Od autorów: Standardowe zastrzeżenie: NIC Z TEGO NIE JEST NASZE!


Rozdział 7 – Cytrynowy październik

Wan i jej przyjaciele

Wan Chang siedziała z grupką przyjaciół w rogu Pokoju Wspólnego. Rozmawiali przyciszonymi głosami.

- Kontaktowałam się sową z moim przyjacielem – mówiła Wan. – Powiedział mi, że Minister umieszcza na kluczowych stanowiskach coraz więcej promugolskich typów, jak tego kochasia mugoli Weasleya. Krążą nawet pogłoski, że szef aurorów jest kochasiem mugoli.

Grupa zaczęła protestować, ale uciszyła ich i zabroniła ponosić głos. Zadowolona z uwagi, jaką jej poświęcają, mówiła dalej:

- Mój przyjaciel nie lubi przemocy, która ostatnio ma miejsce w szkole i w całym kraju, ale mówi, że czasem trzeba rozbić kilka jajek, by osiągnąć cel. Powiedziałam mu, co planujemy… - rzuciła wściekłe spojrzenie kilku osobom, które zaczęły protestować. – Tylko ogólnie. W każdym razie on uważa, że to dobry pomysł, by nauczyć szlamy i mieszańce gdzie ich miejsce. Poprosił mnie też, żebym przekazała, że pomoże nam w każdy możliwy sposób i żebyśmy pozostawali wierni naszej sprawie.

Grupa pokiwała głowami z zadowoleniem. Niedługo potem rozdzielili się i udali do dormitoriów.

Nikt z nich nie dostrzegł lekkiego migotania, które odsunęło się od jednej ze ścian.


Tajemnica cytrynowych dropsów

Ginny weszła do gabinetu profesora Dumbledore'a. Fawkes powitał ją trelem, a dyrektor poprosił, by usiadła.

- Poczęstujesz się cytrynowym dropsem? – spytał. Ginny uprzejmie odmówiła.

Dumbledore westchnął z rezygnacją, ale zebrał się w sobie.

- Radzisz sobie bardzo dobrze z tymi ćwiczeniami, panno Weasley – zaczął. – Uważam, że nadszedł czas, by przełożyć to na praktykę. Jak na pewno wiesz, osoba wyszkolona w Legillimencji może włamywać się do cudzego umysłu w poszukiwaniu tajemnic, które ofiara chciałaby utrzymać w tajemnicy. Zaczniemy od pewnych prostych wspomnień, chcę, żebyś je odszukała. Jeśli ci się uda znajdziesz je sama, nawet nie wiedząc, że ci je podsuwam.

Ginny wyciągnęła różdżkę i spojrzała nerwowo na Dumbledore'a, który skinieniem głowy polecił jej zaczynać. Uniosła różdżkę, wycelowała w dyrektora i rzuciła zaklęcie.

- Albus!

Okrzyk dobiegł z oddali. Uniósł głowę, nie przestając płakać. Nadchodził wyższy chłopak, który na widok Albusa zerwał się do biegu.

- Albusie, czemu uciekłeś z kościoła? Wszyscy się o ciebie martwią – rzekł wyższy chłopak.

- Nie… nie… nie mogłem tam dłużej zostać, Abe. Co się z nami stanie, skoro mama odeszła? Za miesiąc idziesz do szkoły – odpowiedział Albus.

- Pastor powiedział, że rodzina Flamelów weźmie cię do siebie, póki nie będziesz na tyle duży, żeby iść do szkoły. Nie martw się. Mama patrzy na nas z góry i nic złego nie może nam się stać – zapewnił Abe.

Obraz zniknął z głowy Ginny. Spojrzała zaskoczona na Dumbledore'a.

- Tak, panno Weasley. To ja i mój brat, Aberforth, gdy byliśmy dziećmi. Pozwoliłem ci to zobaczyć, byś zrozumiała, że życie nie dba ile masz lat. Składa nam na ramiona brzemię niezależnie od naszego wieku. Twój Harry dźwiga wiele ciężarów, niektóre z nich skrywa głęboko w sercu nawet przed tobą – powiedział cicho. – Spróbujmy jeszcze raz, ale tym razem będę próbował cię powstrzymać.

Ginny ponownie wycelowała i rzuciła zaklęcie.

Poczuła się, jakby płynęła pod prąd. Jego tarcze były mocne, ale znalazła już pęknięcie, w które mogła się wśliznąć. Gdy wepchnęła się głębiej, poczuła jak ściąga więcej mocy do swojego umysłu, by wyprzeć ją stamtąd. Nagle ujrzała jakieś wspomnienie, jednak zniknęło ono tak szybko, że nie była pewna, czy sobie tego nie wyobraziła.

Albus klęczał nad ciałami kobiety i małej dziewczynki. W dłoni trzymał mugolską broń. Pistolet? Łkał. Powoli uniósł broń do skroni…

Została wypchnięta z jego umysłu. Zamrugała i zadrżała od bólu wywołanego przez gwałtowne zerwanie połączenia i tego, który wyczuła przez ten ułamek sekundy w jego umyśle. Spojrzała na dyrektora. W jego twarzy odbijał się ten sam ból, a w oczach miał łzy.

- Panie profesorze?

- Robisz się całkiem niezła, moja droga. Nie spodziewałem się, że osiągniesz tak dużo – odrzekł ponuro.

- Panie profesorze? Wspomnienie?

Dumbledore westchnął. Uniósł okulary i potarł nos, po czym założył okulary z powrotem.

- To była moja żona i córka. Znalazłem je wkrótce po tym, jak zamordował je Grindelwald.

Wiedziona impulsem wstała z miejsca i uściskała go. Dumbledore zamarł zdumiony, ale zaraz uśmiechnął się i poklepał ją lekko po plecach. Puściła go i wróciła na swoje miejsce.

- Zaczynam rozumieć co Harry w tobie widzi. Masz wielkie serce, a twoja zdolność do miłości nie zna granic. Reagujesz impulsywnie i emocjonalnie, ale uczysz się jakim emocjom się opierać. Spróbujmy jeszcze jednego wspomnienia. Tym razem naprawdę postawię twarde warunki.

Ginny ponownie uniosła różdżkę.

Tym razem musiała naprawdę się wysilić. Szczeliny w tarczach były naprawdę minimalne. W końcu udało jej się przełamać jedną.

Pojawił się błysk wspomnienia.

Biuro dyrektora. Na stole leżała miseczka cytrynowych dropsów. Nieznany jej mężczyzna rzucał na nie zaklęcie konserwujące. Drzwi stanęły otworem i do środka wszedł młody Albus Dumbledore.

- Chciał mnie pan widzieć? – spytał.

- Tak, panie Dumbledore, proszę siadać. Skusi się pan na cytrynowego dropsa?

Nagle została wyrzucona z jego umysłu. W głowie jej zawirowało, gdy usiłowała pojąć znaczenie sceny, którą właśnie obejrzała. Spojrzała na dyrektora podejrzliwie, a w jej głowie zaczęło się formować przeczucie.

- Panno Weasley, obawiam się, że odkryłaś sekret moich cytrynowych dropsów. Tak, mają kilkaset lat. Około pięciuset lat temu jeden z dyrektorów postawił miseczkę na swoim biurku. A przez całą jego długą kadencję ani jeden cukierek nie został zjedzony. Założył się z następnym dyrektorem o sto galeonów, że ten nie da rady się ich pozbyć. Każdy następny dyrektor ponawiał zakład ze swoim następcą. Przez pięćset lat nikt nie poczęstował się nawet jednym cytrynowym dropsem. W puli znajduje się już niezła sumka kilku tysięcy galeonów. Mam nadzieję, że zachowasz to dla siebie?

Mogła tylko skinąć głową w milczeniu.

Dumbledore westchnął i wbił spojrzenie w miseczkę cukierków, nietkniętych odkąd rozpoczął pracę na tym stanowisku.

- Może następny dyrektor będzie miał więcej szczęścia – rzekł ponuro. – Na dzisiaj już koniec. Znakomicie sobie poradziłaś, panno Weasley.

Ginny skinęła głową i wyszła z biura, zostawiając Dumbledore'a sam na sam z jego myślami i cytrynowymi dropsami.


Trening Harry'ego

W tym roku Harry kontynuował swoje treningi, a Dumbledore wciąż mu pomagał. Chodził tylko na dwa przedmioty i pomagał profesorowi Snape'owi na obronie, więc nie musiał odkładać swoich treningów na porę nocną.

W ciągu lata nie miał za wielu okazji do treningu. W efekcie za pierwszym razem niemal zniszczył Pokój Życzeń, zaskoczony jak bardzo jego moc wzrosła przez wakacje. Dumbledore musiał rzucić na ściany potężne zaklęcia odbijające, które sprawiały, że zaklęcia nie wybijały dziur w ścianach.

Kiedy okazało się, że Jackowi odrosła stopa, ex-marine zaczął uczyć Harry'ego podstaw sztuk walki. Nie oczekiwał, że Harry będzie w nich mistrzem, ale miało mu to pomóc prawidłowo upadać i amortyzować siłę ciosu. Chodziło o to, by zminimalizować potencjalne obrażenia, których Harry mógłby się nabawić podczas niekontrolowanego upadku. Na początku Harry uznał to za dobry pomysł, ale po kilku sesjach treningowych uznał, że Jack chce go zabić!

Ale to wcale nie było najgorsze. Pomysły Jacka obejmowały też trening wytrzymałościowy, który Harry znienawidził z całego serca. Co jakiś czas groził Jackowi, że transmutuje go w beczkę piwa i zaprosi starsze klasy na imprezę. Pięćdziesiąt pompek to jedno, ale zrobienie trzystu to zupełnie inna historia!

Następnego dnia mieli iść do Hogsmeade i Harry nie mógł się doczekać. Ale na razie miał na głowie ważniejsze sprawy. Kiedy wszedł do Pokoju Życzeń zorientował się, że zakręcony umysł Jacka spłodził coś nowego.

W środku stali Jack, Dumbledore, Severus Snape i około dwudziestu symulowanych przeciwników. Kiedy Harry wszedł do środka, Jack uśmiechnął się szeroko i podszedł do niego.

- Harry, dziś spróbujemy czegoś zupełnie innego – powiedział, wskazując labirynt na środku pomieszczenia. Był ogromny! – Za kilka minut wejdziesz do labiryntu. Twoi przeciwnicy pojawią się w różnych miejscach między tobą i wyjściem. Twoim zadaniem będzie dotarcie do wyjścia, polegając głównie na skradaniu się, szybkości i zwodzeniu przeciwnika. Możesz walczyć z symulacjami, ale jeśli narobisz zbyt dużo hałasu ściągniesz sobie na kark przeciwników z innych części labiryntu. Nadążasz?

Harry z namysłem skinął głową.

- Świetnie. Nasz drogi dyrektor przeszedł już raz przez labirynt i zajęło mu sześć i pół minuty. Dasz radę poprawić ten wynik?

Dumbledore spojrzał na Jacka, ale nie odezwał się słowem.

Harry skinął głowę. Jack dał znak i Dumbledore wysłał symulacje do labiryntu. Po chwili Harry ruszył do wejścia.

- Profesorze Parsons, czemu powiedział pan, że już przeszedłem labirynt? – spytał Dumbledore.

- Trzeba zawsze dać im jakiś wzorzec do mierzenia osiągnięć, nawet jeśli muszę go wymyślić – wyjaśnił Jack z uśmiechem.

Dumbledore pokiwał z aprobatą głową.


Znajdujesz się w skomplikowanym labiryncie, a każdy korytarz wygląda tak samo…

Harry wszedł do labiryntu, analizując postawione przed nim zadanie. Wymóg zachowania ciszy eliminował wiele zaklęć, które robiły hałas, nawet jeśli był w stanie rzucić je niewerbalnie. Przyjrzał się ścianom. Wyglądało na to, że stanowi je wyhodowany żywopłot, zupełnie jak w czasie trzeciego zadania Turnieju Trójmagicznego.

Ostrożnie wszedł głębiej w labirynt. Gdy skręcił za róg donośne zaklęcie tnące minęło go o włos. Zaklął i wypalił w postać blokującą mu drogę zaklęciem mrożącym. To było jedno z niewielu całkowicie bezgłośnych zaklęć, które znał.

Niestety ten konkretny przeciwnik nie miał ochoty na zostanie bryłą lodu. Zamiast paść na ziemię, zmienił się w snop światła bijący wysoko ponad labiryntem i przyciągający innych wrogów!

- Mam cię, mały! – mruknął Jack, stający w towarzystwie pozostałych nauczycieli.

Profesor Snape i Dumbledore roześmiali się lekko.

Harry zaklął i rzucił na siebie zaklęcie kameleona, za którym podążyło zaklęcie ciszy. Jeśli nie da rady się przebić, może uda mu się przekraść. Słyszał zbliżający się tupot stóp, więc trzymał się blisko ściany i przesuwał do wyjścia.

Snop światła naprowadził go na pewien pomysł. Idąc przez labirynt dotykał tu i tam ściany, zostawiając za sobą specjalne zaklęcia. W jednej chwili musiał przycisnąć się bez ruchu plecami do ściany, gdy dwóch wrogów minęło go o włos.

Widział już wyjście zaledwie dziesięć metrów od siebie. Strzegły go trzy symulacje. Przekradł się bliżej wyjścia.

- Chyba tym razem nie da rady – zachichotał Jack.

- Tak by się mogło wydawać, profesorze – zgodził się z lekkim uśmiechem Dumbledore. – Ale jedno czego się nauczyłem przez te lata, to by nigdy go nie lekceważyć.

Harry bezgłośnie uruchomił zaklęcia, które porozmieszczał w labiryncie.

Jack i pozostali nauczyciele z niedowierzaniem patrzyli, jak około trzydziestu snopów światła wystrzeliło z różnych miejsc w labiryncie. Trzy symulacje ruszyły biegiem korytarzem, pozostawiając wyjście niestrzeżone.

- Kurczę! Nieźle, mały. Dywersja i unik – mruknął Jack, potrząsając z podziwem głową.

- Naprawdę? Chyba trochę przesadziłem – odpowiedział Harry, rozpraszając zaklęcie kameleona i zaklęcie ciszy. Stał tuż obok Jacka.

Zaskoczony Jack aż podskoczył. Gwałtownie odwrócił się do młodego czarodzieja.

- Kurna, Harry, Toś mi napędził pietra! Teraz będę musiał zmienić gacie!

Harry uśmiechnął się z satysfakcją.

- To zemsta za te wszystkie razy, gdy ciskałeś mną po całym pokoju.


Harry i Ginny, weekend w Hogsmeade

Harry zszedł do Pokoju Wspólnego. Dziś zaczynał się weekend Hogsmeade. To miała być pierwsza wizyta Harry'ego w miasteczku odkąd dzięki swojemu przemówieniu doprowadził do odwołania ówczesnego Ministra Magii.

Przez kilka ostatnich dni męczyły go sny z mieczem Godryka Gryfindora i oddał kilka zadań domowych udekorowane rysunkiem miecza.

Miał mocne postanowienie, by nie przejmować się tego dnia tym wszystkim i po prostu cieszyć się towarzystwem swojej narzeczonej. Poświęcił dzisiaj więcej uwagi doborowi stroju. Co prawda nie miał na sobie szat wyjściowych, ale jego mugolskie ubranie pochodziło z najlepszych sklepów z codzienną odzieżą w Harrodsie.

Spojrzał na schody i ujrzał, że Ginny schodzi w bardzo ładnym zestawie składającym się ze spódnicy i bluzki, a na ramię narzuciła kurtkę, w razie gdyby miało się ochłodzić. Dostrzegła go i pospieszyła do niego. Jego ubranie tego dnia idealnie podkreślało kształt jego torsu. Wolałaby, żeby nie wybierał zawsze ciemnych kolorów, ale musiała przyznać, że tego dnia wyglądał świetnie. Jeśli tylko zdołałaby zrobić coś jeszcze z jego włosami…

Harry wstał z kanapy i ucałował ją w policzek, a ona uśmiechnęła się do niego ciepło.

- Wiesz już, co będziemy dzisiaj robić? – spytała go.

- Pójdziemy na chwilę do Miodowego Królestwa. Obiecałem Erice i Erykowi, że przyniosę im trochę cukrowych piór. A potem twój wybór. Możemy iść do Trzech Mioteł, albo Madam Paddifoot – zaproponował zawstydzony.

Madam Paddifoot? Chce mnie wziąć w najbardziej romantyczne miejsce w Hogsmeade? Wie, że byłabym zadowolona idąc z nim do Trzech Mioteł. Ale u Madam Paddifoot jest podobno tak romantycznie.

- Czyżbyś próbował być romantyczny? – spytała nieśmiało.

Opuścił lekko głowę, tak by być bliżej niej.

- A masz coś przeciwko? Poza tym czy nie mogę zaprosić mojej dziewczyny w jakieś miłe miejsce od czasu do czasu?

- Bardzo chętnie z tobą pójdę – odpowiedziała skromnie.

- Chcesz czekać na Rona i Hermionę czy idziemy sami?

Popatrzył na nią z nadzieją. Zaryzykowała i odpowiedziała:

- Ruszajmy. Oni mogą nas znaleźć później.

Uśmiechnął się do niej szeroko, a ona odetchnęła z ulgą, zadowolona, że dobrze zinterpretowała jego zachowanie. Ujęła go pod ramię i wyszli z Pokoju Wspólnego.

Blaise uśmiechnął się pod peleryną-niewidką, którą pożyczył od Hermiony. Cieszył się szczęściem Harry'ego i uważał, że Ginny to naprawdę wspaniała dziewczyna. Harry dał mu szansę, której nie dałby mu nikt spoza Slytherinu. Harry przyjął jego przyjaźń i jego zdolności. Blaise czuł, że jest jego dłużnikiem i nie zamierzał go zawieść.

Zmarszczył brwi, gdy jego cel zszedł po schodach i ruszył w kierunku wyjścia z Pokoju. Podążył za nią, by śledzić jej każdy krok.


Hogsmeade

Harry i Ginny wyszli z zamku i minęli mury obronne. W oddali słyszeli przytłumione odgłosy eksplozji dobiegające z budynku Uzbrojenia. Harry roześmiał się, słysząc odgłosy pracy bliźniaków i otoczył narzeczoną ramieniem.

Dla obojga spacer do miasta był bardzo przyjemny. Harry rozglądał się uważnie, ale po okropnej bitwie stoczonej tu pięć miesięcy wcześniej nie było już śladu. Para udała się prosto do Miodowego Królestwa, gdzie Harry kupił kilka paczek cukrowych piór i Fasolek Wszystkich Smaków Bertiego Botta. Zapłacił za produkty i wyszli.

- Gin, możemy wstąpić jeszcze w jedno miejsce przed Madam Paddifoot? – spytał.

- Jasne, a gdzie?

- Chcę pójść na moment do Dervisha i Bangesa, Wysłałem im sowę w poniedziałek i chcę zobaczyć czy moje zamówienie już doszło – wyjaśnił.

Zaciekawiona podążyła za Harrym do Dervisha i Bangesa. W sklepie Harry od razu podszedł do lady.

- Proszę przekazać panu Dervishowi, że pan Potter chciałby sprawdzić czy jego zamówienie już dotarło – poprosił.

Sprzedawczyni za ladą zrobiła wielkie oczy.

- O… oczywiście, panie Potter. Jeśli mógłby pan chwilkę zaczekać…

Sprzedawczyni zniknęła na zapleczu, skąd po chwili wyszedł sam pan Dervish, niosąc dwie średnich rozmiarów paczki.

- Panie Potter, jak miło wreszcie pana poznać. Pana zamówienie dotarło wczoraj. Sam sprawdziłem, że wszystko w porządku, ale zapewne będzie pan sam chciał to zbadać. Muszę przyznać, że jakość jest wyśmienita. Już dawno takiej nie widziałem! – powiedział radośnie pan Dervish.

Kiedy Ginny podeszła, by popatrzeć razem z Harry, pan Dervish rzucił jej niechętne spojrzenie.

- To jest Ginewra Weasley, moja narzeczona i osoba, z którą będę dawał te prezenty – przedstawił ją Harry.

Na twarzy właściciela sklepu natychmiast wykwitł promienny uśmiech.

- Oczywiście! Witam w moim skromnym sklepie, panno Weasley!

Ginny uśmiechnęła się do niego, choć nie podobało jej się takie zachowanie, ale po chwili znów zwróciła uwagę na Harry'ego. Odpakował obie paczki i przyglądał się zawartości. W jednej były czarodziejskie szachy, ręcznie rzeźbione i, jeśli wierzyć napisom na pudełku, wykonane z najwyższej jakości materiałów. W drugim znajdował się srebrny lunaskop.

Harry skinął głową i wyciągnął swoją kartę z Gringotta, by zapłacić za zakupy. Ginny nie mogła uwierzyć, widząc, że wydał przeszło sto galeonów na dziecięce zabawki!

Pan Dervish szybko zapakował oba prezenty i wręczył je Harry'emu, który zmniejszył je zaklęciem i schował do kieszeni. Para pożegnała się z właścicielem sklepu i ruszyli do Madam Paddifoot.


Trzy Miotły

Wan Chang siedziała samotnie przy stole w rogu. Uważnie przyglądała się wejściu. Nikogo nie było przy jej stoliku, a ze względu na wczesną porę w Trzech Miotłach znajdowało się tylko kilkoro innych uczniów.

Po długim oczekiwaniu ujrzała wchodzącego wysokiego młodego mężczyznę. Wan pomachała mu, a on uniósł dłoń w odpowiedzi. Podszedł do barmana i rozmawiał z nim przez chwilę półgłosem. Potem pokazał jej za plecami dłoń z wyprostowanymi trzema palcami.

Wan zobaczyła to, zebrała swoje rzeczy i udała się na górę. Z łatwością odnalazła pokój numer trzy. Otworzyła drzwi i rozejrzała się. Poczuła podmuch wiatru, ale zignorowała go i weszła do środka.

Po kolejnej minucie do pokoju wszedł Danny i zamknął za sobą cicho drzwi. Obrócił się do dziewczyny, przywołując na twarz najlepszy ze swoich uśmiechów. Ona naprawdę nie jest zbyt ładna, pomyślał. Ale Pan obiecał mi, że będę mógł mieć i ją i jej siostrę, więc zniosę tą brzydką, jeśli dzięki temu dobiorę się do ładnej.

Wan zarzuciła mu ręce na szyję i pocałowała namiętnie. Zaczęła zabierać się do jego rozporka, ale powstrzymał ją.

- Za chwilę, moja śliczna. Najpierw powiedz mi czy zostałaś przyłapana? Tak się o ciebie martwiłem!

- Nie, skarbie, nikt nic nie widział. Poczekałam na mecz quidditcha, gdy Pokój Wspólny był pusty i wtedy się tam wśliznęłam – odpowiedziała, jej dłonie wciąż pracowały nad zamkiem. – Tak dawno cię nie widziałam! Pragnę cię, a ty musisz być gotowy eksplodować, biedactwo! Poczekaj, zaraz cię zaspokoję.

- Za chwilkę, kotku. Chcę wiedzieć ile to trwało? Czy cierpiał? Odzyskał siły? – spytał Danny.

- Wrzeszczał prawie przez godzinę. To było takie zabawne! Nie wiem na ile wyzdrowiał, bo niechętnie mówi co potrafi zrobić. Ci który wiedzą, nie chcą mówić, chyba tylko tyle że jest bardzo potężny. Niektórzy mówią, że ma nawet więcej mocy niż ten głupek Dumbledore – powiedziała.

- Wciąż przekazujesz moje wiadomości swoim przyjaciołom? – spytał. Oddychał coraz ciężej, jej zabiegi nawet przez spodnie dawały efekty.

- O tak, Danny. Uwielbiają wiadomości od ciebie.

- Dobrze, bardzo dobrze Wan. Postaram się znaleźć trochę więcej proszku dla ciebie. Jeśli będziesz miała okazję, by zneutralizować jego maść zrób to i wyślij mi sowę. Zrozumiałaś?

- Tak, tak, rozumiem – wydyszała, ocierając się kroczem o jego nogę.

Usiadł na skraju łóżka i potarł jej piersi przez materiał bluzki. Jęknęła z rozkoszy i uklękła przed nim. Szybko rozpięła jego rozporek i wypuściła go ze spodni. Zatrzymał ją.

- Wan, chcę, żebyś udowodniła jak bardzo mnie kochasz – powiedział stanowczo.

- Zrobię dla ciebie wszystko, Danny. Wszystko! – zawyła żałośnie.

Uśmiechnął się.

- Dobrze, kotku. Wyślę ci sowę, żebyś przyprowadziła mi zabawkę na nasze następne spotkanie. Chyba ci się to spodoba. Zrób to dla mnie i na następny weekend Hogsmeade przyniosę ci pierścionek.

Skinęła głową, akceptując jego żądania, a potem jęknęła z rozkoszą, gdy złapał jej głowę i pchnął ku dołowi.

Jednym ruchem wzięła go całego w usta. Westchnął i rzucił zaklęcie zaciemniające. Może warto ją zatrzymać, uznał. Niesamowicie pracuje ustami. Wątpię czy Cho będzie równie dobra.

Oboje byli tak pochłonięci namiętnością, że nie dostrzegli drzwi, które same z siebie otworzyły się i zamknęły.

Za progiem pokoju numer trzy rozległ się szelest materiału, gdy Blaise Zabini ściągnął z siebie pelerynę niewidkę. Składając materiał dygotał z wściekłości.

Nagle zamarł i gwałtownie wciągnął powietrze. Na małym palcu miał pierścień, który podarował mu Harry. Nic tak wypasionego jak Pierścień Feniksa, ale środkowy kamień delikatnie pulsował. Z tego co mówił Harry, był to detektor Mrocznego Znaku. Jego zasięg był mniejszy niż pięć metrów. A jako że nigdy nie mrugał w obecności Wan, oznaczało to, że Danny jest Śmierciożercą!


Madam Paddifoot

Ku zażenowaniu Harry'ego pani Paddifoot od razu doskoczyła do młodej pary i upewniła się, że sławni goście będą mieli najlepszy stolik w lokalu. Zamówili gorącą czekoladę i talerz jej słynnych ciasteczek.

Kiedy usiedli przy stole, Ginny nie mogła już dłużej utrzymać swojej ciekawości na wodzy.

- Harry, dla kogo są te prezenty? – spytała.

- Hmm? A, prezenty. Kupiłem je dla Eriki i Eryka. Są z rodziny mugoli, więc pomyślałem, że ucieszą się z prawdziwych czarodziejskich prezentów na Boże Narodzenie – wyjaśnił.

- Naprawdę pokochałeś tych malców, prawda? Widzę jak ich traktujesz. Opiekujesz się nimi, a nawet od czasu do czasu przemycasz im słodycze z kuchni – powiedziała z ciepłym uśmiechem.

- Chyba masz rację. Widząc ich nie mogę się powstrzymać od myślenia jacy zagubieni muszą być w naszym świecie. W jednej chwili byli mugolami, a w następnej powiedziano im, że są czarodziejką i czarodziejem.

- Wiesz co? Ty chyba po prostu wstydzisz się przyznać, że kochasz te dzieciaki i dzieci w ogóle. Wszystkie pierwszaki uważają, że jesteś najlepszym nauczycielem jakiego kiedykolwiek miały. Myślę, że masz zadatki na wspaniałego ojca i z przyjemnością pomogę ci nim zostać.

- Mam nadzieję, że masz rację, ale czasem boję się… - urwał niepewnie.

Ginny nachyliła się i ujęła jego dłonie.

- Powiedz mi, czego się boisz – poprosiła delikatnie.

Harry spojrzał na nią, a jego oczy wypełniało zmartwienie, jakiego nigdy wcześniej tam nie widziała. Po chwili milczenia zaczął cicho mówić:

- W mugolskim świecie mówią, że ludzie, którzy byli wychowywani tak jak ja… no wiesz… z biciem i całą resztą… że kiedy dorastają to znęcają się nad własnymi dziećmi. Mówią, że to jakiś cykl, czy coś takiego. Nie rozumiem tego, ale czasami boję się, że mogę faktycznie się taki okazać.

Siedział sztywno i wbijał spojrzenie w blat, niezdolny spojrzeć jej w oczy.

- Popatrz na mnie – zażądała łagodnie. Kiedy podniósł na nią wzrok, kontynuowała: - Harry, mój drogi, widziałam, jak płaczesz nad kimś, kto stracił swoich rodziców. Widziałam, jak zaprzyjaźniasz się z dwójką małych dzieci i obdarzasz je swoją miłością. Nigdy nie podniosłeś ręki na mnie, ani, o ile wiem, na nikogo kogo kochasz. Powiedz, wyobrażasz sobie, że mógłbyś uderzyć Erikę?

- NIE! Nigdy, wolałbym umrzeć! – zawołał.

- Już samo to, jak bardzo się tym martwisz, przekonuje mnie, że wychowasz nasze dzieci w sposób jak najdalszy od tego środowiska, w którym sam dorastałeś. Szczerze mówiąc to podejrzewam, że większym problemem będzie to, że będziesz je rozpieszczał bardziej niż moja mama. Będziesz wspaniałym ojcem, Harry. Czuję to – zakończyła z uśmiechem.

Uśmiechnął się, ujął jej ręce w dłonie i za pomocą Legillimencji wysłał jej pojedynczą myśl: Kocham cię, Ginny,

Uśmiechnęła się psotnie i odpowiedziała: Kocham cię, Harry.

Harry zamrugał ze zdziwienia, gdy usłyszał w głowie jej odpowiedź. Potem odpowiedział uśmiechem. Wiedział, że Ginny pracuje nad czymś razem z Dumbledorem, ale nigdy nie powiedziała mu nad czym dokładnie.

Dla kogoś z zewnątrz wydawali się młodą parą, wpatrującą się sobie w oczy. Nikt nie zdawał sobie sprawy, że prowadzą rozmowę, w której słowa nie były potrzebne.


Ron i Hermiona

Ron i Hermiona byli właśnie na drodze z Hogwartu do Trzech Mioteł, gdy złapał ich Blaise.

- Musimy pogadać natychmiast w jakimś bezpiecznym miejscu – syknął.

Zaskoczona Hermiona zaproponowała Wrzeszczącą Chatę. W przeciwieństwie do miejscowych, Hermiona, Ron i Harry wiedzieli dokładnie dlaczego została zbudowana.

- Czy to nie jest nawiedzone miejsce? – spytał zaskoczony Blaise.

- Nie, to tylko przykrywka – uspokoiła go Hermiona. – Opowiem ci o tym kiedy indziej. To jedyne miejsce, gdzie na pewno nie przyjdzie nikt miejscowy.

- W porządku, idźmy tam. To zbyt ważne, by czekać – zgodził się wyraźnie zdenerwowany Blaise.

Całą trójka ruszyła w kierunku Chaty. W środku Hermiona wyczarowała trzy krzesła. Ona i Ron usiedli, a Blaise zaczął chodzić w tę i z powrotem.

- Blaise, chłopie, uspokój się i powiedz o co chodzi – odezwał się Ron.

Blaise przeciągnął palcami po włosach.

- W porządku. Śledziłam Wan Chang z zamku do Trzech Mioteł. Tam spotkała się ze Śmierciożercą o imieniu Danny. Nie wymieniła jego nazwiska. To na pewno on dostarczył jej substancję neutralizującą maść Harry'ego i planuje wysłać jej więcej, żeby powtórzyć atak. To również on podjudza grupę uczniów i komunikuje się z nimi przez nią.

Hermiona wstrzymała oddech, a Ron wyglądał na rozeźlonego… bardzo rozeźlonego.

- To nie koniec. Chce, żeby ona coś mu przyniosła z Hogwartu na następną wizytę w Hogsmeade – dodał Blaise.

- Ron, Blaise, Harry musi się o tym natychmiast dowiedzieć. On i Ginny są gdzieś w mieście. Musimy ich znaleźć – zarządziła Hermiona.

- Nie ma ich w Trzech Miotłach, dopiero co stamtąd wyszedłem – stwierdził Blaise.

Ron zbladł i westchnął. Pozostała dwójka spojrzała na niego pytająco.

- Nie… nie… nie myślicie chyba, że poszli do Madam Paddifoot?

Hermiona spojrzała na niego karcąco. Blaise parsknął śmiechem i zgłosił się na ochotnika, by pójść tam poszukać. Hermiona odczekała kilka minut, by upewnić się, że Blaise ich nie usłyszy i odwróciła się z powrotem do Rona.

- Co jest nie tak z Madam Paddifoot? Słyszałam, że to całkiem romantyczne miejsce – rzekła wyniośle.

- A… Ale Mionko, tam w środku wszystko jest różowe, a na ścianach mają cherubinki – odpowiedział Ron, zdając sobie sprawę, że nagle wkroczył na niebezpiecznie cienki lód.

- Ronald, ty chyba nie masz ani grama romantyzmu! – warknęła, patrząc na niego ze złością.

Ron ukrył twarz w dłoniach. Jeśli Harry zabrał Ginny do Paddifoot, nie będę miał innego wyjścia, jak zabrać tam Mionkę. Harry, na Merlina, jak mogłeś mi to zrobić? Tam jest CHOLERNIE RÓŻOWO z CHOLERNYMI RÓŻOWYMI CHERUBINKAMI!


Ciosy i pudła

Po półgodzinnym oczekiwaniu do Chaty wszedł Blaise, prowadzący Harry'ego i Ginny. Hermiona wyczarowała dwa dodatkowe krzesła.

- Znalazłem ich u Madam Paddifoot – rzekł Blaise ze złośliwym uśmiechem. Ron jęknął i znowu ukrył twarz w dłoniach.

Hermiona obrzuciła go nieprzychylnym spojrzeniem i odwróciła się do Harry'ego.

- Harry, Blaise musi coś ci powiedzieć.

Harry spojrzał na Blaise'a i uważnie wysłuchał jego meldunku. Ginny położyła mu rękę na kolanie. Czuła jego gniew i gwałtowny wzrost poziomu magii.

- Blaise, zbierz wszystkich członków Brygady jakich znajdziesz i sprawdźcie ten pokój. Jeśli są tam oboje, złapcie ich i przyprowadźcie ich tu, tylko żywych. Potrzebuję ich obojga, Blaise. Wan jest bezużyteczna bez swojego chłopaka Śmierciożercy – polecił twardo Harry.

Blaise stanął niemal na baczność, skinął głową i wybiegł z Chaty. Harry miał się właśnie podnieść, gdy Ginny położyła mu rękę na ramieniu. Spojrzał na nią oczami rozświetlonymi magią.

- Harry – powiedziała spokojnie. – Pozwól Blaise'owi robić jego robotę. To że będziesz chodził po Chacie albo wysadzisz swoją magią pół Hogsmeade niczego nie zmieni.

Chwilę trwało, nim dotarły do niego jej słowa. Zamknął oczy i skupił się na swojej wewnętrznej pieśni feniksa. Po chwili otworzył oczy i znów na nią spojrzał. Tym razem w jego oczach tańczyły tysiące iskier.

- Masz rację, kochanie – przyznał.

Po godzinie Blaise wrócił do Wrzeszczącej Chaty ze spuszczoną głową.

- Harry, przepraszam. Spóźniliśmy się. Wyszedł zanim udało mi się zebrać wystarczająco dużo ludzi. Przepraszam, że cię zawiodłem, stary.

Harry podszedł do niego. Położył mu obie dłonie na ramionach i spojrzał prosto w oczy.

- Blaise, nie zawiodłeś, po prostu miałeś pecha. Skoro wiemy już, że planują spotkać się w kolejny weekend Hogsmeade, chcę żebyś ułożył plan jak zdjąć ich oboje z minimalnym zamieszaniem. Dobrze się spisałeś, Blaise, zaalarmowałeś nas przed niebezpieczeństwem.

Blaise się wyprostował.

- Zrobię co w mojej mocy.

- Jesteś dobrym człowiekiem, Blaise. Nie słuchaj tych, którzy mówią inaczej.

Blaise skinął głową i uśmiechnął się.

Harry spojrzał w kierunku wchodzącej osoby. Okazało się, że to Susan Bones.

- Harry, co się dzieje? – spytała. – Zobaczyłam, że Blaise tu wchodzi… - urwała, gdy dojrzała Blaise'a i zarumieniła się uroczo.

Blaise wpatrywał się w nią oszołomiony. Potem spojrzał na nią pytająco. Ona uśmiechnęła się w odpowiedzi.

- Na razie nic się nie dzieje, ale wydaje mi się, że w następny weekend w Hogsmeade będziemy mieli niezłą zabawę – odpowiedział Harry. – W międzyczasie zabieram moją narzeczoną do Madam Paddifoot. Może do nas dołączycie, ja stawiam? – spytał ze szczwanym uśmiechem.

Ron miał zaprotestować, gdy Hermiona z całej siły nadepnęła mu na nogę.

- JASNY GWINT, kobieto, to bolało!

Hermiona poklepała go po policzku.

- Cicho Ron – poleciła. – Bardzo chętnie – odpowiedziała słodko Harry'emu.

Blaise rzucił Susan kolejne pytające spojrzenie. Młoda kobieta znów zarumieniła się, ale skinęła głową. Wyglądał, jakby po raz pierwszy w życiu miał dotknąć żywego węża, ale ostrożnie wyciągnął dłoń i ujął ją za rękę.

Susan uśmiechnęła się triumfalnie, a Blaise powiedział:

- Będziemy zaszczyceni mogąc do ciebie dołączyć, Harry.

Harry ukłonił się Ginny i wziął ją za rękę.

- Pani pozwoli, panno Weasley?

Ginny roześmiała się i zmierzwiła jego włosy.

- Ależ oczywiście, panie Potter – odpowiedziała.


Poniedziałkowy wieczór z Tonks

Tonks po raz kolejny pracowała z bliźniętami Stonesmith. Profesor McGonagall wyszła, by dostarczyć jakieś papiery dla profesora Dumbledore, ale miała wrócić przed końcem lekcji.

Tonks przyniosła kilka niespodzianek dla dzieci i chciała wypróbować kilka nowych rzeczy.

Bliźnięta przyglądały jej się z ciekawością, gdy wyciągnęła z kieszeni dwa małe lusterka, a następnie powiększyła je, by miały ponad metr wielkości. Potem oparła lustra o ścianę i ustawiła każde z bliźniąt przed jednym lustrem.

Obok każdego lustra położyła stosik czekoladowych żab. Oczy dzieci zaświeciły się na widok słodyczy.

- Eriko, Eryku, jak do tej pory radzicie sobie świetnie, ale dziś chciałabym, żebyście spróbowali dla mnie czegoś innego. Jeśli wam się uda, dostaniecie czekoladowe żaby – oznajmiła Tonks.

Pierwszaki spojrzał niepewnie na jej postać odbijającą się w lustrach, ale pokiwały głowami.

- Eryku, chciałbym, żebyś zmienił kolor swoich włosów, aż będą takie same jak u profesora Harry'ego. Eriko, ty zrób swoje włosy czerwone, jak u Ginny.

Erika obróciła się do niej gwałtownie.

- Ale jesteśmy bliźniętami! Powinniśmy wyglądać tak samo! – zaprotestowała energicznie.

Eryk rzucił tęskne spojrzenie na kupkę czekoladowych żab.

- Chcę spróbować – powiedział cicho.

Eryka spojrzała na niego wstrząśnięta.

- Ale… Ale… Eriko, to czekoladowe żaby – tłumaczył się pod naporem wściekłego spojrzenia siostry.

Tonks położyła im ręce na ramionach.

- Eriko, spróbujesz dla mnie? – spytała delikatnie, ze smutnym uśmiechem.

Erika była rozdarta. Też chciała żab, ale to było po prostu… no dobra.

- No dobra, spróbujemy – odpowiedziała.

Oboje spojrzeli w lustra, a ich twarze wykrzywiły się z wysiłku. Po kilku sekundach Eryk miał na głowie nieuporządkowaną masę czarnych włosów, jak Harry. Erice szło gorzej, ale po minucie i ona miała ognistorude włosy, jak Ginny.

Tonks roześmiała się i uściskała oboje. Dała obojgu po czekoladowej żabie, by mogły sobie zjeść podczas odpoczynku.

Nagle poczuła rękę na ramieniu. Odwróciła się i zorientowała, że profesor McGonagall wróciła. Minerva spojrzała na auror, uśmiechnęła się i mrugnęła.

- Znakomicie, dzieci! – pochwaliła wicedyrektorka.

- Teraz chcę, żebyście utrzymali te kolory – rzekła Tonks, przyciągając znowu ich uwagę. – Na początku będzie wam ciężko, ale im więcej będziecie to ćwiczyli, tym łatwiej będzie wam szło.

Oboje pokiwali głowami. Po dziesięciu minutach włosy Eriki wróciły do normy. Minutę później to samo stało się u Eryka. Oboje byli wyraźnie zmęczeni po tej wieczornej lekcji. McGonagall uniosła głowę znad biurka i oceniła ich stan.

- Chyba na dziś już wystarczy. Nimfadoro, czy mogłabyś odprowadzić pannę Stonesmith do Pokoju Wspólnego? Chciałabym jeszcze przez moment porozmawiać z jej bratem.

- Oczywiście, Minervo. Zabiorę ją do Pokoju Wspólnego, a potem pójdę do profesora Dumbledore'a. Prosił mnie, żebym informowała go o postępach bliźniąt – odparła Tonks.

Tonks podała rękę Erice. Dziewczynka ujęła ją z uśmiechem i wspólnie wyszły z gabinetu.

Eryk spojrzał ze strachem na nauczycielkę. McGonagall uśmiechnęła się do niego.

- Spokojnie, panie Stonesmith. Chciałabym porozmawiać o twojej pracy na lekcji transmutacji. Radziłeś sobie bardzo dobrze, póki nie zaczęliśmy zmieniać jeża w poduszkę do szpilek. Chciałabym, żebyś mi powiedział, dlaczego akurat ta transmutacja sprawia ci tyle problemów?

Eryk wbił spojrzenie w stopy, a jego głosik był ledwo słyszalny.

- Po prostu nie wiedziałem po co to robimy, pani profesor. Czy kiedy dorosnę będę musiał często zmieniać jeża w poduszkę do szpilek? Czy to nie jest niedobre dla jeża?

McGonagall uśmiechnęła się.

- Pewnie nigdy nie będziesz musiał zmieniać jeża w poduszkę do szpilek. Robimy to w szkole dlatego, że chcemy nauczyć was w jaki sposób wykonuje się tego typu transmutacje. Musicie opanować cały proces transmutacyjny, dlatego zaczynamy od najprostszych i przesuwamy się ku coraz trudniejszym.

Eryk zastanawiał się nad tym przez chwilę, w końcu pokiwał głową.

- To ma sens, proszę pani. Czasami miło wiedzieć po co to robimy.

To chyba za mało powiedziane, panie Stonesmith. Podejrzewam, że póki będziesz wiedział „po co" będziesz radził sobie naprawdę dobrze.

- Owszem, wiedza dlaczego jest czasem równie ważna jak wiedza jak – powiedziała na głos. – Oczekuję, że będziesz sobie radził już lepiej. Możesz wracać do Pokoju Wspólnego.

Eryk wziął swoją torbę i ruszył w drogę. Nie zaszedł jednak daleko, gdy poczuł uderzenie w tył głowy i zapadła ciemność.


Pokój Wspólny

Harry siedział z Ginny, Ronem i Hermioną. Każde z nich czytało książkę. Nagle od strony schodów dobiegł przeszywający krzyk i mała brązowowłosa postać zbiegła ze schodów.

- PROFESOREZE HARRY! AU! – krzyknęła Erika, potknęła się i upadła.

Harry rzucił książkę i podbiegł do małej dziewczynki. Trzymała się za nogę i jęczała z bólu. Harry podniósł ją i przeniósł na kanapę.

- AU! Zrób żeby przestało! – zawołała znowu.

Załkała i złapała się za drugą nogę. Ginny odsunęła rączkę dziewczynki, podciągnęła nogawkę od jej piżamy i wstrzymała oddech, widząc paskudnego sińca, który formował się na jej oczach.

- Już nie, proszę… - płakała Erika.

Erika drgnęła gwałtownie jeszcze kilka razy. Raz złapała się za brzuch, innym razem za żebra.

- Eriko, co się dzieje? – spytała z troską Hermiona. Ginny była bliska łez. Nigdy wcześniej nie słyszała o takiej klątwie.

Erika jęknęła i załkała. Harry wyprostował się gwałtownie.

- Eryk! Ma kłopoty! Hermiono, Ginny, weźcie ją do Madam Pomfrey – zawołał, pędząc do drzwi.

Harry wiedział, że Eryk miał do późna lekcję z profesor McGonagall i Tonks, więc uznał, że najlepiej sprawdzić drogę między gabinetem wicedyrektorki i gryfońskim wejściem do Pokoju Wspólnego.

Przez dwadzieścia minut sprawdzał różne klasy. Wreszcie usłyszał słaby jęk dobiegający z małej komórki na miotły. Otworzył drzwi i zbladł. Jego magia wezbrała. Położył dłoń na ścianie, by nie upaść. Tam gdzie dotknął kamieni, rozjarzyły się na błękitno. Rozległ się głośny, głuchy dźwięk przypominający eksplozję, a od jego dłoni wystrzelił krąg światła, który szybko objął całą ścianę, o którą się opierał i przemknął przez cały zamek.

Harry wyczarował nosze i delikatnie złożył na nich chłopca. Popędził do szpitala, a w oczach wzbierały mu łzy. Z każdym krokiem jego magia wzbierała, razem z pragnieniem by chronić małego chłopca i innych jemu podobnych.


Gabinet dyrektora

Zdumiony Dumbledore uniósł głowę, gdy fala światła przemknęła po ścianach jego gabinetu, a w oddali usłyszał dźwięk wybuchu. Jeszcze chwilę temu z rozbawieniem słuchał raportu Tonks o postępach bliźniąt Stonesmith.

Nagle jego Fiuu obudziło się do życia, a w kominku pojawiła się głowa Madam Pomfrey.

- Dyrektorze, potrzebujemy pana w Skrzydle Szpitalnym! Właśnie przyniesiono Erikę Stonesmith. Wygląda na to, że została brutalnie pobita – powiedziała.

Tonks westchnęła zaskoczona. Przecież zostawiła ją bezpieczną w Pokoju Wspólnym!

Dumbledore natychmiast ruszył do Fiuu, a Tonks następowała mu na pięty.


Skrzydło Szpitalne, Hogwart

Panował chaos. Ron, Ginny i Hermiona gadali jedno przez drugie, a Madam Pomfrey usiłowała dojść, co stało się Erice.

Tonks podbiegła do jej łóżka ze łzami w oczach.

- Cisza. Proszę o ciszę – rzekł Dumbledore.

Kiedy cała trójka się uspokoiła, Dumbledore spytał:

- Panno Granger, może pani powie nam co się stało?

- Profesorze, Erika zbiegła ze swojego dormitorium do Pokoju Wspólnego. Płakała. Wyglądało, jakby ktoś ją bił, ale nie widzieliśmy żadnej przyczyny. Harry chyba uznał, że to Eryk ma kłopoty – wyjaśniła.

- A gdzie jest pan Potter…

Drzwi do szpitala stanęły otworem. Po chwili do drzwi zbliżyło się światło. Ściany wyglądały, jakby wygięły się na zewnątrz. Do środka wkroczył Harry, spowity od stóp do głów oślepiającym światłem, a za nim posłusznie podążały nosze, na których spoczywała mała nieruchoma postać.

Madam Pomfrey wstrzymała oddech, gdy Harry zatrzymał się i wylewitował rannego na łóżko. Podbiegła i zaczęła przeprowadzać diagnostykę.

- Auror Tonks, potrzebuję twojej pomocy. Przynieś z biura mój aparat – poleciła ostro Madam Pomfrey.

Poppy odgrodziła łóżko Eryka parawanem, a Tonks popędziła do jej biura. Po chwili wróciła z kamerą i weszła za parawan.

Madam Pomfrey zrobiła tak mało zdjęć jak tylko mogła, po czym wręczyła aparat z powrotem Tonks i wypchnęła ją z odgrodzonego obszaru. Ponownie zbadała chłopca, a potem zaczęła nastawiać jego kończyny i leczyć połamane kości.

Harry oglądał to przez moment w milczeniu, wreszcie ruszył do wyjścia. Przez zamek przeszedł głęboki dźwięk, bardziej odczuwalny niż słyszalny.

- Harry, gdzie idziesz? – spytała Ginny.

- Znaleźć Wan Chang – odparł.

Wszyscy skrzywili się. Nie chodziło o to co powiedział, ale o to jak powiedział. Jego ton był twardy jak stal i obiecywał ból.

Ginny podbiegła do Harry'ego, stanęła przed nim i położyła mu obie ręce na piersi, blokując drogę.

- Posłuchaj mnie, Harry. Nie możesz tego zrobić! Nie wywrzesz na niej zemsty, kiedy nie wiesz na pewno, czy ona była w to zaangażowana! Słuchasz mnie? Nie pozwolę ci na to! – oznajmiła twardo.

Harry patrzył gdzieś nad jej głową. Nagle mrugnął. Potem jeszcze raz. Wciągnął urywnie powietrze i spojrzał na nią.

- Harry, jeśli to zrobisz, nigdy sobie nie wybaczysz. Oboje to wiemy. I oboje wiemy, że nie mógłbyś żyć ze świadomością, że skrzywdziłeś Wan z niewłaściwego powodu. Pomyśl! Wiesz, że to nie jest właściwe – powiedziała delikatnie Ginny, gładząc go po policzku.

Nagle magia Harry'ego zapadła się w sobie, a jego oczy wypełniły się łzami. Przytulił się do niej i zaczął płakać nad dwójką dzieci, które pokochał.

Ginny zerknęła na dyrektora, który uśmiechnął się z aprobatą. Nie tylko uczy się kontrolować własny gniew, ale pomaga też Harry'emu kontrolować jego, pomyślał.

Harry opanował się na tyle, że z jednym ramieniem wokół Ginny stanął u boku Tonks.

Kiedy objął ją drugim ramieniem, Tonks, zawsze taka wesoła i beztroska, przytuliła się do niego. Harry czuł, jak trudno jej utrzymać emocje pod kontrolą.

- Poppy, co z nim? – spytał Dumbledore.

- Wyzdrowieje. Miał złamane obie nogi, kilka żeber i otrzymał paskudny cios w głowę, ale wyzdrowieje. Kości cały czas się leczą. Jego siostra jest tylko posiniaczona. Wygląda na to, że więź między nimi jest na tyle silna, by przekazywać echo urazów, ale znacznie słabsze – powiedziała Poppy.

- Ciekawe, będę się musiał zająć tą sprawą – uznał Dumbledore.

- Dyrektorze, jako auror muszę to zgłosić – powiedziała Tonks, prostując się. – Ewidentnie ta dwójka padła ofiarą przestępstwa.

- Tak, jasne, Nimfadoro. Rób, co do ciebie należy. Oczywiście w tej sprawie władze mogą liczyć na naszą pełną współpracę – zapewnił ze smutkiem Dumbledore.

Tonks udała się do biura Madam Pomfrey, by skorzystać z Fiuu. Harry spojrzał na Rona.

- Chcę, żeby od dziś każdy mugolak, półkrwi czarodziej i ich przyjaciele wiedzieli, że Brygada zapewni im bezpieczeństwo. Jeśli do nas przyjdą, przydzielimy im kogoś do ochrony. Chcę też, żeby dwójka ludzi Blaise'a była tu cały czas, nim bliźnięta zostaną wypisane.

Dumbledore spojrzał na Harry'ego, ten odpowiedział hardym wzrokiem. Kiedy Albus uniósł brew, Harry poczuł zażenowanie.

- Harry – powiedział delikatnie dyrektor. – To nic złego, że okazujesz swoją miłość tej dwójce. Nie masz się czego wstydzić.

To tylko powiększyło zawstydzenie Harry'ego, ale poczuł się lepiej, gdy Ginny mocniej przytuliła się do niego.

Wszyscy czekali w szpitalu na ministerialnych aurorów. Auror William Hill osobiście przesłuchał Harry'ego, a potem zapytał się, jak młody czarodziej sobie radzi. Hill był zadowolony, że Harry'emu powodzi się u Weasleyów. Choć nie był formalnie członkiem Biura Ochrony Nieletnich, uznawano go za jednego z najlepszych ludzi Ministerstwa w podobnych sprawach.

Kiedy wreszcie przybył Remus, Tonks padła w jego ramiona i rozpłakała się, w końcu uwalniając wszystkie emocje, które dusiła w sobie cały wieczór. Remus przytulił ją mocno i pozwolił się wypłakać.

Po przesłuchaniu Poppy wyrzuciła wszystkich ze Skrzydła Szpitalnego. Tonks i Remus chcieli zostać z dziećmi, ale pielęgniarka nalegała, by również wyszli. Dumbledore wrócił do swojego gabinetu, a Harry, Ginny, Ron i Hermiona w bardzo ponurych nastrojach do Pokoju Wspólnego.

Wieści o ataku rozprzestrzeniły się błyskawicznie po całej szkole. Większość uczniów, łącznie z tymi czystej krwi, uważało ten atak za niegodny i tchórzliwy i byli wściekli, że sprawców nie udało się schwytać. Wszyscy podejrzewali, że stoją za tym jacyś uczniowie.

Przez kilka kolejnych dni do bliźniąt Stonesmith płynął nieprzerwany strumień gości, słodyczy i kartek z życzeniami szybkiego powrotu do zdrowia. Ron przychodził pograć z Erykiem w czarodziejskie szachy, a Hermiona przynosiła lekcje i pomagała bliźniętom je odrabiać. Harry i Ginny bywali częstymi gośćmi, a Zgredek pojawił się z niezwykle rzadkimi szachami skrzatów i nauczył Eryka gry na wielowymiarowej planszy.

Tonks pojawiała się niemal codziennie i często po prostu siedziała, patrząc jak śpią albo przytulała któreś z dzieci, gdy miało koszmar i zaczynało płakać. Eryk miał koszmary każdej nocy, a Erika dość często wchodziła do łóżka brata, by być blisko niego. Remus sprowadził myślouzdrowiciela i to pomogło trochę Erykowi. Przynajmniej koszmary zdarzały się rzadziej.


Powrót do domu

Trzy dni później bliźnięta zostały wypuszczone ze szpitala. Harry, Ginny i Hermiona odeskortowali ich do Pokoju Wspólnego. W zachowaniu dzieci zaszła wyraźna zmiana. Erika i Eryk potrzebowali być blisko siebie i bali się zostawać sami. Wszystko było w porządku w towarzystwie ludzi, których dobrze znali, jak Harry'ego i Ginny, ale gdy zostawali bez nich, siadali przestraszeni blisko siebie. Eryk stał się jeszcze bardziej nieśmiały.

Harry otworzył drzwi do Pokoju Wspólnego, a Ginny z Hermioną zachęciły bliźnięta do wejścia. W środku większość uczniów oczekiwało w ciszy. Pragnęli co prawda urządzić wielką imprezę powitalną, ale wiedzieli jak bardzo wystraszona jest para pierwszaków i nie chcieli pogłębiać ich lęków.

Nad pokojem lewitował wielki baner, witający w domu Erikę i Eryka. Gdy Fred i George usłyszeli o ataku, rozdali wszystkim chętnym swoją gumę Hau Hau, która dawała żującemu zwisające uszy basseta. Teraz niemal trzy setki czekających uczniów z dumą demonstrowało psie uszy.

Erika wstrzymała z niepokojem oddech i złapała mocniej Ginny za rękę. Eryk na widok uczniów schował się za Harrym.

Harry kucnął i spojrzał chłopcu w oczy.

- Eryku, to twoi przyjaciele. Nikt cię tu nie skrzywdzi. Oni po prostu chcą przywitać was z powrotem.

- Na pewno? – spytał z niedowierzaniem, przyglądając się dziwacznemu tłumowi z obwisłymi uszami.

- Na pewno, Eryku. Może podejdziemy i się przywitamy? – zaproponował Harry z uśmiechem.

W tym samym czasie Ginny przeprowadzała podobną rozmowę z Eriką.

Po chwili niepewności bliźnięta pozwoliły poprowadzić się ku uśmiechniętej grupie ludzi. Chwilę zajęło, nim zdołały się rozluźnić, ale gdy się to stało impreza zrobiła się znacznie głośniejsza. W rogu zaczęła grać muzyka, a ze środka Pokoju uprzątnięto meble, by zrobić miejsce do tańca. Fred i George dostarczyli hojną dawkę swoich produktów, a Erykowi spodobały się zwłaszcza Kanarkowe Kremówki.

Harry i Ginny pilnowali bliźniąt z pewnego oddalenia. Kiedy dzieci zaczęły wkręcać się w imprezę, starsza para rozluźniła się.

- To straszne, że muszą przez to przechodzić – powiedział cicho Harry.

- Masz rację, ale już z nimi lepiej. Potrzebowali takiej zabawy. Jak my wszyscy – odpowiedziała Ginny.

Harry przytulił ją na chwilę, a potem poszedł poprosić Erikę do tańca. Kiedy zaczął prowadzić ją po parkiecie, dziewczynka popatrzyła na niego.

- Czy to Ginny nauczyła tak cię tańczyć, profesorze Harry?

- Chyba tak. Nim poznałem Ginny nie byłem najlepszym tancerzem – odpowiedział.

- W takim razie będę musiała nauczyć tańczyć i mojego chłopaka i Eryka, prawda?

Harry roześmiał się.

- Chłopaka? Wybrałaś już sobie jakiegoś?

- Lubię Ginny, więc nie mogę mieć ciebie. Ale może Angelo? Jest całkiem słodki. Tak, chyba się nada. Wezmę jego – zakończyła stanowczo.

- A pytałaś się go o zdanie, Eriko? Może chciałby mieć tu coś do powiedzenia?

- Oj nie, profesorze Harry. Będzie zadowolony, że wybrałam za niego. To zbyt ważna rzecz, żeby zostawić ją chłopcom.

Harry tylko potrząsnął głową, zastanawiając się, czy dziewczynka nie ma przypadkiem racji.


Następny poranek

Harry obudził się po kolejnej porcji zwariowanych snów. Właściwie zaczynał powoli tęsknić za swoimi dawnymi koszmarami. Te nowe sny robiły się zbyt dziwaczne. Ginny nie przyszła do niego zeszłej nocy, ale wiedział czemu. Jej dormitorium było na tej samej klatce co Eriki i chciała być dostępna, gdyby dziewczynka jej potrzebowała.

Harry przeciągnął się, a jego stopa dotknęła czegoś twardego i zimnego. Odsunął się gwałtownie i usiadł. Przez moment mrugał, niepewny czy już się obudził. W poprzek jego łóżka, pod kocem, leżał miecz Godryka Gryffindora. Zmarszczył brwi i udał się pod prysznic.

Gdy się ubrał, wziął miecz do ręki. Ron, Neville i Blaise popatrzyli na niego ze zdumieniem, gdy wyjął miecz spod koca. Gdy tylko go dotknął, usłyszał w głowie delikatny, uspokajający dźwięk.

- Eee… Harry, po co ci to? – spytał Ron, patrząc niepewnie na wielką broń.

- Nie mam pojęcia, niech to szlag. Był tu, kiedy się obudziłem – westchnął. – Chyba powinienem to oddać Dumbledore'owi.

Wyszedł z dormitorium i niemal się uśmiechnął, gdy w Pokoju Wspólnym wszyscy odskakiwali mu z drogi. Pewnie faktycznie stanowił niezły widok, gdy maszerował niosąc wielki miecz, jakby miał zamiar go zaraz użyć. Szkoda, że Wan nie było w pobliżu!

Na drodze do biura Dumbledore'a wszyscy zachowywali się tak samo. Dyrektor spojrzał na niego z zaskoczeniem, gdy wszedł do biura.

Harry odłożył miecz na biurko Dumbledore'a i usiadł w fotelu.

- Dzień dobry, Harry. Masz ochotę na cytrynowego dropsa? – spytał dyrektor.

Coś w jego tonie, jakiś ślad desperacji, sprawiło, że Harry zaczął mieć się na baczności.

- Nie, dziękuję. Ale może mógłby pan wyjaśnić, czemu obudziłem się dziś rano z mieczem w moim łóżku?

Dumbledore popatrzył na miecz.

- Szczerze mówiąc nie mam pojęcia czemu obudziłeś się z mieczem w swoim łóżku, Harry. To bardzo dziwne.

- Panie profesorze, od kilku tygodni męczą mnie sny powiązane z mieczem, najróżniejsze sny. Odkryłem nawet, że przy kilku okazjach nieświadomie narysowałem miecz na pracach domowych, które oddawałem – powiedział zniecierpliwiony.

- Hmm, może przywołujesz miecz przez sen, a może dzieje się coś jeszcze innego. Nie wiem, Harry. Ale nie sądzę, by na pewno było to coś złego. Może sam Hogwart mówi ci w ten sposób, że potrzebujesz miecza. Czy coś się zmieniło odkąd ostatni raz miałeś go w rękach? Czy reaguje jakoś inaczej?

Harry westchnął.

- Pewnie pożałuję, że panu to powiedziałem, ale słyszę uspokajający dźwięk w głowie, kiedy go trzymam. To dobre uczucie, ale jednocześnie… niewłaściwe. Jakby czegoś brakowało.

- Czego brakowało? – spytał łagodnie dyrektor.

- Nie wiem, w tym problem.

- Nie możemy nic z tym zrobić, póki nie będziesz miał większej ilości informacji. W międzyczasie, jeśli miecz miałby się ponownie pojawić, uważam za stosowne, byś go zatrzymał. Nie pozwól tylko, by inni się nim posługiwali. Mogliby zrobić sobie krzywdę.


W tym samym czasie w Wielkiej Sali

Wan siedziała z przyjaciółmi. Była zirytowana, bo Danny nie wysłał jej przez ostatnich kilka dni żadnych listów. Spojrzała wściekle na drugą stronę Sali.

Szlag! Potter i jego banda zdrajców krwi pilnuje teraz wszystkich szlam i mieszańców!

A co gorsza Potter nie zapomniał o jej szlabanie. Co prawda Dumbledore go obniżył, ale i tak musiała spędzić dwa miesiące czyszcząc łazienki dla tego charłaka Filcha!

Samotna czarna sowa sfrunęła do niej. Sowa Danny'ego! Niecierpliwie odebrała od niej list i wysłała ją w drogę powrotną. Otwierając list czuła znajome ciepło w brzuchu. Danny był taki romantyczny! A za jego listy erotyczne dałaby się pokroić!

Druga strona była mroczniejsza. Wstrzymała oddech, gdy zrozumiała czego od niej żąda.

Kocha mnie i będzie miał mój pierścionek już za dwa tygodnie, pomyślała. Muszę tylko użyć tego zaklęcia, którego nauczył mnie latem. Ale to źle! Wszyscy tak mówią! Z drugiej strony wreszcie będzie mój, prosi tylko o dowód mojej miłości. I jest mi przy nim tak dobrze. A poza tym mówił, że jeśli nie sprawdzą mojej różdżki, nikt się nie dowie, że to ja je rzuciłam. Zrobię to! Dla Danny'ego!


Blaise i Susan

Blaise siedział przy śniadaniu, a jego oczy wędrowały po Wielkiej Sali. Co jakiś czas zatrzymywały się na dwóch osobach. Wan Chang i Susan Bones. Wan nie zauważyła żadnego z jego kilkusekundowych spojrzeń. Z kolei Susan wydawała się zawsze czuć, gdy spoczywało na niej jego spojrzenie, bo odwracała się wtedy i patrzyła na niego.

Wycieczka z Harrym do Madam Paddifoot była dla niego co najmniej niezręczna. Blaise ledwo znał Susan, ale trzymał jej rękę, bo wydawało się to właściwe. Jakby to było jej miejsce. Ale nie mieli czasu by sformalizować czy nawet określić ich związek. Nie wiedział nawet czy w ogóle jest jakiś związek. Spędzał z nią coraz więcej czasu i wytrącało go to z równowagi. Były Ślizgon, a dzięki Harry'emu naprawdę uważał się za byłego Ślizgona, nie był przyzwyczajony, by coś wytrącało go z równowagi. Dla Blaise'a wszystko było czarne lub białe, dobre lub złe, żadnych odcieni szarości. A Susan wywoływała w nim całą gamę najróżniejszych emocji.

W Sali pojawił się jakiś ruch i jego oczy natychmiast powędrowały w tę stronę, jak u orła. Susan opuściła stolik swoich przyjaciół i dosiadła się do jego niemal pustego stołu. Niezależnie jak bardzo próbował nie mógł się oprzeć podziwowi na widok jej figury, kształtu jej twarzy czy kołysania jej bioder. Po chwili pozostali uczniowie przy jego stole ulotnili się, pozostawiając go sam na sam z Susan.

- Chciałbyś o tym porozmawiać, Blaise? – spytała, kładąc delikatnie swoją rękę na jego dłoni. Jego oczy prześliznęły się po jej splecionym warkoczu i zastanowił się przelotnie jak wyglądałaby z rozpuszczonymi włosami.

- Susan, sprawiasz, że nie wiem co mam powiedzieć i co mam zrobić. Jeszcze w zeszłym roku nie wiedziałaś, że ja istnieję, a ja nie wiedziałem o twoim istnieniu. A teraz nie mogę powstrzymać się od patrzenia na ciebie. Niezależnie gdzie jesteś, przyciągasz moje spojrzenie – przyznał.

Susan uśmiechnęła się.

- Przyznaję, że zanim dołączyłeś do Brygady znałam zapewne twoje imię i nic ponad to. Ale ciekawisz mnie. Masz w sobie jakiś żar, pasję dla wszystkiego, co uważasz za swoją misję. Podziwiam to i zastanawiam się, czy z taką samą pasją przeżywasz inne aspekty swojego życia.

Spletli się palcami, a jej kolano delikatnie dotknęło jego. Przez moment wydawał się zaskoczony, ale potem lekko się uśmiechnął. Delikatnie oswobodził swoją dłoń i objął ją w pasie.

- Jestem prostym człowiekiem, Susan i wszystko robię z taką samą pasją – odpowiedział, po czym przyciągnął ją bliżej i pocałował. Susan niemal się rozpłynęła. Kiedy pocałunek się skończył, spojrzała mu w oczy z rumieńcem na policzkach.

- Faktycznie, panie Zabini i nie mogę się doczekać aż będę mogła zbadać każdy aspekt tej pasji – odpowiedziała gardłowo z błyskiem w oku.


Serena płata figla

W niedzielny poranek Serena obudziła się wcześnie. Co prawda nie znosiła wstawać o tak młodej godzinie, ale list, który otrzymała poprzedniego dnia od swojej siostry, podsunął jej kilka pomysłów.

Jej siostra pracowała dla firmy zajmującej się wynajmem jachtów i narzekała, że system komputerowy jej firmy został zaatakowany przez coś, co nazywała „wirusem". To coś uszkodziło cały system i jej siostra była naprawdę zła. Serena wiedziała czym są komputery, zetknęła się z nimi przed przyjściem do Hogwartu, ale nie słyszała nigdy wcześniej o wirusach. Ta idea była naprawdę intrygująca.

Wepchnęła list od siostry do kieszeni płaszcza i zobaczyła, że do jadalni wchodzi jej zaspany mąż.

- Dzień dobry, Severusie – powiedziała wesoło.

- Wcześnie wstałaś – burknął Snape, podchodząc, by ucałować ją w policzek.

- Muszę dziś odwiedzić bliźniaków i pomyślałam, że zrobię to najwcześniej jak się da.

- Których bliźniaków? – spytał kwaśno.

- Weasleyów.

Spojrzał na nią spode łba.

- Po co?

- Mam taki pomysł…

W miarę jak wyjaśniała, Severus był coraz bardziej naburmuszony. Nie było tajemnicą, że nie przepadał za bliźniakami, ale była pewna, że dostrzeże potencjał jej pomysłu.

- Sereno, jesteś nauczycielką Eliksirów! Zostaw Weasleyom ich bezużyteczne wygłupy! – warknął.

- No proszę, a myślałam, że to ja bywam rano marudna – rzekła, tracąc powoli cierpliwość.

- Musisz mieć jakieś lepsze rzeczy do roboty – stwierdził z wyższością.

- Na jasne. Uwarzę eliksir na kurzajki i pozwolę Voldemortowi na zniszczenie świata – odparła sarkastycznie.

- Sereno – zaczął, przeczesując palcami włosy.

- Wystarczy – przerwała delikatnie, przytulając się do niego. – Nie chcę się z tobą kłócić. Idź wziąć prysznic, a ja w tym czasie przygotuję ci śniadanie.

Później Severus miał winić swoją cwaną żonę za wykorzystanie jego na wpół śpiącego stanu, ale sam mógł mieć do siebie pretensje, że przegapił psotny błysk w jej oku. Przytulił ją szybko i wyszedł z pokoju, marząc jedynie o gorącym prysznicu i filiżance herbaty.

Po dwudziestu minutach wrócił odświeżony i zasiadł za stołem. Serena postawiła przed nim talerz jego ulubionych ciasteczek francuskich i nalała filiżankę herbaty. Wziął łyk i zadrżał, gdy teina dotarła do jego systemu.

- Kiedy wrócisz? – spytał, czując się bardziej rozbudzony.

- Nie wiem jeszcze. Ale jeśli będziesz coś potrzebował, to wiesz gdzie będę. Po drodze wezmę ze sobą Hermionę Granger. Nie wiem czy mój pomysł zadziała, ale ona jest całkiem niezła w tworzeniu nowych zaklęć, więc może mi pomóc.

- A, tak, naczelna gryfońska kujonka – warknął.

- Ej, ej, Severusie, nie ma już domów – przypomniała mu i pocałowała przelotnie w czubek głowy. – Zobaczymy się później.

Mruknął pod nosem coś niepochlebnego do jej wychodzących z apartamentu pleców i podniósł Proroka Codziennego, by przejrzeć nagłówki. Wziął ciasteczko i wgryzł się w nie z przyjemnością. Serena umiała robić ciasto francuskie, musiał jej to oddać. Skończył je i sięgnął po herbatę. Nim filiżanka dotarła do jego ust, zamarł w bazruchu.

Co do… Nagle oczy rozszerzyły mu się gwałtownie, gdy jego policzki zaczęły puchnąć.


Magia wirusowa

Serena i Hermiona weszły do budynku Uzbrojenia i zaczęły rozglądać się za bliźniakami. Serena pozwoliła młodszej czarodziejce na przeczytanie listu od jej siostry i tak jak się spodziewała, Hermiona od razu dostrzegła możliwości. Teraz musiały sprzedać ten pomysł Weasleyom.

Znalazły ich w biurze. Zignorowały ich zaskoczone powitanie i przeszły od razu do rzeczy. Na początku bliźniacy nie byli przekonani, ale gdy zrozumieli o co chodzi błyskawicznie zapalili się do pomysłu.

- No to do książek, to pierwszy krok – stwierdził Fred z niesmakiem.

- Tak, prowadzimy badania, ale to nie znaczy, że je lubimy – wyjaśnił George na widok miny Hermiony. – Kiedyś spróbowaliśmy ominąć tę fazę i efekty były… interesujące. Nim wszystkie pióra zniknęły, minęły trzy tygodnie – potrząsając głową w udawanym przerażeniu.

- Przynajmniej ty miałeś pióra – dodał ponuro Fred. – Wiecie jak ciężko się śpi z kolcami jeżozwierza, sterczącymi z ciała? – zadrżał na wspomnienie.

Bliźniacy wyprowadzili zdumione kobiety z biura i powiedli ciemnym korytarzem. Kiedy dotarli do ślepego zaułka, obaj mężczyźni wyjęli różdżki, wymamrotali coś pod nosem i trzykrotnie machnęli rozjarzonymi końcówkami różdżek w stronę ściany przed nimi.

Mur zalśnił na moment, po czym stopił się, odsłaniając drzwi. Fred wyjął klucz z kieszeni i otworzył drzwi, a George wprowadził Serenę i Hermionę do środka.

- Witamy w dziale badań i rozwoju Czarodziejskiego Uzbrojenia Weasleyów – rzekł z dumą Fred, zamykając za nimi drzwi. – Powinniśmy tu znaleźć wszystko, czego nam trzeba.

Hermiona stanęła jak wryta, rozglądając się wokół z podziwem. Pomieszczenie było wielkie! Przynajmniej rozmiarów Wielkiej Sali w Hogwarcie. Ale jej uwagę przykuł fakt, że pokój wypełniały książki. Regały o ściany do ściany, od sufitu do podłogi, wypełnione książkami wszelkich rozmiarów. Jeden długi, wypolerowany dębowy stół pysznił się na środku pomieszczenia. Resztę wypełniały kufry, niektóre z nich otwarte, ukazujące zawartość, na którą składały się zwoje, luźne kawałki pergaminu i kolejne książki.

- Niech mnie ktoś uszczypnie – wymamrotała Hermiona. – Ja chyba śnię.

- Nie śnisz, moja droga… - powiedział zadowolony George.

- … ale uszczypniemy cię, jeśli chcesz – zakończył Fred z drapieżnym uśmiechem.

- Fred, to jest dziewczyna Rona, a ty mówisz o podszczypywaniu jej! – zawołał George.

- To co? Czego Ronuś nie wie to go nie zaboli – odparł Fred unosząc sugestywnie brwi.

George wymierzył Fredowi cios i zaczęła się bójka. Obie kobiety zignorowały bliźniaków i ruszyły w głąb pokoju, by zbadać jego zawartość.

Po kilku godzinach Serena wstała i przeciągnęła się z jękiem. Zrobili fantastyczne postępy, ale plecy pulsowały jej bólem i skręcało ją z głodu. Wyciągnęła różdżkę i wyczarowała jedzenie i picie. Na zapach jedzenia bliźniacy porzucili zwoje, nad którymi pracowali i dołączyli do niej.

- Hermiono – zawołała delikatnie Serena, gdy młoda czarodziejka nie podeszłą do nich. – Chodź, zjedz coś.

Hermiona odburknęła coś z irytacją i zakopała się w następnej książce.

Serena potrząsnęła głową i odwróciła się. Uśmiechnęła się szeroko widząc łakomstwo bliźniaków. Nie było trudno zrozumieć po kim Ron ma takie maniery przy stole.

- Chciałam się zapytać, skąd wzięliście te wszystkie książki? – spytała Serena, nakładając jedzenie na talerz. – Niektóre z nich są naprawdę stare i uznawane za zaginione. Inne może nie są do końca Czarną Magią, ale znajdują się gdzieś w szarej strefie.

- Mamy swoje źródła i hojnego inwestora – odrzekł tajemniczo Fred.

- Nie wątpię – stwierdziła oschle Serena.

- Na pewno rozumie pani profesor czemu nie możemy zdradzić tych informacji – dodał George z uśmiechem.

- Mówcie mi po imieniu, ale tak, rozumiem. Zapytałam, bo… no cóż, sama szukam kilku książek. Oczywiście niczego z Czarną Magią czy nielegalnego, po prostu rzadkich książek.

- Jeśli zostawisz nam listę, sprawdzimy nasze źródła – zaproponował Fred.

Serena chciała odpowiedzieć, ale przeszkodził jej okrzyk Hermiony:

- Mam! Chyba znalazłam!

Bliźniacy podbiegli do niej, a Hermiona naskrobała kilka szybkich słów na kawałku pergaminu i uniosła go triumfalnie.

- Może być mało zgrabne, ale powinno zadziałać – rzekła z uśmiechem.

Bliźniacy przejęli pergamin i zaczęli go studiować. Serena dołączyła do trójki i postawiła talerz z jedzeniem przed Hermiona.

- Jedz – nakazała stanowczo.

Puszystowłosa czarodziejka spojrzała na nią z wdzięcznością i zrobiła co jej kazano. Do tej pory nawet nie zdawała sobie sprawy jak bardzo była głodna.

- Jesteś pewna, że to zaklęcie zadziała? – spytał Fred, marszcząc brwi nad pergaminem.

- Powinno, ale jest tylko jeden sposób, żeby się przekonać – odpowiedziała Hermiona między jednym kęsem a drugim.

Obaj mężczyźni porozumieli się spojrzeniem i odeszli od stołu. Obrócili się twarzą do siebie i wyciągnęli różdżki. Skinęli głowami.

- Morbus Virga – powiedział głośno i wyraźnie Fred, celując różdżką nie w ciało George'a, ale w jego różdżkę.

Nic się nie stało,

Bliźniacy odwrócili się, by popatrzeć na Hermioną, a ta wywróciła oczami.

- Spróbuj jakiegoś zaklęcia George – powiedziała cierpliwie, tonem używanym normalnie wobec małych dzieci.

George zarumienił się i uśmiechnął niepewnie.

- Zapomniałem o tej części – przyznał.

Wycelował różdżką w brudny talerz i rzucił zaklęcie czyszczące. Wszyscy podskoczyli, gdy rozległo się głośne pyknięcie i pojawił się jaskrawy błysk, a z różdżki Goerge'a wystrzeliło dwanaście wiewiórek, które zaczęły biegać wokół stołu.

Bliźniacy wytrzeszczyli oczy, Serena parsknął śmiechem, a Hermiona oparła się wygodnie, szczerząc triumfalnie zęby.

- Powiedziałabym, że działa – rzekła z zadowoleniem młoda kobieta.

Fred uniósł różdżkę, by zniknąć wiewiórki, jednak pojawił się ten sam dźwięk i błysk. Tym razem z czubka jego różdżki wystrzeliły setki małych kamyków.

Serena krzyknęła i zanurkowała pod stół. Zaraz za nią podążyła Hermiona i George.

- Fred! Nie rzucaj zaklęć! – wrzasnął George.

- Co ty nie powiesz? – odkrzyknął zdenerwowany Fred. – Normalnie geniusz nam się trafił!

Gdy kamienie przestały rykoszetować wszyscy wyszli spod stołu i spojrzeli niepewnie na Freda. Ten odłożył swoją różdżkę na stół i wycofał się powoli.

- Ciekawe ile to potrwa? – spytał.

- Eeee, szczerze mówiąc to nie jestem pewna – przyznała Hermiona. Widząc ich niedowierzające spojrzenia kontynuowała szybko: - Badania były dość pospieszne, ale szacuję to na jakąś godzinę.

- Nie możemy pozwolić wiewiórkom tu zostać – stwierdził George. – Mogą pogryźć książki. Nie można na to pozwolić!

Wycelował i rzucił zaklęcie znikające.

- To powoli zaczyna być denerwujący nawyk – mruknęła Serena do Hermiony i Freda, gdy siedzieli pod stołem, kryjąc się przed deszczem padającym z wyczarowanych przez George'a chmur burzowych.

- Książki! – wrzasnęła Hermiona. – Zamokną!

Wycelowała różdżkę w regał z książkami i rzuciła zaklęcie osłaniające. Wszyscy wyskoczyli błyskawicznie spod stołu, gdy setki wielkich, głodnych krabów lądowych wystrzeliły z różdżki młodej czarodziejki i zaatakowały ich schronienie.

Trójka przemokniętych ludzi jak jeden mąż spojrzała na Serenę. Ta wyjęła różdżkę i spojrzała na nią niepewnie.

- Może jednak nie – mruknęła.

- Ale książki! – zawołała Hermiona.

- Dobrze, ale na twoją odpowiedzialność – burknęła Serena.

Wycelowała różdżkę w najbliższy regał i rzuciła zaklęcie osłaniające. Jęknęła rozpaczliwie, gdy każdy kufer w pomieszczeniu staną otworem i wyrzucił cała zawartość zalewając ich potokiem przemokniętego pergaminu.

- Przynajmniej zaklęcie działa – mruknął przybity Fred.

- Tak, ale jeśli tak dalej pójdzie, będziemy musieli kompletować bibliotekę od nowa – powiedział kwaśno Gerorge. – Wiecie ile to będzie kosztować? A niektórych książek nie da się zastąpić!

- Zgredku! – krzyknęła głośno Serena.

Wszyscy spojrzeli na nią dziwnie. Nagle przez burzę przebiło się ciche pyknięcie.

Zgredek pisnął zaskoczony i zanurkował pod stół, by schować się przed deszczem. Rozległ się przerażony wrzask i mały skrzat pojawił się, usiłując pozbyć się kraba, który wczepił się szczypcami w jego palec u nogi. Serena pomogła skrzatowi pozbyć się skorupiaka, a potem podniosła go i postawiła na blacie stołu.

- Zgredku, mamy problem z różdżkami. Czy możesz zniknąć burzę, kraby i wiewiórki?

Skrzat skinął głową, machnął kilka razy rękami i pokój został oczyszczony. Gdy wszyscy zaczęli mu dziękować, zaczął się kręcić zażenowany, w końcu powiedział:

- Ja sprowadzi inne skrzaty, żeby pomogły Zgredkowi posprzątać.

I zniknął z cichym pyknięciem.


Kropla w wielkim morzu

Godzinę później Serena i Hermiona wróciły do zamku i udały się wprost do gabinetu dyrektora. Co prawda zaklęcie wywołało kilka nieprzewidzianych rezultatów, ale jednak podziałało. Jeśli ktoś rzucił zaklęcie zarażoną różdżką, sam zaczynał zarażać. To zaklęcie mogło mieć straszne konsekwencje dla wszystkich poza użytkownikami magii bezróżdżkowej.

- Krówka mleczna!* - powiedziała Serena.

Kiedy gargulec odsunął się z drogi, obie kobiety wkroczyły na ruchome schody i podjechały do góry. Serena nie przejmowała się pukaniem, ale gdy weszła do środka zatrzymała się gwałtownie, orientując się, że dyrektor nie jest sam. Hermiona wpadła na jej plecy i obie kobiety straciły równowagę.

- Przepraszam, dyrektorze. Nie wiedziałam, że ma pan towarzystwo – powiedziała niepewnie Serena, prostując się i pomagając Hermionie utrzymać się na nogach.

- Nic się nie stało, moja droga – uspokoił ją Dumbledore. – Musisz mieć coś ważnego do powiedzenia.

- Eee, tak, ale nie chciałyśmy przeszkadzać.

- Nic się nie stało, panie profesor – zapewnił Harry ze swojego fotela przed biurkiem Dumbledore'a. – Rozmawialiśmy o działaniach podejmowanych przez Brygadę w celu zapewnienia bezpieczeństwa niektórym uczniom.

Ginny skinęła głową, a Ron wstał i podszedł do Hermiony.

- Wszystko w porządku? – spytał swojej dziewczyny.

- Tak, Ron. Spieszyłyśmy się, żeby opowiedzieć profesorowi Dumbledore'owi o nowym zaklęciu, które odkryłyśmy.

- Nowym zaklęciu? – spytał zaintrygowany Dumbledore.

- Jakim nowym zaklęciu? – spytała w tej samej chwili Ginny.

- No cóż, ma pewne nieprzewidywalne efekty, ale nic niebezpiecznego. Przynajmniej jak na razie – odpowiedziała Serena.

- Może zademonstrujecie? – spytał dyrektor.

Serena i Hermiona spojrzały po sobie. Kiedy Hermiona wzruszyła ramionami i wydobyła różdżkę, Serena przesunęła się za biurko dyrektora. Jeśli ktoś inny zauważył ten ruch, postanowił nie komentować.

- Przede wszystkim wszyscy muszą wynieść swoje różdżki z pomieszczenia.

- Po co? – spytał Harry. – Hermiono, o czym ty mówisz?

- Zrób to – powiedziała Hermiona. – Zaufaj mi. Weź różdżkę i połóż ją za drzwiami.

Harry, Ginny, Ron i Dumbledore wymienili się zdumionymi spojrzeniami, ale wzruszyli ramionami i wyjęli różdżki. Ginny zebrała je od nich i złożyła za drzwiami. Zamknęła dokładnie drzwi, wróciła do gabinetu i uniosła brwi w stronę Hermiony.

Puszystowłosa czarodziejka wzięła głęboki oddech, wycelowała w srebrny globus na półce i powiedziała:

- Wingardium Leviosa.

W tej samej chwili Serena zanurkowała pod biurko. Lepiej dmuchać na zimne, nauczyła się już na własnych błędach. Choć nie widziała co się dzieje, dźwięki napływające od innych świadczyły, że miała rację.

Z pyknięciem i błyskiem z czubka różdżki Hermiony wystrzeliły cytrynowe dropsy. Tysiące dropsów. Miliony! Odbijały się od ścian, uderzały w okna i obrazy. Ron otrzymał cios między oczy, co sprawiło, że zanurkował pod biurko obok Sereny. Po chwili dołączył Harry z okularami połamanymi przez szalejące cukierki.

Następnie dołączył do nich Dumbledore, w którego brodzie i włosach utkwiła całą masa żółtych słodyczy. Usłyszeli trzask zamykanych drzwi. Ginny, jak na inteligentną czarodziejkę przystało, uciekła z pokoju.

Przez ryk cukierkowej fontanny przebijał się głos czarodziejki odpowiedzialnej za ten słodki atak, która zdenerwowana klęła na czym świat stoi.

- Au! Z reguły nie jest tak… Aua! Od tego będą sińce! Powinno już przestać… Au!

Spod biurka wyłoniła się ręka.

- Finite Incantatem! – krzyknął Ron.

Deszcz cukierków ustał, a zaczęły się krzyki. Zirytowane portrety wyrażały swoje oburzenie z powodu takiego traktowania.

- Cisza! – krzyknął Dumbledore, wstając na nogi.

Rozległo się skrzypnięcie otwieranych drzwi i do środka wróciła Ginny. Rozejrzała się po pokoju i westchnęła. Miliony cytrynowych dropsów zaściełały podłogę. Kiedy usiłowała zamknąć drzwi, okazało się, że zablokowały je małe dropsy, które wysypały się na korytarz i wesoło spadały po schodach.

- Tylko nie cytrynowe dropsy! – zawołała.

- Niestety, moja droga – odparł Dumbledore ze zrezygnowanym śmiechem.

- To koszmar! – stwierdził nachmurzony Harry.

- To tylko słodycze, kochanie – zauważyła uśmiechnięta Ginny.

- Nie o to mi chodzi. Nie zauważyliście? Poza Hermioną, która była zajęta i Ginny, która uciekła z gabinetu nikt nie pomyślał, że rzucić tarczę! Wszyscy zanurkowaliśmy za biurko!

Wszyscy wbili w niego spojrzenie, a on przeciągnął palcami po włosach, wyciągając kolejne dropsy.

- Mam zmierzyć się z Voldemortem, a boję się cukierków! – jęknął.

Kiedy Ginny zaczęła chichotać, spojrzał na nią spode łba. Kiedy Serena i Ron wybuchnęli śmiechem, uśmiechnął się niepewnie.

- Eee, panie dyrektorze, nie ma pan nic przeciwko, żeby zabrał pana biurko na pole bitwy? – spytał.

- Co tylko ci trzeba, drogi chłopcze! Co tylko ci trzeba! – odpowiedział ze śmiechem Dumbledore.

- A co z tym? – spytała Hermiona, pokazując bałagan.

- To proste – odparł Ron. Uniósł rękę i spróbował zniknąć cukierki bezróżdżkowo.

Hermiona pisnęła, gdy ilość dropsów podwoiła się, a po chwili podwoiła ponownie.

Serena spojrzała z niedowierzaniem na podłogę. Cukierki sięgały jej po kolana! Ginny patrzyła na to szeroko otwartymi oczami, Ronowi opadła szczęka, a Harry stracił równowagę, gdy masa się poruszyła. Ron złapał go, by pomóc mu ustać, ale obaj wywrócili się i zniknęli w morzu żółci.

- W mordę! – jęknął z desperacją Dumbledore, patrząc na słodycze.

Ginny uśmiechnęła się szeroko.

- Dobrowolnie wzięte, dyrektorze! Dobrowolnie wzięte!

Widząc jego ponure spojrzenie zaczęła śmiać się tak bardzo, że osunęła się na podłogę. Po chwili jej lokalizację sygnalizował jedynie ruch morza dropsów i dochodzący spod powierzchni stłumiony śmiech.


Agonia cytrynowych dropsów

Z pomocą skrzatów domowych udało się powstrzymać dropsową inwazję. Kufry i pudła wypełnione cukierkami zostały złożone w nieużywanym pomieszczeniu w apartamencie dyrektora. Różdżki przyniesiono z powrotem i oddano właścicielom. Okulary Harry'ego zostały naprawione. Wszyscy mieli na twarzach szerokie uśmiechy. Wszyscy oprócz Dumbledore'a.

Z ciężkim westchnieniem dyrektor opadł na krzesło i potarł oczy. Usiłował zignorować chichot Ginny, ale nie było to takie proste.

- Sam pan prosił o demonstrację – przypomniała mu wesoło Ginny.

Parsknęła śmiechem, widząc jego spojrzenie.

- To prawda, panno Weasley. Ale czemu to musiały być akurat cytrynowe dropsy?

- Profesorze – wtrącił się Ron. – Czemu nie podziałało moje zaklęcie znikające? Przecież nie użyłem różdżki.

Wtedy Dumbledore wyjaśnił dropsowy zakład. Gdy Hermiona zorientowała się, że właśnie dorzuciła do puli miliony nowych dropsów, jęknęła i zaczęła gorąco przepraszać.

- To moja wina, kochana – przerwał jej Dumbledore. – Jak radośnie wypomniała mi panna Weasley, sam prosiłem o demonstrację.

- Ale dlaczego nie zadziałało zaklęcie znikające? – drążył temat zdumiony Ron.

- Bo zgodnie z warunkami zakładu dropsy powinny zostać wzięte dobrowolnie, a nie zniknięte - wyjaśnił dyrektor zmęczonym tonem. Kiedy Serena zachichotała, Dumbledore zwrócił się do niej: - To mi o czymś przypomniało. Severus cię szukał. Wysłał mi wcześniej sowę. Co było dość dziwne. Mógł mnie przecież zapytać osobiście zamiast wysyłać wiadomość – stwierdził z błyskiem w oku.

- O bogowie! – wrzasnęła Serena, zrywając się z miejsca. – Ciasteczka!

I wyleciała biegiem z gabinetu.


Serena płaci za ciasteczka

Serena weszła cicho do apartamentu i skierowała się do salonu. Był pusty, więc przeszukiwała pokój za pokojem w poszukiwaniu swojego męża. Wiedziała, że Severus będzie wkurzony i nie miała ochoty mu się tłumaczyć.

Już myślała, że ma szczęście i jej mąż wyszedł, gdy weszła do laboratorium. Panował tam nieopisany bałagan. Składniki były rozsypane po całym pomieszczeniu. Z oburzeniem rozejrzała się po pracowni i w końcu znalazła tego, kogo szukała.

Severus siedział przy biurku z twarzą ukrytą w dłoniach. Promieniował dziwną mieszaniną złości i braku nadziei.

Zmieszana i nieco niepewna Serena zastanawiała się czy nie wyjść z laboratorium. Ale nie mogła. Coś było wyraźnie nie tak.

- Severusie – powiedziała cicho i zbladła, gdy uniósł głową. – O ja… - wymamrotała pod jego wściekłym spojrzeniem.

Jego policzki spuchły. Nie tak odrobinę, były wielgachne! Przypominał chomika, gdyby rzeczony chomik połknął balon.

- Boli cię? – spytała przestraszona, przysuwając się do niego.

Potrząsnął przecząco głową, wciąż patrząc na nią ze złością.

- Dlaczego nie rozproszyłeś zaklęcia? – spytała nie rozumiejąc.

Kiedy wywrócił oczami zrozumiała w czym rzecz.

- No jasne, nie możesz mówić – wyszeptała.

Wyciągnęła różdżkę, wycelowała w męża i powiedziała:

- Finite… chwila!

Kiedy odrzuciła bezużyteczną różdżkę, Severus zdołał warknąć. Podniósł ją i próbował włożyć ją z powrotem w dłoń żony.

- Nie, nie mogę użyć mojej różdżki. Zaufaj mi, wyjaśnię ci później. Jeśli rzucę zaklęcie tą różdżką, będzie dużo gorzej!

Spojrzał na nią z niedowierzaniem, ale wyciągnął własną różdżkę i podał jej. Przyjęła ją i zadrżała, gdy magia przepłynęła po jej ramieniu.

Uspokoiła się, wycelowała i rzuciła zaklęcie. Przygryzła wargę i patrzyła, jak jego policzki zmniejszają się z dźwiękiem przypominającym puszczanie wiatrów.

- Nic ci nie jest? – spytała trochę przestraszona.

- Co to do cholery było? – ryknął Severus, zrywając się na nogi. – Jadłem sobie spokojnie śniadanie nikomu nie wadząc. A chwilę potem zostałem pieprzonym balonem!

- Przepraszam – odparła. – Myślałam, że efekt się wyczerpie.

- Kiedy? Za tydzień. Coś ty sobie babo myślała, do cholery?

- Wkurzył mnie twój poranny komentarz o bliźniakach Weasleyach. Pomyślałam… pomyślałam, że dam ci nauczkę. Ich wynalazki nie są bezużyteczne! – powiedziała, cofając się.

- Przyznaję, ta mała psota może mieć swoje zastosowania. Nakarmimy tym Voldemorta i nie będzie mógł mówić przez wiele godzin! Wtedy Potter zabije go z łatwością!

Kiedy zachichotała, postąpił w jej stronę.

- Wiesz, że prawie poszedłem do Minervy, by to naprawiła? Nigdy by mi nie dała o tym zapomnieć! Stara nietoperzyca wypominałaby mi to przez najbliższe sto lat! Próbowałem nawet coś uwarzyć, by to skończyć, ale wiesz co odkryłem, droga żona? – spytał ze złością.

- Co takiego? – spytała, starając się ukryć rozbawienie. Minerva na pewno byłaby zachwycona!

- Kiedy masz tak wielkie policzki nie da się niczego wypić! Wszystko wraca!

Serena wyobraziła sobie, jak jej mąż usiłuje wypić eliksir i nie wytrzymała. Musiała się roześmiać.

- Gdybym miała aparat, zrobiłabym fortunę. Ta twoja mina…

Przerwała i pisnęła przerażona, gdy jej mąż skoczył i złapał ją. Jęknęła, gdy przerzucił ją sobie przez ramię i wyszedł z pracowni.

- Chyba czas dać ci nauczkę – zagroził.

- Ale Severusie… - próbowała go uspokoić, ale pisnęła, gdy dostała mocnego klapsa w tyłek.

- Severusie, pozwól mi wyjaśnić! – spróbowała jeszcze raz.

Weszli do sypialni. Rzucił nią delikatnie na łóżko i położył się na niej.

- O nie, Sereno – odparł, przyciskając ją do łóżka. – Wyjaśnić możesz później. Teraz zamierzam się zemścić!

Na widok jego oczu, także w jej spojrzeniu pojawił się ogień. Gdy nachylił się i pocałował ją mocno, Serena zanotowała w pamięci, by podziękować bliźniakom Weasleyom za Nadymki Francuskie. Potem zatraciła się w domagającym się jej uwagi mężczyźnie.


Słowniczek:

Krówka mleczna" – w oryginale hasłem do biura Dumbledore'a jest „Salt Water Taffy", słodycze produkowane w New Jersey na wschodnim wybrzeżu USA, które są czymś pomiędzy toffi, gumą do żucia i lizakiem. Zmieniłem to na słodycze bardziej rozpoznawalne w Polsce.


Od autora: Pojawiło się wiele pytań. Dlaczego Dumbledore był w pułapce? Zastanówmy się, pokój, brak wyjścia, jednokierunkowe Fiuu, a jeśli nie wiesz gdzie jesteś, pewnie nie możesz się teleportować. Żeby uprościć sobie życie przyjmijmy, że wokół pokoju były osłony antyteleportacyjne.

Jest mnóstwo historii, w których Harry atakuje Voldemorta przez ich połączenie na każdy możliwy sposób, od grania rocka po seks z 42 kobietami i trzema małpami. Szczerze mówiąc my chcieliśmy po prostu zamknąć to cholerstwo i skupić się na innych aspektach.

My też nie lubimy Wan.

Narcyza wzięła to co jej w skrytce zostało i otworzyła salon piękności w centrum Trenton, New Jersey. Myśleliśmy czy by jej nie wprowadzić, ale nic w kanonie nie sugeruje, by miała być równie potężna jak Lucjusz.

Rodzina Tonks? Gdybyśmy mieli pisać szeroko o każdej postaci, to ta historia miałaby tysiące stron.

Cho może jeszcze pojawić się w epizodycznej rólce, ale na pewno nie takiej jak oczekują czytelnicy.


Od tłumacza: Mój komputer odmówił współpracy i chwilowo pracuję na zastę w tym rozdziale mogło być trochę więcej literówek, zwłaszcza w nazwach własnych.

Dzięki wszystkim za recenzje, zarówno te podpisane jak i anonimowe, wszystkie czytam z uwagą i cieszę się, że się dobrze bawicie przy tej historii.

Zapraszam na mój blog o książkach „Z pierwszej półki" zpierwszejpolki[kropka]blok[kropka]pl

W następnym rozdziale:
- Harry dowie się więcej o mieczu Gryffindora
- poznamy rodzinę Eryka i Eriki
- odkryjemy czy Wan i Danny dostaną za swoje