Od tłumacza: Tradycyjnie dziękuję Shaunee Altman za cierpliwe wyłapywanie moich błędów :)
Od autorów: W razie gdyby ktoś był na tyle głupi, że myśli, iż JK Rowling zacznie rozdawać prawa do swojej historii, NIECH NATYCHMIAST PRZESTANIE! Jesteś pod confundusem i musisz poprosić o rozproszenie go! My nie mamy nic.
Rozdział 15 – Pożegnanie z Chłopcem, Który Przeżył
Szkoła Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie
Zmęczony Ron oparł się plecami o mur. Bill tulił płaczącą Ginny. Hermiona usiadła ciężko, wyciągając przed siebie zranioną nogę. Po śmierci Voldemorta jego armia poniosła ogromne straty, gdy wszystkie Mroczne Znaki stanęły w ogniu. Wielu Śmierciożerców zginęło, gdy ich szaty zapłonęły. Kilku jednak zdołało ugasić płomienie i przeżyć.
Ministerialne Siły Obrony wciąż uwijały się przed bramą, zbierając różdżki, broń i inne przedmioty. Nie robiono zbyt wiele dla rannych Śmierciożerców. Większość tych, którzy przeżyli, została związana i zostawiona, by aurorzy mogli ich zabrać.
Ron patrzył, jak zbliża się do nich Jack Parsons. Miał paskudne cięcie na czole i wyglądało na to, że jego krótko przycięte włosy zostały miejscami nadpalone.
- Ron – odezwał się zmęczonym głosem. – Na dziś to koniec. Zadbaj o rannych i wyślij resztę do łóżka na zasłużony odpoczynek. Szlag, myślałem, że skopią nam dupsko, kiedy pojawiła się druga fala.
Wydobył płaską butelkę z kieszeni i pociągnął długi łyk. Spojrzał na Rona i wyciągnął ku niemu flaszę. Ron wziął łyk i oczy niemal wyskoczyły mu z orbit. Potrząsnął głowę, gdy umysł zaczął pracować żwawiej, a zmęczenie opuściło jego mięśnie.
- Na Merlina, co to było? – spytał, oddając butelkę.
- Burbon z Kentucky wymieszany z eliksirem wzmacniającym. Wymyśliliśmy to z profesorem Snapem – odpowiedział ze śmiechem Jack.
Ron uśmiechnął się szeroko, myśląc, że musi dorwać przepis. Wyprostował się i rozejrzał.
- Służba medyczna! – krzyknął. – Pozbierać rannych. Cała reszta, przejść w tryb spoczynku!
Ron poczekał, aż medycy ruszą do akcji, a potem skupił się na Hermionie. Dostrzegł, że Bill i Artur zabierają Ginny z powrotem do zamku.
- Hermiono, możesz iść? – spytał, patrząc z troską na jej zranioną nogę.
- Nie jestem pewna – odparła z wahaniem. – Pomóż mi wstać, to zobaczymy.
Hermiona podniosła się z pomocą Rona. Jednak kiedy ją puścił, niemal się przewróciła. Szybko porwał ją na ręce.
- Ron, nie możesz mnie nieść! – zaprotestowała.
Ron spojrzał na nią karcąco.
- Mionko, zamknij się. Zaniosę cię i koniec gadania.
Hermiona spojrzała zaskoczona na swojego narzeczonego. Potem objęła go za szyję i pozwoliła znieść się z pola bitwy. Mimo bólu powodowanego przez ranę, uśmiechała się lekko.
Na blankach nagłe pyknięcia sprawiły, że ludzie zesztywnieli i wyciągnęli ponownie różdżki.
- Spokojnie ludziska! – zawołał głośno Jack. – To tylko aurorzy przyszli posprzątać!
Ministerstwo Magii, Komnata Śmierci
Dumbledore przyłożył palec do nadgarstka Harry'ego, potem do jego szyi.
- Amelio – wyszeptał. – On jeszcze jakimś cudem żyje. Leć do Św. Munga, niech wyślą cała pomoc jaką są w stanie. Może uda nam się go uratować. Przybądź z nimi do Hogwartu.
Wziął miecz leżący w poprzek piersi Harry'ego i zamienił go w świstoklik. Dotknął go różdżką i obaj mężczyźni zniknęli. Amelia wybiegła z Komnaty Śmierci i popędziła do ministerialnego punktu deportacyjnego.
Skrzydło Szpitalne, Hogwart
Madam Pomfrey sapnęła na widok Dumbledore'a, który pojawił się w środkowym rzędzie szpitala z Harrym. Podbiegła, by zbadać młodego czarodzieja.
- BAZYLI! – krzyknęła, lewitując Harry'ego do jednego z pomieszczeń na uboczu, przeznaczonego dla ciężej rannych. Położyła go na łóżku i wyrzuciła Dumbledore'a z sali.
Bazyli Askerton ruszył w stronę Madam Pomfrey, gdy dostrzegł kolejnych pracowników Św. Munga przybywających za pomocą świstoklików. Szybko złapał jedną z pielęgniarek za ramię i pociągnął ją ze sobą. Drzwi do małego pomieszczenia zatrzasnęły się. Dumbledore stał na zewnątrz z mieczem w ręku, który stawał się coraz gorętszy.
W końcu Dumbledore musiał wypuścić broń i zacząć ją lewitować. Stał tam jeszcze kilka chwil, wpatrując się w zamknięte drzwi, wreszcie wyszedł ze Skrzydła Szpitalnego. Miecz wciąż za nim podążał. Choć wygrali tę bitwę i tę wojnę, stary czarodziej czuł się, jakby coś jednak przegrali.
Amelia czekała na niego przed wejściem do Skrzydła Szpitalnego.
- Albusie, co z nim? – spytała zmartwiona.
- Nie wiem, Amelio. Jego rany są niezmiernie ciężkie. Czy go uratują? Nie wiem, obawiam się, że możemy się tylko modlić i mieć nadzieję.
Przyjrzała mu się uważnie, szukając nadziei w jego twarzy, wreszcie skinęła głową.
- Wysłałam informację, że Voldemort został zabity. Aurorzy nadciągają, by zabrać ciała do identyfikacji i zająć się tymi Śmierciożercami, którzy przeżyli. Mają też utrzymywać przez kilka dni media z dala od zamku. Niestety w końcu będziemy musieli porozmawiać z prasą. Wysłałam też prośbę o pomoc i uzdrowiciele z całego kraju napływają do Hogwartu.
Dumbledore skinął głową. Czuł się zmęczony i otępiały. Nigdy jeszcze nie czuł się tak staro.
- Amelio, przepraszam cię, ale muszę schować miecz w bezpiecznym miejscu, a potem zająć się moimi uczniami. Jest wielu rodziców, którym trzeba powiedzieć, że ich dzieci zginęły bądź zostały ranne w bitwie. To moje brzemię jako dyrektora – rzekł ciężko.
W oczach Amelii zabłysły łzy.
- Nie Albusie. Schowaj miecz, a potem podzielimy to brzemię – powiedziała delikatnie.
Na drodze do Hogwartu
Alastor Moody, Jack Parsons, Kingsley Shacklebolt i Hestia Jones szli drogą od zamku. Spowalniała ich konieczność omijania kolejnych ciał. Kratery pozostałe po ogniu armat i zaklęciach sprawiały, że droga była nierówna i dziurawa.
Wkrótce dotarli do miejsca, w którym pojedynek stoczyli Harry i Voldemort. Przez pewien czas stali w milczeniu nad poparzonym ciałem w stanie rozkładu. Trup był tylko pustym echem swej dawnej świetności. Widać było wyraźnie miejsce, w którym ostrze miecza weszło w ciało. Hestia wyciągnęła aparat i zaczęła robić zdjęcia, które miały potem posłużyć jako dowody.
Kingsley polecił kilku czekającym w pobliżu aurorom, by włożyli ciało w worek i przygotowali do transportu do Departamentu Tajemnic. Tam eksperci jeszcze raz zidentyfikują, a potem zniszczą szczątki.
Jack odwrócił się i spojrzał na zamek, gdzie ranni i zabici wciąż byli znoszeni z murów. Hestia podeszłą do niego i położyła mu delikatnie rękę na ramieniu. Jack mamrotał coś co Hestia ledwo słyszała, a po policzku spływała mu łza.
Ni szeptu, a nawet pacierza
Bo stopy twe na świętym stoją gruncie
Wokół kopca zgromadźcie się w cichym trybucie
Gdyż grób to żołnierza
Niech Prawość w tym miejscu zapłacze
A w drodze przystanie Wolność
By łzą spełnić świętą powinność
Nad martwym żołnierzem – tułaczem
Moody zerknął pytającą na Jacka.
- To fragment poematu „Grób Żołnierza". Został napisany przez nieznanego autora dla jego towarzyszy poległych w czasie Amerykańskiej Wojny Domowej* – wyjaśnił Jack, nie wstydząc się łez.
Hestia objęła go ramieniem w pasie i wszyscy ruszyli z powrotem do zamku, gdzie mogli zacząć leczyć rany po bitwie, te fizyczne i psychiczne. Za ich plecami aurorzy z ciałem Voldemorta udali się świstoklikami do Ministerstwa.
Wielka Sala
W Skrzydle Szpitalnym panowała cisza, za to w Wielkiej Sali chaos. Jęki rannych, okazjonalne wrzaski bólu i odgłosy płaczu odbijały się echem od ścian wielkiego pomieszczenia.
Dumbledore i Amelia Bones weszli i zlustrowali spojrzeniem rzędy prycz w prowizorycznym szpitalu. Pod jedną ze ścian ułożono dwa rzędy ciał.
Przy końcu Sali dyrektor dojrzał rodzinę Weasleyów stłoczoną wokół trzech łózek. Na pierwszym spoczywał Fred z ramieniem zawiniętym w bandaże. Na środkowym znajdowała się Hermiona. Percy leżał na ostatnim. Artur trzymał Ginny w ramionach, a Molly uwijała się przy Fredzie i Hermionie, usiłując zagłaskać oboje. Jeden z uzdrowicieli ze Św. Munga pracował właśnie nad Percym.
Dumbledore westchnął ciężko i zbliżył się do rudowłosej rodziny, podczas gdy Amelia przechadzała się między łóżkami, oferując rannym pociechę i podziękowania. Molly dojrzała, że dyrektor się zbliża i pobladła na widok jego ponurej twarzy. Hermiona złapała kurczowo siedzącego na jej łóżku Rona za rękę. Bill i Charlie stali z ojcem i swoją siostrą, oczekując na to, co Dumbledore ma do powiedzenia.
Starając się odwlec tę chwilę, stary czarodziej skinął głową w stronę Freda i Hermiony.
- Wszystko z nimi w porządku. Percy też wyzdrowieje – rzekła niecierpliwie Molly.
- Wspaniale. Cieszę się, że to słyszę – odrzekł, wyraźnie zwlekając.
Ginny wyrwała się z rąk ojca i naskoczyła na Dumbledore'a.
- NIECH CIĘ SZLAG, STARCZE! POWIEDZ MI WRESZCIE! ZGINĄŁ, PRAWDA?
Dumbledore spojrzał na drobną kobietę i łza pociekła mu po policzku. Próbował położyć jej dłoń na ramieniu, ale uciekła przed jego dotykiem i nie ustępowała.
- Ginewro, musisz być bardzo silna. Harry jest na górze w odosobnionym pomieszczeniu Skrzydła Szpitalnego. Odniósł niezwykle ciężkie rany i szczerze mówiąc nie wiem czy zdołają go ocalić. Nawet jeśli zdołają, obawiam się, że ta walka może pozostawić na nim trwałe ślady.
Nadzieja nagle powróciła do jej oczu.
- Żyje? – wyszeptała z lękiem. Spojrzała na matkę, której twarz wyrażała te same emocje. Hermiona przytuliła się do Rona i łkała na jego ramieniu.
- Ginny – odezwał się łagodnie Dumbledore. – Nie znam wszystkich jego obrażeń. Być może tego nie przeżyje. Ale nie trać nadziei. Tylko ją mamy w tej chwili. Polecę Madam Pomfrey, by poinformowała cię, kiedy określi dokładnie stan, w jakim on się znajduje.
Ginny owinęła się rękami i skinęła głową. Artur przytulił córkę, usiłując użyczyć jej trochę swojej siły.
Hogwart, Skrzydło Szpitalne, Izolatka
Poppy i Bazyli opadli zmęczeni na krzesła. Doszli zdecydowanie za blisko krawędzi. Oboje niemal wyczerpali własne magiczne rezerwy, usiłując ustabilizować Harry'ego. Ostatecznie potrzeba było wysiłków sześciorga uzdrowicieli.
Punktem zwrotnym było pojawienie się Fawkesa i dwójki innych feniksów. Ptaki usiadły na krawędzi łóżka i przez kilka godzin delikatnie śpiewały Harry'emu i uzdrowicielom. Ich magia wzmocniła Harry'ego i zaklęcia uzdrowicieli. Młody czarodziej jeszcze nie był całkowicie bezpieczny, ale nie znajdował się już na skraju śmierci.
Madam Pomfrey padał z nóg, ale wiedziała, że ma jeszcze inne obowiązki. Wzięła pół dawki Eliksiru Pieprzowego, by dodał jej energii. Nie miała sił na uzdrawianie, ale musiała sprawdzić co u innych pacjentów.
Blaise Zabini został przyniesiony tu z Wielkiej Sali. Jego obrażenia okazały się zbyt rozległe, by ryzykować transport do Św. Munga.
Inne łóżka zajmowali Minerva McGonagall i Severus Snape. Obrażenia Minervy nie były zbyt ciężkie, ale nauczyciel Obrony został poważnie poharatany. Jego rany wyglądały przerażająco, ale jego życiu nie zagrażało niebezpieczeństwo. Zajmowała się nim jego żona.
W pobliżu drzwi do Skrzydła Szpitalnego Poppy dojrzała dziwne światło, więc udała się tam, by to zbadać. Po ich otwarciu odkryła Hermionę Granger i niemal całą rodzinę Weasleyów, którzy drzemali w śpiworach na korytarzu. Chciała ich zganić, gdy nagle Ginny Weasley usiadła i popatrzyła na nią z przestrachem.
- Madam Pomfrey… co z nim? – powiedziała szybko. Nie mówiła głośno, ale nikt nie pogrążył się w głębokim śnie, więc wszyscy usiedli i patrzyli wyczekująco.
Molly wyczarowała krzesło do Poppy. Ta spojrzała na nią z wdzięcznością i usiadła ciężko.
- Żyje, ale Merlin jeden wie jakim cudem. Nim dyrektor go tu sprowadził, zdążył wykrwawić się niemal doszczętnie. Opanowaliśmy pierwszy kryzys, ale mogą nadejść kolejne. Na razie wyczerpał całkowicie swoje magiczne rezerwy i jest w śpiączce. Nie mam pojęcia kiedy się obudzi.
Ginny wyglądała na załamaną i odwróciła się do matki. Molly wzięła córkę za rękę i spytała pielęgniarki:
- Jak bardzo był poraniony?
Poppy westchnęła ciężko.
- Lewa strona uległa ciężkim poparzeniom. Ma cepową klatkę piersiową* i połamaną większość żeber. Od barku do biodra biegnie rana od zaklęcia tnącego. Zaklęcia diagnostyczne wskazują na czternaście zaklęć śmierci, które minęły go o włos, a kości jego lewej dłoni zostały zmiażdżone. Nie jestem w stanie powiedzieć ile ma małych ranek i siniaków oraz połamanych kości, poza dłonią i żebrami.
Ginny bladła z każdą kontuzją wymienianą przez Madam Pomfrey i zastanawiała się jakim cudem Harry to przeżył.
- Prawdziwym problemem są jego magiczne rezerwy – kontynuowała Poppy. – Przy tak niskim ich stanie musimy poczekać, aż ich poziom nieco wzrośnie, nim rozpoczniemy właściwe uzdrawianie. Sześciu uzdrowicieli kompletnie wyczerpało swoje rezerwy, by go uratować, a do tego mieliśmy jeszcze wsparcie trzech feniksów – zakończyła zmęczonym głosem.
- Kiedy będę go mogła zobaczyć? – spytała Ginny.
Poppy zmarszczyła brwi.
- Dziecko, wiem, że chcesz go zobaczyć, ale daj nam jeszcze dzień czy dwa. Niebezpieczeństwo jeszcze nie minęło i jest tak okropnie posiniaczony, że miałabyś trudności z rozpoznaniem go – odparła. Nie powiedziała jednak, jaki jest rzeczywisty powód odmowy. Harry wciąż był w stanie krytycznym i nie chciała, by Ginny go takim widziała, jeśli młody czarodziej miałby nie przeżyć. Niech jej ostatnie wspomnienie o nim będzie nieskażone, pomyślała.
Legowisko Voldemorta, Walia
Glizdogon chwiejnie wkroczył do budynku. Dolegało mu poparzone ramię. Kiedy Harry pojedynkował się z Voldemortem, on popędzał maruderów w Hogsmeade. Był to wystarczający dystans, by zdołał umknąć. Teraz znajdował się z powrotem w kryjówce.
Budynek był pusty, ale to długo nie potrwa. Kiedy zginął Voldemort, rozproszeniu uległo Zaklęcie Fideliusa nałożone na to miejsce. Osłony wciąż się rozpadały, wprawiając budynek w drżenie. Wkrótce personel Ministerstwa przybędzie tu przeszukać kwaterę wroga.
Glizdogon dotarł do prywatnych zasobów eliksirów swojego pana, nie zważając na ból. Z jednej szafki wyjął torbę i wypełnił ją fiolkami z drugiej. Potem poczłapał do skarbca.
Zebrał tyle galeonów, ile był w stanie i upchnął je w torbie. Poparzenie i utrata jego srebrnej ręki spowolniły ten proces, ale poradził sobie. Ręka była zaklęciem jego Pana. Gdy Voldemort zginął odpadła, bezużyteczny kawałek metalu.
Glizdogon był teraz uciekinierem ściganym przez wrogów. Jego plany legły w gruzach. Musiał zapewnić sobie czas na ucieczkę i wyzdrowienie!
8 kwietnia, Czarodziejska Wielka Brytania
Bladym świtem wieści szerzyły się po kraju jak pożar suchego lasu. Zarówno Prorok Codzienny, jak i Żongler wydały wydania specjalne.
TEN, KTÓREGO IMIENIA NIE WOLNO WYMAWIAĆ NIE ŻYJE!
STARCIE TYTANÓW W HOGWARCIE!
CHŁOPIEC, KTÓRY PRZEŻYŁ OCALIŁ NAS WSZYSTKICH!
Wczoraj w Szkole Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie stoczona została bitwa pomiędzy Ministerstwem, Goblinami i siłami Hogwartu, a armią Tego, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać. Minister Magii, Amelia Bones, potwierdziła, że w walce zginął Ten, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać. Jego ciało zostało odnalezione i zidentyfikowane przez Niewymownych z Departamentu Tajemnic.
- Z przyjemnością oznajmiam śmierć Voldemorta – powiedziała Minister Bones. – Wiem, że cały kraj, a nawet cały świat odetchnie dziś wieczór z ulgą. Ale nasze zwycięstwo nie obyło się bez ofiar. Nasze myśli i modlitwy biegną ku tym rodzinom, które straciły ukochanych. Życzymy też szybkiego powrotu do zdrowia tym, którzy odnieśli rany.
Podczas bitwy miasteczko Hogsmeade uległo całkowitemu zniszczeniu. 1507 mieszkańców Hogsmeade zostało ewakuowanych wcześniej tego dnia przez ministerialnych aurorów. Po ataku na Hogsmeade trzy tysiące Śmierciożerców, w większości z zagranicy, uderzyło na Hogwart. Szkołę broniły siły wyszkolone przez Harry'ego Pottera oraz liczne oddziały posiłkowe. Podczas bitwy Ronald Weasley dowodził dzielną Brygadą Feniksa, grupą znakomicie wyszkolonych i wyspecjalizowanych wojowników, rekrutujących się spośród uczniów i przy wsparciu Ministerialnych Sił Obrony i wojowników Narodu Goblińskiego zdołali się utrzymać mimo przygniatającej przewagi wroga.
Decydującym momentem bitwy był pojedynek Harry'ego Pottera z Tym, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać, podczas gdy pozostali walczący na nich patrzyli. Potter (17 lat) odniósł ciężkie rany, ale zdołał zabić Tego, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać. Nasze źródła w Ministerstwie potwierdzają, że zginęła niemal setka obrońców zamku, a dwieście osób zostało rannych.
- Mamy ogromny dług wdzięczności wobec Bohaterów Światłości, którzy bronili zamku, łącznie z Goblinami, które tak licznie przybyły nam na pomoc oraz skrzatami domowymi, które pomagały rannym – powiedziała Minister Bones. – Co do pana Pottera słowa nie są w stanie oddać jak wiele czarodziejski świat zawdzięcza temu młodemu człowiekowi. Możemy mu tylko życzyć szybkiego powrotu do zdrowia.
Wywiady z obrońcami – str. 2
Lista zabitych i rannych – str. 2
Ronald Weasley, rudowłosy idol czy militarny geniusz? – str. 3
Harry Potter wyprzedza Gilderoya Lockharta na liście Dziesięciu Najbardziej Pożądanych Kawalerów Tygodnika Czarodziejki – str. 3
Krótka historia Harry'ego Pottera, Chłopca, Który Przeżył – str. 4-6
W czarodziejskich gospodach i miasteczkach rozpoczęło się świętowanie. Na Ulicy Pokątnej odbyła się spontaniczna parada. Gdy wieści dotarły za granicę, do Ministerstwa zaczęły napływać gratulacje. Czarodziejski Świat odetchnął z ulgą, a na całym świecie wznoszono toasty za Chłopca, Który Przeżył.
W międzyczasie w Hogwarcie trwały porządki. Magiczne ekipy budowlane wykopały wielki dół na ciała Śmierciożerców, które zostały tam bezceremonialnie wrzucone i skremowane. Mało kto troszczył się o nich lub chciał poświęcać czas, by opłakiwać ich stratę.
Znacznie poważniejszą i smutniejszą częścią pracy była identyfikacja ciał obrońców i wydanie ich rodzinom. Dla tych kilkorga, którzy zwali Hogwart swoim domem, przygotowano miejsce na północnej części Błoni, w pobliżu tunelu do Miodowego Królestwa.
Inne ekipy budowlane zaczęły reperować zamek. Najmłodsze roczniki miały wrócić z Francji za jedenaście dni i Dumbledore postanowił, że do ich powrotu i naprawienia zamku wszystkie lekcje zostają zawieszone.
Ministerstwo wysłało myślouzdrowicieli. Biorąc pod uwagę żałobę po poległych, zespół stresu pourazowego i napięcie wywołane przez bitwę, uczniowie Hogwartu bardzo potrzebowali takiej pomocy.
Ministerialne Siły Obrony zaczęły opuszczać zamek. Z sześciu kompanii pozostały tylko dwie, by pomóc w sprzątaniu. Zaskoczeniem była Brygada Goblińska. Po zakończeniu bitwy gobliny odłożyły topory i zaczęły reperować uszkodzenia w murach zamku. Wieża Astronomiczna zawaliła się po uderzeniu mniej więcej w jej środek. Gobliny zaczęły zbierać kamienie, które ją tworzyły i układać w równe stosy, by ułatwić jej odbudowę.
Hogwart, wieczór
Ginny Weasley szła powłócząc nogami do Pokoju Wspólnego. Madam Pomfrey raz jeszcze odmówiła dopuszczenia jej do Harry'ego. Była wściekła i wstrząśnięta, widząc że w Pokoju Wspólnym w najlepsze trwa impreza. Kiedy George, Ron i Hermiona podeszli do niej, oferując jej drinka, nawrzeszczała na nich, że pozwalają na imprezę, podczas gdy tylu ich przyjaciół zginęło, a inni wciąż leżą w szpitalu. Po czym wybiegła, pozostawiając wstrząśniętych braci i przyjaciółkę za sobą.
Przez długi czas włóczyła się bez celu po korytarzach szkoły. Niemal dostała zawału, gdy nagle usłyszała głos za plecami.
- Ginewro, widzę że i ty ukryłaś się przed świętującymi. Mogę dołączyć do twojego spaceru? – spytał Dumbledore.
Ginny skinęła głową. Prawdę mówiąc przydałoby jej się towarzystwo. Bez Harry'ego czuła się zagubiona i niekompletna. Od wczorajszego wieczoru Madam Pomfrey nie udzieliła jej żadnych nowych informacji na temat stanu narzeczonego.
Przez kilka minut spacerowali w milczeniu, wreszcie Dumbledore zaczął mówić:
- Po pierwszej wojnie, gdy Lily i James zostali zabici, a Voldemort pokonany, zaczęło się powszechne świętowanie. Ja, profesor McGonagall i Hagrid, gdy dostarczyliśmy niemowlę do domu, gdzie, jak mieliśmy nadzieję, wyrośnie bezpieczny i kochany, spędziliśmy wieczór w moim biurze, gdzie opłakiwaliśmy utraconych przyjaciół. Wokół nas reszta Czarodziejskiego Świata, w tym nasze rodziny, świętowała pokonanie Czarnego Pana. Mało kto martwił się, że niemowlę zostało osierocone, a jeszcze mnie osób martwiło się o tych, którzy zginęli. Wiedzieli tylko, że ich własnemu życiu nie zagraża już niebezpieczeństwo. Ginewro, nader często za zwycięstwo trzeba zapłacić ogromną cenę. Twoja rodzina świętuje triumf i na tę krótką chwilę zapomnieli o kosztach. Pogodzenie się z przeszłością to nieodzowna część procesu dochodzenia do siebie. Twoja rodzina martwi się o Harry'ego równie mocno jak ty. Ale świętują wolność, którą on im dał. Nie osądzaj ich zbyt surowo.
W miarę jak szli, Dumbledore skręcił w stronę Skrzydła Szpitalnego w taki sposób, że Ginny nie zdawała sobie z tego sprawy.
- Chyba rozumiem, dyrektorze – odparła. – Ale po prostu nie jestem teraz w nastroju do świętowania.
- Rozumiem, Ginewro, ja też nie. Ale nie możemy odmówić tego prawa innym. Już wkrótce i dla ciebie nadejdzie czas na świętowanie. I ośmielę się przypuszczać, ze gdy to nastąpi, będzie tym bardziej wyjątkowe – rzekł, otwierając drzwi do Skrzydła Szpitalnego i puszczając ją przodem.
Spojrzała na niego zdumiona.
- Ale panie dyrektorze, Madam Pomfrey…
- Uznała, ze nadszedł czas, żebyś zobaczyła swojego narzeczonego – wszedł jej w słowo z uśmiechem. – Pamiętaj – kontynuował poważnie – że Harry wciąż jest niezwykle osłabiony i w śpiączce, ale odzyskuje magiczne rezerwy w niespotykanym tempie. Tak szybko, że uzdrowiciele zaczęli uciekać się do bardziej magicznych metod leczenia. Nie obudził się jeszcze i nikt nie wie kiedy to nastąpi, ale Madam Pomfrey uważa, że zagrożenie życia minęło – zakończył, prowadząc ją do izolatki, w której leżał Harry.
Ginny zatrzymała się w progu na widok Harry'ego leżącego na brzuchu na łóżku, całkowicie nagiego poza przykrywającym go prześcieradłem. Jedną nogę spowijały bandaże, podobnie jak większość torsu. Po plecach biegła paskudna blizna, pokazując gdzie zaklęcie tnące dokonało strasznych spustoszeń w tkance.
Podeszła bliżej i pochyliła się, by spojrzeć mu w twarz. Odgarnęła mu włosy z oczu i zmarszczyła brwi na widok potężnych sińców.
Fawkes siedział wraz z innym feniksem na desce u wezgłowia łózka i przyglądał się intensywnie Harry'emu.
- Harry, kochanie, coś ty z sobą zrobił? – wyszeptała młoda kobieta.
Ginny uniosła wzrok, słysząc wchodzącą Madam Pomfrey. Poppy zatrzymała się, a jej spojrzenie złagodniało, gdy popatrzyła na Ginny.
- Oczekiwałam cię nieco wcześniej, panno Weasley, ale nieważne. Podejrzewam, że chciałabyś pomóc w opiece nad nim? – spytała swoim tradycyjnym oschłym tonem.
Ginny energicznie pokiwała głową, a na jej twarzy wykwitł pełen nadziei uśmiech.
9 kwietnia, Severus i Serena
Serena siedziała obok męża, czekając aż uzdrowiciel skończy go badać. Po eksplozji w plecach Severusa utknęło mnóstwo odłamków. Co prawda rany nie zagrażały jego życiu, niemniej jednak były poważne.
Powoli zamrugał i usiłował rozejrzeć się wokół siebie. Zmarszczył brwi, gdy zorientował się, że leży na brzuchu. Nienawidził spać na brzuchu. Zirytowany usiłował się przekręcić, ale powstrzymała go para dłoni.
- Nie ruszaj się, Severusie. Poraniłeś sobie plecy i musisz jeszcze trochę poleżeć na brzuchu – powiedział znajomy głos.
- Serena? Do diabła, kobieto, wiesz, że nie znoszę leżeć na brzuchu. Przynajmniej podejdź na drugą stronę łóżka, żebym mógł cię zobaczyć.
Kiedy zrobiła co polecił, ze zdumieniem ujrzał, że ma czerwone oczy i wyraźnie niedawno płakała.
- Sereno, co się stało? – spytał zatroskany. Jego żona nigdy nie płakała!
- Niech cię szlag, oślizły wężu! Jak śmiałeś się tak poranić? – zawołała.
Nachmurzył się.
- Na miłość Merlina, przecież nie zrobiłem tego specjalnie! – westchnął ciężko, widząc, że jej oczy znów wypełniają się łzami. – Spokojnie Sereno. Żyję i nigdzie się nie wybieram – powiedział, starając się jej dotknąć.
Złapała go za rękę i mocno przytrzymała.
- Nie waż się nas opuszczać, albo miotnę w ciebie taką klątwą, że popamiętasz!
Severus zrobił wielkie oczy, słysząc ten dobór słów.
- NAS? – sapnął. – Ty chyba nie…
Skinęła głową z uśmiechem.
- Pamiętasz jak Hagrid trząsł apartamentem i skorzystaliśmy z wibrującego łóżka? No cóż, oboje zapomnieliśmy zaklęcia i tak właśnie… - urwała, a w jej oczach pojawił się błysk.
Severus usiłował odpowiedzieć, ale w głowie mu się kręciło. Na szczęście dla niego do rozmowy włączyła się kolejna osoba:
- Severusie, widzę, że Serena przekazała ci dobre wieści? – rzekł Dumbledore z błyskiem w oku.
- Powiedziałaś dyrektorowi zanim powiedziałaś mi? – warknął.
- Severusie, nie wiń Sereny. To Molly Weasley domyśliła się po bitwie, a Madam Pomfrey potwierdziła. Nie ukrywaliśmy tego. Najlepiej było pozwolić wieściom się rozejść. Ludzie potrzebowali jakiś dobrych nowin.
Severus usiłował podnieść się z łóżka, ale zaraz opadł, sycząc z bólu.
- Bitwa! – zawołał. – Co się stało? Harry?
Dumbledore pomógł Serenie w wygodniejszym ułożeniu Severusa, po czym odpowiedział:
- Wygraliśmy, mój chłopcze. Mało brakowało i wiele nas to kosztowało, ale wygraliśmy. A co do Harry'ego – Dumbledore westchnął ciężko – został ciężko ranny i leży w śpiączce. Mamy nadzieję, że wkrótce się obudzi, ale to nic pewnego.
Severus odprężył się na moment i zamknął oczy.
- Teraz odpoczywaj Severusie – rzekł Dumbledore wstając z miejsca. – Jestem pewny, że wkrótce wstaniesz z łóżka.
Serena wzięła eliksir stojący na szafce nocnej.
- Madam Pomfrey powiedziała, że jeśli wypijesz ten ładny eliksir, który pomoże ci zasnąć, to może wypuści cię jutro rano.
Gdy pomagała mu wypić eliksir, Severus zorientował się, że traktuje go jak dziecko i zaczął się złościć. Potem przypomniał sobie. Dziecko. Była w ciąży i mieli mieć dziecko! Poczuł jak opadają mu powieki, ale zdążył warknąć:
- Porozmawiamy o tym jutro, żono.
- Dobrze, kochanie – odrzekła z chytrym uśmiechem.
10 kwietnia, Blaise, Susan i Amelia
Amelia Bones obserwowała swoją bratanicę stojąc w drzwiach szpitala. W czasie bitwy Blaise został ciężko ranny. Choć uzdrowiciele dotarli do niego na czas, wdało się zakażenie i przez kilka dni jego ciało trawiła wysoka gorączka.
Susan wstała i zanurzyła kompres w stojącej w pobliżu misce. Siedząc na krawędzi łózka wyżęła materiał i przyłożyła do czoła Blaise'a. Gdy to zrobiła ujęła go za rękę i trzymała ją mocno.
Amelia podeszła do łóżka i położyła dłoń na ramieniu bratanicy.
- Kochasz go, prawda, Suse? – spytała cicho.
Susan nie oderwała oczu od swojego chłopaka, ale skinęła głową.
- Ciociu Amelio, on poprosił mnie, żebym za niego wyszła, gdy skończymy szkołę. Nie odpowiedziałam mu. Poprosiłam o trochę czasu, żeby to przemyśleć. Teraz chciałabym, żeby się obudził, żebym mogła mu powiedzieć.
Amelią wstrząsnął fakt, jak bardzo Susan zachowywała się jak jej siostra wiele lat temu. Jej bratanica wyrosła na wspaniałą młodą kobietę, która była zakochana. Z tego co się dowiedziała, Blaise i jego drużyna Brygady Feniksa pilnowała wyjścia z tunelu do Miodowego Królestwa. Zostali pokonani przez przeszło trzydziestu Śmierciożerców.
Podczas bitwy obie nogi Blaise'a zostały poważnie uszkodzone, gdy zwalił tunel na głowy napastników. Tylko kilku Śmierciożerców dotarło do zamku.
- Suse – odezwała się łagodnie. – Jestem pewna, że Blaise wie co do niego czujesz. Żyje i będziesz mogła mu powiedzieć co do niego czujesz, gdy będzie w lepszym stanie.
- Co mi powiedzieć? – wymamrotał niezbyt przytomnie Blaise Zabini. Susan wstrzymała na moment oddech, a potem rozpłakała się, trzymając dłoń Blaise'a przy policzku. Amelia uśmiechnęła się lekko do młodego mężczyzny, który zdobył serce jej bratanicy i postanowiła poznać go lepiej.
Trzy łóżka dalej miała miejsce podobna scena. Neville płakał z radości, a Luna tuliła go do piersi. Tak jak Blaise odniosła ciężkie rany, ale już zdrowiała.
Starzec
Gdzie by nie spojrzał, widział tą samą biel. Góra, dół, lewo, prawo, przód, tył. Nie wiedział gdzie jest, ani gdzie powinien się udać. Co jakiś czas dostrzegał przebłyski miejsc i ludzi, obrazy ciemnej komórki pod schodami z cienkim materacem na podłodze, grubego mężczyzny machającego pasem, młodej kobiety z czerwonymi włosami, sypiącego się, pochylonego domu, zamku, wysokiego, chudego, rudowłosego mężczyzny i puszystowłosej brunetki. Nie miało to żadnego sensu. Nie rozpoznawał tych ludzi ani tych miejsc.
Dryfował w dziwnej białej nicości zdając sobie proste pytania: „Gdzie jestem? Kim jestem?". Pytania, na które nie znał odpowiedzi.
Co jakiś czas biel wirowała i zdawała się rozwiewać. On wówczas drżał, gdy spływały do niego uczucia i głosy:
- Harry, kochany, musisz do nas wrócić…
- Ej, stary, Madam Pomfrey twierdzi, że możesz nas usłyszeć…
- Moja miłości, wróć do mnie. Nie mogę żyć bez ciebie…
Niektóre z tych głosów i uczuć napełniały go uczuciami straty i tęsknoty, od innych odsuwał się z drżeniem i pragnął uciec. Słowa nie miały dla niego większego znaczenia.
Po czasie, który zdawał się wdzięcznością, biel zaczęła znikać i odkrył, że stoi na polanie koło małego jeziorka. Po drugiej stronie pojawiła się łąka i mała chatka kryta strzechą. W oddali słyszał uderzenia pojedynczego dzwonu, a był to dźwięk tak czysty i idealny, że w sercu wezbrała mu radość. Podszedł do chaty i zapukał do drzwi.
- Wchodź, mój chłopcze! Wchodź! – zawołał znajomy głos.
Wszedł niepewnie do ciemnego wnętrza i rozejrzał się zmieszany. Przy stole siedział miło wyglądający starzec, którego zaraźliwy uśmiech rozświetlał izbę.
Ruszył ostrożnie naprzód i obszedł stół. Starzec pokazał krzesło, a on usiadł, wciąż rozglądając się ze zmieszaniem. Starzec przypatrywał mu się przez moment.
- Co się stało, chłopcze? Zmieszany? Czyżbyś się zgubił? – spytał. – Tak nie może być, mój chłopcze! Absolutnie nie może!
Starzec sięgnął przez stół i złapał go za rękę.
15 kwietnia, Hogwart, Skrzydło Szpitalne, Izolatka
Poppy, Molly i Ginny właśnie skończyły zmieniać opatrunki na oparzeniach Harry'ego. Jego plecy się niemal zagoiły. Żebra wyleczono jako jedną z pierwszych rzeczy, gdy tylko rezerwy magiczne wzrosły do odpowiedniego poziomu. Plecy wygoiły się na tyle, że mogli go położyć na plecach, a nie na brzuchu. Niestety blizna miała mu zostać na zawsze. Jedynymi dwoma problemami pozostawały oparzenia i śpiączka.
Oparzenia okazały się szczególnie trudne do wyleczenia. Zaklęcie płomieni i kolejne czary zwęgliły skórę i mocno utrudniły kurację. Poppy była pewna, że ostatecznie wszystko zostanie wyleczone, ale na pewno jeszcze przez pewien czas oparzenia będą sprawiały ból. Noga była w porządku, ale ramię regenerowało się dość wolno.
Poppy obserwował z rozbawieniem, którego starała się nie okazywać, jak Ginny targowała się z matką o możliwość wzięcia ślubu tego lata. Molly nie była przeciw, ale, jak przypominała córce, Harry musiał najpierw wyzdrowieć. Molly w końcu zgodziła się porozmawiać o tym z Arturem, co i tak było lepszym rezultatem, niż Ginny spodziewała się uzyskać.
Molly nie była szczęśliwa, ale Ginny była równie uparta jak jej matka i wyciągnęła asa z rękawa. Gdy poinformowała Molly, że po skończeniu siedemnastu lat, co będzie miało miejsce tego lata, nie potrzebuje już jej pozwolenia, seniorka rodu Weasleyów uniosła ręce w geście kapitulacji.
Trzy kobiety siedziały i rozmawiały przyciszonymi głosami, a Ginny od czasu do czasu gładziła Harry'ego po policzku. Minęło już dziesięć dni i jak na razie nie było żadnych znaków świadczących, by wybudzał się ze śpiączki. Ginny nie traciła nadziei, ale inni zaczęli upadać na duchu. Ginny ponownie skupiła się na słowach Poppy:
- … myślę, że możemy usunąć jutro większość opatrunków z oparzeń. Ale jego ramię nie reaguje tak dobrze jak reszta jego ciała. Będziemy musieli zostawić tam opatrunki, żeby… - nagle urwała wstrząśnięta, gdy ciało Harry'ego otoczyła aureola białego światła.
Oba feniksy rozpoczęły radosną pieśń.
Harry
Harry westchnął, gdy jego tożsamość, sedno jego osobowości, napłynęły z powrotem do niego, podczas gdy starzec trzymał go za ręce. W końcu starzec usiadł i oparł się wygodnie, zadowolony z siebie.
- No, już lepiej! – ocenił. – Nie znoszę gadać z kimś, kto nie ma pojęcia o czym mówię. Doszedłeś do siebie, Harry?
- Ta… tak. Umarłem?
Starzec rozparł się na krześle i wybuchnął śmiechem. Harry nie mógł powstrzymać własnego uśmiechu.
- Nie, Harry, nie umarłeś. Dotarłeś niebezpiecznie blisko krawędzi i przez to na jakiś czas zgubiłeś część siebie, ale nie umarłeś. Ani trochę. Na bogów, wielkich i małych! Jestem z ciebie dumny, mój chłopcze! Bardzo dumny! Jestem pewien, że masz do mnie wiele pytań, a jako że wciąż mamy trochę czasu, nie krępuj się i pytaj.
Harry skinął głową i przez moment zastanawiał się.
- Proszę mi powiedzieć, kim pan jest?
- I znowu wszystko sprowadzamy do imion? Wydaje mi się, że przy naszym ostatnim spotkaniu minęliśmy już ten etap. Ale może faktycznie nadszedł czas, by ujawnić nieco mojej historii. Moje imię jest tak stare, że nie dochowało się do twoich czasów w żadnej formie. Nie istniało już nawet pięć tysięcy lat temu. Ale dla naszych celów możesz znać mnie jako Pierwszego Czarodzieja. Jestem pierwszym człowiekiem, który opanował magię. Dawno temu, gdy świat wciąż był młody, człowiek nie potrafił sięgnąć do otaczającej go magii. Potem urodziłem się ja. Człowiek, jak ci mnie otaczający, ale z umiejętnością władania magią, jak ty. W czasie mej młodości i w wieku średnim nadużywałem mojej mocy i przywilejów. Ludzie uważali, że jestem bogiem i tak też mnie traktowali. Spłodziłem z wieloma kobietami to, co stało się rasą czarodziejów. I wiele moich dzieci nauczyłem władania magią. Jednak gdy się zestarzałem zrozumiałem, że nadużyłem moich mocy i byłem okrutny dla niemagicznych ludzi. Zanim pojąłem moje błędy, było już jednak za późno. Kiedy zorientowałem się, że umieram, stworzyłem to miejsce, z którego mogę obserwować czarodziejski świat i próbować przywrócić go na właściwą ścieżkę. Odkryłem, że mogę stąd wpływać na ludzi, czasem bezpośrednio, jednak znacznie częściej pośrednio. Pamiętam jednego perspektywicznego młodzieńca, zwanego Merlinem… ale to historia na inny raz. Widzisz, Harry, twoje zadanie jeszcze się nie skończyło. Tak, było nim zabicie Voldemorta, ale dzieło twojego życia wciąż jeszcze przed tobą. Prawdziwa praca dopiero się zaczyna. Otrzymałeś wielką moc, Harry. Moc, która wciąż rośnie i być może przewyższy nawet moją. Twoim zadaniem będzie wykorzystanie tej mocy, by w pokojowy sposób zbliżyć do siebie świat czarodziejów i mugoli.
Oszołomiony Harry oparł się ciężko. Starzec uśmiechnął się szeroko.
- Co, myślałeś, że wyślę cię za następnym Czarnym Panem?
Harry spojrzał na niego spode łba.
- Jeśli tak, może pan zabrać sobie moją pieprzoną moc. Moje dni jako zabójcy Czarnych Panów już się skończyły – burknął ponuro.
Starzec wybuchnął śmiechem i zakołysał się na krześle, klepiąc z uciechy po udzie. Potem jednak spoważniał.
- Harry, rdzeń zła, które czarodzieje popełniają wobec mugoli i czarodziejów półkrwi nie tkwi w chciwości czy rządzy władzy. On leży w myśleniu, że jesteśmy lepsi niż oni, w jakiś sposób wyjątkowi. Tak, będą przyszli Czarni Panowie i zło ponownie zagrozi twojej ojczyźnie. Nigdy nie wytępisz go do końca. Ale możesz znacznie utrudnić mu zadanie, jeśli nauczysz ludzi wzajemnego szacunku.
Dźwięk dzwonu w oddali zaczął się przybliżać, a światło stało się jaśniejsze.
- Możemy się jeszcze spotkać lub nie, ale słusznie postąpiłem, gdy cię wybrałem – rzekł jeszcze starzec, nim rozpłynął się w bieli.
Hogwart, Skrzydło Szpitalne, Izolatka
Ginny wciągnęła gwałtownie powietrze, gdy ręka, którą trzymała, ścisnęła lekko jej dłoń. Nachyliła się nad Harrym i uważnie spojrzała mu w twarz.
- Harry – powiedziała delikatnie. – No, kochanie, otwórz dla mnie oczy, proszę.
Harry uchylił lekko jedną powiekę. Usiłował coś powiedzieć, ale jego gardło zupełnie wyschło. Zdołał wydobyć z siebie jedynie skrzeczący dźwięk.
Ginny uniosła jego głowę, a Molly przyłożyła szklankę z wodą do jego ust, pozwalając mu pić. Madam Pomfrey wybiegła z pokoju, by sprowadzić uzdrowiciela Askertona, podczas gdy Ginny opuściła z powrotem głowę narzeczonego na poduszkę.
Harry zamrugał kilka razy.
- Gin? – spytał ledwo słyszalnym głosem.
Przysiadła na krawędzi jego łóżka.
- Ciii… Jestem tu, Harry. Mama też. Jak się czujesz? – spytała łagodnie, a po jej twarzy spływały łzy.
- Boli… bardzo… zmęczony… co… się stało? – spytał szeptem.
Delikatnie odgarnęła mu włosy z czoła.
- Wygrałeś, kochanie. Teraz musisz się już martwić tylko o powrót do zdrowia – powiedziała, gdy Poppy i uzdrowiciel Askerton weszli pospiesznie do pomieszczenia.
Molly odsunęła się, by pozwolić im pracować. Siedziała na krześle w pobliżu drzwi i płakała bezgłośnie, podczas gdy para uzdrowicieli rzucała serię zaklęć diagnostycznych.
- Mówi, że bardzo go boli i jest zmęczony – powiedziała z wyraźną ulgą Ginny.
Poppy wręczyła jej eliksir przeciwbólowy i wróciła do zaklęć diagnostycznych. Ginny pomogła wypić Harry'emu eliksir, po czym młody czarodziej opadł na łóżko i pogrążył się we śnie.
17 kwietnia, Hogwart
Wiadomość o przebudzeniu Harry'ego wywołała coś na kształt małego szturmu na Skrzydło Szpitalne i potrzeba było połączonych wysiłków Madam Pomfrey i Dumbledore'a, by zaprowadzić spokój. Postanowiono ograniczyć odwiedzających do rodziny i nadzwyczajnych gości, póki nie odzyska więcej sił. Tylko Ginny, Molly i oba feniksy przebywały nieustannie w pobliżu Harry'ego.
Madam Pomfrey pozwoliła Harry'emu na przyjmowanie trzech grup gości dziennie, jednej po każdym posiłku. Jeśli przychodzili po raz pierwszy, przed wejściem do izolatki musieli wysłuchać wykładu pielęgniarki.
W południe Poppy rozmawiała o stanie Harry'ego z Remusem i Tonks. Molly zabrała Jasona i oprowadzała go po szkole.
- Chcę wam uświadomić parę rzeczy, nim tam wejdziecie – mówiła surowo Madam Pomfrey. – Nie rozmawiajcie z nim o bitwie i stratach. Jeszcze nie ma na to sił. Trzymajcie się lekkich tematów. Jeśli zaśnie, koniec wizyty. Jest bardzo słaby i nie dopuszczałabym do niego żadnych gości, gdyby nie nalegania Dumbledore'a i Minister. Krążą plotki, że zginął w bitwie i musimy je uciszyć.
Onieśmieleni tonem pielęgniarki Lupinowie pokiwali głowami i weszli do pokoju. Harry leżał na łóżku, a Ginny usiłowała wlać w niego kolejną łyżkę zupy. Młodego czarodzieja podpierały poduszki, na razie nie wolno mu było samodzielnie siadać.
Remus i Tonks weszli ostrożnie i uśmiechnęli się do Harry'ego. Jego oczy rozjaśniły się, gdy ich dostrzegł.
- Hej, Szczeniaczku*. Cieszę się, że już z tobą lepiej – powiedział Remus, zajmując krzesło przy łóżku. Tonks uśmiechnęła się przez łzy. Usiadła ostrożnie na brzegu łóżka i ujęła rękę młodego czarodzieja.
Kiedy Harry otworzył usta, by coś powiedzieć, Ginny skorzystała z okazji i włożyła mu tam łyżkę z zupę. Spojrzał na nią spode łba, ale ona go zignorowała. Odwrócił głowę do Remusa i Tonks, uśmiechając się słabo.
- Siemasz Harry, wyglądasz dziś całkiem apetycznie – rzuciła Tonks.
Harry zachichotał lekko.
- Gówno prawda, Tonks. Nikt nie chce dać mi lustra, ale podejrzewam, ze wyglądam jakby rozdeptało mnie stado Chińskich Ogniomiotów.
Remus zerknął na dwa feniksy. Od razu poznał Fawkesa, ale ten drugi był mu nieznany.
- Harry, co robią tu feniksy? Pomagają uzdrowicielom? – spytał.
- Chyba tak. Fawkes i ten drugi użyczali magii, by wzmocnić zaklęcia uzdrowicieli. Wiem czemu Fawkes tu jest, ale nie mam pojęcia co tu robi ten drugi.
- Próbowałeś je spytać? – zapytała Tonks, przyglądając się z ciekawością dwóm złoto-szkarłatnym ptakom.
- Tonks! Harry nie może jeszcze używać magii! – zaoponowała stanowczo Ginny. – Jeszcze nie ma dość sił.
„Pisklę, wystarczy, że spytasz", odezwał się w jego myślach Fawkes. „Jesteś wystarczająco silny, by z nami rozmawiać."
Harry zamrugał zdziwiony.
- Eee… Gin? Fawkes najwyraźniej nie zgadza się z tobą i Madam Pomfrey – powiedział. – Fawkes, kim jest twój towarzysz? – spytał na głos, by inni słyszeli choć jego stronę rozmowy.
„Jej imię to Arella, Pisklę. Będzie twoją towarzyszką życia, tak jak ja jestem towarzyszem życia dla Albusa" nadeszła zaskakująca odpowiedź.
- O, Merlinie – jęknął Harry. Ginny podskoczyła do niego, przyglądając mu się uważnie.
- Harry, coś cię boli? Potrzebujesz eliksiru? – spytała z niepokojem.
- Nie, Gin. Drobna komplikacja. Poznaj Arellę, moją towarzyszkę życia. Arella, poznaj Ginny, moją drugą towarzyszkę życia – rzekł z lekkim uśmiechem. Ginny spojrzała zdumiona na mniejszego feniksa, a Arella podleciała do niej i usiadła jej na ramieniu.
- Dziewczyny, chyba powinnyście się bliżej poznać – wymamrotał Harry, którego zaczął ogarniać sen. – Będziemy razem bardzo długi czas.
Po tych słowach zasnął i nie spostrzegł Arelli łaszącej się do Ginny, ani Remusa i Tonks patrzących z uśmiechem na tę scenę.
Wieczorem Ginny podparła poduszkami Harry'ego, by mógł zjeść kolację. Jak na razie podawali mu tylko płyny i miękki pokarm stały. Tego dnia na kolację była potrawka ze świeżym chlebem. Harry zdołał w końcu przekonać narzeczoną, by pozwoliła mu samemu się karmić, choć jedzenie go wyczerpywało. Ginny siedziała w ciszy przy jego łóżku i obserwowała jak je. Oboje unieśli wzrok, gdy drzwi się otworzyły i do środka weszli Ron, Hermiona i Dumbledore.
Harry usiłował się wyprostować, ale Ginny powstrzymała go, kładąc mu rękę na ramieniu. Hermiona podeszłą do Harry'ego i pocałowała go w czoło, po czym zajęła drugie siedzisko. Dumbledore wyczarował dwa dodatkowe krzesła dla siebie i Rona.
- Harry – zaczął Dumbledore. – Za kilka dni młodsze roczniki wracają do szkoły i wznowimy lekcje. Rozmawiałem z twoimi nauczycielami i muszę powiedzieć, ze zagrozili mi torturami, jeśli nie przywrócę cię na ich przedmioty. Poprosiłem pannę Granger, by przynosiła ci zadania. W zależności od tego jak będziesz się czuł, może nawet przystąpisz do owutemów z resztą klasy. Madam Pomfrey poinformowała mnie, że robisz postępy. Jeśli będziesz robił, co ci każe, może wypuści cię stąd już za tydzień. Jeśli nie, może być zmuszona zatrzymać cię tu do końca miesiąca – zakończył z błyskiem w oku.
- W takim razie lepiej, żebym był grzeczny – uznał ponuro Harry. - Merlin wie, że lubię Madam Pomfrey, ale mam już dość szpitala.
Przerwał na moment, po czym kontynuował:
- Nikt nie chce mi powiedzieć… Kto? Kogo straciliśmy? Nie chcą mi nawet pokazać gazety – poskarżył się cicho. Wszyscy obecni wzdrygnęli się lekko.
Błysk w oczach Dumbledore'a zniknął i stary czarodziej przez moment wpatrywał się ponuro w Harry'ego.
- Straciliśmy wielu ludzi – powiedział cicho z bólem w głosie. – Trzydzieścioro ośmioro z twojej Brygady Feniksa, kolejną czterdziestkę z Ministerstwa, nauczycieli, ochotników spośród uczniów, ludzi z Hogsmeade, w sumie niemal sto osób…
Harry spojrzał ponuro na Ron.
- Ron, kogo straciliśmy? – spytał ostro.
- Profesor Flitwick zginął na dziedzińcu. Profesor Trelawney w zawalonej Wieży Wróżbiarstwa. Colin Creevey, Hanna Abbot, Padma Patil, Terry Boot, Lavender Brown, Ernie Macmillan z naszej grupy. Wan Chang zginęła ratując Serenę Snape…
W miarę jak Ron wymieniał nazwiska, wyraz twarzy Harry'ego zmieniał się. Każde było jak cios nożem w serce. W końcu, niezdolny znieść więcej, pokazał Ronowi, by przestał, a łzy wypełniły jego oczy.
- Tak wielu… - wydusił.
Ginny złapała go za obie ręce i spojrzała mu głęboko w oczy. Widziała ból i desperację w jego szmaragdowych oczach.
- Kochanie, spójrz na mnie. Musisz z tym walczyć. Nie możesz pozwolić, by cię to zdołowało, nie w twoim stanie. To nie była twoja wina – rzekła stanowczo. – To Voldemort i jego Śmierciożercy to zrobili, nie ty. Oni już nie żyją i nigdy nie skrzywdzą innej żywej istoty.
Sięgnął do niej, tak jak robił to wiele razy w przeszłości. Ginny przytulała go ostrożnie, unikając dotykania miejsc, które wciąż pokrywały bandaże, podczas gdy on płakał na jej ramieniu. Hermiona dołączyła do nich. Harry zaczerpnął siły z ludzi wokół, którzy go kochali i odepchnął zaczynającą napływać depresję.
Madam Pomfrey zajrzała do środka i jednym spojrzeniem ogarnęła scenę. Zmarszczyła brwi, zniknęła na moment, by chwilę później powrócić z wywarem uspokajającym, który wręczyła Ginny. We dwie zdołały nakłonić Harry'ego do wypicia eliksiru.
- Harry, przykro mi, że cię zaniepokoiliśmy, ale musieliśmy to powiedzieć – odezwał się Dumbledore. - Są ludzie, bardzo ważni, którzy muszą się z tobą wkrótce zobaczyć. Minister Bones, Ragnot z Gringotta, nawet media, choć je chyba zdołamy przez pewien czas utrzymać z dala od ciebie. Powiedziałem prasie, że nie będziesz udzielał wywiadów, a zamiast tego wydasz oświadczenie i pozwolisz sobie zrobić kilka zdjęć. Powstała pogłoska, jakobyś zginął w bitwie. Wiem, że nie znosisz przyciągać do siebie uwagi, ale najlepiej położyć od razu kres tym pogłoskom niż z tym czekać. Wiesz równie dobrze jak ja, że jeśli nie damy czegoś mediom, będą polowały na każdy twój krok.
Harry zaczął się relaksować w ramionach Ginny dzięki wywarowi uspokajającemu. Podniósł oczy na Dumbledore'a i zapytał zdumiony.
- Oświadczenie? Jakie oświadczenie ma pan na myśli? – spytał.
- Krótkie oświadczenie na temat tego, że wszystko z tobą w porządku i coś krótkiego o bitwie. Poza tym prosiłem cię już, byś mówił do mnie po imieniu. Formalnie jeszcze przez kilka miesięcy możesz być uczniem, ale w moich oczach przestałeś nim być już lata temu.
Harry bez słowa skinął głową, zastanawiając się jak ma napisać takie oświadczenie. Może Hermiona mu pomoże? Zerknął na Hermionę, która natychmiast zrozumiała jego bezgłośną prośbę.
- Będę zaszczycona, mogąc ci pomóc w napisaniu czegoś sensownego – odpowiedziała z uśmiechem.
22 kwietnia, Hogwart, Skrzydło Szpitalne
Harry Potter ubierał się powoli. Jego ramię wciąż pokrywały bandaże i miało tak być jeszcze przez kilka następnych tygodni. Ginny przejęła na siebie odpowiedzialność za opiekę nad tą konkretną raną. Ale tak jak powiedział, słuchał się Madam Pomfrey, dzięki temu mógł wyjść wcześniej ze szpitala. Wciąż był słaby, łatwo tracił siły, a oparzenie często paskudnie piekło.
Harry miał trudności z ubieraniem się. Jego osłabienie i rany powodowały, że był to długi i bolesny proces. Ginny, w swoim mundurze Brygady Feniksa, była przyjemną odmianą od bólu. Uznali, że on ubierze swoje szaty bojowe Gryffindora, gdyż nie obcierały tak zabandażowanego ramienia. Szaty zostały z niego zdjęte, gdy wiele dni temu przyniesiono go do szpitala, a w międzyczasie Zgredek naprawił je i wyczyścił.
Gdy Harry się już ubrał, przeciągnął raz szczotką po włosach i niepewnie spojrzał na wstążkę. Ginny roześmiała się i wyjęła mu szczotkę z ręki.
- Harry, jeśli chcesz nosić długie włosy, to musisz robić coś więcej, niż przeciągać po nich szczotką trzy razy! – powiedziała stanowczo.
Stanęła za nim i zaczęła szczotkować mu włosy. Robiła to dopiero dugi raz, ale Harry rozumiał już, czemu ona zachowywała się w taki sposób, gdy on bawił się jej włosami. To było niezwykle odprężające.
- Kochanie? – odezwała się Ginny, starając się przyciągnąć jego uwagę.
- Hmm? – mruknął w odpowiedzi, nie otwierając oczu.
- Co powiesz na ślub w połowie sierpnia? – spytała chytrze.
Harry gwałtownie otworzył oczy i próbował się do niej odwrócić, ale aż syknął z bólu, gdy poczuł szarpnięcie za włosy spowodowane przez zaplątaną szczotkę. Ginny złapała jego głowę i wyprostowała ją.
- Spokojnie, Harry. Pamiętasz, co mówiła Madam Pomfrey? Żadnych gwałtownych ruchów.
- Ale… ale, Gin? Ślub w sierpniu?
- Mama i ja sobie pogadałyśmy… A ona namówiła tatę.
- Naprawdę? – wyszeptał.
Ramiona Harry'ego zaczęły się trząść. Zaalarmowana Ginny zawiązała jego włosy w kucyk i przesunęła się przed niego. Harry uśmiechał się od ucha do ucha i tłumił śmiech. Zdrowym ramieniem zgarnął ją i przycisnął do piersi.
- Żartuję, że przegapiłem tę rozmowę! – zawołał ze śmiechem. – Ile okien przy okazji rozwaliłyście?
Delikatnie klepnęła go w ramię.
- Palant!
Przerwał im Ron, który wsadził głowę przez drzwi.
- Ej, Harry! Nie ma bzykania w twoim stanie! Poza tym jestem głodny – jęknął. – Hermiona, Neville i ja czekamy, żeby pomóc ci dojść do Wielkiej Sali, więc się streszczaj, co?
- Dobra, już idziemy – odrzekła Ginny.
Na korytarzu Harry zorientował się, że nie tylko Ginny ubrała swój mundur Brygady. Przyjrzał się pozostałej trójce i musiał przyznać, że wyglądają bardzo profesjonalnie.
- Czekajcie, nie mówcie mi, że to kolejna ceremonia jak w zeszłym roku – jęknął.
- Jak przestaniesz zabijać tych dziwnych Czarnych Panów, co pojawiają się tu i tam, to my przestaniemy robić ceremonie – zapewniła go z humorem Ginny.
- A podobno powinnaś być po mojej stronie…
Wielka Sala
Dotarcie ze Skrzydła Szpitalnego do Wielkiej Sali zajęło Harry'emu dobre piętnaście minut. Żeby spacer nie wyczerpał go doszczętnie, musiał poruszać się dużo wolniej niż zazwyczaj. Arella podążała z nimi, czasem lecąc, czasem przysiadając na ramionach Ginny lub Hermiony. Chciała usiąść na ramieniu Harry'ego, ale nie mogła, póki nie zagoją się oparzenia.
W Wielkiej Sali ze zdziwieniem zobaczył, że na jednym z końców pomieszczenia został umieszczony duży, długi stół, przy którym zebrali się wszyscy nauczyciele. Kiedy grupa weszła, w Sali zapadła cisza. Pomieszczenie powróciło do swoich normalnych rozmiarów. Tylko uczniowie i kilka wybranych osób było obecnych tego wieczoru. Harry zachwiał się lekko, widząc puste krzesła. Ginny przytrzymała go i spojrzała na niego z niepokojem.
Poprowadziła go do stołu nauczycielskiego zamiast na jego normalne miejsce. Gdy mijał kolejne stoły, ludzie przy nich wstawali. Brygada Feniksa miała na sobie mundury, ale była rozrzucona po Sali, a nie zebrana w oddział bojowy.
Gdy zbliżyli się do stołu nauczycielskiego, Dumbledore z uśmiechem podniósł się z miejsca.
- Harry, wiem że nie znosisz ceremonii, zwłaszcza gdy są na twoją cześć. Dlatego dziś będzie jedynie rodzinny obiad zamiast wielkiego zgromadzenia. Twoja Brygada Feniksa ubrała mundury na twoją cześć, ale dziś nie będzie mów, dziennikarzy i polityków. Tylko twoja hogwardzka rodzina.
Znacznie ciszej dodał:
- Oczywiście nie będziesz w stanie całkowicie tego uniknąć. Jednak zrobimy co w naszej mocy, by to odwlec, aż poczujesz się lepiej.
- Dziękuję, Albusie, doceniam to.
Ginny poprowadziła Harry'ego do stołu, przy którym siedzieli już Remus, Tonks, ich dzieci oraz cały klan Weasleyów.
Harry usiadł i sięgnął po jeden z półmisków, ale poczuł szarpnięcie za rękaw. Obrócił się i ujrzał uśmiechniętą Erikę.
- Cieszę się, że czujesz się lepiej, profesorze Harry – powiedziała.
Harry uśmiechnął się do małej czarodziejki.
- Ja też się cieszę, że wróciłem. Podobała wam się wycieczka? – spytał.
- Tak, ale Eryk był nieznośny – odpowiedziała nadąsana. – Robił mi zielone włosy, kiedy chciałam rozmawiać z chłopcami.
Harry zerknął na Remusa.
- To mi brzmi jak materiał na Huncwota – rzekł z uśmiechem. Remus skinął głową i uśmiechnął się chytrze. Harry chciał wrócić do jedzenia, ale odkrył, że jego talerz zniknął, a na jego miejscu stoi kilka fiolek z eliksirami.
- Harry, znasz zasady – zganiła go Ginny. – Eliksiry przed jedzeniem, albo Madam Pomfrey każe ci wracać do szpitala.
Harry odburknął coś niezadowolony. Po chwili uznał, że ma okazję do rewanżu, więc powiedział:
- W porządku, Gin. Może kiedy będę je pił, opowiesz wszystkim co zaplanowałaś na sierpień?
Ginny spłonęła rumieńcem. Dopiero co zdołała przekonać rodziców, więc nie mówiła o swoich planach nikomu poza Hermioną.
- Harry – odezwała się z humorem Molly. – To naprawdę nie w porządku stawiać pannę młodą w takiej sytuacji. Poza tym wydaje mi się, że najlepiej zrobić coś małego w Norze.
- Słusznie, słusznie! – włączył się Artur. – Nora to najlepsze miejsce na wesele. I najtańsze!
To oczywiście spowodowało, że cały stół zaczął domagać się wyjaśnień. Harry jednak nie był zadowolony. Było coś, czym musiał się zająć, nim sprawa wymknie się spod kontroli.
- Arturze – zaczął Harry złudnie spokojnym tonem. – Obiecałem Ginny już jakiś czas temu, że jeśli chodzi o nasz ślub, to ja za wszystko płacę. Możemy go wziąć w Norze, jeśli takie jest jej życzenie i nie wyobrażam sobie lepszego kucharza niż twoja żona, ale to ja za wszystko płacę.
- Harry, nie możemy ci na to pozwolić. Poza tym wesela są strasznie drogie – zaprotestowała Molly. Ginny i Hermiona gapiły się na Harry'ego, a Remus uśmiechał się pod nosem. Harry pokręcił głową. Typowy Huncwot!
- Molly, rodzina Weasleyów zapłaci najwięcej ze wszystkich – powiedział delikatnie. – Dajecie mi najcenniejszą część waszej rodziny, twoją córkę. Synów masz na pęczki. Tych dwóch – wskazał na bliźniaków – chyba dostałaś w promocji. Ale córkę masz tylko jedną.
Zignorował oburzone miny bliźniaków.
- Dasz radę zorganizować wesele i wydać mniej niż… powiedzmy… milion galeonów? – spytał Harry, przekrzykując harmider przy stole.
- Tak, ale…
- Świetnie, w takim razie to jest twój budżet. Wyślę jutro sowę do Gringotta, żeby zrobili przelew – zapowiedział, zadowolony z siebie. Spojrzał na Ginny i nie wytrzymał. Wybuchnął śmiechem. Miała otwarte usta, a jej twarz była czerwona jak burak. Niestety śmiejąc się uraził zabandażowane ramię, co sprawiło, że syknął z bólu.
Ginny natychmiast chwyciła eliksir przeciwbólowy i wręczyła narzeczonemu.
- Któregoś dnia poprawią te cholerne eliksiry, żeby można było brać je po posiłku. Psują smak absolutnie wszystkiego – poskarżył się Harry z grymasem, wychylając fiolkę.
- Eeee… Harry? Milion galeonów to odrobinę za dużo – odezwał się niepewnie Artur. Nie mógł się zorientować, czy Harry mówi poważnie, czy tylko żartuje.
- Harry żartował, tato – zapewniła go Ginny. - Prawda, Harry?
Przez chwilę Harry siedział w milczeniu, wreszcie uśmiechnął się szeroko.
- Wiesz, Gin, jeśli chciałabyś wielkie wesele, zrobiłbym co w mojej mocy, byś je dostała. Nalegam na zapłacenie za wszystko, ale tak, żartowałem w kwestii kwoty – odpowiedział, uśmiechając się na widok pełnych ulgi spojrzeń zgromadzonych. Weasleyowie się odprężyli.
- Harry, naprawdę chcesz się ożenić z moją siostrą? I to teraz, kiedy każda laska w kraju na ciebie leci? – spytał Ron, dość nierozważnie.
Harry spojrzał na niego spode łba, a jego oczy złowrogo zalśniły. Hermiona huknęła Rona w tył głowy.
- Ron, co to miało być za pytanie? – zawołała.
- Wiesz, Ron, gdybym nie kochał Hermiony jak siostry, zmieniłbym cię za to w kapustę, a potem nakarmił tobą kozę. Zamiast tego oddam cię po prostu twoim braciom, Fredowi i George'owi – powiedział Harry z lodowatym uśmiechem. Ron nerwowo przełknął ślinę.
- Poza tym – kontynuował Harry – może powinieneś myśleć tak samo o sobie. W końcu znalazłeś się na tegorocznej liście Dziesięciu Najbardziej Pożądanych Kawalerów Tygodnika Czarodziejki.
- Właściwie Harry, to chciałam cię o coś zapytać – zaczęła z wahaniem Hermiona. - Rozmawiałam już z Ginny na ten temat i zastanawiam się, co powiedziałbyś na podwójne wesele?
Harry uśmiechnął się szeroko i skinął głową.
- To świetny pomysł Mionko, ale zdążysz go wytresować na czas? Mogę go puknąć kilka razy moim mieczem, jeśli potrzebujesz – zaoferował z niewinną miną, nie zwracając uwagi na oburzone okrzyki Rona.
- Mam na to swoje sposoby, dziękuję bardzo – odrzekła wyniośle Hermiona, a Harry zachichotał.
- Nie przeszkadzam? – spytał uśmiechnięty Dumbledore.
- Nie, proszę się dosiadać – odrzekł Harry.
- Cieszę się, że wszyscy tu jesteście. Po pierwsze z tego co wiem, w sierpniu będziemy mieli kilka ślubów – zaczął dyrektor.
- Kilka? – przerwał mu Harry z ciekawością.
- No cóż, wygląda na to, że poza ślubami w rodzinie Wealseyów na lato gody planują również panna Bones i pan Zabini oraz profesor Parsons i Hestia Jones. Za to panna Lovegood i pan Longbttom szykują się na ferie bożonarodzeniowe. Zakładając, że utrzyma dobre oceny, pan Zabini wraz ze swoją narzeczoną planuje wstąpić do służby cywilnej. Pan Logbottom złożył wniosek o zatrudnienie go w charakterze czeladnika profesor Sprout, co pozwoli mu być w przyszłym roku bliżej narzeczonej. A jeśli pamięć mnie nie myli, Harry, to miałeś nadzieję na posadę w Hogwarcie. Wiem, że chciałeś pozostać Profesorem Asystentem na Obronie, ale niestety potrzebuję nowego nauczyciela Zaklęć, a twoje zrozumienie zaklęć i ich zastosowań graniczy z instynktem. Chciałbym, żebyś rozważył tę możliwość. Daje to większą pensję i większy apartament, bardziej odpowiedni dla ciebie i twojej nowej żony. Jak zapewne już słyszałeś, Ministerstwo postanowiło, że każdy uczeń piątego roku, który wziął udział w walce, otrzymuje automatycznie Wybitny na SUMach z Obrony. Z kolei uczniowie szóstego i siódmego roku otrzymują automatycznie „W" z Obrony na owutemach. Tak więc panno Weasley będziesz miała jedną wolną lekcję w przyszłym roku, a Madam Pomfrey wspominała o twoim zainteresowaniu karierą uzdrowicielki lub położnej. Zgodziła się przyjąć cię w przyszłym roku na staż. Wreszcie, panno Granger, Madam Pince poinformowała mnie, że pragnie przejść na emeryturę po zakończeniu roku szkolnego. Obawiam się, że bitwa zbyt nadszarpnęła jej nerwy. Zastanów się, czy nie chciałabyś jej zastąpić, jak również pomagać profesor McGonagall na lekcjach Transmutacji do poziomu SUMów.
Hermiona podskakiwała z radości na krześle, niezdolna się opanować.
- Wreszcie! – zawołała. – Nieograniczony dostęp do Sekcji Zakazanej! Biorę tę pracę!
Ron westchnął ciężko i sięgnął do kieszeni. Wyjął galeona i wręczył go chichoczącemu Harry'emu.
Po kolacji Dumbledore zatrzymał Harry'ego i Ginny przy stole, by móc zamienić z nimi kilka słów na osobności.
- Harry, obiecałem Madam Pomfrey, że przez najbliższe dwa tygodnie nie będziesz robił nic wyczerpującego – zaczął dyrektor. – W związku z tym pozwoliłem sobie przenieść twoje rzeczy do apartamentu pracowniczego na tym piętrze. Nie jest zbyt duży, mały gabinet, dwie sypialnie, łazienka i jadalnia z aneksem kuchennym. Zgredek będzie szykował dla ciebie potrawy – zerknął na Harry'ego ponad okularami-połówkami, a w oczach zatańczyły mu iskierki. – Biorąc pod uwagę twój stan, wydaje mi się, że panna Weasley może zamieszkać w drugiej sypialni, bez narażania jej cnoty na niebezpieczeństwo. Chyba, że wolisz Madam Pomfrey? – zakończył, powstrzymując uśmiech.
- Nie, Ginny jest w porządku – zająknął się lekko Harry. – Obiecuję, że będę grzeczny i brał wszystkie eliksiry.
- Znakomicie. Drzwi znajdują się za portretem Gilroya Nieumiarkowanego. Hasło brzmi „kajmakowa tarta".
Po tych słowach dyrektor wstał od stołu i wyszedł.
Gdy wyszli z Wielkiej Sali, Harry z radością zauważył, że Ron i Hermiona na nich czekają. Ginny wyjaśniła, gdzie zabiera Harry'ego, a druga para podążyła za nimi z ciekawością.
Jeśli chodziło o Harry'ego, mogliby go położyć na stole w Wielkiej Sali. Nie obchodziło go, gdzie pójdzie spać, byle móc wreszcie się położyć. Dygotał z wyczerpania. Ostatnim co zapamiętał, by delikatny dotyk Ginny, układającej go w łóżku.
Grimmauld Place, dwa dni później
Grimmauld Place przechodziło przemianę. W czasie wojny masa ludzi przychodziła i wychodziła o każdej porze dnia i nocy. Poza tym ktoś zawsze był na służbie. Ale teraz, po śmierci Voldemorta, Zakon zmieniał tryb działania. Harry i Remus dali do zrozumienia, że Zakon będzie zawsze mile widziany w posiadłości, gdy będą chcieli się spotkać. Ale jako że Zakon się demobilizował, powoli zaczęli przekształcać budynek w dom rodziny Lupinów.
Tonks schodziła właśnie na dół, by przygotować obiad dla Jasona, gdy ujrzała, jak Remus wybiega z pokoju z mapą z wściekłością wypisaną na twarz. Bez słowa wypadł z domu i deportował się. Zaciekawiona i zatroskana, weszła do pokoju, by spojrzeć na mapy.
Ministerstwo Magii, Departament Przestrzegania Czarodziejskiego Prawa
Ku zaskoczeniu Kingsleya Shacklebolta w Fiuu pojawiła się głowa Tonks.
- Cześć, Tonks…
- Kingsley, Remus odkrył, że Pettigrew żyje i przebywa na Ulicy Śmiertelnego Nokturnu. Ruszył za nim. Musisz go zatrzymać, zanim zabije tego zdradzieckiego szczura!
- Co? Pettigrew? Już ruszamy, Tonks.
Kingsley wybiegł z biura, po drodze zbierając swoich ludzi.
Ulica Śmiertelnego Nokturnu
Remus wszedł na Nokturn. Choć nie był już dłużej wilkołakiem, wciąż dysponował wrażliwymi zmysłami, które dała mu ta choroba. Widział kilka osób na słabo oświetlonej ulicy. Po śmierci Voldemorta, Czarna Magia przestała być popularna. Wyglądało na to, że w ciągu roku większość zlokalizowanych tu sklepów będzie musiała zwinąć interes.
Remus szedł wzdłuż ulicy, dokładnie sprawdzając każdy mijany lokal. Nagle jego nozdrza rozszerzyły się, łapiąc znajomy zapach. Pettigrew! I zmierzał w jego stronę!
Nie bawił się w wyjmowanie różdżki. To była sprawa osobista. Gdy Pettigrew wyszedł z bocznej uliczki, Remus skoczył na niego, rzucając małego mężczyznę na kolana. Chwycił go mocno za gardło i zignorował uderzenia Petera, próbującego przełamać uścisk.
Nagle jakieś ręce ściągnęły go z Glizdogona. Ktoś rzucił klątwę i Pettigrew osunął się na ziemię.
- Lupin, zostaw nam naszą robotę! – warknął Kingsley Shacklebolt. – Masz się uspokoić i zachowywać, albo wezmę i wrzucę twoje dupsko do aresztu, żebyś trochę ochłonął przez noc.
Dwóch aurorów przyciskało go do ściany, a Kingsley stał przed nim. Czwarty mężczyzna pilnował Petera.
- Uspokoiłeś się, Remus? Naprawdę nie chcę się aresztować – powiedział Shacklebolt. – Dostanie to, na co zasłużył, obiecuję. Ale musimy to zrobić zgodnie z regułami – zakończył prosząco.
Remus pokiwał głową, pokonany. Był tak blisko! Na sygnał Kingsleya dwóch aurorów puściło go. Patrzył otępiały, jak ostatni auror klęka nad dyszącym i płaczącym Glizdogonem.
Jedyna ręka Petera poruszyła się błyskawicznie. Auror zamarł, gdy ostrze noże przeszło po jego gardle. Z dziwnym bulgoczącym dźwiękiem zwalił się na bok.
Pettigrew zerwał się na nogi i wyszarpnął różdżkę. Tak jak Kingsley i dwóch jego ludzi, ale spóźnili się. Dzięki szybszemu niż u normalnego człowieka refleksowi, Remus wyjął różdżkę i krzyknął:
- DISCEDO!
Tego zaklęcia nauczył go Harry. Używał go pracując przy biżuterii, gdy musiał rozdzielić metal na pół.
Pettigrew wydawał się zdumiony. Jego ręka opadła bezwładnie.
- Lunatyku, jak mogłeś! – wydyszał. Stał przez moment, podczas gdy nerwy dolnej części ciała desperacko usiłowały wysyłać sygnały do mózgu przez przecięty rdzeń kręgowy. Potem, ku zdumieniu obserwujących aurorów, górna połowa jego ciała poleciała do tyłu i spadła z paskudnym, wilgotnym odgłosem. Dolna połowa stała jeszcze kilka sekund, w końcu również padła.
Remus osunął się na kolana. Pomścił Jamesa, Lily i wielu innych. Ale w ustach czuł gorycz. Ledwo zauważył, jak jeden z autorów ewakuował świstoklikiem rannego kolegę.
- Remusie, idź do domu, do żony i dzieci – powiedział zmęczonym głosem Kingsley. – Już nic więcej nie możesz tu zrobić.
Ze łzami w oczach Remus wstał i opuścił Ulicę Śmiertelnego Nokturnu.
Grimmauld Place
Remus siedział na kanapie w głównym salonie Grimmauld Place. Od powrotu nie powiedział do Tonks ani słowa. Od walki miał pobrudzone i podarte ubrania, a jego skórę zdobiło kilka imponujących siniaków.
Zignorował Tonks i jej wysiłki, by nim porozmawiać. Ignorował wszystko. W końcu zdesperowana Tonks wezwała na pomoc Harry'ego.
Nim Harry i Ginny zdążyli uzyskać pozwolenie Dumbledore'a i przybyć przez Fiuu, nadszedł wieczór. Harry wciąż nie miał wielu sił, ale to przecież był Remus, jego rodzina. Tonks i Ginny siedziały na jednej kanapie, a Harry dołączył do Remusa na drugiej.
- Remusie? – odezwał się cicho Harry.
Remus wciąż gapił się bez ruchu w podłogę, ignorując go. Śmierć Petera przywołała cały ten ból, który czuł po śmierci Jamesa, Lily i Syriusza.
Harry ostrożnie położył mu rękę na ramieniu, boleśnie naciągając swoje oparzenia i krzywiąc się.
- Remusie, mama, tato i Syriusz są na ciebie teraz zapewne mocno wkurzeni – powiedział z naciskiem.
Remus zamrugał i spojrzał na niego.
- Oni nie chcieliby, żebyś ich ponownie opłakiwał. Pomściłeś ich, tak jak ja. Teraz Syriusz i tato zapewne odczekują od ciebie wychowania nowego pokolenia Huncwotów.
Remus odwrócił się do Harry'ego, przyciągnął do siebie i boleśnie uściskał. Rozpłakał się.
- Już po wszystkim, ty zapchlony wilku – powiedział Harry, spoglądając na Tonks z uśmiechem.
Tonks i Ginny obserwowały z drugiej kanapy, a w ich oczach błyszczały łzy. Tonks wstała i podeszłą do Remusa, klękając przed nim. Z pomocą Harry'ego rozluźniła bolesny uścisk, którym jej mąż obejmował młodego przyjaciela i sama go objęła.
Kiedy już się uspokoił, Remus spojrzał na Harry'ego.
- Dzięki, Szczeniaczku… - zaczął, ale Harry nie dał mu nic powiedzieć.
- Nic się nie stało – zapewnił. – Jesteś rodziną, a w rodzinie robimy co w naszej mocy, by sobie wzajemnie pomóc. Ale mam jedną prośbę. Czy możemy pójść się z nimi zobaczyć w ten weekend? Nigdy nie byłem na ich grobach…
Remus pokiwał głową ze smutnym uśmiechem.
Rodzinny grób Potterów, Dolina Godryka
Stary grobowiec rodziny Potterów znajdował się kilka kilometrów od miejsca, w którym zginęli rodzice Harry'ego. Groby otaczały starą kaplicę na szczycie wzgórza. To było przyjemne i pogodne miejsce. Rosło tu kilka drzew. Ogrodnik starannie przycinał trawę.
Spokój zakłóciła czwórka ludzi, którzy odwiedzali trzy najświeższe groby. Choć nigdy nie znaleziono ciała, grób Syriusza znajdował się zaraz obok Jamesa i Lily. Rodzina trzyma się razem.
Jedna z osób klęknęła przed grobami na chwilę refleksji i modlitwy. Kiedy wstała, trzy inne osoby dołączyły do niej i cała grupa ruszyła, przyglądając się imionom i datom na pozostałych nagrobkach. Rodzinna Potterów chowała tu swoich zmarłych od niemal tysiąca lat i Harry odwiedzał teraz swoją rodzinę. Wszystkich na raz.
W końcu cała czwórka odeszła, zostawiając świeże kwiaty na trzech grobach. Nie odwiedzili kaplicy, która była pierwszym budynkiem wzniesionym na cmentarzu. Nikt nie otwierał jej od stuleci.
Tak jak w przypadku wielu innych starych kaplic, ołtarz stał na grobie założyciela rodu. U podstawy ołtarza, wciąż wyraźne mimo upływu czasu, widniało imię i nazwisko. Godryk Gryffindor.
Hogwart, końcówka maja
Do połowy maja Harry niemal zupełnie odzyskał siły. Do końca życia blizny na ramieniu miały przypominać mu o najgorszych oparzeniach. Od czasu do czasu przypominał mu o nich ból, ale miał na to specjalną maść, a Ginny zawsze chętnie pomagała mu nałożyć ją tam, gdzie sam nie mógł sięgnąć.
Z pomocą Hermiony zdołał nadrobić zaległości w nauce przed owutemami. Brygada Feniksa została zdemobilizowana, Zaawansowana Obrona odwołana, a lekcje Obrony stały się nieobowiązkowe dla członków Brygady. Dzięki temu Harry miał więcej czasu, który mógł przeznaczyć na naukę, a także na odpoczynek.
Oparzenie sprawiło, że jego ramię nie odzyskało pełnej ruchomości, więc zaczął używać Pokoju Życzeń. Umieścił w nim wielki podgrzewany basen, w którym mógł pływać i ćwiczyć swoje ramię. Początkowo używał go tylko on i Ginny. Następnie dołączyli do nich Ron z Hermioną. Wkrótce także inni zaczęli korzystać z basenu. Blaise, który wciąż chodził o lasce, pływał by przyspieszyć rehabilitację nóg, ciężko uszkodzonych w bitwie.
Ten dzień miał być nieco inny. Lekcje zostały odwołane, a uczniowie otrzymali polecenie, by stawić się na boisku do quidditcha. Na miejscu była Minister Magii i media. Ten dzień miał być formalnym świętem z okazji zwycięstwa nad Voldemortem.
Tak właśnie doszło do tego, że Harry znalazł się na podium obok Minister Magii, siedząc przed setkami zgromadzonych ludzi. Stali tam uczniowie, ich rodziny i Ministerialne Siły Obrony wspólnie z Brygadą Feniksa.
Harry i Ron pokłócili się o strój, który powinien włożyć. Harry nalegał, że chce ubrać swój mundur Brygady, a nie bojowe szaty Gryffindora. W końcu postawił na swoim, mówiąc, że nie lubi być wyróżniany jako ktoś wyjątkowy, a tak właśnie by się stało, gdyby włożył szaty Gryffindora.
Harry siedział cierpliwie, podczas gdy wygłaszano kolejne mowy i rozdawano medale. Minister postanowiła zostawić Harry'ego na koniec, co sprawiło, że młody czarodziej wiercił się rozdrażniony. Dlaczego nie mógł być na trybunach z przyjaciółmi, zamiast siedzieć tu na wystawie? Ze zmarszczonymi brwiami spojrzał na Ginny i nie mógł się nie zachwycić, jak uroczo wyglądała w swoim mundurze, teraz ozdobionym dwoma Orderami Merlina pierwszej klasy. Napotkała jego spojrzenie i nie odwracała wzroku.
"Cierpliwości, kochanie, zaraz będzie po wszystkim" wysłała mu.
"Wiem, po prostu mam dość siedzenia tu jak na wystawie. I tego całego gównianego Chłopca, Który Przeżył", odpowiedział.
Uśmiechnęła się i nagle Harry zadrżał, gdy zrobiła coś, czego nie doświadczył nigdy wcześniej. Zupełnie jak mentalne głaskanie, które zwalczyło jego irytację.
"Gin, na Merlina! Co to było?"
"Coś, co ostatnio wymyśliłam, kochanie. Opowiem ci o tym później. A teraz się skup, już prawie twoja kolej"
- ... tak więc z przyjemnością zaczynam nową tradycję, wręczając panu Harry'emu Potterowi nową nagrodę. Nagrodę Bohatera Światłości - zakończyła swoją przemowę Minister.
Harry podniósł się z krzesła i podszedł do Minister, by odebrać nagrodę. Gdy nałożyła mu ją na szyję, odsunęła się, by Harry mógł powiedzieć kilka słów.
Odchrząknął i przez moment wiercił się nerwowo.
- Dziękuję, pani Minister. Przyjaciele, członkowie rodziny, szanowni pracownicy mediów. Stoję tu przed wami z powodu błędu popełnionego na długo przed moimi narodzinami. Czarny Pan nie dochodzi do władzy z dnia na dzień. Nie, on jest tworzony powoli, poprzez akceptację takich wartości jak pogarda dla mugolaków i czarodziejów półkrwi. Ponad pół wieku temu w rozbitej rodzinie z matki czarodziejki i ojca mugola narodził się chłopiec. Ojciec opuścił ich, bo nienawidził magii. Matka zmarła przy porodzie, a on spędził swoje dziecięce lata w mugolskim sierocińcu. Gdy dorósł i dowiedział się o swoim dziedzictwie, zwrócił się ku Czarnej Magii. Można go było zatrzymać na długo nim doszedł do władzy, ale zignorowano sygnały ostrzegawcze. Przyjaciele, nie możemy pozwolić, by coś takiego kiedykolwiek się powtórzyło. Musimy zdawać sobie sprawę z dzieci, które dorastają niekochane i bez przewodnictwa. Musimy dbać o swoich i zrozumieć, że czarodzieje półkrwi, jak ja sam i mugolaki są wartościową częścią naszej społeczności. Musimy się upewnić, że każde dziecko czarodziejskiego świata dorasta w kochającym je otoczeniu. W ten sposób zapobiegniemy pojawieniu się kolejnego Voldemorta. W ten sposób sprawimy, że żaden Czarny Pan już nie zagrozi naszemu światu. Stoję tu przed wami, by powiedzieć, że nasz świat zawiódł wiele lat temu. I z powodu tego błędu, wielu spośród naszych krewnych i przyjaciół straciło życie. Nie możemy pozwolić, by stało się to ponownie! Jestem zaszczycony tą nagrodą, ale wolałbym nie musieć na nią zasługiwać. Musimy zrobić co w naszej mocy, by wszystkie czarodziejskie dzieci wzrastały wśród ludzi, którzy je kochają i troszczą się o nie. I musimy zrozumieć świat mugoli, którzy mają możliwości, których my nie posiadamy! Musimy wyjść im naprzeciw i nauczyć się żyć z nimi w pokoju, nie dopuścić, by doprowadziło to do chaosu. Pani Minister, przyjmuję tę nagrodę, ale nie w swoim imieniu. Przyjmuję ją w imieniu Wan Chang, czarodziejki czystej krwi, która przyjęła na siebie zaklęcie śmierci, by obronić nauczycielkę z rodziny mugoli. Przyjmuję ją w imieniu Hermiony Granger, mugolaczki rannej w obronie naszego świata. Przyjmuję ją w imieniu Cedryka Diggory'ego, czarodzieja czystej krwi, który zginął tylko dlatego, że miał poczucie honoru i chciał się podzielić ze mną swoją wygraną. Przyjmuję ją w imieniu naszych poległych towarzyszy, którzy zginęli w obronie tego, co uznali za słuszne. Przyjmuję ją wreszcie w imieniu wszystkich dzieci, w nadziei, że pomogą nam uczynić ten świat lepszym.
Gdy ruszył z powrotem na miejsce, ziemia zadrżała od owacji na stojąco. Usiadł z płonącą twarzą, marząc, by mieć jakieś miejsce, w którym mógłby się ukryć. Nad sceną pojawiła się kula ognia. To Arella przybyła i usiadła na jego zdrowym ramieniu.
Ku swojemu zaskoczeniu ujrzał, że Ginny i Hermiona klaszczą i jednocześnie płaczą. Jednak jeszcze bardziej zaskoczyło go, że Ron błyskawicznie podał obu czyste chusteczki.
Słowniczek:
Amerykańska Wojna Domowa – chodzi o wojnę z lat 1861-1865 nazywaną w Polsce Wojną Secesyjną, w której (w uproszczeniu) stany północne walczyły przeciwko stanom południowym. Jest to wojna bardzo istotna w świadomości Amerykanów, bo było ostatnią wojną toczoną na terenie ich państwa. Tłumaczenie poematu moje, nie do końca dosłowne, ale oddaje sens.
Cepowa (lub cepowata) klatka piersiowa to efekt urazu. Występuje, gdy jakiś fragment klatki żebrowej (minimum dwa lub trzy żebra) zostaje całkowicie oderwany od innych żeber i mostka i porusza się niezależnie. Fragment ten najczęściej uciska na płuca, zagrażając życiu.
Szczeniaczek – jeden z czytelników zapytał mnie, czemu Remus mówi do Harry'ego „Szczeniaczku", bo skoro jego ojciec był jeleniem, to bardziej pasowało by „Jelonku". W oryginale Remus zwraca się do Harry'ego słowem „Cub", który jest ogólnym określeniem na młode zwierzę wszystkich gatunków, zarówno dzikich jak i domowych. Najpierw zastanawiałem się nad „Młody", ale uznałem, że „Szczeniaczek" będzie bliższe oryginalnemu kontekstowi. „Jelonek" wydawało mi się trochę niezręczne.
Od autorów: Naprawdę niektórzy z was myśleli, że zabijemy Harry'ego? Hihi, to oznacza, że zrobiliśmy dobrą robotę.
Tak więc zbliżamy się do końca historii. Dodaliśmy dodatkowy rozdział (chyba nie macie nic przeciwko). Mieliśmy skończyć na 15 rozdziałach, ale rozdział 14 rozrósł nam się, więc podzieliliśmy go w chwili największego napięcia. Teraz ostatni rozdział, Epilog. Zapewne nie będzie tak długi jak pozostałe rozdziały, ale zamknie wszystkie wątki, które jeszcze pozostały. Mamy nadzieję, że jak na razie Wam się podobało!
I naprawdę myśleliście, że ja (Alyx) zabiłabym Severusa? Po tych wszystkich problemach, jakie miałyśmy z Sereną, by nakłonić go do poślubienia jej?
Od tłumacza: Tak wielu spośród Was, Drodzy Czytelnicy i Czytelniczki, wyrażało zaniepokojenie o dalsze losy Harry'ego, że postarałem się skończyć ten rozdział najszybciej jak się da:)
Dzięki serdeczne za wszystkie recenzje/komentarze. jesteśmy o włos od stu komentarzy, a to liczba, jakiej nie osiągnąłem nawet przy "To oznacza wojnę". Cieszę się, że moja robota komuś się przydaje ;) Jeśli nie zdarzy się nic nadzwyczajnego, to Epilog będzie prezentem świątecznym, a w Nowy Rok wystartujemy z nową historią. Mam już pozwolenie autora :)
Będzie to stosunkowo krótka opowieść AU, która toczy się kilka lat po pokonaniu Voldemorta. Harry nie chodził w niej do Hogwartu, lecz był szkolony w tajemnicy przez Syriusza i Dumbledore'a. Po wojnie zostaje aurorem, ale kiedy przekracza przepisy, zostaje ukarany. Będzie musiał zostać ochroniarzem ścigającej Harpii, jedynej córki Ministra Magii - Artura Weasleya. Będzie to historia 18+ ze względu na erotykę, ale spokojnie, nic gorszego niż w "Pakcie" się nie pojawi ;) Tytuł ujawinię po epilogu "Kryształu Dusz".
Zapraszam na "Z pierwszej półki", które postaram się nieco częściej aktualizować. A jeśli ktoś interesuje się footballem amerykańskim, to o tym sporcie piszę na nflblog. blox. pl (usuńcie spacje z adresu).
