Hermiona wysiadła z pociągu, pożegnała się ze wzruszeniem z Harry'm, Ronem i Ginny, porozmawiała parę minut z resztą Weasleyów, po czym opuściła peron 9 i ¾, by odszukać na stacji kolejowej swojej mamy i razem z nią wrócić do domu i rozpocząć wakacje.

Westchnęła i uśmiechnęła się do siebie smutno, gdy w oddali zobaczyła matkę. Tak bardzo brakowało jej w tym widoku stojącego obok mamy ojca... Wiedziała jednak, że już nigdy nie będzie dane jej go ujrzeć. Nigdy już nie będzie stał u boku Jean Granger. Nigdy nie wejdzie, jak to miał w zwyczaju, wieczorem do pokoju Hermiony, gdy przebywała w domu w czasie wakacji lub ferii, by postawić jej na biurko gorące kakao i opowiadać przez piętnaście minut o tym, jakie problemy w pracy miał w ostatnim czasie. Nigdy tego nie zrobi, bo nie żyje. Nie żyje od dwóch lat, trzech miesięcy, ośmiu dni. Hermiona mimowolnie liczyła w głowie dni, które upływały, odkąd jej tata zginął w ataku terrorystycznym w Londynie. Został zastrzelony tylko dlatego, że znalazł się w nieodpowiednim miejscu w nieodpowiednim czasie. Ta świadomość była dla Hermiony najbardziej dołująca.

Pani Granger, która już wyciągała ramiona ku swej córce, by ją objąć i być może rozpłakać się, jak to zdarzyło jej się rok, a także dwa lata temu, kiedy samotnie przybywała po córkę na stację, czekała na nią tutaj, a nie na peronie, gdyż chyba nie chciała słów pocieszenia od Weasleyów oraz rozmowy o tym, co się stało. Wiedzieli, ponieważ Hermiona im powiedziała, jednak pani Granger nie potrafiła o tym rozmawiać. Co prawda w jakimś stopniu pogodziła się już z tym, co się stało, ale za każdym razem, gdy ktoś przy niej – poza Hermioną – poruszał temat pana Grangera, spinała się i wlepiała niewidzące spojrzenie przed siebie.

– Ależ się cieszę, że wróciłaś – powiedziała Jean, trzymając już minutę córkę w swych objęciach. – Gdy jesteś w Hogwarcie, czuję się bardzo samotna...

– Wiem, mamo – odparła Hermiona, a jej warga zadrżała. – Ale został mi jeszcze tylko siódmy rok. Później wrócę do ciebie, poszukam pracy w naszym świecie...

Zaczęły zmierzać w stronę wyjścia z dworca.

– Ach, nie rozmawiałyśmy jeszcze o tym... – pani Granger zerknęła na nią. – Hermiono, nie musisz wracać do mnie i szukać pracy u nas. Nie po to uczysz się w szkole magii i jesteś w niej wybitną uczennicą, by nic potem z tego nie mieć.

– Przecież nie możesz do końca życia żyć sama. Nie zgadzam się na to.

– Nie jestem zupełnie sama... Mam koleżanki, siostrę... Dam radę. Poza tym będziesz do mnie wpadać. Jakoś sobie poradzimy.

Zanim wróciły do domu, kupiły sobie duże kubełki frytek. Hermiona uśmiechała się, krocząc ulicami Londynu i obserwując zwykłych ludzi, samochody, gazety w rękach przechodniów, na których zdjęcia się nie ruszały...

– Może zrobimy dziś na kolację coś specjalnego? Uczcimy to, że wreszcie jesteśmy razem i mamy dwa miesiące przed sobą wspólnego spędzania czasu! – zaproponowała Hermiona z uśmiechem, otwierając szafkę w kuchni, by wyjąć z niej kubek i zrobić sobie herbatę.

Dłoń ześlizgnęła jej się z uchwytu otwierającego szafkę, gdy jej wzrok spoczął na ulubionym kubku jej taty, który wciąż stał na swoim miejscu. Podbródek zaczął jej drgać. Jean, która właśnie wstawiała wodę na herbatę, zauważyła to i szybko podeszła do córki, po czym mocno ją do siebie przytuliła.

– Musisz przywyknąć. Za parę dni będzie już dobrze – mówiła. – Wiele jego rzeczy stoi wciąż na swoich miejscach, kochanie...

– I dobrze – powiedziała Hermiona przez łzy. – Nigdy nie wolno nam o nim zapomnieć. Masz rację, muszę przywyknąć, za każdym razem, gdy od tamtego czasu wracam do domu na wakacje, muszę przywykać od nowa... Jakby ta okrutna prawda wciąż do mnie nie do końca docierała...

– To po prostu smutek i tęsknota. Ja też je wciąż bardzo często czuję... Ale tata czuwa nad nami. Ciągle to zauważam.

Przez parę minut milczały, obejmując się wzajemnie.

– To jak z tą kolacją? – zapytała w końcu Hermiona, odsuwając się od mamy, gdy usłyszały gwizd czajnika.

– Jestem jak najbardziej za. Może zrobimy ryż z sosem warzywnym i kurczakiem?

– Jasne, uwielbiam to!

– Wiem – pani Granger uśmiechnęła się.

Do wieczora Hermiona siedziała prawie cały czas w swoim pokoju, najpierw rozpakowując kufer, a następnie czytając z fascynacją mugolski romans, siedząc na laptopie i przeglądając wiadomości z mugolskiego świata, a później rozciągając się przy filmiku mugolskiej instruktorki jogi. Mówiąc krótko, niesamowicie cieszyła się, że wróciła do tego świata, który był dla niej często bardziej niezwykły i zaskakujący, niż ten magiczny.

O tym jednak, że mugolski świat miał zaskoczyć ją bardziej, niż kiedykolwiek magiczny, miała się dopiero przekonać...

Pierwszy miesiąc wakacji minął Hermionie i jej mamie bardzo przyjemnie i spokojnie. Większość czasu spędziły w domu, jednak nie nudziły się. Wyjazd na parę dni gdzieś nad wodę planowały w sierpniu, który właśnie nadszedł. Nadszedł, a wraz z nim wielka niespodzianka...

Hermiona ze zmarszczonymi brwiami i dziwnym uśmieszkiem przyglądała się swojej mamie, kiedy ta stała przed lustrem i przykładała do siebie to wieszak z jedną sukienką, to z drugą.

– Mamo, co dziś za wyjątkowy dzień, że się tak stroisz? – zapytała podejrzliwie.

– Ach... – Jean zmieszała się, a na jej policzki wstąpiły rumieńce. – Nie mówiłam ci, bo nie byłam pewna, czy w ogóle dojdzie do tego dzisiejszego spotkania... Poznałam ostatnio w knajpce pewnego faceta... Wtedy, kiedy byłam z koleżanką pogadać przy drinku... Wydawał mi się strasznie dziwny, odstawał dosyć od społeczeństwa... Pomyślałam nawet, że może jest z tego magicznego świata... Luiza musiała po pewnym czasie lecieć, bo zadzwonił jej mąż, że ich dziecko dostało gorączki, więc zostałam w knajpce sama i tak wyszło, że się przysiadł do mnie. Długo rozmawialiśmy. Bardzo inteligentny i błyskotliwy człowiek. Próbowałam nawet z niego wyciągnąć, czy nie jest przypadkiem czarodziejem, ale nie wpadł w żadną z moich pułapek, a zapytać wprost nie mogłam, czy nim jest, bo gdyby się okazało, że nie, to od razu byłabym przekreślona w jego oczach, no bo przecież co to za pytanie w ogóle, prawda? Także nie wiem tak naprawdę, kim on jest.

– Och, mamo, czarodzieje raczej nie przesiadują w mugolskich knajpkach – Hermiona zaśmiała się. – Wątpię więc, by nim był. No chyba, że byłaś w Dziurawym Kotle, ale nie sądzę.

– Nie, byłam w tej knajpce, do której się dojeżdża autobusem od nas. Tej niedaleko.

– No to tam żaden czarodziej raczej nie zawędrował. A jak się umówiliście w końcu, skoro mówisz, że nie byłaś pewna, czy dojdzie dziś do spotkania?

– Bo przy tym ostatnim spotkaniu podałam mu numer telefonu, ale nie umówiliśmy się na żaden konkretny dzień... I dziś... Zastałam pod drzwiami ten liścik – podała Hermionie kawałek kartki, na którym było coś napisane. – Nie wiem, jakim cudem poznał nasz adres, pewnie jakoś przez internet, czy coś...

Witaj, to ja – nieznajomy z knajpy. Podałaś mi numer telefonu, jednak stwierdziłem, że będę bardziej oryginalny i postaram się zdobyć Twój adres, by umówić się z Tobą listownie. Jeśli jesteś chętna na spotkanie, to będę dziś czekał w tej knajpie, co ostatnio, o godzinie 19. Niech nie przeraża Cię ciemność nocy, zobowiązuję się odprowadzić Cię pod dom."

– Chwila, znam ten charakter pisma! – zawołała Hermiona i zaczęła się głęboko zastanawiać, do kogo należał.

– Och, na pewno nie znasz – Jean zaśmiała się. – Po prostu może ci przypomina czyjś.

– Zapewne... – odparła dziwnym tonem Hermiona, oddając mamie powolnie liścik i wciąż podejrzliwie na niego zerkając. – Ale dałabym sobie rękę uciąć, że ktoś, kogo znam, ma bardzo podobne pismo... Ale nie pamiętam kto.

– Hermiono... Wracając jeszcze do tematu... Mam nadzieję, że nie jesteś na mnie zła, że się z kimś idę spotkać? Właściwie nie z kimś, a z mężczyzną... W końcu... No wiesz... Tata...

– Mamo, oczywiście nie jestem na ciebie zła! Masz prawo do szczęścia i jeśli tylko ten facet ci je zapewni, to go zaakceptuję w naszej rodzinie. Baw się dzisiaj dobrze i pokaż mu, jak urocze są kobiety z rodziny Granger.

Hermiona zamierzała czekać na powrót mamy, jednak gdy po jodze, którą zaczęła regularnie uprawiać, poszła wziąć kąpiel, a następnie położyła się na łóżku, momentalnie zasnęła. Obudziła się dopiero około północy i to nie sama z siebie, a przez głosy dobiegające z salonu. Jej mama opowiadała właśnie głośno jakąś historię. Hermiona obstawiała, że Jean nawet nie zdawała sobie sprawy, że mówi tak głośno, zapewne za sprawą wina, którego zapach czuć było w powietrzu, gdy dziewczyna otworzyła cicho drzwi swojego pokoju i wyszła na korytarz.

– Moja córka, Hermiona, wróciła miesiąc temu ze szkoły... Uczęszcza do szkoły z internatem, dlatego wraca tylko na wakacje i ferie... Jest świetną uczennicą... Niestety uczy się takich rzeczy, że niewiele z nich rozumiem...! – Jean wybuchnęła śmiechem. – Pewnie i ty byś nie zrozumiał, więc szkoda się nad tym rozwodzić. Och, Severusie, doleję ci jeszcze wina!

Hermionie ugięły się kolana i upadła na podłogę. Na szczęście na korytarzu rozłożony był gruby dywan, który stłumił dźwięk upadku. Nie, to niemożliwe, pomyślała. Przecież mężczyzn o tym imieniu na pewno jest całkiem sporo...! I w dodatku... zapewne całkiem sporo z nich ma pismo...

– To zabawne, ja właśnie pracuję w szkole z internatem i też wracam do domu tylko na wakacje i ferie – usłyszała.

...i, o Merlinie, nawet głos, Severusa Snape'a! Tak... na pewno sporo!

Gdy opuścił ją szok, zalała ją fala złości. Przecież Snape musiał wiedzieć, że przeklęta Jean Granger to matka jego uczennicy, a także musiał być świadom, że przeklęta Hermiona, która uczy się w szkole z internatem, z której wraca do domu tylko na wakacje i ferie, to ta sama przeklęta Hermiona Granger, którą mija w roku szkolnym na korytarzach! I w dodatku okłamywał jej matkę, że nie jest czarodziejem! To był szczyt wszystkiego. Postanowiła przerwać tę żenadę i zbiegła – w piżamie składającej się z białego, przyległego do ciała topu oraz z białych spodenek – do salonu.

– Mamo...?! – spojrzała na rodzicielkę wzrokiem wojownika, który zamierza bronić swej ojczyzny nawet za cenę śmierci.

– Och, Hermiono! – Jean wlepiła w nią zaskoczone spojrzenie i podniosła się z fotela.

Hermiona dostrzegła szczęśliwe iskierki w oczach matki, których nie widziała od dwóch lat i ponad trzech miesięcy. Zawahała się.

– A więc to musi być twoja córka...? – Snape spojrzał na Jean, a następnie na Hermionę. W jego wzroku, który nie wydawał się na początku czegokolwiek zdradzać, Hermiona dostrzegła nagle jakby pewne ostrzeżenie.

– Tak, to moja Hermiona. Najwspanialsza dziewczyna na świecie. Hermiono, to jest Severus. Odprowadził mnie do domu i tak wyszło, że stwierdziliśmy, iż jeszcze posiedzimy trochę w salonie...

Severus podniósł się z fotela i podszedł do Hermiony, a następnie wyciągnął ku niej dłoń. Stali tak, że on znajdował się tyłem do Jean, a jednocześnie zasłaniał przed jej wzrokiem Hermionę. Uśmiechnął się do niej ironicznie.

– Chyba nie chcesz, aby mama była nieszczęśliwa? – wyszeptał tak cicho, że tylko ona mogła go usłyszeć. – Udawaj, że mnie nie znasz. Inaczej doprowadzę twoją matkę do łez.

– Mnie także bardzo miło jest pana poznać – powiedziała po dłuższej chwili głośno Hermiona, wpatrując się wojowniczo w mężczyznę.

– Pewnie skręca cię, że nie jesteś na jej miejscu...? Trudno było nie wychwycić tych spojrzeń pod koniec szóstego roku...

Odwrócił się od niej i wrócił na fotel, jednak po chwili stwierdził, że powinien już iść. Jean zaprosiła go na następny dzień na kolację do domu, na co Severus chętnie się zgodził.

– I co o nim myślisz? Przepraszam, że cię obudziłam, wiesz, jak się wydzieram po winie... – rzekła pani Granger, sprzątając lampki ze stołu.

– Nic się nie stało. A jeśli chodzi o niego... – odparła Hermiona, czerwona na twarzy, próbując opanować wściekły ton i drżenie głosu – wydaje się w porządku. Ale czy nie działasz trochę za szybko...? Już jutro kolejne spotkanie?

– Wiem, wymsknęło mi się trochę z tą kolacją... – odparła Jean. – Ale on jest tak czarujący, że nie mogłam się powstrzymać. Lecę się kąpać i spać, dobranoc, kochanie.

– Dobranoc... – odparła Hermiona, chociaż wiedziała, że dla niej bynajmniej nie będzie to dobra noc.