Od autora: Standardowe zastrzeżenie: Ta historia zawiera postacie i miejsca będące własnością JK Rowling. Nic nie jest naszą własnością, nic nie zarabiamy na pisaniu tej historii. Po prostu dręczymy te postacie i Was, Drodzy Cztelnicy, dla naszej własnej satysfakcji. A teraz wszyscy pokłońcie się JK Rowling.


Rozdział 6 – Ból i zajęcia z samokontroli

Ginny

Ginny obudziła się po kilku godzinach. Czuła się bezpiecznie w ramionach Harry'ego, a ich więź wciąż była silna.

Zastanowiła się nad swoim zachowaniem z ostatnich kilku dni i była sobą, delikatnie mówiąc, zniesmaczona. Zbliżyła się bardzo blisko do skrzywdzenia Harry'ego w taki sposób, że nie udałoby im się poskładać ich związku.

Musiała odsunąć się od Harry'ego, by w spokoju pomyśleć. Zauważyła, że więź jest tym silniejsza im są bliżej, więc jeśli przeniosłaby się na kanapę, więź powinna osłabnąć na tyle, by mogła się zastanowić nad tym, co się stało i nie obudzić Harry'ego. Delikatnie wyśliznęła się z jego objęć. Wymamrotał coś w proteście przez sen, ale nie obudził się.

Podeszła do kanapy. Wciąż czuła jego miłość, ale czuła też, że został zraniony. To uczucie pulsowało bólem jak niezagojona rana i wiedziała, że to ona jest przyczyną. Jak mogłam być tak głupia, wymyślała sobie. On nic nie zrobił, a ja złamałam mu serce! To tak jak powiedziała ciocia Tilly podczas tego okropnego lata po pierwszym roku: muszę zacząć kontrolować moje emocje, albo one będą kontrolować mnie! On dał mi swoją miłość i zaufanie. Nigdy mnie nie okłamał. Czuję to, co on czuje do mnie. To takie słodkie i czyste, ale pod powierzchnią czai się ból, który ja wywołałam i który tylko ja mogę przepędzić.

Spojrzała na Harry'ego i obiecała sobie, że nigdy już w niego nie zwątpi i udowodni, że jest godna jego zaufania. Znajdzie jakiś sposób, by opanować swoje gwałtowne uczucia. Wróciła do łózka i weszła do niego pod koc. Odruchowo wyciągnął do niej ręce. Ku jej zaskoczeniu ból nieco zmalał, nawet w tak krótkim czasie.

On może o tym zapomnieć, ale ja zapamiętam to na zawsze, obiecała sobie.

Harry, jeszcze nie do końca obudzony, musnął ustami jej szyję. Jego pocałunki zeszły z szyi na ramię, a jedna dłoń złapała jej pierś przez materiał stanika. Otworzył gwałtownie oczy. Czuł nie tylko swoje podniecenie, ale i jej. Ich uczucia zdawały się nakładać, wzmacniając się jeszcze bardziej. Spojrzał w jej oczy i dojrzał w nich odbicie swojej reakcji.

- Teraz już wiem czemu ludzie czekają do ślubu z tym stworzeniem więzi – powiedział cicho. Potem przymknął oczy i jęknął, gdy Ginny wsunęła rękę w jego bokserki i zaczęła go delikatnie pieścić.

W odpowiedzi wsunął dłoń w jej figi. Przywarli do siebie, czując narastającą rozkosz. Jej orgazm wywołał eksplozję u niego i jeszcze długą chwilę leżeli przyciśnięci do siebie, oddychając ciężko.

Potem leżeli przytuleni i rozmawiali przyciszonymi głosami. Tematy zmieniały się: od szkoły, przez kłótnię i jej przyczyny, ich wesele, aż po ostatnią walkę z Voldemortem. Wreszcie postanowili się ubrać i wrócić do Pokoju Wspólnego. Właśnie ta rozmowa, bardziej niż cokolwiek innego, pozwoliła rozpocząć leczenie leżącego między nimi bólu.


Tonks i bliźnięta

W czasie gdy Harry i Ginny wracali do Pokoju Wspólnego, Tonks udała się do gabinetu McGonagall, gdzie miała pracować z bliźniętami Stonesmith. McGonagall była wdzięczna za pomoc. Gdy sama pracowała z Tonks, mogła się powoływać jedynie na swoje doświadczenia jako animaga. Młodsza kobieta zapamiętała te lekcje jako niezręczne i niezwykle czasochłonne.

Praca z bliźniętami była dla Tonks zupełnie nowym doświadczeniem. Tego dnia mieli kontynuować zmienianie koloru włosów. Nauczyła się, że małe sukcesy są lepsze niż wielkie porażki. Zmiana koloru włosów nie była zbyt efektowna, ale ułatwiała uzyskanie kontroli nad zdolnościami matamorfomaga.

Normalnie młoda auror o pogodnym usposobieniu przeskakiwałaby co chwilę pomiędzy różnymi wersjami swojej postaci. Jednak w towarzystwie bliźniąt utrzymywała swoje zdolności pod kontrolą. Kiedyś się zapomniała i dzieciaki były przerażone niektórymi jej przemianami.

Kiedy weszła do biura, profesor McGonagall i bliźnięta już na nią czekali. McGonagall uważnie obserwowała ich lekcje, w razie gdyby musiała kiedyś w przyszłości pomóc jakiemuś innemu metamorfomagowi.

Na widok Tonks twarz Eriki rozświetlił szeroki uśmiech.

- TONKS! – podbiegła do niej, ciągnąc za sobą brata. – Patrz co umiemy zrobić!

Erika podstawiła dłoń pod nos młodej kobiety i wykrzywiła w skupieniu twarzyczkę. Powoli jej paznokcie wydłużyły się. Eryk popatrzył z obrzydzeniem na swoje długie paznokcie i skrócił je do poprzedniej długości.

Tonks była zaskoczona, ale zdecydowała się zostawić na chwilę ten problem.

- Eryku, Eriko, to było znakomite! Pracowaliście nad zmianą koloru swoich włosów na blond?

Oboje wykrzywili się w koncentracji, a ich włosy zaczęły się rozjaśniać.

- Eryk… - jęknęła Erika. – Przestań robić niebieskie!

- Nie robię! – zaprotestował Eryk.

- A właśnie że tak! – nie ustępowała Erika.

Tonks zachichotała.

- Skupcie się. Zmieńcie wasze włosy na blond.

Powoli ich włosy przybrały kolor ciemnego blondu z niewielką domieszką niebieskiego na końcach.

Nawet McGonagall była wyraźnie zadowolona z efektów. Tonks uśmiechnęła się szeroko do dzieci i powiedziała im, że jest z nich bardzo dumna. Jednak wysiłek wyraźnie zmęczył bliźnięta. Tonks pokazała im proste ćwiczenie, które powinno im ułatwić zmiany koloru włosów.

Eryk najwyraźniej nie był tak nieśmiały wobec swojej siostry, ale bał się wszystkich innych. Gdy tylko lekcja się skończyła, schował się znów za Eriką.

- Tonks, naprawdę jesteś aurorem? – spytał zza siostry.

- Tak, jestem aurorem – potwierdziła Tonks. - Kto ci o tym powiedział?

- Profesor Harry. Powiedział, że jesteś wspaniałą auror i jego ciotunią! – wyjaśniła Erika, a Eryk potakiwał zza jej pleców.

- Naprawdę tak powiedział? No to będę musiała mu podziękować tak jak na to zasłużył – odpowiedziała Tonks.

Gdy bliźnięta wyszły, Tonks zwróciła się do McGonagall:

- Widziałaś to, Minervo? One są naprawdę połączone! Co jedno robi, drugie może odwrócić lub wywrzeć na to wpływ.

- Tak, obserwuję je od dwóch miesięcy i doszłam do takich samych wniosków. Niestety prędzej czy później będziemy musieli je rozdzielić, by mogły nauczyć się zmieniać swoją postać bez wpływania na drugie – odpowiedziała wicedyrektorka.

- Zapewne masz rację. Tak się zastanawiałam, czy na późniejszym etapie nauki nie mogłyby użyć czegoś w rodzaju Oklumencji, by odizolować się nawzajem? Zakładając, że zdołamy je oddzielić od siebie na tyle, by w ogóle spróbować. Na razie są za młode na Oklumencję, ale za parę lat można by spróbować.

- Znakomity pomysł. Podsunę go dyrektorowi.

- Nie żebym chciała zmienić temat, ale co z Harrym? Remus powiedział mi co się stało.

McGonagall zmarszczyła na moment brwi.

- Przeżył paskudny wstrząs, ale wygląda na to, że on i panna Weasley zdołali poskładać to, co się między nimi popsuło. Wydaje mi się, że wszyscy zapominamy, że może sobie być jednym z najpotężniejszych czarodziejów w historii, ale tak naprawdę dopiero zaczął dochodzić do siebie po dzieciństwie z tymi mugolami. Nie wątpię, że panna Weasley odegra istotną rolę w jego leczeniu. Ale ma też moc dogłębnego ranienia, co dopiero zaczęła sobie uświadamiać. Uważam, że w ostatecznym rozrachunku to wydarzenie jedynie wzmocni ich związek i zapewne będzie miało większy wpływ na pannę Weasley niż na Harry'ego.

- Oni mają na siebie dobry wpływ, Minervo. Chciałabym powiedzieć, że to jeszcze dzieci, ale szczerze mówiąc nie znam żadnego dziecka, które miałoby życie podobne do Harry'ego. Czasami ma oczy jak ktoś, kto przeżył wiele stuleci. Zupełnie, jakby dźwigał na barkach cały świat i nigdy nie miał czasu, by być dzieckiem. Ginny czasami zachowuje się podobnie, ale gdy bliżej się przyjrzeć to od czasu do czasu widać w niej dziecko.

Obie kobiety zatonęły we własnych myślach.


Pokój Wspólny

Ron i Hermiona siedzieli na kanapie przy kominku. Ron pracował nad spisem zagrywek quidditcha. W tym roku był kapitanem drużyny Rogogrzbietów. Hermiona uniosła wzrok, gdy do Pokoju weszli Harry i Ginny. Hermiona bardzo bała się rozmowy z nimi. Jej zdaniem to ona, Hermiona Jane Granger, ponosiła odpowiedzialność za awanturę, która niemal skończyła się zerwaniem dwójki jej najbliższych przyjaciół.

Harry i Ginny dojrzeli ich i podeszli do nich, by usiąść na tej samej kanapie.

- Harry… - zaczęła Hermiona.

- Mionko, proszę, daj mi coś powiedzieć – przerwał jej Harry. – Wiem co zrobiłaś i mogę zrozumieć czemu to zrobiłaś. Ale proszę, żebyśmy w przyszłości nie mieli przed sobą tajemnic. Całego tego bałaganu można byłoby uniknąć, gdybyś nie trzymała tego w tajemnicy. Nie czuję do ciebie nienawiści, nie jestem zły. Jesteś rodziną. Musimy wspólnie pracować. Tylko nie rób tego więcej. Dobrze?

Hermiona widziała prośbę w jego oczach, słyszała ją w jego głosie. Wstała, stanęła przodem do pary przyjaciół i przyklęknęła między nimi. Położyła ręce na kolanach ich obojga, a jej dolna warga zadrżała.

- Strasznie was przepraszam. Nigdy nie chciałam was skrzywdzić.

Harry i Ginny przyciągnęli do siebie Hermionę i uściskali ją wspólne. Harry wyciągnął rękę, chwycił protestującego Rona i dołączył go do zbiorowego uścisku.

Wan Chang obserwowała to, siedząc przy niedalekim biurku. Chciało jej się rzygać na widok dwójki czarodziejów czystej krwi obściskujących mieszańca i szlamę. Zadrżała i wróciła do czytania ostatniego listu od Danny'ego. Obiecał spotkać się z nią w Hogsmeade i zapowiedział, że zarezerwuje im pokój w Trzech Miotłach. Zasugerował, że może mieć do tego czasu pierścionek zaręczynowy. Przypomniał jej też, by dała mu znać, kiedy użyje proszku.

Kiedy mogę go użyć? To musiałby być moment, kiedy Pokój Wspólny i dormitoria są niemal puste, zastanawiała się. To nie będzie łatwe. Prawie zawsze ktoś się tu kręci, chyba że jest mecz quidditcha… Mecz! Tak, to się powinno sprawdzić.

Z lekkim uśmiechem Wan wróciła do czytania listu.


Sen

Ginny ponownie dołączyła do Harry'ego w łóżku, ale oboje byli zmęczeni, fizycznie i psychicznie. Połączenie między nimi zaczęło wygasać. Jeszcze nie zniknęło całkowicie, ale nie było już takie intensywne.

Ginny leżała w jego ramionach. Harry rzucił na zasłony zaklęcie ciszy, gdy weszła do łóżka. Teraz oboje rozmawiali cicho.

- Jak mogłam być tak głupia i ci nie ufać? Ocaliłeś moje życie w Komnacie i wiele innych razy.

Harry delikatnie ujął ją pod brodę i uniósł jej twarz, by móc spojrzeć jej w oczy.

- Wciąż masz koszmary związane z Komnatą?

- Już nie, kochanie. Przeszły odkąd pokazałeś mi to w myśloodsiewni podczas twoich urodzin.

- Gin, nie byłaś głupia. Hermiona w pewnym stopniu miała rację. Naprawdę się o ciebie martwię. Po prostu wiem, by nie chronić cię w tak otwarty sposób. Wiem, że jesteś na tyle dobra, by o siebie zadbać. Jeśli jednak będzie cię ścigał Voldemort we własnej osobie, to będę mógł zainterweniować w twojej obronie? Choć troszeczkę?

Pokiwała głową i pocałowała go w bark, ale jej włosy opadły na jego ramię, łaskocząc przyjemnie. Harry zadrżał i przyciągnął ją mocniej do siebie. Po chwili już spał.

Ginny leżała, oddając się jednemu ze swoich ulubionych zajęć: obserwacji Harry'ego. Nawet we śnie chciał być jak najbliżej niej. Czasami, gdy miał zły sen, wystarczył jej dotyk lub pocieszające słowa, by się uspokoił. Od czasu do czasu miewał normalne sny i wówczas mamrotał przez sen zabawne rzeczy, dzięki czemu mogła się z nim potem przekomarzać.

Uśmiechnęła się, gdy zaczął mamrotać. To był dobry sen.

Był piękny dzień. Harry siedział na ich miejscu piknikowym. Rozejrzał się i dostrzegł Ginny, która wybiegła w podskokach zza wielkiego kamienia, niosąc kosz piknikowy. Dostrzegła Harry'ego, podbiegła do niego i ucałowała go. Harry przytrzymał ją, ciesząc się każdą delikatną krągłością, przyciskającą się do jego ciała.

Gdy w końcu oderwali się od siebie, Ginny oznajmiła, że przyniosła obiad, unosząc kosz piknikowy.

Rozłożyła koc i uklękła na nim. Harry leżał na boku, patrząc jak jego narzeczona wyjmuje kolejne przedmioty z koszyka. Co jakiś czas odwracała się i wkładała mu coś bezpośrednio do ust. Ser, truskawkę, krakersa.

Harry był zachwycony jej pięknem i witalnością. Jej suknia opływała wszystkie krągłości. Obserwował każdy jej ruch. W końcu odwróciła się do niego i spytała:

- Harry, chciałbyś kanapkę?

- Od ciebie wezmę wszystko – odpowiedział.

Otworzyła połowę wieka koszyka i wydobyła miecz Godryka Gryffindora, który wręczyła Harry'emu. Niemożliwe! Miecz był trzykrotnie większy od kosza, a ona wyciągnęła go ze środka!

Ginny znów zanurzyła ręce w koszu, kręcąc ponętnie pośladkami.

- Harry, chciałbyś musztardę do tej kanapki? – spytała.

Harry spojrzał na nią z niedowierzaniem. Musztarda na miecz?

Nagle scena się zmieniła.

Był piękny dzień. Harry siedział na ich miejscu piknikowym. Rozejrzał się i dostrzegł Ginny, która wybiegła w podskokach zza wielkiego kamienia, niosąc kosz piknikowy. Dostrzegła Harry'ego, podbiegła do niego i ucałowała go…


Wielka Sala, śniadanie

Harry i Ginny wkroczyli do Wielkiej Sali trzymając się za ręce. Jeśli nie liczyć dziwacznego snu, spał bardzo dobrze.

- Profesorze Harry! – zawołał cienki głosik. – Usiądź z nami!

Harry uśmiechnął się szeroko na widok Eriki, która machała mu szaleńczo, pokazując dwa wolne miejsca przy ich stole.

- Co powiesz, Gin? Usiądziemy dziś z małymi dziećmi? – spytał z uśmiechem.

- Czemu nie, profesorze Harry? Jesteś ich ulubionym nauczycielem – odpowiedziała.

Oboje podeszli do stołu, przy którym pozostałe miejsca zajmowali pierwszoroczniacy. Harry był zadowolony, widząc że Eryk i Erika zaprzyjaźnili się z dzieciakami w ich wieku. Ale wyglądało na to, że przysiedli się do stołu w trakcie kłótni między bliźniętami. Najwyraźniej Erika zmieniała swoje włosy na blond, a Eryk dodawał do nich niebieski odcień. W końcu dziewczynka miała dosyć.

- Profesorze Harry, powiedz mu coś. On ciągle robi moje włosy niebieskie!

- A właśnie że nie!

- A właśnie że tak!

- A właśnie że nie!

- A czy któreś z was próbowało kiedyś zmienić tylko swój wygląd, zamiast zmieniać oboje? – przerwał im Harry.

Oboje spojrzeli na niego z sympatią.

- Ale jesteśmy bliźniętami. Zawsze robiliśmy wszystko razem – powiedziała Erika.

Ginny żartobliwie uderzyła Harry'ego w ramię.

- Właśnie, to bliźnięta! Nie wiesz nic o bliźniętach?

Uśmiechnął się do niej, a potem odwrócił z powrotem do bliźniąt.

- Ale nie robicie wszystkiego razem. Śpicie w innych dormitoriach i pewnego dnia Eryk będzie miał dziewczynę, a Erika chłopaka.

Erika wywróciła oczami.

- Oczywiście, że będę miała chłopaka, który będzie traktował mnie tak, jak ty traktujesz swoją dziewczynę. Ma szczęście, że nie jestem starsza, albo bym cię jej ukradła – powiedziała Erika, ostrzegawczo wskazując palcem na Ginny.

Eryk pociągnął siostrę za rękaw i wyszeptał jej coś do ucha.

- Nie Eryku! Ona jest dla ciebie za stara!

Ginny zrobiła wielkie oczy, a Harry położył jej rękę na ramieniu.

- Nie chciałbyś jej, Eryku. Gryzie – Wyszeptał na tyle głośno, by cały stół usłyszał.

Ginny zaczerwieniła się gwałtownie i zaczęła odpowiadać, ale Eryk spytał:

- Skoro gryzie, to po co ci ona?

Ginny uniosła brwi i spojrzała na narzeczonego.

- No właśnie profesorze Harry, po co?

Harry nachylił się nad stołem i pokazał, żeby wszyscy zbliżyli się do niego. Rozejrzał się ostrożnie, jakby miał właśnie zamiar wyjawić jakiś sekret.

- Zdradzę wam, jak znaleźć chłopaka albo dziewczynę. Znajdźcie najpierw przyjaciela, kogoś z kim będziecie szczęśliwi. Wtedy takie nawyki jak gryzienie nie będą wam przeszkadzać.

Potem odchylił się i wyczarował białą różę, którą włożył Ginny za ucho. Grupka pierwszaków wybuchnęła cieniutkim śmiechem.

Nagle za Harrym ktoś uprzejmie odchrząknął. Większość pierwszaków podskoczyła przestraszona. profesor Dumbledore uśmiechnął się do nich łagodnie.

- Profesorze Potter, mógłby pan przyjść na moment do mojego biura, gdy skończy pan śniadanie?

- Oczywiście, panie dyrektorze.

- A jak się pani dziś czuje, panno Weasley?

- Już lepiej, panie dyrektorze. Chyba wreszcie zrozumiałam co powinnam zrobić – odpowiedziała cicho Ginny.

- Znakomicie. Jako że ma pani okienko po drugim śniadaniu, proszę przyjść wtedy do mojego gabinetu. A, profesorze Potter, to może pana zainteresować – dodał, wręczając Harry'emu kawałek pergaminu. Potem spojrzał na najmłodszych uczniów i dodał z uśmiechem: - Polecam czekoladowe eklerki. Są naprawdę znakomite dziś rano.

Gdy odwrócił się by odejść, na stole pojawiła się taca z eklerkami. Uczniowie zapiszczeli i jak jeden mąż rzucili się na słodycze.

Harry złamał pieczęć na pergaminie.

Harry,
uznałem, że chciałbyś znać wyniki swoich egzaminów:
Zaklęcia: Teoria - W, Praktyka – W
Transmutacja: Teoria – P, Praktyka – W
Obrona Przed Czarną Magią: Teoria – W, Praktyka – W+
To znakomite wyniki, Harry! Jesteś zwolniony z tych klas do końca roku szkolnego. Jesteś też pierwszym uczniem od 200 lat, który osiągnął Wybitny z wyróżnieniem na Obronie Przed Czarną Magią. Te oceny są wystarczająco dobre, byś mógł się ubiegać o posadę nauczyciela tu w Hogwarcie. Zostały też wysłane do Ministerstwa i Rady Nadzorczej. Jeszcze raz gratulacje, możesz czuć się naprawdę dumny z tych wyników.
Albus Dumbledore,
Dyrektor,
Szkoła Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie

Gdy przekazał pergamin Ginny, poczuł jak ktoś ciągnie go za rękaw.

- Czy jesteś w tarapatach, profesorze Harry? Musisz iść do dyrektora po śniadaniu! – wyszeptała Erika, wyraźnie zmartwiona.

- Nie martw się, Eriko. Jeśli dyrektor będzie niegrzeczny, zmienię go w kozła – odpowiedział, wywołując kolejny wybuch chichotów.

Ginny oddała Harry'emu pergamin.

- Jestem z ciebie taka dumna, kochanie! – wyszeptała mu do ucha.


Gabinet dyrektora

Harry nie wiedział, czemu dyrektor chce się z nim widzieć, chyba że chodziło o jego nieobecność w szkole przez ostatnich kilka dni. Ponownie zbliżył się do gargulca strzegącego wejścia. Bez słowa gargulec odskoczył, wpuszczając go na ruchome schody. Harry wszedł na nie i podjechał pod drzwi.

W biurze dyrektora znajdowali się już oboje Snape'owie, profesor McGonagall i jeden dżentelmen, którego nie znał. Dumbledore siedział za swoim biurkiem jak zwykle.

- Wchodź Harry, wchodź – zaprosił go Dumbledore.

Harry zajął miejsce i odezwał się:

- Jeśli chodzi o moją nieobecność przez ostatnich kilka dni, mogę…

- Nie chłopcze, to nie jest problem. Czasami pewne rzeczy się zdarzają. Ale to nie dlatego cię tu dziś wezwałem. Pozwól, że przedstawię ci pana Smythe'a z Departamentu Tajemnic Ministerstwa Magii. Na prośbę naszej pani Minister przeprowadzili kompleksowe poszukiwania w archiwach, ale niestety nie znaleźli niczego dotyczącego twojego kryształu. Jednak pan Smythe przypomniał sobie coś, na co natknął się wiele lat temu i chciał ci to pokazać.

- No tak – zaczął siwowłosy mężczyzna. – To było dość dawno i byłem nowym pracownikiem, któremu zlecono porządki w starych magazynach. Natknąłem się na pudełko, które sprowadza mnie tu dziś. Najwyraźniej w pudle znajdowała się okruch Kryształu Dusz. A przynajmniej tak mówiła etykieta. Obejrzałem to wtedy, ale wyraźnie była to tylko część większego klejnotu.

Smythe położył pudełko na biurku dyrektora i ostrożnie uchylił wieka. W środku na jedwabnej poduszce spoczywał mały srebrny kryształ o wymiarach najwyżej trzy na sześć centymetrów. Harry nachylił się, wpatrując się intensywnie w klejnot.

- Mogę?

Smythe skinął głową.

Harry ostrożnie wydobył kamień z pudełka i położył sobie na dłoni. Jego oczy pojaśniały i wymamrotał:

- Tak, już to widzę. To na pewno nie jest kamień występujący w naturze. Całkowicie stworzony przez człowieka. Bardzo kruchy, jak jajko. Nie, nawet bardziej.

Oczy Harry'ego zaszły mgłą. Odwrócił drugą dłoń spodem do góry. Dłoń trzymająca okruch została spowita błękitną poświatą. Drugą rękę spowiło białe światło. Zaczęły z niej wylatywać iskry, które znikały w centralnym punkcie nad dłonią.

Smythe wykonał ruch, jakby chciał powstrzymać Harry'ego, ale wszyscy nauczyciele zamachali, na znak by tego nie robił. Harry powoli odbudował Kryształ Dusz, używając okrucha jako wzorca. Była to skomplikowana struktura, złożona z elementów, które normalnie nie występują w kryształach. W końcu nowe elementy przestały się pojawiać i Harry ostrożnie wylewitował okruch z powrotem do pudełka. Nad drugą dłonią wisiał kamień wielkości kurzego jaja, którego kolor można było opisać tylko jako błękit nieba. Pulsował własnym światłem.

Harry wyczarował poduszkę, na której złożył kamień i odchylił się z westchnieniem.

- Wielkie nieba! To było niezwykłe! Czy to kompletny Kamień Dusz, panie Potter? – spytał Smythe.

- Tak. To pulsowanie jest powiązane z łączeniem elementów. W miarę jak pulsacja stanie się coraz słabsza, połączenie również, aż wreszcie całość stanie się niezwykle krucha. Na razie jest dość stabilna i pozostanie taka przez najbliższych kilka miesięcy. Dlatego właśnie Kamienie Dusz tak łatwo ulegały zniszczeniu. Kiedy pulsowanie zaniknie, Kamień można zniszczyć pocałunkiem. Wyjaśnia to też, czemu ta praktyka zanikła. Zapewne nie potrafili wymyślić Kamienia Dusz, który nie rozpadałby się po kilku miesiącach.

- Wielkie nieba, Potter, to jest piękne. W życiu nie widziałam czegoś takiego – westchnęła McGonagall.

Harry potaknął.

- Tak, to unikat. W naturze taki kamień nie występuje. Ewidentnie tworzono je z elementów, które nie łączą się w sposób naturalny – wyjaśnił Harry, po czym przeniósł wzrok na Dumbledore'a. – Proszę bardzo, oto jeden Kamień Dusz. Coś mi mówi, że jest bardzo ważny, ale nie mam pojęcia czemu. poproszę Hermionę, by z panem o tym podyskutowała. Może kiedy mamy już Kamień, będziemy w stanie dojść po co on nam właściwie jest potrzebny. Ma pan już moje notatki na ten temat, a teraz mogę stworzyć tyle Kamieni ile będzie trzeba.


Gabinet dyrektora, po drugim śniadaniu

Ginny szła do gabinetu dyrektora z duszą na ramieniu. Poprzedniego dnia dał jasno do zrozumienia co sądzi o jej zachowaniu. Bała się, że czeka ją kolejna zmycie głowy.

Zapukała do drzwi i otworzyła je, gdy usłyszała zaproszenie.

- Proszę wejść i usiąść, panno Weasley – powiedział Dumbledore. – Masz ochotę na cytrynowego dropsa?

- Nie, dziękuję – odpowiedziała Ginny, siadając na fotelu ustawionym przed biurkiem dyrektora. Pod wpływem spojrzenia, które Dumbledore rzucał jej nad okularami, zaczęła się wiercić niespokojnie. – Panie profesorze – odezwała się wreszcie, nie mogąc znieść ciszy – czy zrobiłam coś złego?

- Poza oczywistym, moja droga?

- Słucham?

- Powiedziałbym, że to nie tyle coś co zrobiłaś, a raczej coś, co jest częścią ciebie.

- Częścią mnie?

- Nie udawaj, że nie dostrzegasz tej wady. Zapewniam cię, jest oczywista dla każdego, kto spędzi z tobą trochę czasu.

Zmrużyła oczy, patrząc na niego spode łba.

- Panno Weasley – powiedział cicho – twoją oczywistą wadą jest coś, z powodu czego cierpisz zarówno ty, jak i twój brat. To wada, którą przekazała wam matka.

Ginny otworzyła szeroko oczy, czując jak wzbiera w niej wściekłość. Otworzyła usta, gotowa bronić swojej rodziny, ale powstrzymała się w ostatniej chwili. Zamknęła usta i spojrzała wściekle na dyrektora, ale nie odezwała się. Gniew nie wygasł, ale nie zamierzała dawać się prowokować temu starcowi.

Dumbledore skinął z aprobatą głową i kontynuował:

- Tak, widzę że zorientowałaś się, na czym polega problem. Twoja matka była znana ze swojej nerwowości, a ty i twój brat odziedziczyliście to po niej. Nie spotkałem się jednak z tobą, by przedstawiać twoją rodzinę w niekorzystnym świetle, ale by dać ci szansę na kontrolowanie twojego temperamentu. Z tego co wiem Harry nauczył cię na tyle Oklumencji, byś wyrobiła sobie imponujące osłony. Od Oklumencji do Legillimencji jest już tylko mały krok. Uważam, że jeśli nauczysz się choćby podstaw tej sztuki, zdobędziesz lepsze panowanie nad swoim gniewem.

Ginny patrzyła na niego z niedowierzaniem. Ja i Legillimencja? Ale jeśli ma to pomóc…

Dumbledore uśmiechnął się do niej łagodnie.

- Widzę Ginewro, że dostrzegasz plusy tego, co proponuję. Uważam, że nawet jeśli nigdy nie zostaniesz mistrzem w tej sztuce, to samo zrozumienie i nauczenie się podstawowych ćwiczeń pomoże ci lepiej kontrolować negatywne emocje.

- Rozumiem, panie profesorze i doceniam to, co pan dla mnie robi. Nie chcę nigdy więcej popełnić podobnego błędu – wyznała cicho.

Pokiwał głową ze zrozumieniem.

- Odkryjesz, że jeszcze wiele razy będziesz zła na Harry'ego, moja droga. To niezwykle uparty mężczyzna. Ale jeśli nauczymy cię odpowiednio wyrażać swój gniew, to oboje będziecie szczęśliwsi. No dobrze, oczekuję cię w moim gabinecie po obiedzie w każdy poniedziałek, środę i piątek.

- Dobrze. Dziękuję panu.

- Skoro już tu jesteś, czas na pierwszą lekcję. Oczyść umysł przy użyciu Oklumencji…


Ten sam dzień, późny wieczór

Uczennica z czwartego roku wracała do Pokoju Wspólnego po godzinie spędzonej nad niezwykle trudnym projektem z Eliksirów. Gdy ktoś złapał ją z tyłu, nie miała nawet okazji krzyknąć.

Harry, Ron i Ginny siedzieli w Pokoju Wspólnym. Harry był zmęczony. Spędził sporą część dnia pracując na lekcjach Zaawansowanej Obrony. Potem pomagał profesorowi Snape'owi na lekcjach normalnej Obrony. A w końcu odwiedził Akademię Aurorów, gdzie trenowano ministerialną armię.

Na szczęście Jack bardzo mu pomógł przy tym ostatnim, a Kingsley odwołał Alastora Moody'ego z emerytury, by ten pomógł uczyć nowych zaklęć. Ministerstwo nie miało pojęcia, że zgodnie z sugestią Blaise'a otrzymali jedynie część z arsenału zaklęć Brygady Feniksa. Hermiona oznaczyła kilka zaklęć jako „w trakcie testów" i nie zostały one przekazane Ministerstwu.

Teraz Harry mógł się odprężyć w towarzystwie Ginny. Obserwowali jak Eryk zmiata Rona w czarodziejskie szachy. Jak do tej pory zagrali 52 partie i Ronowi tylko w czterech z nich udało się osiągnąć remis.

Erika siedziała w pobliżu, pracując nad zadaniem domowym z Transmutacji. Bliźnięta często spędzały wieczory ze starszymi uczniami. Harry i jego przyjaciele nie mieli nic przeciwko. Ron znalazł entuzjastycznego partnera do szachów, a Hermiona często pomagała Erice w zadaniach domowych.

Ginny nachyliła się do Harry'ego i wyszeptała:

- Nie wiem jak ty, ale mi się naprawdę podoba ta więź, którą stworzył dyrektor. Szkoda, że już zanika. Ledwo cię czuję.

- Są inne sposoby na osiągnięcie tego samego efektu, kochanie – odpowiedział szeptem. – Ale Dumbledore miał rację, nie powinniśmy używać permanentnej wersji tego zaklęcia, póki nie weźmiemy ślubu. Ale jeśli masz ochotę, to mogę pokazać ci kilka sztuczek.

Po chwili przerwało im wejście zmartwionej Hermiony.

- Mionko, co się stało? – spytał Harry.

- Jedna z dziewczyn z czwartego roku została zaatakowana. Jest teraz w szpitalu, ma mnóstwo złamanych kości. Jeden z prefektów ją znalazł i pobiegł po mnie. Dziewczyna nazywa się Molly Anderson. Znasz ją?

- Anderson? Czwarty rok, chyba była Krukonką, jeśli mnie pamięć nie myli – nagle zmarszczył brwi. – Ona jest… - spojrzał na bliźnięta i zamilkł.

- Tak, jest – potwierdziła Hermiona.

Harry spojrzał na zegar naścienny.

- Przykro mi, ale powinniście już iść do łóżek – poinformował pierwszaki.

Bliźnięta zaprotestowały, ale poszły do dormitoriów. Tymczasem Ronowi najwyraźniej ulżyło, gdy Harry wybawił go od kolejnej druzgocącej klęski. Ustawił bierki na szachownicy i spojrzał z nadzieją na Harry'ego. Harry potrząsnął przecząco głową.

- Wybacz Ron, ale nie dziś. Spróbuj znaleźć Blaise'a i Neville'a i przyprowadź ich tu. Hermiono, znajdź proszę Lunę. Wydaje mi się, że czas najwyższy na małą naradę w gronie dowództwa Brygady.

Po kilku minutach zebrała się cała grupa. Harry wyczarował im kilka dodatkowych krzeseł, a potem otoczył ich zaklęciem ciszy.

- Dzięki, że przyszliście tak szybko. Nie jestem pewien, ale wydaje mi się, że możemy mieć problem. Słyszałem plotki o uczniach z młodszych lat, czwartego, trzeciego, drugiego, a nawet kilku z pierwszego roku, którzy zostali ostatnio pobici. To plotki, a osoby zaangażowane w te wydarzenia nie chcą nic mówić. Ale na moich lekcjach obrony widziałem sińce, które niektóre dzieciaki próbują ukrywać. Hermiona powiedziała mi, że Molly Anderson jest w szpitalu z połamanymi kośćmi. Wszystkie te dzieciaki pochodzą z rodzin mugoli, są półkrwi lub przyjaźnią się z tymi dwoma grupami. Molly to mugolak. Blaise, chyba czas żebyś usiadł z Hermioną i opracował listę zagrożonych osób. poprosiłbym Rona o pomoc, ale jako że jutro jest jego pierwszy mecz jako kapitana Rogogrzbietów, nie chcę go teraz od tego odrywać. Zaplanujmy spotkanie na przyszły tydzień i zobaczymy do czego doszliśmy. Acha, Hermiono, to że dałem ci nową robotę, nie znaczy, że możesz przegapić jutrzejszy mecz Rona – dodał z uśmiechem, uchylając się przed rzuconą przez nią poduszką.


Pierwszy mecz quidditcha, drugi weekend października

To była chłodna, pochmurna sobota. Harry, Ginny i Hermiona zajęli miejsca na trybunie najbliżej bramek Rogogonów, by mieć lepszy widok na Rona. Trójka przyjaciół siedział opatulona kocem i popijała gorącą czekoladę, którą wyczarował im Harry. Wkrótce kilka osób to dostrzegło i Harry musiał wyczarować gorące napoje dla kolejnych kibiców, łącznie z kilkoma nauczycielami.

- Harry, brakuje ci grania? – spytała Ginny. Zerkała na swojego ukochanego cały mecz, a to pytanie dręczyło ją od zeszłego roku.

- Bardzo brakuje. Jest coś w lataniu nad boiskiem na pełnej prędkości mojej Błyskawicy, co sprawia, że chcę wrzeszczeć z radości.

- Przykro mi, że musiałeś z tego zrezygnować – powiedziała cicho.

Harry wzruszył ramionami.

- Nie jest mi aż tak źle. Dalej mogę latać na miotle. Poza tym z tobą i Mionką będziemy mieli na tyle dzieciaków, by stworzyć własną drużynę.

Ginny roześmiała się, widząc wściekłe spojrzenie Hermiony.

- Mionko, Harry uważa, że będziemy mieli czwórkę dzieci. Dla ciebie i Rona zostają trzy.

- Och, a więc wreszcie opanowałeś sztukę Wróżbiarstwa, co, Harry Jamesie Potterze? – spytała jadowicie Hermiona.

- Opanowałem? Nie, na Merlina. Możesz to nazwać przeczuciem. Narysowałem Ginny przed domem i zacząłem dodawać dzieci. Zatrzymałem się na czwórce, bo mi to pasowało. Ciężko mi to wyjaśnić, ale ostatnio pewne rzeczy po prostu mi pasują.

Przyjaciele spojrzeli znowu na mecz w samą porę, by dostrzec przeciwników nadlatujących z kaflem. Jeden ze ścigających miał właśnie rzucić go w stronę obręczy, gdy piłka zmieniła się w ośmiornicę, która chwyciła gracza.

Harry zmrużył oczy i dokładnie przeszukał wzrokiem boisko. Nagle roześmiał się na widok bliźniaków umykających chyłkiem ze stadionu. Trącił Ginny, która dojrzała swoich umykających braci i zawtórowała mu śmiechem.

W międzyczasie zawodniczka zaczęła piszczeć i usiłowała zrzucić z siebie lepkie stworzenie. Nie zwracała uwagi gdzie leci i wpadła na jeden ze słupków. Zwaliła się na ziemię, a kafel, znów pod własną postacią, wylądował obok niej.

Mecz trwał i nikt nie dostrzegł pojedynczej sowy, która oddalała się od Hogwartu, by dostarczyć wiadomość.

Harry z zainteresowaniem przyglądał się szukającemu Rogogrzbietów, który dojrzał znicz. Trącił Ginny i oboje patrzyli, jak dwaj szukający ścigają się ku złotej piłce.

- Szukający Szyszymor roztrzaska się o ziemię, jeśli się nie poderwie – skomentował Harry.

Po chwili szukający wbił się w ziemię i pokoziołkował po murawie.

- A nie mówiłem? Amator!

Ginny i Hermiona wywróciły oczami, jednak za chwilę cała trójka zerwała się na równe nogi i krzyczała triumfalnie, gdy szukający Rogogrzbietów złapał znicz.


Anglia, nieznana lokalizacja

Voldemort ledwo powstrzymywał euforię, słuchając meldunków swoich sług. Choć raz wszystko szło jak należy.

- Mój panie, zakończyły się pomyślne testy pułapki Fiuu, więc wszystko jest przygotowane – mówił Glizdogon. – W Hogwarcie i Hogsmeade wszystko jest gotowe. Biorąc pod uwagę nasze sukcesy podczas ostatniego rajdu, podwoiliśmy ilość zespołów, które szykują się do następnego rajdu.

- Znakomicie Glizdogonie, doprawdy znakomicie. Widzę, że gdy wyszedłeś z cienia Lucjusza i Bellatrix okazałeś się naprawdę kompetentny. Muszę wymyślić dla ciebie odpowiednią nagrodę – pochwalił Voldemort i odwrócił się do kolejnego Śmierciożercy. – A co z mugolami Grangerami? Znaleziono już ich?

Glizdogon wrócił na swoje miejsce, zadowolony, że to nie on musi składać kolejne meldunki.

- Nie, mój Panie. Szukaliśmy wszędzie. Uważamy, że Dumbledore ich ukrywa – wyjąkał mężczyzna.

Voldemort warknął i obrócił się do następnego.

- Co z goblinami? Chcą już gadać?

- Nie… nie, mój Panie. Przedstawiciel goblinów poprosił, bym przekazał, że naród gobliński zamierza wesprzeć Ministerstwo i Harry'ego Pottera – wymamrotał Śmierciożerca.

- POTTER! – ryknął Voldemort, sprawiając, że wszyscy w pomieszczeniu podskoczyli. – WKRÓTCE CIĘ DORWĘ, POTTER!

- Nagini – syknął chwilę później.

Potężny wąż odwinął się z oparcia fotela i wysunął łeb naprzód.

- Tak, mój Panie? – syknął wąż.

- Możesz zjeść tego – powiedział Voldemort, wskazując na bełkoczącego ze strachu Śmierciożercę.

- Dziękuję, mój Pani – odparł wąż.


Sny i koszmary

Od meczu quidditcha minęły dwa dnia. Następny weekend miał być pierwszym weekendem z Hogsmeade w tym miesiącu.

Harry spał, a w jego snach pojawiały się serie dziwnych obrazów. Jego odprężony umysł przywołał kolejne wizje:

Harry rozejrzał się. To salon domu jego rodziców w Dolinie Godryka!

Obok niego przeszedł znacznie młodszy Remus.

- Cześć Harry! – powiedział, mijając go.

- Eee… cześć, Remus – odpowiedział niepewnie.

Potem weszła Lily.

- Harry! Musisz być strasznie głodny! Poczekaj, zrobię ci coś do jedzenia.

Wybiegła z pokoju i po chwili wróciła z wielką kanapkę, którą włożyła mu w dłonie.

- Jesteś takim dobrym chłopcem, Harry. Jesteśmy z ciebie tacy dumni – wyszeptała ze smutkiem.

Poprowadziła go do kanapy. Gdy usiadł, do pokoju wbiegł Wąchacz i zmienił się w Syriusza.

- Lily, popatrz na jego kanapkę! ZAPOMNIAŁAŚ O SERZE! – ryknął na nią.

W rogu pokoju Remus wyszarpnął różdżkę i wrzasnął:

- SER! NIE MOŻESZ ZAPOMINAĆ O SERZE!

Harry patrzył przerażony, jak kanapka w jego dłoniach zmienia się w miecz Godryka Gryffindora.

- Lunatyku, staruszku, za dużo nacisku. A poza tym dźgnąłeś, a powinieneś był machnąć – stwierdził przemądrzale Syriusz.

Harry śmiał się tak bardzo, że nie mógł utrzymać miecza, który spadł na podłogę.

Ginny obudziła się, słysząc chichot Harry'ego. Zorientowała się, że jej narzeczony się nie obudził, a chichocze przez sen! Nigdy o czymś takim nie słyszała. Miała już zacząć chichotać razem z nim, gdy nagle na jego twarzy pojawiło się przerażenie.

Nagle scena zmieniła się, a po jego plecach przebiegł zimny wiatr, od którego cały zadrżał.

Znów był w komnacie śmierci. Tym razem była ona wypełniona ludźmi, których uważał za swoją rodzinę i przyjaciół.

Zamrugał. Próbował wrzasnąć, poruszyć się, cokolwiek. Jego przyjaciele jedno za drugim spoglądali na niego smutno i ruszali za Zasłonę.

Ginny była ostatnia. Wyglądała na starszą, jeszcze piękniejszą. W ramionach trzymała rudowłose niemowlę, które patrzyło na niego zielonymi oczami.

- Nie słuchasz, Harry – powiedziała mu Ginny. – Dlatego musieliśmy wszyscy umrzeć. Zabiłeś nas, bo nie słuchałeś.

Dziecko zamigotało i nagle Ginny trzymała miecz. Razem z mieczem weszła za zasłonę.

Harry nagle odnalazł głos i wrzasnął:

- GINNY! NIEEEEE…

Harry zaczął niespokojnie rzucać się po łóżku. mamrotał coś, czego nie rozumiała, ale słyszała niepokój w jego głosie. Próbowała go przytulić i pocieszyć, ale tej nocy to nie starczało.

Sceneria zmieniła się ponownie. Był na Privet Drive 4. Wuj Vernon zbliżał się do niego, więc Harry sięgnął po swój miecz. Miecz? Nie, chciał różdżki, nie miecza. Upuścił miecz i zaczął nerwowo szukać różdżki.

Harry spojrzał na wuja i ujrzał zbliżającą się do niego pięść. Runął na ziemię i zawył:

- Nie! Wuju Vernonie, nie bij mnie, proszę! Nieeee…

Przez moment nad łóżkiem pojawiło się światło, jednak za chwilę zniknęło. W tej samej chwili Harry się obudził. Zwinął się w kłębek. Cały dygotał. Ginny otoczyła go ramionami.

- Już, już, kochanie, to tylko zły sen. Wszystko w porządku – wyszeptała.

Wsłuchując się w delikatny głos Ginny uspokoił się i ponownie odpłynął do krainy snów.


Gabinet dyrektora, Hogwart

Albus Dumbledore porządkował korespondencję i rozmyślał nad Kamieniem Dusz, który spoczywał pod szklanym kloszem na biurku w jego gabinecie. Delikatne pulsowanie Kamienia miało uspokajający efekt.

Po kilkukrotnym przeczytaniu notatek Harry'ego na temat Kamienia, zwrócił uwagę, że wszystkie zastosowania, jakie odkrył Harry, związane są z rytuałem śmierci.

Zastanawiam się, czy nasz Harry przypadkiem nie dał mi odpowiedzi na pytanie jak zabić nieśmiertelną duszę, myślał. Chwila, może wcale nie trzeba zabijać. Jeśli Kamień może ją schwytać, a potem… a potem… co? Jeśli Kamień może pojmać duszę, to co zrobić, gdy jest już w środku? Mamy tylko kilka miesięcy, nim zdaniem Harry'ego Kamień stanie się zbyt kruchy. Co z nim zrobić?

Podrapał się z zadumą po głowie. Widział tu dwa główne problemy. Po pierwsze, jeśli Kamień może utrzymać duszę, to jak ją wpakować do środka bez niszczenia Kamienia? A po drugie co zrobić z Kamieniem zawierającym przesiąkniętą złem duszę? Nawet jeśli Kamień schowano by w najgłębszej, najlepiej chronionej skrytce w Gringotcie, ktoś mógłby go zabrać. W końcu już wcześniej włamywano się do Gringotta. A poza tym prędzej czy później Kamień i tak się rozpadnie.

Dumbledore westchnął. Jakby tego nie starczyło, Ministerstwo poprosiło żeby on, Severus i Serena przybyli w środę na spotkanie, by omówić ulepszenie Eliksiru Antycruciatus, który wynaleźli. Zaczynał czuć coraz większą presję ze wszystkich stron.

Na Merlina, jeśli ja czuję taką presję, Harry musi czuć się dziesięć razy gorzej! pomyślał.


Wtorek rano, po Obronie dla trzeciego roku (trzeci tydzień października)

Lekcja Obrony poszła nieźle. Uczniowie przerabiali magiczne stworzenia i część lekcji spędzili radząc sobie z klasowym boginem. Jednak Harry'ego martwiło, że uczniowie nieco się poprzesiadali. Zmiana była subtelna. Przez ostatnich kilka tygodni niektórzy uczniowie przenieśli się na koniec klasy.

Dopiero tego dnia zorientował się, że są to wyłącznie mugolaki i uczniowie półkrwi. Zdecydował się porozmawiać z profesorem Snapem po lekcji.

- Profesorze? Zauważył pan, jak uczniowie się poprzesiadali?

Severus zmarszczył brwi w skupieniu.

- Teraz jak o tym wspomniałeś to faktycznie, zauważyłem, ze niektórzy uczniowie się przesiedli. Ale nie wydaje mi się to ważne.

- Słyszał pan o tym, co stało się Molly Anderson?

- Tak, z tego co wiem, to wyzdrowieje – odpowiedział ostrożnie Snape. Coś w pytaniach Harry'ego zaczęło go niepokoić.

- Molly jest mugolakiem. Wszyscy uczniowie, którzy przenieśli się na tył klasy są mugolakami albo półkrwi. Czy ja sobie tylko wyobrażam, że coś śmierdzi? Czyżby Szalonooki Moody zaraził mnie swoją paranoją? Po prostu dla mnie to trochę… dziwne – zakończył Harry.

Severus ponownie zmarszczył brwi.

- Nie sądzę, żeby było czym się martwić, ale porozmawiam wieczorem z moją żoną i spytam czy zauważyła coś niepokojącego.

- Dziękuję.


Uzbrojenie i Cierpka Winorośl

Serena weszła do Skrzydła Szpitalnego porozmawiać z Poppy. Pielęgniarka zużywała ostatnio mnóstwo eliksirów i Serena chciała się upewnić, że ma zapasy.

Ku jej zaskoczeniu Poppy właśnie opatrywała dwójkę pacjentów. Fred i George Weasleyowie wyglądali, jakby przegrali wojnę z krasnoludkami uzbrojonymi w miecze. Ich spodnie od pasa w dół były w strzępach, a nogi pokrywały setki drobnych cięć.

Przy którejś okazji Serena zajrzała w akta bliźniaków i była zdumiona, gdy odkryła, że rzucili szkołę zdobywając jedynie po trzy SUM-y. Ich oceny były katastrofalne, a jednak teraz byli właścicielami innowacyjnego, odnoszącego sukces sklepu z dowcipami i aktywnie wymyślali nowe bronie dla Harry'ego. Miała mocne podejrzenie, że celowo zawalili egzaminy, gdy byli w szkole.

Gdy Serena weszła, obaj bliźniacy spojrzeli na nią, a na ich twarzach pojawiły się szerokie uśmiechy. Fred przyciskał mocno do piersi jakieś pudełko. Spojrzała na nie z ciekawością i dojrzała, jak coś w pudełku się trzęsie.

- W co się tym razem wpakowaliście? – spytała Serena.

- Testowaliśmy… - zaczął Fred.

- … szybkość i wytrzymałość… - kontynuował George.

- … nowego produktu – zakończył Fred.

- Sądząc po waszych nogach, ma więcej szybkości niż którykolwiek z was – zauważyła Serena.

Zamrugała zdziwiona, gdy z pudełka trzymanego przez Freda dobiegł niski warkot.

Fred machnął ręką.

- Niewielki problem…

- …po prostu trzeba odpowiednio dostosować mieszankę – kontynuował George.

- Poza tym złapaliśmy większość… - dodał radośnie Fred.

- …a nasi pracownicy wyłapią resztę – skończył George.

- Pracownicy? A, uczniowie, których zatrudniliście.

Serena podeszła do okna, by spojrzeć na budynek Uzbrojenia. W oddali widziała trzech uczniów ściganych przez jakąś niebieską masę, która zdawała się przelewać po gruncie niczym woda. Nawet przez zamknięte okno słyszała odległe wrzaski. Odwróciła się z powrotem do bliźniaków i uniosła brew.

- Wygląda na to, że póki co to wasi pracownicy są łapani. Zapowiada się pracowity dzień dla Madam Pomfrey. Więc powiedzcie mi, co goni za dzieciakami i czy będzie to wymagało interwencji aurorów? – spytała oschle.

George wyciągnął szklaną butelkę i podał jej. Wewnątrz znajdowało się… no cóż, nie była w stanie powiedzieć co to dokładnie było. Obłe, rozmiarów sporego kamyka, koloru ciemnej purpury i wytrzeszczało na nią oczy. Gdy przechyliła butelkę, stwór w środku obnażył małe, ostre zęby i kopnął w szkło malutką stopą.

- Nazywamy je… - zaczął George.

- …Winoroślą Wściekłości – skończył Fred.

Patrząc na ich promieniejące szczęściem twarze, pokrwawione, podarte ubrania i krwawiące rany niemal żałowała Voldemorta, który musi stawić czoła tej dwójce. Na tą myśl Serena osunęła się na puste łóżko i wybuchnęła śmiechem.

Bliźniacy gapili się na nią z niedowierzaniem. Nauczyciel śmiejący się z ich dokonań? Do kazań przywykli. Oczekiwali, że na nich nawrzeszczą. Ale śmiech?

George nachylił się do Freda i wyszeptał:

- Czy ona zwariowała?

- No cóż, poślubiła Snape'a – odparł mądrze Fred.

- To by wyjaśniało skrzywione poczucie humoru, nie? – spytał George.

Serena zgięła się w pół, trzymając się za boki, a ze śmiechu łzy spływały jej po policzkach.


Skrzydło Szpitalne, Hogwart, środa po południu

Tego dnia szpital był pusty. Madam Pomfrey inwentaryzowała sprzęt i leki, gdy do jej biura weszła profesor McGonagall.

- Minervo, jak miło, że przyszłaś. Błagam, powiedz mi, że nie przyprowadziłaś kolejnego ucznia potrzebującego mojej pomocy! – powiedziała Madam Pomfrey.

Wicedyrektorka odpowiedziała uśmiechem.

- Nie Poppy, nie dzisiaj. Otrzymaliśmy jednak wiadomość przez Fiuu z Hogsmeade. Wygląda na to, że Cindy, siostrzenica Rosmerty zaczęła rodzić, a nikt nie może znaleźć uzdrowicielki Aberson. Pytają czy będziesz mogła odebrać poród?

Madam Pomfrey rozejrzała się po pustych łóżkach. Minęło dużo czasu odkąd pomagała przy porodzie. To były naprawdę wyjątkowe chwile, takie pełne szczęścia!

- Pójdę tylko po torbę i płaszcz i ruszam – zdecydowała.

- Poppy, jeśli nie masz nic przeciwko, poszłabym z tobą. Na ile znam Rosmertę będzie chodziła tam i z powrotem wydeptując dziurę w podłodze. Spróbuję ją uspokoić. Poza tym Albus powinien niedługo wrócić z tego spotkania w Ministerstwie, a ja już skończyłam lekcje na dziś.

- Dziękuję, Minervo, będę zadowolona mając towarzystwo.

Pielęgniarka złapała torbę medyczną i płaszcz, po czym obie wyszły ze szpitala i udały się w stronę Holu Wejściowego.


Spotkanie w Ministerstwie

To było długie nudne spotkanie. Siedzieli i słuchali na temat możliwych ulepszeń, które można by wprowadzić w eliksirze wynalezionym przez Serenę i Severusa. Ministerialni uzdrowiciele mieli nadzieję wydłużyć czas jego działania przynajmniej do czterech godzin i dodać do niego pewne właściwości Eliksiru Postcruciatus.

Choć był to bardzo ważny i wartościowy projekt, to ministerialni naukowcy stanowili chyba najnudniejszą grupę mówców na świecie. Albus, Serena i Severus wyszli z sali konferencyjnej z uczuciem ogromnej ulgi po ciężkim dniu.

Cała trójka spędziła jeszcze kilka chwil na rozmowie z Kingsleyem Shackleboltem, który jako szef aurorów był bardzo zainteresowany ulepszeniem eliksiru. W końcu pożegnali się i nauczyciele stanęli w kolejce czekających na skorzystanie z publicznego Fiuu.

Dumbledore zorientował się, że coś jest nie tak, w momencie w którym wszedł w płomienie. Ruch był niezwykle rwany, nie gładki jak zwykle. Zanim wyszedł z docelowego kominka, wydobył różdżkę i wzniósł wokół siebie tarczę.

Po niecałej minucie Serena i Severus wyszli z tego samego kominka. Byli wstrząśnięci, gdy okazało się, że znajdują się w pokoju bez wyjścia poza kominkiem, którym przybyli. Albus nachylał się nad związanym Śmierciożercą, by odebrać mu różdżkę. Obok leżało czterech kolejnych. Severus natychmiast zaczął mu pomagać.

Serena wydobyła z małej sakiewki u pasa szczyptę proszku Fiuu i rzuciła go do kominka. Nic się nie stało.

- Albusie, gdzie jesteśmy? – spytała.

- Wygląda na to, że zostaliśmy przechwyceni w trakcie podróży. Co do tego gdzie jesteśmy, trudno mi wyrokować. Ta piątka – wskazał na związanych Śmierciożerców – czekała, kiedy tu wszedłem. A skoro Fiuu nie działa, musimy poczekać aż odzyskają przytomność, zanim dowiemy się jak zamierzali opuścić to miejsce.

Serena pokiwała głową i zaczęła dokładnie sprawdzać ściany w poszukiwaniu iluzji lub innych zaklęć, które mogły ukrywać wyjście.


Spotkanie Brygady Feniksa

Harry był niespokojny. Jego wisiorek drgał kilka razy ostrzegawczo, a on nie znał przyczyny. Brygada pracowała nad koordynacją działań. Przeszedł się kilka razy po Pokoju, ale nie miał za wiele do roboty. Ron i Jack trzymali wszystko pod kontrolą. W końcu podszedł do Ginny.

- Gin, niech popracują jeszcze dziesięć minut, a potem kończymy. Chyba pójdę dzisiaj wcześniej do Pokoju Wspólnego.

Ginny spojrzała na niego z troską.

- Wszystko w porządku?

- Nie wiem. Mam przeczucie, że coś się stanie. Coś złego. Chciałem obejrzeć w działaniu te nowe drużyny grenadierów, ale chyba powinniśmy być dziś wieczór w Pokoju Wspólnym. Widziałaś jak mało nauczycieli było na kolacji.

- W porządku. Poczekaj chwilę, pójdę powiedzieć Hermionie i idę z tobą.

Ginny podbiegła do Hermiony. Zamieniły kilka słów, a starsza czarodziejka spojrzała z niepokojem na Harry'ego.


Anglia, nieznana lokalizacja

- Raport – warknął Voldemort.

- Mój Panie, pułapka Fiuu się zatrzasnęła – zameldował zgięty w ukłonie Śmierciożerca.

- Wreszcie!

Więź była dla niego dostępna niemal od sześciu dni, ale się powstrzymywał. Teraz, gdy wszystko jest na swoim miejscu, nadszedł czas ataku!


Pokój Wspólny

Para opuściła Pokój Życzeń i udała się do Pokoju Wspólnego. Gdy tylko weszli ujrzeli wstrząśnięci, że grupka uczniów z piątego roku otoczyła kilkoro pierwszaków. Wan Chang wydzierała się na nich ile sił w płucach.

- GŁUPIE SZLAMY! MACIE ROBIĆ CO WAM KAŻĘ!

Harry zmarszczył brwi, widząc, że w centrum grupki znajdują się Eryk i Erika, przerażeni i przytuleni do siebie.

- Chang – odezwał się Harry, podchodząc bliżej. – To oznacza miesiąc szlabanu z panem Filtchem. Powiedz jeszcze słowo, a zrobię z tego rok.

Wan obróciła się gwałtownie w jego stronę.

- Dostaniesz za swoje, Potter! Nie potrafisz chronić siebie, a co dopiero te obleśne szlamy!

- To będzie rok szlabanu, panno Chang. Masz ochotę zawalczyć o dwa lata?

Wan rzuciła mu mordercze spojrzenie, ale ruszyła w stronę dormitoriów, a jej poplecznicy podążyli za nią. Ze schodów dobiegł ich złośliwy śmiech. Ginny podeszła do pierwszaków, starając się ich uspokoić, ale większości z nich wystarczyła sama obecność Harry'ego i Ginny.

Ginny rozmawiała właśnie z jedną małą dziewczynką, gdy ktoś mocno objął jej nogę. Spojrzała w dół i ujrzała, że uczepił się jej spanikowany Eryk.

- Co się stało profesorowi Harry'emu? – wyszeptał z przerażeniem w oczach.

Ginny odwróciła się gwałtownie i ujrzała, że Harry zaciska dłoń na swojej bliźnie i zatacza się po Pokoju Wspólnym niczym pijany. Zbladła, gdy Harry wrzasnął i zwalił się na plecy wprost na jeden z małych stolików. Wygiął się w agonii i powoli ześliznął z blatu na podłogę. Ginny otrząsnęła się z szoku i popędziła do niego.

Leżał zaciskając dłonie na czole, a spomiędzy jego palców ciekła strużka krwi. Oczy uciekły mu w głąb czaszki, tak że było widać jedynie białka, a jego ciałem wstrząsały spazmy.

Eryk i Erika podążyli za Ginny i ponownie przywarli do siebie, przerażeni tym widokiem.

Drzwi do Pokoju Wspólnego stanęły otworem. Pojawili się członkowie Brygady. Wydobyli różdżki, słysząc krzyki Harry'ego.

Ginny podniosła wzrok i ujrzała nadbiegających Rona i Hermionę. Z wysiłkiem utrzymywała Harry'ego w jednej pozycji, by nie zranił się, rzucając się konwulsyjnie po podłodze.

- Ron, pomóż mi! Hermiono, maść! Jest na jego szafce nocnej!

Neville i Luna podeszli, by pomóc Ronowi. Krzyki Harry'ego zaczęły ściągać uczniów z dormitoriów.

Wan, stojąca na dole schodów, wybuchnęła śmiechem i powiedziała:

- Obrzydliwy mieszaniec! Wiedziałam, że dostanie za swoje!

Jej głos był dobrze słyszalny, nawet mimo krzyków Harry'ego.

Ron, wciąż przyciskając barki Harry'ego do podłogi, rozejrzał się za Blaisem. Dostrzegł go i polecił, by wyrzucił z Pokoju wszystkich nie będących członkami Brygady.

Drużyna zabezpieczająca ruszyła do akcji. Blaise złapał Wan i mimo jej pełnych oburzenia pisków wyrzucił ją niezbyt delikatnie z pomieszczenia.

Hermiona zbiegła ze schodów i podała Ginny słoiczek z maścią. Ta sięgnęła i nałożyła odrobinę na bliznę Harry'ego, ale ten nie przestawał się wić w męczarniach. Maść nie dawała żadnego efektu! Ginny spojrzała na swoje palce i gwałtownie wciągnęła powietrze. Jej palce nie zmieniły koloru! Wcześniej zawsze stawały się zielone!

- Mionko, coś jest nie tak z maścią! Nie zmieniła mi koloru palców! – zawołała, pokazując je przyjaciółce.

- Ma więcej? – spytała zszokowana Hermiona.

- Tak, powinny być dwa dodatkowe słoiczki w jego kufrze. pospiesz się!

Neville i Luna rzucali na Harry'ego zaklęcia przeciwbólowe. Nic więcej nie byli w stanie zrobić. Ale zaklęcia, które powinny działać przez godzinę, wypalały się niemal natychmiast. Widząc wysiłek na ich twarzach Ron spytał co się dzieje.

- Za wiele bólu! – wymamrotał Neville, rzucając kolejne. – Ból przepala się przez nie za szybko!

- Nie przestawaj, Nev – poleciła Luna, skupiona jak nigdy. – Tylko tyle możemy zrobić. Jeśli daje mu to choć trochę ulgi, nie możemy przerwać.

- Slatterly! – warknął Neville na młodego mężczyznę, stojącego w pobliżu wyjścia. – Rusz się i pomóż nam. Dorwij wszystkich uzdrowicieli ze wszystkich drużyn jakich znajdziesz. Będziemy się wymieniać, aż maść zadziała.

Hermiona zeszła na dół z dwoma słoiczkami, ale nie wręczyła ich Ginny. Ta spojrzała na przyjaciółkę pytająco.

- Moje palce nie zmieniają koloru – wyjaśniła Hermiona.

- Ron – odezwała się cicho Luna – potrzebujemy pomocy. Możemy rzucać te zaklęcia aż padniemy z wyczerpania, ale ból go zabije.

Ron nie musiał wydawać rozkazu. Dwadzieścioro członków Brygady rozbiegło się po szkole w poszukiwaniu profesora Dumbledore'a, Madam Pomfrey, kogokolwiek!

Ginny przysiadła na piętach i spojrzała na swojego mężczyznę. Jego ból był nie do zniesienia, a ona nie mogła zrobić nic, by to powstrzymać. Hermiona klęknęła u jej boku, odstawiając dwa bezużyteczne słoiki na stolik.

Ginny zaczęła łkać. Poczuła, ze Hermiona ją obejmuje. Nie były w stanie zrobić absolutnie niczego.


Kuchnie Hogwartu

Colin Creevey wybiegł z Pokoju razem z resztą uczniów. Podobnie jak Harry zauważył wcześniej, jak mało nauczycieli pojawiło się na kolacji i pomyślał, że będzie mógł znaleźć kogoś, kto udał się do kuchni w poszukiwaniu posiłku późną porą.

Wpadł do pomieszczenia, zaskakując kilka skrzatów. Na jego spotkanie wyszedł Zgredek.

- Czy możemy coś zrobić dla młodego pana?

- Zgredku! Muszę znaleźć nauczyciela albo profesora Dumbledore'a! Harry ma kłopoty w Pokoju Wspólnym! – zawołał Colin, dysząc ciężko.

- Harry? Harry Potter ma kłopoty? Zgredek znajdzie profesora Dumbledore'a!

Po tych słowach mały lojalny skrzat zniknął.

Colin oparł się o stół, usiłując złapać oddech.


Gabinet dyrektora, Hogwart

Zgredek pojawił się z głośnym pyknięciem i szaleńczo rozejrzał po pomieszczeniu.

- PROFESOR DUMBLEDORE! GDZIE PAN JEST? – krzyknął.

Zgredek widział, że gabinet jest pusty. Zaczął się zastanawiać, gdzie teraz sprawdzić, gdy dostrzegł Fawkesa, który zaświergotał cicho.

Ku zdumieniu Zgredka, w jego głowie rozległ się głos.

Co cię trapi, łagodny skrzacie?

- Fawkes? Czy to ty mówi do Zgredka? – spytał skrzat.

Owszem, mały skrzacie. Teraz powiedz mi, co cię trapi? Czuję w tobie wielki pośpiech.

- My potrzebują profesora Dumbledore. Harry Potter ma wielkie kłopoty w Pokoju Wspólnym, ale ja nie wiem gdzie znaleźć profesor Dumbledore – zawołał Zgredek.

Pisklę jest w kłopotach? Zobaczymy co się tam dzieje, mały skrzacie. Złap za jedno z piór w moim ogonie i udamy się tam.

Fawkes podleciał nad skrzata i poczekał, aż Zgredek złapie za jedno z jego piór. Opuścili biuro w kuli ognia.


Pokój Wspólny

Uczniom udało się znaleźć kilkoro nauczycieli. Na miejscu był profesor Flitwick oraz profesor Sprout, która proponowała przenieść Harry'ego do Świętego Munga.

Nagle pojawiła się kula ognia, która przyniosła Fawkesa i Zgredka. Zgredek podbiegł do Harry'ego, a jego oczy wielkości piłek do tenisa zrobiły się jeszcze większe. Po policzkach zaczęły spływać mu łzy.

Harry leżał i oddychał z trudem. Konwulsyjne drgawki zużyły cała jego energię, więc wreszcie leżał w ciszy. Mięśnie wciąż drgały, ale wyraźnie było widać, że skończy mu się siły.

Mały skrzacie, powiedz im, że sprowadzę Albusa. Pisklę jest w wielkim niebezpieczeństwie. Czarny Pan go zaatakował.

Fawkes zerwał się do lotu, zrobił kilka okrążeni nad Harrym i zniknął w kuli ognia.

- Panno Wisiel… panno Wisiel! Fawkes mówi, że on sprowadzi profesor Dumbledore, on go przyprowadzi, tak! – zawołał Zgredek.

Ginny spojrzała na Hermionę. Na twarzach obu kobiet pojawiła się nadzieja. Jeśli ktokolwiek był w stanie znaleźć Dumbledore'a, to był to jego chowaniec.


W pułapce Fiuu

Dumbledore, Severus i Serena siedzieli na podłodze oparci o ścianę. Pięciu Śmierciożerców leżało tak, jak ich Albus zostawił. Żaden jeszcze nie odzyskał przytomności.

Dumbledore wstał, czując znajome mrowienie w karku.

- Wygląda na to, że pomoc nadciąga. Opuszczamy lokal? – spytał, podając rękę Serenie.

Przez moment Snape'owie patrzyli na niego, jakby stracił rozum, ale westchnęli z ulgą, gdy pojawiła się kula ognia.

Fawkes krążył nad ich głowami, a jego pieśń wyraźnie świadczyła o jego pośpiechu i zdenerwowaniu. Dumbledore spojrzał na niego ostro.

- Chodźcie, nie ma czasu do stracenia – zawołał dyrektor. – Coś złego dzieje się w szkole!

Severus spojrzał na pięciu Śmierciożerców.

- Co z nimi? – spytał.

- Zostaw ich – odpowiedział twardo Dumbledore.

Trójka nauczycieli złapał się za ręce, a Dumbledore ujął jedno z piór ogona Fawkesa. Zniknęli w rozbłysku ognia, zostawiając za sobą pięciu Śmierciożerców, którzy mieli umrzeć z głodu, jeśli nikt ich nie odnajdzie.


Pokój Wspólny

Ginny nie mogła już patrzeć na Harry'ego. Zamiast tego z nadzieją rozglądała się po Pokoju, wypatrując powrotu Fawkesa.

Nagle w kuli ognia pojawił się Fawkes, który przyniósł ze sobą Dumbledore'a, Serenę i Severusa Snape'ów.

- PROFESORY! WIELKI HARRY POTTER POTRZEBUJE WASZE! – krzyknął Zgredek.

- Maść Harry'ego nie działa! – wyjaśniła zrozpaczona Ginny.

Serena szybko podeszła i uniosła jeden ze słoiczków ze stolika. Zdjęła nakrętkę i uważnie powąchała zawartość.

- Dyrektorze, ktoś zneutralizował tę maść. Severusie…

Ale jej mąż już pędził ku wyjściu ślizgońskiemu, które pozwoli mu wyjść w lochach, najbliżej ich prywatnych kwater i laboratorium, gdzie trzymali główny zapas maści.

- Gdzie Madam Pomfrey? – spytał Dumbledore profesora Flitwicka.

- Razem z Minervą zostały wezwane do porodu w Hogsmeade – wyjaśnił niski nauczyciel.

Dumbledore skinął głową, ale nie zastanawiał się nad tym więcej. Fawkes krążył nad głowami uczniów, ale teraz jego pieśń pocieszała i uspokajała zgromadzonych.

Po niespełna dwóch minutach Severus wbiegł z powrotem do Pokoju Wspólnego ze sporym słoikiem maści. Serena przejęła go i uważnie powąchała zawartość. Potem wzięła ją na palce i posmarowała bliznę Harry'ego.

Efekt był natychmiastowy. Jego mięśnie rozluźniły się, oddech stał się płytki, a bicie serca słabe. Atak się zakończył i Harry stracił przytomność.


Anglia, nieznana lokalizacja

Voldemort eksplodował wściekłością. Uderzył kilkakrotnie pięścią w podłokietnik i zabił troje sług zaklęciami śmierci, nim odzyskał nad sobą kontrolę. Był tak blisko! Tylko godzina lub dwie i Potter byłby martwy lub w katatonii! Niespodziewanie ich połączenie się zamknęło. To znaczyło, że ktoś dostarczył Potterowi dobrą maść!

Przywołał sługę, który zbliżył się, przestępując zabitych kolegów.

- Udaj się do pokoju z pułapką Fiuu. Jeśli tych pięcioro sług wciąż żyje, a Dumbledore'a tam nie ma, zabij ich! – syknął.

Śmierciożerca ukłonił się nisko.

- Jak mój Pan rozkaże!

Wściekłość Voldemorta nie zmalała. Wiedział, że była to jego ostatnia szansa na zaatakowanie Pottera w ten sposób. Odebranie mu maści będzie zbyt trudne. Teraz będą jej znacznie uważniej pilnować.

Świecące złowrogą czerwienią oczy Voldemorta odszukały w tłumie sług odpowiednią osobę. Mężczyzna, czując spojrzenie swojego Pana, ukłonił się nisko. To był jego plan i prawie zadziałał. Ale prawie nie wystarczało.

Voldemort przywołał go skinieniem ręki. Mężczyzna podszedł, drżąc na całym ciele.

- Sługo, będziesz dalej pracował nad swoim celem. Ale jestem w najwyższym stopniu niezadowolony – powiedział pozornie delikatnie Voldemort. Uniósł kościstą dłoń i wskazał różdżką na tułów mężczyzny. – Crucio – wymruczał, niemal z czułością.

Mężczyzna runął na ziemię, a jego Pan uśmiechnął się zadowolony. Tak, niech posmakuje swojej klęski, pomyślał.


Pokój Wspólny

Serena nachyliła się, by zbadać Harry'ego.

- Ile to trwało? – spytała, nie podnosząc głowy.

- Prawie godzinę – wyszeptała Ginny.

- Sereno, co z nim? – spytał Dumbledore.

- Nie jestem uzdrowicielką, ale widzę, że jest niezwykle słaby. Nie sądzę, by przenoszenie go w tej chwili było mądre.

- W takim razie ułóżmy go tu wygodnie – zdecydował Dumbledore.

Odsunął przeszkadzające meble i wyczarował łóżko, na którym złożył Harry'ego. Ginny natychmiast przysunęła się do narzeczonego.

Serena spojrzała na Lunę i Neville'a.

- Macie siły, by pobiec do szpitala? Wiem, jacy zmęczeni jesteście. I bez oszukiwania – dodała surowo. – Wystarczy mi jeden pacjent, nie potrzebuję kolejnej dwójki, która pada z nóg z powodu lojalności!

- Damy radę, pani profesor – zapewniła stanowczo Luna.

- Dobrze. Przynieście tyle eliksirów wzmacniających ile znajdziecie. Acha, zobaczcie też, czy Madam Pomfrey ma jakieś eliksiry nasercowe.

Gdy dwójka wyszła z pokoju, Severus wręczył dyrektorowi jeden ze słoiczków z maścią Harry'ego.

- Do tej maści dodano substancję neutralizującą. Nie trzeba dużo, by całość przestała działać.

Dumbledore pokiwał głową.

- Tak Severusie, to kolejna zagadka, nad którą musimy się zastanowić. Ale póki co bardziej martwię się młodym Harrym i naszą zaginioną pielęgniarką. Panie Weasley?

Ron uniósł głowę.

- Słucham?

- Jak rozumiem wasza Brygada lubi biegać. Myśli pan, że kilka osób zechciałoby się przebiec do Hogsmeade i znaleźć tam Madam Pomfrey?

Ron skinął głową i poszedł wydać odpowiednie rozkazy.

Serena musiała podać eliksir dożylnie, co znaczyło, że zadziała słabiej niż podany tradycyjnie, doustnie. Blaise pogrążył się w energicznej dyskusji z Severusem na temat skażenia maści. Dumbledore wyczarował sobie fotel i usiadł przy łóżku, wyczekując powrotu Madam Pomfrey. Fawkes przycupnął na oparciu.

Nagle dyrektor obrócił się, słysząc jakiś dźwięk w pobliżu swojego ramienia. Ujrzał Eryka i Erikę. Wpatrywali się w Harry'ego, który leżał bez ruchu na łóżku. Oboje mieli na twarzach ślady łez.

Erika oderwała wzrok od nieruchomej postaci i popatrzyła na Dumbledore'a.

- Panie dyrektorze, czy profesor Harry wyzdrowieje? – spytała niepewnie.

Na dźwięk głosu siostry także Eryk popatrzył na Dumbledore'a. Strach i cała masa innych emocji sprawiła, że ich zdolności metamorfomaga wyrwały się spod kontroli, a ich włosy przyjmowały najróżniejsze kolory. Bliźnięta nieświadomie walczyły ze sobą o kontrolę. Wciąż nie opanowały jeszcze do końca tej umiejętności, ale miesiąc ćwiczeń z Tonks obudził ich uśpione zdolności.

Dumbledore uśmiechnął się do nich łagodnie.

- Tak, dziecko. Myślę, że profesor Harry wyzdrowieje. Jak mogłoby być inaczej, skoro ma takich przyjaciół jak wy.

Erika pokiwała głową i uśmiechnęła się, jakby chciała powiedzieć „Oczywiście, że jesteśmy jego przyjaciółmi. Bez nas nie dał by rady!". Erik uśmiechnął się i ukrył za plecami siostry.

Hermiona stanęła za bliźniętami i położyła im ręce na ramionach.

- Skoro już wiecie, że profesor Harry wyzdrowieje, czas iść do łóżek – powiedziała z uśmiechem.

Bliźnięta skinęły głowami i pozwoliły Hermionie odprowadzić się do dormitoriów.

Po kilku minutach do pokoju weszła Madam Pomfrey, za którą podążała profesor McGonagall i kilku członków Brygady.

Poppy podbiegła do Harry'ego i rzuciła na niego zaklęcie diagnostyczne. Potem przeszła do zaklęć uzdrawiających. Jej różdżka rozbłysła i mruczała jeszcze kilka minut, nim wreszcie popatrzyła na Dumbledore'a.

- I co, Poppy? – spytał.

- Wyzdrowieje, dyrektorze, choć zapewne jutro będzie go boleć absolutnie każdy mięsień i każda kość. Obrażenia są podobne do wywoływanych przez Cruciatus, ale nie do końca identyczne.

Dumbledore pokiwał głową z namysłem.

- Musimy jakoś zabezpieczyć jego zapasy maści. Oddałbym mu jakiś apartament nauczycielski, ale nie sądzę, by miał na to ochotę. Severusie, mógłbyś mu dostarczyć mały słoiczek maści, tak by starczył na kilka najbliższych dni?

Profesor Snape wyjął malutki słoiczek z jednej z kieszeni szaty.

- Pomyślałem, że to może się przydać. Wystarczy na co najmniej pięć dni.

Dumbledore wpatrywał się przez moment w słoiczek, a potem włożył go Harry'emu do ręki. Wyciągnął różdżkę i wymruczał inkantację. Potem wylewitował słoiczek na stolik.

- Teraz ten słoiczek jest dostrojony tylko do Harry'ego i Zgredka. Jeśli ktokolwiek inny go dotknie, straci przytomność. Na razie to musi wystarczyć, póki nie znajdziemy trwalszego rozwiązania. Madam Pomfrey, czy trzeba go przenieść do Skrzydła Szpitalnego?

Poppy zamyśliła się.

- Dyrektorze, wiesz równie dobrze jak ja, że od samego rana zacznie mnie błagać, żebym go wypuściła. Więc połóżmy go na razie w jego własnym łóżku, tylko zmuście go, żeby rano do mnie przyszedł. Powinien też zostać zwolniony z jutrzejszych lekcji.

Dumbledore pokiwał głową.

- Jak sobie życzysz. Wierzę, że jego przyjaciele dadzą radę odnieść go do łóżka. Zgredku, weźmiesz maść na górę?

Zgredek pokiwał głową i wziął maść ze stolika. Odda za nią własne życie. Wszystko dla wielkiego Harry'ego Pottera!

Kiedy skrzat domowy zniknął, Serena wyciągnęła z torby Poppy dwie czyste strzykawki.

- Mogę? – spytała, pokazując je pielęgniarce.

- Jasne – odparła zdumiona Poppy.

Gdy Serena nachyliła się nad leżącym na łóżku młodym człowiekiem, Dumbledore uniósł rękę.

- Co robisz, Sereno?

- Wolałabym nie ryzykować z pozostałą maścią, dyrektorze – wyjaśniła, wbijając jedną igłę w ramię Harry'ego i pobierając odrobinę krwi. – Dzięki temu mogę zrobić więcej maści, jeśli będzie taka potrzeba.

Odstawiła na bok próbkę krwi, wzięła drugą strzykawkę i powtórzyła proces, tym razem pobierając krew z blizny Harry'ego.

Wyprostowała się, odstawiła drugą próbkę obok pierwszej i rzuciła na nie zaklęcie mikroskopowe. Gdy nad próbkami pojawił się obraz, skinęła głową, dostrzegając różnice w kolorze. Wzmocniła powiększenie i zbadała ściany komórkowe w obu próbkach.

- Severusie? – spytała cicho.

- Wygląda na to, że wszystko w porządku – potwierdził jej mąż, wpatrując się uważnie.

Skinęła głową i rozproszyła obraz. Zebrała próbki i odwróciła się do Dumbledore'a.

- Mam wystarczająco krwi, by Harry był bezpieczny przez kilka lat.

Zanim zdołał odpowiedzieć, wtrąciła się Ginny.

- Panie dyrektorze, mogę z panem porozmawiać na osobności?

- Oczywiście, moja droga. Usiądź koło mnie.

Gdy Ginny usiadła, Dumbledore otoczył ich zaklęciem ciszy.

- Mów, Ginewro, nikt inny nas nie usłyszy.

- Dyrektorze, zanim zaczął się atak, Harry powstrzymał grupę z piątego roku, która dręczyła grupę pierwszaków półkrwi i z rodzin mugolskich. Gdy Harry dał Wan Chang miesiąc szlabanu, roześmiała mu się w twarz i stwierdziła, że Harry nie potrafi ochronić siebie, a co dopiero pierwszaków. W efekcie dał jej roczny szlaban. Nie zastanawiałam się nad tym wtedy, ale to może być istotne w świetle tego co zdarzyło się później.

- Bardzo ciekawe, panno Weasley. Ale powiedz mi, kiedy miałaś czas to przemyśleć, jak się czujesz?

- Szczerze mówiąc wkurza mnie to. Ale wiem, że jeśli coś w tym jest, znajdzie to pan i zajmie się tym.

- I nie czujesz ochoty, by uderzyć z zemsty?

- Czuję – odpowiedziała spokojnie. – Ale wiem, że nie mamy dowodów, tylko poszlaki. Poza tym to pan powinien się tym zająć a nie ja, niezależnie jak bardzo bym chciała.

Skinął z aprobatą głową.

- Znakomicie, panno Weasley. Te kilka tygodni nauki Legillimencji naprawdę pomogły. Rozpoznałaś swój gniew i potrafiłaś podjąć właściwe działania, czyli poinformowałaś mnie. Możesz być pewna, że skorzystam z tych informacji. Czy mogłabyś poprosić pana Zabiniego, żeby do mnie dołączył? Wygląda na to, że ma talenty aurora. Wydaje mi się, że możemy to wykorzystać.

Ginny potaknęła i poszła po Blaise'a.

Były Ślizgon dołączył do Dumbledore'a za osłoną słuchową, a Ginny nadzorowała Zgredka, który przenosił Harry'ego do łóżka.


Hogwart, następny ranek

Rogogon Węgierski chapnął i ryknął na Harry'ego.

- ACCIO MIOTŁA! – krzyknął chłopak.

Słyszał odległy odgłos miotły, która nadlatywała do niego z zamku. Po chwili znalazła się koło niego. Złapał za nią, ale ona zmieniła się w miecz!

Harry zamrugał ze zdziwieniem. Zamrugał jeszcze raz, gdy odkrył, że leży we własnym łóżku. Jeśli sądzić po pozycji słońca, był późny ranek. Późny ranek? Usiadł. To wystarczyło, by każdy mięsień jego ciała eksplodował bólem. Jęknął i zwinął się w kłębek.

- Obudziliśmy się? I czujemy ból, jak widzę? Spokojnie, zaraz coś poradzimy – dobiegł go głos Madam Pomfrey.

- Madam Pomfrey? – rozejrzał się, zmieszany. To było jego dormitorium, nie Skrzydło Szpitalne.

- Powiedziałam dyrektorowi, że masz się u mnie pojawić po przebudzeniu. Kiedy nie było cię na śniadaniu, pomyślałam, że pewnie dalej śpisz, więc postanowiłam tu przyjść i sprawdzić jak się czujesz. Teraz wypij ten eliksir. Zlikwiduje większość bólu. Przez resztę dnia masz odpoczywać. Żadnych lekcji, młody człowieku! Możesz iść na drugie śniadanie do Wielkiej Sali, albo poprosić Zgredka, żeby coś ci przyniósł. Zostawię u Zgredka kilka eliksirów. On albo panna Weasley upewnią się, że je wypijesz – zagroziła.

- Dziękuję – odpowiedział, czując pierwsze efekty eliksiru.

- Powiedz mi, wiedziałeś o maści i postanowiłeś nikomu nie mówić? – spytała.

- O maści? Coś było z nią nie tak?

Uśmiechnęła się do niego ciepło.

- Dyrektor przekaże ci szczegóły. W międzyczasie chcę, żebyś został w łóżku jeszcze przynajmniej pół godziny. Jasne?

Z głośnym pyknięciem pojawił się Zgredek.

- Harry Potter czuje się lepiej? – spytał, wytrzeszczając oczy.

Poppy uśmiechnęła się do małego skrzata.

- Tak, czuje się lepiej. Upewnij się tylko, że pije swoje eliksiry.

Zgredek energicznie pokiwał głową. Wszystko, żeby pomóc wielkiemu Harry'emu Potterowi!


Wielka Sala

Przejście do Wielkiej Sali przypomniało Harry'emu nieprzyjemnie o zeszłorocznym okresie rekonwalescencji po ataku Vernona. Nim dotarł tam z Pokoju Wspólnego, był zmęczony i kręciło mu się w głowie. Co gorsza Zgredek szedł tuż za nim, obserwując uważnie każdy jego krok.

Harry pojawił się na drugim śniadaniu przedwcześnie, ale wiele osób korzystało z Wielkiej Sali jako miejsca do nauki, więc nie był sam. Podszedł do swojego stołu i ostrożnie usiadł. Gdy przeszły mu zawroty głowy, zaczął pracować nad zadaniem domowym z Eliksirów.

Słysząc cichy dźwięk koło siebie odwrócił się powoli. Zauważył Erikę i Eryka i posłał im zmęczony uśmiech.

- Dobrze się czujesz, profesorze Harry? – spytała Erika.

Tymczasem Eryk dostrzegł Zgredka, który przyciągnął cała jego uwagę. Zgredek najwyraźniej również uznał, że chłopiec jest interesujący.

- Wszystko w porządku, Eryko. Jutro na lekcjach będę jak nowy – zapewnił ją Harry. – Chcesz usiąść ze mną? Siedzę nad zadaniem domowym z Eliksirów.

Erika pokiwała energicznie głową i pociągnęła zaabsorbowanego Eryka na krzesło. Chłopiec nie chciał oderwać wzroku od Zgredka.

- Eryku, to Zgredek – przedstawił Harry. – To skrzat i mój przyjaciel, nie zrobi ci krzywdy. Zgredku, jeśli chcesz, możesz usiąść koło Eryka.

Zgredek wyglądał na zdenerwowanego, ale wsunął się na krzesło obok chłopca. Gdy Erika ujrzała, że Harry naprawdę robi zadanie domowe, wyciągnęła swoje notatki z transmutacji i czarkę. Potem zaczęła ćwiczyć zmienianie jej w akwarium.

Eryk i Zgredek wciąż na siebie spoglądali. Wreszcie Eryk wyciągnął jeden palec i delikatnie dotknął ucha Zgredka. Skrzat wystraszył się, ale Eryk zaczął chichotać, więc Zgredek odpowiedział nieśmiałym uśmiechem.

- Jestem Eryk – powiedział chłopiec.

- Ja Zgredek, młody panie – odparł skrzat.

- Grasz w czarodziejskie szachy? – spytał Eryk.

Harry wywrócił oczami, ale Zgredek i Eryk z radością pogrążyli się w dyskusji na temat różnic między szachami czarodziejów i szachami skrzatów.

Po kilku minutach skończyły się przedpołudniowe lekcje i uczniowie zaczęli wypełniać Wielką Salę. Niektórzy z zaskoczeniem patrzyli na skrzata domowego siedzącego przy stole razem z Harrym i dwójką pierwszaków.

Jako następny do stolika dosiadł się Jack Parsons. Ucieszył się na widok Zgredka.

- Hej, maluchu! Dawno cię nie widziałem – powiedział do skrzata.

Zgredek spojrzał nieśmiało na nauczyciela. Tak jak Harry, Jack nie wyniósł z domu żadnych uprzedzeń na odnośnie traktowania skrzatów domowych, więc traktował ich jak ludzi.

- Zgredek jest zajęty pomaganiem Harry'emu Potterowi, panie profesorze – wyjaśnił z dumą skrzat.

- No to dbaj o niego. Niech wsuwa dużo błonnika! – powiedział Jack.

Harry się skrzywił. Nie był pewien czym jest błonnik, ale Zgredek się dowie, choćby miała być to ostatnia rzecz, jaką w życiu zrobi.

Jack spoważniał i zwrócił się do Harry'ego:

- Cieszę się, że czujesz się lepiej, Harry, chociaż jak dla mnie to ciągle jesteś blady jak trupiszcze. Dumbledore powiedział mi, że do jutra powinieneś wstać na nogi.

- To prawda. Mam się dzisiaj oszczędzać, ale jutro mogę wrócić na lekcje.

- Super!

Tymczasem do stolika zaczęła podchodzić cała masa dziewcząt, życząc Harry'emu szybkiego powrotu do zdrowia. Kiedy Ron i Hermiona dosiedli się do niego, Ron patrzył na to z zazdrością, a Hermiona uśmiechała się złośliwie na widok paniki w oczach Harry'ego.

Jako ostatnie dołączyły do nich Serena Snape i Ginny, która przytuliła na chwilę Harry'ego, nim zajęła miejsce. Wielka Sala szybko wypełniła się ludźmi.

Harry rozejrzał się wokół i nagle coś dostrzegł. Siedział przy stole z kilkoma mugolakami, charłakiem, skrzatem domowym, on sam półkrwi i tylko dwójka czystej krwi. Skrzywił się.

Rozejrzał się po sali, zobaczył jak siedzą inni i zmarszczył brwi. Widząc jego minę Serena i Jack rozejrzeli się z niepokojem.

Ginny dotknęła jego ręki.

- Harry, coś się stało? Czemu tak się marszczysz?

Kiedy skinął głową w stronę bliźniąt, reszta przysunęła się bliżej.

- Rozejrzyjcie się po innych stołach i przeanalizujcie je pod kątem krwi i przynależności – wyszeptał.

Ginny, Serena, Hermiona i Jack rozejrzeli się. Ron był za bardzo zajęty napychaniem się. Hermiona załapała jako pierwsza. Wszystkie stoły, przy których siedzieli mugolacy, półkrwi i ich przyjaciele czystej krwi były skupione przy stole Harry'ego. Kilka stołów z członkami Brygady stanowiło zewnętrzną osłonę, a resztę stołów zajmowali czarodzieje czystej krwi, choć tylko kilka okazywało otwartą wrogość.

- Harry, nie łapię. Co widzisz? – spytał Jack.

- Jack, pomyśl na moment jak dowódca obrony. Wszystkie mugolaki i półkrwi siedzą blisko, a Brygada formuje wokół nich ochronny kordon. Czarodzieje czystej krwi siedzą w większości przy własnych stolikach. Ale tylko przy kilku stołach są ludzie sprawiający problemy. Szkoła dzieli się pod względem krwi – wyjaśnił. – To gorzej, niż kiedy byliśmy podzieleni ze względu na domy – zakończył, krzywiąc się.

- Chyba omówię to z dyrektorem – uznała Serena.

Harry skinął głową, obserwując jak Wan Chang wychodzi z Wielkiej Sali. Zmrużył oczy, widząc delikatne migotanie zakameleonowanego członka Brygady, który ją śledził. Zerknął na Hermionę, która potwierdziła skinieniem głowy. Spojrzał z powrotem na Serenę i przypomniał sobie o zadaniu z Eliksirów. Podał jej zwój z wypracowaniem.

- Przepraszam, że nie było mnie na lekcji – powiedział. – Mogłem wstać dopiero koło południa.

- W porządku, Harry. Nikt nie oczekiwał, że dasz radę przyjść na lekcje – uspokoiła go, rozwijając zwój i przeglądając go pobieżnie. Wyglądało, że wszystko w porządku, ale będzie musiała go dokładnie przeczytać. Uśmiechnęła się, gdy dotarła do końca. – Harry, nie trzeba dodawać dzieł sztuki do swoich zadań domowych – powiedziała ze śmiechem. – Ale jest naprawdę dobre i dziękuję.

- Dzieł sztuki? – spytał zdziwiony Harry.

Serena pokazała mu dół pergaminu. Na pustym miejscu narysował idealny obrazek miecza Godryka Gryffindora.

Siedział przy stole oszołomiony. Nie pamiętał, żeby to rysował!


Od autora: Chciałbym, by wszyscy coś zrozumieli. Ginny wciąż potrzebuje dojrzeć. Spędziła wszystkie rozdziały tej historii i Armii Dumbledore'a traktując Harry'ego niemal jakby był jej zabawką. Jak wiele innych osób potrzebowała wstrząsu, by zrozumieć że czas dorosnąć. I to było jej wstrząs. Odkryjecie, że teraz będzie mniej impulsywna i mniej skoro do wybuchów legendarnego gniewu Weasleyów. Oczywiście to nie znaczy, że Harry i Ginny będą mieli totalną sielankę. Od czasu do czasu zapewne się pokłócą. Ale jak widzieliście w tym rozdziale podjęto kroki, by dziewczyna lepiej nad sobą panowała.

To będzie ostatnia DUŻA kłótnia jaką będą mieli. A dzięki niej Ginny zacznie nieco inaczej traktować Harry'ego.

Jeśli niektórzy obrazili się po tym na Ginny to bardzo nam przykro. W naszych oczach Ginny to młoda kobieta, która stoi pomiędzy dzieciństwem i dorosłością i chcieliśmy ją popchnąć we właściwym kierunku. Ginny to wspaniałą osoba! Ma wszystko co najlepsze w młodej kobiecie, ale musi wyeliminować w sobie ostatnie dziecinne aspekty. To, co przeżyła w Komnacie Tajemnic było początkiem, ale pamiętajcie, że przez większość tego wydarzenia była nieprzytomna.

Harry i Ginny mogą bawić się z różnymi więziami w miarę przechodzenia do kolejnych etapów związku, ale nie spodziewajcie się trwałej więzi w najbliższym czasie. Póki nie uporają się z Voldemortem, Harry na pewno nie zrobiłby tego swojej narzeczonej.


Od tłumacza: Dzięki wielkie moi Drodzy Czytelnicy za wszystkie recenzje i miłe słowa, których mi nie żałujecie. Jeśli będziecie dodawać je z taką częstotliwością jak teraz, to na koniec dobijemy do setki :)

Zapraszam na mój blog literacki „Z pierwszej półki" zpierwszejpolki[kropka]blox[kropka]pl