Od tłumacza: Drodzy Czytelnicy, dorobiłem się korektorki. Od teraz każdy rozdział będzie przechodził jeszcze przez Shaunee Altman (brawa!), która będzie eliminowała te literówki i inne błędy, których ja nie wyłapałem. Pamiętajcie, że wszystkie błędy robię ja, ona tylko zmniejsza ich ilość, więc pretensje kierujcie pod moim adresem ;)
Od autorów: Standardowe zastrzeżenie: W ogólnym rozrachunku nic nie mamy. Wszystko należy do JK Rowling, a my jedynie pożyczamy sobie te postacie na kilka kółek wokół dzielnicy. W alternatywnym świecie Harry Potter jest żigolakiem, a Ginny Weasley zakonnicą buddyjską. Chyba. Sam już nie wiem! Przedawkowałem cytrynowe dropsy!
Rozdział 9 – Zaklęcie na wolności
Anglia, nieznana lokalizacja
Voldemort był wściekły. Po utracie Daniela Wonga Ministerstwo zatrzasnęło mu drzwi przed nosem. Nie wiedział już co się tam dzieje i nie był w stanie zinfiltrować go ponownie. Podobno Ministerstwo wykorzystywało przysięgę krwi, by upewnić się, że wszyscy pracownicy są lojalni i dochowują tajemnicy.
Co gorsza tylko kilkoro jego sług zostało wysłanych do odbudowanego Azkabanu. Większość, zgodnie z nowo uchwalonym prawem, zostało posłanych prosto za zasłonę.
- Wezwać Glizdogona! – warknął do czekającego na rozkazy sługi.
Po chwili mały mężczyzna wbiegł do pokoju i skłonił się pokornie przed swoim Panem.
- Co Mój Pan rozkaże swemu pokornemu słudze? – zapiszczał.
- Musimy zmienić plany, Glizdogonie. Jeśli nie możemy atakować szlam, zaatakujemy zamiast tego mugoli. Chcę też rozmawiać z Oogla-Dainem. Powiedz Dainowi, że niedługo będę potrzebował jego i jego pobratymców – odparł Voldemort z szalonym rechotem.
Glizdogon zadrżał ze strachu. Rozmowa z Dainem była niemal równie przerażająca jak z jego Panem.
- Ja… jak rozkażesz, Panie – wydusił z siebie.
Hogwart, początek grudnia
Powrót Wan wywołał w szkole pewne napięcie. Co rano udawała się do gabinetu dyrektora, by odebrać swoją różdżkę. Po kolacji szła tam z powrotem, by odrabiać lekcje pod czujnym spojrzeniem Dumbledore'a. Na koniec dnia zdawała mu różdżkę.
Dyrektor pracował z nią, starając się uświadomić jej, że to umiejętności, nie urodzenie, były istotne. Po ich wieczornych spotkaniach wracała do Pokoju Wspólnego, gdzie kilkoro prawdziwych przyjaciół, którzy jej pozostali, zbierało się wokół niej, by chronić ją przed resztą szkoły.
Na początku drugiego tygodnia grudnia ogłoszono w szkole, że odbędzie się Bal Bożonarodzeniowy, otwarty dla uczniów czwartego roku i starszych. Ta wiadomość, w połączeniu z ustaniem ataków na mugolaków, sprawiła, że w szkole zapanowało poczucie bezpieczeństwa.
Oczywiście nie oznaczało to, że wszyscy w zamku cieszyli się spokojem i pogodą ducha. Harry nabrał zwyczaju spacerowania wieczorami po zamku, a czasem po zewnętrznym murze. Kamienne umocnienia były imponujące, dziesięć metrów szerokości u podstawy, przeszło sześć u góry. Okalały zamek i kilka sąsiadujących zabudowań. Pozostała część Błoni, łącznie z boiskiem do quidditcha, znajdowała się poza linią fortyfikacji.
Nauczyciele i przyjaciele Harry'ego starali się upewnić, że zawsze ktoś towarzyszy Harry'emu w jego spacerze. Najczęściej to Ginny przechadzała się z nim po murach, ale czasami byli to Dumbledore, Hermiona, Ron, a nawet Jack Parsons czy któreś z profesorów Snape'ów.
Harry był wdzięczny za ich towarzystwo. Ginny zawsze podnosiła go na duchu i napełniała nowym uczuciem determinacji. Pozostali omawiali z nim postępy i dalsze działania.
Tego wieczoru spacerował razem z Jackiem Parsonsem. Przez dłuższy czas szli w ciszy, obchodząc mury i oglądając zmiany wprowadzone w nich przez bliźniaków Weasleyów.
- Mały – odezwał się w końcu Jack. – Wiem jak się czujesz. Chciałbyś o tym pogadać?
Harry spojrzał na niego z ciekawością.
- Nie jestem pewien. Za każdym razem, gdy próbuję to ubrać w słowa wychodzi jakoś tak niezręcznie.
Zatrzymali się i spojrzeli sobie w oczy.
- To może spróbuję zrobić to za ciebie – zaproponował Jack. – Czujesz, jakbyś się miał zaraz zrzygać, bo wiesz, że niedługo będziesz musiał posłać swoją rodzinę i przyjaciół na przerażającą bitwę, z której niektórzy mogą nie wrócić żywi.
Harry zamrugał zdziwiony, ale bez słowa skinął głową. Jack westchnął, skrzyżował ramiona i oparł się plecami o blanki.
- W Annapolis* mówili nam o samotności dowódcy. To właśnie teraz czujesz. W mojej dawnej jednostce byliśmy jak rodzina. Wszyscy opiekowali się sobą nawzajem, zupełnie jak w rodzinie i wspólnie opłakiwaliśmy tych, których straciliśmy. Ale dowódca to ktoś wyjątkowy. Ktoś, na kim wzorują się inni. Miałem tę robotę i wiem jaki możesz czuć się samotny w tej sytuacji. Jako przywódca sił światłości masz trudne zadanie. To nieuczciwe składać taki ciężar na twoich barkach. Ale jesteś silnym gościem. I nie chodzi mi o siłę magiczną czy fizyczną. Masz charakter i determinację, które inspirują innych. Bycie dowódcą to robota, która może wywoływać uczucie samotności, ale dobry dowódca zdaje sobie sprawę, że tak naprawdę nigdy nie jest sam. Jego zastępcy wspierają go, podejmują decyzje, które on aprobuje, zdejmują z niego część brzemienia. Wokół ciebie jest dużo dobrych ludzi, którzy starają ci się wszystko ułatwić, byś mógł się skupić na zadaniach, których nie możesz przydzielić nikomu innemu. Wywołujesz w ludziach lojalność w stopniu, o którym nigdy nie słyszałem, może poza facetami, o których czyta się w książkach historycznych, jak Lee, Montgomery czy Patton.*
Harry zastanawiał się nad tym przez dłuższą chwilę. W końcu odpowiedział:
- Chyba masz rację Jack. Po prostu z każdym dniem czuję się coraz gorzej i jestem coraz bardziej spanikowany. Zupełnie jakbym uczył się na egzamin i nie miał pojęcia z czego będą mnie pytać. Wiem tylko, że egzamin się zbliża.
- Mały, twoja Brygada będzie gotowa. Tak jak siły Ministerstwa. Utrzymamy dla ciebie ten zamek. Ty masz się tylko martwić o to, by nauczyć starego Walitorta jak srać nową dziurą, którą mu zrobisz w dupsku!
Harry popatrzył z niedowierzaniem na Jacka, a potem wybuchnął śmiechem. Walitort, ten to miał pomysły! Kiedy odzyskał nad sobą kontrolę odezwał się:
- Jack, będę musiał zacząć spisywać twoje powiedzonka. Na Merlina, ty wiesz jak powykręcać język! Słyszałeś, jak profesor Sprout skarżyła się na piosenkę, którą uczniowie śpiewali podczas biegu wczoraj?
Jack potrząsnął przecząco głową.
- Hmmm, jak ona szła? A, już mam:
Hogwart ma najlepsze krzaki,
Sprout hoduje je dla draki!
Kupuj zioło u Pomony,
będziesz nieźle porobiony!
Jack parsknął śmiechem.
- Chyba faktycznie mam na nich zły wpływ. Ale zobacz ile mają zabawy przy wymyślaniu tych piosenek!
Harry spojrzał chytrze na Jacka.
- A jeśli mowa o obronie, to jak ty sobie radzisz?
Jack popatrzył na niego zdumiony.
- O czym ty gadasz, Harry?
- Zauważyłem, że niejaka auror Hestia Jones dość mocno się tobą interesuje. Z tego co wiem, była nawet u ciebie kilka razy na kolacji w tym tygodniu.
- Mały, chrzanisz od rzeczy. To były kolacje biznesowe. Chciała mi po prostu zameldować jak radzą sobie oddziały ministerialne.
- Jack, te raporty mogła ci wysłać sową. W ten wieczór, gdy ją widziałem, miała na sobie swój najlepszy mundur galowy. I muszę przyznać, że świetnie w nim wyglądała.
Jack stał niczym jeleń złapany przez światła nadjeżdżającego samochodu.
- A… a… ale ja jestem charłakiem!
- Jack, powinieneś już wiedzieć, że dla nas nie robi to różnicy. Jeden z moich byłych współlokatorów ma mamę czarodziejkę i ojca mugola. Nawet Tonks ma mugolskiego ojca*. Mogłeś trafić gorzej, Jack. Hestia to piękna kobieta.
Po tych słowach Harry odszedł, zostawiając Jacka, który jeszcze długo stał na murach i myślał o pewnej auror, którą ostatnio widywał częściej niż wymagała tego ich praca.
Później tego samego wieczoru Harry wszedł pod kołdrę. Był zmęczony, ale w jego głowie wirowały setki myśli. Ginny weszła kilka chwil później. Zrzuciła pelerynę-niewidkę, położyła ją na stoliku, weszła do jego wielkiego łóżka i zaciągnęła za sobą zasłony.
Wielokrotnie w tym roku przychodziła do jego łóżka, ale najczęściej po prostu przytulali się i szli spać. Weszła pod kołdrę, spodziewając się, że Harry śpi, albo już zasypia, gdy on obrócił się do niej. Jego oczy świeciły uspokajającą zielenią, wyraźnie widoczną w ciemności.
- Nie śpisz? Myślałam, że o tej porze już będziesz spał – powiedziała cicho. Chciała powiedzieć coś więcej, ale wstrzymała oddech, gdy jego dłoń na chwilę rozbłysła magią, nim wróciła do normy. Pocałował ją delikatnie, a ją przeszedł dreszcz rozkoszy, gdy zdała sobie sprawę, że czuje jego pocałunek na zupełnie innej części ciała niż ta dotykana przez jego usta. Zadrżała i odsunęła się od niego.
- Co to było? – spytała.
Uśmiechnął się łagodnie i pogłaskał ją po policzku. Zadrżała, gdy jej sutki stwardniały od pieszczoty.
- To zaklęcie przeniesienia dotyku, które wymyśliłem. Rzuciłem je w taki sposób, że gdy dotykam twojej twarzy, ty czujesz to zupełnie gdzie indziej. Mogę cię go nauczyć, jeśli chcesz. Potrwa tylko jakieś dwadzieścia minut, ale jak mówiłem ci wcześniej, są inne rzeczy, które możemy robić, poza permanentną więzią.
Przytuliła się do niego.
- Nauczysz mnie później, kochanie. Teraz mam ochotę cię pocałować – wyszeptała.
W potężnym magicznym zamku w północnej Szkocji dwójka młodych ludzi dzieliła się miłością, mimo czarnej chmury wojny, która wisiała wokół nich.
Tu i tam…
Lot nr 72 do Nowego Jorku wystartował z Paryża. Wylądował w Londynie na Heathrow, by zabrać dodatkowych pasażerów i przygotować maszynę do lotu oceanicznego. Po godzinie ponownie wzbił się w powietrze.
Po godzinie od startu maszyna spadła do Oceanu Atlantyckiego. Nie było żadnego komunikatu informującego kontrolę lotów o problemach technicznych. Samolot po prostu zniknął z radarów.
Pociąg z Brighton na Dworzec Victoria w Londynie opuścił Salford o 8:05 jak zwykle. Maszynista spostrzegł gwałtowny spadek temperatury w okolicach Earlswood. Sprawdził ustawienia klimatyzacji, ale wszystko wydawało się być w porządku. Za Earslwood skontaktował się przez radio z obsługą, by mechanicy sprawdzili maszynę, gdy tylko dotrą na Dworzec Victoria.
Dwadzieścia minut później pociąg zderzył się z innym pociągiem na Węźle Clapham, po drodze ignorując sygnały kontroli ruchu i cztery nakazy zatrzymania się. Jechał niemal 140 km/h. W obu pociągach znajdowało się ponad ośmiuset pasażerów.
Magiczna społeczność zignorowała katastrofy w mugolskim świecie.
Grimmauld Place
Tonks nerwowo krążyła po pokoju. Remus, ubrany już w piżamę, siedział na krawędzi łóżka i obserwował ją. Odkąd został wyleczony odwiedzał różnych uzdrowicieli, ale wszyscy uważali, że likantropia spowodowała u niego bezpłodność. Oczywiście nie był impotentem, ale jak mawiał Jack Parsons, strzelał ślepakami. A poza tym on również przywiązał się do bliźniąt Stonesmith i chciał je adoptować równie mocno jak Tonks.
Dzieci i rodzina były dla wilkołaka nieosiągalnym snem. Mógł jedynie zaglądać z zewnątrz, gdy James poślubił Lilly, a potem urodził im się Harry. Spodziewał się, że Syriusz w końcu również się ustatkuje i założy rodzinę. Teraz miał szansę na normalne życie. Dzięki temu, że Harry wyleczył jego likantropię, mógł poślubić Tonks. Jeśli teraz zdoła ona podjąć właściwą decyzję, może wreszcie będą mieli rodzinę.
Tak więc siedział i patrzył, jak Tonks chodzi po pokoju. Wyciszył go zaklęciem. Tonks potrafiła być strasznie głośna, kiedy coś wyprowadziło ją z równowagi.
- To nie fair, niech to szlag! Oboje wiemy, że tym dzieciom będzie z nami lepiej! – powiedziała, patrząc na Remusa z wściekłością, jakby śmiał zaprzeczyć.
- Skarbie, zgadzam się z tobą, ale wiesz co o tym myślę. Oni potrzebują mamy na cały etat, zwłaszcza Jason. Wiesz, że nie powiedział ani słowa od kilku lat? – odpowiedział spokojnie.
Włosy Tonks nagle urosły do ramion. Szarpnęła za nie mocno.
- AAA! I znowu do tego wracamy! Czemu nie mogę mieć i dzieci i kariery? – spytała, patrząc na niego spode łba.
- Nimfko, to nie takie proste. Oboje wiemy co przyjdzie w kwietniu do Hogwartu. A jako auror będziesz w samym centrum wydarzeń. Naprawdę chcesz przygarnąć te dzieci, zostać ich mamą, a potem kazać im ryzykować, że cię stracą?
Wzdrygnęła się, ale nie powiedziała ani słowa, więc Remus kontynuował:
- Już stracili jednych rodziców. I to rodziców, którzy ich nie chcieli. Skarbie, nie mówię, że nie możesz robić kariery, ale musisz wyważyć potrzeby swoje i ich. Te dzieci potrzebują mamy i taty, a Molly z Arturem mogą im to dać. Musisz podjąć decyzję. Nie powiem ci jaka ma to być decyzja. To ty musisz zdecydować, ale wiedz, że wesprę cię w każdym wypadku – zapewnił ją cicho.
Spojrzała na niego i spytała szeptem z oczami wypełnionymi łzami:
- Remusie, nie chcesz rodziny? Chcesz w ogóle te dzieci?
Remus wstał i podszedł do niej, patrząc na nią smutno. Przytulił ją do siebie.
- Nimfko, pragnąłem rodziny przez całe życie. Chciałem kochać kobietę, być z nią, mieć dzieci i wspólnie patrzeć jak dorastają. Nic z tego nie było możliwe, póki Harry mnie nie uzdrowił. A skoro mam już część, tym bardziej pragnę reszty. Tak, bardzo chciałbym wprowadzić te dzieci do naszego domu. Tak jak Harry chcę mieć rodzinę, którą będę mógł kochać i która pokocha mnie.
Oboje stali tak przez dłuższą chwilę, wreszcie Tonks zrobiła krok w tył.
- Może będę mogła jutro porozmawiać dłużej z Molly – stwierdziła.
Remus uśmiechnął się. Jego żona nie podjęła jeszcze decyzji, ale była blisko.
Dormitorium dziewcząt, następny dzień
Hermiona siedziała na łóżku czytając swoją ulubioną „Historię Hogwartu", gdy Ginny wpadła biegiem do pokoju, wskoczyła jej na łóżko i zaciągnęła szczelnie zasłony. Hermiona spojrzała z ciekawością na młodszą kobietę.
- Mionko, nie uwierzysz co się stało – powiedziała Ginny z psotnym uśmiechem.
- Co? Mam nadzieję, że coś dobrego.
- Wczoraj wieczorem Harry nauczył mnie nowego zaklęcia, które wymyślił. Wydaje mi się, że uznasz je za… hmm… interesujące.
- Harry? Wymyśla zaklęcia? Od kiedy?
Ginny nagle straciła nieco pewności siebie.
- Sama wiesz jak się wkręcił w zaklęcia i więzi. Wymyślił ich już całkiem sporo – zarumieniła się. – Wiele tych zaklęć jest przeznaczonych dla par, jest też całkiem sporo używanych przy psotach…
Urwała, widząc minę Hermiony. Starsza czarodziejka siedziała naburmuszona. Jej mina sugerowała, że Chłopiec, Który Przeżył zaraz stanie się Chłopcem, Który Zginął Z Ręki Puszystowłosej Czarodziejki.
- NO NA MIŁOŚĆ MERLINA! Hermiono Granger, dajże sobie siana! On tego nie robi, żebyś poczuła się niepotrzebna czy głupia! – powiedziała z naciskiem Ginny.
Hermiona nagle spojrzała na nią zażenowana.
- Przepraszam, Ginny. Po prostu czasami nie mogę się pogodzić z tym, jak łatwo przychodzą mu pewne rzeczy. Przez wiele lat potrzebował mojej pomocy. A teraz pisze przełomowe prace i wymyśla nowe zaklęcia nie poświęcając nawet jednego dnia sztuce tworzenia zaklęć. Nigdy nawet nie studiował Numerologii czy Starożytnych Runów!
- Mionko, on cię zawsze będzie potrzebował. Wiesz to przecież. Popatrz co było w zeszłym roku. Wymyślił niesamowite rzeczy, ale zapomniał o najbardziej oczywistych jak zaklęcie powiększające. Przestań świrować, dobrze? Nauczył mnie nowego zaklęcia i pomyślałam, że ty też chciałabyś je poznać.
No tak, tu ją miała. Hermiona nigdy nie zrezygnowałaby z okazji na poznanie nowego zaklęcia, nieważne jak dziwacznego. Zamknęła książkę i spojrzała na młodszą kobietę.
- No dobra, co robi to zaklęcie? – spytała.
- To zaklęcie przeniesienia dotyku. Pomyśl ile można mieć z tym zabawy!
Hermiona popatrzyła na nią nierozumiejącym wzrokiem. Ginny zachichotała.
- Pomyśl o tym tak: możesz zakląć jakiś obszar czyjegoś ciała, żeby twój dotyk w tym miejscu był odczuwalny gdzieś zupełnie indziej – wyjaśniła. – Możesz dotknąć ramienia Rona, a on poczuje to na innej części ciała.
Hermiona siedziała nieruchomo, a przez jej głowę przelatywał cały wachlarz możliwości. Powoli na jej twarz wpłynął uśmiech.
- Naucz mnie go – poprosiła z psotnym uśmiechem.
Ginny odpowiedziała takim samym uśmiechem.
- To idzie tak…
Obie dziewczyny omawiały zaklęcie około dwudziestu minut. Żadna z nich nie zauważyła, że od łóżka Hermiony oddalają się chyłkiem Lavender i Parvati, uśmiechnięte od ucha do ucha.
Do południa większość ex-gryfońskich dziewcząt z szóstego roku i starszych wiedziało o tym zaklęciu. Jeszcze przed kolacją wieść okrążyła zamek lotem błyskawicy.
Nora
Molly uwielbiała kilka rzeczy poza swoją rodziną. Uwielbiała dzieci, uwielbiała pomagać innym i uwielbiała, gdy ktoś ją odwiedzał. Wiedziała, że Nora nie jest wystawną posiadłością, ale jej dom był utrzymany w czystości i porządku, a przede wszystkim pokazywał wszystkim gościom, że żyje tu kochająca się rodzina. Tak więc gdy Tonks zapytała ją przez Fiuu czy może wpaść z wizytą, Molly zgodziła się z radością.
Nie znała za dobrze młodszej kobiety. Oczywiście znała ją ze spotkań Zakonu i pomagała planować jej wesele. Tonks zawsze była taka zagubiona, gdy przychodziło do spraw, które Molly uznawała za istotne. Owszem, Tonks była znakomitą auror i idealnym dopełnieniem Remusa, ale w kuchni stanowiła tykającą bombę.
Molly uśmiechnęła się, gdy Tonks potknęła się wychodząc z Fiuu. Pewne rzeczy nigdy się nie zmienią!
- Witaj Tonks – przywitała ją. – Cieszę się, że postanowiłaś przyjść.
Tonks złapała równowagę, uśmiechnęła się do starszej kobiety i ostrożnie rozejrzała się.
- Nie martw się, jest w swoim pokoju i bawi się zabawkami, które zostały po chłopcach – zapewniła ją Molly.
Tonks wydawała się zaskoczona, że Molly tak łatwo odgadła jej myśli, ale uśmiechnęła się.
- To część tego, o czym chciałabym z tobą dzisiaj porozmawiać.
- Wiem po co tu jesteś, nawet jeśli ty sama nie do końca zdajesz sobie z tego sprawę – rzekła Molly z uśmiechem. – Ale może porozmawiamy w kuchni przy filiżance herbaty?
Gdy weszły do kuchni Tonks zajęła miejsce, a Molly nalała świeżo zaparzonej herbaty. Starsza kobieta patrzyła jak młoda auror usiłuje ubrać swoje uczucia w słowa i postanowił przejść od razu do rzeczy:
- Tonks, chcesz tych dzieci, ale boisz się, że nie będziesz potrafiła być dla nich matką. Masz pracę, która nie jest najlepsza dla mamy małych dzieci i martwisz się jak zdołasz pogodzić te obie kwestie. Mam rację?
Tonks poczuła zdumienie, że Molly od razu wskoczyła na głęboką wodę, ale chyba nie powinna czuć się zaskoczona. Weasleyowie, z tego co zdążyła zauważyć, nie przepadali za oględnym przedstawianiem trudnych tematów.
- Chcę ich, Molly. I to bardzo. Remus chciałby mieć rodzinę, ale nie możemy mieć własnych dzieci. I do tego dochodzi moja praca. Miałam nadzieję, że kiedyś poprowadzę departament aurorów, jak Amelia, ale Remus ma rację. Bycie aurorem i mamą niespecjalnie do siebie pasuje. A dodatkowo jesteśmy bardzo blisko z tobą i twoją rodziną. Nie chciałabym zniszczyć naszej przyjaźni, odbierając ci dzieci – powiedziała pospiesznie, wyrzucając z siebie wymówkę za wymówką.
Molly nakryła dłonią rękę Tonks.
- Kochana, ty i Remus jesteście rodziną i nic tego nie zmieni. Cieszymy się, że Jason tu jest i nie możemy doczekać się Bożego Narodzenia z bliźniętami. Nasze dzieci dorosły zbyt szybko i nie zdziwię się, jeśli Ginny będzie nalegała na poślubienie Harry'ego gdy tylko skończy siedemnaście lat. Chcę powiedzieć, że możecie wystąpić o ich adopcję, albo pozwolić nam się nimi zająć. Jednak w żadnym wypadku nie zmieni to naszych uczuć względem ciebie i Remusa.
Tonks zastanowiła się nad tym, co usłyszała. Wciąż wyglądała na nieprzekonaną.
- Tonks, mam propozycję. Może przychodź tu co jakiś czas, by spędzić kilka godzin ze mną i Jasonem. To da ci szansę na poznanie go, a on będzie mógł poznać ciebie. Dodatkowo będę miała towarzystwo i może nauczę cię kilku rzeczy w kuchni – powiedziała z uśmiechem.
- To dobry pomysł, Molly. Dziękuję – odparła młodsza kobieta.
Wielka Sala, Hogwart, pora kolacji
Harry siedział z Ginny przy tym samym stoliku co zwykle. Nie zwracał uwagi na otoczenie, jedząc spokojnie i przerzucając strony swojego notatnika. Tego dnia przy obiedzie dołączyła do nich Serena oraz Blaise i Susan.
Uniósł głową znad notatnika, gdy Ginny trąciła go lekko łokciem. Hermiona opowiadała coś właśnie Ronowi i pokazała na jakąś osobę przy innym stoliku. Gdy Ron spojrzała w tamtą stronę, jego dziewczyna wyjęła różdżkę i rzuciła na niego jakieś zaklęcie. Nie tylko Harry dojrzał tę sytuację. Serena także to spostrzegła, a widząc, że Harry to obserwuje, spojrzała na niego pytająco. Zdumiony młody czarodziej mógł jedynie wzruszyć ramionami.
Po chwili Hermiona złapała Rona za rękę. To był dla niej typowy gest. Rona tak pochłaniało wpychanie jedzenia do ust, że nawet tego nie zauważał, chyba że już skończył posiłek.
Tym razem zesztywniał i zarumienił się po czubki uszu. Spojrzał na Hermionę, a potem rozejrzał się szaleńczo, by sprawdzić czy ktoś im się przygląda. Harry udawał, że coś sprawdza w notatniku, ale tak naprawdę ukradkiem obserwował dokładnie parę. W międzyczasie palec Hermiony zaczął robić kółka na dłoni Rona.
Ron kilka razy wstrzymywał oddech, a nawet, choć zdawało się to niemożliwe, zrobił się jeszcze bardziej czerwony. Wyciągnął spod stołu swoją torbę z książkami i wstał, wciąż trzymając Hermionę za rękę. Wyszedł z Wielkiej Sali ze swoją dziewczyną, która miała na ustach bardzo domyślny uśmieszek.
Harry przez moment patrzył za nimi, potem uważnie rozejrzał się po Sali. Zmrużył podejrzliwie oczy, widząc że całkiem sporo par, w tym Blaise i Susan, robili coś, co sprawiało, że jeden z partnerów był zawstydzony do granic możliwości. Po kilku chwilach Blaise i Susan również wstali od stołu.
- Co tu się dzisiaj dzieje, w imię Merlina? – spytała zdumiona Serena, gdy kolejna para wyszła z Wielkiej Sali.
- Powiedziałbym, że pewna rudowłosa osóbka uczyła ludzi nowego zaklęcia – stwierdził Harry, patrząc znacząco na Ginny, która zarumieniła się i wbiła spojrzenie w stół.
- Powiedziałam o tym tylko Mionce! Słowo!
- A pamiętałaś, żeby otoczyć was zaklęciem ciszy, zanim jej powiedziałaś? – spytał z szerokim uśmiechem.
- Zapomniałam – przyznała zażenowana dziewczyna.
Harry roześmiał się i przytulił ją. Potem dostrzegł minę Sereny i uznał, ze powinien co nieco wyjaśnić.
- Pani profesor, powiedzmy, że zaklęcie, które wymyśliłem… eee… wyrwało się na wolność? – dokończył niezręcznie.
Ginny ponownie spłonęła rumieńcem, ale roześmiała się z takiego doboru słów.
- A co dokładnie robi to zaklęcie, panie Potter? – spytała Serena, próbując powstrzymać uśmiech.
Harry westchnął. Nie było opcji, żeby to ukryć. Podał jej notatnik.
- To zaklęcie i jego opis znajdują się na stronie 87. Lepiej żeby pani to sama przeczytała niż słuchała moich wyjaśnień.
Serena otworzyła notatnik, ale odkryła, że nie jest w stanie niczego przeczytać. Spojrzała na niego pytająco.
- A, przepraszam, zapomniałem o tym – Harry wymamrotał pod nosem jakąś inkantację. – Teraz jest pani jedyną osobą poza mną, która może to czytać. Kiedyś dodam do tego Ginny. Ale najpierw muszę wymyślić coś dla niej jako karę za zdradzenie sekretu. Może na tydzień zmienię kolor jej włosów na zielony – powiedział z uśmiechem.
Ginny spojrzała na niego wściekle i już miała się odgryźć, ale Harry nachylił się do niej i szepnął jej do ucha:
- Albo za karę spędzisz ze mną całe życie.
W międzyczasie Serena patrzyła, jak dziwaczne symbole zmieniają się w litery. Z ogromnym zaskoczeniem przeglądała indeks książki. Zaklęcia bojowe podzielone na ofensywne i defensywne. Zaklęcia ogólne, podzielone na osobiste, miłosne, wychowawcze, medyczne, biznesowe i przyrodnicze? Pisze książkę o zaklęciach, które wymyślił? Przecież tu jest około setki zaklęć! Severus musi to zobaczyć. Dumbledore też.
Otworzyła na stronie wskazanej przez Harry'ego i szybko przeczytała opis zaklęcia. Otworzyła szeroko oczy, gdy pojęła implikacje. Szybko zapamiętała inkantację i ruch różdżki, a potem pomyślała, że warto by zrobić kopię książki, skoro miała swoją różdżkę przy sobie. Miała właśnie rzucić Replico, gdy Harry ją powstrzymał.
- Nie polecam tego, pani profesor. Notatnik jest zabezpieczony czarem antykopiującym, Jeśli spróbuje pani skopiować tę książkę odkryje pani, że efekty będą… co najmniej nieprzyjemne – rzekł ze złośliwym uśmiechem. – Dostałem nauczkę w zeszłym roku. Wielu tych zaklęć będę potrzebował osobiście. Po kwietniu może pozwolę innym zrobić kopie, ale na pewno nie wcześniej. Nie mogę ryzykować przecieku.
Serena zmarszczyła brwi. Oto całą masa nowych zaklęć, a on nie chce się nimi podzielić! Na Merlina, on naprawdę powinien trafić do Slytherinu!
Nagle Harry zmarszczył brwi, a oczy rozbłysły mu w gniewie. Jego skóra zalśniła na moment. Z drugiej strony Sali dobiegł okrzyk bólu. Milicent Bulstrode niepewnie wstała z miejsca. Zrobiła dziesięć kroków, a potem wrzasnęła ponownie i z czerwoną twarzą wypadła z Sali.
- Harry? Ty to zrobiłeś? – spytała rozzłoszczona Ginny.
Harry oderwał spojrzenie od uciekającej Bulstrode i spojrzał na narzeczoną.
- Nie wiedziałem, że to się tak odbije. Poczułem tylko, że ktoś rzuca na mnie zaklęcie, więc skierowałem je z powrotem do źródła. No dobrze, może użyłem trochę za dużo mocy, ale nie przepadam za ludźmi, którzy rzucają na mnie zaklęcia bez pozwolenia.
Ginny zrozumiała, że Harry jedynie odpowiedział na atak. Potem spojrzała jeszcze raz i ujrzała wokół niego delikatne migotanie. Bardzo subtelne, ledwo widoczne. Spróbowała wyczuć lśniące miejsce i ku swojemu zdziwieniu odkryła, że Harry osłonił się przed kolejnym niepożądanym zaklęciem.
Serena przyglądała im się uważnie. Była równie zaskoczona jak Ginny, a jeszcze bardziej zdumiała ją pełna osłona całego ciała, którą wzniósł Harry. Oczywiście, była stosunkowo słaba i zapewne nie dałaby rady zaklęciu używanemu w walce, ale w zupełności starczała przeciwko mniejszym urokom.
Ginny siedział wkurzona. Nie na Harry'ego. To Millicent musiała zapłacić za to, co zrobiła. Ginny postanowiła skonsultować się z kilkoma koleżankami, by ustalić sposób na zemszczenie się na tej końskiej gębie.
Serena uznała, ze czas zmienić temat rozmowy.
- Harry, jak ci idą badania nad mieczem Godryka?
Ginny jęknęła i ukryła twarz w dłoniach.
- Niech pani nie wspomina…
- Za późno – powiedział Harry, ku zaskoczeniu Sereny zręcznie chwytając rękojeść miecza, który pojawił się w powietrzu przed nim. – Za każdym razem, gdy ktoś wspomina przy mnie ten miecz, on się pojawia. ZA KAŻDYM PIEPRZONYM RAZEM! Wie pani jakie to wkurzające? A w Pokoju Wspólnym bawią się przy tym znakomicie. Zgredku!
Z pyknięciem Zgredek pojawił się u boku Harry'ego.
- Co Zgredek może dziś zrobić dla wielkiego Harry'ego Pottera?
- Zgredku, czy mógłbyś odnieść…
- Poczekaj, Harry – przerwała mu Serena. – Wydaje mi się, że można wykorzystać Zgredka. Pomyśl o tym, skrzaty domowe wiedzą więcej o Hogwarcie niż sam dyrektor.
Harry spojrzał na nią ze zdumieniem, ale zrozumiał co ma na myśli.
- Zgredku, czy wiesz jak sprawić, by miecz przestał się pojawiać za każdym razem, gdy o nim pomyślę?
Zgredek zniknął z głośnym pyknięciem. Wrócił chwilę później z pochwą na miecz.
- Miecz potrzebuje swojego pojemnika, Harry Potterze. To sprawi, że przestanie się pojawiać.
Harry przejął pochwę od małego skrzata i przyjrzał się jej uważnie. W skórze wytłoczono herby całej czwórki założycieli szkoły. Włożył miecz do pochwy i oddał całość Zgredkowi.
- Odniesiesz to do mojego dormitorium?
- Co tylko wielki Harry Potter zechce! – zawołał mały skrzat i zniknął z pyknięciem.
Ginny zachichotała, a Serena uśmiechnęła się szeroko. Harry spojrzał na Ginny z wyrzutem.
- Teraz myślisz, że to śmieszne, ale pomyśl, że kiedy będę miał własny dom, on będzie chciał do nas przyjść i pracować dla Domu Potterów. I to razem z Mrużką – dodał z uśmiechem.
- Przy tych wszystkich dzieciach, które sobie wymyśliłeś, panie Potter, każda pomoc się przyda – odpowiedziała wyniośle.
- Jeszcze zobaczymy. O Merlinie, spóźnię się na spotkanie z Jackiem! Zobaczymy się później – rzucił i wybiegł z Sali.
Prywatny apartament Snape'ów
Serena Snape weszła pospiesznie do apartamentu. Miała plany na wieczór i chciała wszystko przygotować nim jej mąż wróci.
Szybko weszła do salonu, zdjęła z siebie szatę i rzuciła ją na krzesło. Po kilku minutach na kominku huczał ogień, a na stole płonęły świeczki i stała przygotowana butelka brandy. Uśmiechnęła się, słysząc, że Severus wchodzi.
- Serena? – dobiegł jego głos z korytarza.
- W salonie – odkrzyknęła.
Kiedy wszedł od razu zorientowała się, że jest w paskudnym nastroju. Nie miała pojęcia co go wywołało, ale wiedziała, że zaraz się dowie.
- Mamy radę pedagogiczną jutro wieczorem – warknął. – Dumbledore powiedział mi o tym po drodze do Wielkiej Sali.
- Wiem, Minerva powiedziała mi wcześniej – potwierdziła i pomogła mu zdjąć szatę. – Wyjęłam brandy, wiedząc, że pewnie będziesz jej potrzebował – powiedziała z uśmiechem.
Pocałował ją przelotnie w czubek głowy i przeniósł się na kanapę. W tym czasie ona udała się do barku po szklanki. W drodze powrotnej wyjęła różdżkę, wycelowała w jego plecy i skupiła się na jego pośladkach. Rzuciła zaklęcie możliwie jak najciszej i schowała różdżkę. Podeszłą do niego od tyłu i podała mu szklankę nad ramieniem.
- Dziękuję – powiedział zmęczonym głosem. Wziął butelkę brandy ze stołu, nalał sobie odrobinę do szklanki i odstawił butelkę. Potem odchylił się i westchnął. Wziął mały łyk i nieco się odprężył. – Jak twój dzień? – spytał.
- Jak zwykle – odparła, opierając się o oparcie kanapy. – Żadnych wielkich katastrof, a zamek wciąż stoi. Coś ciekawego na dzisiejszej Obronie?
Gdy zaczął mówić, Serena delikatnie pomasowała jego ramiona. Severus podskoczył.
- Co się stało? – spytała, unosząc prawą rękę.
- Co? A, nic takiego – odparł zdekoncentrowany.
- Mówiłeś coś o dzisiejszych lekcjach – przypomniała mu, gdy siedział w ciszy.
Kiedy rozpoczął zabawną historię o jednym ze swoich uczniów, Serena ponownie położyła mu rękę na ramieniu i zaczęła rozmasowywać zesztywniałe mięśnie. Ponownie podskoczył i zaczął się wiercić. Przestała masować, ale nie cofnęła ręki.
- Severusie? Coś się stało?
- Stało? Nie. Chyba nie, tak myślę…
Urwał, gdy jej ręka znów zaczęła poruszać się na jego ramieniu. Przez moment wiercił się pod jej dotykiem, wreszcie zerwał się na równe nogi, niemal wylewając brandy ze szklanki. Obrócił się i spojrzał podejrzliwie na sofę.
- Co jest? – spytała, patrząc ze zdumieniem na poduszki.
- Mógłbym przysiąc… To znaczy myślałem, że może… - warknął sfrustrowany, odstawił szklankę na stolik i usiadł z powrotem. – To nic. Po prostu jestem zmęczony.
Uśmiechnęła się szeroko.
- To się odpręż – poleciła, gładząc go lewą ręką po włosach. – Wiem, że nie lubisz rad pedagogicznych, ale normalnie nie doprowadzają cię one do takiej złości. Coś się stało na lekcjach?
- Nie, przynajmniej nic złego. Uczniowie radzą sobie nieźle. Niezależnie od tego jak bardzo lubię warzyć eliksiry, nienawidziłem nauczać tego przedmiotu.
- Wiem – zapewniła go, po czym ponownie położyła mu prawą rękę na barku i delikatnie ścisnęła. Zaczął się kręcić, zmieniając pozycję niczym dzieciak przyłapany na podjadaniu ciasteczek. Serena przygryzła wargę, starając się nie wybuchnąć śmiechem.
Zdwoiła wysiłki prawą dłonią, masując i gładząc jego ramię. Znów zaczął się wiercić i ześliznął się na sofie.
- Severusie, co robisz? – spytała. – Staram się zrobić ci relaksujący masaż, a ty ode mnie odskakujesz.
Usiadł i obrócił się, by spojrzeć na nią podejrzliwie. Widząc jej zdumione spojrzenie wzruszył ramionami i przeciągnął dłonią po włosach.
- To przedziwna sprawa…
- Co takiego?
- Nieważne. Muszę być bardziej zmęczony niż myślałem – mruknął, opierając się ponownie i mocno zapierając się stopami.
- Biedny Severus.
Pocałowała go w czubek głowy i pogłaskała uspokajająco po lewym ramieniu. Gdy przysunął się do niej, poruszyła prawą rękę. Gdy tylko dotknęła prawego barku, Severus podskoczył, chwycił jej dłoń i mocno szarpnął. Nie spodziewała się tak szybkiego ruchu i straciła równowagę, przewalając się przez oparcie sofy i lądując częściowo na jego kolanach w wyjątkowo mało dystyngowany sposób.
- Severusie! – pisnęła.
- Myślałaś, że tego nie zauważę? – warknął. – Przez cały dzień widziałem uczniów robiących dokładnie to co ja przed chwilą: wiercących się na siedzeniach i kręcących wokół stołów w Wielkiej Sali.
Uśmiechnęła się do niego.
- Oczywiście że wiedziałam, że prędzej czy później się w tym połapiesz. Szczerze mówiąc myślałam, że z twoim doświadczeniem szpiega będzie to znacznie szybciej. Podobno masz talent do czynienia obserwacji? – spytała figlarnie.
- Gdzie się tego nauczyłaś? – spytał, ignorując przytyk.
Powiedziała mu o notatniku Harry'ego i zaklęciu, którego się nauczyła. Wyjaśniła mu też, skąd inni uczniowie o nim wiedzą.
- To może wyjaśniać przyczynę rady pedagogicznej – burknął Severus.
- Bez wątpienia – zgodziła się Serena z szerokim uśmiechem.
Puścił jej rękę i pomógł jej usiąść. Jednak jego szaty zawadziły o stojącą na blacie szklankę i wylały zawartość na podłogę. Po pokoju rozszedł się intensywny zapach brandy.
- Zetrę to – zadeklarowała się Serena. Wyciągnęła różdżkę, usunęła bałagan i ponownie napełniła jego szklankę. Obróciła się do niego chwilę po tym, jak Severus ze złośliwym uśmiechem schował swoją różdżkę.
Wziął łyk brandy, a ona wtuliła się w niego. Wziął ją za rękę i przeciągnął paznokciami po jej dłoni. Serena aż podskoczyła. Kiedy powtórzył ten ruch, podskoczyła znowu i wyrwała mu rękę.
- Severusie!
- Myślałaś, że tylko ty się tego nauczyłaś? – spytał ją, ponownie łapiąc za rękę. Zaśmiał się, gdy zaczęła się wiercić. Odstawił szklankę na stół i siadł do niej przodem. – To zaklęcie zdecydowanie ma ciekawe zastosowania – mruknął unosząc zawadiacko brwi.
Rada Pedagogiczna Hogwartu
W gabinecie panował chaos. Nauczyciele byli oburzeni zachowaniem uczniów w ostatnim czasie. Trójka ludzi obserwowała kłótnię z rozbawieniem, a jedna osoba z rosnącym poczuciem zażenowania.
To była pierwsza rada pedagogiczna, w której Harry brał udział i nie miał pojęcia czego miało dotyczyć spotkanie, póki nie przybył na miejsce. Uznał, że gryfońską odwagę może sobie wsadzić i postanowił w ogóle nie zabierać głosu na ten temat.
Serena i Severus Snape przyglądali się temu powstrzymując śmiech. Co prawda nie byli zadowoleni z efektu, jaki zaklęcie wywarło na koncentracji uczniów, ale żadne nie skarżyło się zbyt mocno. W końcu dzięki niemu bawili się zeszłej nocy znakomicie, rzucając je na siebie na zmianę.
Albus Dumbledore również zdawał sobie sprawę z istnienia nowego zaklęcia. Podsłuchał poprzedniego dnia, jak jeden z chłopców z siódmego roku uczy go swoich kolegów na szczycie Wieży Astronomicznej. Wiedział również skąd wzięło się zaklęcie i znał okoliczności w jakich wyciekło do grona uczniowskiego. Wielu nauczycieli ignorowało krążące po szkole plotki, ale Dumbledore cieszył się nimi, jako że przypominały mu o latach jego młodości.
Po kolejnym cierpkim komentarzu Minervy Dumbledore pozbierał myśli i odchrząknął.
- Nie sądzę, by to nowe zachowanie powodowało wiele szkód – rzekł. – Oczywiście, utrudnia nam nieco prowadzenie lekcji, ale myślę, że efekt nowości wkrótce się skończy.
- Nowości? Jakiej nowości? – spytała Minerva. Widząc jego nieco spłoszone spojrzenie, spojrzała na niego surowo. – Co o tym wiesz, Albusie? Wiem, że coś ukrywasz.
- Być może, Minervo, ale będziesz mi musiała zaufać. Zachowanie uczniów wróci do normy w stosownym czasie.
Wicedyrektorka nie przestawała domagać się wyjaśnień. Severus nachylił się do żony i wyszeptał:
- Jeśli zeszła noc jest jakimś wyznacznikiem, to myślę, że Albus nie docenia sytuacji. Ja tam nie zamierzam się tym znudzić w najbliższym czasie.
Serena parsknęła śmiechem, ściągając na siebie gniewne spojrzenie McGonagall.
- Uważasz to za zabawne?
- Uważam za zabawną twoją reakcję – odparła spokojnie Serena. – Poza tym uczniowie nie są tacy źli.
- Nie tacy źli! – krzyknęła Minerva. – No to powiem wam, że przez to całe wiercenie się, panna Bones zmieniła moje biurko w czterometrowego pytona, bo nie była w stanie porządnie wycelować!
- Więc ukarz dziewczynę za nieuwagę – zaproponował oschle Severus. – Serena ma rację. Uczniowie nie są tacy źli.
Minerva otworzyła usta, żeby zaprotestować, ale Severus wstał ze swojego miejsca.
- Jako że nie mamy już nic do dodania, prosimy o wybaczenie, ale na tym zakończymy nasz udział w tym zebraniu. Mamy z żoną plany na wieczór – oznajmił Severus.
- Oczywiście, moi drodzy – odrzekł z uśmiechem Albus. – Bawcie się dobrze.
- Dziękujemy, dyrektorze – powiedziała Serena, dostrzegając błysk w jego oku.
Drzwi zamknęły się za nimi, ucinając pełen protestu pisk Minervy. Harry osunął się niżej na krześle, z całego serca pragnąć udać się za Snape'ami.
Pokój Wspólny, późny wieczór, ten sam dzień
Wan Chang siedziała w rogu Pokoju Wspólnego ignorowana przez większość innych osób w nim obecnych. Pracowała nad dodatkowym wypracowaniem zadanym jej przez dyrektora. Ostatnimi czasy Wan była zdecydowanie bardziej przygaszona. Wciąż miała kilkoro przyjaciół, którzy pomagali jej w miarę możliwości, ale ostatnie dwa tygodnie stanowiły dla niej naprawdę przełomowe doświadczenie.
Dumbledore zaangażował ją do pracy przy dużym projekcie naukowym. Jej zadanie było relatywnie proste: miała zbierać suche dane i porządkować je. Projekt badawczy, prowadzony w Świętym Mungu, miał na celu porównanie magicznych mocy czarodziejów czystej krwi i pozostałych. Te dane prowadziły ją ku wnioskom, do których bardzo nie chciała dochodzić.
Co prawda Wan nie była przyjaciółką mugolaków czy czarodziejów półkrwi, ale z danych pozyskanych w projekcie jasno wynikało, że jeśli coś nie zostanie zrobione, czarodzieje czystej krwi zostaną bez magii w ciągu maksymalnie dziesięciu pokoleń. Zbyt mała pula genetyczna osłabiała całą populację.
Jedno było dla niej jasne. Po tym jak zobaczyła, jak Potter załatwił Danny'ego bez różdżki, wiedziała, że nie chciałaby się znaleźć po drugiej stronie w tej walce.
Powiedziała to swoim „przyjaciołom", a oni wyśmiali jej strach. Tak więc teraz miała jedynie garstkę prawdziwych przyjaciół. Reszta uczniów ignorowała ją.
Tu i tam…
Manningtree w hrabstwie Essex, w którym w XVII wieku Mathew Hopkins zaczął swoją słynną karierę łowcy czarownic, było małym miasteczkiem. Właściwie jednym z najmniejszych w Anglii. Obecnie stanowiło miejsce wizyt miłośników historii i innych turystów i mimo swej niesławnej przeszłości zachowało dawny urok.
Pan Oxbridge wyprowadzał psa. Jako że była zima, nie dostrzegł spadku temperatury nim zrobiło się za późno. Dementorzy nadlecieli do miasteczka znad rzeki Stour, obdarzając pocałunkiem wszystkich mieszkańców.
W połowie poranka miejscowe władze zorientowały się, że mają problem. Ogłosiły kwarantannę i wysłały medyków, by zbadali dziwną epidemię. Ani jedna osoba nie umknęła dementorom.
Pokój Wspólny
Zbliżał się Bal Bożonarodzeniowy. Następnego dnia uczniowie mieli rozjechać się do domów na święta. Starsi uczniowie gorączkowo biegali po Pokoju Wspólnym i dormitoriach przygotowując się do wieczornych tańców.
Harry jeszcze raz nerwowo szarpnął swoje szaty wyjściowe. Ginny nalegała na lżejsze kolory, więc tego dnia miał na sobie zielone szaty z czarnymi wykończeniami. Niespodziewanie dla niego Gladrag naszył mu również herb rodu Potterów nad sercem.
Colin chodził po dormitoriach, by upewnić się, że ci, którzy chcą zdjęcia, są gotowi. Tak jak w poprzednim roku grupa chłopaków zrobiła zrzutkę na całe mnóstwo rolek z filmem.
Pokój Wspólny był bardzo zatłoczony. Ku zdumieniu Harry'ego wciąż kręciło się tam dużo młodszych uczniów. Z reguły w te wieczory, kiedy odbywały się bale, ci młodsi znikali w swoich pokojach.
Erika podeszła do Harry'ego, a zaraz za nią tuptał Eryk. Dziewczynka powiodła po Harrym spojrzeniem z góry na dół, jakby chciała powiedzieć „Nawet jeśli Ginny nie będzie zadowolona, to mi się podoba".
- Naprawdę będziesz tańczył z dziewczyną, profesorze Harry? – spytał Eryk. Miał jedenaście lat, więc wypowiedział słowo dziewczyna, jakby było to coś obleśnego, czego należy unikać za wszelką cenę.
- Oczywiście. Przecież tańczyłem z Eriką, prawda?
- Ale to moja siostra! To co innego! – zaprotestował Eryk.
Erika zerknęła na brata spode łba.
- A ja uważam, że profesor Harry świetnie tańczy. I nie boi się dziewczyn, jak niektórzy ludzie, co ich znam! – stwierdziła, pociągając pogardliwie nosem.
Harry uśmiechnął się szeroko, słuchając ich sporu.
Wyprostował się, widząc że z dormitorium schodzi Ginny. Jej widok zaparł mu dech w piersi. Jej szata uwypuklała każdy szczegół jej figury. Włosy spływały na ramiona rzeką fantastycznych loków. A co najważniejsze, jej spojrzenie wyrażały miłość i wyzwanie i wiedział, że jest ono przeznaczone dla niego i tylko dla niego.
Ujął jej dłoń jedną ręką, a drugą pogładził ją po policzku.
- Jesteś taka piękna, Gin. Tak idealna – powiedział półgłosem, nie mogąc się nacieszyć jej widokiem.
Ginny widziała po jego reakcji, że cała jej ciężka praca dała oczekiwane efekty. Uśmiechnęła się do niego i wspięła na palce, by pocałować go w policzek.
Poczekali, aż Colin zrobi im zdjęcie, potem życzyli bliźniętom dobrej nocy i ruszyli do Wielkiej Sali. Profesor Flitwick poprosił Harry'ego o pomoc przy świątecznych dekoracjach.
Sala została powiększona, a w jednym rogu stała wielka ubrana choinka. Pod ścianą znajdowało się małe podium dla zespołu. Fatalne Jędze miały zajęty ten termin, więc do zamku sprowadzono nowy zespół, zwany Tańczącymi Smokami. Ściany zaklęto, by wszystkim uczestnikom balu wydawało się, że dryfują wśród chmur ponad pokrytą śniegiem ziemią.
Harry i Ginny zajęli miejsca przy stole razem z Ronem, Hermioną, Nevillem i Luną. Ostatnią parą, która do nich dołączyła, byli Blaise i Susan. Jak poprzednie bale, ten też zaczął się od obiadu.
Dla nauczycieli zarezerwowano specjalny stół na końcu Wielkiej Sali. Weszli do niej wspólnie i ruszyli do swojego stołu. Wszyscy mieli na sobie najlepsze szaty. Gdy tylko usiedli, od ich stołu dobiegł jaskrawy błysk. Kiedy światło zniknęło, odkryli że zaszły drastyczne zmiany.
Dumbledore i profesor McGonagall byli odziani w kompletne stroje Świętego Mikołaja, razem w wielkimi fałszywymi brzuchami. Pozostali nauczyciele skurczyli się i byli odziani w stroje elfów, pomocników Mikołaja. Wyjątkiem był Flitwick, który urósł i był zachwycony swoim nowym wzrostem! Sala wybuchnęła śmiechem.
- Koniec psot – mruknął Harry z lekkim uśmiechem.
Ginny usłyszała to i uderzyła go w ramię.
- Miałeś z nami współpracować! – powiedziała.
- A ty pozwoliłaś mi wziąć udział, kiedy poszłaś mścić się na Millicent? – spytał z uśmiechem. -Chociaż szczerze mówiąc nie wiem czy chciałbym brać udział w ataku dwudziestu dziewczyn na jedną. A w ogóle to ile potrwa nim napis „Nie tknę więcej Harry'ego Pottera" zniknie jej z czoła?
- Jakiś tydzień albo dwa – odparła Ginny, wzruszając ramionami. – Poza tym sama się o to prosiła atakując ciebie. Dałam to wyraźnie do zrozumienia w zeszłym roku, ale najwyraźniej trzeba jej było to powtórzyć.
Oboje obrócili się do stołu nauczycielskiego, widząc że Mikołaj-Dumbledore wstaje z miejsca. W Sali zapadła cisza. W jego oczach skakały ogniki, gdy patrzył po uczniach. Założył jedną rękę za szeroki pas.
- Ho, ho, ho! Wygląda na to, że ho,ho,ho, któryś z elfów Świętego Mikołaja płata dziś figle, ho, ho, ho!
Gdy mówił, jego brzuch trząsł się jak galareta. Większość uczniów czystej krwi nie miała pojęcia, czemu mówi tak dziwacznie, ale ci półkrwi i mugolaki szybko im wyjaśnili.
Po obiedzie Tańczące Smoki zaczęły grać. Ku zaskoczeniu i zadowoleniu Harry'ego Ron natychmiast poprowadził Hermionę na parkiet. Harry z Ginny podążyli za nimi.
Gdy tańczyli, zauważył, że jeden z nauczycieli spóźnił się i nie przyszedł sam. Uśmiechnął się widząc Jacka wprowadzającego Hestię Jones do Wielkiej Sali. Wyglądało na to, że nie czuje się komfortowo w czarodziejskich szatach. W pewnym momencie tańca Harry i Ginny zbliżyli się do nich.
- Mały, ani słowa o piżamie, albo na następnym treningu przeczołgam cię we wszystkie możliwe strony – warknął Jack.
- Jack, wyglądasz świetnie, bardzo czarodziejsko – odpowiedział Harry z szerokim uśmiechem.
Mikołaj-Dumbledore przepychał się przez tłum, rozdając mijanym ludziom małe paczuszki z prezentami. Wyglądało na to, że ma zaczarowany wór, który nigdy nie stawał się pusty. Wyraźnie niezadowolony podał Harry'emu i Ginny ich prezenty.
- Ho, ho, ho! Mam nadzieję, że spodobają wam się prezenty! Ho, ho, ho! – powiedział, po czym poczłapał dalej rozdawać podarki.
- Dzięki Mikołaju! – zawołał za nim Harry.
Harry zaczął chichotać i Ginny spojrzała na niego podejrzliwie.
- Harry, coś ty wymyślił? Co jest w tych paczkach?
- Patrz na Hermionę. Kiedy otworzy prezent, domyślisz się po jej reakcji. Właściwie to chodźmy do stołu. Oni tam zaraz powinni wrócić.
Poprowadził ją do stołu, by mogli się czegoś napić. Kiedy skończyła się piosenka, wszyscy wrócili do stołów, by sprawdzić co zawierają ich prezenty. Harry oparł się wygodnie i patrzył z wielgachnym uśmiechem, jak Hermiona otwiera swój podarek. Zajrzała do pudełka i jęknęła. Potem nachyliła się i uderzyła kilka razy czołem w stół.
Ginny otworzyła swój prezent, spojrzała na Hermionę i wybuchnęła śmiechem. Mikołaj dawał wszystkim na Boże Narodzenie cytrynowe dropsy! Wszyscy jak jeden mąż odwrócili się, by spojrzeć na Hermionę i wybuchnęli śmiechem.
Hermiona wciąż uderzała głową o stół czerwona jak burak. Harry zdołał za jednym zamachem spłatać figla jej i nauczycielom.
Gdy zaczął się ostatni taniec wieczoru, Harry ponownie powiódł Ginny na parkiet. Trzymał ją blisko siebie, ciesząc się tym uczuciem bliskości.
- Wiesz, już coraz bliżej – wyszeptał jej do ucha.
Spojrzała mu w oczy zaskoczona. Jak on może teraz mówić o Voldemorcie? pomyślała ze złością.
- Już się nie mogę doczekać – wyszeptał.
- O czym ty mówisz? – spytała, rozzłoszczona jego słowami.
Zamrugał zdziwiony. Nie oczekiwał, że się zezłości!
- Mówię o dniu, kiedy będziemy mogli wziąć ślub. A myślałaś, że o czym? – spytał zmieszany.
Jej złość natychmiast stopniała i przytuliła się do niego z uśmiechem.
- Nie ważne, kochanie. I tak, ja też nie mogę się doczekać. Chyba spodoba mi się bycie panią Potter – odpowiedziała, zatracając się w jego iskrzących zielonych oczach.
Nachylił się, by ją pocałować i tak jak ostatnim razem jego magia otoczyła oboje. Nad głowami pary po niebie przemknęły spadające gwiazdy, a przez moment ponad muzyką można było usłyszeć pieśń feniksa.
Gdy muzyka się skończyła, objął jej ramiona i poprowadził ku wyjściu. Uśmiechnęła się do niego.
- Panie Potter, wie pan świetnie jak zakończyć idealny bal.
- To wszystko dzięki towarzystwu, panno Weasley. Bez ciebie byłoby to niemożliwe.
Nikt nie chciał zwrócić im uwagi, że cały czas otacza ich delikatna poświata.
Do domu na Boże Narodzenie
Podróż do domu z Hogwartu nie obfitowała w ciekawe wydarzenia. Harry, Ron i Ginny spędzili większość czasu zapewniając Eryka i Erikę, że będą mile widziani w ich domu. Gdy tylko przybyli na Kings Cross, Molly zgotowała im gorące powitanie. Potrzebowali aż dwóch taksówek, by dotrzeć z dworca do Dziurawego Kotła, skąd przez Fiuu udawali się do Nory.
Te święta mieli spędzić trochę inaczej niż zwykle. Co prawda świąteczne śniadanie mieli zjeść tradycyjnie w Norze, ale na kolację mieli iść na Grimmauld Place.*
Bliźnięta niepewnie patrzyły na kominek w Dziurawym Kotle. Nigdy wcześniej nie podróżowały przez Fiuu i czuły się nieco niepewnie. Harry zaproponował, że weźmie je ze sobą, gdy Molly, Ginny i Ron już przejdą.
Eryk i Erika podali mu ręce i cała trójka weszła do kominka. Harry skinął głową. Na ten znak Erika wrzuciła proszek Fiuu, a Harry zawołał:
- Nora!
Zniknęli w zielonym płomieniu.
Po chwili wyszli z kominka w Norze. Eryk i Erika zapiszczeli i wyrwali się Harry'emu, gdy dojrzeli Tonks i Jasona. Harry uśmiechnął się z zadowoleniem. Udało im się przejść przez Fiuu i nie wywrócić!
Gdy tylko to pomyślał, potężne pchnięcie obaliło go na ziemię. Spojrzał oburzony na Rona.
- Po co to zrobiłeś, do cholery? – spytał groźnie.
- Nie może być tak, żebyś się nie wywracał korzystając z Fiuu. To burzy naturalny porządek rzeczy! – odpowiedział rudzielec z szerokim uśmiechem, a potem podał mu rękę i pomógł wstać.
Molly wzięła bliźnięta za rękę i pokazała im ich nową sypialnię, której dobudowanie do domu zlecił Remus. Jason podążał tuż za nimi.
- Tonks, chciałbym z tobą chwilę porozmawiać – odezwał się Harry. – Daj mi chwilę, żebym się przebrał, a potem pogadamy w kuchni, dobrze?
Skinęła głową, nie odrywając oczu od bliźniąt i Jasona, którzy odchodzili korytarzem.
Harry przebrał się w wygodniejsze ubrania i zszedł do Tonks do kuchni. Bliźnięta i Jason wciąż byli w ich nowej sypialni. Molly nalała Harry'emu i Tonks po filiżance herbaty, potem nalała sobie i usiadła.
- Wiem, że wciąż próbujecie zdecydować co będzie najlepsze dla bliźniąt i Jasona – zagaił Harry. – Nie powinienem się w to mieszać. Ale za pozwoleniem was obu chciałbym wziąć cała trójkę razem z Ginny na Ulicę Pokątną na małe świąteczne zakupy. Dam całej trójce odrobinę pieniędzy, by mogły pokupować prezenty dla siebie nawzajem i każdego, komu będę chcieli je dać. Chciałbym, żeby cała trójka miała rodzinne, fajne święta. Podejrzewam, że nigdy wcześniej takich nie mieli.
Tonks i Molly spojrzały po sobie.
- No nie wiem, Harry. Bliźnięta dadzą sobie radę, ale Jason jest bardzo mały. Wolałabym, żeby poszedł z wami ktoś dorosły – odpowiedziała Molly. Harry skrzywił się na jej słowa.
- Molly – napomniała ją łagodnie Tonks – Harry jest już pełnoletni, a Ginny będzie za niecały rok.
Molly zbladła.
- Harry, strasznie cię przepraszam. Po prostu myślę o tobie jak o jednym z moich dzieci.
Przytuliła go mocno, z całego serca co Harry w głębi duszy uwielbiał.
- Molly, nie ma sprawy. Jeśli poczujesz się lepiej, to może poproszę Remusa, żeby mi jutro towarzyszył? – zaproponował z uśmiechem, by pokazać, że naprawdę rozumie jej uczucia. Wstał i ruszył do Fiuu, by porozmawiać z Remusem, ale Molly złapała go za rękę.
- Harry, ja naprawdę…
- Molly, nic się nie stało, serio. Przez większość życia nie miałem mamy, która by się o mnie martwiła. To naprawdę miłe uczucie, że wreszcie taką mam.
- Harry – wtrąciła się Tonks. – Poproszę Remusa, żeby spotkał się z wami o, powiedziemy, 10.00 rano w Dziurawym Kotle? Teraz po prostu idź do bliźniąt i Jasona i powiedz im o wycieczce.
Harry skinął głową i poszedł do dzieci.
- Nie mogę uwierzyć, że to powiedziałam! – wyznała Molly, gdy Harry wyszedł z kuchni. – Gdyby na jego miejscu był Ron, albo któryś z moich chłopców to awantura byłaby gotowa.
- Harry nie jest taki jak reszta twoich chłopców – zauważyła Tonks. – Jest mężczyzną pod wszystkimi względami, które mają znaczenie. Ale nigdy nie otrzymał takiej miłości, jaką przez całe życie obdarzałaś chłopców, więc jest skłonny ją przyjąć, podczas gdy Ron i reszta już nie – uśmiechnęła się. – Podejrzewam, że jeszcze długo po tym jak ożeni się z Ginny i będą mieli własne dzieci, Harry będzie przyjmował nieco matkowania.
Molly uśmiechnęła się z tęsknotą.
Ulica Pokątna, następny dzień
Następnego poranka Remus czekał na Harry'ego, Ginny, bliźnięta i Jasona w Dziurawym Kotle. Mężczyzna odwiedzał Jasona tak często, jak tylko pozwalał mu na to natłok zajęć, więc chłopczyk znał go całkiem dobrze, na tyle, by z ufnością ująć go za rękę, gdy tylko przybył.
Harry obrócił się do dzieci.
- Moi drodzy, plan jest taki: najpierw idziemy do Gringotta, czarodziejskiego banku, by wziąć pieniądze. Potem każde z was dostanie pięćdziesiąt galeonów na prezenty świąteczne.
Cała trójka patrzyła na Harry'ego szeroko otwartymi oczami i kiwała głowami. Ginny z trudem tłumiła śmiech na ten widok. Po tym wprowadzeniu cała grupa wyszła z Dziurawego Kotła na Ulicę Pokątną.
Harry poprowadził ich prosto do Gringotta. Gdy tylko dotarli na miejsce, spytał czy Gryfek jest dostępny. Po kilku minutach pojawił się wezwany goblin.
Harry uśmiechnął się do niego z zamkniętymi ustami. Powszechnie wiedziano, że pokazywanie zębów goblinowi to śmiertelna obraza.
- Gryfku, miło cię znowu widzieć. Mam nadzieję, że wszystko u ciebie w porządku – przywitał się uprzejmie Harry.
- Owszem, wszystko w jak najlepszym porządku, panie Potter – odrzekł goblin. – Czym mogę panu dziś służyć?
- Gryfku, chciałbym, żebyś poznał trójkę moich dobrych przyjaciół. Chciałbym otworzyć dla nich konta z przeznaczeniem na opłacenie ich edukacji. Ustanów je proszę z zawartością pięćdziesięciu tysięcy galeonów z możliwością wybrania pięciuset galeonów rocznie. Pobierz te pieniądze z jednej z moich skrytek.
Remus złapał Harry'ego za ramię i syknął:
- Co ty na miłość Merlina robisz?
- Zabezpieczam ich edukację. Dzięki temu będą miały pieniądze przez cały okres szkoły – odpowiedział Harry szeptem. – Jeśli zostaną z Weasleyami, te pieniądze pokryją dodatkowe wydatki. Jeśli wy ich adoptujecie, to i tak wszystkie koszty będą pokryte.
Remus przetrawiał to przez moment, w końcu powiedział:
- Gryfku, z mojego konta też przekaż po pięćdziesiąt tysięcy galeonów na każde konto dla tej trójki.
Goblin pokiwał głową.
- Oczywiście, panie Lupin. Jeśli da mi pan chwilę, przygotuję wszystkie dokumenty oraz klucze do nowych skrytek.
Gdy skinęli głowami na zgodę, Gryfek zniknął na zapleczu.
- Robisz się zdecydowanie zbyt cwany, Harry – warknął Remus, ale uśmiechnął się, by pokazać, że nie jest naprawdę zły. – Planowałem zrobić to samo po świętach!
Po kilku minutach pojawił się Gryfek z trzema kluczami i naręczem dokumentów. Każde z dzieci musiało je podpisać, z kontrasygnatą Remusa i Harry'ego, jako zarządców majątku do osiągnięcia przez dzieci pełnoletniości. W końcu wręczył każdemu z dzieci ich klucz.
- Czy to będzie wszystko na dziś, panie Potter? – spytał Gryfek.
- Nie, Gryfku. Czy mógłbyś przynieść nam trzy portfele z pięćdziesięcioma galeonami w każdym i obciążyć tym moje konto?
Gryfek sięgnął do jednej z szuflad i wyciągnął trzy zaklęte portfele. Uniósł nad nimi rękę i wymamrotał inkantację. Wręczył je Harry'emu ze słowami:
- Każda z nich zawiera pięćdziesiąt galeonów, panie Potter.
Harry schował portfele do kieszeni.
- Dziękuję, Gryfku. Jak zwykle twoja pomoc była nieoceniona.
- Jeszcze jedno zanim pan wyjdzie, panie Potter. Miałem wysłać panu dziś sowę, ale skoro pan jest, to przekażę panu osobiście przesyłkę od dyrektora Ragnota – powiedział, podając zapieczętowaną kopertę.
Harry uniósł brew. W odpowiedzi Gryfek uśmiechnął się bez pokazywania zębów. Harry włożył kopertę do wewnętrznej kieszeni płaszcza.
- Dziękuję Gryfku. Proszę pozdrowić dyrektora Ragnota. Mam nadzieję, że obaj będziecie cieszyć się udanym świętem Ookmar.
Gryfek zrobił wielkie oczy i ukłonił się nisko.
- Dziękuję, panie Potter.
Gdy wyszli z Gringotta, Remus zatrzymał się i spytał:
- Harry, skąd wiedziałeś o Ookmar?
- Po mojej ostatniej wizycie w Gringotcie uznałem, że warto poczytać trochę o goblińskiej kulturze – wyjaśnił, wzruszając ramionami. – Chodźmy na zakupy, potem wrócimy do Nory. Jestem ciekawy co znajduje się w liście od dyrektora Ragnota.
Zakupy zajęły im sporą część dnia. Harry wybrał kilka książek oraz miniaturowy zestaw do quidditcha w Markowym Sprzęcie do Quidditcha. Ginny w tym czasie odwracała uwagę sześciolatka. Właściwie każde z dorosłych miało swój dyżur i odwracało uwagę dzieci, podczas gdy pozostali kupowali w tym czasie dla nich prezenty.
Wczesnym popołudniem mieli już wracać do Nory, ale Harry podał Ginny pieniądze i powiedział, żeby kupili sobie drugie śniadanie w Dziurawym Kotle, bo on zapomniał o jednej rzeczy i potrzebuje przynajmniej pół godziny.
Wrócił po pięćdziesięciu minutach bardzo z siebie zadowolony. Już po chwili cała grupa wyszła z kominka w Norze.
Nora
Remus, Harry i Ginny podążyli do kuchni, a Tonks wzięła dzieci do pokoju, by pomóc im zapakować prezenty. Harry wyciągnął list od Ragnota i pogrążył się w lekturze, podczas gdy reszta niecierpliwie czekała aż skończy.
Panie H. Potter,
bez wątpienia zdaje Pan sobie sprawę, że naród gobliński posiada pewne zasoby magicznych zdolności. Nasi wróżbici dowiedzieli się o spisku wymierzonym w Hogwart, który zostanie zrealizowany na początku kwietnia przyszłego roku. Jako że był Pan istotnym czynnikiem umożliwiającym naszą udaną współpracę z Ministerstwem Magii, jesteśmy gotowi zaoferować Panu usługi Brygady Goblińskiej, która wesprze Pańską sprawę.
Może Pan nie zdawać sobie z tego sprawy, ale Brygada Goblińska składa się z dwustu pięćdziesięciu goblinów. W zamian prosimy jedynie, by zwrócił się Pan z osobistym apelem do Minister Magii o renegocjację obecnie obowiązującego układu między narodem goblińskim i Ministerstwem Magii, który pozwoliłby cieszyć się nam większą równością względem czarodziejskiego świata.
Czekam niecierpliwie na Pańską odpowiedź w tej sprawie.
Z poważaniem,
Ragnot,
Dyrektor Gringotta
Harry zbladł jak trup.
- Remus… - wyszeptał.
- Harry, co się stało? – zawołała przestraszona Ginny.
- Remusie, skontaktuj się natychmiast z Dumbledorem. Powiedz mu, że potrzebuję go tu natychmiast i niech zrobi co w jego mocy, by ściągnąć tu razem z nim Amelię – powiedział Harry bardziej stanowczo.
Remus zamrugał zdziwiony, ale popędził do Fiuu.
- Wszystko w porządku, Gin. Po prostu nie co dzień ma się w ręku list, który zmieni historię – Harry uśmiechnął się uspokajająco do swojej narzeczonej.
Po krótkim czasie Remus wrócił do kuchni z Albusem Dumbledorem i Amelią Bones. Oboje byli zdumieni i zaciekawieni tak niespodziewanie zwołanym spotkaniem.
- Harry, dobrze cię widzieć, choć jestem nieco zaskoczona. Remus wspominał, że otrzymałeś kolejną wiadomość od goblinów? – zagaiła Amelia.
Harry wręczył jej list. Remus i Dumbledore czytali jej przez ramię. Kiedy skończyli usiedli ciężko na krzesłach i wpatrywali się w pergamin w dłoniach Amelii.
Do pomieszczenia weszła Molly i ku swojemu ogromnemu zdumieniu ujrzała dyrektora Hogwartu i Minister Magii siedzących w jej kuchni. Szybko zaserwowała wszystkim herbatę. Potem usiadła przy stole, zastanawiając się skąd ta zdumiona mina na wszystkich twarzach.
Amelia przerwała ciszę jako pierwsza:
- Harry, czy kiedykolwiek rozważałeś karierę w administracji rządowej? Uważam, że wysokie stanowisko w Ministerstwie pasowałoby do twoich talentów – powiedziała z uśmiechem.
Remus potrząsnął głową w zadumie.
- Brygada Goblińska! Gdybym nie widział tego na własne oczy, nigdy bym nie uwierzył.
- Tak, to rzeczywiście kusząca oferta. Siła stojąca z Brygadą bardzo by nam się przydała – przyznał Dumbledore.
Amelia oddała list Harry'emu, który pokazał go Molly, zastanawiającej się, czego dotyczy ta rozmowa. Ginny czytała jej przez ramię, coraz bardziej zdumiona.
- Pani Minister, w związku z tym, że Ragnot oczekuje mojej odpowiedzi, chciałbym spytać czy byłaby pani skłonna renegocjować traktat? – Harry przeszedł do rzeczy.
- Harry, za Brygadę Goblińską jestem skłonna wręczyć im klucze do mojego biura! – zapewniła Amelia.
- Dobrze. Czy mam zapytać Ragnota czy zaakceptuje Remusa jako negocjatora nowego traktatu? – spytał Harry.
- Znakomicie, Harry, doprawdy znakomicie! A w czasie kiedy będziesz pisał ten list, może Molly poczęstuje nas kawałkiem tego pysznego placka, który właśnie stygnie? – spytał Dumbledore z błyskiem w oku. Molly zerwała się z miejsca i zaczęła podawać ciasto.
Harry zaczął coś gryzmolić na pergaminie, ale Ginny zabrała mu przybory do pisania.
- Harry, chcesz być nauczycielem, ale bazgrzesz niczym uzdrowiciel! Daj mi czysty pergamin. Napiszę to tak, żeby ktoś mógł to odczytać, a ty się podpiszesz – powiedziała.
Harry spojrzał na nią nieco zawstydzony. Faktycznie bazgrał jak kura pazurem. Podpisał czytelną kopię listu napisaną przez Ginny, a potem wręczył ją Remusowi, by ten dostarczył ją do Ragnota.
- Remusie, chciałbym cię prosić jeszcze o jedną rzecz, jako zarządcę mojego majątku – powiedział Harry.
- O co?
- Mógłbyś dokupić jeszcze pięćdziesiąt tysięcy akcji PRCD? – spytał Harry.
- Nie stoją zbyt dobrze, ale jeśli sobie tego życzysz, to się tym zajmę – odpowiedział Remus.
Amelia uniosła wzrok znad placka i spojrzała podejrzliwie na Harry'ego.
- PRCD?
- Powiedzmy, pani Minister, że planuję dla kogoś niespodziankę, która może się okazać mało przyjemna – odpowiedział Harry ze złośliwym błyskiem w oku.
Amelia i Dumbledore spojrzeli na siebie zaniepokojeni. W końcu Dumbledore wzruszył ramionami. Nie bardzo mieli możliwość coś z tym zrobić.
Tonks weszła do pokoju, trzymając Jasona na jednej ręce, a drugą prowadząc bliźnięta. Wydawała się zaskoczona widokiem Minister. Amelia spojrzała na młodą auror i dzieci i uniosła pytająco brew.
Tonks oddała Jasona Molly, wzięła od Harry'ego pióro i pergamin i naskrobała szybko pismo, które wręczyła Minister.
- Pani Minister, czy zechciałaby pani doręczyć to Kingsleyowi Shackleboltowi?
Amelia przeczytała pismo i aż wstrzymała oddech zaskoczona.
- Auror Tonks, rezygnuje pani ze służy? – zawołała. – Teraz? Gdy potrzebna nam każda para rąk?
Tonks usiadła obok uśmiechniętego Harry'ego. Molly oddała jej Jasona.
- Tak, pani Minister. I to obawiam się, że ze skutkiem natychmiastowym.
- Auror Tonks, domagam się wyjaśnień – powiedziała formalnie Amelia. Była wyraźnie zła. Lubiła Tonks i uważała, że kobieta ma przed sobą wielką przyszłość w Wydziale Aurorów.
- Pani Minister, te dzieci – odpowiedziała Tonks, wskazując na Erikę, Eryka i Jasona – potrzebują rodziny, matki i ojca. Ich rodzice opuścili ich po ostatnim ataku na mugolskie rodziny czarodziejów. Bliźnięta są matamorfami, tak jak ja. Jestem jedyną osobą, która może im pomóc w ćwiczeniu ich zdolności. A wreszcie mój mąż i ja pragniemy rodziny, ale nie możemy mieć własnych dzieci.
Żadne z dzieci, nie wydawało się zaskoczone tą przemową. Kiedy dorośli omawiali w kuchni gobliny i politykę, Molly i Tonks rozmawiały z dziećmi o ich przyszłości.
Minister spojrzała na Tonks, dostrzegła jej determinację i uznała, że czas na kompromis. Rozumiała argumenty młodszej kobiety. Kiedyś ona sama musiała wybierać między rodziną a karierą, ale postawiła na karierę.
- Auror Tonks, może doradzę Kingsleyowi, by zwolnił panią z aktywnej służby, ale bez utraty statusu Aurora? To by oznaczało, że może pani wrócić do służby, gdy najmłodsze z dzieci pójdzie do Hogwartu – zaproponowała.
Zawieszenie w aktywnej służbie oznaczałoby, że będę musiała odbyć kurs wyrównawczy, nim wrócę do pracy, pomyślała Tonks. Ale wciąż będę miała moją rangę. To lepsze niż rezygnacja, a poza tym nie będę musiała wracać, jeśli nie będę chciała.
- W porządku, pani Minister. Status nieaktywnej będzie w porządku. Szczerze mówiąc to więcej niż oczekiwałam – rzekła z ulgą Tonks.
- Poinformuję też Biuro ds. Adopcji, by oczekiwało pani wniosku – powiedziała z uśmiechem Amelia. – Czy mogę jako pierwsza pogratulować waszej nowej rodzinie?
Tonks z uśmiechem pokiwała głową. Przytuliła do siebie Jasona ze łzami w oczach. Remus podszedł do bliźniąt i uściskał je. Molly i Ginny miały łzy w oczach, podczas gdy Dumbledore patrzył na to wszystko i z aprobatą kiwał głową.
Tego dnia przy kolacji zdecydowano, że Eryk, Erika i Jason zostaną z Weasleyami do pierwszego dnia świąt. To da Remusowi i Tonks czas na przygotowanie dla nich pokoi. Erika co prawda martwiła się bardzo, że nie będzie już młodszą siostrą profesora Harry'ego, ale Harry zapewnił ją, że będzie jego siostrzyczką niezależnie co się stanie.
Ku zaskoczeniu wszystkich, gdy Jason nie mógł dosięgnąć swojej szklanki z sokiem, przywołał ją do siebie. Był to pierwszy przypadek użycia przez niego magii. Co prawda wciąż nie powiedział ani słowa, ale Remus postanowił dać mu trochę czasu na aklimatyzację, a potem, jeśli okaże się to konieczne, sprowadzi myślouzdrowiciela.
Fred i George wpadli na kolację i od razu polubili bliźnięta. Eryk i Erika przez całą kolację walczyli ze sobą o kontrolę nad ich połączeniem. Najpierw mieli krótkie włosy, które potem stopniowo się wydłużały ku rozbawieniu bliźniaków Weasleyów, którzy tak dobrze bawili się oglądając ten spektakl, że ledwo przełknęli cokolwiek.
Eryk, siedzący pomiędzy Fredem i Georgem, przy odrobinie pomocy ze strony Harry'ego, wypełniał kieszenie bliźniaków puree z ziemniaków, gdy tylko rudowłosi mężczyźni śmiali się z wyczynów jego i jego siostry. Zapewne psota przez jakiś czas pozostałaby niewykryta, ale Eryk uznał, że ziemniaki nie mogą obejść się bez sosu!
Fred jako pierwszy poczuł wilgoć w kieszeni. Zerwał się na równe nogi.
- Ej, kto mi coś napchał do kieszeni? – zawołał.
George początkowo wybuchnął śmiechem, ale po chwili zorientował się, że on też ma coś ciepłego i wilgotnego w kieszeni. Spojrzała z konsternacją na brata.
- Bracie mój… - zaczął George.
- Wydaje mi się… - kontynuował Fred.
- … że padliśmy ofiarą figla…
- … kolejnej generacji Huncwotów!
Eryk, póki co zaledwie huncwocki czeladnik, nie nauczył się jeszcze jak udawać niewiniątka. Natychmiast zaczął chichotać, co z kolei doprowadziło do śmiechu Erikę i Jasona.
- Zdajecie sobie sprawę, że ta trójka będzie teraz mieszkała z Huncwotem? – spytał Harry. – Za kilka lat mogą wysadzić was z figlarskiego biznesu.
- O nie, Harry – zaczął Fred. – W naszych oczach…
- … to naturalny talent… - kontynuował George.
- … który musimy wydobyć i oszlifować!
Szkoła Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie
Jack Parsons przechadzał się samotnie po murach obronnych Hogwartu. W pewnym sensie czuł niemal taką samą presję jak Harry. Pod jego przewodnictwem Brygada Feniksa i oddziały ministerialne powoli stawały się naprawdę dobrymi jednostkami bojowymi. To nie to go jednak
martwiło, a prosty fakt. Choć spędził większość dorosłego życia trenując siebie i innych do walki, po raz pierwszy trenował młodych mężczyzn i kobiety do walki, w której sam nie mógł wziąć udziału. Udział w tej walce wykraczał poza jego możliwości. Było to zupełnie obce uczucie.
A do tego Hestia. Czarodziejka, auror i atrakcyjna kobieta, zaledwie kilka lat starsza od Tonks.
Westchnął i oparł się o blanki, spoglądając na boisko do quidditcha. Oczy miał otwarte, ale tak naprawdę nic nie widział, pogrążając się w wirze własnych myśli i uczuć.
- Co pana trapi, profesorze? – spytał Dumbledore, pojawiając się za nim bezszelestnie.
Jack odwrócił się gwałtownie, instynktownie przykucając w pozycji obronnej
Dumbledore uśmiechnął się do niego lekko, rzucając spojrzenie ponad okularami-połówkami.
- Zapewniam, profesorze, że nie zamierzam pana skrzywdzić – powiedział z błyskiem w oku.
- Przepraszam, dyrektorze. Nie usłyszałem, że pan do mnie podchodzi – wyjaśnił Jack.
Dumbledore uniósł uspokajająco rękę.
- Nic się nie stało. Ale chciałbym ponowić pytanie: co pana trapi? Czuję pana niepokój.
Przez moment Jack przyglądał się starszemu mężczyźnie.
- Jest kilka rzeczy, które mnie trapią. Znam wojnę. Służyłem w Grenadzie, Panamie, Kuwejcie, Iraku i w kilku innych miejscach, o których nikt nigdy nie powinien się dowiedzieć. Chyba po prostu denerwuje mnie, że tym razem będę musiał siedzieć z boku. Mogę nauczyć waszych młodych mężczyzn i kobiety jak walczyć, ale kiedy zacznie się prawdziwa walka, ja nie będę mógł tam być i walczyć u ich boku. To nieprzyjemne uczucie. Czuję się taki… bezużyteczny.
- Nie ma nic dalszego od prawdy – zaoponował Dumbledore. – Ledwo pan zna nas czy nasze przekonania. Tak naprawdę jesteśmy zwykłymi ludźmi, polegającymi na magii w tych dziedzinach, w których mugole polegają na technologii. Każdy z tych chłopców i dziewcząt, którzy ruszą do walki, będzie niósł w sobie cząstkę pana. Będą wyposażeni w pańską wiedzę i pańskiego ducha. Właśnie dlatego bycie nauczycielem to jeden z najbardziej prestiżowych zawodów w naszym świecie. Wierzymy, że w procesie nauczania, dzielimy się sobą z naszymi uczniami i uczennicami. Uczy pan i zostawia cząstkę siebie nie tylko w nich, ale i w pracownikach Ministerstwa. A robi pan to podejmując ogromne ryzyko, w czasach, gdy wszyscy mugole i charłakowie są w śmiertelnym niebezpieczeństwie. Obserwowałem pana uważnie przez te ostatnie miesiące i muszę powiedzieć, że podoba mi się to, co widziałem. Ożywił pan naszą szkołę nowymi pomysłami i ideami i traktował pan wszystkich równo i uczciwie. Chciałbym, by rozważył pan pozostanie na dłużej w naszej szkole. Wydaje mi się, że naszym uczniom przyda się trochę treningu fizycznego, a poza tym nasza nauczycielka Mugoloznawstwa planuje przejść na emeryturę po zakończeniu tego roku szkolnego.
- Myślę, że chętnie tu zostanę – odrzekł Jack. – Niezależnie od tego jak dziwne jest to miejsce, panuje tu pewien spokój. A proszę mi wierzyć, tu JEST dziwnie. Ale coś w tym wszystkim mówi mi, że to mój dom.
- Znakomicie. Wydaje mi się, że niejaka panna Jones właśnie przybyła, by cieszyć się pana towarzystwem – zauważył dyrektor, wskazując w stronę bramy. - Proszę przekazać jej moje pozdrowienia.
Dyrektor odszedł, a Jack odwrócił się z uśmiechem i obserwował kobiecą postać zmierzającą ku niemu od bramy.
Nora, następny poranek
Harry przebywał na podwórku, pomagając Erice i Erykowi poczuć się bardziej komfortowo na miotle. Na razie oboje potrafili się jedynie unosić i bali się dużych wysokości. Ginny szukała w jego pokoju starego koca, który był potrzebny jej mamie, gdy w jednej z szafek natknęła się na stos papierów. Zaciekawiona zaczęła je przeglądać. Większość stanowiły dokumenty finansowe i jakaś oficjalna korespondencja. Jednak zatrzymała się, gdy dotarła do czegoś, co wydawało się szkicem jego testamentu.
Drżącymi rękami odłożyła wszystko na miejsce i wyszła z pokoju. Zeszła na dół i odszukała mamę w salonie. Molly uniosła wzrok, gdy do pokoju weszła jej córka.
- Ginny, skarbie, co się stało? Jesteś strasznie blada! – zawołała Molly, zrywając się na równe nogi.
- Mamo, nie tutaj, proszę. Możemy pójść na chwilę na Grimmauld? Tonks jest tutaj, a Harry zajmuje się bliźniętami, więc nic im się nie stanie – wydusiła z siebie. Imię Harry'ego ledwo przeszło jej przez gardło.
Molly objęła córkę ramieniem i podprowadziła do kominka. Obie udały się na Grimmauld Place przez Fiuu.
Ku zaskoczeniu Molly na miejscu zastały Remusa, Hermionę i jej rodziców, którzy rozmawiali w salonie. Gdy tylko wyszły z kominka Ginny straciła resztki opanowania i zaszlochała, wtulając się w matkę.
Hermiona i Remus zerwali się z miejsc, zastanawiając się co się mogło stać. Molly zapewniła ich, że w Norze wszystko w porządku. Poprowadziła Ginny na sofę, gdzie dołączyła do nich Hermiona. Remus wstał i udał się po eliksir uspokajający z zapasów Zakonu. Po krótkiej chwili wahania Ginny go wypiła. Zaczęła się nieco uspokajać, choć z oczu dalej leciały jej łzy.
- Ginny, powiedz co się stało – spytała delikatnie Molly.
- Szukałam tego koca, tak jak mnie prosiłaś. Nie mogłam go znaleźć, więc sprawdziłam w szafce Harry'ego. Nie znalazłam koca, ale znalazłam jego… jego te… testament – odpowiedziała, zaciskając mocno powieki. – I wtedy to wszystko na mnie runęło.
Hermiona również miała łzy w oczach. Złapała przyjaciółkę za rękę. Remus klęknął u stóp trójki kobiet.
- Ginny, Harry nie sporządził testamentu, bo przewiduje, że umrze. Zrobił to, bo gdy ma się tyle pieniędzy co on, należy planować na każdą ewentualność. Chciał być pewny, że ty i twoja rodzina będziecie mieli środki do życia, gdyby coś mu się stało – wyjaśnił stanowczo.
- Nie chcę jego gównianych pieniędzy! Chcę jego! – warknęła Ginny w odpowiedzi.
Remus uśmiechnął się lekko.
- Jesteś równie ognista jak Lily! Będziesz go miała, naprawdę. Gdyby Harry nie był z tobą przegrałby, i to nie tylko wojnę z Voldemortem, ale całe życie. Straciłby wszystko. My – wskazał ludzi zgromadzonych w pokoju – dajemy mu siłę niezbędną do walki. Dajemy mu to naszą miłością i naszą wiarą w niego. Ale to ty Ginny, ty dajesz mu wolę. Ty dajesz mu powód do walki.
Popatrzyła na niego zmieszana, nie rozumiejąc co do niej mówi. Westchnął i spróbował ponownie.
- Pomyśl o tym w ten sposób: gdyby ciebie nie było, jaki miałby powód do życia po śmierci Voldemorta? Jakie byłyby jego cele? Przy tobie snuje plany na przyszłość, o czym nie myślał ani razu zanim zostałaś jego dziewczyną. To coś o czy NIE POZWALAŁ sobie myśleć. Teraz pragnie dzieci, rodziny. Twoich dzieci, Ginny. To przyszłość, którą wspólnie zaplanowaliście jest powodem, dla którego on walczy. I właśnie dlatego wygra.
Ginny posłała Remusowi słaby uśmiech i otarła łzy rękawem. Używając technik poznanych na lekcja Legillimencji odepchnęła strach w głąb swojego umysłu i pogrzebała go tam.
- Lepiej się czujesz, skarbie? – spytała Molly.
- Tak, mamo. Przepraszam, że zachowałam się tak dziecinnie – odpowiedziała Ginny.
- Nonsens, moja droga. Miałaś prawo się zdenerwować. Może udasz się z powrotem do Nory i pomożesz Harry'emu z bliźniętami? Hermiono, jestem pewna, że Ronald też chętnie cię zobaczy – powiedziała Molly z uśmiechem.
Hermiona zdawała sobie sprawę, że pozbywają się jej subtelnie, by starsi mogli porozmawiać między sobą, ale nie mogła nic z tym zrobić, choć od roku była już pełnoletnia. A poza tym chciała zobaczyć się z Ronem, nawet na kilka godzin.
Wzięła Ginny za rękę i obie młode kobiety udały się do Nory.
Gdy wyszły, Molly opadła na sofę i westchnęła ciężko.
- Na Merlina, Remusie, to zaczyna doskwierać nam wszystkim. Nie ona jedna płacze przed snem. A jeśli my czujemy taką presję, to co musi przeżywać Harry?
Remus nalał każdemu alkoholu i rozdał szklanki. Dan Granger odchrząknął i spojrzał na Molly.
- Nie będę udawał, że znam Harry'ego jakoś specjalnie dobrze, na pewno nie tak dobrze jak wy dwoje, ale nawet ja wyczuwam siłę jego charakteru. Ten chłopiec… nie, nie chłopiec. Ten młody mężczyzna jest zrobiony ze stali.
Molly spojrzała na niego z wdzięcznością.
- Wiem. Odkąd wkroczył w nasze życie, zmienił je nieodwracalnie. Gdybyś spytał mnie dwa lata temu czy pozwolę mojej córce wślizgiwać się do łóżka mężczyzny odpowiedziałabym, że nie. Teraz nie mogę jej tego odmówić. Wydaje mi się nawet, że nie byłabym zła, gdyby powiedziała mi, że nosi jego dziecko.
Remus spojrzał na nią zdumiony, po czym zaśmiał się lekko.
- Wydaje mi się, że nie musisz się o to martwić – zapewnił ją. – Nawet jeśli Ginny się nie zabezpieczy, Harry na pewno o tym nie zapomni. Ale być może będziesz musiała zrewidować ich rozkład jazdy. Gdy tylko będzie po wszystkim, każda wolna czarodziejka, a zapewne i niejedna mężatka, będzie chciała zdobyć Harry'ego. Harry może je ignorować, ale Ginny nie będzie w stanie skończyć szkoły, jeśli będzie musiała walczyć z każdą czarodziejką w Wielkiej Brytanii. A z tego co wiem, to będzie z nimi walczyła.
- Co takiego wiesz? – spytała podejrzliwie Molly.
- Albus powiedział mi o incydencie z zeszłego miesiąca i drugim sprzed roku, kiedy Ginny aktywnie odpędzała zdeterminowane konkurentki. Od przyszłego roku będzie jeszcze gorzej, bo Harry nie będzie już uwiązany w Hogwarcie. Owszem, będzie tam pracował, ale weekendy i wieczory będą należały do niego, a będzie najbardziej pożądanym kawalerem w czarodziejskim świecie. A co najśmieszniejsze, ta perspektywa napawa go przerażeniem. Rozmawialiśmy już o tym. On wie co musi zrobić i zrobi to, ale nie lubi myśli o sławie, którą mu to przyniesie. Nie, to zbyt proste słowo. On tego nienawidzi. Chce być po prostu Harrym. Powiedział mi kiedyś, że gdy to wszystko się skończy, będzie bał się pokazać publicznie. To jeden z powodów, dlaczego on tak bardzo cię kocha, Molly. Nigdy nie traktowałaś go jak Chłopca, Który Przeżył. Traktowałaś go jak Harry'ego. I to samo można powiedzieć o nas wszystkich.
Nora, pierwszy dzień świąt Bożego Narodzenia, wczesny poranek
Szarpnięcie.
Harry uchylił oczy i wyjrzał spod kołdry. Było mu ciepło i bardzo wygodnie. Ginny wtulała się w jego pierś, obejmując go ramionami. Coś go obudziło, ale co? Pomacał szafkę nocną w poszukiwaniu okularów, wreszcie znalazł je i założył na nos.
Szarpnięcie.
Znowu! Ktoś go ciągnął za duży palec u nogi! Uniósł głowę i zarumienił się po czubek uszu. Jego ruch obudził Ginny. Spojrzała nad kocem i dojrzała Jasona, który ciągnął Harry'ego za paluch u nogi. Niestety dla Ginny, jej rumieniec był bardziej widoczny niż u Harry'ego.
Harry zerknął na zegarek i niemal jęknął na głos. Była dopiero siódma rano. I to by było na tyle, jeśli chodzi o pospanie sobie dziś rano.
- Co się stało, Jason? – spytał. Potem uświadomił sobie coś. Było Boże Narodzenie! Uśmiechnął się do małego chłopca. – Czy w nocy przyszedł Święty Mikołaj?
Chłopczyk energicznie pokiwał głową. Miał szeroko otwarte oczy, a na ustach wielki uśmiech.
- I chcesz, żebyśmy zeszli na dół?
Kolejne skinięcie głową.
- Dobrze, uciekaj na dół, zejdziemy za parę minut. Potem sprawdzimy, czy Mikołaj przyniósł coś specjalnie dla ciebie – powiedział mu Harry z uśmiechem.
Chłopiec odwrócił się i wybiegł z pokoju. Harry bezróżdżkowo zamknął drzwi, żeby on i Ginny mogli się ubrać.
Ginny roześmiała się.
- Dobrze sobie poradziłeś – pochwaliła narzeczonego.
- Przecież nie będę na niego krzyczał za to, że nas obudził. Poza tym uznajmy to za trening przed tym Bożym Narodzeniem, gdy to nasze własne dzieci nas obudzą – odparł z uśmiechem.
Po kilku minutach weszli do kuchni, gdzie Molly serwowała już śniadanie, a przy stole siedzieli Artur, zaspany i ponury Ron oraz trójka podnieconych małych dzieci, które chciały jak najszybciej skończyć jeść, by dobrać się do prezentów.
Harry podszedł do Molly i pocałował na dzień dobry w policzek, po czym zajął swoje miejsce. Gdy stawiała przed nim talerz, wymamrotała na tyle cicho, by tylko on mógł usłyszeć:
- Mam nadzieję, że podobała ci się taka pobudka.
- Na pewno bywają gorsze – odparł z uśmiechem.
Pod wpływem dzieci Harry szybko podchwycił ich ekscytację. Nie mogąc się powstrzymać pałaszował śniadanie najszybciej jak się da. Najbardziej rozemocjonowany był niewątpliwie Jason. Dla niego Boże Narodzenie było naprawdę wielką sprawą, zwłaszcza że po raz pierwszy miał kogoś, komu na nim zależało.
W końcu, pośród żartów i przekomarzania, cała grupka przeniosła się do salonu. Harry usiadł na podłodze, Ginny oparła się o niego i wspólnie patrzyli, jak dzieciaki rozrywają opakowania swoich prezentów. Eryk był przeszczęśliwy, gdy rozpakował zestaw szachowy od Harry'ego i Ginny. Erika zapiszczała z radości na widok lunaskopu i książki zatytułowanej „Od mugolki do czarodziejki". Najbardziej zaskoczył ich Jason. Na widok miniaturowego zestawu do quidditcha oczy zaszły mu łzami, zerwał się z miejsca i mocno przytulił się do Harry'ego.
Molly ze łzami w oczach oglądała obrazek Nory, który dostała od Harry'ego. Po raz pierwszy młody czarodziej narysował coś z użyciem kolorów. Molly przyczepiła rysunek nad kominkiem za pomocą zaklęcia przylepca.
Ginny spojrzała na Harry'ego z uśmiechem, a ten podał jej małe pudełko. Wewnątrz znalazła parę małych diamentowych kolczyków. Diamenty nie były duże, ale wydawały się promieniować własnym światłem.
- Moja mama dostała je od mojej babci – wyjaśnił Harry. – Z tego co mówił Remus, od wielu pokoleń otrzymuje je żona każdego Pottera. Rodzinna legenda głosi, że w ich wykonaniu pomagał sam Merlin. Nie wiem czy to prawda, ale pomyślałem, że ci się spodobają.
Dorośli zamilkli, a Ginny wyjęła kolczyki drżącymi rękami. Nawet jeśli legenda nie była prawdą, to i tak dotykanie czegoś, czego mógł dotykać Merlin było niesamowitym przeżyciem. Molly podeszła, by pomóc córce ubrać biżuterię. Przez dłuższą chwilę Ginny jedynie patrzyła na Harry'ego, ale za moment rzuciła mu się na szyję.
Pocałował ją w czubek głowy, nie przestając mocno przytulać. To wspaniałe święta, pomyślał. Najlepsze jakie pamiętam.
Słowniczek
Annapolis to miasto w stanie Maryland, w którym mieści się amerykańska Akademia Marynarki Wojennej, w której Jack, jako oficer marines (czyli piechoty morskiej) musiał studiować.
Robert Lee to wybitny dowódca wojsk konfederackich z czasów amerykańskiej wojny secesyjnej.
Bernard Montgomery dowodził w czasie II wojny światowej brytyjskimi oddziałami w Afryce Północnej, potem we Włoszech oraz był jednym z dowódców na froncie zachodnim po lądowaniu w Normandii.
George Patton w czasie drugiej wojny światowej dowodził amerykańskimi wojskami w Afryce i Europie. Był kontrowersyjnym i wulgarnym ale uwielbianym przez żołnierzy dowódcą.
Ojciec Tonks - autor popełnił tu ewidentny błąd, bo ojciec Tonks jest mugolakiem, ale nie mugolem.
Świąteczne posiłki – tak jak pisałem przy okazji rozdziału świątecznego w „Armii Dumbledore'a", w krajach anglosaskich obchodzi się Boże Narodzenie nieco inaczej niż u nas. Najważniejszym posiłkiem jest tam śniadanie w pierwszy dzień świąt spożywane w rodzinnym gronie (jak u nas na Wielkanoc), podczas którego otwiera się prezenty. Wigilia nie jest tak ważnym i uroczystym dniem jak w Polsce i z reguły spędza się ją w gronie przyjaciół, choć osoby religijne chodzą na pasterkę czy specjalne nocne nabożeństwo (w zależności od wyznania).
Od autorów:
Mówienie o Voldemorcie po imieniu to część nowej polityki ministerstwa względem wojny. Zapewne zauważyliście, że większość obecnych na procesie przestraszyło się tego imienia. Sądzia po prostu zignorował ich reakcję. Nowa Minister ma takie samo zdanie jak Harry i Dumbledore. Czy to nie głupota bać się zwykłego imienia? Większość czarodziejów może dalej się go bać, ale Amelia Bones nie zamierza tego tolerować w swoim Ministerstwie.
Miecz. No tak. Zmienił się. Czy to będzie jedyna zmiana? Kto wie? No tak, my wiemy. HAHAHAHA! (Wybaczcie)
Od tłumacza: Dzięki serdeczne za wszystkie recenzje. Dalej idziemy w tempie na setkę. Damy radę? :) W zeszłym miesiącu moje historie odwiedziło ponad 5 tys. Czytelników, którzy wygenerowali prawie 18 tys. odsłon. Tak więc dzięki jeszcze raz i nie krępujcie się, zarzućcie recenzją ;)
Tradycyjnie zapraszam na mojego bloga o książkach „Z pierwszej półki" zpierwszejpolki[kropka]blok[kropka]pl
W następnym rozdziale:
- po co Harry'emu akcje PRCD?
- co jeszcze knuje Voldemort?
- więcej podziemi Hogwartu
