Styczeń był deszczowy i ponury. Śnieg zaczął topnieć, a reprezentanci próbowali – zarówno mentalnie, jak i fizycznie – przygotować się do drugiego zadania, które miało odbyć się pod koniec lutego.
Severus Snape, jak zawsze, w wolnych chwilach czytał książki bądź warzył eliksiry – czasem próbował tworzyć swoje własne, czasem robił to na potrzeby lekcji lub za prośbą innych nauczycieli. Ostatnio zdał sobie sprawę, że coraz więcej składników specjalnie uszkadzał – na przykład kroił nierówno szczurze ogony – byleby tylko je wyrzucić i uszczuplić skład swojego magazynku, a co za tym idzie – mieć pretekst, by udać się do Hagrida. Oczywiście nie z powodu sympatii do gajowego i chęci spędzania z nim czasu to robił. Chodziło o to, aby mieć powód, by pojawić się obok powozu, w którym mieszkała Francesca.
Minął równy tydzień, odkąd rozmawiał z nią podczas gdy szczotkowała skrzydlate konie. Tydzień, odkąd po prostu odszedł, pozostawiając ją bez jakiejkolwiek odpowiedzi na to, co mu wyznała – że jego cynizm i tajemniczość w jakiś sposób ją urzekły; że on sam ją zainteresował.
Jak w ogóle mogło to być możliwe, że piękna i atrakcyjna dziewczyna, która szybko przykuła jego uwagę – jakoś wcześniej, przed balem, nigdy się na nią nie natknął, ale gdyby się natknął, był pewien, że i tak by go urzekła, mimo iż nie miałaby na sobie pięknej sukni – też była w nim jakiś sposób zainteresowana? To w ogóle miało prawo się zdarzyć? Zwykłe, przeciętne – w jego mniemaniu – kobiety nie zwracały na niego uwagi, dlaczego więc taka dziewczyna w ogóle z nim rozmawiała? Czy to był jakiś podstęp? Żart?
Udał się jednak pewnego wieczoru do Hagrida, by znów poprosić go o zebranie w Zakazanym Lesie paru rzeczy. Gdy już wyszedł z chatki gajowego, utkwił spojrzenie w powozie, w którym mieszkali uczniowie z Beauxbatons, spodziewając się zobaczyć gdzieś w jego pobliżu brązowowłosą dziewczynę. Nikogo jednak nie dostrzegł.
Kilka dni później, późnym popołudniem, znów znalazł się w pobliżu powozu, jednak tym razem bynajmniej nie dlatego, że taki miał zamysł. Filch przyłapał poprzedniej nocy sporą grupkę uczniów na wałęsaniu się po korytarzach. Było ich dziesięciu, dlatego postanowił, że pięcioma uczniami zajmie się osobiście, a pozostałą piątkę wyśle do Hagrida, by razem z nim udali się do Zakazanego Lasu na zwiady. Aby mieć pewność, że – jak to ich nazywał – wstrętne smyki, młodociani przestępcy na pewno dotrą na swój szlaban, Filch poprosił swojego ulubionego członka grona pedagogicznego – Snape'a, aby osobiście ich do Hagrida zaprowadził.
Niemal machinalnie, kierując się już z powrotem w stronę zamku, zerknął na powóz.
Niebo mieniło się w pomarańczowym blasku, śniegu już nie było – w ciągu ostatnich dni całkowicie stopniał przez ciągłe deszcze – a powietrze było wyjątkowo orzeźwiające, niemal kojące. Dlaczego więc Francesca – którą zauważył nieopodal powozu – nie mogła zadowolić się tym kojącym powietrzem i pięknym krajobrazem wokół, tylko znów musiała pomagać sobie towarzystwem Cedrika Diggory'ego...?
Tym razem Francesca siedziała na dużym kamieniu, który znajdował się parę stóp od skrzydlatych koni, i robiła na drutach. Diggory stał obok niej, z rękami schowanymi w kieszeniach, i coś jej opowiadał. Kolorowy szal Francescy oraz jej długie włosy szalały na wietrze, który się właśnie zerwał. Snape rzucił natychmiast odpowiednie zaklęcie na siebie, by podmuchy wiatru odbijały się od niego, ponieważ nie miał w zwyczaju błąkać się po błoniach z oczami zakrytymi przez potargane włosy. Spojrzał ostatni raz na dziewczynę, po czym zaczął się oddalać.
o-o-o
Następnego dnia miał zajęcia z uczniami z Beauxbatons. Grupka młodzieży odzianej w błękitne mundurki czekała, jak zwykle, na niego przed pracownią. Gdy zobaczył wśród owej grupki Francescę, prawie stanął w miejscu. Dziewczyna podeszła do niego, nim dotarł do drzwi i powiedziała:
– Panie profesorze, w czasie gdy moje koleżanki i koledzy, którzy uczęszczają na eliksiry, mają te zajęcia, ja mam wolną godzinę... Zwykle poświęcałam ją na spacery po błoniach, ale dzisiaj uznałam, że chętnie popatrzyłabym, jak przyrządzają eliksiry. Czy mogłabym więc być obecna na tych zajęciach? Oczywiście to byłby wyjątek... tylko dziś…
– Nie robię takich wyjątków – odparł chłodno i wyminął ją, po czym zaczął znów zmierzać w stronę pracowni.
– Ale...
– Jeśli nie ma cię na liście uczniów, którzy powinni o tej godzinie znajdować się w tej klasie, to nie widzę możliwości, abyś tam jednak była – przerwał jej, po czym wpuścił uczniów w błękitnych mundurkach do pracowni i zamknął za sobą drzwi.
Po piętnastu minutach przerobił całą teorię i nakazał uczniom zająć się wytwarzaniem eliksiru. Już na początku semestru wyrobił sobie opinię, że uczniowie Beauxbatons nie mają talentu do robienia mikstur. Uważał, że nawet najgroźniej wyglądające osiłki z Durmstrangu wypadały na tych zajęciach lepiej, niż uczennice z Beauxbatons, których palce były przecież takie szczupłe, zwinne i długie – idealne, według niego, do obchodzenia się ze składnikami.
Krążąc między stanowiskami uczniów, pomyślał o Francesce. Czy to, że widział ją poprzedniego dnia z Diggory'm miało jakiś wpływ na to, jak ją dziś potraktował? Miał nadzieję, że nie, inaczej musiałby chyba rzucić się z Wieży Astronomicznej, by oprzytomnieć.
o-o-o
Kilka dni później, gdy właśnie kończył jedzenie kolacji w Wielkiej Sali, Karkarow – który już wstał od stołu i miał zamiar się oddalić – podszedł do niego, pochylił się w jego stronę i szepnął:
– Spotkajmy się przed zamkiem za godzinę.
Oczywiście ściągnął przez to na Snape'a i siebie samego wiele spojrzeń uczniów i nauczycieli, więc mistrz eliksirów kiwnął głową w taki sposób, jakby usłyszał od dyrektora Durmstrangu coś w stylu: „Do twarzy ci w czarnym, a twoi Ślizgoni to najlepsi uczniowie w Hogwarcie". Kiwnięcie głową w stylu przypominającym bowiem wyrażenie podziękowania z pewnością wyglądało lepiej niż kiwnięcie, które byłoby adekwatne do słów Karkarowa, czyli – „W porządku, zjawię się, zapewne będziemy rozmawiać o naszej wspólnej przeszłości jako śmierciożercy".
I – rzeczywiście – Karkarow chciał rozmawiać o czymś, co dotyczyło ich przeszłości, a teraz powoli okazywało się, że chyba miało być też teraźniejszością.
– Mój Mroczny Znak, Snape, jest coraz ciemniejszy – powiedział Karkarow, gdy stali już przed zamkiem, a księżyc i ciemność nocy byli, jak sądzili, jedynymi świadkami tej rozmowy. – Chyba doskonale wiesz, co to oznacza…?
– Nie jestem głupi. Poza tym… tyle rzeczy, poza ciemnieniem znaku, wskazuje na to, że nasz dawny pan rzeczywiście powraca…
– I co teraz zrobisz? – Karkarow obnażył żółte, nierówne zęby, jednak widać było w jego oczach strach. – Jak zareaguje Czarny Pan, gdy dowie się, że jesteś sługą Dumbledore'a…?
Snape, który zapatrzył się na chwilę w pustą przestrzeń za Karkarowem, odparł:
– Nie przejmuj się mną. Myślę, że to ty masz większe powody do obaw. Co z tego, że pracuję w Hogwarcie? Czarny Pan na pewno ucieszy się z informacji, jakie będę mu mógł zaoferować po tylu latach bycia, jak to nazwałeś, sługą Dumbledore'a… A ty? Będziesz miał mu co opowiadać, gdy już przed nim staniesz?
Karkarow popatrzył na niego wściekle, po czym zaczął odchodzić w stronę jeziora. Snape odczekał minutę, po czym powiedział przez zaciśnięte zęby:
– Jakim prawem mnie podsłuchujesz?
Wymierzył różdżkę w pustą przestrzeń i zdjął Zaklęcie Kameleona z Francescy. Jej twarz – zarumieniona z zimna, a może z emocji – wyrażała niedowierzanie. Snape zaklął w duchu. Mógł od razu rzucić zaklęcie wyciszające, gdy zaczęli rozmawiać z Karkarowem, chociaż właściwie nawet nie zdążył o tym pomyśleć, bo ledwo podszedł do dyrektora Durmstrangu, a ten już zaczął wylewać swoje żale. Później też nie mógł tego potajemnie spróbować zrobić, bo gdyby Karkarow to zauważył, od razu by wyczuł, że coś jest na rzeczy. Gdyby złapał Francescę na podsłuchiwaniu, z pewnością nie byłby dla niej szczególnie łaskawy.
Tym razem Snape jednak rzucił zaklęcia zwodzące od razu.
– Chcesz o coś zapytać?
Nic nie odpowiadała. Miała na sobie błękitny płaszcz, ciemną spódnicę i długie kozaki. Jej włosy – rozpuszczone i spoczywające na plecach – lekko powiewały na wietrze.
– Czytałam w książkach o śmierciożercach… o… tym czarnoksiężniku… Samo czytanie na ten temat wywoływało u mnie gęsią skórkę – mówiąc to, zaczęła się cofać. – A pan jest jednym z nich! Nigdy bym nie pomyślała…!
Snape przymknął na chwilę oczy i zacisnął zęby. Miała wrażenie, że za chwilę wybuchnie, w końcu poznała jego tajemnicę, jednak on odparł spokojnym tonem:
– To nie tak. Powiedziałem Karkarowowi to, co musiałem. To nie oznacza, że taka jest prawda.
– Boję się pana – powiedziała po chwili milczenia.
– Nie mów nikomu o tym, co usłyszałaś. Obiecaj.
– Bo co… zabije mnie pan? Jak za dawnych lat? Czytałam… – w jej oczach pojawiły się łzy – czytałam… co wy robiliście… Ile niewinnych osób zginęło…
Snape zaczął powoli iść w jej stronę. Ucieszył się w duchu, że nie zaczęła uciekać, bo nie miał siły na takie komedie.
– Posłuchaj, wyjaśnię ci pokrótce o co chodzi, ale musisz obiecać, że nikomu nie powtórzysz nic z tego wieczoru. To są naprawdę mroczne, tajne sprawy, głupio zrobiłaś, że to podsłuchałaś.
– Niespecjalnie. To znaczy – przetarła oczy i po chwili była już całkowicie opanowana, przynajmniej zewnętrznie – nie planowałam podsłuchiwać, po prostu rzuciłam na siebie Zaklęcie Kameleona i znalazłam się w tym miejscu, ponieważ chciałam niepostrzeżenie wejść do zamku aby… nieważne. Nie muszę się panu tłumaczyć. W każdym razie pan i Karkarow stanęliście mi na drodze. Musiałam poczekać z boku, byście mnie nie usłyszeli.
– Nie musisz mi się tłumaczyć? Zdaje się, że was, gości, też obowiązują pewne zasady, na przykład niewłóczenie się nocą po błoniach czy Hogwarcie. Więc… dobrze się składa… możemy się umówić, że ja nie zdradzę cię przed madame Maxime, a ty obiecasz, że nikomu nie powiesz o tym, co tu dziś usłyszałaś. I tym samym nawet nie będę musiał ci niczego wyjaśniać. Po prostu rozejdziemy się, ty w swoją stronę, ja w swoją, i nie zdradzimy nikomu swoich sekretów. Pasuje?
Francesca zmarszczyła brwi i skrzyżowała ręce na piersiach.
– Można by powiedzieć, że pasuje, ale… panu naprawdę nie zależy, co ja o panu myślę? Dlaczego woli pan mi nie wyjaśnić o co tutaj chodzi? Mam więc uważać pana za potwora?
– Przecież sama chcesz mnie za potwora uważać, nie będę ci w tym przeszkadzał.
– A co miałam sobie pomyśleć, gdy usłyszałam te słowa, które wypowiedział pan do Karkarowa…? Że super, iż pracuje pan u Dumbledore'a, będzie miał pan świetne informacje do przekazania temu okrutnemu czarnoksiężnikowi? No pocieszające! Złoty z pana człowiek, żaden potwór, żaden.
– Nigdy szczególnie nie przejmowałem się tym, co myślą o mnie inni. Jedyne, na czym mi zależy, to dyskrecja, ponieważ nie masz pojęcia, o jak tajne sprawy chodzi. A jeśli koniecznie chcesz jakichś wyjaśnień, to powtórzę jedynie to, co mówiłem wcześniej – to, co usłyszał ode mnie Karkarow, było kłamstwem. Musiałem skłamać, ponieważ głupiec uważa, że nie odszedłem prawdziwie od Czarnego Pana, czyli tego okrutnego, jak to mówisz, czarnoksiężnika.
Francesca wpatrzyła się w swoje buty.
– Czyli… – zaczęła po chwili – pan odszedł od tego czarnoksiężnika… prawdziwie… tak? Nie jest pan już śmierciożercą?
– Można tak powiedzieć.
– Można tak powiedzieć?
– Wciąż mam znamię śmierciożercy. Ale, tak, nie jestem po stronie Czarnego Pana.
– Ale... kiedyś pan był…
– Tak, kiedyś byłem. Możemy już skończyć ten wywiad na dziś?
Francesca spojrzała na niego, a jej oczy wyrażały pewne zmartwienie.
– Jeszcze jedno… A te przypuszczenia, że Czarny Pan powraca były prawdą czy kłamstwem?
Snape wstrzymał na chwilę oddech, niezbyt pewien, co odpowiedzieć.
– Prawdą. Ale, jak sama zauważyłaś, to były tylko przypuszczenia.
Francesca kiwnęła głową, ale widać było, że nie jest zbyt przekonana. Wiatr zawiał nagle wyjątkowo mocno i dziewczyna aż się zatrzęsła.
– Myślałem, że jesteś odważniejsza – powiedział z chłodnym rozbawieniem. – Mam więc rozumieć, że trzymamy swoje sekrety w tajemnicy?
– Tak. Obiecuję, że nikomu nic nie powiem o dzisiejszym.
Snape kiwnął głową i już miał zamiar zdjąć zaklęcia i zacząć odchodzić, ale nagle przyszła mu do głowy pewna gorzka myśl, o której prawdziwości postanowił się przekonać.
– Skoro ja ci odpowiedziałem na kilka pytań, ty mi zdradź, po co zakradałaś się do Hogwartu.
– Ja… umówiłam się…
Snape patrzył na nią wyczekująco, ale wiedział już, że dobrze zgadywał.
– Z… Cedrikiem Diggory'm. Ale proszę mu nic nie…
– Oczywiście – przerwał jej Snape. – Proszę się nie obawiać o tego chłopca. Dobrej nocy.
I zaczął odchodzić. Nie skierował się jednak do lochów. Najpierw planował odnaleźć pewnego Puchona, który będzie ukrywał się gdzieś zapewne pod Zaklęciem Kameleona, i ukarać go najgorszym szlabanem, jaki tylko przyjdzie mu do głowy.
