Tytuł: How to Test Quartermasters

Oryginalny tytuł: Jak przetestować kwatermistrzów

Autor: Only_1_Truth

Zgoda na tłumaczenie: Jest

Tłumaczenie: Lampira7

Beta: Tazkiel

Link: /works/6061579/chapters/13895266

Trójka to grupa część piąta: Jak przetestować kwatermistrzów

Rozdział 1

Wcale nie tak Q wyobrażał swoją noc w akademiku Jamesa i Aleca.

Pomocy - Q zmagał się z materiałem, a jego telepatyczne zawodzenie było, jak miał nadzieję, wystarczająco głośno, by zwrócić uwagę śpiącego, na wpół wprawnego telepatę w sąsiednim pokoju. - Pomocy! James, popełniłem straszny błąd w ocenie!

W rzeczywistości sytuacja nie zagrażała życiu, ale "zagrażające ego" z pewnością byłoby dokładnym opisem, ponieważ Q - w swojej kociej postaci - walczył, by uwolnić się z rękawa koszuli, do którego w głupim odruchu się wczołgał.

James i Alec przychodzili i wychodzili o różnych porach, a ich ubrania były często wszędzie porozrzucane, jak to u studentów. Na początku nie miało to wielkiego znaczenia dla Q, kiedy odrzucił propozycję Aleca, by wyjść na miasta, a zamiast tego zmienił kształt i cieszył się delikatnym uczuciem, gdy Bond, aż do swojego zaśnięcia, głaskał palcem miejsce między jego łopatkami. Q niestety nie zasnął. W rzadkim momencie bezsennej energii, która może bardziej przypominała działania prawdziwych kotów, niż chciałby to rozważać, Q zostawił śpiącego telepatę w drugim pokoju i postanowił użyć trochę swojego kociego noktowizora - to była długa historia, a krótka polegała na tym, że zauważył koszulę na podłodze w łazience i próbował przecisnąć się przez rękaw, używając swoich wibrysów jako jedynego źródła nawigacji, ale za bardzo się przeliczył. Teraz, gdy tylko głowa wystawała mu z mankietu, a reszta jego puszystego ciała było owinięte niczym burrito w rękawie, Q utknął. Naprawdę utknął.

Oczywiście, jedyną rzeczą gorszą od strachu, że utknął w ten sposób na zawsze, było to, że James rzeczywiście go usłyszał. Bond obudził się z parsknięciem zdziwienia i stoczył się głośno z łóżka. Jak na szpiega w trakcie szkolenia, James potrafił być czasami dość głośny, ale być może właśnie to robiło telepatyczne wołanie o pomoc z takim facetem jak James, kiedy był w głębokim śnie. Tak, czy inaczej, Q usłyszał, szorstki od snu głos:

— Q? Gdzie do diabła…?

Nagle Q nie był pewien, czy w ogóle chciał być znaleziony, biorąc pod uwagę jego kompromitującą pozycję. Przestał miauczeć i wpatrywał się w drzwi swoimi wielkimi oczami i drżącymi wibrysami. Oczywiście do tego czasu było już za późno - nawet świeżo wybudzony James był całkiem dobry w ocenie, skąd dobiega hałas i razem z Alecem byli całkiem dobrze wyszkoleni, by podążać za wysokim miauczeniem Q w każdych okolicznościach. Drzwi do łazienki otworzyły się i do środka wdarło się światło. James pocierał dłonią twarz, ale zamarł z nią na ustach. Zamrugał gwałtownie swoimi niebieskimi oczami, budząc się bardziej, gdy skupił się na Q.

— Co do…? — przerwał kolejne zdanie w połowie wypowiedzi.

Telapata i zmiennokształtny wpatrywali się w siebie. James z włosami sterczącymi z jednej strony od spania. Powinien wyglądać śmiesznie, ale Q z własną głową wystającą z szarego rękawa jak na wpół wyrosły kwiat z osłonki nasiennej, Q miał monopol na śmieszność. Nieuchronnie James zaczął się śmiać i wkrótce opierał się o framugę, aby pozostać w pozycji pionowej. Q próbował smagać ogonem, aby wyrazić swój gniew, ale było to niemożliwe - owinięty był zbyt dużą ilością materiału - więc przeszedł na mentalny wyraz swojego niezadowolenia.

Jamesie, ty draniu, przestań się śmiać i uwolnij mnie! - zażądał Q, co tylko rozśmieszyło bardziej Bonda, który wyraźnie go słyszał.

— Przepraszam, Q, po prostu… — James musiał przerwać, bo znów się roześmiał. W jego oczach pojawiły się niemal łzy od tego i ledwo mógł się opanować. — Wyglądasz jak wściekła kiełbasa z wąsami. To…

Nagle James odwrócił głowę, na ułamek sekundy przed otwarciem drzwi, gdy telepatia dała mu wcześniejsze ostrzeżenie o nowym przybyłym. Ze swojej strony oczy Q zrobiły się ogromne, a uszy spłaszczyły się na głowie.

Och nie.

Alec również był teraz w domu.

James w końcu przegrał wojnę z równowagą i grawitacją i osunął się na kolana, śmiejąc się niemal do rozpuku. Niemal natychmiast kroki nieco zaniepokojonego Aleca rozbrzmiały, gdy kierował się w ich stronę, podczas gdy Q warczał i rzucał się. Nie zdołał się uwolnić, zamiast tego przewrócił się na plecy.

— James, co się do cholery dzieje? Dusisz się…? O Boże. — Alec kaszlnął, gdy również próbował przełknąć nagły śmiech. — Nie tego się spodziewałem, kiedy zostawiłem koszulę na podłodze. — Alec, stojący teraz nad Jamesem, uśmiechnął się tak szeroko, że Q pomyślał, że zaraz jego twarz pęknie. Miał nadzieję, że tak się stanie.

Ze swojej odwróconej pozycji Q wyszczerzył małe zęby i wykonał swój najlepszy syk żmii, ten głęboki, gardłowy rodzaj, który tym razem prawie osiągnął poziom krokodyli.

To ostatecznie zachęciło Jamesa do działania i nieco się uspokoił. Nadal się uśmiechając z klatką piersiową wciąż drżącą w cichym rozbawieniu, nie wstając nawet z kolanach, sięgnął po swojego kociego przyjaciela.

— Ostrożnie, James, wygląda na wściekłego — zaśmiał się Alec, po czym dodał drażniąc się: — Oczywiście, to nie jest tak, że może cię w ten sposób podrapać.

Trevelyan machnął palcem w kierunku miejsca, w którym wszystkie cztery łapy Q były dokładnie otoczone wraz z resztą jego ciała prostym rękawem, który trzymał go w ryzach.

— Jeśli myślisz, że wygląda na wściekłego, to powinieneś usłyszeć, co myśli — odparł cierpko James.

Jego ręce zaczęły pracować nad rozwiązaniem problemu, delikatnie dotykając, czując wijące się ciało Q przez materiał, a także będąc na tyle uprzejmym, aby ponownie postawił Q w pozycji pionowej. Aby udowodnić, że naprawdę ma na uwadze humor Q, jego dłoń poruszała się bardzo ostrożnie, gdy przesunął nią po głowie Q i szyi w zasięgu zębów kota. Q wydał z siebie niepewny pomruk, ale James właśnie sprawdzał, ile miejsca jest między ciałem Q a mankietem rękawa. Q nawet nie próbował go ugryźć, ponieważ byłoby to po prostu niegrzeczne (pomimo swojego kłopotliwego położenia i kształtu, Q wciąż był swoim grzecznym, ludzkim ja pod tym wszystkim), a także James ze zranioną ręką uwolnił by go wolniej.

— Dokładnie — zaopiniował James, udowadniając, że jego telepatia działała i odpowiadał na ostatnią myśl Q. Potem zmarszczył brwi i w końcu zdołał zadać rozsądne pytanie. — Jak do diabła znalazłeś się w tej sytuacji?

Q posępnie odwrócił wzrok, żałując, że znalazł się w tak niedogodnej sytuacji. Jego uszy przyległy mocniej do czaszki, ocierając się o miejsce, w którym ręka Jamesa wciąż spoczywała na jego głowie.

Sprawdzałem, jak dokładne jest postrzeganie głębi przez moje wibrysy - pomyślał w odpowiedzi, próbując pominąć część, w której był również jedynie lekkomyślny. Czytał, że koty potrafią pokonywać ciasne miejsca przeciskając się przez nie, a ich wibrysy mówią im, czy zmieszczą się w przestrzeni, czy nie. Biorąc pod uwagę, że Q wciąż nie mógł opanować swojego ogona przez pięćdziesiąt procent czasu, być może nie powinien eksperymentować ze swoimi wąsami.

— Daj. Będę trzymać rękaw, a ty wyciągniesz naszego uwięzionego kociego przyjaciela — zaoferował w końcu Alec i wkrótce również klęczał w łazience.

James zgodził się, a Q miauknął ostro, gdy poczuł, jak dłoń Jamesa zacisnęła się na jego szyi, co na chwilę sprawiło, że Q poczuł się klaustrofobicznie, gdy zarówno Q, jak i duża ręka rywalizowały i miejsce w tubie z miękkiego materiału. Wkrótce jednak zręczne, zrogowaciałe palce Bonda były w stanie delikatnie chwycić kark Q, a chwilę później ten poczuł, jak był wyciągany z rękawa. Stając się niesamowicie bezwładny i bezradny w uścisku Bonda, Q został łatwo przeciągnięty do przodu, a kończyny wysunęły się z rękawa po dwie, dopóki nie odzyskał w pełni wolności. Łapy Q ślizgały się po gładkiej podłodze, ciesząc się możliwością lekkiego rozkroku, nawet gdy jego zakończenie nerwowe mrowiły z braku niczego, co by go otaczało.

— Powiedział, jak się tam dostał? — Alec zapytał Jamesa, z zaciekawieniem unosząc teraz pusty rękaw.

Usta Bonda wykrzywiły się lekko w diabelskim uśmiechu, gdy puścił kark Q, pozwalając mu stanąć samemu i trochę się rozciągnąć.

— Powiedział, że to było dla nauki — podsumował James, po czym spojrzał na Aleca. — Myślę, że testował, czy ciekawość naprawdę zabije kota.

To, jak było do przewidzenia, wywołało kolejną falę śmiechu, a Q zastanawiał się nad tym, żeby oburzyć się z tego powodu, ale ostatecznie zrezygnował z tego pomysłu. Był przecież wolny, dzięki tym dwóm żartownisiom. Zamiast syczeć, Q po prostu usiadł, przewracając wyraźnie oczami. Jego decyzja o byciu życzliwym mogła mieć wiele wspólnego z faktem, że James zaczął ponownie szczotkować potargane futro Q opuszkami palców przez co wyglądał mniej śmiesznie, a Alec składał sweter, aby zapobiec dalszym incydentom związanym z nauką.

Wiesz, że nie jestem naprawdę kotem - jęknął Q, kiedy wszyscy próbowali wrócić do łóżek. Q wciąż był mały i czworonożny, a Alec i Bond uspokoili się po wcześniejszym wybuchu śmiechu. Nawet jeśli robię kocie rzeczy.

— Wiem, Q — mruknął Bond, wyłączając lampkę nocną, chociaż to nie ukryło jego uśmieszku przed widzącymi w ciemnościach oczami Q. Alec wydał z siebie skrzeczący dźwięk protestu, ponieważ jeszcze się nie rozebrał, zadziwiająco ptasie brzmienie, mimo że był teraz całkowicie człowiek i do połowy ściągnął koszulkę. James zignorował go, tak jak Alec zignorował pół słowną rozmowę, która toczyła się między telepatą a ich rezydentującym zmiennokształtnym kotem. — Ale zdajesz sobie sprawę, że to jedynie sprawia, że jest to jeszcze śmieszniejsze, kiedy zachowujesz się jak kot - dodał James z psotną radością, nawet gdy cierpliwie czekał, aż Q pierwszy wskoczy na łóżko.

Wzrok Jamesa musiał być w tym momencie równie bezużyteczny co Aleca, ale jego słuch był dobry, a Q zawsze lądował dość niewdzięczna, gdy wskakiwał na miejsce. Był przecież tylko młodym mężczyzną w kocim ciele - i to dość małym kocim ciele.

W odpowiedzi Q wydał z siebie szorstki dźwięk, ale nie zadał sobie trudu, aby sformułować prawdziwą argumentację. Prawdę mówiąc, był trochę emocjonalny w tym i trochę mu ulżyło, jak łatwo James zaakceptował ważną część argumentu Q: że nie był mniej inteligentny ani mniej ludzki, kiedy wygłupiał się na czterech łapach. Te cztery kończyny napięły się i rozluźniły, a Q wskoczył na łóżku z minimalną niezdarnością, wbijając pazury w prześcieradło.

Mając w pamięci tę uspokajająca myśl, zmęczony swoimi przygodami, trzymał się z daleka, podczas gdy James ułożył się pod kołdrą, a potem położył się na wolnym kawałku poduszki. Z każdym wdechem bok Q muskał kępki blond włosów, które wciąż sterczały niesfornie na głowie Bonda.

OoO

Tydzień później Q właśnie wracał do domu po naprawie komputerów jako wolny strzelec (ponieważ wbrew powszechnej opinii był zatrudniany w tym charakterze przez więcej osób niż sam James), kiedy otrzymał wiadomość od dokładnie niszczącego technologię telepaty, o którym była mowa. Zdziwiony, ale zadowolony, bo cokolwiek było związane z Bondem uszczęśliwiało Q, młodzieniec zatrzymał się w drodze do metra i odblokował telefon, by odczytać wiadomość mrugając oczami. Był to dość krótki tekst, który sprawił, że brwi Q natychmiast zmarszczyły się w pierwszym przebłysku zmartwienia.

Potrzebuje cie. Przyjdzo 2 do akademikow.

Ignorując poprawną pisownię na korzyść szybkości nie było całkowicie nienormalne, ale Bond zwykle poświęcał trochę czasu, aby wyjaśnić trochę bardziej co miał na myśli. Wciąż jednak szybkie rozejrzenie się uświadomiło Q, nie był tak daleko od budynku, w którym mieszkali Alec i James, więc odwrócił się w tym kierunki i zaczął iść. To był chłodny wieczór, ale nie tak nieprzyjemny. Jego kurtka była ciepła i już nie mżyło. Powoli okolice osnuły cienie nocnej pory. Q widział tylko róg budynki Bonda i Aleca, kiedy nagle coś wyłoniło się z cienia tak blisko jego prawej, że ledwo zdążył mrugnąć. Jego okrzyk zaskoczenia został doskonale stłumiony przez dłoń w rękawiczce na ustach. Druga ręka zacisnęła się na jego plecaku, ciągnąc go na bok i gwałtownie wpychając go w uliczkę, którą właśnie minął, ale ledwo raczył to zauważyć. Q walczył, serce biło mu rozpaczliwie w piersi, gdy zdał sobie sprawę, że to nowe miejsce było całkowicie niewidoczne dla kogokolwiek znajdującego się na ulicy, a nawet na chodniku. Jego własne ręce były nie wystarczające silne, aby oderwać dłoń od swoich ust, nawet zanim druga ręka napastnika szybko przeniosła się, by objąć go, jeszcze bardziej ograniczając jego ruchy. Q wydał stłumiony, zaskoczony dźwięk, nawet gdy żelazny uścisk unieruchomił jego ramiona, gdy plecak Q został uwięziony między jego plecami a silniejszym ciałem przeciwnika, który go przytrzymywał.

— Q! Przestań się wyrywać, to ja! — syknął mu do ucha napastnik, w przyciszonym i ostrym tonem, który sprawił, że Q zamarł, nawet gdy usiłował go rozpoznać.

Całkowicie teraz nieruchomy, z wyjątkiem unoszącej i opadającej klatki piersiowej, gdy dyszał przez nos i bijące serca, które chwilę temu zamarło, a teraz wydawało się, że mogło wyrwać mu się z piersi, Q próbował skojarzyć, kto go złapał, ponieważ ktokolwiek to był, znał przezwisko, którym lubił być nazywany. Kiedy jednak w następnej sekundzie Q nadal nie mógł przypisać twarzy do stalowego, cichego głosu - co prawda adrenalina utrudniała logiczne myślenie - Q zaczął znowu rzucać się z odnowionym wigorem. Tym razem ciało za nim obróciło się w odpowiedzi, zmieniając pozycję z dezorientacją prędkością, jednocześnie wciągając Q w cień. Gdy Q prośbą przerażony, a dłoń na jego ustach stłumiła ten dźwięk. Teraz mur znajdował się za nim, a napastnik przemieścił się tak, że stał przed nim i wreszcie Q mógł ujrzeć jego twarz. Rozpoznał go od razu - James. James go złapał.

Wciąż lekko przestraszony, żałował, że telepatia Bonda nie działała lepiej, gdy nie były w to zaangażowanie żadne zwierzęce formy (z bardzo rzadkimi sytuacjami, gdy James dawał radę odczytać ludzkie myśli), ponieważ Q wykrzykiwał w swojej głowie pytania, ale przestał walczyć. Zamrugał tylko i zamarł, gdy James pochylił się tak bardzo, że jego pierś niepokojąc przylegała do klatki piersiowej mniejszego młodzieńca, podczas gdy Bond przemawiał szeptem do jego ucha:

— Jest tu ktoś, kto ma bardzo bystry słuch, więc musisz milczeć.

Dopiero wtedy Q zdołał rozpoznać niesamowicie spokojny i twardy ton głosu Bonda, przypominając sobie, że używał takiego samego, gdy współlokator Q wdał się w rozmowę z zirytowanym dilerem narkotyków - a potem obaj prawie starli się z niespodziewanie niebezpiecznym Jamesem Bondem. Czasami trudno było zapamiętać, że James i Alec byli szpiegami podczas treningu, ale teraz było to zaskakująco łatwe. Sprawiło to, że Q zadrżał.

James wciąż kontynuował, a jego usta niemal muskały małżowinę ucha Q, gdy mówił tak cicho, że jego słowa były ledwo słyszalne.

— Teraz cię puszczę i chcę, żebyś za mną podążył. Odpowiem na wszystkie twoje pytania, gdy odejdziemy. Przysięgam. Kiwnij głową, jeśli rozumiesz.

Jedna dłoń z długimi palcami owinęła się wokół nadgarstka Jamesa, a druga przycisnęła się płasko do cegieł za nimi. Q zamarł na chwilę, zastanawiając się nad zaletami i wadami hiperwentylacji. Potem wbrew swojemu lepszemu osądowi, ciemnowłosy młodzieniec skinął głowa. Dłoń przywdziana w rękawiczkę natychmiast opadła z jego ust, a sam James odsunął się na tyle, aby Q znów zobaczył znajome, intensywne niebieskie oczy oraz umięśnioną sylwetkę ubraną w ciemne, sprane dżinsy i czarną, skórzaną kurtkę. James wyglądał na czujnego w sposób, jaki Q nigdy wcześniej u niego nie wiedział. Jak lis który albo nasłuchuje zdobyczy albo może próbuje usłyszeć psy myśliwskie. W mroku zaułka jego oczy wyglądały prawie jak kolorowe szkło, przejrzyste i nieludzkie. Jednak kiedy Q spojrzał na niego gniewnie, Bond skrzywił się i te oczy nagle znów stały się normalne, a twarz wyższego młodzieńca przybrała żałosny, przepraszający wyraz.

Jednak zgodnie ze słowami Bonda, chociaż przydało się więcej wyjaśnienia, nie było na szczęście więcej wyskakiwania z cienia ani nieoczekiwanego chwytania. Zamiast tego James skinął tylko na Q, aby poszedł za nim i zaczął zagłębiać się w alejkę. U Q pojawił się błysk buntu, sprawiający, że na chwilę zacisnął pięści, ale potem poczuł równie silne brzęczenie czegoś, co mogło być zainteresowanie - ta sama ciekawość, która spowodowała, że utknął w leżących na ziemi ubraniach, pojawiła się teraz ponownie, pomagając mu zapomnieć o strachu, który właśnie czuł. Q odsunął na bok wspomnienia bycia uwięzionym w koszuli Aleca i naciągnął mocniej pasek torby na ramię. Naśladując ciche kroki Bonda najlepiej jak potrafił, Q podążył za swoim starszym przyjacielem w głęboki cień i nie wiadomo w co, co właśnie został wciągnięty.

Udało im poruszać się niemal w ciszy, a James wydawał się wiedzieć, dokąd zmierzał. Kiedy Q raz obejrzał się w kierunku, z którego przyszli, zwalniając, Bond sięgnął do tyłu i złapał go za rękaw pociągając go do przodu. Znaczące spojrzenia były jedynymi, co byli w stanie wymienić, a Q wciąż nie miał nic poza pytaniami, zanim James dotarł do drzwi, które Q przeoczył w ciemności. Szpieg w szkoleniu zaczął przekręcać klamkę z ostrożną siłą. Q oparł się pokusie pytania, czy James włamuje się. Oprócz wszystkich innych dziwactw, które już się pojawiły, to nie wydawało się pilną sprawą. Z przyciszonym chrząknięciem Bond wyważył drzwi, zaglądając do środka, po czym uznając, że było czysto, gestem nakazał Q by podążył za nim. Miejsce pachniało kurzem i starością. Q chciał zmienić kształt, choćby dlatego, że umożliwiłoby mi to widzenie w nocy, chociaż jego dar nie sprawiłby, że uspokoiłby się wśród myszy, które, jak sądził, mógł usłyszeć, biegające gdzieś w ciemności. Na szczęście James miał przy sobie małą latarkę, chociaż większość światła stłumił dłonią, kiedy ją włączył, aby pomóc im w poruszaniu się wokół. Wyglądało na to, że całe piętro było w trakcie remontu lub było w pewnym momencie, ale potem popadło w stagnację.

Bond uniósł palec do ust, prosząc o ciszę na trochę dłużej.

James, jeśli mnie słyszysz, to jesteś draniem i masz szczęście, że ci ufam - pomyślał Q, zaciskając usta i odrzucając wszystkie swoje werbalne pytania. Drugi mężczyzna zamrugał i ponownie skupił wzrok na Q, ale zanim zdradził jakiekolwiek inne oznaki, że słyszał Q, James odwrócił się i znów ruszył. Zanim w końcu opuścili opuszczony budynek, Q nie tylko nie miał pojęcia, gdzie się znajdowali, ale już miał wybuchnąć z tłumionego zamieszania i frustracji.

Dlatego, kiedy ponownie weszli na zewnątrz, wychodząc przez kolejne drzwi na ruchliwy chodnik, James ledwo zdołał otworzyć usta, zanim Q przerwałby swoje milczenie.

— Dobrze Q, teraz… — zaczął James, niespokojnie obserwując wieczorny tłum na chodniku.

To był cud, że Q użył wściekłego, żarliwego syku, zamiast przyciągającego uwagę krzyku, gdy zwracał się do swojego tajemniczego towarzysza.

— Co. Do. Diabła?!

Zanim Q skończył swoje pytanie, praktycznie stał przy lewym boku Bonda, naruszając jego strefę osobistą, podczas gdy ludzie w większości ignorowali ich w późnym wieczornym tłoku.

James krzywił się, po raz kolejny mając na tyle łaski, aby wyglądać na przepraszającego, gdy przestał skanować otoczenie, aby spojrzeć na swojego towarzysza. Wydawało się, że zajęło mu chwilę, aby zauważyć, jak blisko był Q, w tym momencie mniejszy chłopak również to sobie uświadomił. Klatka piersiowa Q dosłownie muskała ramię Bonda w bardzo onieśmielającej pozie dla kogoś, kto nie miał ani odrobinę tyle mięśni i umiejętności Jamesa.

— Trening — powiedział po chwili Bond.

To zaskoczyło Q na chwilę. Cofnął się odrobinę, zamrugał, po czym poprosił o wyjaśnienie wojowniczym tonem:

— Czy to jest rodzaj treningu, o którym myślę, że mówisz? Ponieważ jestem prawie pewien, że nie powinienem się w to mieszać.

— To jest właśnie to — opowiedział gładko James, zaskakując Q swoją szczerością. — Chodź, wyjaśnię to podczas spaceru, ponieważ wyróżnianie się teraz nie jest dobrym pomysłem, a lepiej się wtopimy w tłum, jeśli będziemy się poruszać. — Po tych słowach James zaczął iść, a Q starał się zostać u jego boku. Zanim jednak Q mógł wyrazić swoją rosnącą irytację tym wszystkim, drugi młodzieniec dodał: — Wiem, że nadwyrężam twoją cierpliwość, Q, ale to jest naprawdę ważne.

— W porządku — prychnął Q, ściskając pasek torby, ale dotrzymując kroku Jamesowi, który subtelnie poprowadził ich na pusty odcinek chodnika. Nadal byli widoczni dla innych, ale nikt w pobliżu nie mógł ich podsłuchać, może z wyjątkiem tej osoby z super słuchem, o której wspomniał Bond. Q zastanawiał się, czy to była metafora, czy odniesienie do nadsłuchowego daru. I czy Bond zdołała omamić słabnącą cierpliwość Q, dzięki telepatii czy dobrym, staromodnym umiejętnościom obserwacyjnym. — Dlaczego więc wysłałeś mi sms-a, że spotykamy się w twoim akademiku, a potem porwałeś mnie, zanim tam dotarłem? Wysłałeś tego sms-a, prawda? — zapytał Q, nieco przerażony, gdy pod koniec wyobraźnia zaczęła pracować nadbiegu, a jego myśli wirowały. A jeśli ktoś inny wysłała tą wiadomość, wabiąc go? Przed jakimi kłopotami uratował go Bond? W końcu James i Alec mieli do czynienia z agentami MI6…

— Spokojnie, Q. Wysłałem tą wiadomość — zapewnił James, odpowiadając na lekko spanikowany ton Q. — Ale śledzono mnie i zdali sobie sprawę, dokąd zmierzał i że próbuję się z kimś spotkać. Musiałem cię przechwycić, zanim by to zrobili i sprawić, że obaj znikniemy z ich radaru.

To stawało się coraz dziwniejsze i dziwniejsze, ale spokojny sposób, w jaki James mówił, uspokajał go. Teoretycznie, dopóki Bond był spokojny, nie było żadnego pilnego powodu, aby Q nie był. Jeszcze.

— Istnieją ludzie, którzy cię śledzą? James, gadaj do licha. Co tu się do cholery dzieje? Gdzie jest Alec?

Ciągnąc lekko Q, żeby zasygnalizować, że przechodzą przez ulicę, Bond mówił dalej, a jego wzrok poruszał się spokojnie po okolicy. Był tak czujny, że oglądanie go było prawie nierealne. James i Alec byli o wiele sprytniejsi i bardziej czujni niż większość ich profesorów uniwersyteckich myślała, że są, ale był to rodzaj czujności obserwowanej u jastrzębi i grasujących kotów, super świadomych i gotowych do działania. James ukrywał to za opuszczonymi do połowy powiekami i łagodnym głosem. Teraz również uśmiechał się krzywo w ten łobuzerski sposób, w rzeczywistości zaskakując nieco Q swoją odrobiną humoru.

— Razem z Alecem mieliśmy za zadanie zasadniczo zagrać w wersję szóstki "zdobądź flagę". Jednak gra zaczęła się źle, a teraz nie jestem z moim partnerem. Jednak nadal nie planuje przegrać.

Ostatnie zdanie kryło w sobie różnego rodzaju kłopoty, ale Q skupił się przez chwilę na ważniejszych rzeczach.

— Czyli Alec został usunięty z gry? Czy wszystko z nim w porządku?

Nazywanie tego wszystkiego grą wydawało się śmieszne, biorąc pod uwagę, że było to ćwiczenie szkoleniowe MI6, ale James wydawał się traktować to wszystko dość lekko. Q zastanawiał się, czy opiekunowie Jamesa mieli jakiekolwiek pojęcie o jego ogólnym lekceważeniu poważnych sytuacji lub niebezpiecznych okoliczności. W końcu James stawił czoła handlarzowi narkotyków, podczas gdy mężczyzna otwarcie dzierżył odłamek stłuczonego lustra w dłoni. To prawda, że James był uzbrojony w nóż sprężynowy, ale zachowywał się tak, jakby jego największą bronią była determinacja, by być dziesięć razy bardziej przerażający nikt ktokolwiek inny w pokoju.

Wyraz twarzy Jamesa zmienił się w zirytowany grymas, ale skinął głową w odpowiedzi na pytanie Q. Niechętnie, po tym jak minęła ich zakochana para i znaleźli się ponownie poza zasięgiem podsłuchu, rozwinął dalej:

— Ćwiczenie treningowe rozpoczęło się w pubie w centrum miasta, gdzie kazano nam wszystkim spotkać się po tym, jak powiedziano nam, gdzie są ukryte nasze "flagi". Razem z Alecem chcieliśmy się ukryć, ale najwyraźniej na tym etapie treningu Szóstka nadal chciała być w stanie kontrolować niektóre zmienne. Tak czy inaczej, pub był punktem wyjścia do zmuszenia obu drużyn do zbliżenia się i rozpoczęcia gry. Wszystko co wiedzieliśmy o naszych przeciwnikach, to jak wyglądają ze zdjęć, które otrzymaliśmy. Oni prawdopodobnie również dostali nasze zdjęcia. — Wciąż nie poinformował Q o dokładnym stanie Aleca. James wzruszył ramionami, ale przynajmniej zgodził się kontynuował swoja historię: — Zdecydowano, że wykorzystam moje umiejętności do zebrania informacji, a Alec będzie odpowiedzialny za odzyskanie flag po tym, jak dowiemy się gdzie je ukryła druga drużyna. — Q nie musiał pytać, jak Bond miał uzyskać tę wiedzę, a James nie rozwinął. Podczas gdy Bond wydawał się śmiesznie chętny do powiedzenia wszystkiego Q, wydawało się, że pod pewnymi względami uważał, na to co mówił. Mianowicie o wszystkim, co dotyczyło jego Daru. - Alec natychmiast znalazł dziewczynę z przeciwnej drużyny, a ja skupiłem się na niej. Jednak za późno zdaliśmy sobie sprawę, że jej Dar zawierał uszy, które były ostrzejsze niż u lisa, a jego była zdolność do zmiany swojej cholernej twarzy.

Q przetrawiał przez chwilę te wiadomości, zafascynowany wbrew sobie i niechętnie zmuszony do przyznania, że taka "gra" dobrze sprawdziłaby się przy testowaniu różnych umiejętności szpiegowskich. James pozwolił mu to przemyśleć przez chwilę, cierpliwy, ale czujny.

— Ta ostatnia umiejętność brzmi jak jedna z tych, które rząd lubi mieć na oku — zauważył w końcu Q.

— Tak. — James pokiwał głową, nie musiał dodać "tak jak moją". — Facet nie może zmienić niczego poza swoją twarzą, ale sztuczka nadal działała na tyle dobrze, że Alec nie zauważył, jak nadchodził. Zanim zorientowałem się, że ta ładna buźka obok Aleca była w rzeczywistości praktykantem zmieniającym twarze, który chciał nas dorwać, szkody zostały już wyrządzone. Alec jest teraz w miejscu, które obaj znany i jest mocno odurzony.

— Twierdzisz…?

— Wrzucili coś do jego drinka. Dlatego nie mam teraz partnera. Nie otrzymał niczego trwałego ani śmiertelnego, ale minie trochę, zanim przestanie widzieć podwójnie — wyrzucił z siebie James, co w zasadzie było warczeniem. Wyglądał na wyraźnie zirytowanego, gdy kontynuował: — W tym momencie myślę, że powinienem przegrać, ale Alec powiedział mi, zanim zaczął bełkotać, że złamie mi kark, jeśli przegramy w tej grze. I tak jestem już na okresie próbnym ze względu na padania psychiczne, więc jestem skłonny nagiąć reguły, aby wygrać.

— Jesteś na okresie…? Chwila, co? — Q nagle poczuł głębokie poczucie, o co w tym wszystkim chodziło i dokąd to zmierzało. — Czy naprawdę usłyszałem, jak mówisz, że będziesz grać to w dalej? James, wybacz mi, że to mówię, ale to brzmi okropnie, jakbyś chciał, żebym się w to zaangażował.

James odwrócił głowę i zamrugał niewinnie.

— Tak. I co?

Q zatrzymał się i wyrzucił ręce w górę, ledwo pamiętając o ściszeniu głosu:

— To jest szaleństwo!

— Nie, nie jest — argumentował James, szczerze mówiąc wyglądając na oszołomionego tą reakcją. — To było jak oglądanie psa stojącego nad parą przeżutych butów bez poczucia winy. Wyrażenie "problemy psychiczne" z każdą sekundą nabierało coraz większego sensu.

— James, posłuchaj mnie. Ty i Alec jesteście przeszkoleni. — Q próbował podzielić problem na proste, zrozumiałe terminy, ponieważ w tej chwili jego przyjaciel charakteryzował się niesamowitą tępotą. — Oczywiście, że trening nie wystarczył do końca, ale jednak… To drobny cud, że do tej pory byłem w stanie za tobą nadążyć, a jedynie co robiliśmy, to skradanie się i unikanie kogoś z darem hipersłuchu. Zakładam, że to jego wypatrywałeś? — Q podkreślił to słowa, mając nadzieję, że Bond zrozumiał odniesienie do jego telepatii. Q rozumiał, że nie chce tego powiedzieć na głos. Fakt, że James był nielegalnym telepatą, był prawdopodobnie jedynym atutem, jaki im pozostał. Na szczęście James szybko skinął głową, bez śladu nieporozumienia na twarzy. — James, w żaden sposób nie mogę ci pomóc. Nie mogę zastąpić Aleca.

— Jeśli tego nie zrobisz, obaj z Alekiem nie zdamy tego testu.

— Przestań używać na mnie poczucia winy. To do ciebie nie pasuje.

— Czyli powinienem spróbować pochlebstwa? — James kontynuował, nie tracąc ani chwili, tak całkowicie bezwstydnie, że Q mógł się tylko wpatrywać w niego. Beztroski i pozornie tak szczery, jak święty, Bond ciągnął dalej: — Nie mogę tego zrobić bez ciebie, Q… lub bez partnera, który może zrobić to, co ty i Alec. — Znowu zostało przemilczane słowo "zmiennokształtność". Zarówno Alec, jak Q posiadali formy inne niż ludzkie. — Wiem, gdzie jest flaga drugiej drużyny i od teraz rozpoznać przeciwnika, niezależnie od tego, jaką twarz będzie miał na sobie. Ale bez względu na to, jak dobry jestem w zbieraniu informacji, nie mogę być na tyle cicho, aby ominąć tę dziewczynę.

— Cholera — zaklął mimowolnie Q, gdy zdał sobie sprawę, do czego zmierzał James. Niemal wpadłby na ławkę, gdyby Bond nie skierował ich na lewo, gdy się poruszali. — Alec miał być tym, który rzeczywiście miał tam wejść i ją zdobyć, podczas gdy ty miałeś zapewniać wsparcie swoim darem, a teraz chcesz, żebym to ja to zrobił.

— Naprawdę masz do tego kwalifikacje — zauważył James, bez wątpienia odnosząc się do kociej postaci Q.

— Naprawdę nie.

— Ale jesteś ciekawy?

To ostatnie pytanie, niemal dokuczliwie wciąż rozbrzmiewało w uszach Q, sprawiając, że w końcu myśli chłopaka zatrzymały się… i ponownie uruchomiły. Wspomnienie tego, gdzie ostatnio zaprowadziła go ciekawość, przemknęła mu przez głowę, ale pod początkowym błyskiem zakłopotania przypomniał sobie również mały przypływ poczucia zabawy i adrenaliny, zanim zdał sobie sprawę, że utknął. Przypomniał sobie także dwóch młodych mężczyzn, którzy pomogli mu się wydostać z tarapatów, i że jeden z nich patrzył teraz na niego z nadzieją, a drugi był gdzieś ukryty i odurzony. Zaskakująco ostry błysk koleżeństwa i opiekuńczości pojawił się u Q. Wyprostował się i zacisnął dłonie w pięści bez świadomego działania.

— Potrzebujesz mnie tylko do zdobycia flagi? — sprecyzował, ton jego wypowiedzi był spokojny i beznamiętny, w taki sam sposób w jaki James miał zwyczaj bycia zimnym i zdystansowanym.

Te niebieskie oczy przyglądały mu się bacznie i być może na kontrolowanym wyrazie twarzy Bonda powoli kształtował się dumny uśmiech.

— W skrócie tak. Nawet odwrócę ich uwagę, jeśli chcesz.

— Zależy mi tylko na tym, żebyś nie pozwolił im mnie pochwycić — poinformował Bonda, odważając się szturchnąć go w umięśniony biceps — ponieważ ostatnią rzeczą, jakiej pragnę, to dać się złapać twojemu pracodawcy na pomocy tobie.

Uśmiech Jamesa stał się szerszy, jakby nie mógł go już powstrzymać i w końcu zatrzymał się, by założyć ręce na piersi. Stanął naprzeciw Q z miną godną kota z Alicji w Krainie Czarów.

— Ale pomożesz?

Wzdychając, Q zdjął torbę z ramienia i zaczął przeszukiwać jej wnętrze.

— Wbrew mojemu zdrowemu rozsądkowi… tak. I myślę, że mam też coś, co może nam pomóc. Jeśli mam się w to zaangażować, zróbmy to tak, żeby było to najbardziej rozsądne i logiczne, jak tylko może być.

— Cokolwiek powiesz, Q.