Od tłumacza: Niestety Shaunee Altman tym razem ze względów technicznych nie mogła przejrzeć tego rozdziału. Tak więc z góry przepraszam za większą ilość błędów.
Od autorów: Standardowe zastrzeżenie: To nie nasza kreacja. Należy do JK Rowling. Gdyby to było nasze, Voldemort już by nie żył, a Harry i Ginny wczasowali się w Rio. Chwila moment! Przecież to ciągle może się zdarzyć w tej historii! W każdym razie nie jest to nasze, ani nie jest kanoniczne. Więc cicho! Żaden skrzat domowy nie ucierpiał przy tworzeniu tego rozdziału.
Rozdział 12 – Kłopoty i zemsta Hermiony
Bahamy
Harry obudził się następnego ranka wypoczęty i w dobrym humorze. Wraz z Ginny, Nevillem i Luną spędzili kilka godzin buszując w tropikalnym lesie. Szczerze mówiąc był zadowolony, że Ron nie wybrał się z nimi. Widzieli tyle pająków, że Ron chyba by zwariował.
Ginny leżała u jego boku z jednym ramieniem przerzuconym przez jego pierś. Podobały mu się ubrania, które wybrał Remus, zwłaszcza koszule nocne Ginny. Zapierały mu dech w piersiach. Początkowo Ginny wstydziła się nosić niektóre z ubrań. Ale gdy zobaczyła reakcję Harry'ego, wszystkie wątpliwości zniknęły. Zeszłej nocy przyszła do łóżka w półprzezroczystym szlafroku do podłogi, który idealnie obejmował wszystkie krągłości jej ciała. Spędzili kilka godzin na rozmowie, jedynie od czasu do czasu wymieniając pocałunki. Harry musiał przyznać, że takie chwile cieszyły go tak samo jak godziny, w których uprawiali seks.
To miał być ostatni pełny dzień na wyspie przed powrotem do Hogwartu i Harry miał w związku z tym pewne plany. Jack zapowiedział im, że wieczorem idą na luau, czymkolwiek by było. Ostatnie kilka dni spędzili pływając w oceanie i relaksując się na plaży.
Harry ostrożnie odsunął się od Ginny i wstał z łóżka. Ubrał się, po czym wrócił do niej i delikatnie okrył śpiącą kobietę cienkim kocem. Potem wyczarował białą lilię i położył na poduszce obok jej głowy. Następnie wyszedł z domku.
Zatrzymał się na werandzie i rozejrzał. Kawałek dalej na plaży zobaczył młodą parę czarodziejów z dwójką dzieci, którzy przyjechali ze USA. Poznali ich już pierwszego dnia po przyjeździe. Obserwował, jak chłopczyk wbiega do wody, a następnie sunie na fali. Zastanawiał się, czy on też dałby radę.
Popędził do przyboju, nie zauważając, że Ron i Hermiona wychodzą na werandę swojego domku. Dobiegł do wody i nagle zorientował się, że nie ma pojęcia co dalej. Zachwiał się w biegu i runął na twarz do wody głębokiej po kolana. Po mniej więcej metrze bolesnego ślizgu po dnie wstał i usłyszał Rona ryczącego ze śmiechu na werandzie.
- Ej, Potter! Powinieneś to robić na desce! – doradził mu złośliwie Ron.
Harry tylko się uśmiechnął i wylewitował Rona z werandy, unosząc go nad wodę.
- EJ, STARY, NO CO TYYYYY…
Harry zaciągnął go głębiej i zaczął przytapiać. Widok Rona, który to wynurzał się, to nurkował pod wodę, mimo że nikt go fizycznie nie trzymał, był jednym z najzabawniejszych w jego życiu.
- Zabiję cię! – próbował wykrzyczeć Ron w tych krótkich chwilach nad powierzchnią wody.
Nagle Ron runął do oceanu. Harry'ego rozproszył mocny strumień zimnej wody, który trafił go w plecy. Odwrócił się gwałtownie i ujrzał uśmiechającą się do niego niewinnie Hermionę. Odpowiedział jej uśmiechem, czując jak Ron podpływa do niego. Postanowił mu pomóc, więc przywołał ogromną falę, która zgarnęła rudzielca i pomknęła do brzegu. Ron wzniósł się bardzo wysoko. Hermiona zbladła, gdy stało się jasne, że nadciągająca fala zaraz ją zaleje.
Gdy Ginny wreszcie wstała i wyszła z domku, nad morzem trwała już pełnowymiarowa wodna bitwa między Harrym, Ronem, Hermioną, Nevillem i Luną. Nikt nie był bezpieczny. Ginny pisnęła, gdy nagle z czterech stron zaczęła na nią pryskać woda i teleportowała się do Harry'ego.
Harry dostrzegł ją, ale zamiast uciekać się do magii, uniósł narzeczoną i ruszył z nią na głębszą wodę. Ginny biła go po ramionach, usiłując przekonać go, by ją zostawił.
Severus, Serena, Jack i Hestia siedzieli przy porannej herbatce na werandzie domku Snape'ów i obserwowali wygłupy młodzieży.
- Dokładnie tego potrzebowali – stwierdziła Serena, przyglądając się walce z zainteresowaniem. – Przez ostatnich kilka dni Harry spał więcej, niż w poprzednich kilku tygodniach.
Uśmiechnęła się, widząc jak Ron ucieka plażą z przerażającym wrzaskiem. Po piętach deptało mu stado iluzji przedstawiających pająki wielkości dużych psów.
Walka dobiegła końca, gdy wszyscy przycisnęli Harry'ego do piachu, a Ginny zaczęła łaskotać narzeczonego w stopy.
Szkoła Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie
Glizdogon spędził kilka ostatnich dni buszując po zamku. Kilka razy musiał się ukrywać, by nie zauważył go żaden z nauczycieli. Raz nawet o mało nie wpadł na czujne spojrzenie Dumbledore'a.
Nie znalazł śladu Harry'ego Pottera, ani jakiegokolwiek treningu poza normalnymi szkolnymi lekcjami. Biegając po korytarzach czuł dziwną nostalgię i tęsknotę za czasami swojej młodości. Ale te dni już dawno odeszły i nigdy nie wrócą. Na szczycie Wieży Astronomicznej przypomniał sobie ją i poczuł dawny gniew.
Audrey Kingston. Była na tym samym roku co Peter i jego przyjaciele. Pamiętał żywo, jak bardzo zazdrościł Jamesowi i Lily. W końcu pewnego wieczoru zdesperowany zaczął rozmawiać o Audrey z Lily. Poradziła mu, że jeśli czuje coś do Audrey, powinien jej o tym wprost powiedzieć. Kiedy zrobił to właśnie tu, na szczycie Wieży Astronomicznej, dziewczyna odrzuciła go i wyśmiała. Nazwała go obrzydliwą, żałosną podróbką mężczyzny.
Kilka dni po tym wydarzeniu spotkał się z Lucjuszem Malfoyem, a po kilku tygodniach przyjął Mroczny Znak. A Audrey? Zniknęła podczas jednego z weekendów w Hogsmeade. Ale Peter znał prawdę. Podążyła z nim chętnie, gdy rzucił na nią Imperius. Wrzeszczała przez godzinę, gdy on wykorzystywał ją, a potem oddzielał jej skórę od ciała swoimi ostrymi nożami. O tak, to było słodkie wspomnienie!
Opuścił Wieżę Astronomiczną, a jego gniew zmienił się we wściekłość. Nie wiedział gdzie podziewa się Harry, ale zemści się na rodzinie Potterów. Przebiegł całą drogę do sowiarni w formie szczura. Upewnił się, że jest sam i zmienił się z powrotem w człowieka. Używając pióra i pergaminu, które zawsze znajdowało się w sowiarni, naskrobał krótką notkę. Wydobył nóż i za pomocą zaklęcia przylepca przyczepił liścik do rękojeści. Ostrożnie wybrał cel i uderzył niczym żmija.
Opuścił sowiarnię, zmienił się z powrotem w szczura i pospiesznie opuścił zamek. Do świtu pozostało zaledwie kilka godzin, więc musiał się spieszyć. Niedługo powinien się zameldować.
Grimmauld Place, poranek
Tonks zamknęła drzwi do pokoju Jasona i uśmiechnęła się. Chłopiec zrobił już wczorajsze zadania, a ona właśnie zaniosła mu świeże lekcje. Jak większość czarodziejskich dzieci, Jason był uczony przez rodziców.
Gdy wychodziła z jego pokoju, Jason właśnie bawił się lewitującą sferą, czarodziejską zabawką wymyśloną, by pomóc małym dzieciom w zrozumieniu, jak skupiać swoją magię. Kolorowa kula zmieniała kształty i kolory na podstawie poleceń dziecka. Skoro jej syn miał zajęcie, Tonks wreszcie mogła udać się na poszukiwanie zaginionego męża.
Remus wstał bladym świtem w związku z pilnym wezwaniem z Hogwartu i do tej pory nie wrócił. Początkowo zaskoczyła ją ilość wiedzy, którą posiadał jej mąż. Podejrzewała, że to on był mózgiem Huncwotów, a Syriusz i James po prostu realizowali jego plany.
Przeszukała pokój z mapą Zakonu, kuchnię i wreszcie odnalazła go w bibliotece. W pomieszczeniu panował potworny bałagan. Książki leżały rozrzucone po krzesłach i podłodze. Rozejrzała się po bibliotece i dojrzała męża przy jednym ze stołów roboczych, nachylonego nad kilkoma otwartymi książkami. Nad nimi leżały porozkładane mapy.
- Mam nadzieję, że Hermiona nie zobaczy co zrobiłeś z tym miejscem. Pewnie padłaby na zawał – Odezwała się Tonks, uśmiechając się do Remusa.
Poderwał się gwałtownie i spojrzał na nią ponuro. Mamrocząc coś pod nosem, wrócił do książek. Zatrzasnął jeden tom i rzucił go ze złością przez ramię, po czym sięgnął po następny.
Tonks widziała wszystkie sygnały ostrzegawcze. Czegokolwiek dotyczyło poranne wezwanie, jej mąż był zły… naprawdę zły. Podeszła do niego i położyła mu uspokajająco rękę na ramieniu.
- Remy, porozmawiaj ze mną. Co się stało tym razem?
Zamknął z impetem kolejną książkę i opadł ciężko na fotel. Zaczęła masować jego ramiona, starając się zmniejszyć napięcie. Po kilku minutach ujął ją za rękę i delikatnie pocałował jej dłoń. Potem ciężko westchnął.
- Tonks, masz męża idiotę. Co za głupiec ze mnie!
- Że co? Nie jesteś ani głupcem, ani idiotą – odpowiedziała rozzłoszczona. – A teraz gadaj w czym problem!
- W Hogwarcie! Stworzyłem te mapy i wszystko fajnie, ale nie wziąłem pod uwagę interferencji między tymi zaklęciami i osłonami Hogwartu! Albus skontaktował się ze mną rano przez Fiuu. Powiedział, że Pettigrew był w zamku, a nasze mapy go nie wykryły – wyznał i walnął pięścią w stół
- Remy, do niczego nie dojdziesz, gdy będziesz się wściekał. Chodź, zjedz śniadanie i uspokój się. Popracujemy nad tym później razem, dobrze?
Nagle zamrugała zdumiona. Czyżby zmieniała się w Molly Weasley? Kiedy Remus skinął głową i pozwolił wyprowadzić się z biblioteki, Tonks jedynie westchnęła.
Wielka Sala, śniadanie
Harry i jego przyjaciele zasiedli przy tym samym stole co zwykle. Byli zmęczeni, także z powodu zmiany stref czasowych, ale zadowoleni, że mogą być z powrotem w Hogwarcie. Poprzedniej nocy Harry powiedział Ginny, że ostatnia wycieczka była jednym z najwspanialszych przeżyć w jego życiu i chciałby wrócić z nią w to miejsce podczas miesiąca miodowego. Ginny była zachwycona tym pomysłem i dała mu to znać w bardzo obrazowy sposób. Zarumienił się, gdy przypomniał sobie, że obiecała zabrać na ten wyjazd całą „specjalną" bieliznę kupioną przez Remusa.
Harry rozejrzał się dyskretnie po przyjaciołach. Wszyscy wyglądali na lekko zmęczonych, a mimo to zrelaksowanych. Ron i Hermiona kłócili się o coś półgłosem. Neville i Luna rozmawiali, a Susan karmiła Blaise'a kawałkami parówek z własnego talerza. Harry nie mógł wyjść ze zdumienia widząc jakie zaszły w nich wszystkich zmiany. Zwłaszcza w Blaisie. Ponury, poważny ex-Ślizgon wciąż był poważny, ale od czasu do czasu się uśmiechał. Zdarzało mu się nawet żartować!
Harry nachylił się nad stołem.
- Słuchajcie – odezwał się, przyciągając ich uwagę. – Kiedy zacząłem chodzić do Hogwartu, kilkoro nauczycieli powiedziało mi, jak wyraźnie było widać po moich rodzicach, że bardzo się kochają. Myślę, że nasze dzieci będą słuchały o nas takich samych historii.
Susan i Hermiona zarumieniły się, Ginny ścisnęła lekko jego udo pod stołem, a Luna przechyliła głowę na bok i spojrzała na niego z namysłem.
Harry wrócił do śniadania i zaczął właśnie myśleć o tym, co ma robić na lekcji Obrony tego ranka, gdy do stolika podeszła profesor McGonagall.
- Profesorze Potter, dyrektor chciałby widzieć pana, pana i pannę Weasley oraz pannę Granger w swoim gabinecie tak szybko, jak to możliwe – oznajmiła ostro.
Harry spojrzał na pozostałą trójkę i wzruszył ramionami. Wstali, a profesor McGonagall wyprowadziła ich z Wielkiej Sali.
Hogwart, gabinet dyrektora
Od razu po wejściu do gabinetu dostrzegli ponurą minę Dumbledore'a. Obok jego biurka stał mały koszyk nakryty kawałkiem tkaniny. Po raz pierwszy nigdzie nie było widać cytrynowych dropsów.
Harry zajął miejsce wskazane przez Dumbledore'a i ku swojemu zdziwieniu poczuł, że McGonagall kładzie mu rękę na ramieniu. Chciał na nią spojrzeć, ale dyrektor zaczął mówić:
- Cieszę się, że widzę was z powrotem. Podczas waszej nieobecności mieliśmy w szkole… nieproszonego gościa. Obawiam się, że przybył on niepostrzeżenie i opuścił zamek w ten sam sposób, ale chciał nam oznajmić swoją obecność. Zostawił wiadomość – Dumbledore westchnął ciężko i przekazał Harry'emu pergamin naznaczony śladami krwi.
Potter,
Mój Pan chce, żebyś wiedział, że nie ma na świecie bezpiecznego miejsca dla Ciebie i Twoich przyjaciół. Ani Twoja ukryta kwatera główna, ani Twój dom, ani Twoja szkoła. Dorwiemy Cię.
Glizdogon
Harry przeczytał, po czym podał pergamin Ginny. Spojrzał na Dumbledore'a, który znów ciężko westchnął.
- Harry, niestety muszę ci powiedzieć, że znaleźliśmy ten pergamin na rękojeści noża dziś rano… w sowiarni.
Harry mocno złapał się podłokietników.
- Hedwiga? Gdzie ona jest? Nic jej się nie stało? – spytał zaniepokojony.
Oczy Dumbledore'a spoczęły na zakrytym koszu. Harry dojrzał to i padł na kolana, ściągając zasłonę z kosza. Jego ramiona zadrgały, gdy usiłował opanować emocje. Jedną ręką przygładził pióra swojej przyjaciółki i towarzyszki ostatnich siedmiu lat.
Ginny i Hermiona dołączyły do niego. Rudowłosa czarodziejka przytuliła się do narzeczonego, a Hermiona pokrzepiająco głaskała go po plecach. Obie wiedziały, jak mocne więzi łączyły Harry'ego i sowę.
- Harry, naprawdę bardzo mi przykro – zapewnił delikatnie Dumbledore ze łzami w oczach. – Hagrid i profesor Grubbly-Plank zrobili co w ich mocy, ale obrażenia okazały się zbyt rozległe. Więź między czarodziejem i jego chowańcem należy do najmocniejszych na świecie. Serdecznie ci współczujemy. Jeśli zachcesz, zajmę się…
- Nie! Była moją przyjaciółką. Zabiorę ją nad jezioro. Chciałaby tam spocząć – przerwał mu Harry.
Młody czarodziej delikatnie zakrył kosz, wziął go do rąk i wstał. Wyszedł z biura nie oglądając się. Zebrani spojrzeli po sobie i podążyli za Harrym.
W zacisznym miejscu w pobliżu chatki Hagrida Harry odstawił koszyk. Uniósł rękę i bezgłośnie rzucił zaklęcie. W ziemi pojawił się dół. Uklęknął przy nim, delikatnie złożył w nim koszyk i zakrył ciało przyjaciółki.
Pochylił głowę i milczał przez kilka minut. W końcu uniósł głowę, a jego oczy płonęły. Uniósł jedną dłoń nad mały grób. Po chwili pojawiła się nad nim płyta białego marmuru. Wygrawerowane na nim słowa były proste, ale niosły ogromny ładunek emocji:
Wierna Hedwiga,
Na wieczną pamięć
Nad grobem rozbłysły płomienie. Pojawił się Fawkes i zaczął krążyć nad grobem, wyśpiewując żałobną pieśń. Tam gdzie spadły jego łzy, z ziemi wyłaniały się złoto-szkarłatne kwiaty. Ich zapach podnosił na duchu.
Hermiona, która trzymała Rona za rękę, wyszeptała:
- Kwiaty Feniksów rosną tylko na ziemi skropionej łzami feniksa. Kwitną przez cały rok i są niezwykle rzadkie.
Harry obrócił się gwałtownie. Myślał, że jest sam, ale dostrzegł Ginny, Rona, Hermionę, profesor McGonagall i Dumbledore'a, stających zaledwie półtora metra od niego. Hagrid, który przyprowadził swoją klasę, by pokazać im gigantyczną ośmiornicę, stał w pobliżu z grupką pierwszaków*.
Ginny podeszła do narzeczonego i uklękła przy jego boku. Popatrzył na nią, starając się powstrzymać cisnące mu się do oczu łzy.
- Była moim drugim prawdziwym przyjacielem, po Hagridzie. I moim pierwszym prawdziwym prezentem urodzinowym… Dostałem ją od Hagrida. Były takie chwile… u Dursleyów, kiedy tylko jej obecność powstrzymywała mnie przed samobójstwem. Lądowała na moim łóżku i przytulała się do mnie. Czasami, gdy Dursleyowie mnie głodzili, przynosiła mi upolowane myszy. Obrażała się, gdy nie chciałem ich jeść – wyksztusił, po czym ze złością otarł oczy.
Ginny otoczyła go ramionami. Jej dotyk, ten gest pociechy, odarł go z resztek opanowania. Przytulił się do niej i załkał nad swoją przyjaciółką. Hagrid stał w ciszy, a po jego brodzie ściekały olbrzymie łzy. Słyszał każde słowo Harry'ego.
Klasa Hagrida stała jak wmurowana. Pierwszaki wyglądały jak zahipnotyzowane, gdy obserwowali łzy swojego ulubionego nauczyciela. Większość z nich przywiozła ze sobą do szkoły chowańce, ale nie zdążyli jeszcze nawiązać z nimi prawdziwej więzi.
Dumbledore zrobił krok naprzód i położył dłoń na ramieniu Harry'ego. Potem obrócił się do uczniów.
- Więź między czarodziejem i jego chowańcem to głęboka przyjaźń, czasem nawet miłość. To związek dalece silniejszy niż po prostu zwierzęcia i właściciela. Utrata chowańca jest niczym strata członka rodziny. Jeśli kiedyś zdołacie nawiązać ze swoim chowańcem więź równie głęboką jak profesor Potter, zrozumiecie o czym mówię i osiągniecie naprawdę coś wspaniałego – wyjaśnił cicho.
Pierwszoroczniacy pokiwali głowami, a Harry wstał i pomógł podnieść się Ginny. Hagrid podszedł do Harry'ego i mocno go uściskał, co niemal skończyło się połamaniem kilku żeber młodego czarodzieja. Gdy Hagrid go puścił, Erika i Eryk mocno uściskali swojego przyszywanego brata.
Harry otarł łzy i wraz z grupą przyjaciół odszedł od groby porośniętego kwieciem.
Uzbrojenie
Przez ostatnie pół roku Fred i George pilnie studiowali książki, które dostali od Harry'ego i Jacka. Bliźniacy, normalnie zajmujący się zabawą i dowcipami, teraz przyglądali się wynalazkom, których mugole używali do toczenia wojen.
Wskazówki Harry'ego były proste. Potrzebował urządzeń, które w jakikolwiek sposób wyeliminują szybko z walki duże grupy ludzi. Dodatkowo zdefiniował „wyeliminowanie z walki" jako niezdolność do rzucania zaklęć.
Mając te wytyczne bliźniacy z zapałem zabrali się do pracy. Niektóre, jak Grząska Pułapka czy Winorośl Wściekłości, okazały się obiecujące i mogły być użyte w obronie zamku. Inne, jak Gaz Wymiotny, były niepraktyczne. Sam gaz sprawował się dobrze, ale jeśli wiatr zawiał w nieodpowiednią stronę szybko mogło dojść do zamieszania.
Tego dnia Fred i George mieli zaplanowane spotkanie z Jackiem Parsonsem i Dumbledorem, by omówić rozmieszczenie niektórych ich wynalazków w zamku podczas bitwy.
Gdy weszli do gabinetu dyrektora, ten poprosił ich, by usiedli. Jack stanął przy oknie i oparł się o ścianę.
- Wiecie co… - zaczął Fred.
- … to pierwszy raz, kiedy… - kontynuował George.
- … tu jesteśmy nie dlatego…
- … że coś zbroiliśmy.
Jack potrząsnął głową i mruknął coś o szalonych technikach. Obaj bliźniacy spojrzeli na niego.
- O nie, szanowny panie! Zapewniam… - zaczął George.
- … że nie jesteśmy szalonymi technikami! Jesteśmy… - kontynuował Fred.
- … ich czarodziejskim odpowiednikiem! – ciągnął George.
- Szalonymi magikami!* – zawołali unisono.
Dumbledore odchrząknął, usiłując wrócić do tematu.
- Panowie, sądząc po odgłosach eksplozji i krzykach dobiegających z waszego budynku, byliście ostatnio bardzo zajęci. Czy zechcielibyście powiedzieć nam, czego dokonaliście do tej pory? – spytał Dumbledore z wesołym błyskiem w oku.
Bliźniacy popatrzyli po sobie.
- Dyrektorze, gdy rozmawialiśmy z Harrym, powiedział on nam dość wyraźnie czego mu potrzeba – zaczął George.
- Biorąc pod uwagę, że Zakazany Las otacza zamek od południa i zachodu, skupiliśmy się na wyprodukowaniu wystarczającej ilości Grząskich Pułapek, by pokryć większość granic na wschodzie i północy. To powinno znacznie utrudnić dostęp z tych kierunków – kontynuował Fred.
- Postanowiliśmy też wypuścić do Zakazanego lasu Winorośla Wściekłości i nieco mniejszą liczbę Wielkorośli – uzupełnił z dumą George.
- Wielkorośli? – spytał z ciekawością Jack.
- Znacie nasze Winorośla Wściekłości, prawda? – spytał Fred.
Jack i Dumbledore potaknęli.
- Wielkorośl to po prostu większa wersja Winorośli Wściekłości – wyjaśnił z promiennym uśmiechem George.
Dumbledore i Jack zadrżeli na samą myśl o tym wynalazku.
- Proszę się nie martwić, mają ograniczoną długość życia – uspokoił ich Fred. – Po ośmiu godzinach się dezaktywują.
- Mamy też prawie dziesięć tysięcy granatów – dodał George.
- Dalej uważam, że potrzebujemy dla nich lepszej nazwy – wymamrotał Fred, patrząc ze złością na George'a. – Powinniśmy je nazwać Hałasowybuchy czy jakoś tak.
George nie odwrócił wzroku.
- Co ty, do mnie masz pretensje? Tak nazwał je Harry – odparł.
- Musimy pamiętać, żeby nigdy już nie pozwolić Ginny na umawianie się z facetem bez wyobraźni – skonstatował Fred
- Panowie, możemy wracać do rzeczy? – spytał Dumbledore z wysiłkiem. Jack nie wiedział, czy powinien się śmiać czy udusić bliźniaków.
Obaj obrócili się do Dumbledore'a. Wydawali się zdenerwowani.
- Wie pan, dyrektorze, chodzi o wirusa różdżkowego Hermiony – powiedział zawstydzony George. – Próbowaliśmy wszystkiego co nam przyszło do głowy, ale nie jesteśmy w stanie ograniczyć jego efektów. Jego użycie jest po prostu zbyt niebezpieczne, póki nie będziemy mieli większej ilości adeptów magii bezróżdżkowej.
A, więc w tym jest problem. Są zdenerwowani, bo myślą, ze zawiedli, pomyślał Dumbledore. Pokiwał z namysłem głową.
- Podejrzewałem, że tak może być. Nie gryźcie się tym, panowie. Wasza praca znacząco przewyższyła to, czego się można było spodziewać na podstawie waszych szkolnych ocen. Gdybym nie wiedział lepiej, mógłbym podejrzewać, że celowo zawaliliście egzaminy – dodał z uśmiechem i błyskiem w oku.
Obaj młodzi mężczyźni spojrzeli zawstydzeni w podłogę.
- Kiedy możecie zacząć instalować Grząskie Pułapki? – wtrącił się Jack. – Ile czasu będziecie potrzebować?
- A, z tym nie ma problemu. Możemy zacząć pierwszego kwietnia. Zajmie nam to tylko dwa dni – odpowiedział George.
- Tak, dość łatwo je rozmieścić. Możemy je aktywować zaklęciem z Uzbrojenia albo innego miejsca, jak tylko zacnie się walka – dodał Fred.
Jack uśmiechnął się ponuro.
- To dobrze. Siądziemy z Hestią i Ronem, żeby dostosować nasze plany – powiedział.
- Pójdziemy z panem! – zawołał Fred.
- Nie droczyliśmy się z Ronusiem… - kontynuował George.
- … odkąd oświadczył się Hermionie! – skonkludował Fred.
Obaj Weasleyowie pomachali Dumbledore'owi, zerwali się z miejsc i wyszli za Jackiem z biura dyrektora.
Spotkanie o północy
Cisza nocna trwała w najlepsze, gdy Wan Chang opuściła Skrzydło Szpitalne. Pomagała Madam Pomfrey przy pierwszaku, który miał wypadek na miotle. Została tak długo, bo chłopiec był przerażony. Pochodził z rodziny mugoli i nie miał pojęcia o czarodziejskiej medycynie.
Madam Pomfrey była bardzo zadowolona z postępów poczynionych przez Chang, choć jej burkliwy stosunek do dziewczyny nie zmienił się zbytnio. Wan nie przejmowała się tym. Mogła pomagać i spłacać dług, który jej zdaniem zaciągnęła wobec społeczności szkoły.
Ten dług ciążył jej bardzo, gdy wracała powoli do Pokoju Wspólnego. Wiedziała, że nie zobaczy tam wielu przyjaznych twarzy, ale trzymała się dzielnie. Niech myślą sobie co chcą. Ja zrobię co w mojej mocy, by się zrehabilitować.
Nagle ktoś złapał ją za szyję, a na jej ustach zacisnęła się dłoń tłumiąca jej krzyk.
- Jeśli nie jesteś z nami, to jesteś przeciwko nam, Chang – warknął jej do ucha jakiś ochrypły głos, którego nie rozpoznała. – Pieprzony kochaś mugoli!
Ciemna, zakapturzona postać stanęła przed nią. Oczy wyszły jej z orbit, gdy ujrzała różdżkę celującą w jej brzuch.
- Interficio torque – syknął napastnik.
Ku jej zaskoczeniu nic nie poczuła. Ktoś potężnie uderzył ją w żołądek. Powietrze uleciało jej z płuc, a napastnicy ją puścili. Osunęła się na kolana. Wówczas ktoś złapał ją za gardło od tyłu. Usiłowała się wyrwać, ale okazała się za słaba. Zaczęła tracić przytomność, gdy nagle ręce zniknęły, a napastnicy uciekli.
Zaczęła się podnosić, ale gdy nagle poczuła efekt klątwy, zwinęła się w pół. Jęknęła i runęła na bok, zwijając się ciasno, jednak nie powstrzymało to ognia płonącego w jej wnętrznościach.
Pokój Wspólny
Harry siedział przy stoliku w spokojnym kącie i uczył się. Powrót do rytmu pracy i nauki po śmierci Hedwigi zajął mu kilka dni. Wciąż go to bolało, ale jego przyjaciele zawsze byli w pobliżu, gotowi podnieść go na duchu. Miał właśnie zamknąć książkę i wyjąć szkicownik, gdy na jego ramieniu spoczęła czyjaś dłoń. Uniósł głowę i ujrzał Blaise'a.
- Harry, musimy pogadać.
Harry skinął głową i odłożył książkę na stół. Odszedł z Blaisem na bok i konferował przez chwilę na jednej z kanap. Po kilku minutach wrócił do swoich przyjaciół.
- Idę z Blaisem do Skrzydła Szpitalnego – oznajmił. – Wrócę jak tylko będę mógł.
Wszyscy spojrzeli na niego z troską.
- Idę z tobę – oznajmiła stanowczo Ginny. Harry zastanowił się, ale skinął potakująco głową. Widział, że Ginny usłucha jego polecenia pozostania równie chętnie, co Słońce, gdyby zakazał mu wschodzenia.
Podczas drogi do Skrzydła Szpitalnego, Blaise podzielił się z nimi szczegółowymi informacjami:
- Jeden z naszych patroli znalazł Wan leżącą na korytarzu. Została zaatakowana. Ktokolwiek to zrobił, był mocno zdeterminowany, by zrobić jej krzywdę. Została przeklęta, prawdopodobnie Klątwą Płonących Wnętrzności i ktoś próbował ją udusić. Madam Pomfrey zdołała odczynić klątwę, ale niewiele może poradzić na już poczynione obrażenia.
Harry i Ginny weszli do szpitala. Zatrzymali się, widząc Madam Pomfrey i Dumbledore'a siedzącego przy łóżku dziewczyny. Jej twarz przybrała kolor popiołu, oddychała płytko i powoli. Harry zbliżył się do jej łóżka.
Madam Pomfrey podniosła na niego oczy z nietypowym wyrazem nadziei.
- Co z nią? – spytał Harry, bojąc się odpowiedzi, której się spodziewał.
- Jej czas się kończy – odpowiedział Dumbledore, nawet nie parząc na młodego czarodzieja. – Klątwa wywołała za dużo uszkodzeń, byśmy mogli je naprawić. To nie potrwa długo. Będę z nią siedział do końca. Nie powinna być sama, gdy nadejdzie ta chwila – zakończył ciężko.
Ginny usiadła obok Dumbledore'a i położyła mu rękę na ramieniu.
- Ma pan rację, nie powinna. Zostaniemy tu razem z panem – zapewniła cicho. Dumbledore skinął głową z wdzięcznością.
Madam Pomfrey podeszła do Harry'ego i złapała go za rękę, patrząc na niego błagalnie. Harry zamknął oczy, starając się zablokować to pełne smutku spojrzenie.
Nie może mnie o to prosić, złościł się w duchu. Wan! Po wszystkim co zrobiła! Jak mógłbym interweniować? Czy ona naprawdę odwróciła się od ciemności? Czy ktoś w ogóle wie ile by mnie to kosztowało? Ale Madam Pomfrey nie prosiłaby, gdyby w nią nie wierzyła. NA MERLINA! Co mam zrobić?
Harry poczuł, jak narasta w nim pieść feniksa, uspokajając go i rozwiewając jego wątpliwości. Kiedy podjął decyzję, nagle poczuł nagły przypływ krzepiącego ciepła w wisiorku. Chwilę później wzbił się w powietrze. Madam Pomfrey zrobiła kilka kroków w tył. Jeszcze przed chwilą trzymała Harry'ego za rękę, a teraz po Skrzydle Szpitalnym krążył czarny feniks. Poczuła nadzieję, po raz pierwszy od godziny.
Skrzydło okrążył pomieszczenie kilka razy, z każdym kółkiem nabierając prędkości. Krzyczał za każdym razem, gdy przelatywał nad Wan i oszołomionym Dumbledorem. Blaise, myśląc że coś jest nie tak, opuścił swój posterunek przed drzwiami szpitala i wszedł do środka. Stanął jak wryty, bo dokładnie w tej samej chwili Skrzydło wrzasnął i zanurkował w stronę Wan Chang z wyciągniętymi szponami.
Skrzydło uderzył, wyrywając ogromną ranę w brzuchu Wan. Ponownie zerwał się do lotu, okrążył raz łózko i wylądował przy bladej, umierającej dziewczynie.
Madam Pomfrey aż sapnęła, widząc śmiertelną ranę zadaną przez feniksa i ruszyła, by ją uzdrowić, jednak Dumbledore zerwał się z miejsca i powstrzymał ją. Pielęgniarka szarpała się w jego ramionach, niezdolna zrozumieć co się dzieje.
Wan otworzyła oczy i westchnęła, czując jak życie dosłownie wylewa się z jej ciała. Jej oczy zaszły mgłą i nie spostrzegła siedzącego u jej boku feniksa.
Skrzydło przechylił głowę i przyjrzał się leżącej przed nim bladej dziewczynie. Po czym skłonił głowę i zapłakał nad jej raną.
W powietrzu pojawiły się płomienie. To Fawkes i kilkunastu jego pobratymców pojawili się w Sali. Ptaki wielkości łabędzi przysiadały na każdej wolnej przestrzeni, którą znalazły, wyśpiewując żałobną pieśń, szarpiącą serca wszystkich obecnych.
Skrzydło płakał nad Wan Chang, a jego łzy spływały do rany, tamując krwawienie, naprawiając co uszkodzone i gojąc efekty szponów i klątwy. Płakał nad wszystkimi, którzy odwrócili się od światła.
Po chwili Wan zorientowała się, że odzyskuje przytomność. Ustąpiła bladość jej skóry, a rana kompletnie się zamknęła. Spojrzała na swój brzuch, a potem na dużego ptaka koło niej. Wyciągnęła rękę i pogłaskała jego pióra.
Skrzydło uniósł wzrok, a pieśń feniksów rozbrzmiała nowymi tonami – ekscytacji i pochwały. Czarny feniks zerwał się do klotu i poszybował na środek szpitala, gdzie między dwoma rzędami łóżek znów zmienił się w człowieka. Pieśń pozostałych ptaków przybrała na sile, rezonując i wypełniając cały Hogwart.
Harry opadł na kolana, czując jak wzbiera w nim magia. Jego ciało spowiła intensywna poświata.
Uleczenie wroga to ostateczny akt miłości, Pisklę. Jesteś godzien bycia przyjacielem feniksów.
Słowa te odbiły się echem w umyśle Harry'ego, który zaskoczony uniósł wzrok na feniksy. Nigdy wcześniej nie zdarzyło mu się słyszeć mowy feniksa, gdy był w ludzkiej postaci. Skinął głową Fawkesowi i pozostałym. Pieśń ucichła i wielkie ptaki jeden po drugim znikały w kuli ognia.
Harry skoncentrował się na moment i wygasił nieco swoją moc, by już więcej nie świecić. Wstał i spojrzał w twarz uśmiechniętemu szeroko Dumbledore'owi. Madam Pomfrey podbiegła, by zbadać Wan. Ginny podeszła do Harry'ego, który objął swoją narzeczoną.
- Mój chłopcze, myślę, że James i Lily byliby dziś z ciebie co najmniej równie dumni jak ja – powiedział Dumbledore.
Ginny przytuliła się mocno do Harry'ego.
- Jak się czujesz? – spytała.
Spojrzał na nią i uśmiechnął się.
- W porządku. Czuję się spokojny i wypoczęty, ale jednocześnie trochę dziwnie. Słyszałem co mówi do mnie Fawkes, mimo że nie byłem pod postacią feniksa – wyznał jej cicho.
Tymczasem Madam Pomfrey wyprostowała i się i odetchnęła z ulgą.
- Po prostu śpi, Albusie. Wszystkie pozostałości klątwy zniknęły – powiedziała, uśmiechając się do Harry'ego z wdzięcznością.
Dumbledore przyjrzał się Wan.
- W takim razie zostawię ją w twoich kompetentnych rękach, Poppy. Harry, odprowadzę ciebie i twoich przyjaciół do pokoju Wspólnego. Podejrzewam, że panna Chang będzie chciała z tobą porozmawiać.
Po powrocie do pokoju Wspólnego Harry zorientował się, że nadzwyczaj duża grupa ludzi jeszcze nie poszła spać. Ron i Hermiona spojrzeli na niego z ciekawością z kanapy, na której siedzieli.
Harry wzruszył ramionami i powiedział:
- Wan Chang została zaatakowana, ale wyliże się. Madam Pomfrey wypuści ją zapewne w okolicach jutrzejszego śniadania albo obiadu.
Harry powiedział to bardzo głośno i nie zaskoczyło go, gdy poziom hałasu w Pokoju Wspólnym spadł do zera. Wszyscy go usłyszeli, dokładnie tak, jak planował.
Skrzydło szpitalne, Hogwart, następny poranek
Wan Chang zamrugała kilka razy, przeciągnęła się i zamarła. To nie było jej łózko! Przerażona zerwała się i rozejrzała szaleńczo. Odprężyła się dopiero, gdy dojrzała zmierzającą w jej stronę Madam Pomfrey.
- Obudziłaś się, panno Chang? Muszę powiedzieć, że wyglądasz zdecydowanie lepiej niż dziś w nocy – burknęła Madam Pomfrey swoim typowym, oschłym tonem.
- Co ja tu robię? – spytała Wan.
- Wan, zostałaś zaatakowana wczoraj późnym wieczorem. Umarłabyś, gdyby nie działania, które przedsięwziął profesor Potter – odparła pielęgniarka.
- P… P… Potter mnie wyleczył? – wyjąkała dziewczyna w odpowiedzi.
Madam Pomfrey skinęła głową.
- Zastanów się nad tym, Wan. Nie jestem pewna, czy ktoś z twoich dawnych przyjaciół byłby taki hojny – powiedziała nieco delikatniej. – Niemniej jednak zbadałam cię i możesz wracać na lekcje. Przyniosłam dla ciebie ubrania.
- Dziękuję, Madam Pomfrey.
Obserwacje i oczekiwanie
Od incydentu z Wan Harry był znacznie spokojniejszy. Spał lepiej, a jego koszmary, choć wciąż częste, zmieniły się. Stały się niewyraźne, odległe i brak im było ładunku emocjonalnego. Harry bardzo się z tego cieszył.
Pod koniec lutego Wan dostarczyła Blaise'owi listę nazwisk. Nie mogli jednak nic zrobić z tymi osobami, chyba że złapaliby je na gorącym uczynku. Harry kazał ich obserwować, ale wiedział, że nie jest w stanie działać, jeśli nie zaatakują innego ucznia.
Jack spędzał kilka godzin w tygodniu ucząc Harry'ego podstaw posługiwania się mieczem. Co prawda mieczy nie uznawano już za broń do prowadzenia wojen, ale Jack zainteresował się nimi przy okazji treningu sztuk walki. Podobnie jak w przypadku wcześniejszego treningu Harry'ego w walce wręcz, nikt nie spodziewał się, że Harry i Voldemort spotkają się na polu bitwy w pojedynku na miecze. Skoro jednak Harry wiedział, że miecz odegra integralną rolę w ostatniej bitwie, Jack chciał, by młody czarodziej potrafił się posłużyć bronią białą bez odcinania sobie stopy.
W międzyczasie Harry naszkicował chyba setkę wersji tego, co chciał dodać do miecza. Czas był kluczem. Dodatek obejmował Kamień Dusz, co oznaczało, że miecza nie można przygotować zbyt wcześnie.
Wiki przybywa do miasta
Wiktor Krum wkroczył do miasta utykając na jedną nogę. Większość jego sińców już zniknęła, ale wciąż jeszcze nie doszedł całkiem do siebie. Zameldował się w jednoosobowym pokoju, oznajmił Aberforthowi, że będzie u niego tydzień i zapłacił z góry za cały pobyt.
Aberforth, przytłoczony dużą liczbą klientów i podobno nie do końca zdrowy na umyśle, nie zwrócił uwagi na delikatne pulsowanie detektora mrocznego znaku. Później tego samego dnia jego kryształ uległ zniszczeniu, gdy przypadkowo upuścił na niego skrzynkę piwa kremowego.
Hogwart, gabinet dyrektora
Rozległo się pukanie do drzwi. Ku zaskoczeniu Dumbledore'a nałożone na jego gabinet osłony nie poinformowały go, że ktoś się zbliża.
- Proszę – zawołał w odpowiedzi na pukanie.
Jego zaskoczenie wzrosło, gdy do środka wkroczył Harry Potter. Przecież od początku roku utrzymywał na młodym czarodzieju i kilku innych uczniach zaklęcia śledzące. A jednak nic nie poinformowało go o zbliżaniu się profesora asystenta.
- Profesorze, martwię się kilkoma rzeczami – zagaił Harry, zajmując miejsce. – Dla wielu z nas ten rok szkolny był daleki od normalności. Lekcje i czas przeznaczony na naukę często kolidowały z innymi obowiązkami. Nadchodzi ostatnia bitwa. Nauczyciele i uczniowie zostaną ranni, niektórzy mogą zginąć. Naiwnością byłoby myślenie, że nie poniesiemy strat. Ale co potem? Możemy mieć uczniów, którzy nie zdołają podejść do egzaminów z powodu obrażeń.
- Masz rację. Przyznam, że sam się o to martwiłem. Rozmawiałem w tej sprawie z Radą Nadzorczą i Ministerstwem. Obecnie rozważają dwa możliwe sposoby działania. Albo wszyscy powtórzą rok, albo wydłużymy semestr o miesiąc lub dwa, by zadośćuczynić za stracony czas. Uważam, że wydłużenie roku szkolnego będzie adekwatnym działaniem, ale Rada Nadzorcza musi rozważyć wszystkie opcje – odpowiedział Dumbledore.
- Owszem, ale co z rannymi uczniami? – spytał Harry.
Obaj mężczyźni się skrzywili. Wiedzieli, że podczas bitwy o Hogsmeade mieli masę szczęścia. Jedynie sześcioro uczniów odniosło rany, a z nich tylko jeden ciężkie. Tym razem będzie znacznie gorzej i obaj zdawali sobie z tego sprawę. Dumbledore westchnął, a błysk w jego oku przygasł.
- Obawiam się, że słusznie się o to martwisz – przyznał. – Ale zarówno Rada jak i Ministerstwo zostali poinformowani, że może zaistnieć potrzeba indywidualnego toku nauki dla uczniów przechodzących rekonwalescencję. Ministerstwo zapewniło mnie, że uczniowie potrzebujący dodatkowego czasu będą zdawali SUMy i Owutemy indywidualnie, w wyznaczonych dla nich terminach. Rozmawiałem też z nauczycielami i wszyscy zgodzili się zapewnić potrzebującym uczniom indywidualne lekcje.
Harry skinął głową i postanowił podnieść temat, który dręczył go już od dłuższego czasu.
- Albusie – zaczął, ignorując zaskoczoną minę dyrektora. – Jest jeszcze jedna niesprawiedliwość, którą musisz naprawić. Coś, co pozostawało bez sprawiedliwego rozstrzygnięcia zdecydowanie za długo.
Dumbledore zaczął się niespokojnie zastanawiać, zaalarmowany twardym tonem Harry'ego. Niesprawiedliwość? Względem kogo? Nie mówi chyba o Wan Chang.
- Niesprawiedliwość? Względem kogo? – zapytał na głos.
- Dyrektorze, obaj wiemy, kto otworzył Komnatę Tajemnic wiele lat temu.
Dumbledore skinął głową.
- Owszem, Harry. Ale dalej nie wiem do czego zmierzasz.
- Do Hagrida! Musisz wydać zarządzenie o cofnięciu relegacji z listy uczniów i kupić mu nową różdżkę. Wszyscy wiedzą, że Hagrid ma resztki swojej starej różdżki w tym swoich śmiesznym parasolu. I będzie potrzebował korepetycji, by wyrównać poziom jego wiedzy do pozostałych siódmoroczniaków.
Dumbledore zamrugał zdumiony. Tego się nie spodziewał.
- W porządku, Harry. Ale to ty mu o tym powiesz – odpowiedział, a pod jego brodą powoli zaczynał rysować się szeroki uśmiech.
Harry się skrzywił. Naprawdę lubił Hagrida, ale półolbrzym czasami bywał zbyt emocjonalny.
- Właściwie pomyślałem sobie, ze lepiej żeby to wyszło od ciebie. Jesteś jego idolem – odciął się z uśmiechem.
Przez moment obaj czarodzieje patrzyli na siebie w milczeniu, w końcu wybuchnęli śmiechem. Obaj bardzo lubili Hagrida, ale wiedzieli, że osoba, która dostarczy mu tę wiadomość, stanie w obliczu długiego, bolesnego uścisku i wiadra łez. Ostatecznie zgodzili się, że poczekają na skompletowanie wszystkich papierów i wtedy powiedzą mu wspólnie.
Plany i pomysły
- Ginny, mogę ci zająć chwilkę?
Ginny uniosła oczy znad książki i ujrzała Hermionę stojącą przy jej łóżku. Widząc diabelski uśmiech starszej czarodziejki, odłożyła książkę.
- Jasne, co jest?
Hermiona usiadła na jej łóżku i zaciągnęła zasłony. Potem wyciągnęła różdżkę i otoczyła je zaklęciem ciszy.
- Potrzebuję twojej pomocy. Chcę odpłacić Fredowi i George'owi za ich mały numer.
Ginny wyszczerzyła się od ucha do ucha.
- Musisz przyznać, to było naprawdę zabawne.
- Może dla was. Ale to nie na twój widok wszyscy chichoczą jak głupi. I chciałabym ci przypomnieć, że pomogłam, gdy miałaś problemy z Harrym w lecie! – powiedziała Hermiona, zerkając na przyjaciółkę spode łba.
- Racja – przyznała Ginny, marszcząc brwi na samo wspomnienie. – To co masz w planach?
- Właśnie z tym mam problem. Każdy mój pomysł prowadzi do poważnych okaleczeń albo utraty kończyn. Chcę spłatać im figla, a nie zrobić krzywdę. No dobra, odrobina bólu też może być.
Ginny otworzyła swoją torbę i wydobyła pióro i pergamin.
- W porządku, popracujmy nad pomysłami – zaproponowała.
Zemsta jest słodka
W południe bliźniacy Weasleyowie siedzieli w laboratorium w budynku Uzbrojenia. Kociołki wszystkich kształtów i rozmiarów chlupotały i bulgotały, podczas gdy oni jeszcze raz przeglądali notatki, by opóźnić nieco czas wybuchu ich eliksiru granatnikowego. Co prawda wysadzanie ich żelaznych rur, pełniących funkcję wyrzutni, było całkiem zabawne, ale nie do końca o to im chodziło.
Nagle laboratorium wstrząsnęła eksplozja, przerywając zażartą dyskusję na temat ilości płynu z rogu buchorożca, której należało użyć. Kiedy dym nieco się rozwiał, obaj czarodzieje zaczęli sprawdzać kolejne mikstury, szukając uszkodzeń. Nic nie znaleźli, więc zbadali resztę laboratorium.
- Nic – stwierdził zdumiony Fred.
George wzruszył ramionami.
- Dziwne. Nie ma tu nic, co mogłoby się tak zachować. To nie mógł być płyn z buchorożca, jest zabezpieczony w biurze na górze.
- Wszystkie materiały wybuchowe są zabezpieczone – dodał Fred, wracając do stołu roboczego. – Dostaliśmy nauczkę, gdy wysadziliśmy szopę taty po naszym piątym roku.
- Nawet mi nie przypominaj – skrzywił się George i dołączył do brata przy stole. – Mama była na nas wściekła jeszcze przez kilka tygodni.
- Ale nie tak wściekła jak wtedy, gdy odkryła, że wypróbowujesz zaklęcie golące na kocie w ostatnie Boże Narodzenie – przypomniał mu ze śmiechem Fred.
- Już prawie skończyłem. To nie moja wina, że kot się ruszył. Poza tym odrosły jej brwi, prawda? – bronił się George.
- Nie wiem tylko czemu mama wściekła się też na mnie – burknął Fred, sięgając po pióro. – Wyjątkowo byłem niewinny.
George parsknął i wrócił do czytania notatek. Nawet nie zauważył, gdy Fred po raz pierwszy upuścił pióra. Jednak gdy zrobił to po raz drugi, zmarszczył brwi i spojrzał na brata.
- Co jest? – spytał Freda, widząc szok na jego twarzy. – Co się stało?
- Patrz! – zawołał Fred, wyciągając dłonie.
- Piękne łapki, Fred. Ale ja też mam dwie, zupełnie jak ty.
- Patrz na moje kciuki.
- Co z nimi?
- Są odwrócone, palancie! – wrzasnął Fred. – Próbowałem podnieść pióro, żeby coś zanotować i nie mogłem go utrzymać.
George złapał jedną z dłoni brata i przyłożył ją do własnej. Oczywiście wyglądały identycznie.
- Braciszku, chyba zaczynasz świrować. Twoje kciuki wyglądają zupełnie jak moje.
- Naprawdę? No to weź pióro i napisz coś.
Mamrocząc coś o oparach eliksirów i uszkodzeniach tkanki mózgowej George podniósł pióro… które momentalnie wypadło mu z ręki. Zmarszczył brwi, sięgnął po nie ponownie i znów upuścił.
Uniósł ręce do oczu, gapiąc się na nie z coraz większym przerażeniem.
- Coś ty narobił? – wyszeptał.
- Ja? – pisnął Fred. – Cały dzień byłem tu z tobą. Kiedy miałbym mieć czas, żeby cokolwiek zrobić?
- Poczekaj, poczekaj – rzekł George. – Eksplozja, dym? Chcesz się założyć, że to kolejny psikus staruszka Remusa?
- No jasne, Remus! Chodź, skontaktujemy się z nim przez Fiuu.
Po kilku frustrujących minutach, spędzonych na próbach skorzystania z proszku Fiuu bez użycia kciuków, głowa Remusa pojawiła się w ich kominku. Ze śmiechem poinformował ich, że nie jest odpowiedzialny za ich obecny problem i, z tego co wiedział, także pozostali Huncwoci byli niewinni.
Kiedy Zgredek dostarczył im tacę z obiadem, znalazł dwóch zdołowanych, ale głodnych młodych czarodziejów. Zostawił im jedzenie i zniknął z cichym pyknięciem. Fred uniósł pokrywkę z pojemnika i jęknął.
- Jakby nie można było nam podać zupy jakiegoś innego dnia! – zawołał George, patrząc wściekle na swoją tacę.
Gdy Fred był po raz trzeci zmuszony do wyławiania łyżki ze swojej zupy, stracił cierpliwość i warknął:
- Mamy tu nie ma, więc na nas nie nakrzyczy, a ja jestem głodny.
Ostrożnie podniósł miskę, zbliżył do ust i wypił łapczywie, ciepły płyn ściekał mu z kącików ust.
George wzruszył ramionami i podążył za przykładem brata.
Hogwart, Wielka Sala, pora obiadu
- Pierwsza powinna już zadziałać – szepnęła Hermiona do Ginny.
- Mają przed sobą ciężki dzień – odpowiedziała cicho Ginny, patrząc w talerz, by ukryć uśmiech.
- Co wy tak do siebie szepczecie? – spytał podejrzliwie Ron.
- Nic – odpowiedziały chórem, z miną wyrażającą kompletną niewinność.
- Przerażacie mnie, kiedy tak się zachowujecie. Naprawdę. Powiedzcie mi tylko: jestem w tarapatach? – spytał nerwowo Ron.
- A powinieneś być? – skontrowała Hermiona, unosząc brew.
- Nie ma mowy, nie odpowiem na to pytanie! – zawołał Ron i przytomnie wrócił do posiłku.
Harry spojrzał Ginny głęboko w oczy. Po chwili jego brwi powędrowały do góry, a on zachichotał.
„Nie szukaj" wysłała mu za pomocą Legilimencji.
„To przestań wyglądać na taką, co coś zbroiła" odpowiedział z szerokim uśmiechem.
„Nie powiesz?" błagała.
„Nie powiem" zapewnił, ściskając lekko jej dłoń pod stołem.
Na miłość Snape'a
Bliźniacy starannie zamknęli laboratorium i udali się do prywatnych pokojów. Godzinę po obiedzie ich kciuki wrócili do normy i byli w stanie kontynuować normalną pracę. Jak na psotę nie było to specjalnie ciężkie i czuli ulgę, że wymigali się tak łatwo. To jednak nie oznaczało, ze osoba odpowiedzialna za to mogła czuć się bezpiecznie. Mieli poważny zamiar odkrycia sprawcy i uczynienia jego życia bardzo interesującym przez kilka kolejnych dni.
Wyszli z Uzbrojenia i ruszyli do zamku.
- Eeee, Fred? Chyba mieliśmy iść do naszych pokoi? – spytał George, gdy minęli bramę wejściową.
- Tak mi się wydawało – potwierdził zdumiony Fred.
- Chyba nie ma to znaczenia. Możemy tu zjeść kolację i zaplanować zemstę trochę później.
- W porządku. Znajdźmy Harry'ego i resztę. Skoro już tu jesteśmy, możemy dać im znać jak idą nasze badania.
Gdy weszli do Wielkiej Sali, zauważyli Harry'ego i ruszyli w jego kierunku. Przy stoliku siedziało kilka par, ale pozostały dwa wolne miejsca. Luna, Neville, Ron, Hermiona, Harry, Ginny, Serena i Severus spojrzeli na zbliżający się duet.
Zanim jednak zdążyli dojść do stolika, rozległ się kolejny wybuch i obaj młodzi mężczyźni zostali spowici ciemnym dymem. W Wielkiej Sali rozległo się kilka zdławionych okrzyków i wszyscy obrócili się, by spojrzeć na zamieszanie. Kiedy dym się rozwiał, zapadła cisza.
Bliźniacy rozejrzeli się zmieszani. Kiedy usłyszeli chichoty, a potem głośny śmiech, spojrzeli po sobie i nie mogli uwierzyć własnym oczom.
Zamiast gładkich czarnych szat każdy z nich był odziany w rajstopy, kryzy, sandały na szpilkach i mieszki*.
- Mieszki okazały się dobrym pomysłem – zauważyła Ginny z kamienną twarzą.
- Pomyślałam, że mogą się sprawdzić – przyznała Hermiona z szerokim uśmiechem.
Sandały na szpilkach spowodowały moment niepewności, gdy bliźniacy chwiali się, bliscy wywrócenia na Harry'ego.
- Ty to zrobiłeś? – spytał George, patrząc wściekle w zielone oczy.
- Niewinny – odparł Harry, dusząc się ze śmiechu.
- Ej, chłopaki, nie wiedziałem, że lubicie mieszki – powiedział Ron, ocierając łzy wesołości z twarzy.
- Zamknij się, Ronuś! – warknęli obaj bliźniacy.
- Gdzie jest Colin i jego aparat jak go człowiek potrzebuje? – spytał pękający ze śmiechu Neville, który opierał się o Lunę.
- Za nimi – odpowiedziała Luna, chichocząc.
Bliźniacy odwrócili się gwałtownie, mało nie wywracając się na szpilkach. Złapali się nawzajem dla ustabilizowania i spojrzeli w samą porę, by Colin zdążył zrobić kilka dobrych zdjęć i uciec na pełnej prędkości.
- Wracaj tu! – wrzasnął Fred.
- Nie wiem czemu jesteście tacy zdenerwowani. Pasuje wam ta nowa garderoba – dobiegł z boku zjadliwy komentarz.
Bliźniacy obrócili się jeszcze raz, tym razem ostrożnie i ujrzeli pogardliwy uśmiech Severusa Snape'a.
- No to jedziemy – szepnęła Hermiona do Ginny.
George podszedł chwiejnie do stołu i runął na kolana przed zaskoczonym nauczycielem Obrony. Wyciągnął różdżkę, wyczarował różę i wręczył ją Snape'owi, jednocześnie recytując ze smutkiem:
Jakiego nigdy tu nie oglądali
Ludzie, kwiat piękny był mi darowany.
Ale nie wziąłem go, poszedłem dalej,
„Mam — powiedziałem — piękny krzew różany."
A kiedy w tamte, gdzie kwitnie krzew, strony
Wróciłem, czule wodę mu przynosząc,
On się odwracał, jakby obrażony,
I kolce tylko były mą rozkoszą.*
- Co ty wyrabiasz? – syknął ze złością Snape, podczas gdy zgromadzeni w Sali wyli ze śmiechu.
- No nie wiem Severusie, mi się tam nawet podoba – zauważyła Serena, powstrzymując śmiech ze wszystkich sił.
- To nie jest śmieszne, kobieto! – warknął na nią.
Nie chcąc dać się pokonać, Fred odepchnął George'a i z szerokim uśmiechem padł na kolana przed Severusem. Wyczarował bombonierkę, wręczył ją patrzącemu wściekle mężczyźnie i rozłożył szeroko ramiona, deklamując z pasją:
„Zasypiam przy Tobie i budzę przy Tobie,
A jednak jesteś daleka.
Wypełniam ramiona myślami o Tobie,
Lecz tylko pustka w nich czeka.
Twój wzrok na mnie spoczywa,
choć dojrzeć Cię nie podołam.
Ma twarz do twojej się zbliża,
Z rana, w południe, z wieczora.*
Kiedy Severus chciał wstać, Serena złapała go za nadgarstek.
- Na pewno chcesz, żeby ta dwójka biegała za tobą po korytarzach? – spytała, tłumiąc chichot.
Severus spojrzał na nią z wściekłością, a obaj bliźniacy błyskawicznie wdrapali się na stół, skąd patrzyli z uwielbieniem na nauczyciela, który niegdyś budził w nich przerażenie, ignorując dobiegające zewsząd śmiechy i okrzyki.
- Gdzieś ty znalazła te wiersze? – spytała Ginny, trzymając się za boki.
- W książce, gdzie indziej? – odparła z dumą Hermiona.
- A czemu Snape? – spytał cicho Ginny, wciąż chichocząc. – Czemu nie Dumbledore?
- Uznałam, że to sposób na upieczenie dwóch pieczeni na jednym ogniu. Przez pięć lat Snape był sukinsynem i wyzywał mnie od kujonek. Czemu miałabym się nie zemścić na nim przy okazji? Poza tym Dumbledore po prostu dobrze by się bawił. Tylko na niego popatrz.
Ginny zerknęła na dyrektora, który siedział na fotelu i rechotał równie mocno jak uczniowie.
Harry popatrzył na dwóch mężczyzn stojących na stole. Przechylił głowę na jedną stronę i przyjrzał się im z namysłem. Mamrotał coś chwilę pod nosem, po czym oparł się zadowolony z szerokim uśmiechem.
- A oto ostatni wiersz – mruknęła Hermiona do Ginny.
Na oczach całej Wielkiej Sali bliźniacy otworzyli usta… i zamarli. Hermiona zmarszczyła brwi. Następny wiersz powinien się już zacząć. Ale zamiast namiętnie recytować kolejne wersy, bliźniacy wpatrywali się tępo w Severusa.
Potem powoli ich stroje zaczęły znikać, a na ich miejsce pojawiły się różowe sukieneczki, białe rajtuzy, jedwabne wsuwane butki i różowe, szpiczaste kapelusze. Na ich plecach wyrosły małe, przezroczyste skrzydełka. Obaj bliźniacy ujęli swoje różdżki, zakończone gwiazdkami i zerwali się do lotu.
Tłum gapił się niepewnie na nową wizję, tymczasem od strony krążących nad Salą bliźniaków dobiegła delikatna melodia. Kiedy przelatywali nad Dumbledorem machnęli różdżkami i z każdego stołu w pomieszczeniu wystrzeliła fontanna.
Harry ześliznął się na podłogę i zanurkował pod blat, gdy potoki cytrynowych dropsów zaczęły zalewać zgromadzonych. Ginny pisnęła i zanurkowała obok niego. Po chwili szybko dołączyli do nich pozostali. Nauczyciele i uczniowie robili co w ich mocy, by znaleźć jakąś osłonę. Dumbledore, nie mogący się ruszać ze śmiechu, został odciągnięty w bezpieczne miejsce przez grupkę trzecioklasistów.
Hermiona została na swoim krześle. Ginny wyłoniła się spod stołu, by wciągnąć przyjaciółkę ale zatrzymał ją niezwykły widok. Starsza czarodziejka trzymała się za głowę i waliła nią z całej siły o stół.
- Hermiona! – krzyknęła Ginny, starając się przekrzyczeć ryk opadających cytrynowych dropsów.
Gdy przyjaciółka nie odpowiedziała, Ginny złapała ją i ściągnęła w dół. Ignorując śmiech pozostałych, zaczęła delikatnie wyławiać z puszystych włosów brunetki kolejne zaplątane cukierki. Potem spojrzała na resztę zgromadzonych pod stołem. Tylko Harry się nie śmiał. Zamiast tego z dumą rozglądał się po Sali.
„Harry, ty to zrobiłeś?" spytała telepatycznie
„Że ja?" spytał, udając niewiniątko.
„Na Merlina, zrobiłeś to! Czemu"
„Nie mogłem pozwolić, byście bawiły się tylko we dwójkę" odpowiedział z uśmiechem. Potem zamknął oczy. Ginny widziała, że jego usta się poruszają, ale hałas dropsów wyrzucanych w powietrze ze stołów zagłuszał każde jego słowo.
Nagle zapadła absolutna cisza. Ginny wyjrzała spod stołu. Kostiumy bliźniaków zostały zastąpione przez ich normalny ubiór. Kiedy skrzydła zniknęły, obaj spadli na podłogę jak głazy. Przez moment rozglądali się oszołomieni, nim się podnieśli.
„Eee, Harry?" wysłała Ginny, gramoląc się spod stołu.
„No?" spytał, wstając i rozglądając się wokół.
„To są dropsy dyrektora czy wyczarowałeś nowe?"
Harry patrzył na nią z narastającym przerażeniem.
- Jasna cholera! – krzyknął na głos.
Ginny aż się zgięła w pół ze śmiechu.
- Ron, jak ty się wyrażasz – odezwała się wychodząca spod stołu Hermiona.
- Ej, to nie ja tylko Harry! – zaprotestował oburzony Ron, pomagając jej podnieść się na nogi.
- Przepraszam, odruch – wyjaśniła Hermiona, otrzepując szatę.
Bliźniacy rozglądali się wokół zmieszani. Wyrzucanie z siebie wierszy miłosnych przed Snapem było zawstydzające, ale musieli przyznać, że to dobry figiel. Nie rozumieli jednak o co chodzi z dropsami. Patrzyli, jak uczniowie i nauczyciele niepewnie chodzą po Sali, co jakiś czas ślizgając się na cukierkach. A skoro nikt inny najwyraźniej nie zamierzał z tym zrobić porządku…
Wyciągnęli różdżki i krzyknęli:
- Evanesco!
Podekscytowany szmer rozmów zamarł, gdy liczba dropsów się podwoiła, a następnie podwoiła raz jeszcze. Bliźniacy spojrzeli niepewnie po sobie.
- Amatorzy – mruknął Severus, wyciągając własną różdżkę.
Serena usłyszała ten komentarz i zanurkowała pod stół, krzycząc:
- Nie!
Za późno. Ponownie ilość dropsów wzrosła dwukrotnie. Severus patrzył na swoją różdżkę, jakby nagle zmieniła się w rzepę.
- Severusie, nie rób tego! Wytłumaczę ci później o co chodzi. Tych cukierków nie da się zniknąć – powiedziała Serena, łapiąc męża za rękę.
- Niech nikt nie rzuca żadnych zaklęć! – ktoś krzyknął. Wszyscy spojrzeli w tamtą stronę i ujrzeli Harry'ego Pottera, który wdrapał się na stół. – Nie można zniknąć tych cukierków. Zamiast tego zwiększycie ich liczbę.
Kilka osób podskoczyło, zaskoczone masą pyknięć, gdy w Wielkiej Sali pojawiła się duża liczba skrzatów domowych. Wiele spośród nich spojrzało ponuro na Harry'ego, który uśmiechnął się niepewnie.
Dumbledore patrzył ponuro, jak kolejne porcje dropsów pakowane są w kartony i wynoszone. Po kilku minutach podeszli do niego Harry, Ginny, Ron i Hermiona. Dyrektor akurat otrzymał od Zgredka jakiś pergamin. Wszyscy przysunęli się bliżej, by przeczytać.
Cytrynowe dropsy
Stan na wczoraj: 4 mln.
Stan na dziś: 32 mln.
Harry jęknął, Ron i Ginny parsknęli śmiechem, a Hermiona opadła na kolana.
- Cholera jasna! – jęknął zdesperowany Dumbledore.
Wtem Ginny dostała nowego ataku śmiechu, bo oto tuż za nimi zabrzmiał surowy głos profesor McGonagall:
- Albusie, jak ty się wyrażasz!
Dormitorium dziewcząt, wieczór
- To musi gdzieś tu być, Ginny! – zawołała Hermiona, przeglądając po raz setny swoje notatki. Była pewna, że gdzieś tam musi być odpowiedź na pytanie co poszło nie tak.
Siedziały na łóżku Hermiony. Zasłony były zaciągnięte, a zaklęcie ciszy nałożone. Starsza czarodziejka szaleńczo szukała błędów w przygotowanej przez siebie psocie. Nikomu nie stała się krzywda (no, może poza dyrektorem), ale Hermiona i tak się martwiła. Jeśli coś tak prostego mogło tak fatalnie zawieść, to cała praca jaką wykonała przy zaklęciach dla Brygady mogła okazać się zepsuta.
- Ginny, pomóż mi! – syknęła.
- To na pewno nic takiego – zapewniła Ginny, starając się nie śmiać. – Czasami takie rzeczy się zdarzają.
- Jak możesz być taka spokojna? – spytała Hermiona, nie podnosząc wzroku znad notatek.
- Bo nic się nie stało. Jasne, dyrektor będzie miał kilka dodatkowych dropsów do rozdania – tym razem otwarcie się uśmiechnęła – ale to nie koniec świata. Nie znalazłaś błędów w swoich notatkach i wątpię czy znajdziesz. Czasami coś z zewnątrz wpływa na rzucane zaklęcia, wiesz przecież o tym.
Gdy do Hermiony dotarło znaczenie tych słów, zamarła. Podniosła oczy i przez moment wpatrywała się w rudowłosą przyjaciółkę.
- To był Harry! – warknęła.
Ginny zmarszczyła brwi, jakby się namyślała.
- Nie sądzę. Poza tym dlaczego miałby używać dropsów dyrektora, zamiast wyczarować własne? – spytała logicznie.
Hermiona wróciła do notatek, więc Ginny pożegnała się z nią i wyśliznęła do siebie. Dotarła do własnego łóżka, zaciągnęła zasłony i wyciszyła je. Położyła się na plecach, uśmiechnęła i wreszcie wypuściła śmiech, który dusiła w sobie przez ostatnią godzinę.
Puszystowłosi czarodzieje
George wstał rano z łóżka i przeciągnął się. Mieli dziś mnóstwo roboty, w tym odkrycie kto spłatał im wczoraj figla.
- Ej, Fred! Wstawaj! – powiedział, patrząc na śpiącego bliźniaka. Kiedy wybrzuszenie na sąsiednim łóżku zaczęła się poruszać, George się ubrał.
Gdy zawiązywał sznurówki Fred usiadł. George poczuł jak opada mu szczęka. W końcu krzyknął:
- Coś ty z sobą do cholery zrobił?
Fred zerknął w stronę brata i jemu również opadła szczęka.
- Ja? George, co się stało z twoimi włosami? I zębami?
- Zębami? To twoje zęby nagle urosły!
Gapili się na siebie jeszcze przez moment, a potem popędzili do łazienki. Na chwilę utknęli w drzwiach, bo nie dali radę wejść jednocześnie. Bez słowa gapili się w lustro.
Ich proste rude włosy zostały zastąpione przez burzę nieopanowanych, brązowych loków. Jak jeden mąż unieśli górną wargę i skrzywili się na widok swoich wielkich trzonowców.
Spojrzeli na siebie z niedowierzaniem.
- Hermiona?
Wielka Sala, pora obiadu
- Trzecia psota powinna już się skończyć – powiedziała Ginny, siadając koło Hermiony. – Ostatnia powinna się zaraz zacząć.
- O ile Harry nic w niej nie namiesza – mruknęła ponuro Hermiona.
- Hermiono… - zaczęła Ginny.
- Ginny, wiem, że to on. Wiem też, że nic mi nie powiesz.
Ginny wzruszyła ramionami i zaczęła nakładać sobie jedzenie na talerz.
Piecze i szczypie
Po obiedzie George poskładał talerze i odłożył je na przyniesioną przez skrzaty domowe tacę, a Fred udał się do łazienki. George odstawił tacę przy drzwiach i usiadł nad notatkami. Wziął pióro i naskrobał kilka komentarzy. Zanurzył końcówkę pióra w kałamarzu i dopiero co dotknął pióra, gdy zaskoczył go głośny okrzyk Freda. Zaklął, patrząc na czarną linię, którą narysował w poprzek notatek.
Kiedy z toalety dobiegł kolejny głośny krzyk, George wstał i rzucił pióro na stół.
- Fred, przestaniesz wreszcie? – wrzasnął. – Ja tu usiłuję pracować.
Odpowiedziały mu tylko kolejne okrzyki, przekleństwa i odgłosy przypominające klaskanie. Zaniepokojony wziął różdżkę i podszedł do drzwi łazienki.
- Fred? – zawołał.
Nie otrzymał odpowiedzi, więc przekręcił klamkę. Kiedy drzwi stanęły otworem, ujrzał Freda ze spodniami opuszczonymi do kostek i okładającego się szaleńczo dłońmi. George rozejrzał się szybko po pomieszczeniu, ale nie dojrzał w nim niczego co wyjaśniałoby zachowanie jego brata.
- Fred, co ty robisz? – spytał.
- Zabierz je! – wydyszał Fred.
- Co mam zabrać?
- Nie widzisz ich? Zabierz je! Gryzą mnie!
- Fred, tu nic nie ma.
Fred gwałtownie podciągnął spodnie, odepchnął George'a i wybiegł z łazienki. Gdy tylko przestąpił próg, ugryzienia ustały.
- Fred? – spytał jego brat.
- Nie wiem. Poszedłem do kibla, a gdy tylko usiadłem, przyleciało stado komarów i zaczęło mnie gryźć. Już ich nie ma – powiedział, zaglądając do łazienki.
- Nic tam nie było.
- Tak? To wyjaśnij mi to – zaperzył się Fred, wyciągając rękę pokrytą bąblami po ukąszeniach.
- Nie wyjaśnię. Jest brzydkie i tyle – odparł George, podchodząc bliżej, żeby się przyjrzeć.
Kolejne pół godziny spędzili, przeczesując łazienkę w poszukiwaniu klątw lub uroków. Nic nie znaleźli, więc wrócili do pracy.
Niestety George wkrótce musiał udać się za potrzebą. Kiedy zwiał z łazienki ze spodniami wokół kostek, Fred zawył z uciechy.
- Ależ tam nic nie ma, drogi braciszku! – zawołał. – Ach, podciągnij swoje spodnie. Naprawdę nie musiałem tego widzieć.
George spojrzał wściekle na brata, podciągnął spodnie, a następnie przeniósł wściekłe spojrzenie na łazienkę.
- Może powinniśmy użyć łazienki w naszych prywatnych pokojach – zaproponował Fred.
- Dobry pomysł – zgodził się jego brat i zatrzasnął drzwi od łazienki w publicznie dostępnej części budynku.
W ciągu następnych kilku godzin bliźniacy przekonali się, że żadna łazienka nie jest zabezpieczona przed krwiopijczą hordą. Pokryci swędzącymi bąblami drapali się wściekle i rozważali swoją sytuację. Zrezygnowali z używania na sobie zaklęć leczących, które tylko wzmacniały pieczenie. Zaczęli się robić zdesperowani. Jeśli nie chcieli uciekać się do pieluch, naprawdę potrzebowali pomocy.
- Hermiona za to zapłaci – mamrotał Fred, pędząc do zamku. George następował mu na piety.
Hogwart, Skrzydło Szpitalne
- To już ostatnia działka Eliksirów Krwiodawczych, Poppy – powiedziała Serena, rozpakowując ostatni karton. – Uwarzę kolejną partię jutro po lekcjach.
- Dziękuję, Sereno – odpowiedziała pielęgniarka. Zamknęła szafkę i westchnęła. – Będziemy potrzebowali też więcej eliksirów uspokajających.
- Mogę zacząć pracować nad nimi dziś wieczorem. Potrzebujesz coś jeszcze?
- Nie to chyba wszystko… - Poppy urwała zaskoczona, gdy ktoś gwałtownie otworzył drzwi do Skrzydła Szpitalnego.
Do środka wpadli bliźniacy Weasleyowie.
- Na Merlina, co oni znowu wysadzili? – jęknęła Poppy, ruszając w ich stronę.
- Zamek się nie zatrząsnął, a oni wciąż są w jednym kawałku, więc chyba nie było tak źle – zauważyła wesoło Serena, podążając za nią.
- Madam Pomfrey – wydyszał George.
- Potrzebujemy pani pomocy! – zwołał Fred.
- Co się stało? – spytała.
- Ukąszenia komarów – wyrzucili z siebie jednocześnie.
- Jesteśmy nimi cali pokryci – dodał Fred.
Poppy i Serena przeniosły bliźniaków na najbliższe łóżko i słuchały ich wyjaśnień na temat tego co się stało. Gdy skończyli, patrzyli ze złością na stojące przed nimi kobiety. Madam Pomfrey miała kłopoty z utrzymaniem powagi, a Serena Snape otwarcie uśmiechała się od ucha do ucha.
- To nie jest śmieszne – mruknął George. – Mam bąble w miejscach, gdzie żaden owad nigdy nie powinien się dostać.
Poppy parsknęła śmiechem i podeszła do szafki, którą przed chwilą zamknęła. Wróciła ze słoikiem, który otworzyła. Wspólnie z Sereną zaaplikowały bliźniakom maść przeciw swędzeniu. Gdy skończyły, wyprostowały się.
- Rozbierać się – poleciła pielęgniarka. Kiedy bliźniacy tylko na nią spojrzeli, westchnęła ciężko. – Musimy posmarować też wasze nogi.
- I pozostałe miejsca, gdzie mogliście zostać ugryzieni – dodała z rozbawieniem Serena.
- Sami to zrobimy – powiedział Fred, przejmując słoik od Madam Pomfrey.
- Zdecydowanie – zapewnił niespokojnie George.
- Jesteście pewni? – spytała Poppy z błyskiem w oku.
- Tak! – niemal wykrzyknęli.
Pielęgniarka zaciągnęła parawan wokół ich łóżka. Spojrzała drugiej kobiecie w oczy i obie uśmiechnęły się złośliwie.
Za zasłoną obaj mężczyźni rozebrali się i pospiesznie nakładali maść. Obaj bali się, że kobiety zaraz zaoferują swoją pomoc ponownie.
- Zdajesz sobie sprawę, że Hermiona musi za to zapłacić – powiedział Fred.
- No nie wiem. W końcu to był tylko rewanż za to, co zrobiliśmy jej i Ronowi.
- Jasne, ale myśmy zrobili jedną rzecz. Przesadziła z zemstą.
- Nie do końca. Pamiętaj, że pokazaliśmy to całej szkole – przypomniał mu George. – Poza tym chcesz się narazić na kolejny taki odwet?
- Słusznie – mruknął Fred, podciągając spodnie.
Bliźniacy wyszli zza parawanu i odkryli, że obie kobiety na nich czekają.
- Dziękujemy, Madam Pomfrey – powiedział George, oddając maść.
- Zatrzymajcie ją sobie – odpowiedziała Poppy. – Rano musicie nałożyć ją jeszcze raz. Poza tym do tego czasu możecie dorobić się kolejnych ukąszeń.
- Prędzej czy później to się skończy. Żadna psota nie trwa wiecznie – odrzekł George.
Serena zmarszczył brwi i podeszła do nich z wyciągniętą różdżką.
- Finite Incantatem – powiedziała.
Obaj bliźniacy spojrzeli na nią z głupimi minami.
- Jasna cholera – mruknął Fred.
- O tym nie pomyśleliśmy – przyznał zażenowany George.
- Podziała?
- Jest tylko jeden sposób, żeby się przekonać – George wzruszył ramionami i ruszył do łazienki.
Po kilku minutach drzwi do łazienki stanęły otworem i wyskoczył z nich uszczęśliwiony George, rozkładając szeroko ramiona.
- Ten rudzielec nie potrzebuje pieluchy! – wrzasnął rozradowany.
Z okrzykiem radości Fred odepchnął brata, wbiegł do łazienki i zatrzasnął drzwi. Poppy wywróciła oczami, a Serena parsknęła śmiechem.
Wiktor Krum
Krum czekał w jednym z kątów Trzech Mioteł z twarzą schowaną pod kapturem swojej peleryny. Powoli do lokalu zaczęli napływać uczniowie z Hogwartu. Zajmowali miejsca i rozmawiali między sobą.
Musiał tylko cierpliwie czekać, aż przyjdzie jego cel.
Hermiona
Hermiona i Ron siedzieli w Trzech Miotłach, ciesząc się swoim towarzystwem i kuflem piwa kremowego. Przez pewien czas nie będzie kolejnego weekendu w Hogsmeade, a pogoda w tym wczesnym marcowym dniu okazała się niemal wiosenna. Hermiona westchnęła lekko. Wiedziała, że Ron woli proste miejsca, jak Trzy Miotły i zdawała sobie sprawę, że będzie musiała to zaakceptować. Była naprawdę zadowolona, kiedy podczas ostatniej wyprawy do Hogsmeade zabrał ją do Madam Puddifoots. Ron najwyraźniej uznawał takie „romantyczne" wyjścia za coś specjalnego i odświętnego.
Tak naprawdę Hermiona nie miała co narzekać. Cały czas się poprawiał. Naprawdę starał się przełknąć jedzenie nim coś powiedział. Wiedziała, że tak naprawdę nie może go zmienić, ale mogła pomóc mu, by sam zmienił się na lepsze. Poza tym musiała przyznać, że siedzenie w Trzech Miotłach, gdzie ciągle przychodzili nowi ludzie, z którymi można było pogadać, okazało się naprawdę fajne.
- Mionko, masz ochotę na jeszcze jedno piwo kremowe? Chciałbym wziąć jedno dla siebie i może talerz frytek na pół? – spytał ją Ron, przekrzykując hałas. Uśmiechnęła się do niego i skinęła głową. Przy takim tłoku skinięcie głową było równie skuteczne jak krzyk.
Ron podszedł do baru złożyć zamówienie.
Hermiona uśmiechała się i machała do kolejnych znajomych, gdy nagle poczuła jak wypełnia ją euforia. Z przerażeniem rozpoznała znajome efekty zaklęcia. Jej umysł szalał, ale nie mogła nic poradzić na to, że wstała i ruszyła do drzwi.
Wiktor Krum
Teraz! Siedziała wreszcie sama i miał czyste pole strzału. W mgnieniu oka wyciągnął różdżkę, rzucił zaklęcie i wydał polecenie. Siedział tuż przy wyjściu, więc wyszedł z budynku i czekał aż ona się pojawi.
Ron
Ron odwrócił się od baru i sapnął zaskoczony, widząc, że inni ludzie zajmują stolik, który jeszcze przed chwilą dzielił z Hermioną. Spojrzał w stronę wyjścia i dojrzał kogoś wyglądającego jak Hermiona, kto skręcił za róg i zniknął mu z pola widzenia.
Zaciekawiony i odrobinę zaniepokojony Ron przepchnął się przez tłum do wyjścia. Niestety dużo ludzi wchodziło i w lokalu robiło się coraz tłoczniej. Ron zaczął działać coraz bardziej niespokojnie. Coś było nie tak!
W końcu dotarł do drzwi i otworzył je energicznie. Wyszedł z budynku i pobiegł za róg, podążając za dziewczyną wyglądającą jak Hermiona. Za zakrętem zatrzymał się gwałtownie, gdy dojrzał błysk i coś mocno go uderzyło. Potem świat zakołysał się i młody czarodziej runął na ziemię. Spojrzał w górę i spostrzegł Hermionę, która celowała w niego różdżką oraz mężczyznę stojącego obok niej.
- Mionka? – wychrypiał. Przekręcił swój pierścień i spróbował wyciągnąć do niej rękę, ale ta opadła bezwładnie i pochłonęła go ciemność.
Hermiona
Hermiona szalała z rozpaczy! Wiedziała, że jest pod władzą zaklęcia Imperius, ale nie mogła się od niego wyzwolić. Ron, jej Ron, leżał na ziemi, powalony przez jej zaklęcie tnące. Walczyła z kontrolującą ją mocą, ale na próżno. Tępo gapiła się, gdy Wiktor Krum uśmiechnął się złowieszczo i wyjął jej różdżkę z ręki. Łzy spływały jej po twarzy.
- No już, Hermionanino, ty nie płacze. To był kochaś szlam. On umarze, teraz albo potem. Mój pan będzie ze mnie zadowolony – uśmiechnął się pogardliwie. – Ale najpierw my się trochę zabawi, ja?
Krum rozerwał jej bluzkę i pomacał po piersiach, ściskając jednego z nich boleśnie. Nie mogła nawet zamknąć oczy, by odciąć się od tego widoku. Walczyła sama ze sobą. Część jej umysłu, ta kontrolowana przez Imperius, była przeszczęśliwa z powodu tego, co robił Krum. Reszta walczyła, by wyrwać się, krzyknąć, zrobić cokolwiek!
Zamrugała na chwilę, spróbowała unieść rękę w jego stronę. Odsunął się na tyle, by poprawić następną klątwą. Potem uderzył ją mocno w twarz wierzchem dłoni. Poprawił pięścią w żołądek tak mocno, jak był w stanie, rozkoszując się tym, że pod wpływem klątwy nie mogła zrobić nic innego niż stać i przyjmować kolejne ciosy.
Brygada Feniksa
Członkowie Brygady wylewali się z Trzech Mioteł, tak samo jak z każdego innego publicznego budynku w Hogsmeade. Kilku wybiegło z zamku, pędząc do bram Hogwartu, by teleportować się do miasteczka.
- Przeszukać miasto! – wydał polecenie stojący przed Trzema Miotłami Blaise.
U Madam Paddifoot Harry poczuł pulsowanie pierścienie i zerwał się z miejsca, przewracając krzesło. Ginny pędziła już do drzwi, gdy jej narzeczony zmienił się w Skrzydło i zniknął.
Pojawił się wysoko nad miasteczkiem i zaczął mu się uważnie przyglądać. Zauważył kłopoty i krzyknął. Potem złożył skrzydła, wystawił szpony i zanurkował.
Blaise, słysząc głos Skrzydła, uniósł głowę w samą porę, by dostrzec jak nurkuje za Trzy Miotły.
- Wszyscy za mną! – zawołał i popędził wokół pubu z dwudziestoma członkami Brygady następującymi mu na pięty.
Za rogiem dojrzeli mężczyznę, który robił co w jego mocy, by wycelować różdżkę w atakującego go feniksa. Blaise poczekał na dobrą pozycję do strzału i zdjął go precyzyjnym Reducto wymierzonym w sam środek pleców. Mężczyzna padł bez jednego dźwięku.
Skrzydło sfrunął nad Rona, złapał szponami za koszulę i gwałtownie uniósł go w powietrze. Zniknął w rozbłysku płomieni.
Hermiona
Wyzwolona z mocy klątwy osunęła się na ścianę Trzech Mioteł i popłakała się. Była tak wstrząśnięta, że nie zwracała uwagi na swoją nagość. Blaise opadł na kolana obok niej i zerwał z siebie kurtkę, by ją przykryć.
Susan uklęknęła obok niego i przytuliła Hermionę. Po chwili z Madam Paddifoot przybiegła Ginny.
- Hermiona! Gdzie Ron? – spytała, widząc plamę krwi na ziemi.
- Harry go zabrał – wyjaśnił Blaise. – Pewnie do Madam Pomfrey.
Ginny zrobiła wielkie oczy. Przez chwilę przyglądała się Hermionie, a potem deportowała do bram Hogwartu.
Hogwart, Skrzydło Szpitalne
Madam Pomfrey siedziała i rozkoszowała się w spokoju filiżanką herbaty, gdy wtem zaskoczył ją krzyk feniksa. Wybiegła z biura w samą porę, by ujrzeć, jak Skrzydło opuszcza Rona Weasleya na jedno z łóżek i ląduje na nieprzytomnym młodzieńcu. Oddał kilka łez na ranę, po czym zerwał się do lotu i zniknął w kolejnym rozbłysku płomienia.
Poppy pospiesznie przeprowadziła kilka testów i popędziła do kominka.
- Sereno, potrzebuję natychmiast twojej pomocy w szpitalu! – krzyknęła, gdy tylko połączyła się z kwaterami Snape'ów.
Obróciła się i pobiegła do regału, z którego zaczęła wyciągać eliksiry. Kominek obudził się do życia i wyszła z niego Serena Snape. Widząc śmiertelnie bladego Rona Weasleya na jednym z łóżek zrobiła wielkie oczy.
- Sereno, to nie jest wycieczka krajoznawcza! Łap strzykawki z drugiej szafki i nabieraj do nich Eliksirów Krwiodawczych – warknęła pielęgniarka.
Potem podeszła do Rona i wymamrotała:
- Suspensor Vitalus.
Jej różdżka zalśniła błękitnym światłem, które objęło także Rona.
- Podaj mu cztery jednostki, po dwie w każde ramię. Harry zamknął rany, ale chłopak stracił dużo krwi – poleciła z napięciem.
Drzwi szpitala otworzyły się z hukiem. W progu stała Ginny, a jej pierś unosiła się w ciężkim oddechu.
Grimmauld Place
Skrzydło pojawił się przy mapie w pokoju konferencyjnym Zakonu Feniksa. Kilka osób westchnęło z zaskoczenia, gdy zmienił się w człowieka.
Harry szybko zaczął przeglądać zgromadzone mniejsze mapy. Szukał bardzo konkretnych rzeczy.
Nikt się do niego nie zbliżył. Otaczała go świetlna poświata, a oczy świeciły niczym para reflektorów. Magia wylewała się z niego falami, a każda z nich trzęsła budynkiem.
Remus wbiegł do pokoju, ale stanął jak wryty gdy ujrzał Harry'ego.
Młody mężczyzna znalazł to, czego szukał, wepchnął mapy do kieszeni i uniósł wzrok. Kiedy spojrzał na Remusa, starszemu mężczyźnie zaparło dech w piersi na widok bólu i wściekłości płonących w tych szmaragdowych oczach.
Bez słowa Harry deportował z Grimmauld Place z głośnym hukiem.
- Szlag! – zaklął Remus, dopiero teraz wypuszczając oddech. Obrócił się na pięcie i popędził do Fiuu.
Harry i Hermiona
Blaise aż podskoczył, gdy jaśniejący Harry pojawił się za Trzema Miotłami. Animag zmarszczył brwi, widząc, że Hermiona nie została jeszcze przeniesiona. Nim ktokolwiek zdołał coś powiedzieć, warknął do Blaise'a:
- Zostaw trupa, wrócę po niego. Chcę… wysłać wiadomość – powiedział głosem lodowatym jak świeżo wykopany grób.
- Hermiono – odezwał się, tym razem bardzo delikatnie. – Musimy cię zabrać do szkoły.
Kiedy dziewczyna milczała, uklęknął przy niej.
- Mionko, musimy cię zabrać do Madam Pomfrey – powtórzył. Ona jednak nie odrywała oczu od kałuży krwi. Delikatnie wziął ją w ramiona i z głośnym trzaskiem deportował do granicy osłon Hogwartu.
Ruszył biegiem do szpitala. Po drodze jego gniew podsycał jego determinację i rósł w nim poziom magii. Dwie teleportacje w tak krótkim czasie powinny go wyczerpać, ale gdy tylko wszedł do zamku, poczuł jak energia wlewa się w niego z powrotem.
Pchnął drzwi do Skrzydła Szpitalnego, które stanęły otworem. Przebiegł obok Ginny i złożył Hermionę na łóżku obok Rona. Madam Pomfrey zbladła, widząc, że Harry przynosi jej następnego pacjenta. Wan Chang, która przybyła w międzyczasie, podbiegła, by udzielić Hermionie pierwszej pomocy.
Harry odwrócił się, by odejść. Ginny złapała go za rękę.
- Dokąd idziesz? – spytała drżącym głosem.
Uśmiechnął się, lecz jego oczy pozostały lodowate.
- Wysłać wiadomość – odparł chłodno.
Dumbledore wchodził do szpitala, gdy Harry zmienił się w Skrzydło i zniknął.
Pod Trzema Miotłami
Skrzydło pojawił się za pubem i transformował. Harry wyciągnął mapę z kieszeni i przejrzał pobieżnie. Potem skinął Blaise'owi głową i deportował się.
Mugolski Londyn
Śmierciożerca czekał na przybycie swojego kontaktu ukryty w cieniu. Zamarł, słysząc za sobą lodowaty głos:
- Szukasz kogoś?
Zaczął się obracać, ale ten sam głos powiedział:
- Petrificus Totalus.
Ręka wychynęła z cienia i chwyciła go za kołnierz. Zniknęli z głośnym trzaskiem.
Pod Trzema Miotłami
Blaise ponownie podskoczył, gdy Harry pojawił się za pubem, tym razem z nieznanym nikomu mężczyzną, który ewidentnie był pod władzą jakiegoś zaklęcia. Harry trzymał go jedną ręką, a oczy mężczyzny poruszały się szaleńczo na wszystkie strony. Usiłował coś powiedzieć, ale nie mógł.
Harry uniósł mężczyznę i brutalnie rzucił go na ciało Witora Kruma. Wyciągnął rękę i mruknął:
- Corporis singularis.
Oczy żywego Śmierciożercy niemal wyszły z orbit z bólu, gdy jego plecy stopiły się w jedno z plecami nieżywego Kruma. Harry utrzymywał zaklęcie jeszcze przez moment, potem je rozproszył.
Wyciągnął rękę i złapał mężczyznę za kołnierz. Tym razem, gdy deportował, odgłos przypominał huk gromu.
Posiadłość Riddle'ów, Little Hangleton
Harry przyjrzał się Posiadłości Riddle'ów. W tym rozpadającym się budynku mieszkało według Zakonu czterdzieścioro Śmierciożerców. Podobno cała posiadłość była otoczona potężnymi osłonami. Miał ochotę przetestować tę teorię.
Zacznijmy od zwrócenia uwagi Toma, pomyślał Harry. Uniósł jedną jaśniejącą rękę w stronę budynku i wypowiedział zaklęcie „Et pulvis concido".
Dłoń Harry'ego zapłonęła jaskrawą purpurą. Wystrzelił z niej płomień, który popędził ku budynkowi. Uderzył w osłony, ale nawet nie zwolnił. Kiedy zderzył się ze ścianą budynku, ten jakby zapadł się do wewnątrz. Harry słyszał ostrzegawcze krzyki ze środka, ale było za późno. Rozległ się potężny rumor i budynek eksplodował w powodzi purpurowego ognia.
Harry zamrugał, oślepiony jaskrawym światłem i uśmiechnął się, gdy dym się rozwiał odsłaniając niemal dziesięciometrowy krater. Dom przodków Voldemorta już nie istniał, a Śmierciożercy w środku pozostawali tylko wspomnieniem.
Nachylił się nad jęczącym Śmierciożercą, którego przyniósł ze sobą. Przerażony mężczyzna usiłował uniknąć ognia płonącego w oczach Harry'ego.
- Wracaj do swojego pana półkrwi i powiedz mu, że jeśli chce się zabawić, to musi sprawić się lepiej, a nie wysyłać zabójców za moimi przyjaciółmi – warknął Harry. – Idź do Toma i powiedz mu, że Harry Potter szydzi z jego żałosnych wysiłków. Zapraszam go, żeby wylazł ze ścieku, w którym się ukrywa i przyszedł spotkać się ze mną twarzą w twarz, jeśli ma jaja. Zrozumiałeś?
Przerażony mężczyzna sztywno pokiwał głową. Nawet w jasnym słońcu poświata Harry'ego była wyraźnie widoczna i przerażała Śmierciożercę.
Zadowolony Harry wstał i zmienił się w Skrzydło. W rozbłysku płomienia zniknął z Little Hangleton.
Hogwart, Skrzydło Szpitalne
Skrzydło pojawił się w Skrzydle Szpitalnym. Kiedy zobaczył zgromadzony tam tłum, w tym kilka osób nie będących członkami Zakonu, przefrunął do sąsiedniej klasy, gdzie zmienił się w człowieka. Skoncentrował się na moment i jego magia wróciła na normalny poziom, eliminując blask. Kiedy skończył, poszedł do szpitala.
Wchodząc zauważył znaczną liczbę obcych oraz kilku członków Zakonu, w tym Kingsleya Shacklebolta. Nigdzie nie było widać Dumbledore'a, ale na miejscu znajdowali się Remus i pani Weasley.
Kiedy Harry się pojawił, Ginny puściła matkę i podbiegła do niego. Objął ją i przytulił, a ona chlipała cicho w jego ramię.
Kingsley odwrócił się do Harry'ego. Znalazł się między młotem i kowadłem. Jako stróż prawa miał obowiązek przeprowadzić śledztwo i aresztować wszystkich winnych. Jednak jako członek Zakonu zdawał sobie sprawę z roli Harry'ego.
- Panie Potter, obawiam się, że muszę pana prosić o udostępnienie mi pana różdżki do przeprowadzenia testów – powiedział.
Harry wręczył mu różdżkę z uśmiechem. Nie używał jej od lekcji dwa dni temu, gdy skorzystał z niej, by pomóc trzecioklasistce wyczyścić szatę.
Shacklebolt wręczył różdżkę innemu mężczyźnie, który przeprowadził test. Zmarszczył brwi i przeprowadził go ponownie. Potem jeszcze raz. W końcu oddał różdżkę Shackleboltowi, który uniósł brwi.
- Scourgify, panie dyrektorze. Różdżka nie była używana przez ostatnie dwa dni – odpowiedział mężczyzna.
Shacklebolt zwrócił się do Harry'ego:
- Proszę mi powiedzieć, panie Potter, czy był pan w miasteczku zwanym Little Hangleton?
- Trzy lata temu, panie dyrektorze. Jak pan zapewne pamięta, zostałem porwany i wykorzystany w rytuale, dzięki któremu Voldemort odzyskał swoje ciało – odpowiedział spokojnie Harry. Kilku obecnych aurorów wzdrygnęło się, słysząc to imię.
- A był pan tam dzisiaj?
- Wystarczy, dyrektorze! – przerwał mu lodowaty głos.
Shacklebolt obrócił się do Minister Magii, która właśnie weszła do Skrzydła Szpitalnego z dyrektorem Hogwartu u boku.
- Panie dyrektorze, na mocy Nadzwyczajnego Dekretu Ministerstwa Magii nr 812a nakazuję panu wstrzymanie tego śledztwa – poleciła stanowczo Bones.
Shacklebolt zrobił wielkie oczy. Minister właśnie powołała się na nowy dekret dotyczący operacji wywiadowczych i wojskowych. Kingsley spojrzał z wdzięcznością na przełożoną i skinął głową. To była sprawa, którą jego koledzy z MI5* nazwaliby śliską i cuchnącą.
Jego aurorzy popatrzyli na niego zdumieni, a on pokazał im, że mają wychodzić. Wiedział, że w Ministerstwie będzie musiał ostrożnie wyjaśnić im dekret 812a. Oddał Harry'emu różdżkę z przepraszającym spojrzeniem, po czym podążył za swoimi aurorami.
Dumbledore zrobił krok naprzód i spojrzał na Madam Pomfrey.
- Poppy, jak twoi pacjenci?
Madam Pomfrey oderwała się od badania Hermiony.
- Ronaldowi nic nie będzie, dyrektorze. Przybył ciężko ranny i był bliski śmierci, ale łzy feniksa podane przez Harry'ego uleczyły najcięższe obrażenia. Bardziej martwię się teraz o pannę Granger. Co prawda jej obrażenia są znacznie mniejsze niż pana Weasleya, ale jest niemal w stanie katatonicznym. Stała się celem co najmniej dwóch Imperius, była molestowana seksualnie i została zmuszona do zranienia swojego narzeczonego. Dałam jej Eliksir Słodkich Snów, więc nie powinna się obudzić przez kolejne osiem do dziesięciu godzin. Jestem pewna, że pan Weasley będzie mógł stąd wyjść jutro przed kolacją. Ale za pana pozwoleniem chciałabym zatrzymać go tu dłużej, w nadziei, ze pomoże przejść jej przez ten kryzys – zakończyła raport.
Pani Weasley przysunęła się do Harry'ego. Objęła go, a potem sięgnęła po Ginny. Przez kilka chwil przytulała ich mocno, nim wreszcie wypuściła.
Dumbledore skinął głową, zgadzając się na życzenia Poppy. Molly powiedziała, że zamierza zostać z dziećmi przez całą noc.
- Harry, czy mogę prosić, żebyś przyszedł z panną Weasley do mojego biura? Musimy coś omówić. Remus i Amelia dołączą do nas – powiedział Dumbledore.
Harry skinął głową, świetnie wiedząc, że zgarnie zaraz ochrzan. Pogodzony z tym faktem wyszedł za Remusem ze Skrzydła Szpitalnego.
Gdy przybyli do gabinetu dyrektora, Harry zajął miejsce przed biurkiem i czekał na początek reprymendy.
- Harry – zaczął Dumbledore. – Nie możesz tak po prostu wysadzać sobie budynków – rzekł stanowczo.
Miał kontynuować, ale Harry uniósł dłoń.
- Dyrektorze, z całym szacunkiem, ale był to rozpoznany cel nieprzyjaciela. Nigdzie w pobliżu nie było osób postronnych. Poza tym chciałem wysłać Tomowi wiadomość, która jednocześnie rozwścieczy go i ukierunkuje inaczej jego wysiłki.
Dumbledore nachylił się.
- Wiadomość? Jaką wiadomość?
- Gdy opuściłem Little Hangleton pozostawiłem jednego Śmierciożercę przy życiu, by dostarczył moją wiadomość Voldemortowi. Powiedziałem mu, że jeśli chce się bawić, będę szczęśliwy mogąc się z nim spotkać. Trochę go zwyzywałem… żałosny, półkrwi, nazwałem jego kryjówkę ściekiem i takie tam.
W miarę jak Harry mówił, wszyscy obecni bledli.
- Harry, zdajesz sobie sprawę, że drwiąc z niego sprawiłeś, że skupi na tobie cały swój wysiłek? – spytała z naciskiem Amelia.
Harry spojrzał na nią z ponurym uśmiechem.
- Tak, pani Minister, zdaję sobie z tego sprawę. Ale przez kilka ostatnich tygodni Vodemort systematycznie atakuje osoby bezpośrednio ze mną związane. Mojego brata, kobietę, którą kocham jak siostrę, mojego chowańca. Zdaję sobie nawet sprawę – kontynuował, patrząc na Dumbledore'a – że ukrywa pan przede mną śmierć Dudleya Dursleya i jego ciotki Marge.
- Harry – powiedziała delikatnie Amelia. – Rozumiem co próbujesz zrobić. Ale chciałabym cię o coś poprosić. Następnym razem, gdy postanowisz zrównać z ziemią jakiś budynek, nie idź sam. W zeszłym miesiącu wydaliśmy Nadzwyczajny Dekret nr 812a, który zezwala członkom Armii Ministerialnej, w tym tobie i twojej Brygadzie, na operowanie poza tym, co uznajemy za tradycyjne granice prawa. Ale nie możemy sobie obecnie pozwolić na utracenie cię.
- Dobrze, pani minister, mogę się na to zgodzić. Przyznaję, że to co się stało było zrobione pod wpływem impulsu i nie zamierzam tego powtarzać. Ale nie zamierzam pozwolić, by jakikolwiek kolejny atak na moją rodzinę uszedł na sucho. Jeśli to pomoże, mogę złożyć przysięgę czarodzieja, że więcej się to nie powtórzy – rzekł Harry spokojnie.
Amelia uśmiechnęła się z ulgą. Przez pewien czas bała się, że Harry postanowił ogłosić samotną vendettę.
- Nie sądzę, by przysięga była niezbędna. Twoje słowo wystarczało w przeszłości i moim zdaniem nadal wystarcza.
Pożegnała się skinieniem głowy i podeszła do kominka, by wrócić do Ministerstwa. Gdy zniknęła, Harry wyjął z kieszeni pożyczoną mapę i oddał ją Remusowi z przepraszającym uśmiechem.
Remus schował mapę do kieszeni i wybuchnął śmiechem.
- Harry, mam wrażenie, że Syriusz właśnie wyje ze śmiechu. Tylko ty mogłeś wysadzić rodzinny dom Voldemorta i jednocześnie go obrazić – powiedział, potrząsając głową.
Dumbledore odchrząknął, by przyciągnąć ich uwagę.
- Harry, jednego nie rozumiem. Wiesz co stało się z chłopcem Dursleyów i jego ciocią, ale nie przeszkadza ci, że zatrzymałem dla siebie tę informację? I jak zdołałeś się tego dowiedzieć?
Harry roześmiał się lekko i odpowiedział z uśmiechem:
- Dyrektorze, nie jestem zły, bo to jedyna informacja, jaką pan przede mną ukrył. A co do odpowiedzi na pana drugie pytanie, dam panu podpowiedź. Namieszał pan trochę i w pobliżu pana jest osoba o podwójnej lojalności. Jeśli nie odkryje pan prawdy przez dwa dni, powiem panu. Ale będzie to kosztowało pana szlaban pod postacią… ja wiem… powiedzmy tygodnia posiłków przy stole z pierwszakami.
Dumbledore wybuchnął śmiechem.
- W porządku profesorze – zgodził się. – Przyjmuję twoją ofertę, ale jeśli przegrasz, dostaniesz taki sam szlaban. Na razie mam wrażenie, że twoja narzeczona chciałaby ci coś powiedzieć. Proponuję, żebyście znaleźli w tym celu jakieś miłe, dźwiękoszczelne pomieszczenie.
Harry zerknął na Ginny, która wpatrywała się w niego z błyszczącymi od gniewu oczami. Widząc jak drgnął, jej złość nieco osłabła.
- No już, Harry. Tylko troszkę na ciebie nakrzyczę – zapewniła go i wyciągnęła z gabinetu.
Hogwart, Skrzydło Szpitalne, jakiś czas po północy
Molly Weasley drzemała na jednym z wolnych łóżek. Ron obudził się kilka godzin wcześniej i wyjaśniła mu, co stało się z nim i Hermioną. Zdołała wmusić w niego lekką kolację, ale potem znowu zasnął.
Hermiona otworzyła oczy i rozejrzała się, a potem przypomniała sobie. Gwałtownie usiadła i wrzasnęła:
- RON!
Ron zerwał się z łóżka i usiadł na jej posłaniu, przytulając ją. Wydawała się nie wierzyć, że on wciąż żyje.
- Ron? – spytała cicho, dolna warga jej drżała.
- Ciiii… Mionko, nic mi nie jest. Harry uleczył moje najgorsze obrażenia łzami feniksa, a Madam Pomfrey zadbała o resztę – wyszeptał w odpowiedzi.
Ukryła twarz na jego ramieniu.
- Myślałam, że cię za… za… zabiłaaaaam… - załkała.
Uniósł jej brodę, tak by patrzyła na niego.
- Nie, ciągle tu jestem – zapewnił. – A ty dalej będziesz Weasleyem. Wszyscy wiemy, że nie miałaś kontroli nad swoim ciałem, gdy rzucałaś to zaklęcie.
Pocałował ją łagodnie.
Molly wstała i podeszła do młodej pary.
- Hermiono, kochanie, jesteś jeszcze zmęczona. Może się położysz? Ron i ja dotrzymamy ci towarzystwa, on się nigdzie nie wybiera – rzekła.
Ron wstał z łóżka i pomógł Hermionie się położyć. Potem otulił ją kocem i położył się obok niej.
- Ron, no naprawdę nie nakrzyczę na ciebie, jeśli wejdziesz z nią pod koc – powiedziała lekko zirytowana Molly. – Potrzebuje, żebyś przytulał ją dziś w nocy, a żadne z was i tak nie ma energii na więcej!
Lekko zażenowany Ron wszedł pod koc do Hermiony. Wtuliła się w niego, a on opiekuńczo objął ją ramionami. Po chwili oboje już spali. Molly uśmiechnęła się i otuliła ich, po czym wróciła do własnego łóżka na resztę nocy.
Słowniczek:
Lekcja Hagrida – autor popełnił ewidentny błąd, bo pierwszaki nie mają Opieki nad Magicznymi Stworzeniami.
Szaleni technicy/magicy – Jack nazywa bliźniaków „geeks" co w tym kontekście oznacza kogoś kompletne pogrążonego w technologii. Tym słowem żargonowo określa się . informatyków i inżynierów, których całe życie kręci się wokół ich urządzeń.
Mieszek – to popularna w XVI i XVII wieku skórzana część męskiej garderoby zasłaniająca genitalia, noszona na spodniach.
„Jakiego nigdy tu nie oglądali…" – wiersz Williama Blake'a „Mój krzew różany" w przekładzie (chyba) Zygmunta Kubiaka
„Zasypiam przy Tobie…" – wiersz Johna Clare'a „Do Mary". Nie znalazłem tłumaczenia, więc te nieudolne rymy są moje :)
MI5 – brytyjska służba kontrwywiadowcza, z grubsza odpowiednik naszego ABW.
Od autorów: Dobra, to jest ta część, kiedy odpowiadamy na to, co ludzie piszą w recenzjach. Ale czasami po prostu coś wymyślamy i każemy ludziom się zastanawiać o czym my do cholery gadamy. A teraz domyślcie się które jest które.
Tym razem rozdział był nieco dłuższy, bo trzeba było wziąć wiele rzeczy po uwagę. Ale nie przypuszczamy, żebyście mieli coś przeciwko.
Co do huncwockiego imienia Neville'a to on go nie ma, bo nie jest tak naprawdę Huncwotem. Może to się zmieni, a może nie. Na razie jedynymi członkami Huncwotów (czy raczej Nowych Huncwotów) są Lunatyk (Remus), Niezgrabka (Tonks), Skrzydło (Harry), Kropka (Ginny) i Łowca (Luna, która prawie została Napaluną, ale przeważyło zdanie mniej perwersyjnych osób!).
Stres to naprawdę poważny problem i musieliśmy się jakoś do tego odnieść. Wysłanie ich na Bahamy było fajnym sposobem, by wypuścili trochę pary i dało nam sposobność do dodania kilku drobiazgów. Jeśli jesteście bardzo bogaci to po wysłaniu nas na Bahamy z radością zaprezentujemy Wam kilka dodatkowych rozdziałów o tamtejszych przygodach Pottera i spółki.
Zabicie Harry'ego? Czemu mielibyśmy to zrobić? HAHAHAHA (maniacki śmiech)
W tym rozdziale była bardzo długa i rozciągnięta w czasie psota. Zastanawialiśmy się nad tym, ale Hermiona bardzo nalegała. Nie mogliśmy biedaczce odmówić, zwłaszcza biorąc pod uwagę co spotkało ją później.
Jack i prostytutki? BEZ KOMENTARZA!
NIE, nie byłem w siłach specjalnych. Bardzo szanują wszystkich służących w mundurach, ale sam nigdy nie czułem powołania do tego. Pracowałem przez kilka lat dla US Navy (Marynarka wojenna USA – przyp. tłum.) jako cywilny konsultant, co pozwoliło mi nieźle poznać wojskowe życie, choć nigdy nie nosiłem munduru.
W następnym rozdziale:
- jak Hermiona poradzi sobie z wyrzutami sumienia?
- napięcie w zamku narasta
- Minister Magii odwiedzi lekcję profesora Pottera
Już tylko cztery rozdziały do końca. W przerwach między rozdziałami zapraszam tradycyjnie na „Z pierwszej półki", które też staram się aktualizować przynajmniej raz w tygodniu.
