Od tłumacza: Kilka osób zwróciło mi uwagę, że „bierki" to nieprawidłowy termin w kontekście szachów. Otóż właśnie jak najbardziej prawidłowy. Na szachownicy stoją bierki, dzielące się na pionki (te osiem maluchów z przodu) i figury (cała reszta).

Dziękuję wszystkim czytelnikom, tym którzy dodali sobie mój profil i tę historię do ulubionych, a zwłaszcza osobom, które poświęcają parę chwil, by napisać mi co myślą.

Zapraszam na mój blog literacki „Z pierwszej półki" zpierwszejpolki[kropka]blox[kropka]pl


Od autora: Standardowe zastrzeżenie: Nic nie mamy. Wszystko należy do JKR. Złóżcie jej pokłon! Ej, ty! Tam z tyłu! POWIEDZIAŁEM ZŁÓŻ JEJ POKŁON! IMPERIO! MASZ SIĘ POKŁONIĆ!


Rozdział 5 – Bohaterowie i złamane serca

Chaos w Hogwarcie

Harry i jego przyjaciele dotarli do wejścia do Pokoju Wspólnego. Zanim wyszli, dyrektor dał Harry'emu jego plan zajęć na nadchodzący rok szkolny. Był ciężki, prawie tak jak plan, do którego dyrektor usiłował go zmusić rok wcześniej. Przynajmniej tym razem będzie miał wolne weekendy i święta. Niestety w trakcie tygodnia nie będzie miał nawet chwili na złapanie oddechu.

Harry zbliżył się do wejścia do dawnego gryfońskiego pokoju wspólnego z duszą na ramieniu. Jeśli pokoje wspólne zmieniły się w jeden, tak jak powiedział Dumbledore, to w środku czekało na nich zapewne jeszcze więcej niespodzianek.

Harry poprowadził swoich przyjaciół przez przejście. Przynajmniej ich hasło wciąż działało. Na progu pokoju stanął jak wryty, aż Ginny wpadła mu na plecy, a Ron wpadł na siostrę. Harry zrobił krok w bok, by nie blokować przejścia i z niedowierzaniem gapił się na widok przed nim.

To, co kiedyś było małym przytulnym pokojem wspólnym teraz okazało się wielką salą! Kominki i kanapy zajmowały całe ściany. Pomieszczenie wyposażone było w hojny zapas foteli i biurek do odrabiania zadań domowych. Wejścia do dormitoriów zajmowały niemal całą powierzchnię ścian, na których nie było kominków. Koło każdych drzwi wisiał pergamin, oznajmiający kto mieszka w pokojach przy danej klatce schodowej.

W Pokoju Wspólnym rozbrzmiewało kilka głośnych kłótni. Ludzie odczytywali przydziały do dormitoriów i nie byli tym zachwyceni.

Harry zaczął czytać najbliższy pergamin. Ku jego zaskoczeniu imiona oznaczały, że wymieszani zostali ludzie z różnych domów. Widział Ślizgonów zakwaterowanych razem z Puchonami, Gryfonami i Krukonami. To wyjaśniało kłótnie i krzyki. Poczuł, jak ktoś ciągnie go za szatę. Spojrzał w dół i ujrzał Erikę i Eryka.

- Gdzie mamy uiść? – spytała Erika. Eryk patrzył na uczniów szeroko otwartymi oczami.

Harry dostrzegł, że zamieszanie wśród starszych uczniów wystraszyło nie tylko tę dwójkę, ale również innych pierwszaków, którzy stłoczyli się razem dla bezpieczeństwa. Skinął na Ginny i Hermionę.

- Gin, Mionko, pierwszaki są przerażone zachowaniem starszych uczniów. Weźmy kilku członków AD i zaprowadźmy ich do pokojów.

Ginny nachyliła się do Eriki i spytała:

- Chcesz, żebym pomogła ci znaleźć twój pokój?

Erika spojrzała z lękiem na Eryka, ale wtrącił się Harry:

- Nie martw się, Eryko. Pomogę twojemu bratu znaleźć jego pokój.

Harry wziął Eryka za rękę i udali się w poszukiwaniu pergaminu z jego imieniem. Ku jego uldze po sprawdzeniu kilku drzwi odkrył, że jego imię i Eryka widnieje na tym samym pergaminie. Zabrał Eryka do jego dormitorium i pokazał mu, gdzie będzie spał. Skrzaty domowe zaczęły już rozpakowywać jego rzeczy. Przez pewien czas pokój był pusty, ale po chwili wszedł drugi chłopiec i przywitał się serdecznie.

- Siemka! Jestem Angelo, Angelo Assanti! Ej, fajnie tu!

Harry uśmiechnął się, widząc jak Eryk rozmawia z nowym kolegą. Powiedział młodszym chłopcom, że jego dormitorium jest kilka pięter wyżej i że jeśli będą czegoś potrzebowali mają poszukać jego lub Hermiony. Wyszedł z uśmiechem na twarzy. Angelo właśnie uczył Eryka jak grać w Eksplodującego Durnia.

Wrócił do Pokoju Wspólnego i zorientował się, że większość pierwszaków zniknęła. Członkowie AD szukający swoich przydziałów opiekowali się tymi, którzy wciąż szukali swoich pokojów.

Bardziej niepokoiły go odgłosy kłótni dobiegające z kilku miejsc w Pokoju Wspólnym i dormitoriów. Podszedł do szczególnie głośno kłócącej się grupy, stającej przed wejściem do jednej z klatek schodowych. To była grupa czwartoroczniaków, którzy w poprzednim roku należeli do różnych domów, a kłótnię spowodował fakt, że mieli w tym roku dzielić dormitorium.

- Jakiś problem, chłopaki? – spytał, podchodząc do nich.

- ONI! – jeden z czwartoroczniaków wskazał dwóch uczniów. – Nie mieszkamy w pokoju ze Ślizgonami.

- Naprawdę? A kto powiedział, że to Ślizgoni? Żadnych ślizgońskich kolorów, żadnych ślizgońskich oznaczeń. Szczerze mówiąc ja widzę tylko dwóch uczniów.

- Ale… ale Harry! To Ślizgoni! – zawołał jeden ze starszych uczniów.

- To uczniowie! – warknął w odpowiedzi. – I macie ich traktować z szacunkiem, chyba że zrobią coś, co sprawi, że na ten szacunek nie będą zasługiwać. Zrozumiano? – oczy Harry'ego błysnęły groźnie. To był jedyny znak, że traci cierpliwość.

- Zrozumiano, Harry.

Piątka uczniów popędziła w górę schodów.

Harry słyszał, że na wielu innych klatkach schodowych mają miejsce te same kłótnie. Dostrzegł Hermionę, która wybiegła z jednych drzwi i pospiesznie wbiegła na schody za innymi. Ginny zeszła po schodach i podbiegła do Harry'ego.

- Umieściłaś Erikę w pokoju, Gin?

Skinęła głową.

- Tak, ale reszta dormitoriów jest na skraju zamieszek. Pierwszaki są przerażone, boją się wychodzić ze swoich pokojów.

- To głupota. Idę do Dumbledore'a. Nauczyciele powinni być tutaj, a nie kulić się ze strachu w swoich pokojach. Jeśli to się nie skończy, a mnie nie będzie za godzinę, rozkaż AD rzucić zaklęcia ogłuszające na tych, którzy się nie uspokoją. A jeśli ktoś użyje magii, macie go natychmiast zdjąć.

- Harry, jesteś pewien?

Skinął głową i ruszył do wyjścia.

Harry przeszedł korytarzami Hogwartu do biura dyrektora. Nie był zły, ale czuł głęboką irytację. Sytuacja z pierwszakami była wystarczająco trudna. Prefekci się nie wyrabiali. A bez wsparcia nauczycieli sytuacja wkrótce mogła się zrobić naprawdę paskudna.

Dotarł do wejścia do biura Dumbledore'a. Gargulec stał na jego drodze. Wystarczyło jedno spojrzenie, by gargulec obudził się do życia i wpuścił go na schody. Gdy zbliżał się do drzwi od biura, usłyszał dobiegające zza nich dźwięki kłótni.

Nie przejmował się pukaniem. Po prostu zniszczył zaklęcie zamykające i wszedł.

W pokoju znajdowali się profesor Flitwick, profesor McGonagall, profesor Snape i jego żona, profesor Sprout i Dumbledore, który obserwował wszystko ze zbolałym wyrazem twarzy.

Poza Sereną Snape i dyrektorem nikt nawet nie zauważył jego wejścia.

- NIE ODDDAM MOJEGO DOMU! – wrzasnęła McGonagall

- WIĘC NIE MA NIC ZŁEGO W TYM, ŻEBYM STARCIŁ SWÓJ DOM, ALE TY NIE ODDASZ SWOJEGO, TAK MINERVO? – odwrzasnął Severus.

Harry przyjrzał się im i uznał, że musi coś zrobić, by zwrócić na siebie ich uwagę. Poczekał, aż przerwą krzyki, by wziąć oddech i powiedział bardzo cicho:

- Czy to nie interesujące? Nauczyciele zachowujący się jak pierwszaki walczące o cukierka.

Przygana w jego głosie wystarczyła, żeby wszyscy obrócili się i wbili w niego wzrok.

- Podczas gdy wy zachowujecie się jak ośmiolatki, co muszę przyznać idzie wam znakomicie, w dormitoriach trwa przynajmniej kilkanaście awantur. Pierwszaki są przerażone. Prefekci mają pełne ręce roboty usiłując uspokoić to wszystko, ale nie dają rady. A co znalazłem, kiedy przyszedłem do was po pomoc? Dokładnie taką samą awanturę. Widzę, że my uczniowie kontrolujemy się lepiej niż wy, więc wracam do dormitoriów. Nasze awantury skończą się – zerknął na zegar naścienny – za około trzydzieści minut.

Obrócił się, by odejść, lecz odezwał się Dumbledore:

- Poczekaj proszę chwilę. Skąd wiesz, że dokładnie o tej porze skończą się awantury w dormitoriach?

- To proste. Poleciłem AD, by zaczęło rzucać na uczniów zaklęcia ogłuszające, jeśli nauczyciele się nie pokażą przed upływem tego czasu.

Gdy wszyscy spojrzeli na niego wstrząśnięci, kontynuował:

- Nauczyciele, nie macie obowiązków wobec jakiś nieistniejących już domów, a wobec waszych uczniów.

Nagle cała czwórka byłych opiekunów domów zaczęła wyglądać na zażenowanych. Niemal jak jeden mąż popędzili do Fiuu w gabinecie Dumbledore'a, by przenieść się do Pokoju Wspólnego.

Wówczas Dumbledore zrobił coś bardzo do niego niepodobnego. Roześmiał się. Nie zachichotał, ale wybuchnął pełnym śmiechem z głębi brzucha. Kiedy w końcu się uspokoił wskazał Serenie i Harry'emu, by zajęli miejsca.

- Czasami śmiech to najlepsza magia – podsumował. – Siedziałem tu, wysłuchując tej czwórki odkąd skończyła się kolacja. Naprawdę poleciłeś AD ogłuszyć uczniów?

- Tak naprawdę poleciłem Ginny, by zaczęli to robić, jeśli nauczyciele nie zjawią się w ciągu godziny. Naprawdę nie chciałbym kogokolwiek ogłuszać, ale to wyglądało na najprostszy sposób na zwrócenie uwagi nauczycieli - wyjaśnił Harry.

- No, na pewno przyciągnąłeś ich uwagę – mruknęła Serena. – Szczerze mówiąc powoli sama zaczynałam się zastanawiać nad ogłuszeniem tej czwórki.

- Panie dyrektorze, skoro już tu jestem, to chyba dobry moment na poruszenie jednego problemu.

Dumbledore skinął głową.

- Patrzyłem na mój plan zajęć na ten rok i szczerze mówiąc nie mam nawet dziesięciu wolnych minut. Poważnie zastanawiam się nad rezygnacją z moich przedmiotów owutemowych.

Serena wstrzymała oddech.

- Ale Harry…

- Pani profesor, jeśli Voldemort wygra, to cała włożona w to praca pójdzie na marne. Jeśli przegra, mogę powtórzyć rok, albo wynająć prywatnych nauczycieli, by przygotowali mnie do owutemów. Szczerze mówiąc mogę zupełnie zignorować owutemy. Syriusz i moi rodzice zostawili mi tyle pieniędzy, że nie muszę przepracować jednego dnia w życiu, a i tak zostawię coś następnym czterem pokoleniom. Chciałbym zdać owutemy, ale z tym planem zajęć nie mam chwili na oddech. Zaplanował pan nawet, że będę pomagał na normalnych lekcjach Obrony Przed Czarną Magią. Mam mniej niż osiem miesięcy, nim będę musiał się zmierzyć z Voldemortem. Chciałbym spędzić choć trochę tego czasu z moją narzeczoną – skończył cicho.

Serena chciała się odezwać, ale dyrektor ją uciszył.

- Harry, twoi nauczyciele Zaklęć, Transmutacji i Obrony powiedzieli mi, że już w zeszłym roku twoje umiejętności były powyżej poziomu owutemowego. Może zaproponuję, żebyś zamiast rezygnowania z tych przedmiotów zdał te owutemy wcześniej? To nieco rozluźniłoby twój plan zajęć. Gdybyś na przykład zdał te egzaminy za dwa lub trzy tygodnie miałbyś to już z głowy i musiał się martwić tylko o Zielarstwo i Eliksiry.

- Tak, to może się sprawdzić, profesorze. Naprawdę nie chciałem rzucać tych przedmiotów i rezygnować z owutemów, ale nie miałem innego pomysłu – Harry westchnął i wstał. – Lepiej wrócę już do dormitoriów. Dobranoc dyrektorze, pani profesor.

Harry odwrócił się i wyszedł z gabinetu.

- Albusie, on wciąż w siebie wątpi. Ma więcej pewności siebie, ale wciąż są w nim wątpliwości – powiedziała cicho Serena.

- Obawiam się, że możesz mieć rację. Ma znacznie więcej pewności siebie niż kiedyś, ale szykuje się też na możliwość przegranej. Trzy dni temu wysłał mi kopię swojego testamentu i listy, które mam doręczyć w wypadku jego śmierci – poinformował ponuro Dumbledore, a z jego oczu zniknęły tradycyjne ogniki.

- Czy możemy cokolwiek zrobić? – spytała Serena. – Nie mogę znieść myśli, że on uważa te kilka miesięcy za wszystko co mu zostało.

- Możemy zrobić co w naszej mocy, ale wszystko inne jest w jego rękach – odparł Dumbledore. – Chyba zwołam na jutro spotkanie nauczycieli. Mamy wiele do omówienia, w tym to, co Harry zrobił dziś wieczór.

W Pokoju Wspólnym Harry odkrył, że przywrócono spokój. Na szczęście użycie przemocy wobec uczniów okazało się niepotrzebne. Usiadł na jednej z kanap przed kominkiem i przymknął na moment oczy. Po kilku chwilach otworzył je gwałtownie, gdy jego narzeczona wskoczyła mu na kolana. Jęknął, ale objął ją i ukrył twarz w jej włosach. Mógłby tak siedzieć całą noc, ale dołączyli do nich Ron i Hermiona.

- Harry, nie wiem jak skłoniłeś nauczycieli, by tu przyszli, ale dziękuję! Nie mogłam uwierzyć w to, co się dzieje – powiedziała Hermiona.

- To nie było trudne. Powiedziałem nauczycielom, że jeśli się nie pojawią, to AD za pół godziny zacznie ogłuszać uczniów.

- Nie zrobiłeś tego!

- A właśnie, że tak. To była jedyna rzecz, która mogła uspokoić kłótnię między samymi nauczycielami. W każdym razie po tym jak nauczyciele wyszli, powiedziałem Dumbledore'owi, że zamierzam rzucić moje przedmioty owutemowe.

- HARRY! – krzyknęły z przyganą Ginny i Hermiona.

- To nie wszystko. Poszliśmy na kompromis. Zdaję owutemy z Zaklęć, Transmutacji i Obrony za dwa do trzech tygodni.

Hermiona nie wiedziała, czy powinna się złościć czy być pod wrażeniem. Zdawanie owutemów przed terminem? Tego niemal nigdy nie robiono!

- Zdajesz swoje owutemy wcześniej? – spytała z namysłem.

- Oho, Mionka zastanawia się, czy by nie porozmawiać z dyrektorem – zauważył Harry z uśmiechem. – A, dowiedzieliście się już z kim macie dormitoria?

Ron uśmiechnął się szeroko.

- Nie uwierzysz! Zupełnie jakby zamek chciał, żebyśmy wszyscy mieszkali razem. Większość członków AD śpi z innymi członkami AD. Ty i ja mieszkamy z Nevillem, Blaisem i jednym z jego Ślizgonów. Ginny, Luna i Hermiona mają pokój z Susan Bones i Hanną Abbot.

Hermiona wydęła policzki.

- Jestem na ciebie naprawdę zła, Potter. Jestem prefekt naczelną. Miałam mieć w tym roku prywatny apartament, ale ty musiałeś przebudować zamek.

Harry roześmiał się.

- No cóż, Hermiono, chyba pozostaje nam przekradanie się do łóżek partnerów. Przyszło mi to jednak do głowy, więc poprosiłem Remusa, żeby kupił mi parę rzeczy. Powinny być tu za kilka dni. W międzyczasie zamierzam pocałować moją narzeczoną na dobranoc. Jestem zmęczony i to był ciężki dzień. Ron, jeśli będziesz udawał obrzydzenie, dostaniesz w dziób!


Anglia, nieznana lokalizacja

Śmierciożerca wbiegł do słabo oświetlonej komnaty i skłonił się przed Voldemortem.

- Raport – syknął Czarny Pan.

- Mój Panie, szwadrony śmierci są już na pozycjach i czekają na rozkazy. Wszystkie otrzymały informacje o celach.

- Bardzo dobrze! Bardzo dobrze! Wkrótce zaczniemy ataki – zarechotał Voldemort, a jego złowrogi śmiech wypełnił komnatę.


Departament Przestrzegania Czarodziejskiego Prawa, Ministerstwo Magii

Kingsley Shacklebolt niespokojnie chodził tam i z powrotem po sekretariacie. Miał tylko 65 zdrowych i gotowych do pracy aurorów, więc nie mógł sobie tego wieczoru pozwolić na żadne straty. Podzielił swoich ludzi na dziesięcioosobowe zespoły, z których każdy miał aresztować jednego znanego Śmierciożercę. Przy odrobinie szczęścia zdołają przymknąć dziś dwunastu Śmierciożerców, może nawet więcej.

Wcześniej tego samego dnia Ministerstwo po cichu zablokowało skrytki 143 Śmierciożerców. Teraz mieli spróbować aresztować tylu ile się da, ale mieli ograniczone zasoby, a musieli to zrobić tej nocy. Dlatego Kingsley starannie wybrał na pierwszy ogień tych najbogatszych i najbardziej wpływowych.

Aresztowani nie zostaną wysłani za Zasłonę. Trafią do Azkabanu. Uśmiechnął się na tą myśl. Był w Azkabanie, kiedy przybyły do niego oddziały goblińskich strażników. Dokładnie stu goblinów i dziesięć smoków! Nawet biorąc pod uwagę, że odbudowa Azkabanu jeszcze się nie skończyła, stanowili siłę, z którą trzeba się było liczyć. Na początkowym etapie negocjacji gobliny zaproponowały pomoc w odbudowie więzienia. W efekcie trzy bloki nad ziemią mogły pomieścić około stu więźniów. Reszta cel znalazła się pod ziemią, w tunelach przygotowanych przez goblińskich budowniczych.

Kingsley zatrzymał się, gdy pojawiła się pierwsza grupa, prowadząca skrępowanego mężczyznę, odzianego jedynie w piżamę. Więzień wydawał się być w szoku. Jeden z aurorów niósł kostium i maskę Śmierciożercy. Uzdrowiciele pospieszyli do przybyłych aurorów, sprawdzając czy nie potrzebują opatrzenia. Kingsley wyszeptał dziękczynną modlitwę, gdy okazało się, że wszyscy są cali i zdrowi.

Chwilę później zjawiła się minister Bones.

- I jak? – spytała Kingsleya.

- Właśnie wrócił pierwszy zespół. Jeden aresztowany, zero rannych – zameldował.

- Bardzo dobrze. Będę w swoim gabinecie. Informuj mnie na bieżąco.

Skinął głową i patrzył za nią, jak wychodziła z pomieszczenia. Przynajmniej nie siedzi mi na karku, pomyślał, gdy aportowała się następna grupa, prowadząc kolejnego więźnia.


Spotkanie nauczycieli, Hogwart

Dumbledore odczekał, aż wszyscy nauczyciele zajmą swoje miejsca, po czym zaczął:

- Witam wszystkich. Mam nadzieję, że dobrze spaliście? – spytał, patrząc na czwórkę byłych opiekunów domów.

Co ciekawe profesor McGonagall i profesor Severus Snape wydawali się być w lepszym stanie niż pozostała dwójka. Profesor Sprout i profesor Flitwick wyraźnie nie byli zachwyceni, że muszą siedzieć na tym spotkaniu.

- Wezwałem was wszystkich, by omówić zmiany, które zaszły w Hogwarcie. Po pierwsze nie wierzę, by nasz profesor Potter zrobił to wczoraj celowo. Zauważyliście pewnie, że nie zaprosiłem go na to spotkanie. To nie dlatego, że chcę go w jakikolwiek sposób ukarać. Uznałem po prostu, że powinniśmy porozmawiać we własnym gronie o tym, co się stało i jak to wpłynie na Hogwart.

- Dyrektorze, czy był już pan na zewnątrz? – spytała Serena.

- Owszem, byłem. Domyślam się, że masz na myśli mury, które teraz otaczają zamek? Uważam, że profesor Parsons będzie z nich bardzo zadowolony, tak jak z innych zmian.

- Kilka kwestii, które poruszył profesor Parsons zostało uwzględnionych w tych zmianach – dodał Severus. – Klasy z oknami zostały przeniesione, by wychodziły na dziedziniec lub rozmiary okien zostały mocno zredukowane.

- Tak, wygląda na to, że Hogwart wrócił do swojego oryginalnego wyglądu. Tak jak powiedział nam profesor Parsons, zamki początkowo budowano jako fortece – zauważył Dumbledore.

- Ale jak to możliwe? – spytała Minerva.

- Minervo, w jednym kamieniu z murów Hogwartu jest więcej magii niż w każdym z nas – odparł Albus. – Podejrzewam, że dyrektorzy, którzy uznawali Tiarę Przydziału za głos Hogwartu, mieli rację. Nie słuchaliście jej piosenki wczoraj wieczorem? Ewidentnie poleciła Harry'emu, by zrobił, co powinno zostać zrobione. Myślę, że Harry został po prostu użyty jako punkt skupiający całą tą magię. Jedynie robił to, co mu polecono. Przyznaję, że początkowo również byłem zaniepokojony, ale pocieszyło mnie pojawienie się Fawkesa. I do tego pozostałe feniksy. Naprawdę nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek widział ich tak dużo na raz. Ewidentnie to co stało się wczoraj to jakaś potężna Biała Magia, najsilniejsza jaką w życiu widziałem. Nauczyciele, wszelkie kłótnie w sprawie domów muszą się natychmiast skończyć. Harry miał rację, gdy przypomniał nam wieczorem, że obowiązki wobec uczniów powinny mieć pierwszeństwo przed obowiązkami wobec domów, które już nie istnieją. Musimy skupić się na uczniach i ich potrzebach. Musimy pracować razem. A w związku z tym rozwiązuję domowe drużyny quidditcha.

Cała czwórka dawnych opiekunów domów zapowietrzyła się.

- Pani Hooch, proszę przeprowadzić próbne treningi, by wyłonić nowe drużyny – kontynuował dyrektor. – Każda z drużyn otrzyma doradcę spośród grona pedagogicznego. Żadna z drużyn nie może składać się z graczy tylko jednego z dawnych domów. Jeśli zechcesz, możesz wziąć kapitanów dawnych czterech drużyn i powierzyć im misję sformowania nowych ekip. Niech oni przeprowadzą treningi próbne. Gdy drużyny zostaną sformowane, zawodnicy wybiorą nazwy. Mecze będą organizowane dla sportu, a nie z powodu rywalizacji między domami o Puchar Domów, który już nie istnieje. Czy domy kiedykolwiek wrócą? Nie sposób powiedzieć. Tiara Przydziału już od kilku lat ostrzegała nas, że musimy się zjednoczyć. Teraz zostało nam to narzucone z góry. Jesteśmy zjednoczeni, czy nam się to podoba czy nie i musimy pracować razem.

- Albusie, wiem, że omawialiśmy to wczoraj wieczorem, ale wciąż martwię się o pewność siebie Harry'ego – odezwała się Serena.

- Wiem Sereno, ja też – przyznał Dumbledore.

Dyrektor zaczął opowiadać pozostałym nauczycielom o wizycie Harry'ego, jego decyzji, by zrezygnować z przedmiotów owutemowych oraz jej przyczynach. Wyjaśnił, że namówił Harry'ego na kompromis, polegający na zdaniu przez Harry'ego jego owutemów wcześniej. Powiedział im też, że Harry chciałby mieć na tyle czasu, by móc się skupić na swoim zadaniu, ale także spędzić trochę czasu ze swoją narzeczoną. Większość nauczycieli była wstrząśnięta, póki nie wyjaśnił im, że Harry wciąż uważa, że nie ma dużych szans na zwycięstwo w tej walce.

Zapadła cisza. Wreszcie przerwał ją Flitwick:

- To co zrobimy, Albusie?

- Harry będzie zdawał owutemy z Obrony, Transmutacji i Zaklęć, jako że wszyscy troje uznaliście pod koniec zeszłego roku, że ma umiejętności wykraczające poza poziom owutemów. Powiedziałem mu, że nie jest możliwe, by zorganizować je szybciej niż za trzy tygodnie.

Uśmiechnęli się na jego słowa, wiedząc, że mogą bez problemów zorganizować egzamin w dowolnym momencie. Wystarczyłoby jedynie poinformować o tym Ministerstwo.

- Chciałbym, żebyście zwolnili go z zadań domowych z Obrony, Zaklęć i Transmutacji. Pozwólcie mu spożytkować ten czas na indywidualną naukę, czy to w bibliotece czy w waszych klasach. Severusie, wiem że poprosiłem go o asystowanie tobie na lekcjach Obrony, ale chciałbym, żeby zaczął myśleć o swojej przyszłości w zawodzie nauczyciela. Jak rozumiem wykazał się dużym talentem w tej dziedzinie. Problemem jest utrzymanie jego myśli na tych kwestiach, by nie musiał się stresować nadchodzącą walką.

- On jest urodzonym nauczycielem – potwierdziła Serena. – Patrzyłam jak instruował młodego Ronalda Weasleya podczas robienia pierścienia obietnicy dla jego dziewczyny w zeszłym roku. Kiedy skończyli, pan Weasley mógłby zapewne zbić fortunę produkując takie pierścienie dla kolegów.

- W rzeczy samej, Sereno. Widziałem też inne przykłady tego co robi dla innych uczniów. Pan Longbottom miał kiepskie wyniki, póki Harry nie zaczął mu pomagać. Wygląda na to, że potrafi wzbudzić u innych zapał do nauki – rzekł Dumbledore. – W porządku. Nauczyciele, upewnijcie się proszę, że prefekci wiedzą gdzie znajdują się wasze klasy, jeśli zostały przemieszczone.

Odprawieni nauczyciele wyszli z gabinetu.


Skrzydło Szpitalne, Hogwart, pierwszy dzień lekcji

Wczesnym rankiem, po ukończeniu porannego biegu, Harry postanowił zajrzeć do Jacka jeszcze przed śniadaniem. Nie wiedział czemu jego przyjaciel jest w szpitalu, ale biorąc pod uwagę, że to Hogwart i nieobycie Jacka z magią, wszystko było możliwe.

Ostrożnie otworzył drzwi i zajrzał do środka.

- Harry! Tutaj, mały! – zawołał Jack z łóżka.

Harry uśmiechnął się szeroko i podszedł do niego.

- Jack, w coś ty się wpakował? jak cię ostatnio widziałem to wszystko było z tobą w porządku!

- W nic się nie wpakowałem. To twój stary zamek uznał, że nie podoba mu się, że mam tylko jedną nogę.

Harry zrobił wielkie oczy i usiadł na krześle przy łóżku Jacka.

- Rośnie ci nowa noga?

- Ano! – odpowiedział zadowolony Jack. – To trochę boli, ale Madam Pomfrey naszprycowała mnie Głupim Jasiem, więc niespecjalnie to czuję. Teraz rośnie mi stopa, więc powinienem zleźć z tego katafalku za jakiś dzień czy dwa.

- To dobrze, bo wszystkie twoje obserwacje zamku są od wczoraj nieaktualne – poinformował go Harry.

- Tak, Madam Pomfrey mi powiedziała. Powiedziała też, że to ty coś zbroiłeś. A więc?

- A więc mamy teraz mury obronne. Nie wchodziłem na nie, ale zauważyłem je, gdy rano biegałem po boisku do quidditcha. I zamek wygląda zupełnie inaczej.

Jack potrząsnął głową.

- Oj mały, ty jak już coś wysmażysz to naprawdę porządnie! I to równie pewne ja to, że będę miał niedługo obie stopy. Hej! A widziałeś gazetę z rana? Obczaj! Wygląda na to, że twoje Ministerstwo zabrało się wreszcie do roboty.

Jack wręczył Harry'emu egzemplarz Proroka Codziennego.

Ministerstwo oznajmia, że pojmało 15 Śmierciożerców w nocnych akcjach!
Gobliny będą strzegły Azkabanu!
Rita Skeeter

Rzecznik Departamentu Przestrzegania Czarodziejskiego Prawa Ministerstwa Magii oznajmił, że w serii niespodziewanych akcji aresztowano w nocy piętnaścioro Śmierciożerców. Rzecznik poinformował również, że żaden auror nie odniósł obrażeń. Jeśli zarzuty wobec aresztowanych się potwierdzą, spędzą oni po dziesięć lat w więzieniu. Azkaban, który został zniszczony w zeszłym roku, obecnie jest odbudowywany i może pomieścić setkę więźniów. Nasza redakcja dowiedziała się również, że ministerstwo negocjuje z goblińskimi oddziałami strażniczymi. Będą się one składały z nieustalonej liczby goblinów i smoków. Rzecznik Ministerstwa odmówił skomentowania tej informacji, a wyżsi urzędnicy byli nieosiągalni…

- To świetna wiadomość. I choć raz nie jestem w nagłówku! – zawołał Harry.

- A czemu mieliby cię… chwilunia, Harry… A coś ty miał z tym wspólnego? – spytał Jack.

Harry opowiedział mu o wiadomości od goblinów, którą przekazał rządowi. Jack potrząsnął głową i zachichotał.

- Harry, któregoś dnia załapiesz wreszcie jak to jest być normalnym dzieciakiem. Ale na razie wygląda na to, że co zrobisz, to trzęsie tym całym bajzlem.

Rozmawiali jeszcze przez pewien czas. Wreszcie Madam Pomfrey wygoniła Harry'ego, mówiąc że nie ma ochoty go widzieć, jeśli jest zdrowy. Harry wyszedł i udał się ze śmiechem do Wielkiej Sali na śniadanie.

Na miejscu ujrzał ku swemu zdziwieniu, że zniknęły nie tylko stoły domów, ale i stół nauczycielski. Zostały zastąpione dziesięcioosobowymi okrągłymi stołami. Nauczyciele zostali zmuszeni do zajmowania miejsc wśród uczniów.

Ginny pomachała mu zza jednego ze stołów. Siedzieli z nią pozostali jego przyjaciele oraz profesor McGonagall. Pocałował Ginny i zajął miejsce obok niej.

- Dzień dobry wszystkim – powiedział.

- Gdzie byłeś, Harry? – spytała Ginny. – Sprawdziłam boisko, bo pomyślałam, że możemy razem pobiegać, ale nie było cię tam.

- Wstałem wcześniej. Po porannym biegu odwiedziłem Jacka w skrzydle szpitalnym. Czuje się dobrze.

Profesor McGonagall odchrząknęła i spojrzała surowo na Harry'ego.

- Panie Potter, dyrektor poinformował mnie, że pragnie pan zdać wcześniej swoje owutemy z Zaklęć, Obrony i Transmutacji. Nie powiem, żebym była tym zachwycona, przynajmniej dopóki nie usłyszałam jakie były alternatywy. Rozmawiałam z pana nauczycielami Zaklęć i Obrony. Zgodziliśmy się, że będzie pan wciąż uczęszczał na lekcje, ale będzie pan mógł wykorzystać ten czas na naukę do egzaminów. Nie zdołamy zorganizować ich wcześniej niż za trzy tygodnie.

- Dziękuję, pani profesor. Naprawdę nie chciałem rezygnować z tych przedmiotów – powiedział. – Hermiono, wydaje mi się, że zanim nie będziemy mieli za sobą pierwszych lekcji Zaawansowanej Obrony, nie należy ustalać planu spotkań dla AD. Przekaż wszystkim, że mają wolne do przyszłego tygodnia.

Spojrzał na stół pierwszaków i zmarszczył brwi.

- Harry, co się stało? – spytała Ginny.

W odpowiedzi wskazał na stół pierwszoroczniaków. Wszyscy obrócili się, by tam spojrzeć.

- Nie widzę nic złego – powiedziała Hermiona.

- Chodzi o te bliźnięta Stonesmith, Eryka i Erikę. Wczoraj miały brązowe włosy w takim odcieniu jak ty, Hermiono. Dzisiaj są jaśniejsze, niemal rude. Jak myślicie, jak to zrobili?

McGonagall skupiła się i dokładnie przyjrzała dwójce dzieci.

- Jest pan pewien co do zmiany koloru włosów?

- Tak, pani profesor. Wczoraj były ciemnobrązowe, jak u Hermiony.

- Ciekawe. Zwrócę na nich baczniejszą uwagę.

- Harry, co masz dzisiaj w planie? – spytała Hermiona.

Harry zmarszczył brwi.

- Z jakiegoś powodu dyrektor chce, żebym asystował przy lekcji Obrony profesora Snape'a na pierwszym roku. Potem mam Transmutację i Zaklęcia. Po obiedzie moja Obrona i Zielarstwo. Jutro zaczynamy z Zaawansowaną Obroną dla siódmego roku. A jeśli już przy tym jesteśmy… Hermiono, opracowałaś te środki bezpieczeństwa dla AD, o których mówiliśmy?

Hermiona skinęła głową, ale zanim zdążyła odpowiedzieć, wtrąciła się profesor McGonagall.

- Panie Potter, powinno być dla pana oczywiste czemu dyrektor chce, by asystował pan profesorowi Snape'owi. Nie dołożył panu tego, by utrudnić panu życie. Zdaje sobie sprawę, że chciałby pan uczyć po skończeniu szkoły i chciał dać panu tyle praktycznego treningu, ile to możliwe.

Harry oparł się na blacie i spojrzał na nią z namysłem.

- Nigdy nie przyszło mi to do głowy, ale ma to sens.

Kąciki ust McGonagall uniosły się lekko ku górze.

- Zapewne odkryje pan, profesorze Potter, że dyrektor z reguły nie robi niczego bez powodu. Chociaż muszę przyznać, że od czasu do czasu nawet on potrzebuje kopniaka w zadek. Sugeruję, by udał się pan już na swoją lekcję z pierwszym rokiem. Nauczyciel nie powinien spóźniać się na swoją pierwszą lekcję.

Harry szybko pochłonął ostatnie kęsy śniadania, ucałował Ginny i pospieszył do wyjścia.

McGonagall patrzyła za nim przez chwilę, po czym odwróciła się do Ginny:

- Ten młody mężczyzna może wyglądać jak jego ojciec, ale ma poczucie odpowiedzialności swojej matki. Za każdym razem gdy widzę was razem, przypominacie mi jego rodziców z czasów, gdy byli w szkole.

Młoda kobieta zarumieniła się, a McGonagall odwróciła wzrok z powrotem ku stołowi pierwszaków.


Pierwsza lekcja Obrony Przed Czarną Magią, pierwszy rok

Harry przybył zaledwie kilka minut przed uczniami. Profesor Snape powiedział mu, by zajął miejsce z tyłu sali, gdzie będzie mógł szykować się do egzaminów, podczas gdy nauczyciel będzie objaśniał teorię. Potem przejdą do zajęć praktycznych, podczas których Harry powinien chodzić po sali i pomagać osobom mającym problemy.

Gdy uczniowie weszli do sali, profesor Snape poczekał spokojnie aż zajmą miejsca. Harry zauważył, że zarówno Eryk jak Erika próbują do niego pomachać.

- To jest wasz pierwszy rok Obrony Przed Czarną Magią – zaczął wykład profesor Snape. – Na tym przedmiocie nauczymy was jak bronić się przed złymi czarodziejami i czarodziejkami, jak również obrony przed niektórymi magicznymi stworzeniami, na które możecie się natknąć…

Harry otworzył podręcznik obrony dla siódmego roku i przestał słuchać profesora Snape'a. Większość materiału była dla niego bardzo łatwa. Część po prostu go nie dotyczyła, ale i tak to czytał. Kiedy uczniowie wydobyli różdżki, schował książkę i wstał z miejsca.

Na razie przerabiali proste rzeczy. Na pierwszej lekcji uczniowie uczyli się po prostu jak poprawnie trzymać różdżki. Harry chodził po klasie i od czasu do czasu poprawiał uchwyt. Zatrzymał się przy Erice, ale nie wyglądało, by miała z tym jakikolwiek problem. Eryk nie miał tyle szczęścia.

- Eryku, mogę ci pokazać jak to trzymać? – spytał delikatnie Harry.

- Chyba tak – odpowiedział mały chłopiec. – Nie myślałem, że będę się musiał uczyć jak trzymać patyk.

- Eryku, to nie jest patyk – skorygował go Harry, usiłując ukryć uśmiech. – Magiczny rdzeń twojej różdżki pomaga w skupieniu magii. Teraz złap swoją różdżkę w taki sposób, zrób nią małe kółko i powiedz „Lumos".

Eryk uważnie patrzył, jak Harry trzyma i robi kółko swoją różdżką. powtórzył te czynności i dziwne słowo, a czubek różdżki rozjarzył się jasnym światłem.

- Świetnie! To prosty czar używany, gdy potrzebujesz zapalić sobie światło w ciemnościach. Możesz go wyłączyć mówiąc „Nox".

Eryk wyłączył światło i spojrzał na Harry'ego z wdzięcznością.

- To chyba jednak nie jest patyk – przyznał.

Harry poklepał go po plecach i obrócił się, by zobaczyć czy ktokolwiek inny ma problemy. Odkrył, że połowa klasy wypróbowuje zaklęcie, które właśnie pokazał Erykowi.

Profesor Snape siedział przy biurku, zakrywając usta dłonią. Czyżby próbował ukryć uśmiech? Harry potrząsnął głową i zaczął pokazywać kolejnym dzieciakom jak rzucić Lumos.


Hermiona i Blaise Zabini

Później tego samego dnia Hermiona złapała Blaise'a w bibliotece. Chociaż Blaise był już oficjalnie częścią tego, co Harry nazywał kadrą oficerską, zdawał sobie sprawę, że Hermiona stoi w hierarchii AD wyżej niż on.

- Blaise, możemy chwilę pogadać?

- Jasne Hermiono, co mogę dla ciebie zrobić?

- Martwię się o Harry'ego i Ginny. Jeśli coś się stanie Ginny, Harry zapewne tego nie przeżyje. To jego pięta achillesowa. Myślę, że musimy się upewnić, że Ginny jest pod dobrą ochroną.

- Możemy to zrobić. Jak rozumiem nie chcesz, żeby Ginny zorientowała się, że ktoś nad nią czuwa?

- Tak, byłoby najlepiej, gdyby o niczym nie wiedziała.

- W porządku, dam to zadanie kilku moim chłopakom.


Lekcja Zaawansowanej Obrony

Harry czekał, aż cała grupa z siódmego roku wejdzie do pomieszczenia. Było ich ponad czterdzieścioro, z czego połowa pochodziła z oryginalnego AD. Profesor Snape i profesor Parsons siedzieli na fotelach z boku i obserwowali sytuację.

Harry stanął na środku podium przed zgromadzonymi.

- Witam na pierwszym spotkaniu Zaawansowanej Obrony. Niektórzy z was są już członkami AD, inni są nowi i chcą do AD dołączyć. Naszym celem jest danie wam szansy na nauczenie się tego, co musicie wiedzieć. Spotykamy się na tych lekcjach, a ponadto codziennie poświęcamy godzinę na wieczorne spotkania całego AD. Wasi dowódcy drużyn będą organizowali wam codzienne biegi. Jeśli wam się to nie podoba, teraz jest czas, by stąd wyjść. To nie będzie zabawa. Będzie boleć, a niektórzy z was mogą zostać ranni lub nawet zginąć. Na tych lekcjach nauczycie się niezbędnych wam zaklęć. Kiedy przyjdziecie na spotkania AD… a będziecie musieli na nie chodzić… nauczycie się współpracy z pozostałymi członkami naszej grupy. Mówię wam to z góry. Jeśli nie chcecie dołączyć do AD, możecie wyjść teraz. Ten przedmiot przeznaczony jest tylko dla członków AD!

Harry zrobił krok w tył i w milczeniu obserwował klasę. W końcu odezwał się Blaise:

- Harry, myślę, że większość z nas tu obecnych pójdzie za tobą bez cienia wątpliwości. Ale uważam też, że to czas na oficjalną zmianę nazwy. Wszyscy poza tobą nazywają nas Towarzyszami Pottera. Uważam, że powinniśmy oficjalnie przyjąć to miano.

W klasie rozległy się pomruki poparcia. Harry wyglądał na oszołomionego.

- A… ale… ale… - wyjąkał.

Jack Parsons wstał i przerwał jego nieskładną wypowiedź:

- Harry, zgadzam się, że potrzeba nam zmiana nazwy. Ale rozumiem czemu nie chcesz nazywać swoich ludzi Towarzyszami Pottera. Myślałem nad tym, bo i w moim wojsku było od groma oddziałów, które nieformalnie nazywano od nazwisk ich dowódców. Więc mam pomysł, który podkreśli wasze magiczne aspekty. Co powiecie na Brygadę Feniksa?

Uczniowie popatrzyli po sobie. Zaproponowana przez Jacka nazwa wyraźnie im pasowała. Ron, Hermiona i Neville potakiwali.

Harry czuł się rozdarty. Stara nazwa faktycznie nie pasowała, a zdecydowanie nie chciał, by grupa była nazywana od jego nazwiska. Ale zmieniać nazwę? Teraz? Wzruszył ramionami. Brygada Feniksa była dużo lepsza niż Towarzysze Pottera. I miało to sens, biorąc pod uwagę ich mundury galowe. Harry nie był szczęśliwy z powodu zmiany nazwy, ale może na spotkaniu całej grupy zdoła ich od tego odwieść. Westchnął i rzekł:

- Dobra, w przyszłym tygodniu na pierwszym spotkaniu AD zagłosujemy nad zmianą nazwy na Brygadę Feniksa. Dzisiaj poćwiczymy celność waszych zaklęć. Doświadczeni członkowie AD pomogą wam w ćwiczeniu precyzji.

Harry wyczarował cele, z których mogła korzystać klasa, potem polecił, by nowi uczniowie przyjęli pozycję bojową. AD rozprzestrzeniło się, pomagając nowym członkom tam, gdzie było to potrzebne.


Profesor McGonagall i Lupinowie

Remus i Tonks dotarli do gabinetu profesor McGonagall i zapukali do drzwi. Kilka dni wcześniej otrzymali list od Minervy, która prosiła ich o spotkanie. Remus uznał, że zapewne jest to związane z Harrym, ale Tonks zauważyła, że w takiej sytuacji McGonagall skontaktowałaby się z Molly, a nie z nimi.

Gdy weszli do biura, Remus przez chwilę rozglądał się, po czym rzekł:

- Wiecie co, do tej pory bywałem w tym biurze tylko gdy wpadałem w tarapaty. Teraz, prawie dwadzieścia lat później, wciąż wchodzę tu z niepokojem.

- No cóż, bywałeś tu całkiem często, choć zapewne nie tak często jak na to zasługiwałeś – odparła z uśmiechem McGonagall. – Zawsze podejrzewałam, że to ty byłeś mózgiem tej waszej małej bandy figlarzy.

Remus niepewnie przestąpił z nogi na nogę. Tonks roześmiała się i ujęła męża pod ramię.

- Pani profesor, czy wezwała nas tu pani, żeby dać mojemu mężowi szlaban czy był inny powód?

- Jest inny powód Nimfadoro. Potrzebuję twojej pomocy.

Tonks skrzywiła się, słysząc swoje imię. McGonagall była jedną z nielicznych osób, które mogły go używać bezkarnie. Oboje Lupinowie byli zaskoczeni, że McGonagall potrzebuje pomocy.

- Mojej pomocy? – spytała Tonks.

- Tak, Nimfadoro. Pamiętasz jak trudno było mi ci pomóc w treningu twoich zdolności metamorfomaga? Więc teraz potrzebuję twojej pomocy jako jedynego żyjącego matamorfomaga.

Tonks gwałtownie wciągnęła powietrze.

- Odkryła pani metamorfomaga?

- Właściwie nie. To wasz pan Potter odkrył dwójkę i poinformował mnie o tym. Eryk i Erika Stonesmith pochodzą z rodziny mugoli, ale przeszli podstawowe testy na zdolności metamorfomagiczne. Co dziwne wydają się niemal połączeni. Rzadko zdarza się, by jedno wyglądało inaczej niż drugie. Przedstawiłabym cię im i może poprosiła o twoją pomoc przy pracy nad ich zdolnościami.

Wyglądało na to, że Tonks nie może się doczekać. Remus patrzył na żonę z rozbawieniem.

Profesor McGonagall podeszła do drugich drzwi i przez moment rozmawiała z kimś cicho. Wreszcie do środka weszła dwójka drobnych dzieci. Eryk trzymał siostrę za rękę i z niepokojem patrzył na trójkę dorosłych.

Coś drgnęło w sercu Tonks. Uklękła przed bliźniętami.

– Cześć Eriko, cześć Eryku, możecie mi mówić Tonks. To mój mąż, Remus. Profesor McGonagall chciała mi was oboje przedstawić. Uważa, że mogę wam pomóc.

Erika zrobiła wielkie oczy, a Eryk schował się za nią.

- Naprawdę? A jak? – spytała Erika.

- Potrafisz tak? – spytała Tonks, zmieniając kolor włosów na niebieski.

Eryk i Erika wstrzymali oddech. Oboje zamknęli mocno oczy. Na oczach dorosłych ich włosy powoli zaczęły się przejaśniać. Po kilku chwilach ich brązowe włosy były poznaczone smugami czerwieni i oboje ciężko oddychali z wysiłku. Tonks uśmiechnęła się.

- Jak na pierwszą próbę było świetnie! Wydaje mi się, że mogę wam pomóc w nauczeniu się więcej takich rzeczy. Wtedy będziecie mogli zrobić coś takiego.

Tonks błyskawicznie zmieniła kolor włosów na brązowy i przyprawiła sobie zwisające uszy basseta.

Bliźnięta zachichotały.

- Naprawdę będziemy tak potrafili? – spytał Eryk zza pleców siostry. Nagle zorientował się co zrobił i znów się schował. Tonks wróciła do swojego normalnego wyglądu.

- Jestem pewna. Któregoś dnia będziecie mogli zmieniać swój wygląd jak wam się podoba – zapewniła Tonks.

- Chciałabym tak umieć – przyznała nieśmiało Erika.

- Ja też – dobiegł szept zza jej pleców.

- W takim razie z radością was nauczę – powiedziała z uśmiechem Tonks, uśmiechając się do nich. Te maluchy są cholernie urocze! pomyślała. Podniosła się, a profesor McGonagall wysłała dzieciaki na ich następną lekcję z notatką wyjaśniającą przyczyny spóźnienia.

- Nigdy nie miałam specjalnie rozwiniętego instynktu macierzyńskiego, ale to są najsłodsze dzieciaki jaki w życiu widziałam! – wyznała Tonks, gdy bliźnięta wyszły.

- Owszem, a przy tym są nadzwyczaj grzeczne – dodała McGonagall. – Trochę im zajęło, nim przystosowali się do życia tutaj. Jak zapewne się zorientowaliście, siostra jest dominująca, ale wygląda na to, że Eryk trochę przełamuje swoją nieśmiałość. Harry pracował z nim na lekcjach Obrony i jak na razie wygląda na jednego z najlepszych uczniów w swoim roczniku. Nimfadoro, czy mogę w takim razie założyć, że pomożesz je szkolić?

- Jak mogłabym odmówić? Jak pani powiedziała, jestem jedynym żyjącym metamorfomagiem, a ta dwójka to najsłodsze dzieciaki, jakie kiedykolwiek widziałam. Muszę im pomóc. Może na początek dwie godziny w tygodniu po kolacji? Po godzinie w poniedziałki i piątki?

- Byłoby świetnie. Dziękuję.


Kilka dni później, 15 minut przed ciszą nocną, Hogwart

Atak był szybki i niespodziewany. Uczeń z trzeciego roku wyszedł z biblioteki i ruszył do Pokoju Wspólnego, gdy nagle ktoś złapał go od tyłu. Dłoń zakryła mu usta, a jego ramiona zostały przyciśnięte do boków.

Ciemna postać stanęła przed małym chłopcem i uderzyła go kilka razy w brzuch, nim rozległ się syk:

- Ktoś idzie!

Rzucili chłopcem o ziemię, a ktoś powiedział cicho:

- Tym razem się wymigałeś, półkrwi mieszańcu!

Chłopiec niepewnie wstał, tłumiąc szloch. Uspokajał się przez moment, a potem otarł ze złością łzy, płynące mu z oczu. Chłopaki nie płaczą, pomyślał. Wyprostował się i ruszył do Pokoju Wspólnego, udając, że nic się nie stało.


Czas mija…

Pierwsze trzy tygodnie szkoły były dla Harry'ego wyjątkowo ciężkie. Od czasu do czasu Ginny wślizgiwała się do jego pokoju późno w nocy korzystając z jego peleryny-niewidki. Najczęściej był szczęśliwy po prostu przytulając ją i zasypiając. Przy nauce do egzaminów i lekcjach naprawdę nie miał siły na nic więcej. Remus kupił dla Harry'ego dwie dodatkowe peleryny-niewidki, a ten przekazał je Lunie i Hermionie. Uznał, że skoro Ginny może się do niego zakradać, dlaczego jego dwie przyjaciółki mają być pokrzywdzone?

Pierwsze spotkanie całego AD okazało się co najmniej emocjonujące. Gdy Hermiona wyciągnęła pergamin z nałożoną przysięgą krwi i poprosiła wszystkich o podpisanie, rozległo się sporo protestów, nawet wśród oryginalnych członków AD. Harry szybko uciszył ich, przypominając o jaką stawkę toczy się walka. Kiedy marudzenie w końcu ucichło, a pergamin został podpisany, przeszli do ważniejszych kwestii.

Niemal jednomyślnie, 151 głosów za, przy 1 przeciw, oficjalnie zmieniono nazwę AD na Brygadę Feniksa. Harry czuł, że w jakiś sposób jest to aluzja do jego formy animagicznej, choć nie była ona powszechnie znana.

Pomaganie profesorowi Snape'owi na lekcjach Obrony okazało się znacznie fajniejsze niż Harry oczekiwał. Pomaganie dzieciakom i obserwowanie jak się uczą, wynagradzało mu wszystkie trudy.

Hermiona przekonała Dumbledore'a, by pozwolił jej, Ronowi i Neville'owi zdać wcześniej owutema z Obrony. Argumentowała, że jako członkowie kadry oficerskiej Harry'ego będą mogli wykorzystać ten czas, by asystować Harry'emu na lekcjach Zaawansowanej Obrony. Dumbledore zapewne pożałował, że jej na to pozwolił, bo gdy tylko informacja wyciekła, ponad dwadzieścioro członków AD z siódmego roku poprosiło o to samo, na co dyrektor niechętnie się zgodził.

Przez te trzy tygodnie w szkole panował względny spokój, ale krążyła jedna niepokojąca plotka, której nikt nie był w stanie potwierdzić lub zdementować. Mówiło się, że dwóch uczniów zostało pobitych, ale nie na tyle, by wylądować w szpitalu, a jeśli nawet, to na tak krótko, by nikt nie zauważył ich nieobecności.


Anglia, nieznana lokalizacja

- Raportuj – syknął siedzący na swoim tronie Voldemort.

- Wszystko w gotowości, Panie. Czekamy na rozkaz – wyszeptał korzący się Śmierciożerca.

- A co z domem Grangerów? – spytał Voldemort.

- Mój Panie, ten dom jest mocno chroniony i obłożony osłonami. Potrzebowalibyśmy do tego wielu ludzi, a nie byłoby gwarancji, że nie uciekną, nim zdołamy się przebić – odrzekł niepewnie mężczyzna. Voldemort nienawidził słuchać odmownych odpowiedzi.

Czarny Pan siedział przez moment w ciszy, namyślając się.

- Ruszajcie! – warknął w końcu.

- Tak, Panie – Śmierciożerca wybiegł z komnaty, by przekazać rozkaz.

Voldemort rozsiadł się na tronie, marszcząc to co mu z brwi zostało. Aurorzy pojmali niemal czterdzieścioro jego sług. To już było wystarczająco złą wiadomością, ale na domiar złego zdołali odciąć fundusze niemal setki innych. Strata pieniędzy była dla niego dużym problemem. Miał armię, którą musiał karmić i wyposażyć.

Niech szlag tych głupców w Ministerstwie! złościł się. Jak śmieli przenosić moje sługi do nowego Azkabanu! Nie mam jeszcze na tyle sił, by walczyć przeciw goblinom!

Może nowa seria planowanych okrucieństw wystraszy Ministerstwo na tyle, że przestanie wsadzać nos w nie swoje sprawy.


Newcastle

Dom wyglądał całkiem zwyczajnie. Stał w pewnej odległości od drogi, nie świeciły się w nim żadne światła.

Dziesięciu Śmierciożerców otoczyło dom i zablokowało wszystkie potencjalne wyjścia. Potem jak jeden mąż unieśli różdżki i dom stanął w płomieniach. Stali, słuchając jak wrzeszczą ludzie, którzy w środku płonęli żywcem. Zanim odeszli, jeden z nich rzucił Mroczny Znak, by unosił się nad ogniem.

Te same sceny powtórzyły się w Sheffield, Reading, Exeter, Kirkwall i pięciu innych miastach w Anglii.


Hogwart

Gdy pierwszy dom stanął w płomieniach, Harry przebudził się gwałtownie. Wypełniło go poczucie przerażenia i straty, jakiego nie doznał nigdy wcześniej. Nie rozumiał czemu tak się czuje, więc ostrożnie, by nie obudzić Ginny, wyczołgał się z łóżka.

Naciągnął szatę i potykając się zszedł do Pokoju Wspólnego, gdzie zwinął się na kanapie z kolanami pod brodą. Gapił się w ogień, a poczucie straty narastało w nim. Nie poczuł kiedy zaczęły się łzy, nie wiedział kiedy zmieniły się w głębokie, spazmatyczne łkanie, które wstrząsało całym jego ciałem.

Kilka minut później Ginny sięgnęła po Harry'ego i odkryła, że zniknął. Rozbudziło ją to, więc nałożyła szatę i udała się w poszukiwaniu swojego narzeczonego. Spodziewała się, że będzie musiała się udać do Pokoju Życzeń i przerwać mu kolejny trening, ale ku jej zaskoczeniu ujrzała go w Pokoju Wspólnym, gdzie płakał zwinięty w kłębek przed kominkiem.

Po kilku minutach nieudanych prób dotarcia do Harry'ego pobiegła z powrotem do dormitorium po Hermionę. Wspólnie udało im się posadzić Harry'ego. Ginny przytuliła go, ale on wciąż nie reagował. Hermiona przyglądała się temu przez moment, po czym podjęła decyzję.

- Ginny, idę po Madam Pomfrey. To nie jest normalne, on potrzebuje pomocy.

Ginny wciąż usiłowała pocieszyć Harry'ego, więc jedynie skinęła głową.

Hermiona zdołała zrobić tylko kilka kroków w stronę wyjścia, gdy stanęło ono otworem, a do środka wszedł profesor Dumbledore z Madam Pomfrey, oboje w koszulach nocnych.

- Profesorze, ja właśnie… Harry…

- Proszę się uspokoić, panno Granger. Madam Pomfrey powinna być w stanie pomóc Harry'emu.

- Ale co się z nim stało? W ogóle na nic nie reaguje.

- Widzi pani, panno Granger, Harry to prawdziwe dziecko światłości. Dlatego odczuwa każde jego osłabienie bardzo osobiście. Kiedy wyczułem jego żal, obudziłem Madam Pomfrey. Nie wiem co się stało i wątpię, żeby sam Harry wiedział. Wie tylko, że dziś w nocy coś strasznego zadało cios światłu i opłakuje tę stratę.

Oboje patrzyli, jak Madam Pomfrey i Ginny próbują wspólnymi siłami uspokoić Harry'ego. Niemal dwadzieścia minut zajęło im doprowadzenie Harry'ego do takiego stanu, by przyjął uspokajający wywar, który przyniosła ze sobą pielęgniarka. W końcu jednak eliksir zadziałał i napięcie Harry'ego zelżało.

- Harry – odezwał się delikatnie Dumbledore. – Wiesz co się stało? Możesz nam coś powiedzieć?

- Nie wiem, dyrektorze. Stało się coś strasznego. Wielu dobrych ludzi zginęło, ale nie wiem jak ani dlaczego – wyszeptał w odpowiedzi.

- Dyrektorze, sen będzie teraz dla niego najlepszym lekarstwem – wtrąciła się delikatnie Madam Pomfrey.

- A, tak. Dziękuję, Poppy. Odprowadzę go do łóżka – zapewnił Dumbledore.

Skinęła głową i zaczęła się zbierać. Dumbledore poczekał aż wyjdzie, nim zwrócił się do dziewcząt. W międzyczasie Harry zasnął w ramionach Ginny.

- Panno Weasley, panno Granger – zaczął cicho z błyskiem w oku. – Zdaję sobie sprawę z waszych nocnych wycieczek w tym roku. Oficjalnie nie mogę na to pozwolić. W związku z tym wierzę, że będziecie na tyle dyskretne, bym nigdy nie dowiedział się o tym oficjalnie.

Obie czarodziejki spojrzały na niego wstrząśnięte i niepewnie pokiwały głowami.

- Znakomicie. W takim razie pozostawię wam zadanie odprowadzenia Harry'ego do jego łóżka. Uważam, że przyda mu się kochająca osoba, która przytuli go dziś w nocy – dodał z uśmiechem, patrząc znacząco na Ginny.

Po tych słowach odwrócił się i wyszedł. Obie młode kobiety gapiły się z niedowierzaniem na jego plecy. W końcu otrząsnęły się, spojrzały po sobie i Ginny rzuciła na Harry'ego zaklęcie lewitacji. Odniosła go na łózko, weszła za nim i przytuliła mocno.

Następnego ranka Ginny obudziło coś bardzo przyjemnego. Harry przytulał się do niej i co pewien czas nachylał się, by ją pocałować. Jednak w tych pocałunkach nie było pożądania. Zamrugała i spojrzała na niego.

- Dziękuję, Gin. Nawet nie wiesz jak bardzo mi w nocy pomogłaś – wyszeptał.

Tego ranka Harry i Ginny podeszli do stolika, który zaczynał być znany jako „ich" stolik i ku swemu zaskoczeniu ujrzeli przy nim profesora Dumbledore, który uśmiechnął się smutno, gdy para zajęła miejsca. Żadne z nich nie zapytało o przyczynę bólu w oczach starego czarodzieja.

Harry widział wystarczająco dużo nagłówków Proroka Codziennego w drodze na śniadanie, by przyprawić go o gęsią skórkę. Patrzył, jak profesor Sprout i profesor Flitwick podchodzą do dwóch trzecioroczniaków, których nie miał okazji poznać.

Gdy nauczyciele wyprowadzali podopiecznych z Wielkiej Sali, dyrektor wstał z miejsca. Widząc tę scenę Harry nagle zorientował się co się stało. Zamknął oczy na moment, a potem gwałtownie odwrócił się do Hermiony.

- Zabierz ich stamtąd, Hermiono. Nie są bezpieczni! Zabierz ich stamtąd dzisiaj. Wyślij ich do Nory, na Grimmauld Place albo nich uciekają z kraju!

Hermiona spojrzała na niego, zaskoczona tak intensywną reakcją. Jego płonące oczy wbijały się w nią. Ginny mocno chwyciła jego dłoń, niepewna co się dzieje.

- Obawiam się, że muszę zgodzić się z Harrym, panno Granger – westchnął Dumbledore. – Ataki z zeszłej nocy były zapewne dopiero pierwszymi z całej serii, a skierowano je wyłącznie przeciw rodzinom czarodziejek i czarodziejów z rodzin mugoli. Dom pani rodziców jest chroniony, ale nie gwarantuje bezpieczeństwa. Przynajmniej na pewien czas powinni przenieść się w inne miejsce.

Hermiona zrozumiała i krew odpłynęła jej z twarzy.

- Pani rodzice zapewne wciąż są o tej porze w domu, więc jeśli pani chce, przygotuję pani świstoklik do domu rodziców, a stamtąd na Grimmauld Place. Harry jest właścicielem tego domu i jestem pewien, że nie będzie miał nic przeciwko pobytowi pani rodziców. Z tego co wiem przeprowadzka nie wydłuży zbytnio ich drogi do pracy. Remus mógłby zabrać ich samochód i przenieść go na Grimmauld Place.

Hermiona rozejrzała się. W oczach przyjaciół widziała zachętę do przyjęcia oferty. Mogła więc tylko skinąć potakująco głową. Dumbledore ruszył do swojego biura, a Hermiona podążyła za nim.


Jeden z sąsiednich stołów, Wielka Sala, Hogwart

Wan Chang wraz z przyjaciółmi obserwowali, jak dyrektor z prefekt naczelną wychodzą z Wielkiej Sali. Całe rano zaśmiewali się z nagłówków Proroka Codziennego i twierdzili, że szlamy i mieszańce wreszcie dostają to, na co zasłużyli.

Przerwała im sowa z listem do Wan. Listem od Danny'ego! Tak za nim tęskniła! Brakowało jej jego ramion, które ją otaczały, delikatnej siły, którą czuła, gdy się z nią kochał.

Niecierpliwie rozerwała kopertę. Był uroczy i romantyczny. Też za nią tęsknił i jego serce krwawiło bez niej. Dopiero w ostatnim akapicie na drugiej stronie przeszedł do poważnych kwestii.

Do drugiej strony przyczepiona była mała koperta z białym proszkiem. Szybko schowała ją do kieszeni i rozejrzała się niespokojnie. Nikt nie zwracał na nią uwagi.

Rozejrzała się po Sali, wreszcie dostrzegła Harry'ego Pottera. Przytulał tą zdrajczynię krwi Weasley. Zmrużyła oczy. Dostaniesz to, na co zasługujesz, ty obleśny mieszańcu!


Zaawansowana Obrona z profesorem Parsonsem

Tego dnia Jack Parsons prowadził lekcję. Harry i profesor Snape zostali w zamku, podczas gdy Jack zabrał uczniów na coś, co nazywał łagodnym truchtem. Odkąd odrosła mu noga bezlitośnie ćwiczył klasę i siebie samego. Zabierał im wszystkim różdżki przed wyjściem na zewnątrz. Potem kazał im biegać wokół jeziora. On biegł za nimi z tęgim kijem, który gdzieś znalazł. Czasem nazywał go „motywatorem", a czasem po prostu „tyłkogrzmotem".

Zeszłoroczni członkowie AD nie mieli specjalnych problemów podczas tych biegów. Jednak nawet ci młodsi stażem byli pełni zapału do biegania po kilku bliskich spotkaniach z „motywatorem". Jack nauczył ich także marszowych piosenek, które należało śpiewać podczas biegu, a które wywoływały niemałe poruszenie w gronie pedagogicznym.

Nie wiem, nie wiem, lecz donieśli,
Vold ma jaja pełne pleśni!
Nie wiem, nie wiem, lecz mówili,
ci z Hogwartu – seks maszyny!

To była jedna z najmniej wulgarnych przyśpiewek, które dla nich wymyślił. Uczniowie jednak cieszyli się tymi małymi sprośnymi rymowankami i wkrótce zaczęli wymyślać własne.

Jedyny problem, na który napotkał Jack, to skłonienie Harry'ego do biegania wokół jeziora. Odmówił i nie chciał wyjaśnić Jackowi przyczyn. Dopiero gdy Ron odciągnął go na bok i opowiedział co przydarzyło się Harry'emu podczas biegu w zeszłym roku, Jack przestał naciskać.


Owutemowy przedtermin

W końcu nadszedł dzień wcześniejszych owutemów. Harry poświęcał na naukę tyle czasu, ile tylko mógł. Musiał przyznać, że cieszy się, że nie jest jedynym zdającym, choć tylko on zdawał Zaklęcia i Transmutację.

Zarówno praktyczna jak i teoretyczna część owutemów z Zaklęć i Transmutacji okazały się dla niego bułką z masłem. Teoria Obrony była banalna, ale z jakiegoś niezrozumiałego powodu nauczyciele postanowili podręczyć go na praktyce.

Zaczęło się od jego pojedynku z profesorem Snapem. Harry wygrał go jednym zaklęciem. Jego Expeliarmus przebiło tarczę profesora Snape'a i wyrwało mu różdżkę z ręki. Wszystko zajęło dziesięć sekund.

Następnie przybył profesor Flitwick. Był trochę twardszy, ale w niecałą minutę Harry związał swojego nauczyciela i zostawił go wiszącego głową w dół metr nad podłogą.

- Brawo! – zawołał malutki profesor, gdy został delikatnie opuszczony na podłogę i rozwiązany.

Tonks, która przyszła tego dnia z wizytą, zajęła miejsce Flitwicka. Niestety dla niej, Harry znał jej największą słabość – jej własne ciało. Wyczarował pod jej stopami dziesiątki piłeczek, a potem rzucił na nią zaklęcie tłukące. Próbowała odskoczyć, ale nogi jej się rozjechały i zgubiła różdżkę.

Po trzeciej porażce nauczyciele zebrali się na naradę, podczas gdy reszta AD, czekająca na własny egzamin, patrzyła. Kiedy wszedł Dumbledore, wszyscy odwrócili się do niego.

- Czy ktoś mnie potrzebował? – spytał dyrektor.

- Tak – odpowiedział Snape. – Wypróbowaliśmy przeciwko panu Potterowi trzech przeciwników i jak dotąd żaden nie wytrzymał regulaminowych pięciu minut. Najdłuższy pojedynek trwał niespełna minutę.

Dumbledore uniósł brew, a potem z błyskiem w oku zerknął na Harry'ego.

- Może ja będę w stanie zapewnić niezbędne pięć minut.

Harry nerwowo przełknął ślinę. Walczył już i wygrywał z symulacjami kontrolowanymi przez Dumbledore'a, ale tym razem będzie na serio. Pojedynek z Dumbledorem bez żadnych opóźnień, wynikających z konieczności kontroli symulacji.

Dumbledore przesunął się na miejsce dla przeciwnika i natychmiast podniósł tarczę.

Harry spróbował wypalić na początku kilka standardowych zaklęć: ogłuszacze, tłukące, Expeliarmus. Dumbledore z łatwością unikał ich lub je blokował.

Nagle dyrektor odpowiedział gwałtownym ogniem. Harry musiał się skupić na unikach i blokowaniu. Dubledore nie przestawał strzelać, póki jedno z zaklęć nie zahaczyło o bok Harry'ego, aż zawirował.

Harry czuł ból w boku. Zapewne miał tam niezłego sińca. Ale potężny cios dostało też jego ego. Spojrzał na Dumbledore'a, a jego oczy się zwęziły. Więc tak chcesz się bawić?

Jedną ręką rzucił zaklęcie słonecznego światła, normalnie używane do oświetlania stadionów. Drugą odpalił serię zaklęć tłukących. Zaklęcie słonecznego światła przeleciało nad Dumbledorem, który zignorował je, bo nie było skierowane w niego. Nagle obudziło się do życia. Intensywne, jaskrawe światło oślepiło Dumbledore'a, który zachwiał się, niezdolny zobaczyć nadlatujące ku niemu zaklęcia tłukące. Większość przeszła bokiem, ale jedno trafiło w bark, wybijając go. Dumbledore upadł do tyłu.

Dyrektor powoli wstał i przełożył różdżkę do drugiej ręki. Szybko rzucił zaklęcie przeciwbólowe na uszkodzonym ramieniu. Obaj czarodzieje zadawali ciosy, ale żaden nie był w stanie osiągnąć przewagi.

Harry krok za krokiem zmniejszał dystans między walczącymi. Miał plan, ale dość niebezpieczny, gdyż skracanie dystansu oznaczało, że miał mniej czasu, by zareagować na zaklęcie. Kiedy uznał, że jest wystarczająco blisko, a Dumbledore wystrzelił zaklęcie ognia, Harry wykonał mikroskok. Dumbledore stracił go z oczu, nieco oślepiony z powodu ognia.

Nagle dyrektor zamarł. Harry stał u jego lewego boku, wbijając czubek różdżki w jego szyję. Obaj mężczyźni stali nieruchomo, czekając aż magiczny zegar odmierzy sześćdziesiąt sekund brakujące do regulaminowych pięciu minut.

Kiedy licznik dotarł do zera, Dumbledore zawołał wesoło:

- Poddaję się, mój chłopcze! Świetna robota! Może teraz pójdziemy odwiedzić Madam Pomfrey?

Harry opuścił różdżkę. Bok piekielnie go bolał.

- Ma pan rację, to będzie dobry pomysł.

Harry, trzymający się za bok i Dumbledore z wybitym barkiem, wyszli z pomieszczenia omawiając pojedynek, zostawiając dwóch nauczycieli, jedną auror i dwadzieścioro troje uczniów gapiących się na nich, jakby zwariowali.

Dumbledore i Harry, którzy przybyli jednocześnie i to kontuzjowani. To wystarczyło, żeby doprowadzić Madam Pomfrey do szału. Kiedy dowiedziała się, że kontuzje są wynikiem pojedynku, zaczęła ochrzaniać Dumbledore'a jak zwykłego ucznia, winiąc go za wszystkie obrażenia.

Harry i Dumbledore w zdumieniu wysłuchiwali tej tyrady. Ale nie zamierzali dodatkowo denerwować osoby, która miała ich wyleczyć.

Harry był wdzięczny dyrektorowi. Gdyby ten nie interweniował, egzamin mógłby trwać kilka godzin, nim dotarliby do regulaminowych pięciu minut. Wiedział, że ta historia szybko się nie rozejdzie. Uczniom zapowiedziano, że jeśli zdradzą, że pozwolono zdać im wcześniej egzaminy, ich wyniki zostaną anulowane i będą musieli zdawać jeszcze raz na wiosnę.

Dumbledore zapewnił Harry'ego, że wszyscy poznają swoje wyniki najpóźniej do końca tygodnia. Na razie mieli chodzić na lekcje, jakby nic się nie zmieniło.


Ginny

Pod koniec września Ginny zorientowała się, że dzieje się coś dziwnego. Nie była w stanie tego potwierdzić, ale miała uczucie, że jest obserwowana.

Dopiero po pewnym czasie spostrzegła, że w miejscu, w którym przebywa, zawsze jest co najmniej dwóch członków Brygady. Na początku wzruszyła ramionami. Zapewne mieli nakładające się plany lekcji. Ale po pewnym czasie odkryła, że nawet na korytarzach ktoś podąża za nią pod zaklęciem iluzji. Im więcej o tym myślała, tym bardziej była wściekła.

Pewnego wieczoru eksplodowała. Szła ręka w rękę z Harrym do Pokoju Wspólnego ze spotkania Brygady i dostrzegła śledzącego ich zakameleonowanego ucznia.

Kiedy Harry chciał otoczyć ręką jej ramiona, odtrąciła go i zaciągnęła do pustej klasy. Gdy oboje znaleźli się w środku, rzuciła zaklęcia ciszy i zamykające na drzwi. Potem z rękami na biodrach spojrzała wściekle na Harry'ego.

Młody czarodziej był skonfundowany. Widział, że jego narzeczona jest wściekła, ale nie miał pojęcia o co jej chodzi.

- Gin? – spytał.

- Nie udawaj niewiniątka! Co ty do cholery robisz?

- O czym…

- O czym? Myślisz, że jestem jakimś dzieckiem, które potrzebuje twojej ochrony? Tak mnie postrzegasz? Nie sądzisz, że potrafię sama o siebie zadbać? CO CI NA WSZYSTKIE KRĘGI PIEKIEŁ STRZELIŁO DO ŁBA, POTTER?

- Gin, ja…

- ODWOŁAJ SWOICH GORYLI, POTTER! NIE POTRZEBUJĘ TWOJEJ OCHRONY! WYSTARCZAJĄCO DUŻO TEGO GÓWNA SŁYSZAŁAM OD MOJEJ RODZINY! AAARRRG! JAK MOGŁEŚ MI TO ZROBIĆ?

- Gin, nie mam pojęcia o czym ty mówisz…

Zdrętwiała. Zdjęła z palca pierścionek zaręczynowy i rzuciła mu pod nogi.

- Nie wierzę ci, Potter – syknęła. – A nie mogę kochać kłamcy.

Po tych słowach odblokowała drzwi i wyszła z klasy.

Harry nachylił się, by podnieść pierścionek, a po jego twarzy spływały łzy. Stał tam przez czas, który wydawał mu się wiecznością. Wreszcie zmienił się w Skrzydło i zniknął.

Przez kolejne trzy dni Ginny unikała wszystkich. Przestała uczęszczać na spotkania Brygady. Zauważyła, że Harry nie uczy na Zaawansowanej Obronie, ale miała to gdzieś. Jadała w kuchni, albo siadała przy oddzielnym stoliku i odmawiała rozmów z kimkolwiek. Była zbyt zajęta własną złością i żalem. Za każdym razem, gdy dochodziła do punktu, w którym już niemal pękało jej serce, spostrzegała jeden ze swych cieni i znów wypełniała ją wściekłość. Czuła, że Harry zdradził ją, nie traktując jak równorzędną partnerkę, choć deklarował coś innego.

Czwartego dnia rano jadła śniadanie w Wielkiej Sali, gdy padł na nią jakiś cień. Uniosła wzrok i dojrzała profesora Dumbledore.

- Panno Weasley, czy zechciałaby pani pójść za mną?

Potaknęła i ruszyła za dyrektorem do jego gabinetu. Na miejscu odkryła, że byli tam już oboje Snape'owie, profesor McGonagall, Hermiona i Ron.

Kiedy Dumbledore wskazał na sofę, usiadła. Było jej wszystko jedno. Wystarczyło, że straciła swojego narzeczonego.

- Panno Weasley, czy wie pani, gdzie podziewa się Harry Potter? – spytał łagodnie Dumbledore. jednak w jego oczach brakowało zwyczajowego błysku.

- Nie. Nie widziałam go przez ostatnich kilka dni.

- Czy mogę spytać, gdzie jest pani pierścionek zaręczynowy?

Ginny wzruszyła ramionami, starając się zamaskować swój ból.

- Pewnie on go ma. Rzuciłam mu go pod nogi kilka dni temu.

Ron zrobił wielkie oczy. Hermiona wyglądała na zszokowaną.

- Ginny, ale czemu? – zawołała.

- Polecił członkom Brygady, by mnie pilnowali, a kiedy zapytałam go o to, skłamał mi w żywe oczy. Obiecywał, że nigdy mnie nie okłamie. Obiecał, że będzie mnie traktował jak równą sobie, ale tego nie zrobił – warknęła.

- Ginny, przepraszam, to wszystko moja wina! – zawołała Hermiona. Ukryła twarz na piersi Rona i rozpłakała się. Ron przytulił ją i spojrzał ze złością na siostrę.

- Ty głupia babo! – wrzasnął. – To nie Harry polecił im cię pilnować, on nic o tym nie wiedział!

- Co? Ale jak to?

- Hermiona była przekonana, że jeśli coś ci się stanie, Harry straci wolę walki, może nawet wolę życia. Już trzeci dzień nikt nie ma od niego wieści, bo nie zechciałaś kogoś zapytać. Po prostu założyłaś, że znasz odpowiedzi! I zabrałaś Harry'emu to, czego najbardziej potrzebował! – Ron szalał z wściekłości.

- Wystarczy! – przerwał mu Dumbledore. Tymczasem Ginny zbladła jak prześcieradło, gdy uświadomiła sobie ogrom swojej pomyłki. – W tej chwili najważniejsze, by odnaleźć Harry'ego i sprowadzić go z powrotem – kontynuował Dumbledore. – Jeśli przedwcześnie rzuci się na Voldemorta, przegra z całą pewnością. Gdzie mógł się podziać?

Ron, próbujący pocieszyć Hermionę, oderwał się na moment od swojej narzeczonej.

- Nie mógł udać się do Nory ani na Grimmauld. Dostałby pan wiadomość. To nam zostawia Dziurawy Kocioł, Ulicę Pokątną albo Hogsmeade. Harry umie się teleportować, ale nie zna zbyt dużo miejsc, w które mógłby się udać. Nie sądzę, by mógł ukrywać się tu, w Hogwarcie, chyba że zszedł do komnaty tajemnic. Ale w takim wypadku nie ma sposobu, by do niego dotrzeć.

- Severusie, sprawdź Ulicę Pokątną – polecił dyrektor. – Sereno, ty udaj się do Dziurawego Kotła, upewnij się, że nie wynajął tam pokoju. Ja skontaktuję się z Zakonem, by przeszukali Hogsmeade i otaczające tereny.

Serena i Severus natychmiast udali się do Fiuu i zniknęli. Po chwili dyrektor skontaktował się z Grimmauld Place.

W końcu Dumbledore wyciągnął głowę z kominka i usiadł za biurkiem. Spojrzał na trójkę nastolatków i westchnął.

- Panno Weasley, to wszystko zaczęło się od nieporozumienia między panią i Harrym. Wierzę, że jeśli go znajdziemy, to będziemy w stanie to naprawić. Ale muszę pani powiedzieć, że Harry będzie w bardzo złym stanie psychicznym. Może nie być skłonny, by słuchać kiedykolwiek, jeśli go znajdziemy.

- Mnie posłucha – powiedziała z przekonaniem Ginny.

- A dlaczego miałby pani słuchać, panno Weasley? Dobitnie wyraziła pani swoje uczucia, gdy cisnęła mu pani symbol jego miłości pod nogi i wypadła jak obrażone dziecko. Miłość wymaga zaufania, czego ewidentnie musi się pani jeszcze nauczyć.

Twarz Ginny poczerwieniała z gniewu.

- To co dzieje się między mną i Harrym to nie pana sprawa!

- Ty głupia dziewucho! Nie moja sprawa? Uczeń zaginął! Chociaż w tej konkretnej sytuacji sprawa dotyczy mnie osobiście, to jako dyrektor tej szkoły odpowiadam za każdego ucznia.

Oburzona Ginny zerwała się na równe nogi, ale Dumbledore warknął:

- Siadaj! A teraz – kontynuował chłodno, gdy zajęła z powrotem swoje miejsce. – Mam pytanie, które chcę pani zadać, panno Weasley. Czy chce go pani w swoim życiu czy nie? Jeśli nie, może pani wrócić do Pokoju Wspólnego.

Ginny wbiła wzrok w podłogę.

- Proszę, dyrektorze, nie chcę go stracić – wyszeptała.

- Powinnaś o tym pomyśleć zanim wyrwałaś mu serce, młoda damo! – widząc jej załamane spojrzenie Dumbledore nieco złagodniał – Nie sądzę byś już go straciła, Ginewro. Ale zaleczenie tej rany potrwa dużo czasu, o ile da się ją w ogóle uleczyć. Musisz się nauczyć panować nad sobą, moja droga. Miałem wrażenie, najwyraźniej mylne, że to twój brat Ronald jest tym Weasleyem, który ma w zwyczaju bez namysłu gadać co ślina na język przyniesie. Następnym razem, gdy przyjdzie ci ochota zachowywać się jak dziecko, proponuję wyczarować lalkę. Widziałaś wyraźnie ile szkody możesz narobić beztrosko wypowiedzianymi słowami. Jeśli możesz zrobić coś takiego osobie, którą kochasz, co możesz uczynić innym? – zakończył cicho Dumbledore.

Hermiona w końcu przestała płakać. Spojrzała błagalnie na Ginny.

- Ginny, tak mi przykro – wyszeptała.

Ginny, wciąż blada jak duch, spojrzała na Hermionę i niepewnie pokiwała głową. Co ja narobiłam? spytała samą siebie. Dyrektor ma rację. Dlaczego nie uwierzyłam Harry'emu? On mnie przecież nigdy nie okłamał! Dlaczego miałby teraz zacząć? Boże, musi być jakiś sposób, żeby to naprawić! Zrobię wszystko…

Siedzieli w ciszy, lękając się najgorszego. Wydawało im się, że siedzą tak już kilka godzin, gdy Fiuu obudziło się, a z płomieni wyszła Serena.

- Nie było go ostatnio w Dziurawym Kotle – zameldowała.

Znów minęło sporo czasu, nim w kominku pojawił się ogień. Tym razem był to Remus prowadzący Harry'ego. Brudny, w podartych szatach, wyglądał jakby od wielu dni nic nie jadł i nie spał. Opuścił ramiona, w oczach widniała rezygnacja i brak chęci życia. Ron i Hermiona zerwali się, by go uściskać, ale Remus powstrzymał ich gestem. Ginny wpatrywała się w podłogę.

Remus podprowadził Harry'ego do sofy i posadził go koło Ginny.

Rozejrzał się po zebranych.

- Czy ktoś mi wyjaśni co tu się do cholery dzieje? – spytał ze złością. - Znalazłem go w starej jaskini Syriusza. Nie chce ze mną rozmawiać i wygląda makabrycznie.

Dumbledore uciszył go gestem.

- Harry – odezwał się cicho. – Harry, Ginny wciąż cię kocha. Po prostu zmyliło ją coś, co zrobił ktoś inny. Rozumiesz co mówię?

Harry spojrzał na niego. Czy też raczej przez niego. Jego wzrok skupiał się gdzieś indziej.

Z gardła Ginny wyrwało się zdławione łkanie, gdy Harry nie zareagował. Dumbledore westchnął i wstał zza biurka. Położył po jednej dłoni na głowach obojga nastolatków. Oboje zesztywnieli, gdy tymczasowa więź, którą stworzył między nimi dyrektor pozwoliła im czuć miłość i ból partnera.

Hermiona i Ron patrzyli na to szeroko otwartymi oczami, nie wiedząc co się dzieje. Kiedy Harry ujął Ginny za rękę, wszyscy westchnęli z ulgą. To był dobry początek.

Dumbledore wreszcie puścił ich i zachwiał się, robiąc kilka niepewnych kroków w tył. Remus zerwał się na nogi i złapał starego czarodzieja, pomagając mu wrócić na fotel za biurkiem. Ginny i Harry przytulali się, płacząc cicho.

- Dziękuję, Remusie. To niezwykle wyczerpujące zaklęcie. Zabierz ich proszę do pokojów gościnnych na tym piętrze. Hasło to „Eksplodujący Dureń". Potem wróć tutaj. podejrzewam, że oboje będą potrzebowali snu.

Remus pomógł parze wstać i wyprowadził ich z gabinetu.

Gdy zamknęły się za nimi drzwi, Minerva spojrzała na Dumbledore'a.

- Co zrobiłeś? Był praktycznie w katatonii, gdy go przyprowadzono.

- Wiem, Minervo. Właśnie dlatego zrobiłem to, co zrobiłem. Stworzyłem między nimi więź, pozwalając obojgu czuć nawzajem swoje emocje: miłość, strach i ból. Gdy poczuli te emocje, odruchowo zwrócili się ku sobie. Gdyby tak się nie stało, odesłałbym Harry'ego do szpitala, a pannę Weasley do jej dormitorium albo w ogóle poza szkołę. Ich wzajemna miłość jest silniejsza niż ból, który czują. Więź przetrwa tylko kilka dni, ale dzięki niej staną się silniejsi. Chyba jednak przez najbliższych kilka dni powinienem zwracać na nich baczniejszą uwagę.


Harry i Ginny, pokój gościnny

Ginny przebudziła się w dziwnym łóżku. Chwilę potrwało nim przypomniała sobie skąd się tu wzięła. Spojrzała na drugą stronę pokoju, gdzie na innym łóżku leżał Harry, wciąż pogrążony we śnie. Nie wiedziała co zrobił im Dumbledore, ale rozumiała, że ból który teraz czuje nie jest tylko jej. Wyszła z łóżka i podeszła do Harry'ego. Nie miała odwagi, by spojrzeć mu w twarz w biurze Dumbledore'a.

Wyglądał okropnie. Nawet we śnie wyglądał na wyczerpanego, jego twarz pokrywał czterodniowy zarost. Ubrania miał poszarpane i brudne. Usiadła na łóżku twarzą do niego, pragnąc go dotknąć, przytulić, ale bała się.

Harry spał głęboko, ale coś go męczyło. Czuł w pobliżu Ginny i jej desperacką potrzebę. Przebudził się z wysiłkiem i powoli otworzył oczy, by na nią spojrzeć. Ginny siedziała u jego boku, ale nie widziała go. Skupiała się na tym, co czuje przez ich połączenie.

Na Merlina, ależ ona piękna, pomyślał. Nie mógł nic na to poradzić. Za każdym razem gdy na nią patrzył, przychodziła mu do głowy ta sama myśl. Pragnął po nią sięgnąć i przytulić ją.

Ginny zamrugała zdziwiona, gdy coś w ich połączeniu nagle się zmieniło. Tam gdzie wcześniej czuła potworne uczucie straty i ból, teraz poczuła jak coś wzbiera zachwytem i tęsknotą. Przytłoczyła ją świadomość jego uczuć wobec niej. Ból wciąż się tam czaił, ale miłość była silniejsza. Jej własne uczucia przepłynęły ku Harry'emu. Cała jej miłość i ogromny ból, jej żal z powodu tego, jak go zraniła. Jej wątpliwość czy jest godna jego miłości.

Żadne nie powiedziało słowa. Po prostu patrzyli na siebie i wymieniali uczucia za pośrednictwem stworzonej przez Dumbledore'a więzi. Bała się, że cios, który zadała ich związkowi, zniszczył go w sposób nie do naprawienia. Wtedy Harry wyciągnął rękę i dotknął jej. Oboje aż sapnęli, gdy więź otworzyła się na oścież, przekazując setki uczuć w ułamku sekundy.

Mogliby tak siedzieć bez końca, ale przerwał im Dumbledore, który wszedł do pokoju. Przyglądał się młodej parze przez dłuższą chwilę. Wreszcie uśmiechnął się i zaprosił ich, by usiedli wraz nim przy stole.

Harry jęknął, wychodząc z łóżka. Bolały go wszystkie kości. Był ciągle taki zmęczony! Ginny podeszła do niego i pomogła mu usiąść przy stole. Dumbledore wyczarował posiłek dla obojga. Harry tylko spojrzał na jedzenie i zabrał się do konsumpcji. Nie jadł od czterech dni i był wygłodzony. Ginny nie miała apetytu.

Dumbledore przyglądał im się przez moment w milczeniu, wreszcie przemówił:

- Muszę przeprosić was oboje. Czuliście taki ból, że obawiam się, że zareagowałem nieco zbyt pochopnie. Stworzyłem więź między wami, którą normalnie wykorzystują tylko pary małżeńskie z długim stażem. W waszym przypadku ta więź jest tymczasowa i powinna zniknąć za jeden lub dwa dni. To co czujecie, to emocje drugiej osoby. Moim zdaniem był to jedyny sposób, by uświadomić wam co do siebie czujecie oraz że macie możliwość dotkliwego ranienia się nawzajem, zadając ból znacznie przewyższający ból fizyczny.

- To tymczasowe? – spytał Harry, jego głos zachrypnięty po wielu dniach milczenia. – Nie miałbym nic przeciwko, żeby ta więź była na stałe…

Spojrzał nieśmiało na Ginny, która zarumieniła się, słysząc jego komentarz.

Dumbledore uśmiechnął się. To może być prostsze niż myślałem.

- Harry, gdy nadejdzie odpowiednia chwila i oboje będziecie tego pragnęli, z radością będę wam asystował w stworzeniu permanentnej więzi. Jeśli zostanie to prawidłowo wykonane, umożliwia partnerom nie tylko wymianę uczuć, ale także myśli. Pozwala to na większą harmonię w domu. Wie pani, panno Weasley, pomagałem stworzyć taką więź pani rodzicom wkrótce po pani narodzinach.

Ginny spojrzała na niego zaskoczona. To by wiele wyjaśniało! Ginny poczuła, że ktoś ciągnie ją za rękaw. Gdy tylko popatrzyła na niego, poczuła falę emocji płynących przez więź. Harry na wyciągniętej ku niej dłoni trzymał jej pierścionek.

Oferował go jej ponownie! Spojrzała na niego i znów poczuła jego miłość, tym razem zabarwioną nadzieją i strachem, że go odrzuci. Wyciągnęła rękę i wzięła pierścionek. Pulsował delikatnie i rozjarzył się niezwykle jasno, gdy wsunęła go z powrotem na palec.

Dumbledore uśmiechnął się do młodej pary.

- Dziś zostawię was w spokoju. Proponuję, żebyście oboje odpoczęli i porozmawiali. Chyba macie wiele do omówienia.

Wstał i rzucił na Harry'ego zaklęcie czyszczące. Nie było tak dobre jak prysznic, ale wystarczało. Potem dyrektor wyszedł z pokoju.

- Ginny – odezwał się cicho Harry. – Co takiego zrobiłem, czy dałem ci jakiś powód, żebyś przestała mi ufać?

- Przepraszam, Harry. Jestem przyzwyczajona, że moja rodzina mi nie ufa i traktuje mnie niczym małą dziewczynkę. Odruchowo założyłam, że robisz to samo – odpowiedziała.

- Przykro mi, że tak się czułaś, ale nie jestem twoją rodziną. Musisz się nauczyć mi ufać. Nie dałaś mi nawet szansy, bym mógł wyjaśnić.

Dotknęła jego dłoni i więź obudziła się do życia, zalewając go swoim żalem, który poruszył jego serce. Zdławił okrzyk, przyciągnął ją do siebie, ściągając z krzesła i mocno przytulił. Przez dłuższy czas pozostawali przytuleni, wreszcie Ginny odsunęła się od niego i spojrzała na niego uważnie.

- Kochanie, musisz się przespać. Jesteś wykończony. Kiedy wstaniesz, zdecydowanie musisz się ogolić. Cały drapiesz.

Uśmiechnął się do niej.

- To będzie musiało poczekać. Nie mam tu mojej brzytwy – odpowiedział.

Wywróciła oczami i uśmiechnęła się szeroko. Rzuciła zaklęcie na dłoń, głaskała jego twarz przez kilka chwil, wreszcie zabrała rękę.

Harry dotknął swojej gładkiej szczęki.

- Co to było? – spytał.

- Zaklęcie golące. Mój tato pozwalał mi patrzeć jak się goli, kiedy byłam mała. Nauczył mnie tego zaklęcia. Chodź Harry, położę cię do łózka.

Pozwolił odprowadzić się do łóżka. Szybko ściągnął większość ubrań i położył się. Ginny również się rozebrała i dołączyła do niego. Wziął ją w ramiona, pocałował w czoło i zasnął błyskawicznie.

Ginny nie spała jeszcze dłuższą chwilę, czując przepływające przez nią emocje Harry'ego. Spokój, zadowolenie i ogarniające go poczucie, że jest w miejscu, do którego przynależy. Przyznała sama przed sobą, że ta więź nie była zła.

Wtuliła się w niego i zasnęła.