Od autorów: Standardowe zastrzeżenie; To nie nasze. Prosiliśmy grzecznie J.K. Rowling w e-mailu, ale nie chciała nam oddać praw autorskich. Ale nie szkodzi. W końcu pisaliśmy też do ONZ, żeby uczynili nas władcami tego świata i odmówili nam. Tak wiele rozczarowań w naszym życiu.
Rozdział 13 – Hagrid, Zemsta i Zdrada
Anglia, nieznana lokalizacja
Dietmar Eberstark klęczał przed Voldemortem. Jako szef bułgarskich Śmierciożerców był odpowiedzialny za nieudany atak Wiktora Kruma na Hermionę Granger.
- IDIOTA! KRETYN! DEBIL! – ryczał rozwścieczony Voldemort. – Zawiodłeś mnie, a w efekcie twojego planu zniszczony został dom moich przodków!
- Mój… mój Panie! Na… nasz plan by podziałał! Tylko…
- DOŚĆ! ZNUDZIŁY MNIE TWOJE WYMÓWKI I TWOJE ISTNIENIE! – wrzeszczał dalej Voldemort. Wręcz gotował się z wściekłości. Co prawda nie był zbytnio przywiązany do domu swoich przodków, ale chodziło o zasadę.
- Wezwać Glizdogona! – warknął do pobliskiego Śmierciożercy, który wybiegł z komnaty, by spełnić to życzenie.
Po kilku minutach Glizdogon wpadł do pomieszczenia i uklęknął koło drżącego Eberstarka.
- Co mój Pan rozkaże? – spytał, pochylając głowę.
- Glizdogonie, to… coś – Voldemort odepchnął Eberstarka stopą – zawiodło mnie po raz ostatni. Co możesz mi powiedzieć na jego temat? Chcę, żeby się nacierpiał.
- Mój Panie, on ma dwóch synów… - wyjąkał Glizdogon.
Czerwone oczy Voldemorta zalśniły złowieszczo.
- Wspaniale. Chyba możemy coś z tym zrobić.
Niepokój
Po ostatniej wizycie w Hogsmeade, kiedy to Ron i Hermiona zostali zaatakowani, życie w szkole pozornie wróciło do normy, ale wyczuwało się niepokój. Większość studentów nie miało pojęcia, że ich wychodzące i przychodzące sowy są sprawdzane przez nauczycieli. Harry i Jack Parsons naciskali na Dumbledore'a, by przedsięwziął tak radykalne działania, w celu zmniejszenia ryzyka, że ktokolwiek spoza szkoły dowie się co się dzieje.
Brygada Feniksa zbierała się codziennie po kolacji w Pokoju Życzeń. Stamtąd brali świstokliki, by udać się do makiety Hogwartu, skonstruowanej przez Ministerstwo na odludnych terenach Północnej Szkocji. Tam przechodzili przez szkolenie bojowe, w którym często dołączały do nich Ministerialne Siły Obrony. Jedynym zgrzytem w przygotowaniach był fakt, że gobliny, które zapewniały, że wyślą swoją brygadę jako wsparcie w obronie zamku, nie miały zamiaru dołączać do jakichkolwiek wspólnych manewrów.
Bliźniacy Weasleyowie dopracowali swoją armatę i zaczęli wynajdować różne rodzaje amunicji do tego sprzętu. Siatki Miażdżące i Rozszerzające Przylepce należały do najbardziej obiecujących. W związku z opracowaniem nowej broni powołana została drużyna grenadierów w ramach Brygady Feniksa, która szkoliła się w jej obsłudze.
Harry ku swojemu ubolewaniu uznał, że musi zrezygnować z pozostałych lekcji. Jak wyjaśnił Dumbledore'owi, jeśli zajdzie taka konieczność zawsze może powtórzyć je w kolejnym roku. Dumbledore usiłował namówić go do dalszej nauki, ale nawet on musiał przyznać, że pomiędzy spotkaniami w Ministerstwie, nadzorowaniem Brygady i osobistym treningiem, Harry'emu naprawdę nie pozostawało wiele czasu. Serena Snape była bardzo niezadowolona z tej decyzji. Na szczęście dla Harry'ego Dumbledore w pełni go poparł i Mistrzyni Eliksirów, choć niezadowolona, ugryzła się w język.
Instytut Durmstrang, gdzieś w Północnej Europie
Durmstrang, wciśnięty między skandynawskie góry, był małą szkołą w porównaniu do Hogwartu czy Amerykańskiego Instytutu Magii w Salem. Zamek, otoczony górami z trzech stron, skrywał się za antymugolskimi osłonami. W ukryciu przed wścibskimi spojrzeniami pomagała też lokalizacja w jednym z najdzikszych miejsc parku narodowego.
Durmstrang od dawna cieszył się opinią jedynej europejskiej szkoły, która otwarcie uczyła Czarnej Magii. Nowy dyrektor Durmstrangu nie zmienił tej polityki nawet po tym, jak stary dyrektor, Igor Karkarow, zniknął z powierzchni ziemi kilka lat temu. Durmstrang był najbardziej znany z wykształcenia kilkorga znanych Śmierciożerców. Niestety dla szkoły, większość z nich okazała się w oczach Lorda Voldemorta niedostatecznie wyszkolona.
W przeciwieństwie do Hogwartu czy nawet Beauxbatons, Durmstrang konsekwentnie utrzymywał swoją lokalizację w tajemnicy. Byli uczniowie i nauczyciele składali przysięgę krwi, w której zobowiązywali się do niewyjawiania tego sekretu. Niestety dla nich, nawet przysięgę krwi można złamać.
Operacja zaczęła się w okolicach północy. Ponad czterystu Śmierciożerców, wśród nich Glizdogon i Voldemort, otoczyło zamek. Po rozbrojeniu nauczycieli, uczniów spędzono do głównego audytorium i również pozbawiono różdżek. Potem zebrano wszystkich mieszkańców zamku w jadalni, w której zostało wystawione małe podium.
W Sali dało się słyszeć wiele zduszonych okrzyków, gdy na scenę wkroczył lord Voldemort. Za nim dwójka Śmierciożerców wlokła między sobą bezwładnie zwisające ciało.
Voldemort spojrzał na tłum i uśmiechnął się.
- Glizdogonie, znajdź bachory Eberstarka – syknął.
Glizdogon ukłonił się i wycofał, by wykonać rozkaz. Wkrótce na jego polecenie kilkudziesięciu Śmierciożerców zaczęło szukać dwóch chłopców. Po kilku minutach wyciągnęli do przodu blondyna, mającego może siedemnaście lat. Jego oczy zapłonęły nienawiścią, gdy ujrzą zwiniętego na ziemi ojca. Gdy spojrzał na Voldemorta, w jego spojrzeniu czaiła się żądza zemsty.
Widząc to, Voldemort wybuchnął śmiechem. Bawił się wyśmienicie!
Po kilku minutach znaleziono drugiego chłopca. Był znacznie młodszy niż jego brat i wyraźnie przerażony. Gdy ujrzał ojca, zaczął płakać.
Glizdon skinął na kilku Śmierciożerców. Obrócili Eberstarka na plecy, a następnie przycisnęli do ściany i unieruchomili go tam zaklęciem przylepca.
- Eberstark! – warknął Voldemort. – To cena twojej porażki.
Ośmioro Śmierciożerców wystąpiło na scenę i wycelowało różdżki w dwóch chłopców.
- Mój Panie, błagam – załkał złamany mężczyzna.
- CRUCIO! – krzyknęło unisono ośmioro Śmierciożerców.
Obaj chłopcy zwalili się na podłogę, wrzeszcząc z bólu. Uczniowie stali jakby byli zahipnotyzowani rozgrywającym się przed nimi spektaklem. Nie spostrzegli nawet, że Śmierciożercy spokojnie zabijają kolejnych nauczycieli.
- Patrz na swoje dzieci, Eberstark. Patrz jak doprowadzamy je do szaleństwa! Oto cena twojej porażki – warknął Czarny Pan. - Glizdogonie, kiedy skończymy z bachorami, zabij resztę uczniów. Potem zniszczymy zamek. W międzyczasie ja i pan Eberstark mamy przed sobą jeszcze trochę zabawy.
Wielka Sala
Podczas śniadania Dumbledore dosiadł się do stołu Harry'ego i jego przyjaciół. Harry skończył już posiłek i uważnie obserwował Hermionę. Od ataku brakowało jej zwykłej pewności siebie, a w oczach miała nietypowe przerażenie i ból.
Dręczyły ją wyrzuty sumienia z powodu tego, co zrobiła Ronowi pod wpływem klątwy Imperius. Harry czuł, że czas najwyższy zaatakować ten problem, nim całkiem wymknie się spod kontroli.
- Panno Granger – odezwał się Harry swoim najlepszym „nauczycielskim" głosem. – Ma pani okienko na drugiej godzinie, więc zapraszam panią do mojego biura przy klasie Obrony. Panie Weasley, może pan po nią przyjść przed trzecią lekcją.
Wszyscy przy stole wyglądali na zaskoczonych. Hermiona prawie pisnęła ze strachu, nim zorientowała się, że to głos Harry'ego. Spojrzała na niego. Uśmiechnął się do niej, ale jego oczy pozostały poważne. Zrozumiała, że ma teraz do czynienia z profesorem Potterem, a nie swoim najlepszym przyjacielem, mężczyzną, którego kochała jak brata. Potaknęła słabo.
Ginny pociągnęła go za rękaw, więc spojrzał na nią.
„Co ty robisz?" posłała mu.
Harry przejął jej lekcje Legillimencji od Dumbledore'a i ostatnimi czasy kontaktowali się tak coraz częściej. Wciąż jednak potrzebowali do tego kontaktu wzrokowego.
„Muszę coś przedsięwziąć, nim ona zrobi coś naprawdę głupiego" odpowiedział.
„Jesteś pewien? Dlaczego ty? Czy nie może rozpracować tego wspólnie z Ronem?" spytała z naciskiem.
„Może i tak, ale nie ma na to czasu, a ja jestem jedynym, który rozumie jak ona się czuje" odpowiedział. „Po prostu chcę jej pokazać co robi w ten sposób sobie i Ronowi. Jeśli tego nie zrobię, Hermiona straci cała wiarę w siebie".
Ginny uśmiechnęła się i pogłaskała go delikatnie po policzku, po czym zajęła się swoim talerzem. Harry rozejrzał się i dostrzegł Dumbledore'a, obserwującego go zza okularów-połówek.
- Legillimencja jest czasem całkiem użyteczna, nieprawdaż, profesorze Potter? – spytał z domyślnym błyskiem w oku. – Zauważyłem, że panna Weasley opanowała ją ostatnio znakomicie.
Harry odpowiedział uśmiechem.
- Owszem, dyrektorze, opanowała. Ale rozpoznaje też tkwiące w niej zagrożenia. Moim zdaniem, choć nie jest to Czarna Magia, możliwe nadużycia sytuują ją w szarej strefie. Nie pochwalam większości jej potencjalnych zastosowań.
- I tak być powinno, profesorze. Muszę jednak przyznać, że wasze użycie tej sztuki jest dość oryginalne. Większość ludzi woli poczekać na więź dusz nim osiągnie taki poziom komunikacji. Ale do rzeczy. Chciałem omówić z tobą dwie sprawy. Po pierwsze chciałbym, żebyś spotkał się ze mną w Holu Wejściowym, gdy skończysz z panną Granger. Jesteśmy umówieni z Hagridem.
Harry uśmiechnął się.
- Z radością do pana dołączę. A ta druga sprawa?
- Kiedy w swojej wskazówce wspomniałeś o podwójnej lojalności, czy nie chodziło ci przypadkiem o Remusa Lupina? – spytał Dumbledore, dumny ze swojej dedukcji. Teraz na pewno będzie górą!
Harry uśmiechnął się triumfalnie.
- Nie, dyrektorze. Popełnił pan błąd, wysyłając hogwardzkie skrzaty domowe, by pomagały na Grimmauld Place. Zapomniał pan, że ja jestem właścicielem tego domu. Co prawda nie przeszkadza to większości skrzatów, ale wśród nich wielokrotnie znalazł się Zgredek. A jego lojalność jest szeroko znana. A co do Grimmauld – kontynuował Harry marszcząc brwi – chyba po spotkaniu z Voldemortem powinienem oddać go Remusowi. Będzie potrzebował miejsca do wychowywania dzieci, a Merlin wie, że mi ono niepotrzebne. Ale do rzeczy. Muszę powiedzieć, dyrektorze, że pierwszaki zapewne ucieszą się z pana towarzystwa w ciągu najbliższego tygodnia. Jeśli przyniesie im pan trochę cytrynowych dropsów, na pewno dobrze pana przyjmą przy swoim stoliku – zapewnił, uśmiechając się do Dumbledore'a.
Jedyną odpowiedzią starego czarodzieja była kwaśna mina.
- Bez obrazy, dyrektorze, ale uważam, że dobrze panu zrobi bliższy kontakt z uczniami – rzekł spokojnie Harry. – Większość z nich patrzy na pana ze strachem i podziwem. Rozumiem, że pana obowiązki uniemożliwiają panu uczenie tak jak by pan pragnął, ale spożywanie z nimi posiłków to równie dobry sposób na zapoznanie się z nimi.
- Masz rację, profesorze. Sam ostatnio doszedłem do podobnego wniosku. Moje biuro jest nieco ponure i odosobnione. Może powinienem zachęcić resztę grona pedagogicznego do tego samego – stwierdził Dumbledore z namysłem.
Harry i Hermiona
Jedną z rzeczy, które zaskoczyły Harry'ego w pracy nauczyciela, okazała się ilość papierkowej roboty, którą musiał odwalić. Pisanie konspektów lekcji, ocenianie zadań domowych i sprawdzianów, było co najmniej żmudne, a nawet po prostu nudne. Stanie przed uczniami, prawdziwe uczenie, to było to, o co chodzi!
Harry uniósł spojrzenie znad biurka, którym dzielił się z Severusem i Jackiem, gdy Hermiona zapukała do drzwi i wśliznęła się do gabinetu. Pokazał, żeby usiadła w fotelu przed biurkiem.
Hermiona usiadła i spojrzała z ciekawością na Harry'ego. Martwiła się odrobinę. Tego ranka traktował ją dość chłodno, zupełnie inaczej niż w ich normalnych kontaktach.
- Powiedz mi, Hermiono, czy winisz mnie za to, że twoi rodzice muszą się ukrywać? – zagaił spokojnym tonem.
- Oczywiście, ze nie! Nigdy bym…
- Czy winisz mnie za to, że poprowadziłem ciebie i czwórkę naszych przyjaciół do Departamentu Tajemnic co skończyło się dla ciebie poważnymi ranami, a dla mojego ojca chrzestnego śmiercią? – spytał z naciskiem.
- Nie, ale…
- Czy winisz mnie za to, że zostałaś sparaliżowana na drugim roku przez bazyliszka? Czy winisz mnie za setki mugoli, pocałowanych w zeszłym roku przez dementorów? Albo kilkudziesięciu uczniów, którzy zostali sierotami?
- Nie…
- TO CZEMU WINISZ SIĘ ZA COŚ, CO ZROBIŁ ŚMIERCIOŻERCA!? – ryknął na nią, unosząc się z miejsca.
Hermiona odchyliła się na krześle. Jego słowa odczuła jak fizyczny cios.
Harry obszedł biurko, klęknął przy jej krześle i ujął ją za rękę.
- Mionko, wiem dokładnie co czujesz i wiem gdzie cię to zaprowadzi. Wyglądasz przez okno w słoneczny dzień, ale dla ciebie mogłaby być północ. Wszystko ponure i ciemne. Poczucie winy będzie szarpało twoją duszę, aż całkowicie ją wyrwie i pozostawi cię jako pustą skorupę. Rozerwie cię na strzępy, przy okazji raniąc Rona i wszystkich, którzy cię kochają. Prędzej czy później uznasz, że życie jest zbyt ciężkie i masz go dość. Dlatego właśnie musisz przestać i to już, teraz. Masz mężczyznę, który kocha cię całym sercem. Nie wybaczył ci, bo wiem, że nie ma tu nic do wybaczania. Nie odpowiadałaś tamtego dnia za swoje czyny. Nie zraniłaś Rona. Krum to zrobił. Hermiono, nie chcesz iść dalej tą drogą. Ja nią poszedłem i mówię ci, jeśli nie zawrócisz, zniszczysz wszystko i wszystkich, których kochasz.
Hermiona odwróciła wzrok, wbijając spojrzenie w podłogę. Przygryzła dolną wargę, usiłując powstrzymać jej drżenie.
- Harry, wiem, że nie panowałam nad sobą, ale nie mogę nie czuć się za to odpowiedzialną – wyszeptała, usiłując powstrzymać łzy.
- Mionko, spójrz na mnie – polecił. – Potrafisz zrzucić z siebie Imperiusa?
Potrząsnęła głową.
- N… nie. Ale ty potrafisz!
Harry zamrugał ze zdziwieniem.
- To że ja coś umiem, nie znaczy, że ty umiesz albo powinnaś to umieć. Powiedz mi coś szczerze. Czy przeszkadza ci, że mam większą moc i zdolności w niektórych dziedzinach od ciebie? – spytał, zastanawiając się, jaką odpowiedź usłyszy.
Kiedy skinęła głową, wciąż unikając jego spojrzenia, puścił jej dłoń i usiadł na piętach.
- Mionko, nie zazdrość mi. Moje życie nie było łatwe i zapewne dobiegnie końca w przyszłym miesiącu! Na Merlina, myślałem, że jesteś mądrzejsza! – rzucił ze złością, wstając. Hermiona spojrzała na niego wstrząśnięta.
- Nie mogę w to uwierzyć! – kontynuował. - Mionko, jest tylko kilka osób zdolnych otrząsnąć się z tej klątwy i wszyscy to nadzwyczaj potężni czarodzieje i czarodziejki. Twoją siłą nie jest moc, tylko twój umysł! Tak, potrafię to zwalczyć. Tak, mam dużo więcej mocy niż ty. Wielka mi kurna sprawa! Oddałbym to w każdej chwili w zamian za szansę na długie, spokojne życie. Mionko, nie porównuj się do mnie. Nie możesz się ze mną równać i ciesz się z tego. Teraz powinnaś się martwić o siebie i swojego faceta. On czuje się winny, bo uważa, że nie potrafił cię obronić. A ty jesteś tak zajęta nurzaniem się w poczuciu winy, że nawet tego nie zauważyłaś!
Harry wrócił za biurko i usiadł. Zdjął okulary i przetarł twarz dłonią, wyraźnie zmęczony, po czym nałożył szkła z powrotem.
- Ron cię potrzebuje, a ty potrzebujesz jego. Porozmawiaj z nim, wypłacz się na jego ramieniu, albo po prostu go przytul i pozwól mu się wygadać. Jeśli odetniesz się od tych, których kochasz, zabije cię to w środku. Uwierz mi, wiem o czym mówię.
Przez twarz Hermiony przebiegła cała masa emocji, nim wreszcie pękła, zalewając się łzami na krześle. Harry otworzył szafkę i wyjął pudełko chusteczek, które przesunął po blacie w jej stronę. Uśmiechnęła się do niego przez łzy i przysunęła sobie pudełko bliżej. Po kilku minutach opanowała się i osuszyła łzy.
- Ron będzie tu niedługo – odezwał się Harry cicho. – Może na niego poczekasz? Mam jeszcze kilka wypracowań do oceny, a potem jestem umówiony z Dumbledorem. Możecie porozmawiać sobie w tym biurze.
Harry wrócił do wypracowań, a Hermiona przyglądała mu się, ale w głowie wirowały jej najróżniejsze myśli.
Ron czuje się winny, bo nie potrafił mnie obronić? Cholerny, kochany głupek, pomyślała ze złością. Jeśli nie użyłby tego pierścienia już by nie żył, a ja stałabym teraz przed Voldemortem. Jak on może być tak głupi!
Potem coś do niej dotarło. Oboje, ona i Ron, odczuwali wyrzuty sumienia z powodu tego incydentu. Może z innych przyczyn, niemniej jednak były to wyrzuty sumienia.
Postanowiła, że tego dnia znajdą z Ronem czas, żeby poważnie porozmawiać, nawet jeśli miałoby to oznaczać opuszczenie lekcji.
A co z Harrym? Pomyślała. Czy on naprawdę spodziewa się umrzeć w ciągu następnego miesiąca?
Obserwowała go. Zawsze twierdził, że nienawidzi sprawdzać wypracowania, ale wyglądało na to, że jednak sprawia mu to przyjemność.
Potem Hermiona dostrzegła, jak drży mu ręka, gdy sięgał po kolejny kawałek pergaminu. Cała krew zdawała się odpływać z jego twarzy. Na chwilę zamarł, a potem sięgnął na ośle do jednej z szuflad biurka. Wyciągnął mały słoiczek, w którym Hermiona rozpoznała jego maść. Nabrał na palec dużą dawkę i rozprowadził po swojej bliźnie.
Chwilę potrwało, nim dodatkowa dawka maści dała efekt. Wreszcie Harry zamknął oczy i opadł na krzesło z westchnieniem ulgi.
Hermiona wstała i podeszła do przyjaciela.
- Harry – odezwała się, kładąc mu rękę na ramieniu. – Wszystko w porządku?
Otworzył oczy i spojrzał na nią.
- Tak, w porządku. Voldemort właśnie się zabawia. Normalnie mi to nie przeszkadza, ale dziś przepala się przez maść.
- Jesteśmy przy tobie. Nie zapominaj o tym.
- Wiem, Mionko. Ale na koniec i tak zostaniemy tylko on i ja, sam na sam. Słuchaj, Ron powinien zaraz tu być, a ja muszę lecieć na spotkanie z Dumbledorem. Idziemy dziś do Hagrida – wyjaśnił.
Skinęła głową i ze zmartwioną miną odprowadziła go wzrokiem do drzwi.
Hagrid idzie do szkoły
Harry spotkał się z Dumbledorem przy Holu Wejściowym. Dumbledore uniósł pytająco brwi na widok dużej dawki maści na bliźnie Harry'ego.
- Coś się dzieje, Harry? – spytał z troską.
- Voldemort coś knuje i to chyba coś dużego. Po raz pierwszy od lata zaangażował się w to osobiście. I cokolwiek robi, bardzo się tym cieszy – odpowiedział młodszy mężczyzna.
- W takim razie proponuję odwołać nasze spotkanie z Hagridem, żebym mógł zaalarmować Zakon. Musimy odkryć co się dzieje – rzekł ponuro Dumbledore.
- Dyrektorze, proszę dać mi dokumenty, pójdę sam do Hagrida. Przyda mi się jakaś odmiana. Mam trochę wolnego czasu, więc mogę nawet zabrać go do Ollivandera.
- Mam ci zrobić świstoklik? – spytał Dumbledore.
Harry spojrzał na niego niepewnie, a dyrektor wybuchnął śmiechem.
- A więc nauczyłeś się jak robić świstokliki. Mam rację? – spytał.
- Tak, dyrektorze. Co prawda to Hermionie udało się jako pierwszej po przeczytaniu mojej książki na ten temat, ale ja też nie mam z tym już problemu.
Dumbledore potrząsnął głową i wręczył Harry'emu z uśmiechem plik pergaminu.
- W porządku Harry. Pozdrów ode mnie Hagrida.
- Nie omieszkam.
Harry ruszył w stronę głównej bramy. Chatka Hagrida znajdowała się sporo za murami obronnymi. Harry miał zamiar coś z tym zrobić.
Uśmiechnął się, mijając uczniów wracających z Opieki nad Magicznymi Stworzeniami. Złapał Hagrida przy drzwiach do jego domku.
- Harry! Co u ciebie? – spytał półolbrzym.
- W porządku – odpowiedział młody czarodziej z uśmiechem. – Dyrektor miał przyjść ze mną, ale zatrzymały go sprawy Zakonu. Więc ja sam o wszystko zadbam.
- Ale o co?
Harry przejrzał stertę dokumentów, aż wreszcie znalazł właściwe. Wręczył pierwszy z nich Hagridowi.
- To oficjalna rewizja decyzji o wyrzuceniu cię ze szkoły. Została podpisana przez dyrektora i zaakceptowana przez Radę Nadzorczą oraz Ministerstwo. To oficjalne uznanie, że nie byłeś zamieszany w otwarcie Komnaty Tajemnic wiele lat temu.
Hagrid usiadł na fotelu tak ciężko, że zagrzechotały rzeczy zgromadzone na półkach. Drżącymi rękoma sięgnął po dokument.
- Zanim dam ci kolejne dwa dokumenty, chcę, żebyś mi coś obiecał – kontynuował Harry. – Jak na pewno wiesz, spodziewamy się niedługo ataku na zamek. W związku z tym chciałbym, żebyś się tam przeprowadził od pierwszego kwietnia.
- Ale Harry, toż to moja chata – zaprotestował Hagrid.
- Wiem, to dalej będzie twój dom. Ale chcę się upewnić, że nie stanie ci się krzywda. Poza murami obronnymi nie będziesz bezpieczny – odpowiedział Harry.
Hagrid spojrzał na Harry'ego i dojrzał troskę na jego twarzy.
- Hagridzie, to tylko na miesiąc – zapewnił go delikatnie młody czarodziej.
W końcu Hagrid się poddał i skinięciem głowy wyraził zgodę. Harry uśmiechnął się. Ulżyło mu, gdy wiedział, że Hagrid znajdzie się za murami przed rozpoczęciem bitwy.
- W porządku. Następne dwa dokumenty – ciągnął, wręczając je Hagridowi – to zobowiązanie nauczycieli, że zapewnią ci indywidualny tok nauczania przynajmniej do poziomu SUM-ów. Drugi to list od Dumbledore'a, kontrasygnowany przez Minister Magii, w którym zezwala Ollivanderowi na sprzedanie ci nowej różdżki. Jeśli masz ochotę, będę zaszczycony mogąc zabrać cię na zakupy na Ulicę Pokątną.
Tego momentu Harry się obawiał. Oczy Hagrida zaszły łzami i półolbrzym uściskał Harry'ego tak mocno, że młody czarodziej poczuł, że z braku tlenu robi mu się ciemno przed oczami.
- Cholibka, moja własna różdżka? Normalnie moja różdżka? – nie mógł uwierzyć gajowy Hogwartu.
Harry usiłował odpowiedzieć, ale w związku z tym, ze Hagrid wciąż go nie puszczał miał pewne problemy z oddychaniem. Po chwili jednak przyjaciel puścił go, by wydmuchać nos. Harry zatoczył się i złapał haust powietrza. Wciąż ciężko dysząc spojrzał na Hagrida i spróbował się uśmiechnąć.
- Tak, pójdziemy do Ollivandera kupić ci różdżkę. Skoro twoja stara różdżka została połamana, kiedy zostałeś niesłusznie relegowany ze szkoły, słusznym będzie jej naprawienie, skoro Ministerstwo przyznało się do błędu. Poza tym nie lepiej będzie mieć całą różdżkę, niż połamane kawałki, schowane w parasolce? – spytał z chytrym uśmiechem.
Hagrid spojrzał na niego zdumiony, a potem uśmiechnął się zażenowany, gdy zdał sobie sprawę, że niemal wszyscy znali prawdę o jego parasolce.
Harry rozejrzał się i dojrzał małą szczapę drewna. Złapał ją i mruknął „Portus", po czym spojrzał na Hagrida.
- Gotowy na wyprawę po różdżkę? – spytał z szerokim uśmiechem. To będzie coś naprawdę fajnego, zabrać Hagrida na Ulicę Pokątną, tak jak kiedy Hagrid zabrał jego.
- Gotowy? – odparł Hagrid. – Gotowy żem jest od czterdziestu lat!
Hermiona i Ron
Ron otworzył drzwi do biura, które Harry dzielił z profesorami Snapem i Parsonsem i wsadził głowę do środka.
- Mionko? – zawołał delikatnie. Harry mógł sobie mieć dobre relacje ze Snapem, ale Ron wciąż miał w pamięci pięć lat snape'owego zastraszania. Dwie ręce złapały Rona za głowę, wciągnęły do środka, zamknęły drzwi i rzuciły go na nie plecami.
Zaskoczony Ron oparł się o drewno, a ręce zwisały mu bezwładnie po bokach. Hermiona przytrzymywała go jedną ręką, palcem drugiej wygrażała mu pod nosem.
- Ronaldzie Biliusie Weasleyu! Jak możesz być tak głupi? Ocaliłeś nas oboje używając tamtego dnia pierścienia. Ty głupi facecie! Ty cholerny idioto! Gdyby nie twoje działania skończyłbyś martwy, a mnie zabrałby Voldemort!
Po tych słowach gniew z niej wyparował. Opadła na niego, składając mu głowę na piersi.
- Uratowałeś nas, Ron – wyszeptała, a potem pociągnęła go w dół, by złożyć na jego ustach pocałunek.
Gdy oderwali się od siebie z braku powietrza, Ron spytał:
- To czego chciał Harry?
- Miał mi do powiedzenia wiele rzeczy. Nie wszystko mi się podobało, ale to było konieczne – odpowiedziała drżącym głosem.
- Doprowadził cię do łez, prawda? – spytał rozzłoszczony Ron.
Hermiona skinęła głową.
- ZABIJĘ TEGO PIEPRZONEGO SUKINSYNA! – wrzasnął Ron.
Hermiona złapała go za ramiona i potrząsnęła nim.
- Nie zrobisz nic podobnego! Powiedział dokładnie to, co musiałam usłyszeć. Zmusił mnie, żebym zobaczyła co robię tobie i nam obojgu. Tak, płakałam, ale nie dlatego że mnie obraził, lecz dlatego że zmusił mnie, żebym zobaczył jak wielką krzywdę wyrządzam tobie i mi! Ron, strasznie cię przepraszam, że nie miałeś we mnie ostatnio oparcia. Tak bardzo pogrążyłam się we własnych wyrzutach sumienia, że nawet nie pomyślałam jak ty musisz się czuć – dodała cichym, niepewnym głosem.
Ron przytulił ją. Zapomniał już o swojej złości.
- Przepraszam, że go nie powstrzymałem. Przepraszam…
Przerwała mu kolejnym pocałunkiem.
- Musimy iść dalej, Ron – oznajmiła mu kilka chwil później. – Nie możemy zmienić tego co się stało, ale prawda jest taka, że ocaliłeś wtedy nas oboje.
Ulica Pokątna
Harry i Hagrid pojawili się przed Gringottem. Ulica Pokątna była zatłoczona, a wśród gości przechadzały się gęste patrole aurorów i kadetów z Akademii Aurorów. Ulica Pokątna stała się jednym z miejsc, w którym szkolił się nowy aurorski narybek. Widząc poziom zabezpieczeń w tym miejscu, ludzie byli coraz bardziej skłonni do chodzenia na zakupy.
Odległość między Gringottem i Ollivanderem nie była duża, ale nawet tak krótki spacer wystarczył, by ludzie rozpoznali Harry'ego. A biorąc pod uwagę, że był z Hagridem, mieszańcem, szepty nabierały intensywności.
- Harry, zawsze tak masz? – spytał Hagrid.
- Nawet nie masz pojęcia – odparł rozdrażniony Harry. – Kiedy będzie po wszystkim zapewne zamieszkam w pustelni, by nie musieć tego znosić.
Hagrid położył Harry'emu mięsistą rękę na ramieniu i skinął ze zrozumieniem głową, gdy wchodzili do Ollivandera.
Sklep nie zmienił się zbytnio od ostatniej wizyty Harry'ego. Liczne regały od podłogi do sufitu wypełniały małe, prostokątne pudełka. Pan Ollivander wyszedł z zaplecza i poczłapał ku klientom.
- Pan Potter i Hagrid! Wielkie Nieba! Nie oczekiwałem cię tu o tej porze roku, Hagridzie – zwracając się do Harry'ego dodał: - Panie Potter, czyżby coś było nie tak z pana różdżką? Może jakieś pęknięcie lub nadkruszenie?
- Nie, panie Ollivander. To nie ja jestem dziś pana klientem. Hagridzie, pokaż proszę panu Ollivanderowi dokument – odpowiedział Harry z lekkim uśmiechem.
Ollivander wziął pergamin, nałożył okulary do czytania i przysunął się bliżej okna, gdzie światło było lepsze. Czytając poruszał ustami.
- Wielkie Nieba! Nie sądziłem, że kiedykolwiek ujrzę coś takiego – zawołał. Odwrócił się i spojrzał na wielkiego mężczyznę. – A więc nowa różdżka, Hagridzie. Tak, tak. Myślę, że będzie dobrać ją równie trudno, jak naszemu panu Potterowi. Ale nieważne, uwielbiam wyzwania. Hmm, jeśli pamięć mi służy, masz różdżkę z rdzeniem z włosa jednorożca. Wspaniała różdżka, doskonała do zaklęć! Tak mi było żal widzieć ją połamaną. Nieważne, zaczniemy od ponownego wypróbowania tych z rdzeniem z jednorożcowego włosia.
Ollivander ściągnął z półek kilka pudełek i wyłożył je na ladę. Hagrid wziął wręczoną mu przez niego różdżkę. Wyglądał jakby trzymał patyczek. Różdżka miała niespełna dziewięć cali. Machnął nią. Drzwi wyleciały z zawiasów.
- Nie, nie ta – mruknął Ollivander, zabierając ją Hagridowi. Kontynuowali testy z najrozmaitszymi różdżkami, siejąc w sklepie chaos i zniszczenie.
- Może ma pan coś większego dla Hagrida? – zasugerował Harry, uskakując przed kilkoma pudełkami, które zeskoczyły ze swojej półki. – Większość z nich wygląda w jego rękach jak wykałaczka.
Ollivander zamyślił się na moment, ale zaraz jego oczy się rozświetliły.
- Tak! Może to zadziała. Planowałem użyć jej na nowy szyld, ale… Tak, to się może sprawdzić.
Ollivander poczłapał na zaplecze, ostrożnie omijając zniszczenia. Po chwili wrócił z różdżką o długości niemal jednego metra.
- Zrobiłem tę różdżkę, by powiesić ją pod nowym szyldem sklepu, ale to normalna różdżka. Wierzba i rdzeń z włosa ogiera jednorożca. Powinna się sprawdzić – zapewnił. Wręczył różdżkę Hagridowi, który od razu uśmiechnął się, czując się pewnie w większą różdżką, która rozjarzyła się w jego rękach. Machnął nią, produkując powódź iskier.
- TAK! – zawołał Ollivander. – Różdżka wybiera. I nigdy się nie myli!
Ollivander odłożył różdżkę na bok, a Hagrid zaczął wyjmować swoją sakiewkę z pieniędzmi, jednak Harry powstrzymał go, kładąc mu rękę na ramieniu. Półolbrzym spojrzał na niego z ciekawością.
- Ja stawiam. Poza tym jeszcze nie skończyliśmy – powiedział i zwrócił się do sprzedawcy: – No to teraz czas na prawdziwe wyzwanie. Hagrid będzie potrzebował pokrowca na różdżkę mocowanego do nadgarstka. Biorąc pod uwagę jego rozmiar, będzie musiało to być zrobione na zamówienie. Powinno też blokować zaklęcia przywołujące. Poradzi pan sobie?
Ollivander pokiwał głową i zmierzył dokładnie ramię Hagrida.
- Damy sobie radę. Ale to potrwa około dwa tygodnie. Wyślę ją panom sową, gdy skończę pracę, w porządku?
- Świetnie – odrzekł Harry. – Proszę obciążyć moje konto w Gringotcie.
- Ale Harry, nie… - próbował protestować Hagrid.
- Nalegam. Kupiłeś mi Hedwigę. Nigdy ci się za to nie odwdzięczę, ani za przyjaźń, którą obdarzyłeś tego przestraszonego chłopca, jakim wtedy byłem. Proszę, pozwól mi to dla ciebie zrobić.
Hagrid wyciągnął wielką chusteczkę i hałaśliwie wydmuchał nos. Wepchnął ją z powrotem do kieszeni i delikatnie poklepał Harry'ego po plecach, niemal obalając młodego czarodzieja na ziemię.
- W porząsiu, Harry – odpowiedział.
Spędzili jeszcze kilka minut na rozmowie z Ollivanderem nim wrócili do Hogwartu.
Rada Pedagogiczna Hogwartu, wieczór
Harry zajął swoje tradycyjne miejsce z tyłu gabinetu. Nigdy nie czuł się swobodnie na tych spotkaniach, ale chyba powoli zaczynał się przyzwyczajać. Co prawda gdy porzucił trzy pozostałe przedmioty jego nauczyciele zaczęli traktować go nieco chłodno, ale i to powoli zmieniało się na lepsze. Jedynie Serena Snape wciąż była na niego zła. Zanotował w pamięci, by wkrótce się z nią rozmówić.
Widząc wchodzącego Dumbledore'a, większość nauczycieli zajęła swoje miejsca. Nikt nie był pewien czemu to spotkanie zostało zwołane. Z reguły spotykali się raz w miesiącu, ale tym razem było to zebranie nadzwyczajne.
Harry ze zdziwieniem zaobserwował, jakim starym i znużonym człowiekiem wydaje się Dumbledore. Kiedy do tego doszło?
Dyrektor rozejrzał się, by upewnić się, że wszyscy go słuchają, nim zaczął mówić:
- Dzisiaj wczesnym rankiem Voldemort i jego siły zniszczyły Instytut Durmstrang – zaczął z ciężkim sercem. – Nauczyciele i uczniowie zostali wymordowani, a szkoła zrównana z ziemią. W przyszłym tygodniu delegacja z Beauxbatons i przedstawiciele Rady Nadzorczej Durmstrangu przyjadą do Hogwartu, by zdecydować co zrobić z uczniami, którzy mieli jesienią rozpocząć naukę w Durmstrangu. Tamtejsza Rada jeszcze nie zdecydowała czy zamek zostanie odbudowany. Moim zdaniem jest wielce prawdopodobne, że to koniec Durmstrangu jako szkoły. Nasza Rada Nadzorcza będzie tu, by pomóc w tej wizycie. Mogą, ale nie muszą się zdecydować na wizytację waszych lekcji, by sprawdzić jak uczycie.
- Albusie, ale jak to uczniowie z Durmstrangu u nas? Durmstrang jest znany z nauczania zwolenników Czarnej Magii – zaprotestowała McGonagall.
- Minervo, nie sądzę, żeby to był problem. Pomyśl o tym raczej jak o szansie na zawrócenie ich z tej drogi – odparł.
- Przepraszam pana… - zaczął Harry.
- Harry, na tych spotkaniach wszyscy jesteśmy sobie równi. Możesz mi mówić po imieniu – przerwał mu Dumbledore zmęczonym głosem.
Kiedy Harry zawahał się, pozostali nauczyciele się uśmiechnęli. Większość z nich była absolwentami Hogwartu i chodziła do szkoły, gdy Dumbledore był dyrektorem. Wiedzieli jaka to dziwna zmiana.
- W porządku, Albusie. Jak sądzisz, jak długo będą tu ludzie z Durmstrangu? Nie chcę rzucać na nikogo podejrzeń, ale dla naszego własnego bezpieczeństwa wolałbym zdezaktywować Brygadę na czas ich obecności w szkole – wyjaśnił Harry, a Jack i Severus pokiwali głowami.
- Przybędą w poniedziałek i powinni opuścić szkołę w piątek albo w sobotę rano – odpowiedział Dumbledore.
- Dziękuję, przekażę to Brygadzie. Chyba ucieszą się z dodatkowego wolnego.
- Mam nadzieję. Modlę się tylko, żeby nie urządzili kolejnej imprezy – zaśmiał się Jack. – ostatnim razem przyłapałem całą drużynę, która usiłowała robić wyścigi po korytarzu ubrana jedynie w abażury. Dalej jestem zdania, że to bliźniacy Weasleyowie przemycili im ognistą whisky.
- To jeszcze nic! Dziesięć razy tamtej nocy obudziły mnie alarmy, gdy któryś z chłopców usiłował się wkraść do dormitorium dziewcząt! – zawołała Minerva.
- Minervo, chyba musisz się trochę rozluźnić – rzekł Jack. – Musimy pamiętać o tym, co nadchodzi i o fakcie, że niektóre z tych dzieciaków tego nie przeżyją. Prosimy uczniów, niektórych wciąż niepełnoletnich, by wykonywali pracę dorosłych. Uważam, że póki co każdy od szóstego roku w górę powinien dostać trochę więcej swobody.
- Nigdy nie sądziłam, że to powiem, ale muszę zgodzić się z profesorem Parsonsem – wtrąciła się Poppy. – W ciągu ostatniego roku ilość dziewcząt, które przychodzą do mnie, żeby nauczyć się zaklęcia antykoncepcyjnego, potroiła się. A na każdą dziewczynę, która przychodzi, przypada pewnie dwadzieścia innych zbyt zawstydzonych, by to zrobić.
Harry siedział cicho. Przynajmniej cztery noce w tygodniu spędzał z Ginny w jednym łóżku, choć kochali się dość rzadko. Nie żeby nie chcieli. Chcieli, ale czuli się nieco niezręcznie, oddając się przyjemnościom cielesnym, podczas gdy inni byli tego pozbawieni. Harry był pewien, że Dumbledore i być może McGonagall zdają sobie sprawę gdzie Ginny spędza noce, ale żadne z nich nie protestowało. Mimo to Harry i Ginny starali się postępować bardzo dyskretnie.
Teraz Dumbledore pokiwał głową.
- Wydaje mi się, ze zarówno Jack, jak i Minerva mają sporo racji. Pozwólmy szósto- i siódmoroczniakom na trochę więcej swobody. Ocenimy ponownie sytuację w kwietniu, jeśli zajdzie taka potrzeba. Co najistotniejsze w tej chwili, od poniedziałku mamy gości w zamku i niektórzy spośród nich mogą przyjść do was na lekcje. Będą się tylko przyglądać, ale okażcie im proszę wszelkie względy – powiedział, spoglądając po kolei na wszystkich członków grona pedagogicznego.
Wkrótce potem spotkanie dobiegło końca. Harry wstał i podszedł do Sereny, pytając czy zechciałaby poświęcić mu chwilę. Severus stał w pobliżu i obserwował tę dwójkę z ciekawością.
- Pani profesor, chciałem porozmawiać o mojej rezygnacji z Eliksirów – zagaił Harry proszącym tonem. – Wiem, że nie podoba się to pani, ale proszę się na mnie nie gniewać. To nie dotyczy pani, ani pani umiejętności jako nauczycielki. Zrobiłem to, by mieć więcej czasu na przygotowania.
Serena westchnęła i popatrzyła na Harry'ego.
- Wiem, Harry. Po prostu spisywałeś się tak dobrze na tych lekcjach… Rzadko zdarza się, bym miała ucznia pracującego na Wybitny, który potem nagle rzuca ten przedmiot – odparła.
- Obiecuję, że powtórzę ten przedmiot w lecie albo w przyszłym roku. Nie rzuciłem go, żeby panią obrazić i bardzo cenię wsparcie jakie pani i pani mąż okazaliście mi przez ostatnie dwa lata. Nie chciałbym, by moja rezygnacja z Eliksirów wpłynęła na nasze relacje – odpowiedział cicho, a jego spojrzenie uciekło w stronę wyraźnie podsłuchującego Severusa.
Serena zastanowiła się nad swoim zachowaniem wobec chłopaka, odkąd rzucił jej lekcje. Faktycznie, była wobec niego trochę chłodna i, jak ci Brytole to mówią? Obcasowa, obciosana? A niech to szlag, zachowywała się względem niego jak suka. Niech szlag tych Brytoli za zrujnowanie angielskiego, pomyślała.
- Przepraszam za to jak cię traktowałam odkąd zrezygnowałeś z mojej lekcji. Nie miałam racji. Powinnam zrozumieć czemu to zrobiłeś – odezwała się.
Harry uśmiechnął się, przyjmując jej przeprosiny. Życzył obojgu dobrej nocy. W Pokoju Wspólnym poinformował Brygadę, ze od poniedziałku mają tydzień wolnego.
Biblioteka, dwa wieczory później
Frank Littleton był na szóstym roku. Od kilku miesięcy jego przyjaciele usiłowali mu pokazać jak źle postępuje. Często spotykali się w tajemnicy w rzadko używanych miejscach zamku. Nie przeszkadzało mu to. Skradanie się było dobrą zabawą i szczerze mówiąc niektóre rzeczy, które mu mówili, miały sporo sensu.
Ten wieczór zdarzył się przypadkiem. Pracował nad wypracowaniem na Eliksiry, gdy usłyszał jak jego przyjaciele znęcają się nad uczennicą z drugiego roku. Catherine Merigold była półkrwi. Jej ojciec był mugolem, a matka czarodziejką i szanowaną uzdrowicielką w Świętym Mungu.
Ostrożnie wyjrzał zza regału, by sobie popatrzeć, ale jeden z jego przyjaciół go dojrzał.
- Frankie! – syknął jeden z chłopaków z uśmiechem. – Chodź się zabawić!
Było ich ośmioro, sześciu chłopaków i dwie dziewczyny. Otoczyli Catherine. Popychali ją między sobą, a ona łkała. Frank obszedł regał, by do nich dołączyć. Jeden z chłopaków złapał jej ubrania, rozpinając bluzkę i rozdzierając jej spódnicę.
- Chodź Frankie, wydymaj sobie małego mieszańca! – zachichotała jedna z dziewcząt. – Użyjemy potem zaklęcia pamięci, więc nikt się nie dowie.
Dwóch chłopców złapało Catherine za ramiona i unieruchomiło ją. Frank musiał przyznać, że dziewczyna była ładna, choć jej kobiece części ciała jeszcze się do końca nie rozwinęły. Podszedł do dziewczyny, a ta kopnęła go mocno w udo. Celowała w jego krocze, ale spudłowała o kilkanaście centymetrów.
Frank syknął z bólu, a jego twarz wykrzywił gniew. Złapał ją jedną ręką za gardło, a drugą wsadził jej między nogi.
- Dawaj, Frankie! – dopingowała go jedna z dziewczyn.
Nagle Frank chwiejnie odskoczył od Catherine. Pierścień Feniksa na jego palcu rozpalił się do białości. Wrzasnął z bólu, gdy palec nagle zniknął, a pierścień opadł na ziemię.
Frank zgiął się w pół, powstrzymując wymioty. Fala magii przeleciała przez bibliotekę, wypełniając pomieszczenie upiornym wyciem. Minęła innych uczniów i jak inteligentna istota osiadła na Franku, spowijając go w chorobliwie zielonym świetle.
Światło zdawało się przepływać przez chłopaka, zupełnie jakby je absorbował. Kiedy zniknęło, wyprostował się, a potem zesztywniał. Gdy ból przeniknął jego ciało odchylił głowę do tyłu, ale z jego ust nie wydobył się dźwięk, tylko snop światła, a jego ciało niemal złożyło się w pół, gdy magia została z niego wydarta.
Po wszystkim runął bezwładnie na podłogę. Jego spojrzenie podążyło za spojrzeniami innych uczniów. Nad nimi lewitowała czerwona kula. Wewnątrz niej pojawiały się czarne błyski, niemal jak błyskawice.
Pozostali uczniowie zaczęli się cofać, gdy wtem kula eksplodowała z ogromną siłą, wyrzucając stojących w pobliżu w powietrze i pozbawiając ich przytomności.
Pokój Wspólny
- Profesorze Harry, pokaż mi jeszcze raz ten ruch do Protego. Proszę, proszę, proszę – błagała Erika Lupin.
Harry uśmiechnął się i pokazał jej. Pierwszoroczniacy byli za mali, by uczyć się prawdziwej bojowej magii, ale postanowił nauczyć ich pewnych podstaw walki, w tym zaklęcia tarczy.
Nagle jego pierścień zapulsował boleśnie i rozgrzał się. Zamek zadygotał lekko. Spojrzał na niepokojem na Ginny. Jego narzeczona nieświadomie masowała palec, jakby pierścień jej przeszkadzał. Tak samo Ron. Hermiona zbladła, patrząc błagalnie na Harry'ego.
- Harry – odezwał się Blaise, podchodząc do nich. – Co się dzieje z pierścieniami?
- Blaise, zwołaj wszystkich. Przeszukaj zamek. Później wyjaśnię – odparł Harry ponuro.
Blaise skinął głową i ruszył organizować ludzi. Harry zwrócił się do Hermiony:
- Wiem, że to twoja klątwa zadziałała, ale to nie twoja wina. Ktoś naruszył swoją przysięgę krwi – przypomniał jej łagodnie.
- Wy dwoje, zmykajcie do łóżka – polecił bliźniętom Lupin. – Robi się późno.
Eryk wyglądał, jakby chciał jeszcze zostać, ale Erika jedynie skinęła głową i ruszyła ku schodom na górę.
Mniej więcej pół godziny później Blaise wrócił z ponurą miną do Pokoju Wspólnego. Harry spojrzał na niego, czekając na raport.
- Biblioteka. Nie potrafię tego wyjaśnić, musisz sam zobaczyć – zameldował cicho Blaise. Harry skinął głową, a szef bezpieczeństwa Brygady wyprowadził jego, Ginny, Rona i Hermionę z Pokoju.
Po kilku minutach weszli do biblioteki i zatrzymali się zszokowani. Cześć biblioteki, w którym znajdował się Frank Littleton i jego przyjaciele, była kompletnie spustoszona. Porozdzierane książki poniewierały się na podłodze. Stoły zostały zredukowane do stosów połamanego drewna, a ponad połowa regałów wywróciła się. Na podłodze leżało dziesięć osób. Jednej z nich brakowało jednego palca, a rozdarte ubranie jednej z dziewczyn odsłaniało jej nagość. Pięć osób znajdowało się na liście, którą Wan przekazała Blaise'owi.
Harry tylko spojrzał na nieprzytomnych ludzi i natychmiast związał zaklęciem krępującym wszystkich poza Catherine.
- Blaise, wezwij Madam Pomfrey i dyrektora – polecił Harry. Potem zdjął koszulę i nakrył nią nieprzytomną drugoklasistkę. – Ron zbierz różdżki – rozkazał, prostując się.
Potem spojrzał na Franka Littletona, członka Brygady Feniksa, który złamał przysięgę i poczuł jak wzbiera w nim gniew i magia. Jego ciało otoczyła poświata, a zamek zarezonował w odpowiedzi. Jego ręce drżały od przepływającej przez niego mocy. Szybko odwrócił się i podszedł do okna. Wyjrzał na boisko do quidditcha, starając się opanować.
Ron, Ginny i Hermiona spojrzeli po sobie, skinęli głowami i Ginny oderwała się od przyjaciół i podeszła do narzeczonego.
Madam Pomfrey i Dumbledore przybyli kilka minut później. Dumbledore z zaskoczeniem popatrzył na Harry'ego, którego niewidzące oczy patrzyły gdzieś w dal i Ginny, która szeptała mu coś uspokajająco do ucha.
Madam Pomfrey podbiegła, by zbadać nieprzytomnych uczniów. Dumbledore ruszył w stronę Harry'ego, ale Ron zatrzymał go uniesieniem ręki. Dyrektor spojrzał na niego pytająco.
- Na pana miejscu bym tego nie robił – powiedział cicho Ron. – Jest naprawdę wkurzony. Właśnie złapaliśmy nie tylko kilka osób z naszej listy, ale też parę innych, łącznie z jednym członkiem Brygady.
- Rozumiem. A dlaczego są nieprzytomni? – spytał Dumbledore.
- Przez pana Littletona, dyrektorze – odpowiedziała Hermiona. - Złamał przysięgę krwi. Wywołany przez to efekt pozbawił przytomności jego i osoby w pobliżu.
Dumbledore spojrzał na nią szeroko otwartymi z zaskoczenia oczami.
- A jaki był efekt złamania przysięgi krwi?
- Zniszczyła jego magiczny rdzeń. Jest teraz jedynie charłakiem – odrzekła twardo brunetka. – Na początku roku wszyscy złożyliśmy tę przysięgę, w której obiecaliśmy nigdy nie odwracać się od światła.
Dumbledore opadł ciężko na jedno z nielicznych nieuszkodzonych krzeseł.
- Charłakiem? Zabrałaś mu jego magię?
- Nie, proszę pana, nie zabrałam mu jego magii. Sam to sobie zrobił – odparła stanowczo Hermiona. – Wszyscy składający przysięgę zdawali sobie sprawę z konsekwencji jej złamania.
Dumbledore zamknął oczy i potarł nos.
- Można mu ją przywrócić? – spytał.
- Nie – w głosie Hermiony zadźwięczała stal.
- Panie dyrektorze, pierwsza wersja przysięgi przewidywała śmierć jako karę za jej złamanie – wtrącił się spokojnie Ron. – Wybraliśmy drugą wersję, ponieważ pozwalała im żyć. Żyje, ale nie będzie już w stanie wesprzeć wroga, ani skrzywdzić nikogo z naszego świata. Wciąż jednak może prowadzić długie życie jako charłak lub mugol.
Dumbledore skinął głową. Nie podobało mu się to, ale nie mógł za wiele zrobić w tej kwestii. Przysięga była wiążąca, a została złamana.
Hermiona podeszła do Madam Pomfrey i pomogła przenieść Catherine na wyczarowane nosze. Przybyło kilkoro innych nauczycieli, którzy również zabrali się do pomocy.
Dumbledore zerknął na Harry'ego i Ginny. Młoda czarodziejka wciąż mówiła coś do swojego narzeczonego, ale on odwrócił się od okna i patrzył jej w oczy. Jednak poświata przygasła jedynie nieznacznie, a jego ręce wciąż drżały.
Dumbledore wstał i zbliżył się do nich.
- … nie wiem, Gin. Kiedyś myślałem, że nie potrafię się tak naprawdę wkurzyć, ani pozostać w stanie takiej wściekłości. Ale teraz nie jestem już pewien. Byłem wściekły po ataku na Rona i Hermionę. A teraz – westchnął ciężko i oparł policzek na czubku jej głowy – kiedy tu przyszedłem i zobaczyłem co się stało, chciałem eksplodować. Chciałem ich potraktować tak, jak potraktowałbym każdego innego Śmierciożercę. Jedyne co mnie powstrzymało to fakt, że byli nieprzytomni i ich czyn mimo wszystko nie był tak zły jak prawdziwych Śmierciożerców… Wstyd mi bardziej niż mogę to przyznać – zakończył cicho.
- Kochanie, w niczym ich nie przypominasz. Spójrz tylko na siebie. Wkurzyłeś się, ale zamiast robić im krzywdę odszedłeś i spróbowałeś się opanować. Tym razem nie pozwoliłeś, by twój gniew przejął nad tobą kontrolę. Tak samo zresztą jak wiele razy w przeszłości – przypomniała Ginny. – Jesteś na to zbyt dobry.
Dumbledore położył Harry'emu rękę na ramieniu. Młody mężczyzna podniósł na niego spojrzenie.
- Harry, to o czym mówisz nazywamy słusznym gniewem. Wiem, że słyszałeś już ten termin. Gniew to potężne uczucie, ale pamiętaj, że nawet podczas odpowiedzi na atak na pana Weasleya i pannę Granger wciąż kontrolowałeś swoje czyny. Nie ma nic złego w odczuwaniu gniewu. Wręcz powinieneś sobie na to pozwolić. Nie możesz tłumić w sobie takich emocji, bo zrobisz sobie krzywdę. Kontrolowanie gniewu, rozpoznanie niebezpieczeństwa, jakie tkwi w poddawaniu się temu uczuciu, to kluczowa lekcja, jakiej nauczyliście się oboje w ciągu dwóch ostatnich lat.
Harry, wciąż otoczony poświatą, spojrzał na skrępowane postacie.
- Albusie, jeśli chodzi o tych „uczniów" – nadał temu słowu tyle sarkastycznego brzmienia ile był w stanie – to musimy ich usunąć ze szkoły. Kiedy zostali ujawnieni, mogą zostać skrzywdzeni przez innych uczniów. Albo przeze mnie…
Dumbledore pokiwał głową.
- Podejrzewam, że masz rację. Zajmę się tym – zapewnił i podszedł do związanych uczniów.
Harry popatrzył na kobietę, którą trzymał w ramionach. Odpowiedziała mu spojrzeniem pełnym pewności siebie, zrozumienia i wsparcia.
- Co by ze mną było, gdyby nie ty? – spytał cicho.
Anglia, nieznana lokalizacja
Zniszczenie Durmstrangu było satysfakcjonujące, ale niewystarczająco, pomyślał Czarny Pan. To było całkiem przyjemna zemsta na jednym z jego ludzi. A choć na pewno była niezbędna, jako przykład dla pozostałych, to jednak nie miała nic wspólnego z prawdziwym źródłem jego gniewu.
- POTTER! – warknął. Tak, to wszystko przez tego bachora! Ukrył się w Hogwarcie z pozostałymi kochasiami mugoli i wychodzi tylko na chwilę, żeby zrujnować mi plany, a potem wraca do tej swojej nory. To Potter zniszczył mój dom! Coś z tym trzeba zrobić!
- Glizdogonie – warknął. – Chcę, żebyś coś dla mnie zorganizował.
Na murach wokół Hogwartu
Na początku to dźwięki eksplozji przyciągnęły Dumbledore'a na mury obronne otaczające Hogwart. Dobiegały w regularnych odstępach, mniej więcej co pół minuty. Co jakiś czas wybuchy następowały w krótszych odstępach, cztery do pięciu sekund. Pomiędzy eksplozjami słychać było wesoły śmiech.
Dumbledore wszedł na górę, ku źródłu śmiechu. Na blankach znalazł bliźniaków Weasleyów i Jacka Parsonsa. Jack trzymał coś, co wyglądało na skrzyżowanie kuszy z rurą od pieca. Przez moment dłubał coś przy urządzeniu, a potem przyłożył je sobie do ramienia. Wycelował i pojawił się mały obłoczek dymu. Około dwustu metrów od murów obronnych nastąpiła eksplozja.
Bliźniacy znów zawyli ze śmiechu, a Jack zachichotał. Dumbledore odchrząknął i cała trójka obróciła się, by na niego spojrzeć.
- Czy mogę zapytać, co jest tak zabawne? – spytał spokojnie Dumbledore.
Jack niechętnie oddał broń Fredowi.
- Dobry wieczór, panie dyrektorze. Właśnie pomagałem naszym miejscowym geniuszom w przetestowaniu jednej z ich nowych zabawek. Przypomina trochę stare granatniki M-79, używane przez armię USA w południowo-wschodniej Azji pod koniec lat 60-tych.
Widząc zmieszane spojrzenie Dumbledore'a, wyjaśnił:
- To sposób na wyrzucanie Granatów Weasleyów na większe odległości. Może nie dla naszych drużyn grenadierów, ale mi by się przydało.
Dumbledore pokiwał głową.
- Ale nie widzą co w tym takiego zabawnego. Wynalazek wydaje się działać, a hałas wzbudza respekt…
Jack potrząsnął głową.
- To ta dwójka – rzekł, wskazując na bliźniaków. – Najwyraźniej eksperymentowali z magiczną wersją mugolskiego gazu rozweselającego i jeden z ich zbiorników przecieka.
Bliźniacy wsparli się o siebie, rycząc ze śmiechu.
Dumbledore spojrzał na nich z rozbawieniem.
- Owszem, przypominam sobie kilka sytuacji w przeszłości, gdy ich psoty wybuchły im w twarz. Miło wiedzieć, że pewne rzeczy się nie zmieniają. Więc rozumiem, że z tym wynalazkiem będzie pan mógł przyłączyć się do walki?
Jack skinął głową.
- Oczywiście jeśli mi pozwolicie. Nie mam waszych zdolności, ale posiadam doświadczenie, którego tak bardzo wam brakuje.
- Będziemy zaszczyceni, przyjmując pana pomoc – zapewnił Dumbledore. Rzucił ostatnie rozbawione spojrzenie na bliźniaków i pożegnał się.
Lekcja Obrony Przed Czarną Magią, pierwsza klasa, połowa marca
Delegaci z dwóch innych szkół magii przybyli zgodnie z planem i, tak jak przewidywano, zwiedzali zamek. Dwa pierwsze dni spędzili na produktywnych spotkaniach, tego dnia po prostu oglądali i relaksowali się.
Amelia Bones, jako wiceprzewodnicząca Rady Nadzorczej Hogwartu, chciała zobaczyć jak prowadzone są niektóre lekcje. Minerva McGonagall oprowadzała ją i Kingsleya.
Cała trójka weszła do sali, w której pierwszoroczniacy mieli Obronę Przed Czarną Magią. Tego dnia Severus siedział w biurze, a Harry prowadził lekcję.
W środku klasa uległa drobnemu przemeblowaniu. Wszystkie biurka odsunięto pod ściany, a Harry i uczniowie siedzieli na dywanikach wyczarowanych przez najmłodszego nauczyciela w Hogwarcie. Harry zauważył gości i przywołał ich do siebie.
- Moi drodzy, mamy dziś gości – oznajmił uczniom. – Chciałbym, żebyście poznali Minister Magii Amelię Bones i Dyrektora Biura Przestrzegania Czarodziejskiego Prawa, Kingsleya Shacklebolta. Pewnego dnia może niektórzy z was będą pracować u pana Shacklebolta.
Trójka gości stanęła obok Harry'ego.
- Muszę przyznać, profesorze Potter, że działa pan oryginalnie. Dywaniki zamiast ławek? – spytała profesor McGonagall.
- Robimy to tylko od czasu do czasu, pani profesor. Pozwala im się to poczuć pewniej i poruszać się łatwiej – Harry nagle wyszarpnął różdżkę i wypalił zaklęcie żądlące w Angelo Assantiego.
- Protego! – krzyknął chłopczyk i zaklęcie odbiło się nieszkodliwie od tarczy.
Trójka gości spojrzała ze zdumieniem na Harry'ego, a klasa jak jeden mąż zawołała:
- STAŁA CZUJNOŚĆ! – po czym dzieciaki zaczęły chichotać. Cała trójka gości miała w swoim czasie do czynienia z Alastorem Moodym, więc wybuchnęła głośnym śmiechem.
- Wiem, że nie powinni się jeszcze umieć osłaniać, ale uznałem, że w związku z okolicznościami powinniśmy wykroczyć nieco poza to, co normalne dla pierwszaków – wyjaśnił Harry półgłosem. McGonagall spojrzała na niego ze sceptycyzmem, ale Kingsley i Amelia pokiwali głowami.
- Pozwólcie, że pokażę wam, czego zostali do tej pory nauczeni – powiedział Harry i odwrócił się z powrotem do uczniów. – Klaso, jakie są trzy zasady działania pierwszoroczniaka?
- Uciekać, jeśli zobaczy się Śmierciożercę! Znaleźć pomoc! – odparła chórem klasa.
- A jeśli nie możecie uciec?
- Schować się i czekać, aż pomoc nas znajdzie!
- A jeśli nie możecie się schować?
- Wymykać się i uciec!
Amelia spojrzała pytająco na Harry'ego, nie rozumiejąc ostatniej odpowiedzi. Harry uśmiechnął się do niej i znowu zwrócił się do uczniów.
- Eriko Lupin, pokaż pani Minister jak wymykamy się i uciekamy.
Erika zerwała się z dywanika i wyciągnęła różdżkę.
- Fomeus maximus! – zawołała, wskazując na siebie różdżką. Nagle gęsta chmura dymu zaczęła wylewać się z niej, przesłaniając zupełnie widoczność. Kingsley wybuchnął śmiechem, gdy dostrzegł jak dziewczynka pełznie pod dymem, wykorzystując zaklęcie kameleona.
Harry zniknął dym i podziękował Erice za demonstrację.
- Nie uczymy tu pierwszoklasistów walki, choć wszyscy mają za sobą ćwiczenia z celowania – zaczął wyjaśniać Amelii. Nagle podskoczył i obrócił się gwałtownie do klasy. To Eryk Lupin trafił go zaklęciem żądlącym. Jak jeden mąż klasa ryknęła do niego:
- STAŁA CZUJNOŚĆ! – i znowu zaczęli chichotać. Rzadko zdarzało im się przyłapać profesora Harry'ego.
- W porządku. Jako zadanie domowe przeczytajcie rozdział dwunasty w waszych podręcznikach i przygotujcie esej na trzydzieści centymetrów pergaminu na temat wykorzystania zaklęć domowych w rozpraszaniu nieprzyjaciół. Koniec lekcji – powiedział Harry z uśmiechem.
Patrząc jak dzieciaki wychodzą, kontynuował wyjaśnienia:
- Większość tego, czego się uczą, to te same podstawy, które my mieliśmy w pierwszej klasie. Ale staram się robić coś więcej, za pomocą prostych zaklęć i podstawowych tarcz. Każdy z tych dzieciaków umie rzucić Protego, a choć niechętnie to przyznaję, któregoś dnia może uratować im to życie.
- I uważasz, że to w porządku, gdy uczeń atakuje nauczyciela zaklęciem żądlącym na lekcji? – spytała profesor McGonagall.
- Na pani lekcji? Oczywiście, że nie. Ale te dzieciaki mają pozwolenie, by próbować mnie trafić, kiedy wyjmujemy dywaniki. Wiedzą też, że ja będę próbował trafić ich. W ten sposób uczę ich przewidywania i oczekiwania nieoczekiwanego.
Shacklebolt pokiwał z aprobatą głową.
- Minervo, nie uważam, żeby to była zła technika. Widziałaś, jak ten dzieciak postawił tarczę? Na Merlina, w jego wieku tego nie potrafiłem! Nauczyli się kilku dodatkowych zaklęć oraz żeby uciekać od niebezpieczeństwa. To właśnie powinien robić jedenastolatek.
- Muszę powiedzieć, Harry, że jestem pod wrażeniem i to nie tylko tego, czego się nauczyli, ale też tego jak dobrze ich uczysz – pochwaliła Minister. – Nie chciałabym zostać uznana za wścibską staruchę, ale co możesz mi powiedzieć o tym Ślizgonie, Zabinim, którym tak interesuje się moja bratanica? – spytała twardszym tonem.
Harry zerknął na McGonagall, jednak wicedyrektorka tylko wzruszyła ramionami w odpowiedzi. Nawet Shacklebolt chyba czuł się niezręcznie.
Harry westchnął ciężko i przeciągnął palcami po włosach.
- Pani Minister, Blaise nie jest Ślizgonem. Jest uczniem i szefem bezpieczeństwa Brygady. Powierzyłbym mu moje życie. Zresztą już nieraz mu je powierzałem. Jest inteligentny i zaangażowany w to co robi. Może się wydawać ponurym sztywniakiem, ale przy bliższym poznaniu okazuje się osobą, której naprawdę zależy. Niełatwo pozyskać jego zaufanie, ale gdy komuś się to uda, będzie stał przy tej osobie niezależnie od okoliczności. Różnią się z Susan jak ogień i woda. Ale to ich do siebie przyciąga. Traktuje ją z najwyższym szacunkiem i uczuciem. Nie wątpię, ze ją kocha, a ona kocha jego.
Amelia długo wpatrywała się w Harry'ego, wreszcie skinęła głową.
- Jeśli dla ciebie jest wystarczająco dobry, to mi to wystarczy – rzekła, po czym wyszła z klasy. Shacklebolt i McGonagall podążyli za nią.
Dormitorium dziewcząt, cisza nocna
Ginny mijała właśnie łóżko Hermiony, gdy zza zasłony wystrzeliła ręka, która wciągnęła ją na łóżko. Przez moment Ginny nic nie widziała w ciemnościach, jednak w końcu zobaczyła sylwetkę swojej starszej przyjaciółki.
- Co ty wyrabiasz, Ginny? – syknęła Hermiona. – Od dwóch tygodni widzę, jak wyślizgujesz się stąd bez rzucenia zaklęcia antykoncepcyjnego. Gadaj!
Oczy Ginny zalśniły od łez.
- Nie… nie… nie powiesz nikomu, prawda Mionko?
- To zależy od twoich zamiarów. Czy ty chcesz zajść w… - Hermiona urwała, gdy dotarło do niej, do czego zmierza jej przyjaciółka. – Ginny, tak mi przykro – dokończyła cicho.
- Nieważne. Harry wiedział co chcę zrobić. Powiedział, ze nie pozwoli, żebym się tak zhańbiła. Błagałam go, a on odmówił. Jakimś cudem potrafi wykryć czy rzuciłam to zaklęcie – wyszeptała Ginny, ledwo nad sobą panując.
Hermiona oparła się na poduszce. Nie, na pewno nie pozwoliłby jej znaleźć się w takiej sytuacji, pomyślała. Ginny chce dziecka na wszelki wypadek, a on to odrzuca. Czy Ron zrobiłby to samo? Pewnie tak.
Harry kochał Ginny z całego serca. Ale wiedział, że czarodziejka w ciąży nie posiadająca męża staje się obiektem drwin i pogardy całego Czarodziejskiego Świata.
- Ginny, musisz to zrozumieć – rzekła Hermiona. – On nie odmawia ci, bo cię nie kocha. On po prostu wie, przez co będziesz musiała przejść, jeśli zajdziesz w ciążę, a on nie przeżyje. Co ważniejsze, zapewne samo to, że o go to prosisz, zachwiało jego pewnością siebie. On musi wiedzieć, że jesteś pewna jego zwycięstwa. Chcesz coś od Harry'ego? Niech uwierzy całym swoim sercem, że gdy tylko wojna się skończy, będzie miał przed sobą całe życie z tobą.
- Staram się, Mionko, ale czasami tak bardzo się boję. Na brodę Merlina! Chciałabym nie wiedzieć kiedy będzie ta pieprzona bitwa! To właśnie to doprowadza mnie do szału.
- Mnie też. I muszę przyznać, ze sama kilka razy myślałam, żeby „zapomnieć" o zaklęciu antykoncepcyjnym.
- Wiesz co… Jest tylko jedno rozwiązanie w tej sytuacji.
Hermiona zerknęła na przyjaciółkę, ledwo widoczną w ciemnościach otoczonego baldachimem łóżka.
- Musimy upewnić się, że wszyscy przeżyjemy tę bitwę, a potem przekonać rodziców, że nie jesteśmy zbyt młodzi, żeby wziąć ślub – powiedziała twardo Ginny.
Hermiona zadrżała. Nie wiedziała co przeraża ją bardziej: walka z Voldemortem czy bycie w pobliżu starcia między Ginny i Molly Weasley.
W tym samy czasie przed Pokojem Życzeń
Harry właśnie skończył swój wieczorny trening. Trenował kilka razy w ciągu tygodnia. Na co dzień włączał swój trening, na ile był w stanie, do zajęć z Brygadą. Ale Brygada zawiesiła działalność na czas obecności gości w szkole. W związku z tym odrobina dodatkowego treningu na pewno mu nie zaszkodzi. Ten wieczór był szczególnie ciężki. Dumbledore sterował kilkoma symulowanymi przeciwnikami, a żeby nie było za łatwo, za Dumbledorem stał Jack Parsons i odpalał fajerwerki z Czarodziejskich Dowcipów Weasleyów, żeby, jak to ujął, „symulować zamieszanie na polu bitwy".
Harry czuł się zmęczony, a w uszach wciąż mu dzwoniło od kilku zaklęć, które wybuchły w pobliżu niego. W efekcie nie usłyszał kroków podążających za nim przez korytarz na siódmym piętrze.
Kątem oka zauważył jakiś ruch i instynktownie zrobił unik. Cios by go zabił, ale dzięki unikowi morgensztern* uderzył nieco słabiej. Mimo to Harry padł na ziemię, krwawiąc obficie z rozbitej głowy.
Napastniczka zbliżył się do ciała, nachylił się i przyłożył palec do szyi Harry'ego. Czując silny puls kobieta wyprostowała się i przygotowała się do wymierzenia drugiego ciosu. Wtem nagle zamarła. Za jej plecami rozległ się głos, przypominający szuranie pazurów po kamieniu.
Odwróciła się gwałtownie ku nowemu wrogowi.
Jeśli chodzi o naturalną broń chemiczną, północnoamerykański skunks kropkowany*, czasami mylnie zaliczany do rodziny cywet*, dysponuje jedną z najsilniejszych broni chemicznych wśród wszystkich łasicowatych. Małe zwierzątko po prostu obróciło się tyłem, uniosło ogon i dało czadu.
Napastniczka wrzasnęła, gdy chmura chemikaliów, piekąca znacznie silniej niż mugolski gaz pieprzowy, trafiła ją w oczy. Kobieta zatoczyła się w tył, tymczasem skunks zmienił się z powrotem w Susan Bones.
- INCARCEROUS! – krzyknęła Susan, krępując napastniczkę.
Kobieta, wciąż wyjąc z bólu, potknęła się o Harry'ego i runęła na podłogę. Hałas przyciągnął uwagę jednego z nocnych patroli Brygady.
Susan zauważyła dwójkę przy końcu korytarza.
- Biegnijcie po Blaise'a i resztę! RUCHY! Zawiadomcie Madam Pomfrey – krzyknęła, nachylając się nad Harrym. – Trzymaj się, Harry, pomoc nadchodzi.
Po czym rzuciła zaklęcie ciszy na wyjącą z bólu napastniczkę.
Dormitoria siódmego roku
Ron śnił wspaniały sen! Oto on, sławny gracz quidditcha, a przy nim Hermiona w lekko prześwitującej koszulce. Co jakiś czas podskakiwała, sprawiając, ze pewna część jej anatomii kołysała się kusząco, doprowadzając go do szaleństwa. Potem zaczęła go ciągnąć za koszulkę. Budził się powoli, a szarpanie stało się coraz bardziej natarczywe. W końcu nie mógł już wytrzymać.
- Mionko! Do cholery, jesteś niewyżyta! Będziemy się pieprzyć później. Teraz mam dostać nagrodę – wymamrotał.
Dopiero gdy usłyszał chichot zorientował się, że powiedział to na głos. Otworzył oczy w samą porę, by zobaczyć jak Neville spada z łóżka ze śmiechu. Blaise, który go obudził, starał się ze wszystkich sił utrzymać powagę.
- Ron, wstawaj! Mamy problem na siódmym piętrze – poinformował go szef bezpieczeństwa. – Nie jestem pewien co się dokładnie stało. Była tam Susan i zanim patrol zobaczył co się dokładnie dzieje, wysłała ich po pomoc.
- Gdzie Harry? – Ron zaczynał się martwić.
- Nie wiem. Wysłałem kogoś, żeby znalazł Ginny i mam nadzieję, że jest z nią – odparł z napięciem Blaise.
Ron szybko naciągnął na siebie spodnie i t-shirta, potem wsunął stopy w klapki i podążył za Blaisem. W Pokoju Wspólnym czekały Hermiona i Ginny. Wystarczyło im jedno spojrzenie, by dostrzec nieobecność Harry'ego. Z Blaisem na czele wybiegli na korytarz.
Korytarz na siódmym piętrze
Blaise poprowadził grupę w stronę Pokoju Życzeń. Kiedy skręcili za róg, dojrzeli Susan na drugim końcu, wykonującą jakieś ruchy różdżką. Ich zmysły zaatakował dziwny, gryzący odór. Ginny zbliżyła się do Susan i dostrzegła Harry'ego, leżącego na podłodze.
Z krzykiem ruszyła naprzód, a pozostali następowali jej na pięty. Harry leżał w powiększającej się kałuży krwi. Wyglądał, jakby ktoś niemal zdarł mu z głowy kawałek skóry.
- Ma mocny puls – zapewniła Susan. – Jakimś cudem Harry wczuł uderzenie i zrobił unik w ostatniej chwili.
- Blaise, musimy zawiadomić dyrektora i aurorów – zaczęła Hermiona, ale przerwał jej inny głos:
- Już jestem panno Granger, a Madam Pomfrey będzie za chwilę – rzekł Dumbledore. – Co z Harrym?
- Nieprzytomny – zameldowała Susan. – Podążałam za jedną z delegatek z Durmstrangu, gdy ona nagle zabrała broń jednej ze zbroi w korytarzu. Zakradła się za Harry'ego i uderzyła go od tyłu.
Opowieść przerwała Madam Pomfrey, która przybyła i od razu zaczęła pracować nad Harrym. Dumbledore przyglądał się przez moment jej zaklęciom diagnostycznym oraz leczeniu rany na głowie. Zamknęła ranę, tamując upływ krwi i przeniosła młodego czarodzieja na nosze. Widząc, że wszystko w porządku, Dumbledore ponownie skierował swoją uwagę na Susan.
- Proszę kontynuować, panno Bones.
- Kiedy tylko uderzyła Harry'ego, obezwładniłam ją, a potem związałam – odpowiedziała Susan. Dumbledore czuł, że coś przemilczała.
- Proszę mi powiedzieć, panno Bones, jak dokładnie ją obezwładniłaś? – dopytywał się Dumbledore z wesołym błyskiem w oku.
Susan zarumieniła się uroczo i spojrzała w ziemię. Potem wzięła głęboki oddech i spojrzała dyrektorowi w oczy.
- Moja forma animagiczna to skunks – wyznała.
Dumbledore'owi drgnęły wagi, jakby zamierzał się uśmiechnąć, ale zdołał to powstrzymać.
- Tak, to by wyjaśniało ten unoszący się tu zapach. Bardzo efektywna broń, Susan – położył dłoń na ramieniu dziewczyny i odwrócił się do Madam Pomfrey. – Poppy, co z nim?
- Ma wstrząśnienie mózgu, ale przeżyje. Cios nie był dokładny. Będzie musiał spędzić w szpitalu dzień albo dwa, ale wyliże się z tego – wyjaśniła pielęgniarka.
- Dziękuję.
Przyglądał się jeszcze przez chwilę, jak Madam Pomfrey lewituje nosze i rusza korytarzem. Za nią podążyło kilka innych osób. Potem dyrektor zwrócił się do Susan.
- Panno Bones, zdaję sobie sprawę, że zapewne nie jesteś do końca zadowolona ze swojej formy, ale każda ma swoje zalety, jeśli ich poszukać. Dziś uratowałaś życie pana Pottera. Spisałaś się naprawdę znakomicie – pogratulował, po czym odwrócił się do Blaise'a. – Panie Zabini, jeśli zechcesz zaprowadzić napastniczkę do mojego biura, skontaktujemy się z władzami.
Blaise skinął głową i pokazał dwóm swoim ludziom, by wylewitowali napastniczkę.
Hogwart, Skrzydło Szpitalne
Harry zamrugał kilka razy i w końcu coś zobaczył, choć nieco bardziej zamglone niż zwykle. Po chwili zarejestrował ból głowy, na tyle mocny, że jęknął. Znowu zamknął oczy.
- Harry! – usłyszał świetnie znany głos.
- Ginny?
- Tak, kochanie. Skoro już się obudziłeś, damy ci coś przeciwbólowego. Nie próbuj siadać. Masz wstrząśnienie mózgu. Włożę ci słomkę do ust. Pamiętaj, żeby wypić wszystko.
Gdyby jego wykrzywiona bólem twarz mogła wykrzywić się jeszcze bardziej, paskudny smak eliksiru byłby wystarczającym do tego powodem. Normalnie wlewał sobie eliksiry wprost do gardła, by nie czuć ich smaku, ale w przypadku picia przez słomkę było to niemożliwe. Skończył eliksir i zaczął sięgać po okulary, ale Ginny go powstrzymała.
- Gin?
- Przez pewien czas nie będziesz potrzebował okularów. Wszystko będzie ci się rozmazywało i przez okulary głowa rozboli cię jeszcze bardziej.
- Co się stało? Ostatnie co pamiętam to jak wyszedłem z Pokoju Życzeń, kilka minut po Jacku i Dumbledorze.
- Zostałeś zaatakowany od tyłu. Nie znam szczegółów, ale Susan Bones śledziła jedną z delegatek Durmstrangu i zobaczyła, jak ona cię atakuje.
Harry wyciągnął rękę, by pogłaskać Ginny po policzku. Słyszał w jej tonie, jak bardzo jest poruszona. Niestety bez okularów trafił ją w nos. Ginny spojrzała na niego zaskoczona, nim wreszcie zorientowała się, co próbował zrobić.
- Gin, wszystko w porządku?
- Tak, u nas w porządku. Tylko ty zostałeś zaatakowany.
- Obudziliśmy się, co? – dobiegł go szorstki głos Madam Pomfrey.
Harry odruchowo obrócił się w stronę głosu i uniósł na łokciach. Pokój zawirował szaleńczo i musiał z całych sił powstrzymywać odruch wymiotny. Dwie pary rąk pchnęły go z powrotem na łóżko.
- Mówiłam ci, żebyś nie siadał – rzekła Ginny tonem autorytetu.
Harry zbladł jak ściana i czekał, aż jego błędnik się ustabilizuje. Zamknął oczy, więc nie dostrzegł, jak Madam Pomfrey rzuca na niego zaklęcia diagnostyczne.
- Panie Potter, nie zamierzam wysyłać panny Weasley do jej dormitorium – oznajmiła pielęgniarka. -Skoro ma za sobą trening medyczny, może zająć się tobą dziś wieczorem. Podejrzewam, że będziesz mógł stąd wyjść jutro, choć nie wiem o której godzinie. W międzyczasie dałam jej eliksir, który musisz brać co cztery godziny. Do rana zawroty głowy powinny ustać.
Ginny spojrzała na Madam Pomfrey z wdzięcznością. Harry bał się skinąć głową, więc jedynie wymamrotał podziękowania i zapadł w sen.
Gabinet dyrektora
Dumbledore siedział za biurkiem, a Kingsley Shacklebolt i dwóch aurorów słuchali raz jeszcze opowieści Susan. Niedoszła zabójczyni została już przetransportowana do ministerialnego aresztu. Tam odkryto, że delegat Durmstrangu był w rzeczywistości mężczyzną, używającym Eliksiru Wielosokowego.
- Z tego co udało mi się ustalić – mówił Kingsley – pani Armata miała być częścią delegacji, ale, jak twierdzi Norweskie Ministerstwo Magii, zaginęła. Zaalarmowaliśmy inne ministerstwa i szukamy jej, ale uważam, że możemy spokojnie założyć, że została zabita, by zabójca mógł zająć jej miejsce. Co do napastnika, jest on zabójcą do wynajęcia z Niemiec. Nazywa się Guntvig Hoosbrau. Łączy się go z przeszło trzydziestoma zabójstwami. Nie nosi jednak Mrocznego Znaku. Osobiście uważam, że ten osobisty atak na pana Pottera może być odpowiedzią na wcześniejszy atak pana Pottera na dom Voldemorta.
Dumbledore skinął głową.
- Podejrzewam, że możesz mieć rację. Na szczęście panna Bones była w stanie unieszkodliwić napastnika – przez moment przyglądał się Susan, po czym kontynuował: - Byłbym wdzięczny, gdybyś na razie utrzymał jej zdolności animaga w tajemnicy. Oczekuję, że zarejestruje się za miesiąc lub dwa.
Kingsley zmarszczył brwi i spojrzał na Susan, która energicznie pokiwała głową. Wzruszył ramionami i uśmiechnął się do niej.
- Jestem pewien, że coś wymyślimy. Ale proponuję, żeby zarejestrowała się dziś u mnie, a ja przypadkowo zapomnę wysłać dokumentów. Wówczas, jeśli coś wyjdzie podczas procesu, będzie można zrzucić winę na kiepski obieg dokumentów w Ministerstwie.
Dumbledore skinął głową i podał Susan stos formularzy do wypełnienia.
Hogwart, Skrzydło Szpitalne, noc
Ginny obudziła Harry'ego, potrząsając nim za ramię. Nadszedł czas, by wziął kolejną dawkę eliksiru. Harry poruszył się lekko.
- Pani Potter, czasami potrafi być pani cholernie upierdliwa – wymamrotał, nie do końca obudzony. Potem odwrócił się plecami do niej i usiłował spać dalej.
Zaskoczona Ginny niemal upuściła butelkę z eliksirem.
- Harry, jak ty mnie właśnie nazwałeś?
Ledwie mogła opanować ekscytację, która w niej narastała.
- He? Co?
- Harry – powiedziała, potrząsając nim mocniej. – Jak mnie nazwałeś?
Harry zamrugał, usiłując się obudzić.
- Przepraszam Ginny, mówiłaś coś?
- Jak. Mnie. Nazwałeś – wycedziła przez zaciśnięte zęby. Miała ochotę wrzeszczeć z frustracji.
Zamrugał ponownie i spojrzał na jej ledwo widoczną w migotliwym świetle pochodni sylwetkę.
- Nie jestem pewien – odrzekł z wahaniem.
- Nazwałeś mnie panią Potter! – przypomniała mu.
- Och – Harry wyglądał na zażenowanego. – Przepraszam, nie chciałem cię zdenerwować…
Uciszyła go, kładąc mu palec na ustach.
- Nie zdenerwowałeś mnie. Po prostu to pierwszy raz kiedy powiedziałeś cokolwiek na temat zostania przeze mnie panią Potter. Nigdy nawet nie mówiliśmy o ślubie, poza tym że kiedyś będzie miał miejsce – wyjaśniła cicho.
- Będzie miał miejsce, Gin – wyszeptał. – Obiecuję ci to. I będzie tak wielki lub tak prosty, jak będziesz chciała. Będzie tam cała rodzina Weasleyów i nasi przyjaciele. Obawiam się tylko, że będę jedynym obecnym Potterem.
Uśmiechnęła się i włożyła mu słomkę do ust, by mógł połknąć kolejną dawkę eliksiru. Wiedziała, że Harry nie widzi jej dobrze, ale zamierzała to za moment naprawić.
Wypił eliksir, starając się nie zwymiotować od paskudnego smaku. Ból głowy i zmęczenie wywołane przez wstrząśnienie mózgu już ustępowały. Kiedy skończył pić, poczuł, że Ginny wstaje z krzesła i unosi jego koc, by wśliznąć się do jego łóżka.
Uśmiechnął się, gdy jej twarz się wyostrzyła. Z bliska widział dobrze, jedynie na dystans brakowało mu ostrości. Leżała na boku, opierając jedną dłoń na jego brzuchu. Podparła głowę na ręce i spojrzała na niego.
- To jak wyobrażasz sobie nasze wesele? – spytała łagodnie.
- Nie jestem pewien. Byłem tylko na jednym czarodziejskim ślubie i nie wiem jakie mamy możliwości. Szczerze mówiąc spodziewałem się, że mi po prostu powiesz czego w tej kwestii oczekujesz. Wiem tylko, że nie zamierzam pozwolić, żeby twoi rodzice za to zapłacili. To nasz ślub i nie zamierzam obciążać ich kosztami tej imprezy – odpowiedział.
- Ale nie myśl, że pozwolę ci mówić na mnie pani Potter przed ślubem – ostrzegła go żartobliwie.
- Nie będę – zapewnił zawstydzony.
- To dobrze. Ale muszę przyznać, że to znakomicie brzmi – stwierdziła i przytuliła się do niego.
Poczuła, jak Harry się odpręża. Kiedy jego oddech się wyrównał, wiedziała, że znowu zasnął.
- Pani Potter – wymamrotał cicho. Tak, to naprawdę znakomicie brzmi.
Pokój Wspólny, następny wieczór
Hermiona siedziała z Ronem na kanapie i odrabiała zadania domowe. Nagle zaskoczona uniosła głowę i ujrzała, że zgromadzili się przed nią wszyscy pierwszoroczniacy. Na czele grupy stali Zgredek oraz bliźnięta Lupin. Mali metamorfomagowie poczynili duże postępy w opanowywaniu swojej zdolności, choć wciąż jeszcze nie kontrolowali dziwnego połączenia między nimi. W efekcie Eryk, który chciał przyprawić sobie spiczaste uszy a'la Zgredek, robił to samo swojej siostrze, ku jej ogromnemu niezadowoleniu.
Erika wystąpiła z szeregu.
- Czy to prawda, że profesor Harry wraca dziś wieczorem? – spytała. Odkąd Lupinowie ich adoptowali, bliźnięta zmieniły się w jednych z najlepszych uczniów, jakich Hogwart widział.
- Tak, Eriko, Harry wychodzi dzisiaj ze szpitala – potwierdziła Hermiona z uśmiechem. Wiedziała, że pierwszaki uwielbiają Harry'ego. Był nie tylko ich nauczycielem, ale i przyjacielem.
- W takim razie musimy organizować mu takie przyjęcie, jakie on zrobił dla nas – oznajmił Eryk. Potem zarumienił się po czubki uszu. Powoli pozbywał się nieśmiałości, ale wciąż nie lubił odzywać się przed większymi grupami ludzi.
Zgredek wpatrywał się w Hermionę oczami wielkości piłek do tenisa i z powagą kiwał głową.
Hermiona zerknęła na Rona i uśmiechnęła się. On wzruszył ramionami i odwzajemnił uśmiech. Impreza na pewno pozwoli zredukować nieco napięcia w zamku.
Nagle Hermiona zmrużyła oczy. Z tyłu gromady pierwszaków dojrzała dwie rude czupryny.
- Fred, George, wstawać! – zawołała z naciskiem.
Bliźniacy wstali z kolan i spojrzeli na nią niepewnie.
- No co ty, Hermuś… - zaczął Fred.
- …właśnie imprezy… - kontynuował George.
- … teraz potrzebujemy – zakończył Fred.
Zmarszczyła brwi na dźwięk przezwiska, którym obdarzyli ją bliźniacy. Ron śmiał się w głos.
- No dobrze – zgodziła się w końcu. – Ale mam nadzieję, że nie znajdę nawet jednej kropli Ognistej Whisky! – dodała groźnie, patrząc na bliźniaków.
Pierwszacy zaczęli wiwatować, a bliźniacy skinęli głowami. Znajdą jakiś sposób, by przemycić Ognistą Whisky bez wiedzy Hermiony. Zgredek wrócił do kuchni, by zorganizować jedzenie na przyjęcie.
Po godzinie, gdy Harry i Ginny weszli do Pokoju Wspólnego, ku swemu zdumieniu ujrzeli wszystkich uczniów zebranych za pierwszakami. Wszyscy z dumą nosili czarne, rozczochrane włosy, które przybrali na ten wieczór na cześć powrotu Harry'ego.
Po godzinie nauczyciele weszli do Pokoju Wspólnego. W normalnym roku nauczyciele nigdy nie dołączyliby do zorganizowanej przez uczniów imprezy. Ale ten rok był daleki od normalnych. A w końcu impreza zawsze jest imprezą.
Słowniczek:
Morgensztern – średniowieczna broń, rodzaj maczugi albo kuli na łańcuchu nabijanej kolcami.
Skunks kropkowany - Spilogale gracilis, ang. spotted skunk, nie ma polskiej nazwy, nazwa tu użyta jest dosłownym tłumaczeniem nazwy angielskiej
Cywety – rodzina zwierząt z rodzaju łasicowatych
Od autorów: Szczerze mówiąc popłakałem się, pisząc ten fragment o Hedwidze.
Reakcja Harry'ego na zabicie Śmierciożerców? To proste. Harry jest wojownikiem światła. Jeśli jesteś dobrym gościem, będzie załamany Twoją śmiercią. Jeśli jesteś złym gościem, po prostu masz ro, na co zasłużyłeś. Ale ten rozdział lepiej pokazuje co on czuje, gdy chodzi o osoby w szarej strefie.
Od tłumacza: Drodzy Czytelnicy! Niestety moja praca ostatnio zabiera mi znacznie więcej czasu, a mam też inne prywatne projekty poza tymi tłumaczeniami. Absolutnie nie oznacza to, ze porzucę tłumaczenia! Oznacza to jedynie, że aktualizacje będą pojawiać się nieregularnie i w większych niż zwykle odstępach czasu. Ale pojawiać się będą przynajmniej do końca tej historii, a mam nadzieję, że jeszcze kilku kolejnych. Dzięki za wszystkie Wasze recenzje i komentarze. Nawet jeśli piszecie tylko „Fajnie, że to tłumaczysz", to wiem że moja praca komuś służy i, wierzcie lub nie, naprawdę motywuje mnie to do bardziej wytężonej pracy.
Do końca już tylko trzy rozdziały!
Zapraszam oczywiście jak zwykle na „Z pierwszej półki".
W następnym rozdziale:
- Hagrid sprowadza się do zamku, jak to przyjmą jego sąsiedzi
- Harry musi się pożegnać z Erykiem i Eriką; czy jeszcze kiedyś ich zobaczy?
- OSTATNIA BITWA! Kto przeżyje, a kto zginie?
