16 stron A4! (A mogę już zdradzić, że rozdział 13 ma ich aż 18!) Te rozdziały piszą się same, przysięgam. Wszystkie postacie ożywają i mają bardzo dużo do powiedzenia.
Jeśli czytaliście "Przełom", to na pewno znajdziecie tutaj małe smaczki nawiązujące do niego ;) (Jeśli jeszcze tego nie zrobiliście, to zachęcam do przeczytania - już niedługo planuję dodać kolejną część tego krótkiego opowiadania)
Dziękuję za komentarze :) W ogóle rozpisujcie się ile chcecie! Uwielbiam Was czytać. Od razu potem siadam do klawiatury i mam głowę pełną pomysłów.
Matylda . Karolina: To jest bardzo dobre pytanie! Czy Lily sama siebie lubi? Jak na chwilę obecną, to chyba nie, ale zapraszam do własnej analizy! Stanowczo akcja dla niej nie zwalnia ani na chwilę. James zdecydowanie za to wraca do formy, wychodząc z depresji! Poziom ironii: Rogacz. Pisz, pisz - jak długo tylko chcesz, bo uwielbiam czytać komentarze, a Twoje mają bardzo dużo ciekawych przemyśleń ;) Miłej lektury!
M: Miło Cię tu znowu widzieć w komentarzach! Tak coś czułam, że ten wątek Lily-Syriusz będzie dla Ciebie satysfakcjonujący. Widzę, że masz jeszcze sporo pytań. Ja co prawda znam na nie odpowiedzi, ale cóż to by była za frajda, gdybym zdradziła je za wcześnie? ;) Mogę jedynie potwierdzić, że jest w fabule miejsce i dla Severusa, bo w końcu w książce odgrywa bardzo istotną rolę w historii Lily i Jamesa. Mam nadzieję, że nowy rozdział Ci się spodoba!
GinnyLFC: Ta fabryka aż się prosiła o to, by być siedzibą ;) Nie trafiłam jeszcze na idealnego Jamesa. Wyobrażam go sobie tak, jak na grafice do opowiadania, ale nie widziałam nigdy realnego odwzorowania. Może młody Lennon, ale ten prawdziwy (!) ma coś w sobie z tej łobuzerskiej natury i arogancji? Albo np. Ashton Kutcher na niektórych fotkach (polecam wpisać w google "Ashton kurcher w okularach") :D Ale to zawsze jest takie "prawie". Co do Syriusza i muzyki, to w mojej głowie - na złość swojej rodzinie, on jest totalnym fanem kultury Mugoli. W książce pamiętam opis jego pokoju z młodości, oblepiony plakatami z mugolskich gazet. Deep Purple, czy inne zespoły, które inspirują poszczególne rozdziały to muzyka współczesna dla Huncwotów - akcja rozgrywa się w moich kochanych latach 70/80! To też jeden z powodów, dla których tak uwielbiam o nich pisać ;)
Przypominam, że od teraz będę publikować co dwa tygodnie. Rozdziały stają się coraz dłuższe, mam w głowie szczegółowy plan na rozwój akcji i chcę sobie dać czas, by móc wszystko napisać tak, jak bym tego chciała. Coś, co początkowo miało być historią miłosną, powoli zyskało akcję i fabułę, którą bardzo chcę przekazać w taki sposób, jaki widzę to w wyobraźni.
Jeśli lubicie to opowiadanie, to naprawdę zachęcam do podzielenia się swoją opinią :)
Miłej lektury!
Slow down you crazy child
You're so ambitious for a juvenile
But then if you're so smart tell me,
Why are you still so afraid?
(Billy Joel "Vienna")
Lily poprawiła kaptur na głowie, rozglądając się niepewnie po opustoszałym Hogsmade. Małe miasteczko wyglądało inaczej, niż zapamiętała to ze szkolnych wycieczek, gdy zapełniało się uczniami Hogwartu i tętniło życiem. Wypełniały go wtedy krzyki i śmiechy, a małe sklepiki, znajdujące się przy głównej ulicy pękały w szwach. Tym razem jednak zarówno Miodowe Królestwo, jak i słynny sklep Zonka ziały pustką. Lily nie była pewna, czy nieobecność uczniów Szkoły Magii i Czarodziejstwa była tego jedynym powodem. Zupełnie jak ulica Pokątna, teraz także i Hogsmade nosiło na sobie znamię mrocznych czasów, w których przyszło im żyć. Z oszklonych witryn spoglądały na nią twarze morderców i złoczyńców, działających z rozkazu Tego-Którego-Imienia-Nie-Wolno-Wymawiać. Stroili groźne miny z pożółkłych pergaminów plakatów, na których uwieczniono ich zdjęcia. Lily poczuła nieprzyjemny dreszcz przechodzący przez jej ciało.
Gospoda Pod Świńskim Łbem wyglądała tak obskurnie, jak to zapamiętała z ostatniego swojego pobytu w Hogsmade. Mała tabliczka tym razem wisiała spokojnie, lecz uwieczniona na niej głowa martwej świni była równie paskudna, co zawsze, brocząc sztuczną krwią po białym tle. Gdyby miała jakikolwiek wybór, jej stopa nigdy nie przekroczyłaby progu tego śmierdzącego miejsca.
xxx
— To musi być gdzieś, gdzie nikt was nie zauważy — powiedziała Dorcas, drapiąc się po głowie. — Oczywiście, ja też tam będę...
— Może Hogsmade? — zastanowiła się Lily, patrząc na rozłożoną na stole mapę.
— Pod Świńskim Łbem? — Zasugerowała Dorcas. — Dodatkowo, gdyby coś się działo, to zawsze będzie tam też Aberforth...
— Aberforth? — zdziwiła się Lily, ignorując nerwowe obroty żołądka, przypominającego teraz wnętrze mugolskiej pralki.
— Brat Dumbledore'a — wyjaśniła przyjaciółka. — Moody mi mówił, że też jest w Zakonie, ale rzadko zagląda do siedziby.
Lily skinęła głową.
xxx
Gdy wspomniała o wyborze miejsca Markowi w wiadomości, którą przez względy bezpieczeństwa nadała zaledwie godzinę temu, mężczyzna nie odpisał. Lily założyła jednak, że pojawi się punktualnie, jak to on. Im bliżej ich spotkania, tym czuła większą pustkę w głowie. Teraz jednak przyszedł ten moment, że warto by było, gdyby chociaż pomyślała o tym, jak zamierza go przeprosić.
xxx
— Uciekłaś, ponieważ zaczęłaś się bać o własne życie — powiedziała Dorcas, mierzwiąc swoje krótkie włosy. — Chciałaś się ukryć...
— Po prostu stchórzyłam. — Lily wzruszyła ramionami. — Spanikowałam i straciłam rozum. Może być? Ostatnio i tak cały czas mi mówił, że dziwnie się zachowuję...
— Ty znasz go najlepiej... Chciałaś zabrać rzeczy z mieszkania i wtedy dowiedziałaś się o Mindy, co jest w sumie prawdą. No i teraz, jak już jesteś u mnie w miarę bezpieczna, chcesz się z nim spotkać i przeprosić. Też logiczne — dokończyła Dorcas, na co Lily przytaknęła, nieco się ociągając. — Kochasz go, chcesz do niego wrócić i takie tam bla bla.
xxx
Lily uchyliła drzwi gospody, omiatając jej wnętrze spojrzeniem. Tutaj też nic się nie zmieniło i choć wcześniej zaglądała do środka jedynie przez szybę, dobrze pamiętała ogólne wrażenie nieładu i brudu, jakie na niej wywarło.
Dorcas siedziała przy barze, gawędząc ze starszym czarodziejem z długą brodą, który szorował tłuste kufle jakąś brudną ścierką. Dopiero teraz, znając fakty, Lily musiała przyznać, że faktycznie - podobieństwo do jego brata, Albusa Dumbledore było uderzające. Oprócz nich, wnętrze baru było niemal całkiem puste. Przy jednym ze stolików siedziały tylko dwa Gobliny, dyskutując nad czymś zawzięcie nad butelką brandy. Nawet nie zwróciły uwagi, gdy drzwi zamknęły się za nią z trzaskiem. Dorcas obróciła się przez ramię, zerkając niby od niechcenia w stronę Lily, ale zaraz jednak wróciła do rozmowy z Aberfothem Dumbledore. Lily ruszyła w stronę baru i stanęła obok niej, kiwając w jej stronę zachowawczo głową. Starała się sprawiać wrażenie, jakby zobaczyła ją po raz pierwszy w życiu.
— Piwo miodowe, poproszę.
— Pięć knutów — odparł Aberforth, obdarzając ją obojętnym spojrzeniem i sięgając po jeden z kufli.
xxx
— Będę cię obserwować, ale pamiętaj, że oficjalnie się nie znamy — powiedziała Dorcas, nachylając się do Lily. — Usiądź gdzieś na wylocie baru, żeby jakby coś móc się z niego szybko wydostać... I nie zdejmuj zbytnio kaptura. Nawet, jeśli wewnątrz będzie pusto, to pamiętaj, że ściany mają uszy i oczy. Czasem dosłownie.
Lily skinęła głową, starając się zapamiętać wszystkie rady i instrukcje. Czuła narastający niepokój. Czy będzie w stanie zrobić to, o co poprosił ją Dumbledore?
xxx
Wzięła swoje piwo miodowe i mijając łukiem Gobliny, zajęła miejsce przy jednym ze stolików, usadawiając się przodem do drzwi wejściowych. Sprawdziła w kieszeni, czy ma różdżkę na swoim miejscu. Już dawno nie miała okazji się pojedynkować. Była ciekawa, czy gdyby została postawiona w takiej konieczności, jej refleks nadal byłby tak dobry, jak za czasów szkoły? A może by spanikowała, nie mogąc wykonać nawet najprostszych zaklęć obronnych? Miała nadzieję, że nie przyjdzie jej się dzisiaj o tym przekonać.
Spojrzała na swój zegarek. Mark powinien się tu pojawić lada chwila. Podniosła kufel piwa do ust, ale widząc tłuste ślady palców na szkle, zrezygnowała jednak z tego pomysłu. Nie była aż tak spragniona.
Nagle drzwi do pubu otwarły się, wpuszczając do mrocznego wnętrza jasne promienie światła słonecznego i powiew świeżego powietrza. Lily podniosła głowę, zdając sobie sprawę, że wstrzymuje oddech. Mark, tak samo przystojny, jak zawsze zatrzymał się na chwilę, rozglądając wokół siebie. Jego wzrok prześlizgnął się po Goblinach, zatrzymał nieco na dłużej na Dorcas, która uśmiechnęła się do niego kącikiem ust, po czym zmrużył oczy, wpatrując się w zakapturzoną Lily. Dziewczyna nieśmiało machnęła ręką, poprawiając się nerwowo na drewnianym stołku, który zatrzeszczał pod jej ciężarem.
Co ma mu powiedzieć?
W głowie miała pustkę.
Mark podszedł wpierw do baru, by już po chwili ruszyć w jej stronę, ze szklanką wypełnioną ciemno-żółtym napojem, będącym niewątpliwie Ognistą Whiskey. Sprawa była poważna, skoro zdecydował się pić już o tak wczesnej godzinie. Zazwyczaj był pod tym względem dosyć rygorystyczny. Postawił ciężko szklankę na stole i usiadł naprzeciwko Lily, starając się zajrzeć pod jej kaptur.
Przez chwilę siedzieli w zupełnym milczeniu. Co się mówi w takiej sytuacji? Lily była pewna, że żaden poradnik nie pokrywał tego tematu.
— Żyjesz... — powiedział w końcu, sięgając po whiskey.
Skrzywił się nieco, przełykając gorzki napój, po czym westchnął głęboko. Wyglądał na zmęczonego.
— Nie wiem, co powiedzieć — wydukała w końcu Lily, całkowicie zgodnie z prawdą.
— Może zacznij od tego, co się z tobą działo — zasugerował Mark.
— Musiałam uciekać... Bałam się, spanikowałam — szepnęła. Cały scenariusz wyparował jej chwilowo z głowy. — Musiałam się gdzieś ukryć.
— Mogłaś mi powiedzieć... Pomógłbym ci — żachnął się, kładąc dłonie na stole.
— Nie wiedziałam, co się dzieje. Nie chciałam cię narażać. — Z lekkim wahaniem sięgnęła po jego dłoń. Skoro miała grać, to chociaż powinna to robić dobrze. — Tęskniłam za tobą...
Coś w jego minie świadczyło o tym, że udało jej się go przekonać. Spojrzał na nią już znacznie łagodniej, pocierając kciukiem wierzch jej dłoni.
— Bardzo się martwiłem, Lily. A potem jeszcze dowiedziałem się o Liście... Szlam. — Ściszył konspiracyjnie głos, rozglądając się niezbyt dyskretnie. — Dorcas pewnie powiedziała ci, o co chodzi? Widziałem ją przy barze...
— Wpadłam na nią, gdy chciałam zabrać parę rzeczy z mieszkania — potwierdziła Lily. — Powiedziała mi o Mindy... — Tym razem nie musiała udawać. Łzy same stanęły jej w oczach. — I o tej Liście. — Nie mogła wyjawić mu prawdy, że wiedziala już o wszystkim wcześniej. To wymagałoby dodatkowego tłumaczenia. — Przekonała mnie, żebym została z nią i skontaktowała się z tobą, podczas gdy ona będzie mnie ochraniać...
— Tak się cieszę, że tu jesteś! Chciałbym cię przytulić... — Zrobił gest, jakby zamierzał się podnieść z krzesła, ale w ostatniej chwili się powstrzymał. — Przez chwilę myślałem, że mnie zostawiłaś... Kiedy widziałem cię po raz ostatni, byłaś taka oschła.
— Nie wiedziałam, co mówię — skłamała. Przychodziło jej to łatwiej, niż myślała. — Byłam w totalnym dołku. Jeszcze nie do końca pozbierałam się po śmierci rodziców, ale jest już lepiej...
Mark skinął głową. Sięgnął dłonią w stronę jej policzka i pogładził ją po nim delikatnie, z czułością. Lily nie potrafiła sobie przypomnieć, w którym momencie tak naprawdę odkryła, że go nie kocha. Może to było jeszcze zanim ponownie zobaczyła Jamesa, tylko ignorowała to uczucie, nie dając mu w pełni wybrzmieć?
— Zamierzasz dalej zostać z Dorcas?
— Tak. U niej jest bezpiecznie. — Tym razem naprawdę się zawahała. — Oczywiście, musimy też przełożyć nasze plany ślubne...
Mark spuścił głowę, unikając jej spojrzenia.
— Może porozmawiamy o tym innym razem, Lily — zasugerował cicho. — Ile mamy czasu?
— Niewiele — odparła. — Teraz nigdzie nie jest bezpiecznie... Chciałam cię tylko na chwilę zobaczyć.
Mark nachylił się do niej nad stołem i pocałował ją delikatnie w usta. Zero mrowienia. Zero pasji. Jakby całowała przyjaciela.
— Musiałem to zrobić — szepnął, usprawiedliwiając się.
— Wiesz na pewno, że zwolnili z Munga wszystkich czarodziei mugolskiego pochodzenia? Nie mam już gdzie wracać — zaczęła niepewnie, nie chcąc za bardzo wchodzić w interesujące ją tematy. Musiała na to jeszcze poczekać. — Co będzie następne?
— Nie mogę za wiele zdradzić, Lily, ale to nie wygląda dobrze. Nie martw się. Mam plan. Mam dostęp do wielu dokumentów... — Jego głos był teraz ledwie powyżej szeptu. — Zdaj się na mnie.
Na usta cisnęło się jej pytanie, dlaczego Mark dalej pracował w Ministerstwie Magii, wiedząc o tych wszystkich zakulisowych planach, których chyba nie popierał? A może było coś jeszcze, o czym jej nie mówił? Przymknęła na chwilę oczy. Cierpliwości.
— Jaki plan? — spytała w końcu.
Mark znów rozejrzał się konspiracyjnie, jakby oczekiwał, że nagle z pod sąsiedniego stolika wyskoczą śmierciożercy.
— Myślałem, żeby trochę sfałszować twój rodowód... No wiesz, dodać paru magicznych przodków...
Nim Lily zdążyła cokolwiek odpowiedzieć, ciszę przerwał dźwięk tłuczonego szkła. Odruchowo chwyciła za różdżkę, rozglądając się w koło.
— To tylko ja! — powiedziała głośno Dorcas z zakłopotaną miną. — Chyba już pora na mnie, za dużo wypiłam...
— Idź do domu, Meadowes — odrzekł beznamiętnie Aberforth. Jednym machnięciem różdżki uprzątnął bałagan. — Nie potrzeba mi tu więcej wrażeń.
Dorcas nieco chwiejnym krokiem przeszła przez bar i zniknęła za zamkniętymi drzwiami.
— Ja też już muszę iść. — Lily poprawiła pelerynę, podnosząc się z krzesła. — Odezwę się niedługo. Chyba nie muszę wspominać, że to spotkanie nigdy się nie odbyło?
Mark tylko skinął jej w odpowiedzi głową, dopijając resztkę whiskey, która pozostała w jego szklance. Złapał Lily za rękę, gdy mijała go, kierując się w stronę wyjścia.
— Kocham cię — szepnął, lecz tym razem Lily nie była w stanie go okłamać.
Spuściła wzrok i przyspieszyła kroku. Niemal wypadła na oblaną słońcem ulicę, czując nagle wszystkie te emocje, które cały czas w sobie tłumiła. Ręce trzęsły jej się tak, że nie potrafiłaby w nich utrzymać różdżki, a fala mdłości sprawiała, że z trudem łapała powietrze.
— Chodź — mruknęła Dorcas, łapiąc ją za ramię i wciągając w wąski przesmyk za barem, w którym żując trawę, pasła się przywiązana na łańcuchu koza. Zwierzę spojrzało beznamiętnie na wpół pochyloną Lily, bardzo starającą się nie zwymiotować ze stresu. — Już, już.
xxx
— Jeśli szukasz Jamesa, to pomyśl o tym, co zawsze wprawiało go w dobry nastrój — powiedział Syriusz na widok Lily, rozglądającej się po salonie Cydrowego Dworu. — Zobaczymy, jak dobrze go znasz! — Puścił do niej oko, wracając do lektury Playboya. — Szkoda, że w tych mugolskich gazetach zdjęcia się nie ruszają...
Lily skierowała się w stronę korytarza prowadzącego do drzwi, wychodzących prosto na ogród. Nie musiała za bardzo się zastanawiać. Znała Jamesa i wiedziała, co sprawiało mu prawdziwą radość.
Boisko do Quidditcha znajdowało się w odległej części posiadłości Potterów, zaraz koło niewielkiego lasu brzozowego. Miało wielkość połowy tego, które pamiętała z Hogwartu, ale niczym mu nie ustępowało pod względem wyposażenia.
James fruwał pomiędzy wysokimi słupami. Rzucał kaflem z całej siły w stronę obręczy, po czym w skupieniu gonił pikującą w stronę ziemi piłkę, by złapać ją w ostatniej chwili, podrywając się ostro w górę. Na miotle poruszał się chyba nawet z większą świadomością swojego ciała, niż na codzień. Lily usiadła na trawie, obserwując go. To było hipnotyzujące. Nigdy nie była największą fanką latania, ale widząc wiatr targający włosami Jamesa, musiała przyznać, że prawdopodobnie była teraz bliższa zrozumienia jego pasji, niż kiedykolwiek wcześniej. Było coś niesamowicie zmysłowego w jego skupieniu i determinacji.
Mężczyzna przez jakiś czas nie zauważał jej obecności, pochłonięty podniebnymi akrobacjami. Dostrzegł ją dopiero, gdy postanowił zrobić okrążenie boiska i zawrócił miotłę w jej stronę. Szarpnął lekko trzonkiem i już po chwili wylądował gładko na trawie, przeczesując zmierzwione włosy palcami w bardzo typowy dla siebie sposób. To było coś tylko jego, jakby stanowiło część jego osobowości. Nie potrafiła sobie już przypomnieć, co ją w tym tak kiedyś denerwowało...?
— Kiedy wróciłaś? — spytał, siadając obok niej z kaflem w ręku.
— Jakiś czas temu... Musiałam pobyć chwilę sama — odparła, odchylając się lekko i podpierając z tyłu na dłoniach.
James spuścił głowę, turlając teraz piłkę na ziemi, między nogami.
— Więc? — powiedział w końcu.
— Więc... — Lily westchnęła, nie mając tak naprawdę ochoty odpowiadać na jego pytanie. — Spotkałam się z Markiem.
James podniósł głowę i prychnął.
— Może tak powiesz coś więcej, co? — Zirytował się, ciskając teraz kaflem w dal z całej siły.
— Co mam powiedzieć, James? Spotkaliśmy się, przeprosiłam go, przyjął przeprosiny i chce nadal być ze mną, mimo wszystko. — James ponownie prychnął, wyrywając teraz nerwowo źdźbła trawy z ziemi. — Mark martwi się tym wszystkim do tego stopnia, że zastanawia się nad sfałszowaniem mojego rodowodu...
— Czyli ten idiota nie ma nic przeciwko tym bzdurom na temat czystości krwi, tak? — Zezłościł się, zrywając na równe nogi. — Po prostu dopisze ci ciotkę Alfredę, która była wiedźmą i będziecie żyć długo i szczęśliwie?
— James, nie nazywaj go tak! — Lily również wstała. — On nie ma z tym nic wspólnego...!
— Nie, tylko tuszuje wszystkie ważne informacje, żeby się nie przedostały do prasy. Faktycznie, dobry i niewinny Mark, co nie?
— Nie każdy ma twoją naturę i potrafi się tak otwarcie postawić!
James złapał swoją miotłę, wsiadł na nią i odbił się od ziemi, wzlatując wysoko w powietrze.
— Potter! Nie skończyliśmy rozmawiać! — krzyknęła za nim Lily, zadzierając głowę w górę. Czasem bywał takim upartym osłem!
James zawrócił, obniżył lot i zawisł przed nią w powietrzu, z zaciętą miną.
— Mark to nie jest zły człowiek — powiedziała Lily. — To, co pomiędzy nami się wydarzyło, to nie jego wina, okej? Nie chcę, żebyś się na nim wyżywał...
— Ja się na nikim nie wyżywam!
— Jasne. I wcale nie nazywasz się James Potter? — zauważyła sarkastycznie Lily.
— Wkurza mnie, że tam z nim jesteś! — warknął James. — Tak, wiem. Jesteśmy przyjaciółmi i nie mam prawa tak mówić...
Lily zrobiła krok w jego stronę, łapiąc za czubek jego miotły, jakby to miało go powstrzymać przed ucieczką.
— Sam powiedziałeś, że przyjdą lepsze czasy, prawda? — spytała już dużo łagodniej.
— Chyba byłem pijany...
— Znam cię na tyle dobrze, że raczej bym zauważyła — uśmiechnęła się, starając się go udobruchać.
Najwidoczniej poskutkowało, bo zmarszczka zniknęła z jego czoła. James westchnął, po czym spojrzał na nią ze złowrogim uśmiechem.
— Kiedy ostatni raz latałaś, co?
— James! Ani się... — Zanim zdążyła dokończyć, szarpnął ją za rękę, sprawnym ruchem podciągając w górę i przewieszając przez swoją miotłę. — Potter! Puść mnie natychmiast!
James zaśmiał się głośno, wzbijając w górę.
— Masz dwie opcje, Evans. Albo będziesz tak wisieć, zdana na moją łaskę albo usiądziesz, jak na czarownicę przystało. — Przyspieszył, zaczynając okrążenie boiska. Brzmiał teraz jak szesnastoletni James, którego obraz jeszcze żywo miała przed oczami. Arogancki uśmiech, rozczochrane włosy, wyniosły i ironiczny ton. Ciekawe, że to właśnie Quidditch zdołał go tak szybko przemienić. — To jak?
— Usiądę! Tylko zwolnij!
— Jak sobie życzysz. — Szczerząc zęby, pomógł jej wdrapać się okrakiem na miotłę i usadowił ją przed sobą. — Tak lepiej, co nie?
Lily prychnęła, też zaczynając się uśmiechać. Gdzie się podziała ta cała beztroska, która kiedyś była ich codziennością?
— James... — szepnęła. Nie chciała patrzeć w dół. — Ani ty, ani Mark, ani nawet ja... Nikt z nas nie zasłużył na to, co się dzieje. To wszystko wina tych chorych czasów... Ale one miną! I nie byłeś pijany, kiedy to mówiłeś! — Zaśmiała się, starając przełamać atmosferę.
— Dzisiaj się chyba upiję — mruknął James, tuż przy jej uchu, krążąc teraz między słupkami. — Trzymasz się tam mocno? — Była pewna, że szczerzył zęby, choć nie widziała jego twarzy.
Nim zdążyła zareagować, objął ją mocno ramieniem i szarpnął miotłą, pikując ostro w dół. Krzyk Lily zmieszał się z jego głośnym śmiechem. Ziemia zbliżała się do nich z zawrotną prędkością. Lily zacisnęła oczy, ale James w ostatniej chwili poderwał miotłę w górę.
— Zabiję cię — warknęła, czując pęd wiatru na swojej twarzy.
W życiu nie przyznałaby mu się do tego, że to uczucie było dziwnie wyzwalające. Przez moment nie myślała o niczym innym. Może o to w tym wszystkim chodziło? Świadomość ciała Jamesa tak blisko niej sprawiała, że dostawała gęsiej skórki. Nadal reagowała na niego jak wtedy, kiedy dopiero uświadamiała sobie, że go lubi. Wszystkie jej zmysły zaczynały wariować. Gdyby tylko się odwróciła...
— Poczekaj, aż będę pijany. Będzie mniej bolało — zażartował James, nadal ją obejmując.
xxx
Z kuchni dochodziły śmiechy i podniesione głosy Jamesa i Syriusza. Mężczyźni siedzieli tam już od jakiegoś czasu i, mimo że Lily chciała się skupić na swojej książce, nie mogła. Dorcas znów zniknęła na jakiejś misji, którą zlecił jej Moody i bez towarzystwa przyjaciółki, miała teraz zbyt dużo czasu na myślenie. A jej myśli uparcie krążyły wokół Jamesa.
Myślała o jego ciepłym oddechu, łaskoczącym jej policzki, gdy siedzieli tak blisko siebie, krążąc wokół boiska. O jego silnej ręce, przytrzymującej ją w pasie. Ciepło jego dłoni paliło ją nawet przez ubrania. O jego nieco pokrętnym uśmiechu, gdy żartował. A potem nagle przypomniała sobie jego spojrzenie, gdy tamtej nocy pojawił się na progu jej drzwi. W głowie nadal często słyszała, jak swoim lekko zachrypniętym głosem wymawia jej imię, podczas momentu zapomnienia w łóżku...
Zamknęła książkę i usiadła na kanapie, przeciągając się i zastanawiając nad tym, co powinna teraz zrobić. Czy może do nich dołączyć? Przecież i tak wiedzą, że tu jest. Trudno, zaryzykuje. James brzmiał teraz tak beztrosko, że bardzo chciała go takim zobaczyć. Miała ochotę znów ogrzać się w tym blasku, który wtedy roztaczał.
— No proszę, kogo ja widzę! — Syriusz uśmiechnął się na jej widok. — Przyszłaś patrzeć, jak się upadlamy?
Lily zaśmiała się, siadając obok Jamesa, który pachniał teraz whiskey.
— Cześć, przyjaciółko — powiedział, odwracając się w jej stronę. Miał na sobie swój szkolny, czerwony t-shirt ze lwem Gryffindoru na piersi, który budził w Lily masę wspomnień. Nadal dobrze na nim leżał. — Zastanawialiśmy się, czy do nas dołączysz.
— Nie mogłam się oprzeć waszym czarującym głosom — odparła. — Cały dom drży w posadach...
— No już, już — przerwał jej rozbawiony Syriusz. — Łap. — Puścił w jej stronę szklankę, która prześlizgnęła się po drewnianym blacie. — Przyda ci się.
— Black...
— Nie ma wymówek — dodał James. — Alkohol zdaje ci się nieźle służyć. — Uniósł brwi, spoglądając na nią znacząco, a Lily poczuła, jak jej policzki oblewa rumieniec.
— Wręcz przeciwnie — mruknęła. — Zazwyczaj pakuję się wtedy w tarapaty.
— Jeśli macie przerzucać się tutaj seksualnymi aluzjami, to ja idę spać — westchnął Syriusz, opierając brodę na dłoni.
— Żadnymi seksualnymi... — oburzyła się Lily, na co James parsknął do swojej szklanki.
— Wypij do dna — rozkazał jej Syriusz z chytrym uśmiechem. — Na odwagę, żeby móc powiedzieć Jamesowi, co kazał ci zrobić Dumbledore...
Lily rozdziawiła szeroko usta, obrzucając go gniewnym spojrzeniem.
— Hej! Przynajmniej daję ci szansę, żebyś sama mu o tym powiedziała... — Black uniósł ręce w defensywnym geście.
Niestety, miał chyba rację. To zadziwiające, że im bardziej Lily go poznawała, tym więcej sensu dostrzegała w tym, co mówił. Nawet jeśli równocześnie miała go ochotę udusić gołymi rękami.
— O co chodzi? — spytał James, przypatrując się jej teraz z uwagą.
— Palant — rzuciła w stronę Syriusza, który jedynie wzruszył ramionami.
Nie namyślając się dwa razy, posłuchała jego kolejnej rady i wychyliła zawartość swojej szklanki.
— No, czekam — ponaglił ją James, widocznie już poirytowany.
— Och! No dobra! — Zezłościła się, nie wiedząc bardziej, czy na siebie, Blacka, Jamesa, czy może też Dumbledore'a. — Mam się skontaktować ze Snape'm...
James odłożył swoją szklankę na stół z głośnym brzdękiem.
— Co?
Lily spuściła wzrok, wpatrując się teraz uparcie w małe nacięcie na stole, które wydało jej się nagle niesamowicie fascynujące.
— Zaprzyjaźnić się z nim i wydobyć jakieś informacje — mruknęła.
— Po moim trupie — warknął James, podnosząc się od stołu z zadziwiającą zwinnością, jak na kogoś, kto wyraźnie był już wstawiony. — Muszę pogadać z Dumbledorem...!
— Tak, tak — przerwał mu rozbawiony Syriusz, łapiąc go za rękaw i trochę brutalnie ściągając z powrotem na krzesło. — Ochłoń, szefie.
— A ty jak długo już o tym wiesz? — James tym razem odwrócił się w stronę przyjaciela.
— Może ze dwa dni. — Black wzruszył ramionami.
Syriusz był zadziwiająco spokojny, biorąc pod uwagę wściekłe spojrzenie Jamesa.
— I nic nie powiedziałeś?
— Bo go o to prosiłam! — Lily stanęła w jego obronie.
— Nie możesz się z nim spotkać! To jakby wysyłał cię do siedziby śmierciożerców...!
— James, chyba trochę przesadzasz... — ofuknęła go Lily. — Wiem, że jest śmierciożercą. Każdy z was powiedział mi to chyba już ze sto razy. Ale był kiedyś moim przyjacielem i muszę spróbować.
James potarł twarz dłonią, marszcząc czoło.
— Zapomniałaś mu powiedzieć o czymś, co faktycznie w tym wszystkim ma sens — przypomniał jej Syriusz, przewracając oczami. — Evans chce, żebyśmy z nią poszli i ochraniali ją z ukrycia.
James wyraźnie złagodniał, przeczesując włosy rękami. Od razu przeszedł do planowania, trzeźwiejąc nieco.
— Razem ustalimy miejsce, okej? Wcześniej je przygotujemy — powiedział, a Lily szybko skinęła głową, chcąc uniknąć kolejnego wybuchu gniewu. — Czy Smark już coś odpisał?
Lily odetchnęła po cichu z ulgą.
— Jeszcze nie.
— Poinformuj mnie natychmiast, jak tylko przyjdzie list.
W kuchni zapadła chwilowa cisza.
— Dalej nie wiem, w jaki sposób zamierzacie się ukryć, żeby Severus was nie rozpoznał — mruknęła Lily.
— Zostaw to nam — odpowiedział Syriusz, puszczając do niej oko.
— Powiemy ci w swoim czasie — dodał James, dolewając sobie whiskey do szklanki. — Nie mogę uwierzyć, że Dumbledore kazał ci to zrobić...!
— James, sama chciałam dołączyć do Zakonu Feniksa. Nie mogę odmówić.
James pokiwał z niedowierzaniem głową, pociągając ze szklanki.
— Moja rola jest spełniona. Mogę was już zostawić samych. — Syriusz zaśmiał się, podnosząc od stołu i bez pożegnania skierował w stronę wyjścia z kuchni. — Moja noga już się zagoiła, Evans. Dzięki!
Zniknął na korytarzu, nim Lily zdążyła odpowiedzieć. Poczuła na sobie palący wzrok Jamesa.
— Nie wierzę, że powiedziałaś Łapie, a nie mnie!
— Bałam się twojej reakcji — odparła Lily. — Chyba słusznie, co nie?
James prychnął, pocierając oczy pod okularami. Przez chwilę wyglądał na bardzo zmęczonego. Lily przysunęła się do niego, nie mogąc się powstrzymać.
— Nie gniewaj się — dodała, stykając się teraz nogą z jego udem. — Czasem najciężej powiedzieć prawdę tym, z którymi się jest najbliżej...
— To rozumiem, że Mark też nic nie wie? — zakpił James.
— Czy możesz przestać? — zdenerwowała się Lily.
— Czy Mark cię pocałował? — spytał, a na jego czole pojawiła się znajoma zmarszczka. — Jako przyjaciel chyba mogę pytać o takie rzeczy, co?
Wlał w siebie resztę whiskey.
— Nie wiedziałam, że od teraz muszę ci opowiadać wszystkie szczegóły...
— Dorcas na pewno wszystko wie — uśmiechnął się złośliwie. — Chyba nie ma między nami różnicy, co?
— Pocałował mnie. Lepiej ci? — wycedziła przez zaciśnięte zęby.
— Tak. Jako twój dobry przyjaciel cieszę się, że twój przyszły mąż jednak ma jaja...
— Potter! Zamknij się w końcu! — krzyknęła, zrywając się na równe nogi.
Jak to było możliwe, że w ułamku sekundy potrafił sprawić, że najpierw miała ochotę się na niego rzucić, by go pocałować, a chwilę potem, by zdzielić ręką przez głowę?
— Jako przyjaciel, powinieneś wiedzieć, że to nie jest łatwa sytuacja i nie powinieneś mi jeszcze dokładać przy każdej możliwej okazji! Jeśli tak bardzo jesteś na mnie zły, to mi to powiedz wprost! — dodała, zaciskając dłonie w pięści. — No, dalej...!
James westchnął, również wstając. Podszedł do niej powoli i złapał jedną z jej pięści w swoją dłoń. Lily poczuła, jak rozluźnia się pod wpływem jego dotyku. Splotła palce z jego palcami, nim zdążyła pomyśleć o tym, co robi.
— Jestem zły... — powiedział cicho. Kiedy Lily poczuła jego znajomy zapach, wymieszany teraz z ostrą wonią whiskey, przez chwilę miała wrażenie, że to wszystko już się kiedyś wydarzyło. — Głównie na siebie, bo nic nie mogę zrobić.
— Ja też — odparła Lily, kładąc głowę na jego ramieniu. — Mam wrażenie, że kręcę się na karuzeli i nie wiem, jak z niej wysiąść...
James objął ją ramieniem, opierając nos na jej głowie.
— Nie chcę ci dokładać. Po prostu czasem nie mogę się opanować...
— To nigdy nie była twoja mocna strona. Zawsze byłeś porywczy. — Uśmiechnęła się, podnosząc wzrok, by na niego spojrzeć.
— Lubisz to we mnie, przyznaj! — Uniósł znacząco brwi, znów tak pewny siebie. — Tym cię uwiodłem...
Lily zaśmiała się, dając mu kuksańca w ramię.
— Lubię ten t-shirt — wypaliła, zanim ugryzła się w język.
James wyszczerzył zęby, lekko wypinając pierś do przodu.
— Pamiętam, że oskarżyłaś mnie wtedy, że się przechwalam mięśniami! A ja jedynie całkiem niewinnie siedziałem sobie w bibliotece...
— Przyszedłeś tam specjalnie! Przyznaj się, Potter. — Przewróciła oczami, nie potrafiąc jednak opanować uśmiechu. — I trochę się przechwalałeś, co nie? Chyba mieliście lustro w tym waszym chłopięcym dormitorium i wiedziałeś, jak wyglądasz...?
— Jak wyglądam? — Przechylił głowę w bok, sprytnie podłapując jej słowa.
— Jesteś taki próżny...!
— Sama powiedziałaś, że dobrze wyglądam!
— To akurat sobie dopowiedziałeś...
— Tak usłyszałem! — Zaśmiał się głośno.
— Po prostu stwierdziłam, że... ten t-shirt jest bardzo... opięty... — ściszyła głos, impulsywnie kładąc dłoń na jego klatce piersiowej. — I może faktycznie, wyglądasz w nim dobrze...
James położył dłoń na jej policzku i delikatnie potarł kciukiem o jej usta. Przymknęła oczy, pozwalając, by przyjemne ciepło związane z jego dotykiem objęło całe jej ciało. Otarła twarz o jego dłoń, pragnąc, by czas choć na chwilę był dla niej łaskawy i przestał tak pędzić. Podniosła powoli wzrok, by spojrzeć w jego oczy, które miały teraz ten znajomy jej, ciepły odcień. James obserwował ją, niemal nie mrugając. Oparł długą dłoń na jej talii, po czym przesunął na plecy Lily, przyciskając ją nieco bliżej do siebie.
— Cholerny Moody... — warknęła Dorcas, wchodząc z rozmachem do kuchni. — Jeszcze raz każe mi latać w takim mrozie, to mu tę miotłę wsadzę w...
Lily i James odsunęli się od siebie, niemal instynktownie. James usiadł z powrotem na swoim krześle i sięgnął po butelkę, dolewając sobie złocistego płynu do pustej szklanki. Lily odwróciła się do przyjaciółki, która zdawała się nie być świadomą tego, co między nimi zaszło.
— Uwierzycie, że latałam tak dwie godziny? Mieliśmy informacje, że może nastąpić atak, ale nie wiem, kto był informatorem... — Otwarła szafkę, wyjęła z niej czystą szklankę i opadła ciężko na wolne krzesło. — W każdym razie, nic się nie wydarzyło. A ja prawie sobie tyłka nie odmroziłam. Potter, polej mi tu, z łaski swojej.
Lily potarła twarz dłonią, starając się doprowadzić do ładu. Cholerny James... Jak zwykle, z jego twarzy oczywiście nie dało się nic wyczytać. Jak on to robił?
— Byliście tylko we dwójkę? — spytał James, spełniając prośbę Dorcas.
— Nie, Prewettowie nam towarzyszyli... Pytali o ciebie! — Puściła oko do Lily. — Mają nadzieję, że będziesz na jutrzejszym spotkaniu.
— Oczywiście, że będę — odparła Lily, czując, że znów się rumieni.
— A wy co tu tak siedzicie? — Dorcas przeniosła wzrok nieco podejrzliwie od twarzy, do twarzy.
— Evans powiedziała mi o Snape'ie — stwierdził James zupełnie bez wysiłku.
— Dobrze, dobrze... Na pewno mnie nie zawiedziesz, Potter i masz już jakiś plan, co nie? — Poklepała go po ramieniu.
— Zawsze mam jakiś plan — odparł James, uśmiechając się.
xxx
Stara elektrownia, w której odbywały się spotkania Zakonu Feniksa wyglądała, jakby już od wielu lat była opuszczona. Jej ciemny zarys zlewał się z czarną tonią Tamizy, której leniwy nurt przebiegał tuz za nią. Większość latarni, znajdujących się na jej terenie dawno już nie działało, a Mugole omijali to miejsce szerokim łukiem, zwłaszcza po zmroku. Czasem jedynie zbierały się tam grupki nastolatków, urządzając sobie nielegalne imprezy. Tego wieczoru było tam jednak całkowicie cicho.
— Ignis Phoenix — mruknął James, a na jednej ze ścian elektrowni nagle pojawiły się nieco zardzewiałe, metalowe drzwi.
Syriusz złapał za klamkę i przepuścił przodem Lily i Dorcas, które ruszyły wąskim, ciemnym korytarzem, oświecając sobie drogę różdżkami. Na końcu korytarza znajdowały się kolejne drzwi, prowadzące do siedziby Zakonu Feniksa. W znajomej, industrialnej kuchni siedzieli już niemal wszyscy. Lily zauważyła ze zdziwieniem, że nie było tam Remusa. Nagle zdała sobie sprawę, że nie widziała go od czasu ostatniego spotkania. Postanowiła potem zapytać o to Jamesa lub Syriusza. Moody też był tym razem nieobecny, ale Lily przypuszczała, że tak znana postać, jak on musi być raczej zbyt zajęta, by za każdym razem uczestniczyć w zebraniach.
— Cześć! — przywitał się Syriusz, wchodząc do kuchni.
— Chodzisz już normalnie — zauważył Frank z uśmiechem. — Wracasz do akcji, co nie?
— Jutro zabieram go ze sobą — powiedział z uśmiechem James, poklepując przyjaciela po ramieniu. — Ktoś mi musi nosić ekwipunek.
— Znajdź sobie innego lokaja, Potter — odparł Syriusz z udawanym oburzeniem. — Może Peter się zgłosi?
— Spadaj, Łapo — odgryzł się Peter. — Mam lepsze rzeczy do roboty.
— Lily Evans! Fabian już się martwił, że się dziś nie pojawisz — zawołał Gideon, szturchając brata ramieniem.
— Nie mogłabym opuścić spotkania — odparła Lily, szczerząc do nich zęby.
— Dorcas, słyszałam, że Moody kazał ci krążyć nocą na miotle po Londynie? — spytała Alice, wyglądając tak, jakby walczyła z wybuchem śmiechu.
— Stary wariat — westchnęła Dorcas, kręcąc głową z niezadowoleniem. — Następnym razem niech sam posadzi dupę na kijek.
— James, masz chwilę? — odezwała się Marlene.
— Jasne — odparł James i wyszedł za nią na korytarz.
Lily poczuła nieprzyjemny ucisk w żołądku. Ciekawe, o czym będą rozmawiać? Wszystkie inne głosy nagle zlały się wokół niej w całość. Zazdrość to było paskudne uczucie, a Lily zupełnie nie była do niego przyzwyczajona. Ostatni raz czuła się tak jeszcze w Hogwarcie.
— Widziałam ostatnio Marka przelotnie w Ministerstwie. — Emmelina nachyliła się do niej z zaciekawieniem. — Nie miałam czasu do niego zagadać...
— Spotkaliśmy się — odpowiedziała Lily, siląc się na lekki ton. — Ale ukrywamy się. Nie chcę go narażać, mając śmierciożerców na karku.
— Jasne. To rozsądna strategia — odparła Emmelina, kiwając głową z uznaniem. — Jestem tylko ciekawa, ile on tak naprawdę wie...
— Nie rozmawiałam z nim jeszcze o tym.
Lily nie miała zamiaru ciągnąć tematu. Wolała udawać niewiedzę.
— Lily, może potrzebujesz pomocnika w warzeniu eliksirów? — wciął się Fabian, nagle znajdując się obok niej. — Jak coś, to jestem chętny.
— Będę pamiętać — odpowiedziała, śmiejąc się. — Ale już mam pomagiera. Black ostatnio często do mnie zagląda.
Syriusz odwrócił się w jej stronę, powoli unosząc brwi w górę.
— Nie pomagam, a nadzoruję. Chyba coś ci się pomyliło! — odparł przesadnie wyniośle.
— Black. Ty i ja, na zewnątrz, za pięć minut. — Fabian dźgnął go palcem w ramię, ze śmiertelnie poważną miną.
— Potrzebujecie sekundanta? — spytał niewinnie Gideon. — Weźmiecie różdżki czy rewolwery?
Peter zaśmiał się głośno, wypluwając część piwa, którą dopiero co wypił.
— Bierzesz na cel nie tę osobę, którą powinieneś — odpowiedział Syriusz, poklepując Gideona po ramieniu. — Przykro mi, stary.
— Chodźcie, Dumbledore nas woła — powiedział James, zaglądając do kuchni.
Marlene stała tuż za jego plecami. Lily zauważyła, że dziewczyna nie zamierza chyba dzisiaj opuszczać jego boku. No i oczywiście, musiała założyć jakieś przylegające i krótkie szaty, w pięknym odcieniu burgundu, który doskonale podkreślał jej oliwkową karnację...
— Dam ci kasę i pójdziesz mi kupić jakieś ubrania, okej? — szepnęła do Alice, łapiąc ją pod ramię. — Ciągle chodzę w jednych i tych samych starych szatach Pottera...
Alice wyszczerzyła do niej zęby, obrzucając ją spojrzeniem.
— Nie prosiłaś jeszcze Dorcas? — zażartowała, na co Lily prychnęła.
— Powierzyłabym jej własne życie, ale nie ufam jej wyczuciu stylu!
Alice zachichotała, kiwając głową ze zrozumieniem.
xxx
— Profesorze, czy ma pan chwilę? — spytała Lily po skończonym spotkaniu, podchodząc do Dumbledore'a.
— Oczywiście, Lily.
Bracia Prewett nie odstępowali jej na krok.
— Zostajesz na drinka? — spytał Fabian, obejmując ją ramieniem.
— Zostajemy wszyscy — odpowiedział mu głośno James, nagle pojawiając się u jego boku. — Chodź, przyniosłem butelkę z barku ojca.
Napierając na niego lekko, wypchnął go z pomieszczenia w stronę drzwi.
— Zaraz do was przyjdę — rzuciła przez ramię Lily, siadając naprzeciwko Dumbledore'a i czekając, aż sala się opróżni.
Gideon ociągał się nieco, zbierając swoje notatki ze stołu, ale w końcu i on wyszedł na korytarz.
— Rozumiem, że chodzi o zadania, które ci powierzyłem? — zaczął Dumbledore, gdy w końcu zostali sami.
Lily skinęła głową. Potrzebowała podzielić się swoimi przemyśleniami. Może powinna zmienić strategię?
— Spotkałam się z Markiem — powiedziała. — Na razie powiedziałam o tym jedynie Dorcas i była ze mną...
— Pod Świńskim Łbem? — przerwał jej Dumbledore z uśmiechem. — Aberforth mi powiedział.
— No tak... — zmieszała się, ganiąc w myślach za to, że tego nie przewidziała. — Wygląda na to, że Mark jest skłonny mi przebaczyć. Nie rozmawialiśmy na razie zbytnio o sprawach związanych z Ministerstwem...
— To zrozumiałe. Do tego potrzeba czasu — zgodził się Dumbledore, kiwając głową.
— Ale Mark wspomniał o czymś, co dało mi do myślenia. Chciałby dopisać mi magicznych przodków do mojego drzewa genealogicznego... Zastanawiam się, jak bardzo ma się pogorszyć sytuacja mugolaków, że myśli już w tych kategoriach...
— Mam podejrzenia, że oprócz swoich ludzi w odpowiednich miejscach, Voldemort szantażuje Ministerstwo w tej kwestii — odparł Dumbledore, nagle wyglądając na wyjątkowo zmęczonego. — Myślę, że chciałby usunięcia was z magicznego świata.
Lily przełknęła ślinę, odruchowo sprawdzając, czy ma różdżkę w kieszeni.
— Zastanawiam się, jak dalej poprowadzić ten wątek, żeby wydobyć z Marka potrzebne nam informacje...
Poczuła się nagle wyjątkowo nieporadnie, jak wtedy, gdy dopiero zaczynała uczyć się czarować.
— Nie spiesz się, Lily. Najpierw wybadaj grunt, a zobaczysz, że odpowiednia chwila sama do ciebie przyjdzie — uspokoił ją profesor. — Bardzo dobrze, że przyszłaś do mnie z tą sprawą.
— Jest jeszcze kwestia Snape'a... Napisałam do niego, ale nie dostałam odpowiedzi.
Dumbledore westchnął, splatając swoje długie palce przed sobą na stole.
— Pan Snape ma na tyle rozumu, że na pewno musi dobrze przemyśleć swój następny ruch.
— Nie wiem, czy odpisze... To dla niego duże ryzyko — przyznała z rezygnacją Lily.
Sama nie była pewna, czy wolałaby, żeby Snape nigdy nie odpowiedział na jej list. Miałaby naturalną wymówkę, by się z nim nie spotykać.
— Poczekajmy.
— Powiedziałam o tym Dorcas, a ona poradziła mi poprosić o pomoc Jamesa i Syriusza.
Dumbledore skinął głową z wesołym błyskiem w oku.
— Bardzo rozsądnie. Oni mają spore doświadczenie w tego typu misjach.
— Chciałabym, żeby mi towarzyszyli przy spotkaniu. Mają na to jakiś sposób...
— Nie wątpię! — Dumbledore uśmiechnął się, poprawiając swoje okulary połówki na nosie. — Z tego, co zdążyłem się już dowiedzieć, to udało im się zwieźć nawet mnie w czasie swoich szkolnych lat... Zaufałbym im, skoro tak mówią. Pamiętaj, że Severus jest śmierciożercą, ale zdaje się dalej mieć bijące serce, Lily. Gdyby tak nie było, nie ostrzegłby cię. Kto wie, może przy odpowiedniej perswazji, zdołasz do niego dotrzeć?
Lily westchnęła, nie potrafiąc zamaskować swojego sceptycyzmu.
— Naprawdę pan tak uważa?
— Jak już mówiłem, ludzkie serce to bardzo skomplikowany organ. Czy jest coś jeszcze, Lily?
— Zaczęłam już warzyć Eliksir Wielosokowy i Veratiserum. I to właściwie chyba tyle — zakończyła, czując się niezręcznie, gdy Dumbledore wpatrywał się w nią, niemal bez mrugnięcia okiem.
— Doskonale, Lily. Informuj mnie dalej o swoich postępach.
Skinęła głową, podnosząc się z krzesła.
— A teraz idź, bo zdaje się, że jest sporo osób, które tam na ciebie czekają — zażartował, unosząc swoje rude brwi.
Lily uśmiechnęła się w odpowiedzi i ruszyła w stronę kuchni, czując się dziwnie podniesiona na duchu. Była w znacznie lepszym nastroju, gdy miała na czym skupić myśli.
— Evans! — Gideon od razu podniósł się od stołu na jej widok. — Mam dla ciebie bardzo ważne pytanie... — Spojrzał na nią z powagę, obejmując ją w pasie. — Wino czy piwo?
Lily zaśmiała się na głos.
— Właściwie, to ciekawi mnie zawartość piwniczki taty Pottera — odparła, rozglądając się za Jamesem.
Oczywiście siedział obok Marlene. Nie mogło być inaczej. Całą siłą woli powstrzymała się od grymasu.
— To gin, który kupił sobie chyba jeszcze będąc w Hogwarcie, bo ma ze sto lat. — James pokazał jej wiekową butelkę, z niemal już całkowicie wyblakłą etykietą.
— To mi też polej — powiedział Frank, nadstawiając swoją szklankę.
Lily usiadła obok Syriusza i nachyliła się do niego.
— Gdzie jest Remus? — spytała.
— Dostał zadanie. Powinien wrócić na następne zebranie — odparł po cichu Black. — Rozmawiałaś z Dumbledorem o Snapie?
Lily skinęła głową.
— Wierzy w wasze możliwości.
Uśmiechnęła się do niego, na co Syriusz wyszczerzył zęby.
— Masz, Evans! — James nachylił się do niej, podając jej szklankę z ginem. — Na zdrowie.
Szczerząc zęby obserwował, jak Lily bierze łyka napoju.
— Uuu... mocne! — Skrzywiła się, na co James i Syriusz zaśmiali się na głos. — Pracujecie na co dzień w Ministerstwie — zwróciła się do Alice i Franka. — Jaka tam jest teraz atmosfera?
— No cóż, powiedzmy, że są duże zawirowania kadrowe — odpowiedziała Alice. — Dużo osób nagle rezygnuje ze swoich stanowisk i pojawiają się zamiast nich nowe nazwiska.
Frank przysunął się do żony.
— Ale z nami nikt nie chce rozmawiać — wtrącił się, wzdychając. — Wiedzą za dobrze, po której stronie jesteśmy, trzymając z Moody'm, więc ciężko nam węszyć po innych działach.
— Ja za to mam ograniczony dostęp, bo właściwie jesteśmy trochę poza samym Ministerstwem — dodała Marlene.
Lily starała się nie zwracać uwagi na to, jak jej noga stykała się z Jamesem. Wyobraźnia podsyłała jej wtedy nieprzyjemne obrazy Marlene siedzącej okrakiem na Jamesie i wplatającej swoje zgrabne palce w jego czarne włosy tak, jak niegdyś robiła to Lily...
— Twój Mark za to jest w samym centrum wydarzeń, prawda? — spytała Emmeline.
— Nie rozmawialiśmy ostatnio o jego pracy — powiedziała Lily, wyłapując spojrzenie Dorcas.
— A co z waszym ślubem? — Oczywiście, Marlene interesował tylko jeden temat.
Lily wzruszyła ramionami, pociągając ze szklanki.
— Nie wiem. Na razie o tym nie myślimy. Samo spotykanie się jest już sporym wyzwaniem.
— Jakby ten twój cały Mark jednak tchórzył, a miałby ci przepaść termin wesela, to poświęcę się dla dobra sprawy i zajmę jego miejsce — zażartował Fabian.
— Mój brat ma wielkie serce! — Westchnął Gideon. — Jesteśmy niemal identyczni, więc jakbyś wyszła za jednego, to miałabyś drugiego gratis.
Dorcas, Peter i Syriusz parsknęli śmiechem.
— Nie macie w planach jakiejś dłuższej misji? — spytała ich Alice, przewracając oczami. — Przydałaby się chwila spokoju.
— Nigdzie się nie wybieramy — odparli jednocześnie.
— Na mnie za to już pora — powiedziała Emmelina, machając wszystkim na pożegnanie i podnosząc się z krzesła. — Marlene, idziesz ze mną?
— Tak... Lily, masz chwilę? — spytała nagle, kierując wzrok w jej stronę.
Lily zamarła, zaskoczona.
— Chyba pójdę z wami — powiedział Fabian, udając, że wstaje od stołu. — Cokolwiek zamierzacie robić, chcę tam być.
Marlene zupełnie go zignorowała.
— Może w sali spotkań? — dodała, patrząc na Lily wyczekująco.
Lily zauważyła, że James wyprostował się na krześle, nasłuchując ich wymiany zdań. Syriusz wyszczerzył zęby, widocznie rozbawiony i przesiadł się szybko obok niego, zagadując go cicho na boku.
— Jasne... — odpowiedziała Lily, idąc we wskazanym jej kierunku. Szata Marlene prezentowała się naprawdę wspaniale. Nagle Lily poczuła się wyjątkowo niepewnie. Kiedy ostatnio sprawdzała w lustrze, jak wygląda? Czy dzisiaj w ogóle się czesała? — O co chodzi? — spytała, zamykając za sobą drzwi do sali.
— Chciałam zapytać... — zaczęła McKinnon, opierając się o biurko i krzyżując przed sobą swoje długie nogi — ...czy między tobą, a Jamesem coś jest?
Lily wypuściła powietrze przez usta, zaskoczona jej bezpośredniością. Myślała, że przynajmniej początek będzie łagodniejszy.
— To chyba nie twoja sprawa, co nie? — odpowiedziała, krzyżując ręce na piersi.
McKinnon uniosła wysoko idealne brwi i nadęła czerwone usta.
— Czyli nie zaprzeczasz?
— Czyli nie zamierzam odpowiadać — odparła chłodno Lily.
— Uważam, że skoro masz narzeczonego, to powinnaś zostawić Jamesa w spokoju i poprosić Marka o pomoc.
Lily prychnęła, czując jak burzy się w niej krew. Była bliska osiągnięcia swojego limitu.
— A ja uważam, że to naprawdę nie jest twoja sprawa, z kim się spotykam i kogo proszę o pomoc — zdenerwowała się. — I chyba jesteś nieco wścibska, wtrącając się w coś, co ciebie nie dotyczy.
— Jeśli dotyczy to Jamesa, to dotyczy też mnie — odpowiedziała wyniośle Marlene.
— Czyżby?
— Nigdy go nie chciałaś, ale nie pozwalasz mu też spotykać się z kimkolwiek innym.
Lily zaśmiała się, nim udało jej się powstrzymać.
— Nie wiedziałam, że się spotykacie!
— Wiele jeszcze nie wiesz — odparła Marlene, uśmiechając się z wyższością. — Zanim się pojawiłaś, James miał się świetnie. Nie wiem, czemu trzymasz się go tak kurczowo, nie pozwalając mu ruszyć do przodu...
— Myślę, że James ma własny rozum — warknęła Lily. — I jeśli ktoś tutaj trzyma się go kurczowo, to chyba ty!
— Evans, jeśli nic między wami nie ma, wycofaj się!
— Jeśli James poprosi, żebym się wyprowadziła, to zrobię to — zakończyła Lily, starając się uspokoić oddech. — A teraz wybacz, mam lepsze rzeczy do roboty. Do zobaczenia za tydzień.
Wyszła gniewnie z sali, weszła do kuchni i porwała z krzesła swój płaszcz, nie zwracając uwagi na zebrane tam osoby. Straciła ochotę na towarzystwo.
— Lily! — James dogonił ją na korytarzu. — Co jest? Idziesz?
Spojrzała na niego. A może okłamał ją, mówiąc, że między nim i Marlene wszystko skończone? Ale dlaczego miałby to robić? Chyba zaczynała popadać w paranoję. To było zupełnie nie w jego stylu.
— Muszę chyba ochłonąć — odparła, zatrzymując się przed drzwiami prowadzącymi w głąb ciemnego i długiego korytarza.
— Poczekaj — zagrodził jej przejście, starając się spojrzeć w oczy. — O co poszło?
Lily prychnęła, uśmiechając się gorzko i kiwając głową.
— A jak myślisz? — spytała, czując nagle dopadające ją zmęczenie.
— Cokolwiek powiedziała Marlene...
— Wiesz, co jest najgorsze? Ona chyba trochę ma racje.
Przepchnęła się obok niego i ruszyła szybko przed siebie, aż do momentu, gdy nie wyszła wreszcie z budynku. Czując chłodne, wieczorne powietrze na twarzy, spojrzała na księżyc, odbijający się w ciemnych wodach Tamizy.
Krok do przodu, dwa do tyłu. Kiedy to się skończy?
Następne dwa rozdziały są chyba jednymi z moich ulubionych ;) Zapraszam do komentowania!
