dodać, ale nie pozwolił mu. – Pamiętaj jednak, że w tym zamku nie ma miejsca na przemoc wobec nauczycieli, czy uczniów. To nie pierwszy raz kiedy jest pan na granicy opuszczenia tych murów i niech mi pan wierzy, wszystkim żyło by się łatwiej, gdybym po prostu Pana odesłał do matki. – Albus był świadomy warknięcia Lupina gdzieś w tle jego wypowiedzi, ale to również zignorował.
- Mam dla pana jednorazową propozycję. Przysięgnie pan tu i teraz, że nie zasadzi się na życie żadnego ucznia, ani głowy Slytherinu... – Albus widział wściekłość w oczach bruneta i chęć buntu. O tak, zemsta ogrzewała krew tego dziecka – …póki będzie pan w mojej szkole. – Nagłe zrozumienie furtki dla swoich planów błysnęło w oczach chłopaka i ten przytaknął powoli głową. – Ponadto... Będzie pan pod opieką profesora Lupina, który ma wieloletnie doświadczenie w godzeniu bycia uczniem tej szkoły i ukrywania swej natury. Będzie Pana uczył jak sobie radzić z efektami ubocznymi pańskiego stanu. – Na to Theodor mógł się zgodzić, rozmawiał już o tym przecież z Lupinem w Pokoju Życzeń. – I będzie Pan pił eliksir tojadowy, dla bezpieczeństwa swojego i innych. – Theodor przygryzł wargę. Nie zamierzał pić niczego, co wyszło z kotła tego oślizgłego gita... A właśnie, gdzie w tym wszystkim jest Snape, kiedy ważą się losy jego podopiecznego?
- Czy to jasne? – spytał Dumbledore. Nott spojrzał na profesora OPCM, ten kiwnął głową nieznacznie. Czy oni naprawdę myśleli, że im ufa? Że zgodzi się tylko dlatego... Ale czy miał inne wyjście? Będąc w domu będą musieli się przeprowadzić. Wynieść do czegoś mniejszego, skoro Ministerstwo zablokowało część środków z majątku ojca... Ale przede wszystkim nie będzie wiedział gdzie jest Snape. A jak inaczej zdobyć informacje o wrogu, nie mając do niego dostępu? Nie. Siedzenie w tej durnej szkole było najlepszym wyjściem.
- Niech będzie – powiedział w końcu.
- Remusie...
- Chcesz bym świadkował – stwierdził bardziej, niż zapytał Lupin. Albus pokręcił głową.
- Obawiam się, że ty lepiej wyegzekwujesz przysięgę na panu Nott'cie. – Dyrektor spojrzał wymownie na nauczyciela, jakby ten miał coś z tego zrozumieć. Najwyraźniej coś tam ustalili wcześniej, bo ten, choć wyraźnie niezadowolony, zgodził się w końcu, patrząc ze smutkiem na dziada. – Zatem to ja będę świadkiem.
Nottowi zawirowało przed oczami. Pełne zrozumienie czego się od niego oczekuje dopiero wsiąkło w gąbkę jaką był jego mózg. Miał ochotę zemdleć. Czy ten stary lis właśnie wmanewrował go w przysięgę wieczystą? Dawał mu w prawdzie furtki, ale niewiele... Cóż, nie nazywałby się Nott, gdyby nie potrafił kombinować... A jak coś pójdzie nie tak? Jego futrzaste życie i tak nie miało już wartości.
- Czy ma pan jakieś pytania zanim zaczniemy?
- Czy... Czy jest coś co mógłby pan zrobić by zabezpieczyć moją matkę, gdybym... – Dzieciak spuścił wzrok.
- To kwestia równowagi, panie Nott. Jeśli zdecydowałby się pan, by poza oczywiście byciem uprzejmym uczniem, który nie krzywdzi innych, być także użytecznym dla czarodziejskiego świata, to zakładam, że ten sam czarodziejski świat odwdzięczyłby się panu tym samym.
Theodor przygryzł wargę kolejny raz tego dnia. Miał wiele do przemyślenia. A jednak należało sfinalizować pierwszy układ, zanim porwie się na kolejny... Lub zanim ten starzec dopisze kolejne paragrafy do pierwotnej umowy.
- No dobra, to lećmy z tą przysięgą – powiedział Theodor i obrócił się w stronę starszego wilkołaka, wyciągając przed siebie dłoń.
- Verto – powiedział i poczuł zawód widząc, że nic się nie dzieje. Lusterko było ciemne. Lucjusz zdawał sobie sprawę, że Harry nie nosi go przy sobie, nie miał żadnego powodu by to robić. Wiedział, że Lucjusz jest na misji. Zresztą nawet gdyby było inaczej, jaką motywację miałby Potter, żeby prowadzić z nim pogaduszki? A jeśli on i Draco byli więzieni gdzieś przez Dumbledore'a? Staruch wiedział, że łączy ich więź, mógł... Lucjuszowi zrobiło się zimno. Jego mózg nie był w stanie nawet sformułować myśli w jakiś nazywalny kształt.
Pomysł, że coś mogłoby się stać Snape'owi był paraliżujący, odbierający oddech... Ale był możliwy. Widział mężczyznę wielokrotnie na granicy życia i gdzieś w jego umyśle istniał koncept, że pewnego dnia będzie się musiał obudzić w świecie, w którym nie ma bruneta.
W odniesieniu do Harry'ego... sprawa była trudna. Dzieciak niby miał zginąć z ręki Riddle'a, ale dziadek mówił też o kolejnych jego zadaniach, na później. Więc sprawa Voldemorta wydawała się mało definitywna. Jakby był to tylko krok na schodach wiodących na jakąś górę. Lucjusz wiedział, że musi go chronić, dla Draco...
Jeśli zaś chodziło o Draco...
Sama perspektywa jego cierpienia była nie do przyjęcia przez mózg Lucjusza... A świat w którym nie byłoby jego syna... to nie był świat, w którym Lucjusz chciałby spędzić choćby minutę. Tego był pewny.
Przymknął powieki. I otarł łzy z twarzy. Nie wie kiedy zaczął płakać. Miał wrażenie, że emocje nie chcą się go trzymać, iż upierały się, kolejny raz, że wyjdą na wierzch, wszystkie, kiedy miały na to ochotę i on nie miał w tej sprawie nic do powiedzenia. Lucjusz wciąż miał poczucie, że powinien ich pilnować, trzymać na uwięzi, kontrolować. Miał być przecież maszyną do zabijania, pozbawionym emocji magicznym stworzeniem... A jednak czuł. I to więcej niż był w stanie zrozumieć: strach, smutek, przerażenie, tęsknotę, miłość, złość, bezradność, zmęczenie. Nie chciał być sam z tymi emocjami. Siostra w pokoju obok jednak nie wystarczała. Potrzebował kogoś kto go zrozumie, kto go akceptował w całości, kto się go nie bał. Kto otaczał go z troską ramionami i kłamał, że wszystko będzie dobrze.
- Harry – szepnął w nadziei, że ktoś po drugiej stronie go usłyszy... Na tym etapie zdawało mu się, że nie miałby nic przeciwko choćby tym zimnym, niebieskim oczom Dumbledore'a. Gdyby tylko udzielił mu jakiś informacji o tym co się stało. Zacisnął dłonie na kawałku lustra i poczuł ból w dłoni. Szkło musiało przebić skórę. Nie miało to jednak znaczenia.
- Harry, proszę, jeśli mnie słyszysz... – Szkło było ciemne. – Daj znać co z Sevem... Nie czujemy go... – Łzy kolejny raz popłynęły po jego policzkach. – Ja już nie mogę...
Lucjusz wypuścił lusterko z dłoni i chwilę potem zwinął się w kłębek w postaci kota. Tak było łatwiej. Mógłby wyłączyć lusterko, ale nie zamierzał. Po prostu poczeka aż ktoś się zbliży do szkiełka. Choćby cień, odbicie światła, okruch dźwięku. Wszystko co da mu nadzieję na kontakt i jakiekolwiek informacje. Lucjusz miauknął cicho, próbując jeszcze raz wezwać kogoś po drugiej stronie. Odpowiedziała mu głucha cisza i ciemność.
Stracił, jak zwykle w tej formie, poczucie czasu wpatrując się w przeklęte czarne szkiełko. Czuł się jak dziecko czekające na Świętego Mikołaja, w nadziei, że usłyszy nadlatujący w nocy zaprzęg. Każdy kolejny oddech oddalał go jednak od prawdopodobieństwa, że się uda, a przybliżał do skąpanej w słońcu polany w krainie Morfeusza.
Ocknął się gdy za oknem widoczna była jedynie ściana wody. Czy to jego bariera umysłowa? – zastanawiał się przez moment. Stuk kropel o parapet dał mu jednak jasną odpowiedź. Nadal był we własnym pałacu pamięci, zamknięty w potrzask ze swoim ojcem barbarzyńcą. W domu na razie było cicho, co znaczyło tylko tyle, że ojciec pewnie leży gdzieś nieprzytomny, odsypiając kaca.
Chwilę później do kuchni weszła matka. Jej twarz nosiła ślady pięści Tobiasza, a krok był nierówny, jakby sprawiał jej ból. Severus przełknął ślinę. Nie chciał nawet myśleć, co to mogło oznaczać. Jak bardzo jeden człowiek może skrzywdzić drugiego, bez zastanowienia się nad konsekwencjami?
Czy to po tych wakacjach się rozchorowała? Czy to właśnie teraz potraktował ją tak fatalnie, że zaczęła wypierać swoją magię? Tłumić ją, a potem chorować? Nie, to chyba następne. Teraz jeszcze było spokojnie. Severus szykował się do szkoły i był bardzo szczęśliwym jedenastolatkiem. Jeśli w ogóle mógł znaleźć dobre wspomnienia, to były tu wraz z nim, na tej polanie którą widział wczoraj… a może było to miesiąc temu? Nie miało to znaczenia. Wciąż pamiętał uścisk gdzieś w żołądku i drżenie kolan, gdy zdecydował się do niej odezwać. Była tak różna od niego. Otwarta, uśmiechnięta, zadowolona z życia, mimo mieszkania w tej samej zapyziałej miejscowości, z której on się wykluł. Dla niego te wspomnienia zawsze kojarzyły się z mrokiem, smrodem i strachem. Jak w takich okolicznościach mógł „wyrosnąć" na optymistę?
Severus spróbował otworzyć drzwi wyjściowe i ku jego zdumieniu klamka dała za wygraną i tym razem wypuściła go na zewnątrz. Stanął znów w ogrodzie i ruszył w kierunku kawałka zieleni, na której wczoraj z nią rozmawiał. Skoro ugrzązł w koszmarze swojego dzieciństwa, mógł chociaż zobaczyć Lily kolejny raz. Miał świadomość, że nie była to jego Lily, jeszcze nie. Ale kiedyś będzie. A teraz mógł, niewidoczny dla nikogo, zobaczyć ją w zupełnie inny sposób. Nie wzrokiem zastraszonego, niepewnego siebie chłopca, który widział w niej ósmy cud świata. Nie tęskniącego kochanka, bo jedenastoletnie wspomnienie nie wzbudzało w nim męskich emocji. A dorosłego, który uczy się czegoś nowego o swojej przeszłości i być może dzięki temu dowie się jak wyjść z tego pogrążonego w fabrycznych oparach miasteczka.
Minęły dwa dni, w czasie których Draco czuł się kompletnie bezradny. Całe zajście w Pokoju Życzeń zostało wpisane w jakiś notes rzeczy, które nie miały miejsca w pałacu pamięci szefa tej szkoły. Jedynie McGonagall zdawała się sarkać niezadowolona za każdym razem, gdy mijała Tonks. Pomfrey ściągnęła odpowiedni specyfik z J. Pippin's Potions i zajęła się Nevillem. Albus napoił młodą Avery jakimś swoim trunkiem, najwyraźniej wymazując jej nieprzyjemne wspomnienia, albo jak Harry podejrzewał, zabierając je do swojej kolekcji fiolek w regałach w gabinecie. Potter twierdził, że jest tego na pęczki u staruszka, co trochę niepokoiło Malfoya. Czy oni zrobili kiedyś coś takiego co zostało im odebrane? Czy jest szansa, że stary kradł wspomnienia? Draco nie miał sił sprawdzać, choć miał przeczucie, że pewnego dnia Harry stłucze kilka, by sprawdzić czy da się je odesłać do właścicieli.
Sam Potter natomiast, mimo wcześniejszych namów Dumbledore'a postanowił opuścić zajęcia póki Snape się nie ocknie. Lupin obadał Mistrza Eliksirów, obwąchał swym wilkołaczym nosem, ale niczego konkretnego się nie dopatrzył. Zarówno Albus jak i Pani Pomfrey twierdzili, że życiu bruneta nic nie zagraża, rany po pazurach się zagoiły, a mimo to Severus nie odzyskał przytomności. Malfoy nie wiedział co zrobić.
Kolejny wieczór spędzał sam, miał już dość kłamstw dyrektora, braku kompetencji nauczycieli, magomedyczki i całego tego bałaganu. Matka nie mogła mu pomóc, ciotka nawet gdyby potrafiła, nigdy nie pomogłaby "temu tłustowłosemu śmieciowi". A Harry? Harry go olał. Siedział w lochach, pilnował Snape'a i wracał do starych nawyków, czyli braku zaufania do każdego napotkanego człowieka. Testował eliksiry i czary leczące, gadał do niego godzinami, a Snape mimo to pozostawał gdzieś między życiem a śmiercią.
Gdyby Malfoy był w stanie zaufać komuś dorosłemu w zamku, sytuacja wyglądała by pewnie inaczej. Ale nie było nikogo w tych murach, ani żadnych innych, kogo mógłby prosić o pomoc czy choćby zapytać o drogę. Draco długo zastanawiał się czy to właściwa ścieżka, bo przecież wiedźma była niebezpieczna. Ale z tego co Draco wywnioskował z dwóch poprzednich spotkań, lubiła Harry'ego i nie chciała dla niego krzywdy. Może Mistrz Eliksirów też jakimś cudem nie jest na czarnej liście tej istoty.
Malfoy rozważał przez pół dnia potencjalne skutki swojego pomysłu. Doszedł do wniosku, że najwyżej Harry się wścieknie, co w zasadzie nie różniło się niczym od tego co było teraz. Od zajścia w Pokoju Życzeń Harry zdawał się obrażony, jakby miał żal, że nie pozwolili mu zabić Notta. Logicznie rzecz ująwszy, wiele by to ułatwiło, nie byłoby zagrożenia czającego się za ich plecami, ani za plecami samego dyrektora. Który najwyraźniej musiał wyczyścić pamięć Theo, tak jak młodej Avery, bo wilkołak, śmierciożerca z wiedzą o animagach i metamorfomagach w szkole... to nawet dla tego starego lisa prosiło się o kłopoty.
Draco usiadł w swoim pokoju i wyjął z szuflady kawałek lusterka, które wiedźma podarowała mu w wakacje. Nerwowo poprawił włosy i westchnął, próbując nabrać odwagi, jakby spotkanie z Meduzą, bez jej wyraźnego życzenia miało go zabić. Przymknął oczy i szepnął – Verto.
Zatrzymał się przed równo przystrzyżonym żywopłotem, chcąc zajrzeć do domu Evansów. Słyszał w środku dźwięki radia i jakieś radosne piski, które skojarzyły mu się z brykającymi dziewczynkami De Salve. Nagle Severus zapragnął bardzo wsiąść w pociąg i ruszyć nim prosto do Włoch. Wiedział jednak, że na to wspomnienie będzie musiał jeszcze poczekać. Wziął głęboki oddech, wypuszczając wcześniej wstrzymywane powietrze. Czego się obawiał? Przecież nie mogli go zobaczyć, był tylko ulotną personifikacją swojej jaźni.
Nacisnął klamkę i bez zastanowienia przekroczył próg domu. Nie wszedł jednak do przedsionka domu Evansów. Znajdował się z powrotem w swojej przeklętej kuchni. Chudy mężczyzna z haczykowatym nosem stał przy lodówce, kiwając się nieznacznie w przód i w tył, szukając zapewne czegoś, co złagodzi skutki wczorajszych browarów. Drapał się po jajach, nie zważając na to, że stoi w białych gaciach i nie wygląda ani trochę reprezentacyjnie. Nic dziwnego, że dziadek nie chciał mieć z nimi nic wspólnego. Wystarczyło, że raz tu zajrzał, oglądając taki obrazek i zwątpił we własną córkę i jej poczytalność.
Severus mógł mieć do Aarona pretensje, gdy był młody, że ten nie zabił ojca, nie uratował ich, nie przekonał matki, że mogłaby wrócić z synem do czarodziejskiego społeczeństwa i żyć w spokoju po dziś dzień. Teraz jednak rozumiał trochę więcej. Po pierwsze: Aaron nigdy nie naciskał na niczyją wolę, nie rozkazywał, nie narzucał innym swoich poglądów. Dawał tylko możliwości. Po drugie: Prince nie był zabójcą. Severus nie miał pojęcia jak ścieżki dziadków: jego i Lucjusza się przecięły, doprowadzając do luźnej współpracy, jednak był pewny, że Aaron nigdy nikogo nie zabił – nie byłby pewnie także w stanie uśmiercić swojego zięcia. Nawet jeśli ten był szumowiną. Po trzecie Severus nauczył się już, i to w bolesny sposób, że nie pomaga się nikomu, jeśli ten ktoś o to wyraźnie nie poprosi. I tu dochodził do punktu czwartego… w którym jego matka nigdy by o taką pomoc nie poprosiła, bo zwyczajnie była współuzależniona.
Choć myślenie magiczne trzymało się go przez większość nastoletniego życia… właściwie aż do śmierci Lily… teraz doskonale dostrzegał te zależności i one obdzierały te fatalne wspomnienia z ich nieprzewidywalności. Ojciec robiący burdę, krzywdę i urządzający sceny rodem z Nokturnu; matka chodząca na palcach, bez cienia sprzeciwu w nadziei, że Tobiasz jutro przestanie pić i znów będzie tym wesołym, inteligentnym mężczyzną, w którym się zakochała; Tobiasz robiący coś, co zdrowemu człowiekowi nie przyszłoby do głowy; Tobias przepraszający, obiecujący poprawę, kupujący kwiaty; Matka przez chwilę zadowolona, pełna nadziei, że teraz już tak zostanie, folgująca zachciankom męża, żeby się tylko nie zdenerwował, żeby nie dać mu powodu do picia. Żeby nie dać mu powodu do bicia.
Mógłby się złościć. A jednak w tej minucie czuł tylko pogardę do tego chama, pozbawionego godności i człowieczeństwa. W głowie jednak zaczynały kiełkować zielone pędy litości do chłopca znajdującego się piętro wyżej. Chłopca, który już na pewno nie spał, tylko nasłuchiwał, w którą stronę przemieści się oprawca, gotowy wyskoczyć choćby w piżamie przez okno, żeby uniknąć jego pięści.
Severus westchnął ze smutkiem.
Wiedział, że dziś temu chłopcu się nie uda.
- Verto – powiedział Draco. Lusterko w mgnieniu oka zamigotało, czarna mgła zniknęła, a w tafli szkła ukazał się jakiś czarny materiał. Czyżby wiedźma zasłoniła swoje lustro?
- Halo? – spytał niepewnie. Uświadomił sobie nagle, że nie ma pojęcia jak się do niej zwracać, a krzyknąć „Meduza" jakoś nie wypadało. Gdy się odezwał, po drugiej stronie dostrzegł jakieś poruszenie, białe futro zasłoniło na chwilę widoczność, usłyszał łoskot i chwilę później miał widok na jakąś ścianę.
– Bloody Mary? – zapytał nieśmiało, przypominając sobie Nokturnowe imię wiedźmy.
Odpowiedziało mu wirowanie obrazu, kolejny szelest i głośne westchnienie, po którym usłyszał przekleństwo wypowiadane bardzo znajomym głosem. Zobaczył w polu widzenia dłoń i lusterko pofrunęło w górę, by już po chwili ukazać twarz, która w żadnym stopniu nie przypominała kobiety z hotelu. Szare oczy, tak podobne do jego własnych, spojrzały na niego z zaskoczeniem.
- Draco?
- Tata? – wypalili niemal jednocześnie. Wpatrywali się w siebie z niedowierzaniem, najwyraźniej żaden z nich nie przewidział, kogo mogą spotkać po drugiej stronie tego magicznego komunikatora. Cisza zawisła w powietrzu. Draco niby wiedział, że ojciec żyje, ale teraz poczuł jakby ktoś zdjął mu z barków olbrzymi kamień, zbudowany najwyraźniej z lęku, który dogniatał go do ziemi ostatnie kilka miesięcy. Ufał wujkowi i Harry'emu gdy mówili, że Lucjusz jest bezpieczny, ale wszystko to wydawało się pozbawione do tej pory realizmu. Jego ojciec żył i choć wizualnie w znacznym nieładzie, miał się dobrze. A może tylko mu się zdawało?
- Ty żyjesz... – szepnął Lucjusz i przygryzł wargi, próbując powstrzymać cisnące się do oczu łzy. To Draco pierwszy wrócił do zmysłów i zebrał się w sobie, by wygłosić coś więcej niż stwierdzenia faktów. Nie będzie się teraz rozklejał… Meduza czy jego własny ojciec, ktoś musi wiedzieć jak im pomóc.
- To nie tak zaskakujące, jak zobaczyć ciebie w dobrym zdrowiu... ojcze – odparł zimno młody Malfoy. Musiał się bardzo spiąć w sobie by nie wyszczerzyć się promiennie. Chciałby teraz rzucić się mężczyźnie na szyję i objąć z całych sił. Pierwszy raz od wielu, wielu lat.
- Draco, ja... – Lucjusz przymknął oczy, próbując się uspokoić. Czuł, że ręce mu drżą i ma ochotę znów zmienić się w kota, by nie musieć teraz przeprowadzać tej rozmowy. – Ja... to nie tak miało być... – szepnął.
Draco przełknął ślinę, słysząc ciche słowa ojca. Przez moment zwątpił nawet czy to faktycznie jego rodzic, wydawał się niemal kruchy, wrażliwy. Nigdy nie widział go w takim stanie.
- Chciałem… przepraszam… – powiedział starszy blondyn patrząc na syna. – Nigdy nie chciałem, żebyś… Merlinie, nawet nie wiem od czego zacząć… To lusterko? Ja…
- Możemy to odłożyć? – spytał Draco, czując jak łzy formują się w jego oczach, a naprawdę nie wydawało mu się to właściwe w tych okolicznościach. Lucjusz zamarł, jakby dostał w twarz. Draco nie chciał z nim rozmawiać? W sumie nie powinno go to dziwić. Pewnie nie jego spodziewał się ujrzeć w lusterku. A co jeśli Snape'a nie ma na zamku? Czy to z nim próbował się kontaktować? – Nie chcę zabrzmieć na niewrażliwego, ale mamy większy problem niż moje urażone uczucia – dodał nastolatek.
Lucjusz zamrugał kilka razy, lęk kolejny raz przetoczył się przez jego ciało. Lęk, którego zupełnie nie rozumiał. A jednak w głowie wibrowało jedno imię, które zaczynało powoli dominować w jego świadomości i wiedział, że Draco ma rację. On sam też przecież próbował kontaktu, żeby zdobyć jakieś informacje.
- Severus? – spytał. Draco kiwnął głową. – Co się stało?
- To był Nott. Rzucił się na niego i porządnie poharatał, zanim dyrektor zdążył…
- Alex żyje?! – wypalił zszokowany Lucjusz.
- Co?! Nie. To był Theo, tato.
- Chcesz mi wmówić, że ten rozpuszczony szczeniak miałby w walce szansę z Severusem? – prychnął Malfoy senior.
- Szczeniak w rzeczy samej – sarknął Draco.
- Słucham?
- No tak… ty nic nie wiesz. Greyback na polecenie Czarnego Pana zmienił Theo w jednego ze swoich… a po tym co się stało w pełnię, wujek… – Draco urwał, próbując zebrać myśli. – Snape jest nieprzytomny od tamtego czasu. Dostał pazurami przez klatkę i potwornie krwawił przez wiele godzin. Teraz już jest niby dobrze, tak mówili w ambulatorium… ale wujek nadal jest nieprzytomny. Harry próbował już wszystkiego, eliksirów, czarów, ale nic nie działa... jakby…
- W ogóle nie chciał wracać… – szepnął Lucjusz. Albo nie był w stanie. Myśli ruszyły biegiem przez pustą polanę, którą do tej pory był jego apatyczny umysł. Nagłe zrozumienie pojawiło się natychmiast, dlaczego nie mógł wyczuć kochanka.
Draco nie bardzo potrafił rozszyfrować wypowiedź ojca. Martwił się o tyle rzeczy w tej chwili, że nawet nie wiedział gdzie zacząć, a ten mówił jakimiś zagadkami. Miał ochotę krzyknąć w tę bladą twarz, żeby odłożył bycie Malfoyem na potem. Nie po to ryzykował dzisiaj spotkanie z Meduzą, żeby teraz nie otrzymać choćby skrawka pomocy.
- A jeśli on zostanie wilkołakiem? – spytał w końcu dzieciak. Lucjusz prychnął nagle rozbawiony. Scenariusz w którym obaj wyli by do księżyca pojawił się w jego wyobraźni i wywołał histeryczne niemal rozbawienie. Jeśli mieliby dzielić tę klątwę wspólnie… to nie wydawało się już takie przerażające. Czy można by to uznać za jakieś pokrętne przeznaczenie? Zrządzenie losu? Czy… – Tato? – Szare oczy spoglądały na niego z niepokojem. No tak, nadal trzeba zachowywać pozory ogłady, nawet jeśli za miesiąc miałby się zmienić w mięsożerne, włochate bydle. Nie to, że do tej pory był mniej niebezpieczny.
- Co tam się dokładnie wydarzyło? – spytał nagle bardzo poważnie.
- No, mówiłem…
- Dokładnie, Smoku, krok po kroku. Mów co wiesz. Bo tylko tak będę w stanie coś wymyślić. Ale najpierw najważniejsze… jesteście z Harrym bezpieczni?
- Tak, chyba tak. – Kiwnął głową blondyn. – Nott na razie został zaopiekowany… a Riddle, on nie może tu wejść, póki dyrektor żyje… z tym że…
- Po kolei. Opowiedz mi jeszcze raz, ze szczegółami, co wiesz o tym wszystkim, co się zadziało i jak wyglądają rany Severusa. Albo zawołaj Harry'ego, obaj mi wyjaśnicie, może któremuś z was umknął jakiś szczegół, który drugiemu rzucił się w oczy.
Draco przytaknął i zgodził się bez wahania. Zauważył też, ku swemu zadowoleniu, zmianę nastawienia względem Harry'ego w słowach i intonacji ojca. Wcześniejsza złość i pogarda, które pojawiały się tam sporadycznie, zniknęła całkowicie, zastąpiona przez troskę i coś, co Draco kojarzyło się z przyjacielskością? Nie był pewien.
Czego natomiast był pewien, to całkowita zmiana wyrazu jego twarzy, gdy wypowiadał imię opiekuna ich domu. Smutek i coś na kształt czułości. Jakby na ułamek sekundy ojciec opuszczał gardę i zdejmował swoje maski i dopuszczał do świadomości strach o przyjaciela. To fascynujące, jak bardzo innym człowiekiem wydawał się ten mężczyzna z lustra… a jednak porażająco smutne, jak bardzo nie znał swojego ojca.
Albus ocknął się nad ranem, gdy alarmy w jego gabinecie się rozwrzeszczały. Zamrugał nieprzytomnym wzrokiem. Miał ochotę cisnąć w nie płomieniami i uciszyć raz na zawsze. Machnął ręką, ale nic się nie wydarzyło. Ręka nawet nie drgnęła.
No tak, zapomniał na moment. Wziął różdżkę w drugą, zdrową dłoń i rzucił Accio, przyzywając najgłośniejszy alarm.
Głupie urządzenie twierdziło, że do komnat Severusa Snape'a wszedł nie kto inny… a świętej pamięci Lucjusz Malfoy. Ha! Ta informacja wyciągnęłaby Albusa nawet z trumny, nie wspominając o łóżku. Zerwał się na równe nogi i w kilka sekund był ubrany i gotowy do wyjścia. Niewiele myśląc, ruszył w stronę kominka, nie będzie przecież biegał po korytarzach. Mógłby się jeszcze przeziębić.
Ogień błysnął zielenią i mrugnięcie oka później Albus stał w salonie Mistrza Eliksirów. Drzwi do sypialni Severusa były otwarte na oścież, ale nawet stąd, w półmroku świec, Albus mógł dostrzec, że nie ma tam żywego ducha... Jasnym było dla niego, że się spóźnił.
Dyrektor zaklął pod nosem i kopnął fotel, który miał w zasięgu.
W tym momencie drzwi do pokoju Pottera się otworzyły i stanął w nich bardzo zaspany Draco Malfoy. No tak.
- Harry? – spytał niemrawo chłopak.
- Idź spać Draco, to...
- Dyrektorze? – Dzieciak zamrugał, patrząc nieprzytomnie na Albusa. – Zdawało mi się, że słyszałem huk aportacji... Ale przecież to niemożliwe...
Albus złapał się za nasadę nosa. Akurat to dziecko mogłoby się już nauczyć. – Wiele niemożliwych rzeczy staje się rzeczywistością, gdy mamy do czynienia z magią.
- Słucham?
- Nic, nic, mi też się coś zdawało... Ale najwyraźniej znów... Nic, nic, idź spać Draco. Porozmawiamy jutro. – To powiedziawszy, Albus nie czekając aż Malfoy oprzytomnieje, wkroczył z powrotem do kominka, by wrócić do łóżka. Severus i Harry zniknęli z zamku i on nie będzie się tym zajmował o tej zapomnianej przez Merlina godzinie. Gdziekolwiek bowiem podziała się ta dwójka brunetów z lochu, Albus był pewny, że w tej sprawie nic się nie zmieniło, i tak jak w poprzednie ferie i wakacje, nie będzie w stanie ich namierzyć.
