Od tłumacza: Tradycyjne brawa dla Shaunee Altman za ekspresową korektę. Dzięki wszystkim za recenzje i widomości. Odezwało się do mnie kilku „cichych fanów", którzy czytają, ale nie komentują. Nie bójcie się, to naprawdę nie boli, a mi sprawia kupę frajdy.
Tradycyjnie zapraszam na „Z pierwszej półki" zpierwszejpolki. blox. pl (usuńcie spacje między fragmentami adresu)
Od autora: standardowe zastrzeżenie: Tak, to jest ten nudny moment, kiedy zapewniamy, że nie mamy żadnych praw do świata HP, a wszystkie one należą do J.K. Rowling.
Rozdział 10 – Ptaki i Portrety
Kolacja, pierwszy dzień świąt Bożego Narodzenia, Grimmauld Place
Po południu Tonks przybyła do Nory, by pomóc dzieciom zebrać ich rzeczy i przeprowadzić je na Grimmauld Place. Harry był właścicielem tego domu, ale odkąd Remus ożenił się z Tonks, młody czarodziej oddał im górne piętro. Pierwsze piętro, parter i piwnice były przeznaczone do użytku Zakonu, choć Remus i Tonks używali dla swoich potrzeb kuchni na parterze.
Wkrótce po tym, jak Harry wszedł w posiadanie spadku, uznali wspólnie z Remusem, że wilkołak zostanie w tym domu do końca wojny. Jako zarządca majątku Harry'ego, Remus miał się także upewnić, że Grimmauld Place stanie się nieco lepszym miejscem do życia. Udało mu się tego dokonać w minionym roku, dzięki pomocy kilku skrzatów domowych wypożyczonych z Hogwartu. To Zgredek odkrył sposób na usunięcie portretu pani Black, który tak chętnie obrażał gości. Po prostu zniknął cała ścianę razem z malowidłem, a następnie odbudował ją od zera wspólnie z innymi skrzatami.
Remus i Harry podzielili się fortuną rodziny Blacków. Harry na to nalegał. Właściwie był to warunek, pod jakim Harry zgodził się w ogóle przyjąć cokolwiek. To sprawiło, że Remus, po raz pierwszy w swoim życiu, został naprawdę bogatym człowiekiem. Nienawykły do takiej sytuacji, zapewne wciąż chodziłby w zużytych ubraniach, gdyby nie interwencja Tonks. Nawet Remus musiał przyznać, że pieniądze czasami się przydawały.
Remus i Tonks spędzili trzy ostatnie dni na szaleńczych wyprawach do Londynu w poszukiwaniu wyposażenia do pokojów dla ich nowej rodziny. Urządzili trzy sypialnie, po jednym dla każdego dziecka, dekorując je w kolorach Gryffindoru. Teraz z niecierpliwością oczekiwali ich reakcji. Remus był zdenerwowany, Tonks przerażona.
Kiedy Tonks i dzieci skończyli pakowanie, wszyscy zebrali się w salonie Nory. Weasleyowie, Harry i Grangerowie również byli zaproszeni na wieczorny posiłek na Grimmauld Place. Najpierw w drogę ruszyła Tonks z dziećmi, potem Ginny, Ron i Harry, a na końcu Molly i Artur,
Harry, jak zwykle, potknął się przy wychodzeniu z Fiuu i runął jak długi na ziemię.
- No! To już bardziej przypomina ciebie! – zawołał Ron ze śmiechem. Ginny i Hermiona, która czekała na ich przybycie, parsknęły śmiechem i pomogły Harry'emu podnieść się z podłogi.
- Harry, no naprawdę nie rozumiem, jak możesz robić tyle trudnych rzeczy, a nie potrafisz podróżować świstoklikiem czy Fiuu bez przewracania się – zawołała Hermiona.
- Bo to jest trudne i wymaga wiele treningu. Poza tym ciągle mam nadzieję, że wynajdziesz jakiś lepszy sposób transportu – odparł Harry, usiłując zachować godność. Hermiona nie podjęła tematu. Była zbyt zajęta całowaniem Rona.
Harry i Ginny odsunęli się od kominka, by przywitać się z rodzicami Hermiony.
- Dzień dobry pani Granger, panie Granger – powiedział Harry.
- Harry, wydaje mi się, że po poprzednim roku możemy sobie darować te formalności – powiedziała Emma. – Zawdzięczamy ci życie mojego męża i córki, a dodatkowo udzielasz nam schronienia w tym pięknym domu. Chyba czas najwyższy, żebyś zaczął nam mówić po imieniu, nie sądzisz?
Harry uśmiechnął się.
- W porządku. To jak wasze święta? – spytał Harry.
- Całkiem dobrze. Udało nam się spędzić trochę czasu z Hermioną i pomagamy Remusowi i jego żonie przygotować pokoje dla dzieci.
Przerwała im Molly, mówiąc do Remusa i Tonks:
- Tonks, może weźmiecie dzieci i pokażecie im ich nowe pokoje? Ja skoczę do kuchni i zobaczę co z kolacją. Zejdźcie, gdy będziecie gotowi.
Tonks spojrzała na Molly z wdzięcznością. Remus podał ręce bliźniętom i cała rodzina udała się na górę.
Cała trójka dzieci miała podobne pokoje. Główną różnicą były regały na książki i biura do odrabiania zadań domowych w pokojach dwójki starszych dzieci. W pokoju Jasona znajdowała się cała masa maskotek, którymi mógł się bawić. Bliźniaki, które już przywykły do spania oddzielnie, zakochały się w swoich nowych pokojach. Z kolei Jason nie mógł nacieszyć się nowymi zabawkami. Przytulił się mocno do Tonks, której oczy zaszły łzami.
Małżonkowie pokazali im cały dom, a potem wprowadzili całą trójkę dzieci do własnej sypialni. Posadzili je na łóżkach, a sami przysunęli sobie po krześle.
- Wiem, że rozmawialiśmy już o tym w Norze, ale chcę, byście pamiętali, że to jest teraz wasz dom – zaczął Remus z uśmiechem. – Wczoraj przyszły dokumenty, które oficjalnie to potwierdzają. Jesteśmy teraz waszymi rodzicami i będziemy się wami opiekować.
Erika złapała Eryka mocno za rękę, a potem ujęła dłoń Jasona.
- Będziecie naszymi mamą i tatą? Naprawdę? Nie odeślecie nas?
- Nie, kochanie, nie odeślemy was – zapewniła Tonks. – Możecie zatrzymać swoje nazwisko, albo możesz być Eriką Lupin, jak wolicie.
- Chyba wolałbym być Erykiem Lupin. Łatwiej przeliterować – odezwał się nieśmiało Eryk.
Remus parsknął śmiechem.
- W takim razie będziesz Erykiem Lupin!
- I możemy mówić do was mamo i tato? – spytała Erika, niemal tak nieśmiało jak jej brat.
Tonks uśmiechnęła się szeroko.
- Byłoby nam bardzo miło – zapewniła.
Po kilku minutach cała piątka Lupinów zeszła na dół, by dołączyć do swoich gości.
Ron i Hermiona, ten sam wieczór
Po posiłku Ron i Hermiona wymknęli się ukradkiem do gabinetu. Ron chciał coś z nią omówić, ale nie chciał tego robić przy ich przyjaciołach i rodzinie.
Hermiona zasiadła w dwuosobowym fotelu przed kominkiem i podwinęła pod siebie nogi. Wiedziała, że Ron czymś się martwi i patrzyła jak chodzi przed nią niespokojny, usiłując zebrać myśli.
- Ronald, uspokój się – poprosiła. – Po prostu powiedz to, co chcesz mi powiedzieć.
Na moment przestał krążyć po pokoju i zatrzymał się, by na nią spojrzeć. W jego spojrzeniu dostrzegła zarówno ból jak tęsknotę. Wiele ostatnio myślał o tej sprawie. Naprawdę go to dręczyło, wręcz spalało.
Wreszcie usiadł koło niej, starając się jej nie dotykać. Opuścił ramiona i zwiesił głowę niczym pokonany.
- Mionko… zaczynam dochodzić do wniosku, że byłoby ci lepiej beze mnie – wydusił z siebie, jego głos był jedynie o ton głośniejszy od szeptu.
Hermiona była zbyt wstrząśnięta tym wyznaniem, by odpowiedzieć.
- Po prostu się nie nadaję. Chciałem dać ci pierścionek zaręczynowy na ostatnie urodziny we wrześniu, ale nie mogłem znaleźć pracy na lato, żeby za niego zapłacić. Nie jestem tak bogaty jak Harry. Jesteś ode mnie dużo mądrzejsza. Moje oceny są ledwo przeciętne. Mogłabyś znaleźć sobie kogoś o wiele lepszego… - wyznał ze łzami w oczach.
Przez jej twarz przemknęły tysiące uczuć, ale siedziała dłuższą chwilę bez słowa. Potem uniosła się na kolanach, przysunęła do niego i ujęła jego twarz w dłonie.
- Ronaldzie – zaczęła delikatnie. – Nie obchodzi mnie ile masz pieniędzy. Harry i Ginny powiedzieli mi, że starałeś się znaleźć pracę tego lata. Trwa wojna, Ron. Ludzie nie zatrudniają, raczej starają się oszczędzać to, co mają. Jesteś dokładnie tym, czego zawsze potrzebowałam. Jestem zbyt poważna i mogłabym spędzić całe życie zakopana w książkach. Ale to ty pokazałeś mi, że w życiu jest coś więcej niż książki. Pokazałeś mi jak się bawić, jak cieszyć się życiem. To jedna z tych rzeczy, które w tobie kocham.
Po tych słowach pocałowała go delikatnie w czoło i mocno przytuliła.
- Na pierścionek przyjdzie czas – wyszeptała. – Potrzebuję twojej miłości, a nie jakiegoś pierścionka. Jak mogłeś myśleć, że nie jesteś dla mnie wystarczająco dobry, ty wielki głuptasie?
Objął ją i przycisnął mocno do siebie.
Żadne z nich nie zauważyło Remusa, który odszedł spod drzwi gabinetu ze zmarszczonymi brwiami.
Anglia, nieznana lokalizacja
- Raport! – warknął Voldemort.
- Panie, wszystko gotowe na jutro – zameldował Śmierciożerca. – Mamy trzy Szwadrony Śmierci, które wykonają błyskawiczne ataki i uciekną za pomocą świstoklików. Przy tłumie, jaki schodzi się na święta, spodziewamy się zadać znaczące straty. Dodatkowo w tym samym czasie zostaną przeprowadzone ataki w mugolskim Londynie.
- Lepiej, żeby to się udało! – zagroził Voldemort.
Mugolski Londyn
Jednym z największych problemów, jakie mieli niemagiczni ludzie, był fakt, że nie potrafili dojrzeć magicznych stworzeń, takich jak dementorzy. Z tego względu władze nie miały absolutnie żadnego pojęcia co mogło spowodować zderzenie czterech autobusów wypełnionych katatonikami.
Kiedy to samo zdarzyło się następnego dnia w metrze, władze zaniepokoiły się tak bardzo, że poprosiły o pomoc Światową Organizację Zdrowia i Amerykańską Agencję Chorób Zakaźnych. Brytyjskie Ministerstwo Zdrowia wydało oficjalne ostrzeżenie, które rozesłano do wszystkich szpitali w kraju.
BBC po raz pierwszy nadało materiał o dziwacznej chorobie, której rezultatem jest śpiączka. Do serc londyńczyków zakradł się strach w stopniu nieznanym od czasów niemieckich bombardowań w czasie drugiej wojny światowej. Jednak panika jeszcze nie wybuchła.
Ministerstwo Magii, zajęte własnymi problemami, wreszcie zorientowało się, że w mugolskiej społeczności dzieją się naprawdę niepokojące rzeczy.
Ulica Pokątna, dwa dni przed Sylwestrem
Atak był nagły i śmiercionośny. Na szczęście Śmierciożercy nie przewidzieli dwóch rzeczy. Świąteczne tłumy były w porze południowej znacznie rzadsze niż oczekiwali, a dodatkowo na patrolu przebywali aurorzy, prowadzący praktyczne szkolenie dla grupy rekrutów. Ministerialne siły zostałyby pokonane, ale po dwóch minutach walki wsparło ich przeszło dwudziestu pięciu goblińskich strażników, którzy zaatakowali z Gringotta.
Ostatecznie tylko dziesięciu Śmierciożerców zdołało ujść z pola walki, ale dokonali niemałych zniszczeń. Dwóch aurorów zginęło, a czworo rekrutów zostało rannych. Zginęło dziesięcioro cywilów, a kolejna trzydziestka odniosła rany. Niemałym zniszczeniom uległy również nieruchomości i towary w sklepach.
Nora
Harry siedział w kuchni z Ginny, Molly, Ronem i Hermioną. Przekopywał się przez korespondencję, głównie rzeczy od Remusa dotyczące jego finansów. Remus wciąż wykorzystywał specjalne zaklęcia do przesiewania jego poczty, ale czasami coś się przez nie prześliznęło. Harry dostrzegł list, którego nie rozpoznawał, otworzył i wyciągnął pergamin.
Kiedy tylko otworzył kopertę, na stół wypadła fotografia i malutki skrawek materiału.
Ginny podniosła materiał i zdjęcie i spojrzała na Harry'ego z niebezpiecznym błyskiem w oku. Ten natychmiast zaczął się tłumaczyć.
- Nie… nie patrz tak na mnie. Wiesz przecież, że czasem coś się przedostanie przez filtry.
Ron sięgnął po starannie upozowane zdjęcie, przedstawiające czarodziejkę w bardzo skąpym odzieniu, ale Hermiona uderzyła go w rękę.
- Ronald, ty też nie musisz się gapić na pocztę od fanek Harry'ego – zganiła go ostro.
Harry wrzucił w ogień pergamin razem ze zdjęciem. Po czym delikatnie przejął stringi, które Ginny kręciła na palcu i rzucił je w płomienie śladem listu.
Miał już wrócić do przeglądania poczty, ale nagle jego wisiorek drgnął ostrzegawczo. Ginny dostrzegła ruch wisiorka i spojrzała pytająco na narzeczonego. Odpowiedział jej nieco spanikowanym wzrokiem.
- Harry? Co się dzieje? – spytała.
- Chyba zaczyna się kolejny atak – odpowiedział, jego głos ledwo wznosił się ponad poziom szeptu.
Ginny wstała i mocno go przytuliła, podczas gdy pozostali przyglądali mu się z zatroskaniem. Zamknął oczy, starając się zwalczyć narastające uczucie bólu i straty. Zamiast tego skoncentrował się na swojej wewnętrznej pieśni feniksa i napływającej od Ginny fali miłości.
Na szczęście albo nauczył się tolerować te ataki, albo ten nie był tak ciężki jak poprzednie. W każdym razie skończyło się po piętnastu minutach i Harry poczuł się lepiej. Ginny miała wrócić na swoje miejsce, ale Harry pociągnął ją do siebie na kolana.
Pocałował ją w szyję i wrócił do przeglądania swojej poczty. Jako że ręce miał zajęte trzymaniem Ginny, to ona sortowała i otwierała listy. Na dnie znajdował się osobisty list od Remusa. Ginny otworzyła go i oboje przeczytali treść. Harry nie miał nic przeciwko dzieleniu się swoją korespondencją z Ginny. Robił to od początku poprzedniego lata.
Ostatni akapit zwrócił jego uwagę. Poczekał, aż Ginny również doczyta do tego miejsca. Poczuł jak wstrzymuje oddech z zaskoczenia.
- Mionko, czy mogłabyś przeczytać ostatni akapit tego listu? – spytał, przesuwając go w stronę brunetki.
Po chwili młoda czarodziejka wydała z siebie pisk, od którego zaskoczony Ron aż podskoczył. Potem złapała go i mocno pocałowała, odbierając mu zdolność logicznego formułowania myśli.
- Jak… ale co…? – wymamrotał Ron, patrząc ze zdumieniem na siostrę, dziewczynę i najlepszego kumpla, którzy szczerzyli się do niego od ucha do ucha.
- Stary – zlitował się nad nim Harry – wygląda na to, że Remus usłyszał przypadkiem waszą rozmowę pierwszego dnia świąt. Miał właśnie pogadać z pewnym kumplem i dowiedzieć się, czy da się w tej sprawie coś zrobić, kiedy nagle gość zaczął opowiadać mu o pewnym obrońcy, którego obserwują. Podobno zamierzają mu zaoferować kontrakt w drużynie rezerw z opcją gry w pierwszym składzie.
W miarę jak Harry mówił, Ron patrzył na niego z coraz szerzej otwartymi ustami.
- Tak, Ron. Remus zamierzał szepnąć o tobie ciepłe słowo generalnemu menagerowi Armat z Chudley. Ale okazało się, że nie ma takiej potrzeby. Zanim jeszcze wrócimy do szkoły, powinieneś dostać od nich list z ofertą. A za podpisanie kontraktu przewidują bonus w wysokości tysiąca galeonów – wyjaśnił Harry z szerokim uśmiechem.
Molly zbladła i opadła na krzesło obok Rona. Przez moment patrzyła na niego z niedowierzaniem, a potem uściskała z całej siły.
- Będę grał zawodowo w quidditcha? – wyszeptał do siebie. – Będę grał zawodowo w quidditcha! – wrzasnął i rzucił się Hermionie na szyję.
Gabinet dyrektora, Hogwart
Dumbledore siedział przy biurku czytając raporty członków Zakonu z ostatnich misji, gdy ktoś zapukał do drzwi.
- Proszę – zawołał.
Do biura weszła Wan Chang. Przez ostatni miesiąc jej zachowanie i nastawienie wobec innych uczniów i nauczycieli zmieniło się diametralnie. Niestety większość uczniów nie chciało dać jej szansy, by mogła to udowodnić.
Została niemal wydziedziczona przez swoją rodzinę. Gdyby Dumbledore nie interweniował na jej rzecz, jej rodzice całkowicie by się od niej odcięli. W efekcie spędzała Boże Narodzenie w Hogwarcie. Była samotną osobą, która spędzała swój czas na robieniu zadań domowych, szlabanach i spacerach po zamku.
- Proszę wejść i usiąść, panno Chang – powiedział Dumbledore. – Poczęstujesz się cytrynowym dropsem?
- Nie, dziękuję, panie dyrektorze – odpowiedziała.
- Więc co mogę dla ciebie zrobić, panno Chang? – spytał łagodnie Dumbledore. Wiedział, że ta dziewczyna popełniła straszny błąd, ale nie widział sensu w ciągłym wypominaniu jej tego.
- Panie dyrektorze, dużo myślałam o mojej sytuacji. Chciałabym, żeby pan wiedział, że nie brałam udziału w atakach na uczniów. Znam niektóre osoby, które to robiły, ale jeśli panu powiem kim są, to jeszcze więcej osób będzie chciało zrobić mi krzywdę… - urwała.
Skinął głową ze zrozumieniem, zachęcając ją, by kontynuowała.
- Nie wydaje mi się, by ataki na uczniów ustały. Uważam, że powinien pan to wiedzieć. Ostatni miesiąc był dla mnie… ciężki… ale bardzo wiele zrozumiałam. Wiem czemu zostałam ukarana i akceptuję to. Ale… - urwała i wzięła głęboki oddech. – Proszę pana, wiem co się stanie w Hogwarcie. Wie to cała szkoła. Wiem też, że profesor Potter i jego przyjaciele nigdy nie pozwolą, bym im pomogła. Ale ja chciałabym pomóc, nawet nieznacznie. Czy myśli pan, że Madam Pomfrey zgodziłaby się nauczyć mnie kilku zaklęć leczących, żebym mogła pomagać, gdy nadejdzie ten moment? – spytała niepewnie.
Dumbledore siedział przez dłuższą chwilę nieruchomo, oceniając jej szczerość. W końcu w jego oczach pojawił się błysk i odpowiedział:
- Moja droga, przyznanie, że zasługuje się na karę, wymaga ogromnej siły charakteru, a jeszcze większej chęć niesienia pomocy, mimo że tak wiele osób jest temu przeciwnych. Porozmawiam z Madam Pomfrey, a jeśli ona nie wyrazi sprzeciwu, przydzielę cię do niej jako asystentkę w niepełnym wymiarze godzin. Wciąż będziesz musiała odpracowywać swój szlaban i pracować przy projektach. Gdy Madam Pomfrey uzna, że opanowałaś najważniejsze umiejętności, będziesz spędzać więcej czasu w Skrzydle Szpitalnym, a mniej na pozostałych pracach. Cieszę się z twoich postępów, panno Chang, a słysząc twoją prośbę wierzę, że możesz stać się wartościowym członkiem naszego społeczeństwa. Poinformuję o tym twoich rodziców i porozmawiam na ten temat z profesorem Potterem. Wątpię, by wielu jego przyjaciół i towarzyszy zmieniło zdanie na twój temat, ale na ile znam upewni się, by nie zwiększali ciężaru, który spoczywa na twojej duszy.
Nora, następny poranek
Atak na Ulicę Pokątną! Chłopiec, Który Przeżył siedzi bezczynnie!
Rita Skeeter
Wczoraj rano zwolennicy Sami-Wiecie-Kogo, znanego także jako Lord Sami-Wiecie-Kto, przeprowadzili brutalny atak na Ulicę Pokątną. W czasie tej krótkiej napaści zginęło dwanaście osób, w tym dwóch aurorów, a niemal czterdzieści osób zostało rannych. Według doniesień świadków z pola walki uciekło dziesięciu Śmierciożerców.
Źródła w Ministerstwie poinformowały nas, że aurorzy są rozciągnięci do granic możliwości i nie są w stanie uporać się ze wszystkimi narastającymi problemami. Tymczasem nasza reporterka dowiedziała się, że Harry Potter odpoczywa sobie wygodnie, spędzając przerwę świąteczną z rodziną swojej obecnej dziewczyny. Jego beztroskie lekceważenie dla życia i bezpieczeństwa obywateli czarodziejskiego świata nie przestaje zdumiewać Proroka Codziennego i wzywamy Ministerstwo, by zmusiło go do działania. Naszym zdaniem jeśli obecna dziewczyna Chłopca, Który Przeżył jest dla niego za dużym obciążeniem, Ministerstwo powinno podjąć kroki, by upewnić się, że ci dwoje nie będą się spotykać.
Rzecznik Minister Magii, Amelii Bones, odrzucił naszą prośbę o rozmowę dziś rano i wyrzucił z budynku Ministerstwa naszą reporter. Brutalne traktowanie prasy jest typowym zjawiskiem pod władzą obecnego rządu i Prorok Codzienny zastanawia się, czy Korneliusz Knot nie był przypadkiem lepszym ministrem…
Harry odłożył gazetę na stół z szerokim uśmiechem. Ginny, Molly i Ron siedzieli zachmurzeni po lekturze artykułu.
- Harry, jak możesz się uśmiechać po czymś takim? – spytała Ginny zaciskając pięści.
Harry roześmiał się lekko i nachylił się, by pocałować ją w policzek.
- Kochanie, wiedzieliśmy że coś takiego musi się stać, zwłaszcza po ataku. Ale mam plan. Ron? Jak myślisz, zdołasz przekonać Mionkę, by dołączyła dzisiaj do nas na małą wycieczkę?
Molly spojrzała podejrzliwie na Harry'ego.
- Co ty masz w rękawie? Gdybym nie znała cię lepiej, powiedziałabym, że zamierzasz spłatać komuś figla niczym Fred albo George!
Harry uśmiechnął się do niej niewinnie.
- Wiesz co, Molly, może z nami pójdziesz? To nie powinno zająć więcej niż godzinę albo dwie.
Ron poszedł do kominka, by porozmawiać z Hermioną. Ginny i Molly usiłowały wyciągnąć coś z Harry'ego, ale ten wykręcał się, mówiąc że nie chce im zepsuć niespodzianki. Kiedy Hermiona przyszła do Nory, Harry powiedział jej o planowanej przez niego małej wycieczce i obiecał, że to ona będzie się najlepiej bawiła z nich wszystkich.
Przeszli do salonu. Harry ujął rękę Ginny i wszedł do kominka. Zniknęli w zielonym ogniu, gdy Harry krzyknął:
- Redakcja Proroka Codziennego!
Ron i Hermiona szybko podążyli za nimi, a Molly była tuż za młodym pokoleniem. Ku zadowoleniu Rona ujrzeli Ginny, która pomagała Harry'emu wstać z podłogi.
- Harry, co my tu robimy? – spytała Molly.
Harry mrugnął do niej i uśmiechnął się, mamrocząc:
- Patrz i baw się dobrze.
Harry poprowadził ich do biura z tabliczką „Oswald Gonzalez, Redaktor Naczelny". Minął protestującą sekretarkę i wpuścił wszystkich do środka, zamykając za sobą drzwi. Wewnątrz siedział niski, otyły mężczyzna z ogromnym wąsem i zauważalną łysiną.
- Kim wy do diabła jesteście? -ryknął Gonzalez.
- Dzień dobry. Nazywam się Harry Potter i chciałem porozmawiać z panem i panią Skeeter – odparł Harry neutralnym tonem.
Oczy Gonzaleza rozświetliły się. Popędził do drzwi i wrzasnął:
- Polly! Ściągnij mi tu natychmiast Ritę! I niech przyniesie swoje pióro!
Po czym zwrócił się do Harry'ego:
- Proszę usiąść, panie Potter. Muszę powiedzieć, że nie oczekiwałem, że kiedykolwiek pana poznam. To dla mnie zaszczyt! I to nie mały! – zarzucał ich kolejnymi słowami, podczas gdy oni rozsiadali się na krzesłach przed jego biurkiem.
Po kilku chwilach Rita Skeeter wpadła do biura i zamarła zdumiona. Potem przeszła za biurko, usiadła na krześle obok swojego szefa, wyciągnęła swoje pióro szybkonotujące i pergamin. Zanim w ogóle się odezwała, pióro zaczęło pisać.
- Panie Potter! Harry! Jak miło znowu cię widzieć! – powiedziała. Spojrzała na jego towarzyszy, krzywiąc się lekko na widok Hermiony. Potem zaatakowała: - Harry, to minęło już, ile? Dwa lata odkąd ostatnio rozmawialiśmy. Nie masz nic przeciwko, że mówię ci po imieniu, prawda? Więc co uważasz o obecnym rządzie?
Harry zignorował jej pytania.
- Panie Gonzalez, chciałbym, żeby poznał pan moją narzeczoną, Ginewrę Weasley. To jej mama i moja opiekunka, póki nie osiągnąłem pełnoletniości, Molly Weasley. Mój brat, Ronald Weasley i jego narzeczona, Hermiona Granger – przedstawił, pokazując na odpowiednie osoby. Pióro Rity nie przestawało notować. – Jak pan widzi mój związek z Ginewrą wyszedł już poza stadium randek, a jej rodzina to moja rodzina. Teraz chciałbym zapytać, czemu rozpoczęliście tą publiczną vendettę przeciwko mnie na waszych łamach?
- Vendettę, panie Potter? My tylko przedstawiamy sprawy tak, jak je widzimy – Gonzalez uniósł się niewinnością.
- Tak więc czy planuje pan dalej publikować wymyślone historie na mój temat? – spytał Harry.
- My niczego nie wymyślamy, panie Potter! Sugestia, że moglibyśmy skalać naszą dziennikarską niezależność ociera się o oszczerstwo! – zawołał Gonzalez.
- Naprawdę? – spytał delikatnie Harry. Machnięciem ręki przywołał pergamin spod pióra Rity i zaczął odczytywać zapiski mimo jej pisków protestu. – Co my tu mamy… „Harry Potter grozi Prorokowi Codziennemu śmiercią i zniszczeniem". W sumie tak by było, gdybym to powiedział, a nie tylko pomyślał. „Harry Potter twierdzi, że obecny rząd przeżarty jest korupcją i należy go odwołać". Nie wspomniałem ani słowa o obecnym rządzie. Ani żadnym innym. „Harry Potter broni swojej zhańbionej rodziny mimo doniesień o prostytucji". Widzi pan tu prawidłowość, panie Gonzalez? – spytał Harry z niebezpiecznym błyskiem w oku.
- Nie możesz zastraszać prasy, Harry Potterze! – wrzasnęła Rita.
- Masz absolutną rację, Rita. Gdybym był zwykłym obywatelem, musiałbym znosić twoje kłamstwa i nie mógłbym nic z nimi zrobić – odparł spokojnie.
Rzucił zaklęcie, które zniszczyło pióro. Rita odskoczyła z przerażonym piskiem. Potem Harry oparł się wygodnie i popatrzył na dwójkę dziennikarzy.
- Niestety dla was obojga, ja mogę coś z tym zrobić – oznajmił. Z kieszeni płaszcza wyjął kilka dokumentów i rzucił je Gonzalezowi na biurko. – Panie Gonzalez, trzy dni przed świętami nabyłem większościowe udziały w Proroku Codziennym. Jestem więc pańskim szefem. Od tej pory będzie pan drukował tylko zweryfikowane informacje, albo straci pan pracę. Panno Skeeter, pani jest zwolniona. Ma pani trzydzieści minut, by zabrać swoje rzeczy z biurka i opuścić budynek. I ostrzegam, porozmawiam sobie z dyrektorem Shackleboltem o pani niezarejestrowanej formie animagicznej – dodał lodowatym tonem.
Gonzalez trząsł się jak galareta, czytając dokumenty, które przyniósł Harry. Rita zbladła, gdy dotarło do niej znaczenie tych słów. Gonzalez podniósł oczy na Ritę. Czas na minimalizowanie strat i ratowanie własnej skóry.
- Rita, słyszałaś szefa. Wypierdalaj!
Wstrząśnięta Rita wytoczyła się chwiejnie z biura. Wszyscy przyjaciele Harry'ego gapili się na niego z niedowierzaniem. Wszyscy poza Hermioną. Ta była przeszczęśliwa i wyglądała, jakby zaraz miała zerwać się z miejsca i zacząć krzyczeć z radości.
- Czy jeszcze coś możemy dla pana zrobić, panie Potter? – spytał Gonzalez zupełnie innym tonem.
- Owszem, panie Gonzalez. Oczekuję, że jutrzejsza pierwsza strona zawierać będzie nie tylko przeprosiny dla mojej rodziny, a także że wycofacie się ze swoich komentarzy dotyczących Ministerstwa, które moim zdaniem robi kawał świetnej roboty. Chcę, by Prorok Codzienny stał się synonimem prawdomówności w mediach. Chcę, by ludzie szanowali gazetę za jej rzetelność. Poradzi sobie pan z tym? Czy mam wylać dzisiaj dwie osoby? – spytał.
- Tak jest! Poradzimy sobie, panie Potter! – wyjąkał zaskoczony Gonzalez.
- Chciałbym też, żeby gazeta rozpoczęła serię artykułów, w których poinformuje opinię publiczną jak reagować w przypadku ataku Śmierciożerców – dodał Harry po chwili namysłu. – Proponuję, żebyście wysłali kogoś, by porozmawiał na ten temat z profesorem Severusem Snapem z Hogwartu albo dyrektorem Kingsleyem Shackleboltem. Na razie to chyba na tyle. Nie będziemy zajmować panu więcej czasu. Na pewno ma pan mnóstwo roboty. W końcu musi pan wydać jutrzejszą gazetę – rzekł Harry z uśmiechem, wstając i podając Gonzalezowi rękę.
Harry poprowadził całą grupę do windy, słysząc jak za jego plecami Gonzalez wrzeszczy:
- POLLY! ZA DZIESIĘĆ MINUT SPOTKANIE CAŁEJ FIRMY! ZATRZYMAĆ WYDANIE!
Harry wciąż chichotał, gdy wraz z Ginny wracali do Nory.
Gdy wrócili, wszystkich zdumiało zachowanie Hermiony. Spokojna, kulturalna i opanowana kujonka wrzasnęła z radości na całe gardło i rzuciła się Harry'emu na szyję.
- Nie mogę w to uwierzyć! Wreszcie ta kurwa ma za swoje! – krzyknęła Hermiona, podskakując w ekscytacji.
- Hermiono, jak ty się wyrażasz? – zawołał zdumiony Ron.
Nagle oboje zamarli i spojrzeli na siebie wstrząśnięci. Harry aż zgiął się w pół ze śmiechu, rozbawiony tą nagłą zamianą ról. Opadł na kanapę zanosząc się śmiechem. Molly i Ginny usiadły obok niego, również pękając ze śmiechu.
W końcu Harry zdołał się nieco opanować.
- Chyba dni, kiedy w prasie obrzucali mnie błotem, dobiegły końca. Powinienem kupić tę gazetę wiele lat temu. Hermiono, myślałaś kiedyś o karierze w mediach? – spytał z uśmiechem.
- Niespecjalnie. Zawsze myślałam o sobie jako o materiale na nauczycielkę albo naukowca w Ministerstwie. A czemu?
- I to by było na tyle jeśli chodzi o pomysł sprezentowania wam Proroka na ślub – stwierdził Harry z uśmiechem. – Będę musiał go oddać komuś innemu. Może Luna i Neville go zechcą?
Zamyślony wstał i wyszedł z pokoju, nie zwracając uwagi, że pozostali patrzą na niego z szeroko otwartymi ustami.
Biuro Minister Magii, następny dzień
Amelia Bones siedział przy biurku, czytając bardzo niepokojące raporty z Biura Spraw Mugolskich. Jeśli taka sytuacja się utrzyma, nie będzie miała innego wyjścia jak skontaktować się z mugolskim premierem i poinformować go o wojnie trwającej w jego kraju.
Drzwi się uchyliły i zajrzała przez nie sekretarka.
- Pani Minister, dyrektor Shacklebolt pyta, czy może mu pani poświęcić kilka minut.
- Wpuść go, proszę.
Kingsley wszedł i zajął krzesło. Pod pachą miał złożoną gazetę.
- Pani Minister właśnie skończyłem najdziwniejszy wywiad, jaki kiedykolwiek przeprowadzał ze mną ktoś z Proroka Codziennego. Czytałaś dzisiejszą gazetę?
- Nie. Moja sekretarka robi dla mnie prasówkę, a akurat ten tytuł rzadko ma do powiedzenia coś wartościowego – odparła niecierpliwie. Myślała, że chodzi mu o coś ważnego, a nie o ten szmatławiec!
Kingsley rzucił jej gazetę na biurko i zasugerował, że dziś może zechcieć zrobić wyjątek od reguły. Szybko przejrzała nagłówki:
Nowy właściciel Proroka Codziennego!
Rita Skeeter aresztowana przez aurorów!
Prorok prostuje i przeprasza!
Już wkrótce, seria artykułów o samoobronie!
Amelia z szerokim uśmiechem na ustach odchyliła się na krześle. Największy dziennik w Wielkiej Brytanii właśnie dołączył do wojny po ich stronie.
- Pomyślałem, że ucieszysz się z tego – stwierdził Kingsley, również z uśmiechem. – Najwyraźniej to ten nowy właściciel dyktuje nową linię programową redakcji.
Nagle przypomniała sobie prośbę o zakup pięćdziesięciu tysięcy akcji PRCD, którą usłyszała kilka dni wcześniej.
- Zapewniam cię, Prorok jest teraz w dobrych rękach.
Kingsley skinął głową.
- Tyle z mojej strony. Mogę odejść?
Amelia skinęła nieuważnie głową, zaczytana w gazecie. Gdy zamykał drzwi, wydawało mu się, że usłyszał wybuch śmiechu Minister.
Powrót do Hogwartu
W dniu powrotu do Hogwartu Harry wstał wcześnie rano. Spakował się poprzedniego wieczoru, więc uniknął tradycyjnego porannego szaleństwa. Zamiast tego przeszedł się po całym terenie, zatrzymując się od czasu do czasu.
Molly przyglądała mu się z kuchennego okna. Wydawało jej się, jakby Harry żegnał się z miejscem, które pokochał, ale którego nie spodziewał się już nigdy w życiu zobaczyć. Z wysiłkiem powściągnęła swoje emocje.
Nagle poczuła dłoń na ramieniu. Spojrzała na Artura, którego oczy również zaszły mgłą, gdy śledził kroki Harry'ego z okna. Położyła dłoń na jego dłoni i lekko ścisnęła.
- Wszystko będzie dobrze, Molly – zapewnił delikatnie Artur. – To dobry, silny mężczyzna. Chciałbym, żeby trafił do nas wcześniej, ale i tak zawsze będzie naszym synem.
Molly bez słowa potaknęła, czerpiąc pociechę z jego słów.
W końcu Harry wrócił do domu, a na jego ustach igrał lekki uśmiech. Molly wróciła do szykowania śniadania, podczas gdy Ron i Ginny w stanie totalnej paniki biegali na górze.
Postanowili udać się na Grimmauld, zabrać bliźniaki Lupin i Hermionę, a stamtąd wziąć mugolskie taksówki na Kings Cross.
Gdy Weasleyowie zaczęli przechodzić przez Fiuu, okazało się, że Lupinowie i Grangerowie już na nich czekają. Tonks miała zostać z Jasonem, a wszyscy inni pójść na peron 9 i ¾. Zanim zdążyli wyjść z domu, Jason podbiegł do nich i przytulił Eryka i Erikę.
- Pa, pa – wyszeptał cicho, szokując wszystkich obecnych.
Erika przytuliła go ze łzami w oczach.
- Wiedziałam, że w końcu coś powiesz! – zawołała.
Tonks klęknęła przy małym chłopcu, jej oczy lśniły od łez.
- Jason? Powiesz mi coś? – spytała.
Mały chłopczyk zarzucił jej ręce na szyję.
- Kocham cię, mamo – powiedział. Tonks rozpłakała się i mocno go przytuliła.
Remus, Artur, Dan i Harry ze spokojem wyciągnęli chusteczki i wręczyli je swoim kobietom. Ron szukał w panice czegoś, co mógłby podać Hermionie. Te wreszcie rozwiązała jego problem, przytulając się do niego i ocierając łzy o jego koszulę.
Ginny pociągnęła nosem po raz ostatni, spojrzała na brata, a potem na przyjaciółkę.
- Wiesz, musisz go jeszcze dużo nauczyć – stwierdziła.
Hermiona spojrzała na Ginny, nie puszczając Rona i skinęła głową.
- Pracują nad tym. Po prostu niektóre projekty są bardziej czasochłonne – odpowiedziała.
Wreszcie pożegnali się i grupa szkolna ruszyła na dworzec.
Wielka Sala, Hogwart, następny poranek
Tego ranka Harry czuł się niepewnie. Poprzedniej nocy Ginny nie przyszła do jego łóżka i miał problemy z zaśnięciem. Dręczyły go dawne koszmary na zmianę z nowymi snami o mieczu. Z tego względu wstał wcześniej niż zwykle i skończył swój poranny bieg nim większość zamku zdołała pomyśleć o pobudce.
Siedział w Wielkiej Sali niemal sam, przy stołach siedziało tylko kilka innych osób. Wyciągnął swój szkicownik i zaczął rysować. Jego oczy zaszkliły się i zapadł w stan między jawą a snem.
- HARRY!
Nagle Harry otrząsnął się i rozejrzał wokół siebie wstrząśnięty. Wielka Sala była wypełniona ludźmi! Ginny i Hermiona patrzyły na niego z troską. Tego dnia Dumbledore siedział przy ich stole i spoglądał na nich znad okularów.
- Wszystko porządku? – spytała Ginny, odgarniając mu włosy z oczu. – Wyglądasz, jakbyś w ogóle nie spał. Nie mów mi tylko, że znowu zacząłeś trenować po nocach.
Potrząsnął głową, starając się pozbyć wszechobecnej mgły.
- Nie, nic takiego. Po prostu źle spałem w nocy. Koło czwartej poddałem się i wstałem. Chyba byłem bardziej zmęczony niż mi się wydawało. Przyszedłem tu, zacząłem coś rysować i musiałem zasnąć.
Ginny zmarszczyła brwi.
- Harry, kiedy tu przyszliśmy wciąż rysowałeś. Nie zasnąłeś.
- To nie do końca prawda, panno Weasley – wtrącił się Dumbledore. – Ale może znajdziemy odpowiedź po zbadaniu tych rysunków?
Zaskoczony Harry spojrzał na kartki. Zaczął je przerzucać, szukając ostatniego obrazka, który narysował świadomie. Zapełnił osiem stron rysunkami miecza! Bez słowa wręczył szkicownik Dumbledore'owi, który zaczął przeglądać wskazane strony.
Dumbledore uniósł brew, widząc jak miecz na kolejnych obrazkach ulega stopniowej przemianie. Pierwsza strona ukazywała sztaby żelaza przekuwane w miecz. Następnie kilka rysunków miecza na kowadle, w który uderzał młot, potem kolejna seria, na której ostrzono krawędzie i polerowano ostrze. W połowie serii klinga była ukończona.
Serię kontynuowały sceny rzeźbienia herbu Gryffindora na rękojeści, razem z dziwnymi żłobieniami. Na jednej ze stron wizerunek miecza obejmował coś dziwnego przyczepionego do rękojeści, wreszcie broń przyjęła obecną postać.
- Harry, gdybym nie widział jak to rysujesz, powiedziałbym, że tworzyłeś te obrazki na bieżąco, w miarę powstawania miecza – rzekł Dumbledore, oddając mu szkicownik otwarty na stronie, która zawierała miecz z dziwnym obiektem przyczepionym do rękojeści.
Harry wpatrywał się z konsternacją w rysunek, wreszcie oddał go Dumbledore'owi.
- Proszę spojrzeć. Wygląda na to, że coś zwisa z końca rękojeści. Zupełnie, jakby zostało dodane później – zauważył Harry.
- Owszem, też mi się tak wydaje – przyznał Dumbledore. – To by wyjaśniało to dziwne żłobienia na rękojeści. Po prostu tam powinno być coś więcej.
Harry zastanowił się przez moment, po czym spojrzał starszemu mężczyźnie w oczy. Zarówno w niebieskich, jak i w szmaragdowych oczach rozbłysły iskierki. Obaj mężczyźni uśmiechnęli się szeroko.
- Czy myśli pan o tym samy?
- Z pewnością, Harry. Kiedyś przyczepiono coś do rękojeści w jakimś ściśle określonym celu. Coś, co zostało potem usunięte.
- Pytanie brzmi: jak odkryć co to było?
Harry zamyślił się, podczas gdy Dumbledore kartkował szkicownik, przeglądając inne narysowane przez Harry'ego obrazki.
Ginny ujęła Harry'ego pod brodą.
- Chyba nie powinieneś dzisiaj tego robić – powiedziała z troską. – Wyglądasz na wyczerpanego. Masz przekrwione oczy i wielkie worki pod nimi. Chyba powinieneś zrobić sobie dzisiaj lżejszy dzień i pójść wcześnie spać.
Ginny pogładziła włosy na jego szyi, a on zadrżał. Niech ją, pomyślał. Ona to robi specjalnie! Świetnie wie, jak mnie to odpręża.
Dumbledore obserwował przez moment młodą parę z rozbawieniem, ale potem wrócił do kartkowania rysunków. Zatrzymał się na widok jednego z nich.
- Harry, co to za miejsce? – spytał z lekkim uśmiechem.
Harry otworzył oczy i skupił się na szkicowniku. Ginny niemal go uśpiła! Zajęło mu chwilę, nim doszedł do siebie na tyle, by zrozumieć o czym mówi Dumbledore.
- A, to. Miałem to panu pokazać przed świętami – odpowiedział, próbując nie ziewnąć. Wyjaśnił jak poszukiwania informacji o mieczu doprowadziły go do portretów, a one z kolei sprawiły, że zaczął przeszukiwać nieużywane pomieszczenia pod lochami, gdzie odkrył korytarz z dziwacznie zabezpieczonymi drzwiami.
Dumbledore zastanawiał się przez moment nad jego słowami.
- Wiesz, kiedy zostałem mianowany dyrektorem Hogwartu, mój mentor powiedział mi o „zaginionych" częściach szkoły. Mogłeś natknąć się na jedną z nich. Zdumiewające! Pomyśl tylko co można tam znaleźć!
Hermiona wyglądała na tak podekscytowaną, że Harry nie mógł sobie darować:
- Eee… Mionko, nie chcesz tam przecież schodzić. Pamiętasz o nietoperzach? – spytał z uśmiechem.
Hermiona uniosła dłoń do swoich puszystych włosów i wpatrywała się w niego spode łba, póki Ginny nie zachichotała.
- Coś wymyślę – powiedziała kwaśno brunetka. – Może wszyscy powinniśmy obejrzeć ten twój zaginiony korytarz?
- Niezły pomysł, Mionko. Ale proponowałbym, żebyście ubrały spodnie zamiast szkolnych spódniczek. Na dole jest trochę syfu i drabina mająca jakieś siedem metrów, po której trzeba zejść.
Dumbledore oddał szkicownik Harry'emu.
- Chętnie posłucham co tam znajdziecie. Jednak obawiam się, że jestem już zbyt stary by chodzić po drabinach. Proponuję, żebyście zaczekali do weekendu, gdy będziecie bardziej wypoczęci.
Harry wziął szkicownik i skinął głową.
- Jeszcze jedno, profesorze Potter – rzekł profesor Dumbledore, wstając z miejsca. – Ufam, że będziesz ostrożniejszy z nowymi czarami, które wynajdujesz?
Harry spojrzał spode łba na Ginny i Hermionę.
- Tak, panie dyrektorze. Upewnię się, że nie będzie więcej przecieków.
Dumbledore uśmiechnął się i odszedł.
Harry spojrzał na Rona.
- Gracie jakoś w tym miesiącu, nie?
Ron skinął głową. Zerknął na Hermionę, przełknął to, co miał w ustach i dopiero wtedy odpowiedział:
- Tak, w ostatni weekend. A czemu?
Hermiona spojrzała w swój talerz i usiłowała ukryć uśmiech. Tak jak przewidywali, list do Rona przyszedł, nim jeszcze opuścili dom. Teraz on i Hermiona szukali pierścionka w granicach dokładnie zdefiniowanego przez nią budżetu. Nie chciała, żeby Ron wydawał na niego wszystkie pieniądze z bonusu za podpisanie kontraktu.
- Pomyślałem, że może w ten weekend spróbujemy zaatakować ten korytarz i zobaczymy co znajdziemy, Może Hermiona zdoła dojść do tego, co blokuje te drzwi. We czwórkę powinniśmy łatwo utrzymać te nietoperze pod kontrolą – wyjaśnił Harry.
- W porządku, stary. Idę z tobą – zapewnił Ron.
Harry zerknął na dwie dziewczyny, które spojrzały po sobie i potwierdziły swój udział skinieniami głowy. Spojrzał na zegarek i westchnął.
- Uciekam. Jack i ja mamy się spotkać z Moodym i kilkoma jego uczniami dziś rano.
Harry pocałował policzek Ginny i wyszedł z Wielkiej Sali. Ginny patrzyła za nim marszcząc brwi.
- Ginny… - zaczęła Hermiona.
- Tak, wiem, Mionko – przerwała jej Ginny. – Musimy go zmusić, żeby zwolnił i więcej odpoczywał. Choć Merlin jeden wie jak mamy to zrobić. Dolałabym mu eliksir usypiający, ale wyczuje go na kilometr.
Hermiona wyciągnęła rękę i uścisnęła uspokajająco dłoń przyjaciółki.
- Coś wykombinujemy – zapewniła.
Sobota, zaginiony korytarz
We czwórkę udało im się łatwo opanować nietoperze. Jednak by czuć się bezpieczniej, Hermiona wyczarowała kapelusze dla siebie i Ginny.
Teraz całą czwórka stała u stóp drabiny, przyglądając się korytarzowi. Na dole nie znaleźli ani jednej pochodni, więc musieli polegać na świetle generowanym przez magię. Hermiona sprawdzała drzwi, które Harry próbował otworzyć wcześniej. Mamrocząc pod nosem rzuciła na nie kilka zaklęć detekcyjnych.
Harry obserwował ją przez moment, ale jego uwagę przyciągnęło rytmiczne pulsowanie, które w większym stopniu czuł niż słyszał. Jednak po chwili znów spojrzała na Hermionę, która odsunęła się od drzwi i tupnęła sfrustrowana.
- Harry, nie ma pojęcia co osłania te drzwi. Cokolwiek to jest, nie pokazuje tego żadne z zaklęć wykrywających, które znam – jęknęła zawiedziona. – Nie możesz dostać się tam jako Skrzydło?
- Muszę wiedzieć dokąd się udaję. Nie mogę tak po prostu przeskoczyć sobie do miejsca, którego nigdy wcześniej nie widziałem na oczy.
Giny zmarszczyła brwi.
- Mionko, skoro twoje zaklęcia nic nie wykrywają, może po prostu nie potrafią wykryć tego rodzaju zabezpieczeń? Może one są w jakiś sposób inne? Spróbujemy jeszcze raz Alohomora? – zaproponowała.
Hermiona zamarła na moment, gapiąc się na Ginny. Potem potrząsnęła głową.
- Właśnie! Zaklęcia wykrywające nic nie pokazują, bo to nie jest ludzka magia! Te zaklęcia pokazują tylko ludzką magię! Ale jakie inne stworzenia mogą używać tu magii?
Harry uśmiechnął się szeroko.
- Wiem. Przypomniało mi się coś, co w zeszłym miesiącu powiedziała Serena Snape. Zauważyła, że Zgredek i skrzaty domowe wiedzą więcej o Hogwarcie niż Dumbledore! Chcecie się założyć, że to skrzacie osłony?
Cała trójka popatrzyła na niego z namysłem.
- Zgredku! – zawołał Harry.
Rozległo się głośne pyknięcie i nagle stanął przed nimi Zgredek.
- Harry Potter! Ty wzywa, Zgredek przychodzi! Dlaczego my tu są? To skrzaci magazyn – powiedział mały skrzat.
Harry klęknął, by znaleźć się na jego wysokości.
- Zgredku, szukamy malowideł przedstawiających Godryka Gryffindora. Uważamy, że mogą gdzieś tu być. Wiesz coś na ten temat?
- Zgredek wam pokaże! Harry Potter idzie za mną! – zawołał mały skrzat i powiódł ich dalej korytarzem. Czwórka przyjaciół spojrzała po sobie, wzruszyła ramionami i podążyła za nim.
Gdy szli wzdłuż ciągnącego się w nieskończoność korytarza, Harry poczuł jak dziwne pulsowanie staje się coraz silniejsze. Spojrzał po swoich przyjaciołach, ale ci wydawali się go nieświadomi.
Kiedy Zgredek się zatrzymał, Harry przyjrzał się drzwiom przed nimi. Nie różniły się niczym od innych drzwi, które mijali po drodze. Jednym machnięciem ręki Zgredek usunął osłony.
- Harry Potter może już bezpiecznie wejść! Zgredek pomoże znaleźć obrazy – zapewnił mały skrzat.
Harry uśmiechnął się i wywrócił oczami. Cała grupa weszła do ciemnego pomieszczenia. Zgredek zapalił pochodnie na ścianach i w ich blasku ujrzeli setki obrazów zawieszonych na ścianach.
Zajęło im to kilka godzin, ale ostatecznie udało im się zlokalizować cztery bardzo brudne obrazy Godryka Gryffindora, na których wydawał się trzymać swój miecz. Harry skurczył te portrety i wsadził je do kieszeni, by zająć się nimi później. Pulsowanie wciąż przyciągało jego uwagę.
Harry wyszedł z pomieszczenia. Poszedł dalej korytarzem, nie zwracając nawet uwagi czy ktoś za nim podąża. W końcu zatrzymał się przed drzwiami. Wyglądały jak wszystkie inne, ale skądś wiedział, że te akurat nie były osłonięte.
Sięgnął po klamkę, ale jego ręka przeszła przez drzwi, jakby ich tam nie było. Zaskoczony zorientował się, że to musiała być iluzja. Przestąpił przez próg.
Ginny uniosła wzrok znad oglądanego obrazu.
- Harry? – zawołała.
Pozostała dwójka spojrzała po sobie, a potem na otwarte drzwi.
- EJ, STARY! – krzyknął Ron, który zaczynał się martwić.
Zgredek popatrzył na nich nerwowo i niepewnie przestąpił z nogi na nogę.
- Zgredku, widziałeś jak Harry wychodził? – spytała Ginny.
- Tak, panno Wisiel, ja widział. On poszedł rozmawiać do Serca – odparł Zgredek.
Cała trójka wypadła z pokoju, ale zatrzymała się, widząc dziwną złoto-srebrną półprzejrzystą osłonę, blokującą drogę w głąb korytarza. Zgredek pojawił się przed osłoną i rozłożył ręce.
- Wy nie mogą przejść – krzyknął. – Jeśli spróbują to śmierć!
Hermiona złapała Ginny i Rona i pociągnęła ich w tył.
- Stójcie! To osłona osądu – wyszeptała.
Oboje popatrzyli na nią pytająco.
- To bardzo stara, bardzo potężna i bardzo niebezpieczna magia światłości. Normalnie jest niewidzialna. Staje się widoczna jako ostrzeżenie, by trzymać się z daleka. Czytałam w „Historii Hogwartu", że kiedyś w szkole taką widziano – wyjaśniła Hermiona z podziwem w głosie.
Ginny spojrzała na osłonę, potem z niepokojem na Hermionę.
- To co robimy? – spytała szeptem.
Ron wzruszył ramionami, usiłując wypatrzeć coś w korytarzu za osłoną.
- Wygląda na to, że musimy poczekać – odpowiedział.
Harry znalazł się w pokoju, który przeczył prawom logiki. Nie był zbyt długi czy szeroki, ale rozciągał się ku górze tak daleko, że nie było widać sufitu. W ścianach, w regularnych odstępach, znajdowały się wnęki, każda wyposażona w poprzeczkę na dole. Wnęki były wysokie na nieco ponad metr, szerokie na niespełna metr. Na poziomie oczu znajdowało się ich dwadzieścia, kolejna dwudziestka tuż nad nimi. Przyjrzał się uważnie i stwierdził, że wnęki ciągną się ku górze tak daleko, jak sięgał wzrokiem.
Na środku pokoju stała kwadratowa kolumna wysokości około półtora metra. Na jej szczycie spoczywał pojedynczy blok kamienia, który nie wydawał się bardzo różnić od pozostałych bloków tworzących ściany Hogwartu, poza tym że pulsował delikatnym, przyjemnym światłem. Światło nawoływało go, jego rytmiczne pulsowanie było niczym bicie serca.
Podszedł do kolumny i okrążył ją, przyglądając się jej uważnie. Na każdej ze ścian dostrzegł dziwne runy i herb czwórki założycieli Hogwartu. Na samej górze wyrzeźbiony był pojedynczy glif, a pod nim słowo „Lailoken".
Harry wyciągnął dłoń i dotknął glifu. Kamień był chłodny, ale poczuł przyjemne ciepło, zaczynające się w pobliżu czubków palców. Zamrugał i zamknął oczy. Kamień rozjarzył się intensywnym błękitnym światłem, zalewając nim całe pomieszczenie. Harry stał jak wmurowany. Wypełniła go seria wizji Hogwartu. Wyłowić z nich zdołał jeden prosty komunikat: „Witaj". Kamień rozjarzył się ponownie, a poziom emitowanego przez niego światła rósł błyskawicznie.
Przyjaciele Harry'ego siedzieli kilka metrów od osłony osądu. Zgredek przyniósł im kanapki i coś do picia. Ron zorientował się jako pierwszy.
- Czy tu się robi jaśniej czy tylko mi się zdaje? – spytał zdumiony.
- Nie sądzę, żeby ci się zdawało – odparła Hermiona. – To chyba jakiś efekt działań Harry'ego.
Gabinet dyrektora, Hogwart
Albus Dumbledore rozmawiał w swoim gabinecie z Minervą McGonagall oraz małżeństwem Snape'ów.
- Dyrektorze, rozumiem, że chcesz pozwolić dziewczynie na rehabilitację, ale nie dowierzam jej na tyle, by wpuścić ją do Skrzydła Szpitalnego – zaprotestowała energicznie Serena.
- Moja droga Sereno, musimy okazać jej choć minimum zaufania, jeśli chcemy sprawić, by ona ponownie zaufała nam. Jest wciąż jeszcze dzieckiem, a Madam Pomfrey zapewniła, że jest bardzo pomocna i szybko uczy się nowych aspektów sztuki uzdrawiania. Wierzę z całego serca, że…
Dyrektor urwał. Fawkes uniósł się na swojej grzędzie i rozłożył skrzydła, wyśpiewując pieśń pełną ekscytacji. Mury zalśniły jaskrawym błękitnym światłem i rozległ się czysty, dźwięczny ton, jakby ktoś uderzył w kryształowy dzwonek.
Fawkes złożył skrzydła i wypiął pierś, patrząc z niezwykłą dumą na trójkę ludzi. Wydał z siebie trel, który był uspokajający i pocieszający, a światło powoli zniknęło.
Dobra robota, pisklę! Dzięki tobie wciąż jest nadzieja dla światła. Przywołanie się rozpoczęło.
Anglia, nieznana lokalizacja
Voldemort siedział w swojej komnacie zanosząc się okrutnym rechotem. Jego słudzy sprowadzili mu kilkoro mugoli, których właśnie zabił po długim seansie tortur.
- Wyślijcie po Glizdogona! Chcę go wysłać na kolejne ataki – polecił Voldemort, zacierając niecierpliwie dłonie.
Mugole byli przerażeni wybuchem nowej epidemii, nie zdając sobie sprawy, że to dzieło jego dementorów. Czarodziejski świat dopiero zaczynał uświadamiać sobie ostatnie wydarzenia. Wkrótce cały świat pozna jego moc i możliwość siania terroru wszędzie, gdzie sobie zamarzył.
Glizdogon wbiegł do komnaty.
- Mój Pan mnie wzywał – zaskowyczał, kłaniając się nisko.
- Znakomicie, Glizdogonie! Mam więcej celów. Przekaż je Oogla-Dainowi – warknął Voldemort, patrząc z pogardą na korzącą się postać.
Nagle Voldemort zerwał się na równe nogi, a w jego głowie eksplodował ból, jakiego nie czuł nigdy wcześniej. Uniósł ręce do skroni, jakby chciał utrzymać w całości rozpadającą się czaszkę. Z jego oczu odpłynęła czerwień i przez krótką chwilę błękitne oczy Toma Riddle rozglądały się ze strachem po pomieszczeniu. W jego głowie pojawiła się jedna myśl. POTTER! Potem jego oczy uciekły w głąb czaszki i zwalił się bezwładnie na Glizdogona.
Zaginiony korytarz
Hermiona już niemal namówiła Rona na pójście po pomoc do dyrektora, gdy w korytarzu pojawiła się samotna postać.
Osłona zniknęła, gdy Harry się do niej zbliżył. Trójka przyjaciół wstała i stanęła przodem do niego. Ginny podbiegła i złapała go za rękę.
- Harry, gdzie byłeś? Zniknąłeś na kilka godzin! Tak się martwiliśmy… - urwała, widząc delikatny uśmiech, który wpłynął na jego twarz.
- Wszystko w porządku, Gin – zapewnił Harry. Pogładził ją po policzku i pocałował w czoło.
- Harry, co zrobiłeś? – spytała Hermiona, płonąc ciekawością.
Harry zmarszczył brwi.
- Nie jestem pewien, czy potrafię to wyjaśnić. Wydaje mi się, że rozmawiałem z Hogwartem. Chyba powinniśmy pójść do gabinetu dyrektora. Jestem pewien, że on też będzie chciał wyjaśnień.
Cała czwórka dotarła do początku korytarza i wspięli się po drabinie. Na górze umieścili nietoperze z powrotem na miejscu i Harry zamknął klapę.
Gabinet dyrektora, Hogwart
Dumbledore nie był zaskoczony, gdy Harry i jego przyjaciele pojawili się pod drzwiami jego gabinetu. Właściwie oczekiwał ich od kilku godzin.
Dyrektor zaprosił ich do środka i podszedł do Fiuu, by wezwać McGonagall i Snape'ów. Gdy czekali, Dumbledore zaproponował im obowiązkowego cytrynowego dropsa. Nikt się nie skusił poza Hermioną, co spowodowało, że pozostali zachichotali.
Kiedy nauczyciele przybyli na miejsce, wszyscy spojrzeli na Harry'ego.
- Harry, nie wiem co tym razem zrobiłeś, ale Fawkes jest z tego bardzo zadowolony i pod dużym wrażeniem – zagaił Dumbledore. Na dźwięk swojego imienia, Fawkes dumnie wypiął pierś.
- Szczerze mówiąc nie jestem do końca pewny co zrobiłem. Najlepiej byłoby chyba, gdybym pożyczył pana myśloodsiewnię i po prostu pokazał to, na co się natknąłem.
Gdy Dumbledore postawił myśloodsiewnię na biurku, Harry złożył w niej wspomnienie, ale nie aktywował od razu.
- Jak wiecie – rzekł, zwracając się do wszystkich obecnych – staraliśmy się dojść do tego, co sprawia, że wciąż prześladują mnie obrazy miecza Godryka. Przy okazji odkryliśmy miejsce, w którym skrzaty domowe składują przedmioty nieużywane już dłużej w Hogwarcie jak te cztery obrazy.
Harry wyjął malowidła z kieszeni i przywrócił im naturalne rozmiary.
- Gdy znalazłem te obrazy – kontynuował – poczułem, ummm… „wezwanie", to chyba najlepsze słowo. Poszedłem ku źródłu tego wezwania i wszedłem do pokoju, o którym nigdy nie czytałem w żadnej z historycznych ksiąg – rzucił przepraszające spojrzenie Hermionie. – Oto co zobaczyłem.
Aktywował myśloodsiewnię, nad którą pojawił się obraz. Dumbledore wpatrywał się w niego intensywnie, niemal z tęsknotą. Hermiona sapnęła, gdy ujrzała imię „Lailoken". Zobaczyli, jak Harry dotyka imienia, a cały kamień rozjarza się blaskiem. W tym momencie wspomnienie się skończyło.
- Lailoken – wyszeptała zdumiona Hermiona. Kilkoro nauczycieli spojrzało na nią z rozbawieniem. Ginny uniosła pytająco brew.
- Lailoken to imię angielskiego proroka, który żył w czasach króla Artura – wyjaśniła jej Hermiona. – Większość mugolskich uczonych uważa, że to on dał początek legendom o Merlinie.
Dumbledore skinął z aprobatą głową.
- Tak naprawdę Merlin używał w życiu kilku imion, a Lailoken to jedno z nich – sprostował. – Pomieszczenie, do którego wszedł Harry, uznawałem do tej pory za mit. Powiadają, że w czasie budowy zamku czwórka założycieli wzniosła „Serce Hogwartu", specjalne miejsce, z którego pochodzi cała magia tego miejsca. Najwyraźniej Hogwart uznał, że Harry musi je odwiedzić, ale czemu? Mogę tylko domniemywać, że najwyższy kamień na tym postumencie to relikt z czasów Merlina. Zazdroszczę ci, Harry. Byłeś w miejscu, w którego istnienie nie wierzyłem – zakończył cicho Dumbledore, a jego oczy spoglądały w przestrzeń, gdy wspominał obraz z myśloodsiewni.
Harry przyjrzał się czterem portretom i zawiedziony opadł na krzesło.
- Miałem nadzieję, że te obrazy do czegoś nam się przydadzą, ale nawet w lepszym świetle są zbyt ciemne i brudne, żeby wyciągać z nich jakieś wnioski.
- Nie byłabym tego taka pewna – wtrąciła się Serena. – Daj mi trochę czasu, spróbuję je oczyścić i poprawić detale.
Harry skinął jej głową z wdzięcznością, a ona zmniejszyła obrazy i schowała je do kieszeni.
Spotkanie w Ministerstwie
Harry, Jack i Severus Snape wzięli dzień wolny, by udać się na spotkanie do Ministerstwa, w którym mieli wziąć udział Alastor Moody, Hestia Jones i Kingsley Shacklebolt. Miał na nim być również Albus Dumbledore, ale coś go zatrzymało.
- Jak wszyscy wiemy, atak będzie miał miejsce podczas jednego z ośmiu dni – mówił Jack Parsons. – Uważam, że istotne jest, by opóźniać ewakuację uczniów tak długo jak to możliwe. Jeśli zrobimy to za wcześnie, ryzykujemy, że któryś z rodziców poinformuje o tym Voldemorta, przez co on zrozumie, że wiemy o jego ataku.
- Wydaje mi się, że mam rozwiązanie tego problemu – powiedział Dumbledore, wchodząc do Sali konferencyjnej. Uwielbiał takie wejścia. – Właśnie skończyłem rozmowę z Madame Maxime, dyrektorkę Akademii Beauxbatons z Francji. Profesor Sprout, Sinistra i Vector odeskortują pierwszo, drugo i trzecioroczniaków do Beauxbatons. Rodzice otrzymają sową wiadomość, że ich dzieci wezmą udział w dwutygodniowym programie wymiany kulturowej organizowanym przez Madame Maxime. W tej chwili przygotowywane są dla nich świstokliki.
Jack skinął mu z wdzięcznością głową.
- W takim razie to mamy z głowy. Teraz pytanie brzmi kiedy startujemy z ewakuacją? Chciałbym usunąć młodsze dzieciaki ze szkoły przynajmniej dwa dni przed walką, by dać nam czas na ściągnięcie i rozlokowanie posiłków. Wolałbym więcej czasu, ale jak dla mnie dwa dni to absolutne minimum – Jack rozejrzał się wokół stołu i kontynuował, nie widząc sprzeciwu: - No dobra, czyli uczniowie znikają przed piątym kwietnia. Co dalej?
Hestia uniosła rękę. Jack skinął głową, oddając jej głos.
- Około pierwszego kwietnia Święty Mungo zacznie przysyłać sprzęt i eliksiry. Mają w planach skierować kilku uzdrowicieli do Hogwartu szóstego. Siły zbrojne Ministerstwa ściągną do Hogwartu również szóstego. Remus Lupin poinformował mnie, że Brygada Goblińska pojawi się na miejscu siódmego wczesnym rankiem – podsumowała.
- Czy ktoś już zastanawiał się jak wykorzystamy gobliny? – spytał Harry.
Jack spojrzała na niego uważnie.
- Co ci leży na wątrobie? Wal! – powiedział.
Harry rozejrzał się wokół stołu. Czuł się niepewnie jako najmłodsza osoba w towarzystwie, ale na wszystkich twarzach widział zainteresowanie.
- W porządku. Mamy do czynienia z zamkiem. Gdyby był to typowy atak na twierdzę, wrogie siły okrążyłyby zamek i zaczęły standardowe oblężenie. Ale nie sądzę, by Voldemort bawił się w coś tak wyrafinowanego. Uważam, że uderzy prosto na bramy – zaczął Harry ostrożnie.
Jack patrzył w sufit, ale teraz spojrzał na Harry'ego.
- To co mówisz ma sens – przyznał. – Ale co mają do tego gobliny?
- Jeśli schowamy połowę goblinów w Zakazanym Lesie, a drugą połowę zostawimy w odwodzie… - urwał, patrząc na Jacka, na którego twarzy pojawił się drapieżny uśmiech.
- Tak. Wtedy możemy zaatakować ich oddziały z flanki i zmusić do walki na dwa fronty. Podoba mi się! – zawołał Jack. – A jeśli faktycznie uderzą na bramy, będziemy mogli ściągnąć większość naszych ludzi z ich pozycji i wzmocnić okolice bram.
Spotkanie skończyło się po kilku godzinach. Omówili wiele spraw, i choć nie pracowali fizycznie, Harry był wyczerpany.
Anglia, nieznana lokalizacja
Voldemort powoli odzyskiwał przytomność. Otworzył oczy i ujrzał nad sobą twarz Glizdogona.
- Panie, musisz wypić ten eliksir – jęknął niski mężczyzna. – Mój Pan był nieprzytomny przez dwa tygodnie i musi odzyskać siły.
Voldemort zerwał się z wyczarowanego przez Glizdogona łóżka.
- POTTER! – warknął. – On mi to zrobił! Zapłaci mi za to!
Rozejrzał się i odkrył, że w komnacie nie przebywał nikt poza Glizdogonem i nim samy.
- Gdzie moi wierni słudzy, Glizdogonie? – spytał niebezpiecznie spokojnym tonem.
- Mój Panie, większość wewnętrznego kręgu uciekła, gdy Mój Pan się nie budził. Od dziesięciu dni jestem tu tylko ja – odpowiedział Glizdogon, padając na kolana.
Oczy Voldemorta rozbłysły złością. Aktywował Mroczny Znak, wzywając do siebie swoje sługi.
- Czy Oogl-Dain wciąż tu jest? – spytał.
- Ta… tak, oczekiwał aż Mój Pan odzyska siły – wyjąkał Glizdogon.
- Przyślij go tu, chcę z nim porozmawiać.
Glizdogon zadrżał i wybiegł z pokoju. Po krótkiej chwili wbiegł z powrotem, ewidentnie przerażony. Podbiegł do Voldemorta, runął na kolana i nakrył głową dłońmi. Temperatura w komnacie spadła zauważalnie i do środka wpłynęła kolejna postać. Zbliżyła się do Voldemorta, ukryta pod peleryną z kapturem.
- Witaj, Oogla-Dainia – zaczął Voldemort. – Mam dla ciebie zadanie. Wydaje mi się, że spodoba się ono tobie i twoim braciom…
Quidditch i Skrzydło
Tego dnia Ron i jego Rogogony mierzyły się z Błyskawicami. Harry bardzo chciał być na tym meczu, ale kilkakrotnie w ciągu dnia jego naszyjnik drgał ostrzegawczo, a był to sygnał, którego, jak nauczył się Harry, nie należało lekceważyć. Więc teraz stał samotnie na szczycie Wieży Astronomicznej. Powiedział swoim przyjaciołom, by poszli na mecz. Ginny chciała z nim zostać, a Ron był zły, że jego najlepszy kumpel nie zobaczy go w akcji. Ale w końcu wszyscy poszli na stadion.
Byłoby bardzo zimno, ale w Wieżę wbudowane było zaklęcie ogrzewające. Niebo zaciągnęło się ciężkimi, czarnymi chmurami. Typowa brytyjska zimowa pogoda. Harry chodził tam i z powrotem, spoglądając to na niebo, to na Błonia. Nie wiedział jednak czego tak naprawdę szuka.
Ku jego zaskoczeniu na platformę obserwacyjną weszli Severus i Serena Snape. Oni byli równie zaskoczeni jego widokiem.
- Harry, myślałam, że będziesz na meczu – powiedziała Serena.
- Eee… nie, pani profesor. Ale jeśli przeszkadzam, mogę się przenieść gdzieś indziej – odpowiedział nieuważnie, wpatrując się w niebo.
- Coś nie tak, Harry? – spytał Severus.
Harry zerknął na niego.
- Nie mam pojęcia, panie profesorze. Mam złe przeczucia i otrzymałem ostrzeżenie – odpowiedział.
Nauczyciele spojrzeli po sobie, potem znów na Harry'ego. Severus miał coś powiedzieć, gdy ujrzał jak Harry nagle zesztywniał. Spojrzał w tę samą stronę co Harry. Widział tylko czarną chmurę burzową przesuwającą się na niskiej wysokości, nie różniącą się specjalnie od innych chmur na niebie.
Serena gwałtownie wciągnęła powietrze i złapała Severusa za rękę.
- Ta chmura rusza się pod wiatr!
Harry otrząsnął się z szoku i błyskawicznie przekręcił pierścień.
- To nie chmura, to dementorzy! Jesteśmy atakowani – warknął. Nie czekając na odpowiedź zmienił się w Skrzydło i zniknął w kuli ognia.
Ron właśnie zdołał obronić kolejny strzał ścigających Błyskawic, gdy jego pierścień zaczął szaleńczo pulsować. Rozejrzał się niespokojnie, a wielu uczniów i graczy zatrzymało się, zastanawiając się co się dzieje. Minął go kafel i Błyskawice zdobyli gola, ale nikt nie zwracał uwagi na mecz. Ron zasygnalizował pani Hooch prośbę o czas, ale zanim zdołała go przyznać, nad nimi rozległ się krzyk.
Skrzydło pojawił się nad boiskiem i zanurkował ku trawie, wykrzykując ostrzegawczo. Przeleciał tuż nad trybunami i nadleciał nad środek boiska, gdzie zmienił się w Harry'ego Pottera.
Harry wzmocnił swój głos zaklęciem.
- WSZYSCY UCZNIOWIE MAJĄ NATYCHMIAST WRACAĆ DO ZAMKU! DEMENTORZY BĘDĄ TU ZA MINUTĘ LUB DWIE! BRYGADA FENIKSA, DO MNIE!
Dumbledore wstał z miejsca i również wzmocnił swój głos.
- NAUCZYCIELE! ZAPROWADŹCIE UCZNIÓW DO WIELKIEJ SALI!
Ron podleciał do Harry'ego. Odrzucił miotłę i spytał:
- Jak bardzo jest źle?
- Bardzo. Zbliżają się tysiące dementorów – odpowiedział Harry w chwili, gdy dołączyły do nich Ginny i Hermiona. – Musimy ich utrzymać na dystans wystarczająco długo, by zdążyli ewakuować uczniów w bezpieczne miejsce. Nie wiem co potem – wyznał niespokojnie. Wiedział, że patronus jedynie odpędzi dementora, a nie zabije. Tymczasem zbliżało się naprawdę mnóstwo tych stworów.
Brygada szybko oddzieliła się od reszty uczniów i uformowała szyk w drużynach. Dementorzy byli już widoczni na horyzoncie. Zbliżali się bardzo szybko.
Ron ustawił drużyny frontem do nacierającego wroga. Gdy przedni szereg dementorów zeszedł na poziom gruntu, Brygada wystrzeliła patronusy. Harry wyszedł przed pierwszą linię i dołączył do nich. Jego patronus wywołał wyrwę w szeregach atakujących potworów. Widział jednak, że jedynie nieznacznie spowolnili napastników.
- Ron, wycofujemy się do muru. Zbierać po drodze tych, co padli – polecił zwięźle.
- WYCOFAĆ SIĘ DO MURU! UTRZYMYWAĆ SZYK! ZBIERAĆ TYCH, CO PADLI! – wrzasnął Ron. Dowódcy drużyn powtórzyli rozkaz i Brygada zaczęła się cofać.
Powoli byli spychani coraz dalej. Patronusy kupowały im nieco czasu, ale musieli ciągle rzucać je na nowo. Niestety było to ogromnie wyczerpujące zaklęcie. Członkowie Brygady jeden po drugim zawodzili, gdy przychodziło do rzucenia kolejnego zaklęcia.
Nim dotarli do bram około połowy członków Brygady było wyczerpanych i niezdolnych do rzucania zaklęć. Harry wciąż wysyłał Rogacza naprzeciw nadciągającym stworom, ale z każdą chwilą przychodziło mu to z większym trudem. Ron niósł Hermionę, którą przerzucił sobie przez ramię. Wyczerpała swoje zapasy mocy i padła ofiarą dewastującego wpływu dementorów.
Harry położył jedną rękę na o murze, dysząc ciężko. Spojrzał na Ginny, która opierała się o umocnienia plecami. Zamknęła oczy, a po jej twarzy spływały łzy. Nagle uniosła powieki i spojrzała wprost na Harry'ego, który widział desperację i rozpacz w jej oczach. Wiedział, że żegna się z nim na zawsze.
Jego magia wzniosła się na nowe wyżyny. Jego dłoń dotykająca murów rozbłysła jasnym światłem, które wniknęło w mur i rozprzestrzeniło się po zamkowych ścianach. Rozległ się dzwon, a niebo nad Hogwartem rozjaśniły setki kul ognia, w których pojawiały się feniksy. Wolną rękę wyciągnął ku dementorom, a białe światło, które z niej wystrzeliło sprawiło, że potwory cofnęły się z wyciem bólu.
Feniksy zanurkowały w stronę dementorów z nastawionymi pazurami. Atakując śpiewały jednym głosem pieśń triumfu i radości. Efekt głosów tak wielu feniksów był niesamowity. Dźwięk sprawiał wrażenie, jakby została przerwana granica między niebem a ziemią i jakiś wielki niebiański chór wyśpiewywał triumfalny hymn. Pieśń wzmocniła Brygadę Feniksa, która zdwoiła wysiłki. Nawet Ginny i Hermiona odzyskały na tyle sił, by ponownie rzucić patronusa. Magia Harry'ego znów rozbłysła i dementor przed nim zawył i zaczął płonąć. Potwory w tylnych szeregach zaczęły wić się pod naporem pieśni.
Raz za razem feniksy atakowały stłoczonych dementorów, a ich pieśń dziesiątkowała potwory. Tam gdzie uderzały pazurami powstawały rozdarcia w pelerynach, z których unosił się dym. Te stwory, których pazury nie sięgnęły, wiły się i rzucały pod wpływem niesamowitej pieśni.
Magia Harry'ego rozbłyskała raz za razem, a po każdym rozbłysku ginęła przednia linia dementorów.
Brygada Feniksa zaczęła manewrować patronusami w taki sposób, by okrążyć topniejące szeregi wroga. Powoli ich liczba się zmniejszała, aż pozostały tylko paskudne, dymiące peleryny.
Harry zachwiał się. Na moment oparł się o mur, ale zaraz otworzył oczy. Feniksy lądowały przed Brygadą. Czasem pojedynczo, czasem dwójkami lub w większych grupach. Wiedział co musi zrobić. Fawkes nadleciał nad jego głowę i zaczął śpiewać, dodając mu sił.
Harry odsunął się od muru i zmienił w Skrzydło. Przeleciał kilka metrów i spojrzał na masę feniksów. Były ich setki. Za nimi stała Brygada Feniksa, profesor Dumbledore i reszta nauczycieli, obserwujących z podziwem rzadki spektakl.
Fawkes okrążył Skrzydło, a potem wylądował tuż przed nim.
„Dobra robota, Pisklę! Dziś zadałeś cios siłom ciemności na więcej sposobów, niż jesteś sobie w stanie wyobrazić."
Harry słyszał w głowie pomruk głosów zgadzających się z feniksem dyrektora.
„Dziękuję, moi bracia. Na wieki jestem waszym dłużnikiem. Gdyby nie wy, nie skończyłoby się to dobrze. W imieniu moim, mojej partnerki i moich przyjaciół, dziękuję wam. Niech nasze gniazdo będzie zawsze waszym."
Harry wyczuł falę aprobaty płynącą od wspaniałych ptaków.
„Gdy nadejdzie czas, znów się pojawimy. Stawaj mężnie, dziecko światłości. Nie jesteś sam"
Ta myśl nie nadeszła od Fawkesa, ale od setek feniksów, których głosy rozbrzmiały w jego głowie.
Nagle jak jeden mąż zerwały się do lotu i zniknęły w kulach ognia. Fawkes zerwał się do lotu i usiadł na ramieniu Dumbledore'a.
Skrzydło obrócił się przodem do zebranego za nim tłumu. Widać było, że jest zupełnie wyczerpany Zmusił się, by powrócić do ludzkiej postaci. Przemiana była długa i bolesna, a po jej zakończeniu zwalił się na ziemię.
Dumbledore i kilkoro nauczyciele podeszli, by mu pomóc. Ginny chciała podbiec do Harry'ego, ale Ron ją przytrzymał.
- Gin, wszyscy jesteśmy zmęczeni, ty też. Niech tym razem Dumbledore mu pomoże. Pomóż mi z Mionką. Zabierzmy wszystkich do zamku.
Ginny wyglądała na rozdartą, ale faktycznie była wyczerpana i czuła depresyjny efekt dementorów. Skinęła głową i położyła sobie jedną rękę Hermiony na ramionach. Całą grupą zmęczona Brygada Feniksa powoli zmierzała z powrotem do zamku. Za nimi Dumbledore i kilku nauczycieli lewitowali pojedynczą postać na noszach.
Anglia, nieznana lokalizacja
Voldemort był w świetnym humorze. Spędził większość dnia torturując członków swojego wewnętrznego kręgu, którzy go opuścili. Oogla-Dain zaatakował Hogwart i wkrótce powinien się pojawić, by zameldować o rezultatach. Voldemort wiedział, że nawet jeśli tysiąc ludzi będzie jednocześnie rzucało zaklęcie patronusa, nie stanowią żadnego zagrożenia dla Oogla-Daina i jego braci.
Hogwart musi być już masowym grobem! Pomyślał zadowolony. Nawet ten głupiec Dumbledore nie zdoła powstrzymać tak wielu dementorów! Potter musi być już martwy!
Piętro wyżej, w innym pomieszczeni, Śmierciożerca niskiej rangi składał raport Glizdogonowi.
- Jesteś pewien? – spytał z drżeniem Glizdogon.
- Tak jest. Właśnie wracam z Hogsmeade. Mówią, że zamek został zaatakowany, ale obyło się bez wielu ofiar. Proszą o gigantyczne ilości czekolady. Podobno Miodowe Królestwo oddało wszystkie swoje zapasy.
- I co jeszcze mówią? – spytał Glizdogon niebezpiecznym tonem.
- Podsłuchałem dwóch aurorów. Mówili, że atakujący dementorzy zostali zniszczeni. Byli tego całkiem pewni. Podobno żaden nie uciekł, a aurorzy brzmieli, jakby kamień spadł im z serca.
Glizdogon sięgnął po różdżkę, nim Śmierciożerca zdołał cokolwiek zrobić…
- Imperio! – krzyknął.
Poczekał chwilę, aż zaklęcie przejmie całkowitą władzę nad obiektem, po czym rzekł pogardliwie:
- Takie zaangażowanie musi być nagrodzone. Będziesz tym, który zaniesie te wieści naszemu Panu.
Hogwart, wieczór tego samego dnia
Dumbledore wszedł do Wielkiej Sali. Została zamieniona na prowizoryczny szpital. Wielu członków Brygady Feniksa i innych uczniów cierpiało z powodu depresyjnego wpływu dementorów, ale było też kilka przypadków obrażeń fizycznych. W zamieszaniu na stadionie kilka osób połamało kości, ale dzięki Merlinowi nikt nie został pocałowany przez dementora.
Z Hogwartu wyszły wezwania o pomoc i czekoladę. Aurorzy patrolowali szkolne Błonia, podczas gdy uzdrowiciele ze Świętego Munga biegali po Wielkiej Sali rozdając hojnie czekoladę. Gdy rozeszły się wieści o ataku, do zamku zaczęli przybywać mieszkańcy Hogsmeade, oferując prywatne zapasy czekolady. Miodowe Królestwo wysłało szkole cały swój zapas tego cudownego remedium.
Prefekci, uzbrojeni w eliksiry uspokajające, krążyli między pierwszo i drugoroczniakami, odurzając młodszych uczniów, gdy okazywało się to niezbędne.
Dumbledore stanął przy drzwiach i spoglądał na uczniów, jego uczniów. Zadrżał, myśląc jaką tragedią mógł się skończyć ten dzień.
- Albusie – odezwał się ktoś za nim.
Odwrócił się i ujrzał Minervę McGonagall i Amelię Bones.
- Albusie, wydaje mi się, że ty też potrzebujesz trochę czekolady – powiedziała Minerva, wciskając mu w rękę spory kawałek. Przyjął go, skinął jej z wdzięcznością głową i odgryzł odrobinę.
- Dyrektorze, ten dzień mógł się skończyć zdecydowanie gorzej – zauważyła Minister.
Powoli czekolada zaczęła działać i ku zadowoleni Minervy do oczu Albusa wróciły ogniki.
- Czy to prawda? Feniksy i Harry zniszczyli tych wszystkich dementorów? – kontynuowała Amelia. – Zebraliśmy ponad dwa i pół tysiąca peleryn. To prawie cała znana populacja dementorów!
- Tak, obawiam się, że efekt dzisiejszego ataku nie jest do końca taki, jak spodziewał się Voldemort. Ale niewiele brakowało. To feniksy przechyliły szalę zwycięstwa. Harry zabił setki potworów, ale nawet on nie dałby rady, gdyby feniksy się nie pokazały – wyjaśnił Dumbledore.
- Ale skąd one wszystkie się wzięły? – spytała Minerva. – Były ich setki! I czym było to dziwne spotkanie po bitwie?
Amelia nachyliła się z ciekawością. Wcześniej o tym nie słyszała.
- Zastanawiałem się nad tym – przyznał Albus. – Pamiętasz Serce Hogwartu, które Harry pokazał nam w myśloodsiewni?
Minerva skinęła głową bez słowa.
- Zastanawiałem się czym mogą być te wnęki z poprzeczkami. A może to miejsca, w których mogą usiąść feniksy? Uważam, że w jakiś sposób czwórka założycieli pozyskała pomoc feniksów przy budowie Hogwartu i te wnęki były po prostu ich grzędami. Symbol feniksa od zawsze powiązany był ze szkołą, a niemal każdy dyrektor miał feniksa za chowańca. Zaś co do tego spotkania, obawiam się, że będziemy musieli poczekać na przebudzenie Harry'ego nim dowiemy się czegoś więcej.
- Czy nic mu nie będzie? – spytała z troską Amelia.
Dumbledore uspokajająco pokręcił głową.
- Jest po prostu wyczerpany. Zużył niemal cała swoją moc. Podejrzewam, że będzie potrzebował mnóstwa czekolady, gdy się obudzi, ale nie odniósł poważniejszych obrażeń. Nie chcę nawet myśleć co stałoby się dziś, gdyby nie pomoc jego i jego brygady.
Cała trójka obróciła się by spojrzeć na uczniów leżących na łóżkach polowych w Wielkiej Sali. Nad szkołą zapadła niespokojna cisza.
Skrzydło Szpitalne, Hogwart, dwa dni później
Harry usłyszał głos. Gdzieś daleko, ale ktoś coś mówił. Otworzył oczy i zamrugał na widok rozmazanych kształtów, które dojrzał. W pobliżu zgromadziła się spora grupa ludzi, ale nie był w stanie stwierdzić kim byli. Sięgnął nad głowę, szukając okularów, ale ktoś włożył mu je w dłoń. Nałożył je i spojrzał na Madam Pomfrey.
- Wiesz co, panie Potter, właśnie sobie wczoraj myślałam, że to jakiś niepełny rok szkolny bez dłuższej wizyty mojego ulubionego pacjenta – zażartowała. Najwyraźniej pielęgniarka miała dość pokręcone poczucie humoru.
Ginny wpadła do pomieszczenia, ale natychmiast zwolniła na widok wściekłego spojrzenia Madam Pomfrey. Bo w końcu kto to widział, biegać po szpitalu!
Madam Pomfrey odwróciła się z powrotem do Harry'ego i podała mu potężny kawałek czekolady.
- Oczekuję, że zostaniesz w tym łóżku, póki nie wypuszczę cię na kolację, panie Potter. W międzyczasie chcę, żebyś to zjadł.
Harry spojrzał na gigantyczną tabliczkę i zadrżał. Przecież to waży chyba z pół kilo! Ginny odczekała, aż Madam Pomfrey wróci do swojego biura i rzuciła się Harry'emu na szyję. Objął ją i zanurzył twarz w jej włosach, wdychając ich zapach. Trzymali się tak dłuższą chwilę, nim wreszcie odsunęła się i spojrzała badawczo w jego oczy.
- Wszystko w porządku, Ginny – zapewnił ją delikatnie. – Jestem po prostu zmęczony, nic poza tym.
Uśmiechnęła się i usiadła u jego boku. Po chwili drzwi do Skrzydła Szpitalnego stanęły otworem i do środka wpadła Molly i chwyciła Harry'ego w jeden ze swoich potężnych uścisków.
- Tak się o ciebie martwiłam! Jak się czujesz? – spytała, patrząc mu badawczo w oczy.
Harry zamrugał ze zdziwienia, spojrzał na obie kobiety i wybuchnął śmiechem. Jaka matka, taka córka! Molly usiadła po drugiej stronie jego łóżka. Potem obie zmarszczyły brwi w identycznym geście, gdy usiłował wytłumaczyć im co go tak rozbawiło.
Kiedy skończył, obie kazały mu zjeść czekoladę. Harry zachichotał. Kiedy kobiety spojrzały na siebie spode łba nie wytrzymał i znów wybuchnął głośnym śmiechem.
Konserwacja obrazów
- Jak ci idzie, Sereno? – spytał Severus, stojący w drzwiach ich laboratorium eliksirów. Był już początek lutego, a od ataku dementorów minął tydzień.
Kobieta nachylała się nad obrazami, badając ich zamazaną powierzchnię. Kiedy się wyprostowała i obróciła do niego, ujrzał zmęczenie w jej twarzy.
- Chyba nie najgorzej. Ciocia Claudia miała kilka dobrych pomysłów, które udało mi się zawrzeć w eliksirze czyszczącym. Dzięki Merlinowi, że to nie są magiczne obrazy. Podejrzewam, że ich mieszkańcy nie byliby zachwyceni moją ingerencją – odpowiedziała, krzywiąc się lekko.
Wyciągnęła rękę i spróbowała rozmasować sobie lędźwie. Podszedł do niej i odsunął jej ręce. Zaczął rozmasowywać jej zmęczone mięśnie i uśmiechnął się, gdy wydała z siebie odgłos rozkoszy. Nad jej ramieniem rzucił okiem na malowidła rozłożone na stole roboczym. Cztery obrazy zostały wyjęte z ram i teraz całkowicie pokrywała je gęsta, biała substancja.
Składała się ona z różnych enzymów i stanowiła rozwiązanie, które opracowali tydzień wcześniej. Cuchnęła paskudnie, ale wyglądało na to, że się sprawdza. Dużo czasu zajęło im testowanie różnych mikstur na małych fragmentach obrazu, by dobrać moc i szybkość wchłaniania, ale w końcu opracowali właściwą substancję. Przynajmniej taką mieli nadzieję.
Claudia, ciotka Sereny, bardzo im pomogła. Jako konserwatorka sztuki w Nowym Jorku oraz niezwykle inteligentna czarodziejka, potrafiła dać im wiele cennych porad na temat łączenia pomysłów magicznych i mugolskich w celu usunięcia stuleci brudu i kurzu, który przylgnął do bezcennych portretów znalezionych przez Harry'ego.
- Ile jeszcze? – spytał, obejmując ją w pasie i przyciągając do siebie.
Oparła się o niego i uśmiechnęła.
- Niezbyt długo – odpowiedziała, patrząc na zegarek.
Kiedy po kilku minutach odsunęła się od niego, puścił ją i zaczął obserwować. Wyciągnęła różdżkę i rzuciła zmodyfikowane zaklęcie czyszczące. Oboje uśmiechnęli się, gdy brudna mgiełka uniosła się nad cztery obrazy. Kilkoma machnięciami różdżki odesłała brudne opary do kosza na śmieci, z dala od malowideł. Schowała różdżkę i ponownie podeszła do obrazów z Severusem następującym jej na pięty.
Przed ich oczami znajdowały się cztery odrestaurowane portrety Godryka Gryffindora. Na każdym widniały minimalne uszkodzenia, ale były stare. Substancja czyszcząca wykonała świetną robotę i nie zniszczyła obrazów w najmniejszym stopniu.
- Będziemy musieli zanieść to do gabinetu dyrektora i dać znać Harry'emu – rzucił nieuważnie Severus, wpatrując się w obrazy.
- Mhm – odrzekła, również wpatrując się w płótna. – Czy mam rację, myśląc, że to jest ta zmodyfikowana rękojeść, o której mówił Harry?
- Masz rację – odrzekł cicho. – Wydaje mi się, że to dokładnie to, czego szukał.
Od autorów:
Co się stało z Kryształem? Nic nie powiemy, ale na pewno jeszcze go zobaczycie.
Czy Dumbledore zwraca uwagę na mugolskie wiadomości? W kanonie raczej tego nie widać. Według nas nie zwraca, chyba że w jakiś sposób dotyczą jego lub jego uczniów.
Wan mogła wrócić do szkoły, bo taki był wyrok sądu. A poza tym jest nam potrzeba w fabule.
Od tłumacza: Z przykrością informuję Was, że to był ostatni rozdział w tym miesiącu. Z przykrością informuję, ale przyczyna wcale nie jest przykra. Mianowicie wyjeżdżam na dwa tygodnie na urlop za granicę, gdzie nie będę miał czasu na siedzenie przy komputerze. Z kolei zaraz po powrocie będę miał mnóstwo roboty w pracy. Tak więc w najgorszym wypadku do ukazania następnego rozdziału może minąć nawet miesiąc, choć postaram się, by nastąpiło to nieco szybciej.
W następnym rozdziale:
- Harry rozmawia z Wan
- Snape'owie zobaczą list od rodziców Harry'ego
- Ron spróbuje oświadczyć się Hermionie
- Jack uzna, że Harry potrzebuje urlopu
